Smutek stref umiarkowanych - Jacek Waniewski
Kup ebooka
7.00 zł
5.81 zł
(5,95 zł najniższa cena z 30 dni)
«
»
parkiem
wysmukły miesiąc
sierp ścigany przez chmury
niespodziewany
nagie gałęzie
brązowe w słońcu pąki
plany układam
złotawe słońce
na przyćmionych kolorach
czekam pierwiosnka
ruchome światła
pod zmierzchającym niebem
poszum silników
pole krokusów
dopiero co rozkwitłych
z trudem zoczone
ostry żółty dziób
pośród białych krokusów
kos czarny samiec
słońce po deszczu
rozkwitają czereśnie
Wielkanoc blisko
lepkie rozwarte
w połogu dają światu
pąki skręcone
zieleń przebija
by dać zajęcie słońcu
przez biel tarniny
świeczki wiosenne
zielone wielookie
znad liści sterczą
upadłe kwiaty
na trawę ziemię chodnik
barwią wspomnienia
czerwone noski
niesymetryczne mocno
czy wzlecą kiedy?
cienka gałązka
nie potrafi zapłonąć
tli się na wietrze
zapach wiosenny
co pachnie kiedy kwitnie
ledwo po zimie
amarant w pyle
płatki spadłe z wysoka
czas przekwitania
biały bałagan
spadłe płatki magnolii
wiosną konają
ląduje wrona
startują samochody
zmiana świateł
klastry stokrotek
i zdmuchnięte dmuchawce
postępy wiosny
chmury na niebie
szumią drzewa na wietrze
idę bez kurtki
kwitnie akacja
rozlewa miodny zapach
jak dobro - myślę
idę on kapie
ciepła mgiełka kałuże
deszczyk po burzy
ciemnozielona
szeroko rozłożona
na jasnej trawie
ścięli stokrotki
łysa trawa na rogu
nie smera w nogi
znów żółć na łące
sierpniowe pokolenie
szykuje desant
wilgoć w powietrzu
na betonowej płycie
randka ślimaków
dwa rogi każdy
mały czy duży ślimak
chyba to mądre
pełznie chodnikiem
ryzykuje? szuka szans?
dusza dwuroga
nie wieszcz już wieszczko
czarne chmury przekleństwa
na horyzoncie
popstrzone liście
jak polowe mundury
mora kasztanów
odważna taka
szybki krok w ciężkie chmury
niemowlę w wózku
stuk stuk staccato
wietrzyk gra kasztanami
na mojej drodze
posprzątali liście
kolorowe szeleszczące
została mi ścieżka
błądząca gwiazda
zawahała się chwilę
nad moją głową
ciepło w koszulce
z napisem babie lato
nowe sandały
spokój jesienny
bezszumny bezszelestny
psy baraszkują
kapie zimny deszcz
w głęboki dekolt bluzki
studentki z przejścia
stary pies kuśtyka
trzymając w pysku patyk
mocno jak człowiek
nagle zakrakał
na szczęście? na nieszczęście?
nad moją głową
śnieg świeci księżyc
oglądam się za siebie
cień idzie za mną
stoję i czekam
aż światła z dali ciemnej
nadjadą po mnie
niepokój targa
mózgiem sercem trzewiami
słońcem zimowym
przejście dla pieszych
przez ulicę niezbyt wąską
po zebrze jak w tan
zadarte głowy
to gwardia maszeruje
kijki północne
niechlujna przyroda
dopiero co park sprzątali
leżą liście znowu
pod kasztanami
synogarlice dwie choć
pąki pękają
lasek przylaszczek
wisi cisza bezlistna
skrada się życie
kilka dni w roku
barwy weselne wiosny
aż przyjdzie nowa
znów się pojawił
moneta nad koroną
luna parkowa
zielony tunel
praca złóż chlorofilu
według programu
przy kasztanowcu
jakby opadłe płatki
kwitną stokrotki
sterczą łodygi
wysokie poskręcane
puch już zdmuchnięty
długie cienie
chłód wczesnego lata
kładzie się spać
kroczy mrówka
chodnikiem po płytach
szuka szczęścia
groteskowa
turla się na rolkach
papieros w gębie
stoję dysząc
czekam na kasztany
by rozkwitły
nad drzewami
srebrno-złota tarcza
pomruk miasta
po brzuch w trawie
coś zadowolona
duża wrona
sypią płatki
kasztany na chodnik
po nich kroczę
świeci księżyc
na niebieskim niebie
skrada się mrok
rowerem
ciepłym powietrzem
pod połową księżyca
ścieżką codzienną
który to już raz
zarasta moja ścieżka
trzęsie rowerem
miga zielone
zaraz się drzwi otworzą
tam czeka wolność
wiatr od pól i łąk
nad drzewami i wałem
zapach nawiany
w krzewach i drzewach
ćwierkanie cij śpiewanie
zwalniam z uśmiechem
zachodzi słońce
śpiewają jeszcze ptaki
wciąż czymś zajęte
złocisty rąbek
rozczapierzonej chmury
ostry jak brzytwa
na mojej drodze
połyskują zielono
mrące kałuże
stojącym prosto
zgięte w łuk hołd oddaje
rosło za szybko
położyłbym się
przytuliłbym do ziemi
gdyby nie mrówki
bieleją trawy
w ostatnim błysku słońca
nadciąga burza
wysycha woda
odsłania dno kałuży
jedziemy na wprost
zielone kwiaty
z małym daszkiem nad głową
pachną lipcowo