Smugi - Agnieszka Janiszewska

Kup ebooka

50.99 zł
40.79 zł (50,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Gdy usły­sza­ła swo­je imię, po­trze­bo­wa­ła do­brych kil­ku­na­stu se­kund, by do­tar­ło do niej, że to na­praw­dę jego głos. I ko­lej­nych kil­ku, by od­wró­ci­ła gło­wę i spoj­rza­ła w kie­run­ku bra­my. Tam wła­śnie stał; sła­be świa­tło ulicz­nej la­tar­ni pa­da­ło wprost na nie­go. Uchy­lił ka­pe­lu­sza i uśmiech­nął się nie­znacz­nie - za­rów­no ten uśmiech, jak i gest roz­po­zna­ła­by za­wsze i wszę­dzie - po czym zro­bił dwa kro­ki w jej kie­run­ku.

- Dzień do­bry - usły­sza­ła.

Mia­ła wra­że­nie, że sło­wa od­bi­ły się echem od ścian i bru­ku po­nu­re­go po­dwó­rza. I może wła­śnie to echo, mrok i po­nu­re oto­cze­nie spra­wi­ły, że w pierw­szej chwi­li go­to­wa była uznać, że do­zna­ła ja­kiejś ilu­zji. Po­dob­nej do snu, jed­ne­go z tych, ja­kie cza­sem ją jesz­cze na­wie­dza­ły, choć już dużo rza­dziej niż kil­ka­na­ście lat temu.

A może zo­ba­czy­ła... zja­wę? Nie­gdyś śmia­ła­by się z ta­kich przy­pusz­czeń, ale od daw­na tego nie ro­bi­ła. Ostat­nie dwa­dzie­ścia lat spra­wi­ło, że i pod tym wzglę­dem się zmie­ni­ła. Cały świat się prze­cież zmie­nił. To, co kie­dyś uwa­ża­ła za rzecz nie do po­my­śle­nia, za buj­dy, za kom­plet­ne bzdu­ry - te­raz już się ta­kim nie wy­da­wa­ło. Zdą­ży­ła się prze­ko­nać, a przy­naj­mniej zro­zu­mieć, że wszyst­ko jest moż­li­we.

- An­drzej... - Tyle zdą­ży­ła wy­szep­tać, za­nim głos od­mó­wił po­słu­szeń­stwa. Po­ru­szy­ła usta­mi, ale w gar­dle czu­ła tyl­ko nie­zno­śny ucisk.

On cze­kał bez sło­wa, nie zro­bił ko­lej­ne­go kro­ku. Ale też nie za­stygł, nie znie­ru­cho­miał. Przy­szło jej do gło­wy, że może chciał, by otrzą­snę­ła się z za­sko­cze­nia. Za­raz od­su­nę­ła tę myśl jako zu­peł­nie nie­do­rzecz­ną. Może po pro­stu jest zmę­czo­ny - uzna­ła. Tak jak ona, a nie­wy­klu­czo­ne, że na­wet bar­dziej. W każ­dym ra­zie spra­wiał ta­kie wra­że­nie.

- Wró­ci­łeś? - spy­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem, mimo wszyst­ko wciąż jesz­cze nie­pew­na, czy to, co wi­dzi i sły­szy, nie jest tyl­ko wy­two­rem jej wy­obraź­ni. Snem, z któ­re­go za­raz się obu­dzi.

- Na to wy­cho­dzi.

- Na sta­łe? - Z tru­dem wy­do­by­wa­ła sło­wa z za­ci­śnię­tej krta­ni.

- Tak.

- Od jak daw­na je­steś w kra­ju?

- Od kil­ku mie­się­cy. - Po­now­nie się uśmiech­nął. - Co za przy­pa­dek. Aku­rat wy­cho­dzi­łem z Ka­me­ral­nej, pa­trzę i kogo wi­dzę? Ola Ja­nic­ka we wła­snej oso­bie. W pierw­szej chwi­li nie wie­rzy­łem wła­snym oczom.

- Miesz­kam tu­taj. - Wska­za­ła na ka­mie­ni­cę, gdy jako tako się uspo­ko­iła. - Wła­śnie wra­cam z pra­cy...

Gdy­bym przy­szła tu parę mi­nut póź­niej albo on dłu­żej zo­stał w Ka­me­ral­nej, zno­wu by­śmy się roz­mi­nę­li - po­my­śla­ła na­gle i to spo­strze­że­nie spra­wi­ło, że za­drża­ła. I jak tu nie wie­rzyć w zrzą­dze­nie losu, w cuda, w prze­zna­cze­nie! Jed­no­cze­śnie po­czu­ła, że się ru­mie­ni, i za­ci­snę­ła pal­ce na to­reb­ce. Na li­tość bo­ską, po­win­na nad sobą pa­no­wać. Nie była już pod­lot­kiem. Lata pierw­szej mło­do­ści mia­ła daw­no za sobą. Nie po­win­na też so­bie Bóg wie cze­go wy­obra­żać. To, co ona go­to­wa była uznać za cud, on praw­do­po­dob­nie od­bie­rał zu­peł­nie ina­czej. A na­wet na pew­no od­bie­rał zu­peł­nie ina­czej. Nie wol­no jej za­po­mi­nać, że prze­cież ni­g­dy nie był nią ja­koś szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wa­ny. Wpraw­dzie wró­cił po la­tach do kra­ju, lecz... co z tego? Był tu, jak sam wy­znał, od mie­się­cy i przez ten czas wca­le jej nie szu­kał. Naj­pew­niej w ogó­le o niej na­wet nie po­my­ślał. Gdy­by więc wy­szedł z Ka­me­ral­nej kil­ka mi­nut póź­niej albo ona prze­cho­dzi­ła­by tędy wcze­śniej, po pro­stu by się mi­nę­li... i nic by się nie sta­ło. W grun­cie rze­czy za­wsze się prze­cież mi­ja­li. Nic nie mo­gła po­ra­dzić na to, że nie po­tra­fi­ła i nie chcia­ła tak chłod­no kal­ku­lo­wać. Na pew­no nie w tym mo­men­cie, gdy zo­ba­czy­ła go po bli­sko dwu­dzie­stu la­tach.

- Jak mnie roz­po­zna­łeś? - Coś chwy­ci­ło ją za gar­dło. Łzy. Jesz­cze tego bra­ko­wa­ło. - Prze­cież mi­nę­ło tyle cza­su...

- Wca­le się nie zmie­ni­łaś. - Przy­glą­dał jej się życz­li­wie, a na­wet z za­in­te­re­so­wa­niem, co spra­wi­ło, że i ona wresz­cie dała radę od­wza­jem­nić jego uśmiech. Choć jesz­cze bar­dzo nie­śmia­ło i nie­pew­nie.

- Kłam­ca... - Mia­ła na­dzie­ję, że za­brzmia­ło to żar­to­bli­wie. Tyle że ni­g­dy nie po­tra­fi­ła żar­to­wać i tak jak za­wsze wy­pa­dło to sztucz­nie.

- Z nas dwoj­ga tyl­ko ja się ze­sta­rza­łem - stwier­dził, ale ta­kim to­nem, jak­by nie mia­ło to dla nie­go zna­cze­nia.

W pierw­szej chwi­li chcia­ła za­prze­czyć, lecz uzna­ła, że co­kol­wiek by te­raz po­wie­dzia­ła, za­brzmia­ło­by in­fan­tyl­nie. Poza tym... w głę­bi du­cha mu­sia­ła przy­znać, że cho­ciaż roz­po­zna­ła go bez tru­du, to wi­dać po nim było upływ cza­su. Choć aku­rat w jego przy­pad­ku upływ ten oka­zał się jak naj­bar­dziej ła­ska­wy. Uro­cze­go, peł­ne­go ży­cia, ki­pią­ce­go ener­gią chło­pa­ka, ja­kim był kie­dyś, za­stą­pił te­raz doj­rza­ły, przy­stoj­ny męż­czy­zna, bar­dzo wy­wa­żo­ny w ge­stach i sło­wach. Do tego, jak już za­uwa­ży­ła wcze­śniej, naj­wy­raź­niej znu­żo­ny. I chy­ba też... tro­chę smut­ny. Na­wet wię­cej niż tro­chę. Do­pie­ro gdy bli­żej mu się przyj­rza­ła, spo­strze­gła, że jego uśmiech by­naj­mniej nie się­gał oczu. A może to prze­jaw me­lan­cho­lii? Wzru­sze­nia? Od ich ostat­nie­go spo­tka­nia mi­nę­ło dwa­dzie­ścia lat. Dwa­dzie­ścia lat na­zna­czo­nych gro­zą, cier­pie­niem, trud­ny­mi do­świad­cze­nia­mi. Ta­ki­mi, któ­re na wszyst­kich zo­sta­wi­ły ja­kieś śla­dy.

- Co u cie­bie sły­chać, Olga? Jak so­bie ra­dzisz? Uło­ży­łaś so­bie ja­koś ży­cie?

Te py­ta­nia na­tych­miast spro­wa­dzi­ły ją na zie­mię, w pew­nym sen­sie otrzeź­wi­ły. Fakt, że An­drzej naj­wy­raź­niej ucie­szył się z ich nie­spo­dzie­wa­ne­go spo­tka­nia, nie ozna­czał, że zmie­nił swój sto­su­nek do niej. Po raz ko­lej­ny upo­mnia­ła sie­bie samą, że nie po­win­na wpa­dać w eu­fo­rię ani snuć ja­kichś ro­man­tycz­nych mrzo­nek. Ani tym bar­dziej wma­wiać so­bie nie wia­do­mo cze­go. Nie mia­ła już kil­ku­na­stu lat, jak wte­dy, w prze­szło­ści. Pod żad­nym po­zo­rem nie wol­no jej o tym za­po­mi­nać, bo w prze­ciw­nym ra­zie zro­bi z sie­bie jesz­cze więk­szą idiot­kę niż przed laty.

- Nie na­rze­kam, ja­koś so­bie ra­dzę - od­par­ła wy­mi­ja­ją­co. Zer­k­nę­ła przez ra­mię na okna ka­mie­ni­cy. Na pierw­szy rzut oka ni­ko­go w nich nie do­strze­gła, ale to mo­gło być myl­ne wra­że­nie. - Przy­kro mi, ale mu­szę już iść. Spie­szę się, mam dziś jesz­cze spo­ro do zro­bie­nia.

Le­d­wo to po­wie­dzia­ła, a już po­ża­ło­wa­ła. Bo po pierw­sze, czy nie za­brzmia­ło zbyt chłod­no, a przez to tro­chę nie­przy­jem­nie? A po dru­gie, mi­ja­ła się z praw­dą. Ni­g­dzie się nie spie­szy­ła, cze­ka­ło ją dłu­gie, pu­ste po­po­łu­dnie i taki sam dłu­gi, pu­sty wie­czór.

- Oczy­wi­ście. Nie chcę za­bie­rać ci wię­cej cza­su. Bądź zdro­wa. - Ski­nął gło­wą. Ni­kły uśmiech na jego twa­rzy zgasł, jak za zdmuch­nię­ciem świe­cy, przez co znu­że­nie i smu­tek jesz­cze bar­dziej rzu­ca­ły się w oczy. Za­ło­żył ka­pe­lusz i po­wo­li od­wró­cił się w kie­run­ku bra­my.

Pa­trzy­ła, jak od­cho­dził, i wie­dzia­ła, że tym ra­zem już nie­odwo­ła­nie. Wię­cej z pew­no­ścią tu nie przyj­dzie. I nie bę­dzie jej ni­g­dzie in­dziej szu­kał.

I do­brze - po­my­śla­ła. Po­win­na być twar­da. Dum­na. Kon­se­kwent­na.

Tyle że duma, a tym bar­dziej kon­se­kwen­cja, to ra­czej gorz­kie to­wa­rzysz­ki ży­cia. Nie da­wa­ły po­cie­sze­nia, ska­zy­wa­ły na sa­mot­ność. W każ­dym ra­zie w jej przy­pad­ku tak było. Czy na­praw­dę tego wła­śnie chcia­ła? A je­śli to dzi­siej­sze nie­spo­dzie­wa­ne spo­tka­nie nie było przy­pad­kiem, lecz cu­dow­nym zrzą­dze­niem losu? Da­rem, ostat­nią szan­są? Szan­są, od któ­rej się wła­śnie od­wró­ci­ła i któ­ra już się nie po­wtó­rzy?

- Za­cze­kaj - prze­mó­wi­ła na tyle gło­śno, by ją usły­szał, a za­ra­zem na tyle spo­koj­nie, by jej głos nie zwa­bił są­sia­dów do okien. A kie­dy się za­trzy­mał, po krót­kiej chwi­li wa­ha­nia po­de­szła do nie­go. - Na­praw­dę cie­szę się, że cię wi­dzę. Nie spo­dzie­wa­łam się, ale... - Szu­ka­ła ko­lej­nych słów, lecz żad­ne nie przy­cho­dzi­ły jej do gło­wy.

- Może spo­tka­my się i po­roz­ma­wia­my? - za­pro­po­no­wał ła­god­nie. - Tak, wiem, mó­wi­łaś, że je­steś dziś za­ję­ta. Ale może in­ne­go dnia?

- Bar­dzo chęt­nie.

Uspo­kój się, nie daj po so­bie po­znać, że tak ci za­le­ży - upo­mi­na­ła samą sie­bie, ale nada­rem­nie.

- Kie­dy mógł­bym przyjść?

To py­ta­nie ją otrzeź­wi­ło, do­kład­nie tak, jak tam­to kil­ka mi­nut wcze­śniej.

- Nie miesz­kam te­raz sama - rze­kła ci­cho. Prze­kor­nie nie do­da­ła nic wię­cej, cie­ka­wa była, jak An­drzej za­re­agu­je na te sło­wa. Nie dał ni­cze­go po so­bie po­znać.

A cze­go się spo­dzie­wa­łaś? - za­kpi­ła sama z sie­bie w du­chu.

On ski­nął za to gło­wą i uśmiech­nął się.

- A za­tem gdzieś się przej­dzie­my. Po­wiedz tyl­ko, gdzie i kie­dy mo­gli­by­śmy się spo­tkać.

Choć­by i za­raz - chcia­ła od razu od­po­wie­dzieć. Opa­mię­ta­ła się do­słow­nie w ostat­niej se­kun­dzie. Fak­tycz­nie, do­pie­ro co na­po­mknę­ła mu, w do­dat­ku ra­czej nie­przy­ja­znym to­nem, że spie­szy się i jest bar­dzo za­ję­ta. Wo­bec tego nie mo­gła ro­bić z sie­bie idiot­ki i zmie­niać zda­nia. Po­win­na być kon­se­kwent­na, przy­naj­mniej do pew­ne­go stop­nia. Ina­czej An­drzej po­my­śli, że tak jak w prze­szło­ści, tak i te­raz jest go­to­wa na każ­de jego ski­nie­nie, że przy­sta­nie na każ­dy z jego wa­run­ków, ze swo­jej stro­ny nie sta­wia­jąc ani jed­ne­go. Na to nie mo­gła po­zwo­lić, w prze­ciw­nym ra­zie, tak jak kie­dyś, nie bę­dzie się z nią li­czył. Nie bę­dzie jej sza­no­wał.

Duma, sza­cu­nek, fun­ta kła­ków to war­te - zży­ma­ła się w du­chu. Mimo to wzię­ła się w garść i ma­jąc na­dzie­ję, że ma­ska na­da­ją­ca twa­rzy wy­raz spo­ko­ju i ra­czej chłod­nej, zdy­stan­so­wa­nej życz­li­wo­ści do­brze na niej leży, za­pro­po­no­wa­ła spo­tka­nie w czwar­tek, po­ju­trze, o sie­dem­na­stej.

- A za­tem do czwart­ku. - Ski­nął przy­jaź­nie gło­wą. A po­tem, ni z tego, ni z owe­go, na od­chod­nym do­rzu­cił: - Do zo­ba­cze­nia.

- Do zo­ba­cze­nia - od­par­ła i od­pro­wa­dzi­ła go wzro­kiem, aż znik­nął za bra­mą.

W oknach miesz­ka­nia, któ­re dzie­li­ła z ku­zyn­ką, pa­li­ło się świa­tło - znak, że była w domu. Dziś pra­co­wa­ła na noc­ną zmia­nę, prze­waż­nie ich dy­żu­ry nie po­kry­wa­ły się ze sobą, co od­po­wia­da­ło tak jed­nej, jak i dru­giej. Olga co naj­wy­żej ża­ło­wa­ła, że współ­lo­ka­tor­ka wyj­dzie z domu do­pie­ro za dwie go­dzi­ny, jej dy­żur za­czy­nał się o dzie­wią­tej wie­czo­rem. A tak ma­rzy­ła, by po­sie­dzieć te­raz tro­chę sa­mej, upo­rząd­ko­wać my­śli. Uspo­ko­ić emo­cje. Za­sta­no­wić się, co da­lej. W obec­no­ści Bar­ba­ry było to bar­dzo utrud­nio­ne. A może dziś ku­zyn­ka da jej spo­kój, nie bę­dzie stać jej nad gło­wą, za­da­wać py­tań lub dla od­mia­ny - pra­wić swo­ich zwy­kłych far­ma­zo­nów?

Za­le­d­wie we­szła do kuch­ni i włą­czy­ła gaz pod czaj­ni­kiem, Baś­ka nie­mal na­tych­miast po­ja­wi­ła się w pro­gu, jak­by wy­ro­sła spod pod­ło­gi. Mia­ła na so­bie nie­co już zno­szo­ną po­dom­kę i wał­ki na wło­sach, w dło­ni zaś nie­od­łącz­ne­go pa­pie­ro­sa. Po jej twa­rzy błą­kał się iry­tu­ją­cy uśmie­szek.

- Kto to był? Z kim roz­ma­wia­łaś na po­dwó­rzu? - spy­ta­ła.

- Skąd wiesz, że z kimś roz­ma­wia­łam? - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Och, daj spo­kój. Aku­rat wy­glą­da­łam przez okno i was zo­ba­czy­łam.

Oczy­wi­ście. Jak­że­by ina­czej! - Olga prze­wró­ci­ła ocza­mi. Roz­ma­wia­jąc z An­drze­jem, nie za­uwa­ży­ła wpraw­dzie ni­ko­go ani w żad­nym oknie, ani na po­dwó­rzu, ale to nie mu­sia­ło jesz­cze ozna­czać, że nikt ich nie ob­ser­wo­wał. Przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, czy po pro­stu nie zi­gno­ro­wać py­ta­nia ku­zyn­ki. Albo od­po­wie­dzieć coś nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce­go, na przy­kład, że to ja­kiś nie­zna­jo­my py­tał o dro­gę. Tak by­ło­by naj­pro­ściej, za­miast tego zu­peł­nie spon­ta­nicz­nie zde­cy­do­wa­ła się po­wie­dzieć praw­dę. Choć na ra­zie bez wcho­dze­nia w szcze­gó­ły.

- To sta­ry zna­jo­my.

- Sta­ry zna­jo­my? - pod­chwy­ci­ła. Bez wąt­pie­nia była za­in­try­go­wa­na. Za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem. - Jak sta­ry?

- Sprzed woj­ny.

- No co ty... I tak krót­ko z nim ga­da­łaś? Nie za­pro­si­łaś go do domu? Gdzie two­je ma­nie­ry? Co by na to po­wie­dzia­ła bab­ka Hor­ten­sja? - za­drwi­ła ku­zyn­ka.

- Bab­ka z pew­no­ścią by mi zmy­ła gło­wę. - Uśmiech­nę­ła się pod no­sem. Za­wsze była ulu­bie­ni­cą bab­ki; Bar­ba­ra na pew­no o tym pa­mię­ta­ła.

- Nie po­wiesz mi, kto to był? Chy­ba ni­g­dy wcze­śniej go nie wi­dzia­łam.

Wła­ści­wie, cze­mu jej nie po­wie­dzieć? Czy to ma jesz­cze ja­kieś zna­cze­nie? - za­sta­na­wia­ła się Ja­nic­ka.

- Chy­ba nie. Nie­wy­klu­czo­ne, że na­wet o nim nie sły­sza­łaś.

Woda się za­go­to­wa­ła, Olga uję­ła czaj­nik i za­la­ła wrząt­kiem esen­cję.

- Da­jesz mi do zro­zu­mie­nia, że mia­łaś przed woj­ną ta­jem­ni­cze­go ad­o­ra­to­ra? - Bar­ba­ra mru­gnę­ła do niej. - A to coś rze­czy­wi­ście nie­by­wa­łe­go. - Za­śmia­ła się. - Wy­bacz, ale... by­łaś taką ci­chą mysz­ką. Taką grzecz­ną dziew­czyn­ką; mat­ka wciąż da­wa­ła mi cie­bie za przy­kład. Ktoś w ogó­le wie­dział o jego ist­nie­niu? Za­kła­dam, że nie, bo w prze­ciw­nym ra­zie, zna­jąc na­szą ro­dzi­nę i zna­jo­mych, wie­ści szyb­ko by się roz­nio­sły... - urwa­ła na­gle i uważ­niej przyj­rza­ła się ku­zyn­ce. - Ze­rwa­li­ście ze sobą i od­na­lazł cię po la­tach? Nie po­dej­rze­wa­łam cię o ta­kie ro­man­tycz­ne przy­go­dy.

Olga za­mie­sza­ła her­ba­tę, upi­ła i skrzy­wi­ła się od wrząt­ku.

- Nic z tych rze­czy - od­par­ła su­cho. - To tyl­ko zna­jo­my, więc nie wy­obra­żaj so­bie Bóg wie cze­go. Cza­sem za­mie­ni­li­śmy parę słów. To wszyst­ko. - Zda­wa­ła so­bie spra­wę, jak mało wia­ry­god­nie, może na­wet ab­sur­dal­nie za­brzmia­ły te sło­wa, ale to je­dy­ne wy­ja­śnie­nie, na ja­kie mia­ła ocho­tę się te­raz zdo­być.

Bar­ba­ra nie spusz­cza­ła z niej wzro­ku. Za­wsze taka była, jak już się upar­ła, to nie od­pusz­cza­ła. I lu­bi­ła dużo wie­dzieć o każ­dym, kogo zna­ła. Roz­gnió­tł­szy nie­do­pa­łek w po­piel­nicz­ce, wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. War­gi jej lek­ko za­drga­ły od naj­wy­raź­niej stłu­mio­ne­go śmie­chu.

- Oczy­wi­ście. To na­wet zro­zu­mia­łe, że daw­ny, zwy­kły zna­jo­my po­sta­no­wił od­wie­dzić cię po mniej wię­cej dwu­dzie­stu la­tach - za­kpi­ła. - Jak on w ogó­le tra­fił na twój ślad? A może na­pi­sa­łaś do nie­go?

- Nie - od­par­ła zim­no Olga.

- A za­tem mu­siał za­dać so­bie spo­ro tru­du... ten twój zna­jo­my, z któ­rym daw­no temu je­dy­nie od cza­su do cza­su za­mie­ni­łaś parę słów.

- Nie nudź. Je­stem zmę­czo­na.

- I roz­ko­ja­rzo­na. Ro­zu­miem, już mnie tu nie ma. Zo­sta­wiam cię samą z two­imi ma­rze­nia­mi, przy­da­dzą się po go­dzi­nach uże­ra­nia się z dok­to­rem Rost­kow­skim i sio­strą od­dzia­ło­wą.

Nie uwie­rzy­ła mi - skrzy­wi­ła się w du­chu Olga. Pa­trząc na bez­list­ne jesz­cze drze­wo za oknem, mi­mo­wol­nie wes­tchnę­ła. Na miej­scu ku­zyn­ki też by nie uwie­rzy­ła po­dob­nym wy­ja­śnie­niom. Nie­mniej... za­sad­ni­czo nie mi­ja­ła się z praw­dą, co naj­wy­żej nie­co ją upro­ści­ła.

An­drzej Bo­guc­ki fak­tycz­nie jej nie ad­o­ro­wał, ni­g­dy nie za­bie­gał o jej wzglę­dy. Za­ra­zem ich zna­jo­mość nie była tak po­wierz­chow­na, jak to przed­sta­wi­ła ku­zyn­ce. Za­mie­ni­li ze sobą znacz­nie wię­cej niż tyl­ko kil­ka nie­wie­le zna­czą­cych słów.

Rozdział 2

Moi ro­dzi­ce po­bra­li się w ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku, nie­ca­ły rok po po­wro­cie ojca do kra­ju. Nie byli już wów­czas pierw­szej mło­do­ści. Mat­ka mia­ła trzy­dzie­ści sie­dem lat, oj­ciec - trzy lata wię­cej. Zna­li się jesz­cze przed woj­ną, lecz la­tem trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go roku prak­tycz­nie stra­ci­li ze sobą kon­takt. Fakt, że bez mała dwa­dzie­ścia lat póź­niej po­now­nie się na sie­bie na­tknę­li, za­kra­wał nie­mal na cud, w każ­dym ra­zie tak to za­wsze przed­sta­wia­ła mat­ka. Jako dziec­ko, a na­wet pod­ra­sta­ją­ca dziew­czy­na, lu­bi­łam słu­chać tej hi­sto­rii; nie raz za­mę­cza­łam mamę, by mi ją po raz ko­lej­ny opo­wie­dzia­ła, a po­nie­waż na­uczy­łam się jej na pa­mięć, by­łam wy­czu­lo­na na naj­mniej­sze na­wet nie­ści­sło­ści. Spra­wia­ło mi to nie lada fraj­dę i w znacz­nej mie­rze re­kom­pen­so­wa­ło pe­wien dys­kom­fort, jaki od­czu­wa­łam, gdy po­rów­ny­wa­łam ro­dzi­ców z ro­dzi­ca­mi ko­le­ża­nek z kla­sy lub ró­wie­śni­ków z po­dwór­ka.

Zdo­by­li co praw­da wyż­sze wy­kształ­ce­nie, a ich spo­sób by­cia, wie­dza, oczy­ta­nie, ma­nie­ry i kul­tu­ra oso­bi­sta wy­róż­nia­ły ich z gro­na na­szych są­sia­dów, lu­dzi ra­czej pro­stych i o nie­wy­szu­ka­nym gu­ście, lecz nie zmie­nia­ło to fak­tu, któ­ry miał dla mnie pierw­szo­rzęd­ne zna­cze­nie - obo­je byli star­si od więk­szo­ści ma­tek i oj­ców mo­ich ko­le­ża­nek i nie po­dej­mo­wa­li żad­nych sta­rań, by choć­by spra­wiać wra­że­nie młod­szych, wręcz prze­ciw­nie. Wy­glą­da­li na­wet znacz­niej po­waż­niej niż więk­szość ich ró­wie­śni­ków, co w du­żej mie­rze było spo­wo­do­wa­ne ich spo­so­bem by­cia, ich za­cho­wa­niem, w opi­nii mo­ich ko­le­ża­nek i ich ma­tek - zde­cy­do­wa­nie zbyt sta­ro­świec­kim. Jak­by obo­je za­trzy­ma­li się w in­nej epo­ce. Tej epo­ce, któ­rą uni­ce­stwi­ła woj­na, tak jak uni­ce­stwi­ła ona wie­lu po­dob­nych do nich lu­dzi. Mu­sia­łam do­ro­snąć, by uznać to za za­le­tę i być z nich dum­na; jed­nak jako dziec­ko i na­sto­lat­ka nie raz czu­łam się za­że­no­wa­na z po­wo­du owej po­wa­gi i "sta­ro­świec­czy­zny" naj­bliż­szych mi prze­cież lu­dzi.

Wte­dy przede wszyst­kim ma­rzy­łam, aby moja mat­ka wy­glą­da­ła i za­cho­wy­wa­ła się tak, jak mat­ki mo­ich ko­le­ża­nek. Aby przy­naj­mniej od cza­su do cza­su za­kła­da­ła ko­lo­ro­we su­kien­ki, choć­by i pstro­ka­te spód­ni­ce i bluz­ki. Aby ro­bi­ła trwa­łą on­du­la­cję, ta­pi­ro­wa­ła wło­sy, tu­szo­wa­ła rzę­sy i ma­lo­wa­ła pa­znok­cie na czer­wo­no. Czy­li tak jak ro­bi­ły mat­ki mo­ich ko­le­ża­nek, za­rów­no te młod­sze, jak i nie­co star­sze - oczy­wi­ście wte­dy, gdy upo­raw­szy się z do­mo­wą ro­bo­tą, wy­cho­dzi­ły do mia­sta, od­pro­wa­dza­ły dzie­ci do szko­ły lub przy­cho­dzi­ły na wy­wia­dów­ki. W po­rów­na­niu z nimi moja mat­ka spra­wia­ła wra­że­nie sza­rej i bez­barw­nej. Czu­łam się z tym nie­kom­for­to­wo, lecz gdy kie­dyś pró­bo­wa­łam na­mó­wić ją na bar­dziej wy­ra­zi­sty ma­ki­jaż i ko­lo­ro­we stro­je, uśmiech­nę­ła się lek­ko i po­pa­trzy­ła na mnie z po­li­to­wa­niem.

- Mam na­dzie­ję, że gdy przy­bę­dzie ci lat, gust ci się po­pra­wi - od­par­ła. I da­lej za­kła­da­ła pro­sto skro­jo­ne, kla­sycz­ne spód­ni­ce i ża­kie­ty, su­kien­ki w pa­ste­lo­wych, nie­rzu­ca­ją­cych się w oczy ko­lo­rach, wło­sy za­cze­sy­wa­ła gład­ko z czo­ła, a zło­ty łań­cu­szek, kol­czy­ki i ze­ga­rek były je­dy­ny­mi ele­men­ta­mi bi­żu­te­rii, na ja­kie so­bie na co dzień po­zwa­la­ła.

Do­pro­wa­dza­ło mnie to do bia­łej go­rącz­ki, ale by­łam bez­rad­na; w tej aku­rat spra­wie nic nie mo­głam zro­bić.

- Je­stem le­ka­rzem, nie mo­del­ką - od­po­wia­da­ła cier­pli­wie. Nie pod­no­si­ła gło­su, nie stro­fo­wa­ła mnie i dla­te­go cza­sem de­cy­do­wa­łam się na ri­po­stę.

- Ale nie je­steś jesz­cze sta­ra - za­pro­te­sto­wa­łam kie­dyś. Pa­mię­tam, że mia­łam wów­czas dwa­na­ście czy może trzy­na­ście lat. - Czy tyl­ko mo­del­ki i ak­tor­ki mogą się stro­ić i po­do­bać in­nym lu­dziom?

W od­po­wie­dzi ro­ze­śmia­ła się.

- Niby komu mia­ła­bym się po­do­bać? Wy­star­czy mi, że po­do­bam się two­je­mu ojcu - od­po­wie­dzia­ła. - A moi pa­cjen­ci nie po­trze­bu­ją, bym po­brzę­ki­wa­ła nad nimi dłu­gi­mi kol­czy­ka­mi i stra­szy­ła wy­ta­pe­to­wa­ną twa­rzą - to oznaj­mia­jąc, dała mi do zro­zu­mie­nia, bym prze­sta­ła jej za­wra­cać gło­wę ma­ru­dze­niem i za­miast tra­cić czas na głu­po­ty, za­ję­ła się na­uką.

- Męż­czyź­ni tak na­praw­dę wca­le nie szu­ka­ją dla sie­bie pu­sto­gło­wych ślicz­no­tek. Uwa­ża­ją je za idiot­ki - stwier­dzi­ła z ko­lei, gdy mia­łam już pięt­na­ście lat.

Nie po­wie­dzia­ła tego do mnie - nie pro­wa­dzi­ły­śmy jesz­cze wte­dy "ta­kich roz­mów" - lecz do swo­jej bra­to­wej. A po­nie­waż nie sły­sza­łam jej wcze­śniej­szych słów, nie mia­łam po­ję­cia i do dziś nie wiem, w ja­kim kon­tek­ście to mó­wi­ła. W każdym ra­zie ciot­ka Ewa od­nio­sła się scep­tycz­nie do tej opi­nii.

- No, nie by­ła­bym tego taka pew­na - mruk­nę­ła. - Bo z mo­ich ob­ser­wa­cji wy­ni­ka co in­ne­go. To zna­czy ow­szem, uwa­ża­ją je za idiot­ki. Ale i tak wolą pu­sto­gło­wą ślicz­not­kę z dłu­gi­mi no­ga­mi, któ­ra ma czym od­dy­chać i na czym usiąść, niż mą­drą sowę, z któ­rą nie bar­dzo wie­dzą, jak po­stę­po­wać. I w re­zul­ta­cie nu­dzą się przy niej jak mop­sy.

- Za­le­ży jacy męż­czyź­ni - od­par­ła mat­ka. - Na nie­któ­rych w ogó­le nie war­to zwra­cać uwa­gi. A już z pew­no­ścią żad­ne­mu za­nad­to nie oka­zy­wać, że nam na nim za­le­ży - rze­kła to­nem uci­na­ją­cym dal­szą dys­ku­sję.

- Mo­żesz mi wie­rzyć albo nie, ale ona na­praw­dę tak po­stę­po­wa­ła - oznaj­mi­ła mi po kil­ku la­tach inna z mo­ich cio­tek, Bar­ba­ra, z któ­rą mat­ka w prze­szło­ści przez pe­wien czas miesz­ka­ła. - Od­kąd pa­mię­tam, mia­ła ta­kie że­la­zne za­sa­dy, choć oczy­wi­ście to i owo mo­gło mi umknąć, bo po­zna­łam ją bli­żej do­pie­ro kil­ka lat po woj­nie, gdy obie lata pierw­szej mło­do­ści mia­ły­śmy już za sobą. Ale na­wet tego dnia, gdy oznaj­mi­ła mi, że po dwu­dzie­stu la­tach nie­spo­dzie­wa­nie na­tknę­ła się na sta­re­go zna­jo­me­go, za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by nie mia­ło to dla niej więk­sze­go zna­cze­nia. Mo­żesz so­bie wy­obra­zić moją zszo­ko­wa­ną gębę, gdy kil­ka ty­go­dni póź­niej za­pro­si­ła mnie na ślub. Wła­śnie z owym daw­nym zna­jo­mym, z któ­rym przed laty po­noć nie łą­czy­ła ich żad­na bliż­sza za­ży­łość. W do­dat­ku oznaj­mi­ła to tym swo­im bez­na­mięt­nym, obo­jęt­nym to­nem. Chry­ste Pa­nie, po­my­śla­łam so­bie wte­dy, czy ona w to­wa­rzy­stwie tego fa­ce­ta też się tak za­cho­wu­je?! Mu­sia­ła mu w ta­kim ra­zie nie­źle za­wró­cić w gło­wie albo, wbrew temu, co twier­dzi­ła, łą­czy­ło ich przed laty coś wię­cej niż nie­wie­le zna­czą­ca zna­jo­mość czy na­wet szkol­ne ko­le­żeń­stwo.

Po­dob­nie jak moja mat­ka róż­ni­ła się od in­nych zna­nych mi ko­biet, tak­że i oj­ciec zwra­cał na sie­bie uwa­gę - tyle że w prze­ci­wień­stwie do niej, zna­ko­mi­cie się pre­zen­to­wał. Był nie tyl­ko bar­dzo przy­stoj­ny, ale tak­że ema­no­wał wi­tal­no­ścią, siłą, co w ze­sta­wie­niu z "przed­wo­jen­ny­mi", a więc - w po­wszech­nej opi­nii - sta­ro­świec­ki­mi ma­nie­ra­mi w jego aku­rat przy­pad­ku dzia­ła­ło jak naj­bar­dziej na ko­rzyść. I spra­wia­ło, że po­do­bał się ko­bie­tom. Rów­nież dla­te­go, że był dla nich za­gad­ką - z jed­nej stro­ny in­tro­wer­tyk, czę­sto za­my­ślo­ny, jak­by nie­obec­ny du­chem, roz­tar­gnio­ny ni­czym ar­ty­sta, lecz gdy trze­ba było, gdy wy­ma­ga­ły tego oko­licz­no­ści, wy­ka­zy­wał się im­po­nu­ją­cą siłą, zde­cy­do­wa­niem i przed­się­bior­czo­ścią. Wi­dzia­łam, jak ko­bie­ty wo­dzi­ły za nim wzro­kiem, co nie raz mnie nie­po­ko­iło, a na­wet zło­ści­ło, na mat­ce na­to­miast nie ro­bi­ło żad­ne­go wra­że­nia. Co naj­wy­żej kpi­ła so­bie z tego, jak re­ago­wa­łam.

W dniu mo­ich osiem­na­stych uro­dzin, uznaw­szy, że jako do­ro­sła oso­ba mogę po­zwo­lić so­bie na wy­ra­że­nie na głos opi­nii, któ­rych nie wa­ży­łam się wy­po­wie­dzieć wcze­śniej, za­py­ta­łam ją, czy ni­g­dy nie bała się ewen­tu­al­nych ry­wa­lek.

- Ja­kich ry­wa­lek? - spy­ta­ła ta­kim to­nem, jak­by na­praw­dę nie ro­zu­mia­ła, o co mi cho­dzi­ło.

Mam na my­śli ko­bie­ty, któ­re są o nie­bo bar­dziej atrak­cyj­ne od cie­bie. A przy­naj­mniej dba­ją o uro­dę - od­cię­łam się, lecz oczy­wi­ście tyl­ko w my­ślach. Do­my­śla­łam się zresz­tą, że i tak zga­dy­wa­ła, o co mi cho­dzi­ło. I śmia­ła się ze mnie w du­chu. Na­praw­dę była pew­na sie­bie i prze­ko­na­na, że mąż ni­g­dy jej nie za­wie­dzie, że jest wier­ny. W każ­dym ra­zie nic w jej za­cho­wa­niu nie wska­zy­wa­ło, by w to wąt­pi­ła.

I fak­tycz­nie, nic nie prze­ma­wia­ło za tym, by się my­li­ła.

Czy moi ro­dzi­ce da­rzy­li się mi­ło­ścią? Ni­g­dy nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że byli so­bie bar­dzo bli­scy, choć - przy­naj­mniej w obec­no­ści po­stron­nych osób, a tak­że i w mo­jej - po­wstrzy­my­wa­li się od ma­ni­fe­sto­wa­nia uczuć. Pod tym wzglę­dem nie przy­po­mi­na­li bo­ha­te­rów ro­man­so­wych fil­mów i po­wie­ści. Z pew­no­ścią łą­czy­ło ich głę­bo­kie przy­wią­za­nie i wza­jem­ne zro­zu­mie­nie. W ta­kiej też at­mos­fe­rze się wy­cho­wa­łam i do­ra­sta­łam, to za­pew­nia­ło mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Wie­dzia­łam, że mam w nich opar­cie, że w ra­zie po­trze­by przy­bę­dą z po­mo­cą. Co nie zna­czy­ło, że na­sze wza­jem­ne re­la­cje za­wsze były pro­ste, ide­al­ne, bez­kon­flik­to­we. Bo prze­cież gdy do­ra­sta­łam, i gdy już do­ro­słam, sta­le z nimi wal­czy­łam o nie­za­leż­ność; byli na­do­pie­kuń­czy, bali się o mnie, nie wie­rzy­li, że dam so­bie bez nich radę. Do­my­śla­łam się, że w du­żej mie­rze było to po­dyk­to­wa­ne fak­tem, że zo­sta­li ro­dzi­ca­mi w doj­rza­łym już wie­ku. Bo choć więk­szość lu­dzi ule­ga po­dob­nej po­ku­sie, by kon­tro­lo­wać swo­je pod­ra­sta­ją­ce i wręcz do­ro­słe już dzie­ci, moi byli pod tym wzglę­dem szcze­gól­nie prze­wraż­li­wie­ni, zwłasz­cza mat­ka. Oj­ciec le­piej mnie ro­zu­miał i go­tów był dać mi tro­chę wię­cej swo­bo­dy, poza tym znacz­ną część jego cza­su po­chła­nia­ła pra­ca w kli­ni­ce. Mat­ka na­to­miast dłu­go nie po­tra­fi­ła i chy­ba nie chcia­ła przy­jąć do wia­do­mo­ści, że z bie­giem lat prze­sta­wa­łam być jej małą có­recz­ką, któ­rą mo­gła się opie­ko­wać do woli; miłą, po­tul­ną dziew­czyn­ką, dla któ­rej była ca­łym świa­tem i punk­tem od­nie­sie­nia. A na­wet gdy w koń­cu go­dzi­ła się z rze­czy­wi­sto­ścią, nie za­mie­rza­ła tra­cić nade mną kon­tro­li. Prze­ko­na­na, że wciąż nie je­stem go­to­wa, by dać so­bie radę w ży­ciu i wła­ści­wie roz­po­znać wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa i za­sadz­ki, któ­re czy­ha­ją na dziew­czy­nę, szcze­gól­nie do­ra­sta­ją­cą. Do tego mia­ła dla mnie wię­cej cza­su niż oj­ciec, bo po moim uro­dze­niu zre­zy­gno­wa­ła z ab­sor­bu­ją­cej pra­cy w szpi­ta­lu i za­trud­ni­ła się w "osie­dlo­wej" przy­chod­ni zdro­wia.

Gdy się bun­to­wa­łam, sły­sza­łam wciąż tę samą od­po­wiedź: Zro­zu­miesz, gdy bę­dziesz mia­ła wła­sne dzie­ci. Dłu­go nie mo­głam zdo­być się na to, by jej oświad­czyć, że ja zu­peł­nie ina­czej wi­dzia­łam swo­ją przy­szłość. Nie za­mie­rza­łam wy­cho­dzić za mąż i mieć dzie­ci. Nie chcia­łam jej tego mó­wić, bo zna­jąc jej po­glą­dy na ten te­mat, wie­dzia­łam, że by mnie nie zro­zu­mia­ła. Nie mia­łam ocho­ty słu­chać jej ar­gu­men­tów, któ­re prze­cież nie były ta­jem­ni­cą. Mat­ka, po­mi­mo że była wy­kształ­co­ną, wy­ko­nu­ją­cą od­po­wie­dzial­ny za­wód ko­bie­tą, praw­do­po­dob­nie nie po­trak­to­wa­ła­by po­waż­nie ta­kiej de­kla­ra­cji. Pod tym wzglę­dem nie róż­ni­ła się od in­nych zna­nych mi ko­biet, od na­szych są­sia­dek i ma­tek mo­ich ko­le­ża­nek. Było dla niej oczy­wi­ste, że ko­bie­ta, choć­by na­wet i naj­lep­szy fa­cho­wiec w pra­cy, z żad­ne­go za­da­nia nie wy­wią­że się tak do­brze, jak z by­cia żoną i mat­ką; że to jej wła­ści­we po­wo­ła­nie i w ni­czym in­nym nie zre­ali­zu­je się tak do­brze. Nic in­ne­go nie da jej więk­sze­go za­do­wo­le­nia i sa­tys­fak­cji. A fakt, że w jej przy­pad­ku na­stą­pi­ło to tak póź­no, za­wsze tłu­ma­czy­ła za­wi­ro­wa­nia­mi zwią­za­ny­mi z woj­ną.

Wszyst­ko się wte­dy po­plą­ta­ło, ży­cie ca­łej mo­jej ro­dzi­ny sta­nę­ło na gło­wie - ma­wia­ła. Ja jed­nak czu­łam, że cho­dzi­ło o coś wię­cej - prze­cież wo­jen­ne do­świad­cze­nia do­ty­czy­ły ca­łe­go jej po­ko­le­nia, a mimo to lu­dzie za­kła­da­li ro­dzi­ny na­wet w tych kosz­mar­nych cza­sach i wa­run­kach. Może więc... cze­ka­ła na po­wrót mo­je­go ojca? Może ciot­ka Bar­ba­ra mia­ła ra­cję, po­dej­rze­wa­jąc, że mu­sia­ło ich łą­czyć przed woj­ną coś wię­cej niż zwy­kła zna­jo­mość. W każ­dym ra­zie tak mo­gło być w przy­pad­ku mo­jej mat­ki.

Do­my­śla­łam się nie­ja­sno, że w jej ży­ciu mu­sia­ły wy­da­rzyć się spra­wy, o któ­rych mi nie mó­wi­ła, o któ­rych nie opo­wia­da­ła ni­ko­mu (może z wy­jąt­kiem mo­je­go ojca), a któ­re spra­wia­ły, że tak się o mnie lę­ka­ła. Oczy­wi­ście nie była pod tym wzglę­dem wy­jąt­kiem - moje ko­le­żan­ki na­rze­ka­ły, że w ich przy­pad­ku jest po­dob­nie. Tyle że w prze­ci­wień­stwie do nich ja nie za­cho­wy­wa­łam się ry­zy­kow­nie, nie oszu­ki­wa­łam, nie krę­ci­łam, by­łam wzo­ro­wą uczen­ni­cą, po lek­cjach wra­ca­łam do domu. I by­naj­mniej nie za­wra­ca­łam so­bie gło­wy chłop­ca­mi... ani oni mną. Za mną nikt się nie oglą­dał, jak po­dej­rze­wa­łam, nie tyl­ko dla­te­go, że się o to nie sta­ra­łam. Na­wet gdy­bym do­kła­da­ła wszel­kich sta­rań, by się po­do­bać ko­le­gom z kla­sy czy nie­zna­jo­mym na uli­cy, sku­tek był­by pew­nie ten sam.

W mia­rę upły­wu cza­su sta­wa­łam się co­raz bar­dziej po­dob­na do mat­ki, nie do ojca. I tak jak ona uzna­łam, że nie­do­stat­ki uro­dy, wdzię­ku i sek­sa­pi­lu mogę zre­kom­pen­so­wać tyl­ko w je­den spo­sób: zdo­by­wa­jąc so­lid­ną wie­dzę i roz­wi­ja­jąc się in­te­lek­tu­al­nie. A że lu­bi­łam szko­łę, na­uka nie spra­wia­ła mi żad­ne­go pro­ble­mu, za­wsze mia­łam bar­dzo do­bre stop­nie i zdo­by­wa­łam wszel­kie na­gro­dy i wy­róż­nie­nia.

W mia­rę też jak do­ra­sta­łam, za­czy­na­łam ro­zu­mieć moją mat­kę w kwe­stii gu­stu i stro­jów, na­śla­du­jąc ją pod tym wzglę­dem po­cząt­ko­wo zu­peł­nie bez­wied­nie, po­tem co­raz bar­dziej świa­do­mie. Co - ku mo­je­mu za­sko­cze­niu - nie do koń­ca spo­tka­ło się z jej uzna­niem.

- Nie prze­sa­dzaj, Igu­siu, z tą asce­zą - po­wie­dzia­ła kie­dyś, na co ja na­tych­miast przy­po­mnia­łam (nie bez pew­nej nut­ki zło­śli­wo­ści) jej wła­sne sło­wa wy­po­wie­dzia­ne nie­gdyś w re­ak­cji na moją uwa­gę a pro­pos stro­jów i sty­lu by­cia.

- Wspo­mnia­łaś, mamo, że masz na­dzie­ję, że z cza­sem gust mi się po­pra­wi. I tak też się sta­ło. Ży­cze­niu twe­mu sta­ło się za­dość - wy­tknę­łam.

- Pa­mię­tam, co mó­wi­łam - od­par­ła mat­ka. - Zda­nia nie zmie­ni­łam. To ra­czej ty masz ten­den­cję do wpa­da­nia z jed­nej skraj­no­ści w dru­gą. Może to mło­dzień­cza prze­ko­ra?

- Nie je­stem prze­kor­na - ob­ru­szy­łam się, choć w du­chu przy­zna­wa­łam jej tro­chę ra­cji.

- Po pro­stu w każ­dej spra­wie wska­za­ny jest umiar - oznaj­mi­ła, nie od­no­sząc się już do mo­ich słów.

Umiar. Czę­sto się do nie­go od­wo­ły­wa­ła. I to pew­nie spra­wi­ło, że w sto­sun­kach z in­ny­mi ludź­mi, w tym z ró­wie­śni­ka­mi, za­cho­wy­wa­łam dy­stans. Zwłasz­cza wo­bec chłop­ców, a po­tem męż­czyzn. Dy­stans ten nie sta­no­wił dla nich za­chę­ty ani wy­zwa­nia, jak mo­gło­by to mieć miej­sce w przy­pad­ku ład­niej­szej czy też bar­dziej in­te­re­su­ją­cej dziew­czy­ny. Nie po­strze­ga­li mnie w tych ka­te­go­riach i wca­le im się nie dzi­wi­łam. Na do­brą spra­wę zwra­ca­li na mnie uwa­gę tyl­ko wte­dy, gdy po­trze­bo­wa­li prze­pi­sać pra­cę do­mo­wą czy też wy­dę­bić ścią­gę na spraw­dzia­nie. Cza­sem po­pro­si­li, bym wy­tłu­ma­czy­ła ja­kieś za­gad­nie­nie z mat­my, che­mii lub z an­giel­skie­go, by­wa­ło, że i in­nych przed­mio­tów. I po­tem, już na stu­diach, gdy po­trze­bo­wa­li no­ta­tek z wy­kła­du, na któ­ry nie przy­szli z po­wo­du kaca po wczo­raj­szej im­pre­zie. Gdy chcie­li po­ży­czyć pod­ręcz­ni­ki, bo szko­da im było pie­nię­dzy na ich za­kup, albo kie­dy w ogó­le po­trze­bo­wa­li tro­chę gro­sza. Ja ucho­dzi­łam za pan­nę z do­bre­go domu, któ­rej ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło. Wia­do­mo, cór­ka le­ka­rzy. Le­ka­rze ni­g­dy nie byli bied­ni, co­kol­wiek by nie twier­dzi­li. Dla ko­le­gów by­łam mą­drą sową, ni­czym wię­cej.

Mat­ka - bo oj­ciec w tych kwe­stiach ra­czej się nie wy­po­wia­dał - uwa­ża­ła, że mam wszel­kie atu­ty, by zwra­cać na sie­bie uwa­gę. Choć nie za­szko­dzi­ło­by, gdy­bym bar­dziej o sie­bie za­dba­ła. Za­ra­zem po­win­nam uwa­żać na zwy­kłych pod­ry­wa­czy, któ­rzy trak­tu­ją dziew­czy­nę jak za­baw­kę. Lub dla od­mia­ny jako do­brą par­tię, co za­pew­ni im wy­mier­ne ko­rzy­ści; tacy nie za­pew­nią jed­nak szczę­ścia. Nie ko­cha­ją, więc nie będą wier­ni.

Obudź się, mamo. Po­rzuć te złu­dze­nia! - chcia­łam wte­dy za­wo­łać. - To tyl­ko moi ko­le­dzy. Ni­ko­go i ni­cze­go przede mną nie uda­ją, je­dy­nie po­ży­cza­ją ode mnie ze­szy­ty i książ­ki. Żad­ne­mu z nich nie przy­szło­by na­wet do gło­wy, żeby mnie za­pro­sić do kina, o te­atrze nie wspo­mi­na­jąc. Nikt nie za­pro­po­no­wał mi choć­by spa­ce­ru ani nie za­pro­sił na kawę. Ża­den nie za­mie­rza też we­drzeć się prze­bo­jem do na­szej ro­dzi­ny.

Po­wstrzy­my­wa­łam się w ostat­niej chwi­li w oba­wie przed ko­lej­nym ka­za­niem.

Nie­za­leż­nie od tego, że cza­sem dą­sa­łam się na ro­dzi­ców, bo nad­mier­na tro­ska mat­ki dzia­ła­ła mi na ner­wy, bar­dzo ich ko­cha­łam. Na­wet wte­dy, gdy się na nich zło­ści­łam i mia­łam pre­ten­sje, nie za­po­mi­na­łam, ile im za­wdzię­czam. Przede wszyst­kim spo­koj­ny dom i szczę­śli­we dzie­ciń­stwo. W ro­dzi­nach mo­ich ko­le­ża­nek by­wa­ło z tym róż­nie - cza­sem to i owo mi opo­wia­da­ły, a słu­cha­jąc ich, tym bar­dziej do­ce­nia­łam to, co sama mia­łam.

Moi ro­dzi­ce nie kłó­ci­li się ni­g­dy; nie sły­sza­łam, by w ja­kiej­kol­wiek spra­wie mie­li od­mien­ne zda­nie. Co zresz­tą nie­kie­dy by­wa­ło po­wo­dem żar­tów czy na­wet kpin ze stro­ny in­nych osób. W tym tak­że dziad­ka Je­re­mie­go, któ­ry uwa­żał, że to nie do koń­ca nor­mal­ne. Że w ta­kim związ­ku bra­ku­je ja­kiejś au­ten­tycz­no­ści, a na­wet szcze­ro­ści. No bo czy to moż­li­we, że w każ­dej, do­kład­nie w każ­dej spra­wie mąż i żona mają ta­kie samo zda­nie? Czy nie ozna­cza to cza­sem, że jed­no po pro­stu śle­po po­dą­ża za dru­gim albo oba­wia się wy­ra­zić od­mien­ną opi­nię w oba­wie przed kon­se­kwen­cja­mi?

Dzia­dek i po­dzie­la­ją­ca jego zda­nie ciot­ka Bar­ba­ra (choć w in­nych spra­wach już tak zgod­ni nie byli) wska­zy­wa­li, że w mał­żeń­stwie mo­ich ro­dzi­ców tą słab­szą stro­ną jest moja mat­ka. I choć nie wy­ra­zi­li wprost, na czym opie­ra­li to prze­ko­na­nie, zga­dy­wa­łam, co mie­li na my­śli. Była zde­cy­do­wa­nie mniej in­te­re­su­ją­ca od ojca, ot zwy­kła sza­ra mysz­ka, któ­rej uda­ło się zła­pać przy­stoj­ne­go i nie­tu­zin­ko­we­go fa­ce­ta, więc te­raz zro­bi wszyst­ko, by mu nie pod­paść i go do sie­bie nie zra­zić. Ja wie­dzia­łam swo­je. Moi ro­dzi­ce na­praw­dę w więk­szo­ści spraw mie­li ta­kie samo zda­nie, a tych nie­licz­nych, co do któ­rych mo­gli się róż­nić, po pro­stu nie wał­ko­wa­li. A mat­ka, wbrew temu, co twier­dził jej oj­ciec i ku­zyn­ka, wca­le nie po­trze­bo­wa­ła za­bie­gać o jego uczu­cia. Zresz­tą, na­wet gdy­by nie byli tak zgod­nym mał­żeń­stwem, z pew­no­ścią nie oba­wia­ła­by się wy­ra­zić swo­je­go zda­nia z oba­wy przed jego re­ak­cją. Była sil­na, sa­mo­dziel­na i przez wie­le lat, za­nim wy­szła za mąż, do­brze da­wa­ła so­bie radę w ży­ciu, więc w ra­zie gdy­by się roz­sta­li, też by so­bie po­ra­dzi­ła. My­ślę, że w grun­cie rze­czy to wła­śnie ona była tą sil­niej­szą stro­ną. To ra­czej oj­ciec był mniej od­por­ny na cio­sy i prze­ciw­no­ści losu. Jak­kol­wiek by te spra­wy nie wy­glą­da­ły, ja w prze­ci­wień­stwie do dziad­ka Je­re­mie­go ni­g­dy so­bie nie żar­to­wa­łam ze zgod­nych, spo­koj­nych re­la­cji, ja­kie pa­no­wa­ły mię­dzy ro­dzi­ca­mi. By­łam z nich bar­dzo za­do­wo­lo­na. Tym bar­dziej że i moje ko­le­żan­ki - zwłasz­cza te, któ­rych ro­dzi­ce to­czy­li ze sobą re­gu­lar­ne woj­ny, a domy nie­jed­no­krot­nie by­wa­ły po­lem bi­twy - nie ukry­wa­ły, że mi za­zdrosz­czą.

Gdy by­łam dziec­kiem, nie lu­bi­łam prze­by­wać zbyt dłu­go poza do­mem, z dala od mat­ki i ojca. I prak­tycz­nie się wte­dy z nimi nie roz­sta­wa­łam. Nie wy­jeż­dża­łam na ko­lo­nie i obo­zy ani na­wet na szkol­ne wy­ciecz­ki, je­śli mia­ły trwać dłu­żej niż je­den dzień. Nikt też nie zmu­szał mnie do tych wy­jaz­dów, co spo­ty­ka­ło się z dez­apro­ba­tą nie tyl­ko ze stro­ny na­uczy­cie­li, ale tak­że resz­ty na­szej ro­dzi­ny. I znów za­rów­no dzia­dek Je­re­mi, jak i wuj Bog­dan, brat mo­jej mat­ki, i jego żona, ciot­ka Ewa, o ką­śli­wych uwa­gach ciot­ki Bar­ba­ry już na­wet nie wspo­mi­na­jąc, uwa­ża­li, że w tej aku­rat kwe­stii ro­dzi­ce nie po­win­ni mi ustę­po­wać. Zwłasz­cza dzia­dek Je­re­mi nie gryzł się w ję­zyk. Wy­ro­śnie z niej nie­po­rad­na ży­cio­wo, kom­plet­nie nie­sa­mo­dziel­na mami có­recz­ka - ma­wiał. Wszy­scy byli bez­rad­ni, bo de­cy­zja na­le­ża­ła wy­łącz­nie do mo­ich ro­dzi­ców, a oni nie wi­dzie­li po­wo­du, dla któ­re­go mia­ła­bym prze­ży­wać stres zwią­za­ny z na­wet krót­kim roz­sta­niem.

- Wy­ro­śnie z tego - twier­dził oj­ciec. - Na pew­no szyb­ciej, niż gdy­by była zmu­sza­na do wy­jaz­dów.

I czas po­ka­zał, że miał ra­cję. Bo fak­tycz­nie, w li­ceum za­czę­łam prze­ła­my­wać nie­chęć do kil­ku­dnio­wych wy­cie­czek szkol­nych, a na stu­diach re­gu­lar­nie uczest­ni­czy­łam w spły­wach ka­ja­ko­wych i wy­pra­wach w góry w to­wa­rzy­stwie ko­le­gów i ko­le­ża­nek. Co wy­wo­ły­wa­ło z ko­lei stres u mat­ki, któ­ra nie spa­ła po no­cach w oba­wie o moje bez­pie­czeń­stwo, nie do koń­ca też wie­rzy­ła w mój roz­są­dek. A w jej przy­pad­ku trud­no było ży­wić na­dzie­ję, że z tego wy­ro­śnie.

Nic za­tem dziw­ne­go, że wia­do­mość o przy­zna­nym mi sty­pen­dium za­gra­nicz­nym przy­ję­ła nie tyle z mie­sza­ny­mi uczu­cia­mi, co wręcz z prze­stra­chem i nie­ukry­wa­nym nie­za­do­wo­le­niem.

Rozdział 3

- Uwa­żam, że to po­wód do dumy. Ja w każ­dym ra­zie je­stem dum­ny jak cho­le­ra - oświad­czył bez par­do­nu, za to z jaw­nym wy­zwa­niem w gło­sie Je­re­mi Ja­nic­ki.

Spoj­rze­nie miał wy­zy­wa­ją­ce i twar­de, na­wet wię­cej - pro­wo­ka­cyj­ne, co wy­star­czy­ło, by cór­ka spu­ści­ła wzrok ni­czym skar­co­na dziew­czyn­ka. Lecz jej re­ak­cja nie była dla ni­ko­go za­sko­cze­niem; wszy­scy już zdą­ży­li przy­wyk­nąć, że tak wła­śnie się za­cho­wy­wa­ła w od­po­wie­dzi na uwa­gi ojca. Za­rów­no gdy była jesz­cze dziec­kiem, jak i te­raz, kie­dy prze­kro­czy­ła już sześć­dzie­siąt­kę. Dla­te­go star­szy pan je­dy­nie od nie­chce­nia na nią zer­k­nął; nikt z obec­nych nie miał wąt­pli­wo­ści, że choć za nic by się do tego nie przy­znał, tak na­praw­dę cze­kał tyl­ko na re­ak­cję zię­cia. Nic za­tem dziw­ne­go, że obec­ni przy roz­mo­wie syn i sy­no­wa cie­ka­wie zer­k­nę­li na szwa­gra.

An­drzej Bo­guc­ki nie od razu od­po­wie­dział; pa­trząc na nie­go, przez mo­ment moż­na było od­nieść wra­że­nie, że ba­wi­ła go ta chwi­la ocze­ki­wa­nia na jego sło­wa.

- My tak­że je­ste­śmy dum­ni - od­parł.

- Nie wi­dać tego po was. Prze­ciw­nie, moż­na po­my­śleć, że ode­bra­li­ście to ni­czym cios po­ni­żej pasa - za­uwa­żył zgryź­li­wie sta­ru­szek.

- Dla­cze­go oj­ciec tak uwa­ża? - Głos zię­cia brzmiał chłod­no, ofi­cjal­nie. Ta­kim to­nem zwra­cał się do swo­ich współ­pra­cow­ni­ków i pod­wład­nych, gdy chciał po­znać ich zda­nie w kwe­stii dia­gno­zy.

Sło­wa te star­szy pan po­trak­to­wał ni­czym wy­zwa­nie.

- Bo nie oka­zu­je­cie żad­nej ra­do­ści. Ma­cie miny jak na sty­pie. A na­wet jak na po­grze­bie.

An­drzej Bo­guc­ki jak zwy­kle nie dał się spro­wo­ko­wać, twarz mu na­wet nie drgnę­ła. Za to Olga się wy­raź­nie żach­nę­ła.

- Mógł­by so­bie tata da­ro­wać po­dob­ne uwa­gi - od­par­ła, krzy­wiąc się przy tym tak, jak­by po­łknę­ła cy­try­nę. - Są nie na miej­scu, a poza tym...

- Nie na miej­scu?! - Je­re­mi gniew­nie od­trą­cił dłoń sy­no­wej, ni­we­cząc tym sa­mym jej pró­bę zła­go­dze­nia jego na­stro­ju.

Rad był z tego, że może wy­ra­zić swój po­gląd i "po­trzą­snąć", jak ma­wiał, tym ra­chi­tycz­nym to­wa­rzy­stwem przy sto­le. Ra­chi­tycz­nym, rzecz ja­sna, w jego ro­zu­mie­niu - sam nie mógł po­jąć, dla­cze­go w jego dzie­ciach jest tak mało ikry, tem­pe­ra­men­tu i ener­gii. Co się z tymi ludź­mi na­wy­ra­bia­ło? Co po­ko­le­nie, to go­rzej. A przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o jego dzie­ci i wnu­ki.

- Wy­glą­da­cie, jak­by­ście kij po­łknę­li. Jak­by ta dziew­czy­na za­miast sty­pen­dium na­uko­we­go do­sta­ła co naj­mniej wy­rok ze­sła­nia na bia­łe niedź­wie­dzie. Gdy­by tak któ­reś z was do­sta­ło w mło­do­ści taką szan­sę jak ona, to za­rów­no ja, jak i wa­sza świę­tej pa­mię­ci mat­ka ska­ka­li­by­śmy ze szczę­ścia do sa­me­go nie­ba. Pod­czas gdy wy...

- My w mło­do­ści nie mie­li­śmy na to naj­mniej­szych szans, oj­cze. Na­sza mło­dość upły­nę­ła w zu­peł­nie in­nych re­aliach - upo­mniał go ła­god­nie Bog­dan, czym tyl­ko do­dat­ko­wo roz­gnie­wał sta­rusz­ka.

- Wła­śnie o tym mó­wię! - sap­nął z iry­ta­cją Je­re­mi. - Nie wiem, cze­mu sta­le uwa­ża­cie mnie za star­ca, któ­ry nie ko­ja­rzy już, na ja­kim świe­cie żyje. Nie mie­li­ście szans, bo woj­na i ta­kie tam, to za­pew­ne mia­łeś na my­śli. Za­wsze się tym tłu­ma­czy­li­ście. Choć przy­pusz­czam, że na­wet gdy­by nie te, jak to ują­łeś, re­alia wa­szej mło­do­ści, tak­że nie­wie­le wię­cej by­ście osią­gnę­li po­nad to, co ma­cie. Bo oboj­gu wam brak tego cze­goś, co spra­wia, że czło­wiek od­no­si suk­ce­sy. A może po pro­stu trze­ba się z tym uro­dzić? Sam nie wiem. Ale jed­no wiem na pew­no: Iga to coś po­sia­da. Do­strze­żo­no ją, do­sta­ła szan­sę i po­win­na iść za cio­sem. Nie­ste­ty, ode­bra­ła ta­kie, a nie inne wy­cho­wa­nie, i oba­wiam się, że wi­dząc smu­tek i za­fra­so­wa­nie swo­ich sta­rych, zwłasz­cza mat­ki, go­to­wa dla świę­te­go spo­ko­ju, to zna­czy świę­te­go spo­ko­ju Olgi, zre­zy­gno­wać z tej szan­sy, zre­zy­gno­wać z wy­jaz­du. Sama nie po­sia­da wy­star­cza­ją­co sil­nej woli, by się temu oprzeć. Tym bar­dziej że jest do was przy­wią­za­na ni­czym pies do po­dwór­ko­wej budy. Tak jak ten pies rada by tro­chę po­ha­sać na wol­no­ści, byle nie za dłu­go i nie za da­le­ko.

- Te two­je po­rów­na­nia, tato... Zu­peł­nie nie na miej­scu. - Olga prze­wró­ci­ła ocza­mi, a po­tem wy­mie­ni­ła zna­czą­ce spoj­rze­nia z bra­tem i bra­to­wą.

- Zu­peł­nie na miej­scu, tyl­ko nie­ste­ty do cie­bie nie do­cie­ra­ją. - Je­re­mi wzru­szył ra­mio­na­mi w ge­ście naj­wyż­szej dez­apro­ba­ty. - Uwa­żasz, że sko­ro uda­ło ci się skoń­czyć stu­dia me­dycz­ne i zła­pać byle po­sad­kę w osie­dlo­wej przy­chod­ni, to już ni­cze­go ci wię­cej nie trze­ba. A tym­cza­sem two­ja cór­ka ma oka­zję osią­gnąć coś wię­cej. Wię­cej niż wy wszy­scy ra­zem do kupy wzię­ci.

- Oj­cze! - Bog­dan nie wy­trzy­mał. Tym ra­zem to on strą­cił nie­cier­pli­wie dłoń żony z ra­mie­nia. - Je­steś nie­spra­wie­dli­wy! Na­praw­dę nie mu­si­my tego zno­sić. I pa­mię­taj... - urwał, pod­chwy­ciw­szy ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie sio­stry. Star­szy pan też je za­uwa­żył, wy­dął war­gi.

- No, do­brze, mamy tu je­den chlub­ny wy­ją­tek. - Po twa­rzy prze­mknął mu cień uśmie­chu. - Ty rze­czy­wi­ście do cze­goś do­sze­dłeś. - Wska­zał od nie­chce­nia na zię­cia. - Za­stęp­ca or­dy­na­to­ra to nie w kij dmu­chał. O tym rze­czy­wi­ście po­wi­nie­nem pa­mię­tać.

- Oj­ciec z każ­dym dniem sta­je się co­raz trud­niej­szy do wy­trzy­ma­nia - wes­tchnę­ła Olga, gdy po obie­dzie ra­zem z bra­to­wą zmy­wa­ły na­czy­nia i po­rząd­ko­wa­ły kuch­nię w domu Ja­nic­kich. - Bar­dzo wam współ­czu­ję, że mu­si­cie to zno­sić, i chęt­nie bym wam po­mo­gła, ale nie­ste­ty tata sta­le od­ma­wia prze­pro­wadz­ki do nas, do War­sza­wy.

- Wiem. Wciąż po­wta­rza, że umarł­by już pierw­szej nocy z bra­ku po­wie­trza. - Ewa uśmiech­nę­ła się pół­gęb­kiem.

Była dzie­sięć lat młod­sza od Olgi, a do tego wy­glą­da­ła znacz­nie mło­dziej, niż wska­zy­wa­ła data jej uro­dze­nia. W do­dat­ku była na­praw­dę bar­dzo atrak­cyj­na. Pa­trząc na nią, Bo­guc­ka wciąż nie­zmien­nie za­da­wa­ła so­bie py­ta­nie, ja­kim cu­dem jej młod­szy, lecz pod każ­dym wzglę­dem bar­dzo prze­cięt­ny brat zdo­łał za­wró­cić w gło­wie tak pięk­nej i do tego nie­ba­nal­nej ko­bie­cie. Ewa w mło­do­ści pi­sa­ła wier­sze i pe­rio­dy­ki do cza­so­pism li­te­rac­kich, pra­co­wa­ła też nad po­wie­ścią, któ­rą osta­tecz­nie za­rzu­ci­ła, gdy wy­szła za Bog­da­na, i wkrót­ce po­tem na świat przy­szło po ko­lei ich dwo­je dzie­ci. W re­zul­ta­cie za­miast być może do­brze za­po­wia­da­ją­cej się ka­rie­ry li­te­rac­kiej - po­prze­sta­ła na eta­cie po­lo­nist­ki w nie­wiel­kiej wiej­skiej szko­le w Jast­ko­wie, nie­opo­dal le­śni­czów­ki te­ścia.

Przez kil­ka pierw­szych lat mał­żeń­stwa miesz­ka­li zresz­tą ra­zem w owej le­śni­czów­ce, i to w ra­czej spar­tań­skich wa­run­kach, bez bie­żą­cej wody, bez ła­zien­ki w domu, za to ze sła­woj­ką za po­dwó­rzem, co dla wy­cho­wa­nej w mie­ście dziew­czy­ny było nie lada wy­zwa­niem, zwłasz­cza przy ma­łych dzie­ciach. Ni­g­dy się mimo to nie skar­ży­ła. Co nie zmie­nia­ło fak­tu, że wy­pro­wadz­ka z le­śni­czów­ki do wła­sne­go, wy­bu­do­wa­ne­go przy nie lada wy­rze­cze­niach, nie­mniej wy­god­ne­go domu w Jast­ko­wie przy­nio­sło jej ulgę.

Bog­dan tak­że był dum­ny z wła­snych czte­rech ką­tów, choć ozna­cza­ło to pod­ję­cie pra­cy na kil­ka eta­tów. Na szczę­ście zdo­był re­no­mę nie­złe­go sto­la­rza i zło­tej rącz­ki we wszel­kich re­mon­tach i na­pra­wach, stąd ra­dzi­li so­bie cał­kiem do­brze. I od­dy­cha­li peł­ną pier­sią, przy­naj­mniej do­pó­ty, do­pó­ki nie mu­sie­li za­opie­ko­wać się sta­rym oj­cem.

Pan Je­re­mi prze­szedł na eme­ry­tu­rę naj­póź­niej, jak się tyl­ko dało, go­tów pra­co­wać i miesz­kać w le­śni­czów­ce bo­daj do sa­mej śmier­ci. Nie było to moż­li­we ze wzglę­du na po­de­szły wiek, co­raz mniej siły i spo­strze­gaw­czo­ści, by po­do­łać ta­kiej pra­cy. W re­zul­ta­cie nie po­zo­sta­wa­ło mu nic in­ne­go, jak ustą­pić miej­sca młod­sze­mu ko­le­dze, sam zaś prze­niósł się do syna i sy­no­wej. Olga po­dej­rze­wa­ła, że nie był zbyt mi­łym w obej­ściu do­mow­ni­kiem - w prze­szło­ści za­wsze lu­bił sta­wiać na swo­im i kto wie, czy nie za­pro­wa­dził­by w domu iście au­to­ry­tar­nych rzą­dów, gdy­by za­pę­dów tych kon­se­kwent­nie nie po­skra­mia­ła żona, któ­ra nie da­wa­ła so­bie w ka­szę dmu­chać, a była na tyle zde­ter­mi­no­wa­na i ener­gicz­na, że rad nie­rad ustę­po­wał. I choć za nic by się nie przy­znał, to i tak każ­dy we wsi wie­dział, że owi­nę­ła go so­bie do­oko­ła pal­ca i świa­ta poza nią nie wi­dział. Jej śmierć była dla nie­go cio­sem, z któ­re­go ni­g­dy do koń­ca się nie pod­niósł, co mógł po­twier­dzić każ­dy, kto do­brze znał go wcze­śniej. Dla de­li­kat­nej, ła­god­nej Ewy opie­ka nad sta­rze­ją­cym się, nie­mniej wciąż ener­gicz­nym i by­naj­mniej nie znie­do­łęż­nia­łym te­ściem mu­sia­ła być spo­rym wy­zwa­niem, tym bar­dziej że nie zdą­ży­ła po­znać swo­jej te­ścio­wej i na­uczyć się od niej, jak po­skra­miać star­sze­go pana.

Olga, któ­ra tak­że ni­g­dy tej umie­jęt­no­ści nie na­by­ła (choć w prze­ci­wień­stwie do bra­to­wej mia­ła wie­le oka­zji, by ob­ser­wo­wać dzia­ła­nia mat­ki), czu­ła się zu­peł­nie bez­rad­na i roz­dar­ta w tej sy­tu­acji. Oj­ciec nie chciał sły­szeć o wy­pro­wadz­ce do War­sza­wy, do cór­ki i zię­cia. Cho­ciaż na głos nie raz nad tym ubo­le­wa­ła, w du­chu od­czu­wa­ła ulgę. Nie wy­obra­ża­ła so­bie wspól­ne­go prze­by­wa­nia pod jed­nym da­chem. Z wie­kiem sta­wał się co­raz bar­dziej gder­li­wy, a jego apo­dyk­tycz­ne za­pę­dy, nie­gdyś tak sku­tecz­nie tem­pe­ro­wa­ne przez żonę, w mia­rę upły­wu lat i z każ­dym dniem da­wa­ły się in­nym we zna­ki. Przy czym Olga być może ja­koś by temu spro­sta­ła, a przy­naj­mniej za­ci­snę­ła­by zęby, le­piej lub go­rzej zno­sząc hu­mo­ry sta­re­go - osta­tecz­nie był jej oj­cem i wy­ra­sta­ła przy nim - jed­nak pro­ble­mem nie do po­ko­na­nia była z tru­dem utrzy­my­wa­na w ry­zach an­ty­pa­tia mię­dzy Je­re­mim a An­drze­jem. Do­pó­ki nie miesz­ka­li pod jed­nym da­chem, a je­dy­nie spo­ra­dycz­nie przy róż­nych oka­zjach się spo­ty­ka­li, dało się nad tym ja­koś za­pa­no­wać. W co­dzien­nych do­mo­wych re­la­cjach by­ło­by to nie­moż­li­we.

"Cze­go od nie­go chcesz? Co wła­ści­wie ci w nim prze­szka­dza?" - za­py­ta­ła kie­dyś ze zło­ścią ojca. Bo to on pierw­szy oka­zał nie­chęć, a An­drzej po kil­ku nie­uda­nych pró­bach po­zy­ska­nia sym­pa­tii te­ścia po pro­stu pod­jął rę­ka­wi­cę, choć czy­nił to na od­czep­ne­go, gdy już mu­siał ja­koś za­re­ago­wać. W od­po­wie­dzi na py­ta­nia cór­ki star­szy pan wzru­szył ra­mio­na­mi i od­parł, że po pro­stu nie ufa "temu fa­ce­to­wi". Tak wła­śnie to ujął, a po­tem, zi­ry­to­wa­ny jej gniew­ny­mi ko­men­ta­rza­mi ("Po pro­stu nie po­tra­fisz mu ni­cze­go kon­kret­ne­go za­rzu­cić. Te two­je hu­mo­ry za­wsze psu­ły krew ca­łej ro­dzi­nie"), od­parł, że nie musi się jej z ni­cze­go tłu­ma­czyć. I gdy­by to on tak ode­zwał się do swo­je­go ojca, a jej dziad­ka, to z pew­no­ścią przez ty­dzień albo i dwa nie usie­dział­by na wła­snym tył­ku.

Ewa oczy­wi­ście bez­błęd­nie od­ga­dy­wa­ła, w czym rzecz, i dla­te­go w od­po­wie­dzi na sło­wa do­ty­czą­ce opie­ki nad jej co­raz bar­dziej nie­zno­śnym te­ściem - któ­ry to obo­wią­zek spadł głów­nie na syna i sy­no­wą - tyl­ko uśmiech­nę­ła się i mach­nę­ła ręką.

- Nie jest naj­go­rzej, na­praw­dę - od­par­ła. - Miej­sca u nas do­syć, nie wcho­dzi­my so­bie w dro­gę. Oj­ciec więk­szość cza­su, czy to zima, czy to lato, spę­dza na po­wie­trzu, w le­sie. A że, chwa­lić Boga, nie cier­pi na de­men­cję, nie ma oba­wy, że za­błą­dzi. Nie gry­ma­si też przy je­dze­niu. Poza tym miesz­ka­li­śmy kie­dyś ra­zem w le­śni­czów­ce, więc mniej wię­cej wie­my, cze­go się po so­bie na­wza­jem spo­dzie­wać. - Po­now­nie się uśmiech­nę­ła, mru­gnę­ła na­wet we­so­ło. - No i za­wsze ko­chał wnu­ki, te­raz tak­że się cie­szy, gdy przy­jeż­dża­ją w od­wie­dzi­ny. Chęt­nie też bawi się z Mi­chał­kiem.

Mi­cha­łek, trzy­let­ni wnu­czek Ewy i Bog­da­na, był rze­czy­wi­ście be­nia­min­kiem i oczkiem w gło­wie ca­łej ro­dzi­ny, w tym pra­dziad­ka. A ich sy­no­wa po­now­nie spo­dzie­wa­ła się dziec­ka. Olga na samą myśl o tym z tru­dem stłu­mi­ła wes­tchnie­nie. W jej przy­pad­ku nic nie za­po­wia­da­ło, by w bli­żej okre­ślo­nej przy­szło­ści mia­ła zo­stać bab­cią. By kie­dy­kol­wiek mia­ło to na­stą­pić. Iga do tej pory nie po­zna­ła żad­ne­go sen­sow­ne­go chło­pa­ka; ci, któ­rzy się cza­sem przy niej krę­ci­li, mie­li pu­sto w gło­wie, a ich in­ten­cje też nie bu­dzi­ły za­ufa­nia. I jesz­cze to nie­szczę­sne sty­pen­dium. Po­trzeb­ne jak dziu­ra w mo­ście.

- Ko­rzyść z tego żad­na - wy­pa­li­ła, a pod­chwy­ciw­szy zdez­o­rien­to­wa­ne spoj­rze­nie bra­to­wej, uści­śli­ła: - Mam na my­śli ten jej wy­jazd.

- Cho­dzi o Igę?

- Tak, a niby o kogo in­ne­go? - znie­cier­pli­wi­ła się.

- Skąd wiesz, że ko­rzyść z tego żad­na? - ro­ze­śmia­ła się Ewa. - Prze­cież ni­g­dy nie do­świad­czy­łaś tego na wła­snej skó­rze. Och, daj spo­kój, Olga! Taki wy­jazd to ma­rze­nie wie­lu mło­dych, a tyl­ko gar­st­ce uda­je się je zre­ali­zo­wać.

- Zre­ali­zo­wać... w ja­kim celu? - sark­nę­ła. - Aby się stąd wy­rwać na Za­chód?

- Cho­ciaż­by...

- I zo­stać tam na sta­łe? - do­koń­czy­ła z jaw­nym już obu­rze­niem Olga. - Ty to po­chwa­lasz?

Bra­to­wa prze­sta­ła się śmiać, ale jej spoj­rze­nie po­zo­sta­ło po­god­ne.

- Do­brze wiesz, że Iga ni­g­dy by tak nie po­stą­pi­ła - rze­kła ła­god­nie. Po­gła­ska­ła sio­strę męża po ra­mie­niu, lecz ta, po­dob­nie jak wcze­śniej uczy­nił to Je­re­mi, cof­nę­ła się nie­cier­pli­wie. - Jest do was bar­dzo przy­wią­za­na.

- Za bar­dzo? - pod­chwy­ci­ła Olga. - Tak to za­brzmia­ło...

- Och, chy­ba my­lisz mnie ze swo­im oj­cem - od­cię­ła się ko­micz­nie Ewa i za­raz spo­waż­nia­ła. - Co nie zna­czy, że sta­ru­szek nie ma ra­cji. Iga jest już do­ro­słą dziew­czy­ną. Co w tym złe­go, je­śli wy­je­dzie i ro­zej­rzy się tro­chę po świe­cie? A ta­kie do­świad­cze­nie bar­dzo jej po­mo­że w ka­rie­rze.

- Ła­two ci mó­wić, bo two­je dzie­ci miesz­ka­ją bli­sko, w każ­dym ra­zie nie roz­glą­da­ją się, jak to uję­łaś, po świe­cie.

- Pa­weł na do­bre za­pu­ścił ko­rze­nie w Po­zna­niu. A i Łu­ka­sza na co dzień nie wi­du­ję - przy­po­mnia­ła po­god­nie. Tak jak­by Olga fak­tycz­nie o tym nie pa­mię­ta­ła.

- Ale przy­naj­mniej sie­dzą w kra­ju.

Bra­to­wa wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- A my­ślisz, że nie ma­rzą o ży­ciu w in­nym kra­ju? O lep­szej przy­szło­ści? Łu­kasz na­wet tego nie ukry­wa.

- Ży­cie w bo­gat­szym kra­ju nie ozna­cza lep­szej przy­szło­ści. On myli ze sobą te po­ję­cia.

- No i pro­szę! Znów to ro­bisz. - Ewa aż kla­snę­ła w dło­nie z ucie­chy.

- Co niby? - na­dą­sa­ła się Olga. Lu­bi­ła swo­ją bra­to­wą, ale by­wa­ły chwi­le, że czu­ła, jak­by dzie­li­ła je znacz­nie więk­sza róż­ni­ca wie­ku niż dzie­sięć lat.

- Po­wta­rzasz sło­wo w sło­wo opi­nię swe­go taty.

Skrzy­wi­ła się, ale nie bar­dzo mo­gła za­prze­czyć. Cza­sa­mi rze­czy­wi­ście tak było, ale po­sta­no­wi­ła, że nie da się zbić z pan­ta­ły­ku.

- Oczy­wi­ście, że bę­dzie mi jej bra­ko­wa­ło - rze­kła chłod­no.

- To rap­tem kil­ka mie­się­cy. Zle­ci, ani się obej­rzysz. - Ewa po­now­nie po­gła­ska­ła ją po ra­mie­niu i tym ra­zem Olga już się nie od­su­nę­ła. - Na pew­no wró­ci. Też bę­dzie tę­sk­ni­ła. I w prze­ci­wień­stwie do Łu­ka­sza do­brze się tu czu­je. Z wami i resz­tą ro­dzi­ny.

- Nie tyl­ko o to cho­dzi. Są jesz­cze inne kwe­stie. Mó­wi­cie, że dzię­ki temu wy­jaz­do­wi zdo­bę­dzie cen­ne do­świad­cze­nia i tak da­lej. Że to do­bre dla jej ka­rie­ry. Py­ta­nie, na co jej ta ka­rie­ra. Co jej za­pew­ni? Czy nie by­ło­by mą­drzej za­ło­żyć ro­dzi­nę i zna­leźć taką pra­cę, dzię­ki któ­rej ła­twiej uda jej się po­go­dzić spra­wy za­wo­do­we z obo­wiąz­ka­mi do­mo­wy­mi?

- Jak ty i ja?

Gdy­by po­dob­na uwa­ga pa­dła z ust każ­dej in­nej ko­bie­ty, uzna­ła­by ją za nie­co pro­wo­ka­cyj­ną. Ewa być może tak­że ją tro­chę pro­wo­ko­wa­ła, lecz czy­ni­ła to z ta­kim wdzię­kiem i hu­mo­rem, że Olga mi­mo­wol­nie od­wza­jem­ni­ła jej uśmiech. Acz­kol­wiek nie­mra­wo i z wy­raź­nym przy­mu­sem.

- Ja i tak nie zro­bi­ła­bym ka­rie­ry na­uko­wej i nie zo­sta­ła­bym or­dy­na­to­rem kli­ni­ki, ale ty fak­tycz­nie mia­łaś za­dat­ki, by two­rzyć dzie­ła li­te­rac­kie - od­par­ła, ma­jąc na­dzie­ję, że bra­to­wa nie do­pa­trzy się w tych sło­wach żad­nej dwu­znacz­no­ści. Uwa­ga była bo­wiem jak naj­bar­dziej szcze­ra.

- Och, daj­że spo­kój. - Ewa żach­nę­ła się i mach­nę­ła nie­dba­le dło­nią. - Ni­cze­go bym nie osią­gnę­ła. A pi­sa­nie po­wie­ści do szu­fla­dy jest do­bre dla na­sto­lat­ki, nie dla do­ro­słej baby.

- No nie by­ła­bym tego taka pew­na. To zna­czy... tego, że ni­cze­go byś nie osią­gnę­ła.

Po­nie­waż Ewa już nie sko­men­to­wa­ła tej uwa­gi, Olga wzru­szy­ła lek­ko ra­mio­na­mi.

- A co się mnie ty­czy, to od po­cząt­ku po­lu­bi­łam przy­chod­nię. Sta­łe go­dzi­ny pra­cy, prze­wi­dy­wal­ność, wol­ne nie­dzie­le i świę­ta, bez noc­nych dy­żu­rów i oba­wy, że w każ­dej chwi­li mogą za­dzwo­nić ze szpi­ta­la z po­wo­du ja­kiejś ka­ta­stro­fy lub na­głej ope­ra­cji. I do tego sieć ukła­dów i ukła­dzi­ków, rej­wach jak w ulu. Mo­żesz mi wie­rzyć lub nie, ale by­łam tym cho­ler­nie zmę­czo­na. Za­wsze naj­bar­dziej pra­gnę­łam pro­wa­dzić spo­koj­ne ży­cie, mieć ro­dzi­nę i przy­tul­ny dom.

- To tak jak i ja - po­twier­dzi­ła Ewa. - Poza tym, tak jak ty po­lu­bi­łaś pra­cę w przy­chod­ni, tak ja pra­cę w szko­le.

- I Jast­ko­wo? - Olga uśmiech­nę­ła się sze­rzej.

- I Jast­ko­wo.

- No tak... Ty, dziew­czy­na z du­że­go mia­sta, po­lu­bi­łaś Jast­ko­wo... - Po­mi­mo że te­atral­nie prze­wró­ci­ła ocza­mi, nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że i tym ra­zem Ewa była szcze­ra. W grun­cie rze­czy prze­cież za­wsze była szcze­ra.

- Po­tra­fię jed­nak zro­zu­mieć, że aspi­ra­cje na­szych dzie­ci mogą być już inne. Two­ja Iga do­sta­ła taką szan­sę, a po­nie­waż my­śli o ka­rie­rze na­uko­wej...

- I co jej z tego przyj­dzie! - ob­ru­szy­ła się. - Za­rzu­ca­cie mi, że trzy­mam ją pod klo­szem i nie daję jej się usa­mo­dziel­nić, ale za­po­mi­na­cie, że za te gro­sze, któ­re za­ro­bi na uczel­ni, z pew­no­ścią ni­g­dy nie sta­nie na wła­snych no­gach. Chy­ba że... ze­chce zo­stać za gra­ni­cą - do­koń­czy­ła z go­ry­czą.

Ewa uści­snę­ła jej dłoń i rze­kła ła­god­nie:

- Sama w to nie wie­rzysz.

Olga po­trzą­snę­ła gło­wą.

- Sama już nie wiem - od­par­ła ci­cho. - A je­śli jej się tam spodo­ba do tego stop­nia, że znaj­dzie spo­sób, by zo­stać? Nie­je­den się za­rze­kał, że nie umiał­by żyć z da­le­ka od wła­sne­go kra­ju i ro­dzi­ny, po czym, zna­la­zł­szy się za że­la­zną kur­ty­ną, zmie­niał zda­nie.

- Ale nie twój An­drzej. - Ewa nie­mal we­szła jej w sło­wo. - On prze­cież wró­cił do Pol­ski. Gdy tyl­ko oka­za­ło się to moż­li­we, choć mu­siał na to cze­kać tyle lat.

Olga nie od­po­wie­dzia­ła. W jej oczach na mo­ment za­pa­li­ło się ni­kłe świa­teł­ko, a po­tem od­wró­ci­ła wzrok.

***

- Na two­im miej­scu z pew­no­ścią bym nie wra­cał.

Opi­nia ku­zy­na nie za­sko­czy­ła Igi. Ni­g­dy jej nie ukry­wał.

- Jesz­cze na­wet nie za­czę­łam przy­go­to­wań do wy­jaz­du, nie skom­ple­to­wa­łam do­ku­men­tów, nie ode­bra­łam pasz­por­tu, a ty już na­ma­wiasz mnie do zła­ma­nia za­sad ko­rzy­sta­nia ze sty­pen­dium. - Mru­gnę­ła do nie­go.

Wzru­szył ra­mio­na­mi i mach­nął lek­ce­wa­żą­co ręką.

- O kant dupy po­tłuc te za­sa­dy! Nie by­ła­byś pierw­sza, któ­ra by tak zro­bi­ła. Po­wta­rzam: ja na two­im miej­scu...

- Łu­kasz... - prze­rwa­ła. - Nie je­steś na moim miej­scu.

Na mo­ment za­pa­dła ci­sza, po czym mło­dy męż­czy­zna po­ki­wał smęt­nie gło­wą.

- Ja­sne, wra­cam do sze­re­gu. Ale zda­nia nie zmie­niam.

- Prze­pra­szam - stro­pi­ła się. - Nie chcia­łam, aby tak to za­brzmia­ło. Ale daj­my już temu spo­kój.

- Do­bra, jak so­bie ży­czysz. - Pod­niósł do góry dło­nie. - Ro­zu­miem, w czym rzecz... No cóż, two­ja spra­wa.

My­śli, że cho­dzi o mo­ich ro­dzi­ców - prze­mknę­ło jej przez gło­wę. - Że będę pła­kać za mamą i tatą, tak jak kie­dyś, gdy sta­ra­no się mnie na­mó­wić na ko­lo­nie. I że oni będą pła­kać za mną. Wszy­scy tak my­ślą...

W głę­bi du­szy wie­dzia­ła, że po­dej­rze­nia te nie były tak zu­peł­nie po­zba­wio­ne ra­cji, jed­nak­że nie za­mie­rza­ła o tym roz­ma­wiać. Poza tym inne wzglę­dy były nie­mniej waż­ne, o ile nie­waż­niej­sze.

- To by­ło­by nie w po­rząd­ku wo­bec tych wszyst­kich, któ­rzy dali mi taką szan­sę. Wo­bec uczel­ni i pro­mo­to­ra - rze­kła i aż się wzdry­gnę­ła, usły­szaw­szy swój urzę­do­wy, a na­wet men­tor­ski ton.

Łu­kasz też się lek­ko skrzy­wił.

- O rany, po­czu­łem się jak czło­nek eg­ze­ku­ty­wy na ze­bra­niu par­tyj­nym.

- Mo­żesz so­bie kpić, co nie zmie­nia fak­tu, że by­ło­by to nie­uczci­we z mo­jej stro­ny i być może na­ro­bi­ło­by pro­ble­mów życz­li­wym lu­dziom. Tym, któ­rzy mi za­ufa­li. I nie mów, że inni nie mie­li­by na moim miej­scu skru­pu­łów. Ja to nie inni.

- Ja­sne, ja­sne...

- A poza tym... - za­czer­wie­ni­ła się lek­ko - ...ja na­praw­dę do­brze się czu­ję w Pol­sce. Nie za­akli­ma­ty­zo­wa­ła­bym się gdzie in­dziej, nie chcia­ła­bym tam za­czy­nać od zera. Tak, nie ukry­wam, tę­sk­ni­ła­bym jak pies. Nie tyl­ko za ro­dzi­ca­mi, ale i za tobą. Za całą ro­dzi­ną. Za tu­tej­szym kra­jo­bra­zem, kli­ma­tem, po­ra­mi roku. Ty uwa­żasz, że głu­pio ro­bię. - Uśmiech­nę­ła się pół­gęb­kiem. - Ale mój oj­ciec my­ślał tak samo jak ja. Bo wró­cił.

- Okej, wró­cił. Kie­dyś nie mo­głem tego po­jąć, ale po­tem uzna­łem, że wi­docz­nie miał swo­je po­wo­dy, z któ­rych oczy­wi­ście nie mu­siał mi się zwie­rzać. Na pew­no cho­dzi­ło o coś gru­be­go, w in­nym wy­pad­ku nie wra­cał­by po tylu la­tach, zwłasz­cza że już tam do cze­goś do­szedł. Ale do­bra, nie moja rzecz. Tu też coś osią­gnął. Sta­no­wi­sko za­stęp­cy or­dy­na­to­ra to, jak by nie pa­trzeć, nie w kij dmu­chał. Ale ty... - za­wa­hał się, naj­wy­raź­niej nie był pe­wien jej re­ak­cji, mimo to za­ry­zy­ko­wał: - Co cię tu cze­ka? Roi ci się ka­rie­ra na­uko­wa i po­sad­ka na uczel­ni, ale... po kie­go grzy­ba? Bę­dziesz kle­pać bidę i tak jak ja przez całe lata nie sta­niesz na wła­snych no­gach, o wła­snym miesz­ka­niu już na­wet nie wspo­mi­na­jąc. O ile kie­dy­kol­wiek ci się to uda. Chy­ba że ci to nie prze­szka­dza. Przy­naj­mniej do­pó­ki nie za­ło­żysz wła­snej ro­dzi­ny.

Na­wet on - po­my­śla­ła ze znu­że­niem. Na­wet Łu­kasz, z któ­rym za­wsze cał­kiem nie­źle się do­ga­dy­wa­ła, nie brał pod uwa­gę pro­ste­go fak­tu, że nie my­śla­ła o za­ło­że­niu ro­dzi­ny. Ta ro­dzi­na, w któ­rej już funk­cjo­no­wa­ła, w zu­peł­no­ści jej wy­star­czy­ła do szczę­ścia. Być może było to prze­ja­wem pew­nej nie­doj­rza­ło­ści - sa­mej sie­bie nie mu­sia­ła prze­cież oszu­ki­wać - nie­mniej... Na li­tość bo­ską, mia­ła rap­tem dwa­dzie­ścia pięć lat! Ow­szem, kie­dyś uwa­ża­no, że taki wiek to pierw­szy za­kręt w ży­ciu ko­bie­ty, nie­za­męż­ne na­zy­wa­no już sta­ry­mi pan­na­mi. Zresz­tą, w nie­któ­rych śro­do­wi­skach na­dal pa­no­wa­ło ta­kie prze­ko­na­nie, lecz prze­cież, na mi­łość bo­ską, nie w War­sza­wie. Co praw­da więk­szość jej ko­le­ża­nek (w tym te z uczel­ni) zmie­ni­ła już stan cy­wil­ny. Nie­któ­re zro­bi­ły to jesz­cze w cza­sie stu­diów - bo dziec­ko już w dro­dze, bo tak były za­ko­cha­ne, że nie chcia­ły dłu­żej cze­kać na wspól­ne ży­cie z umi­ło­wa­nym. Wszyst­kie w dal­szym cią­gu miesz­ka­ły wraz z mę­żem i dzieć­mi z ro­dzi­ca­mi lub dla od­mia­ny z te­ścia­mi czy na­wet ze swo­imi dziad­ka­mi. W tych wa­run­kach kon­ty­nu­owa­nie stu­diów oka­zy­wa­ło się nie lada wy­zwa­niem, o ko­rzy­sta­niu z in­nych uro­ków ży­cia stu­denc­kie­go, to­wa­rzy­skie­go na­wet nie wspo­mi­na­jąc. Nie­rzad­ko mło­de mat­ki mu­sia­ły sko­rzy­stać z urlo­pów dzie­kań­skich, w nie­któ­rych przy­pad­kach po­wrót na uczel­nię oka­zał się już nie­moż­li­wy. Na­wet na prze­czy­ta­nie książ­ki, i to by­naj­mniej nie na­uko­wej, nie star­cza­ło im cza­su, a co do­pie­ro mó­wić o wyj­ściu do kina lub do te­atru; zresz­tą na po­dob­ne przy­jem­no­ści bra­ko­wa­ło nie tyl­ko cza­su, ale i pie­nię­dzy. Wiel­ka, jak by się wy­da­wa­ło wcze­śniej, mi­łość nie­kie­dy nie wy­trzy­my­wa­ła zde­rze­nia z rze­czy­wi­sto­ścią. W nie­któ­rych przy­pad­kach nie­wie­le bra­ko­wa­ło, by do­szło do roz­wo­du, a nie do­szło do nie­go wy­łącz­nie dla­te­go, że roz­pad mał­żeń­stwa spo­wo­do­wał­by wię­cej per­tur­ba­cji ro­dzin­nych i kło­po­tów ma­te­rial­nych niż kon­ty­nu­owa­nie związ­ku.

Łu­kasz, star­szy od Igi o kil­ka lat, tak­że oże­nił się, gdy jesz­cze stu­dio­wał. Iwo­na, jego ko­le­żan­ka z roku, a za­ra­zem wiel­ka mi­łość, spo­dzie­wa­ła się dziec­ka - pod tym wzglę­dem ich do­świad­cze­nia były toż­sa­me z do­świad­cze­nia­mi wie­lu in­nych mło­dych lu­dzi. Za­miesz­ka­li z jej ro­dzi­ca­mi w trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu na war­szaw­skim Be­mo­wie. Ich obec­nie trzy­let­ni sy­nek Mi­cha­łek oka­zał się uro­czym brzdą­cem, oczkiem w gło­wie ca­łej ro­dzi­ny. Za pięć mie­się­cy mia­ło przyjść na świat ko­lej­ne dziec­ko. Łu­kasz, mło­dy ar­chi­tekt, nie za­ra­biał naj­go­rzej, nie­mniej o wła­snym miesz­ka­niu mo­gli z Iwo­ną tyl­ko po­ma­rzyć. Jego ro­dzi­ce pro­po­no­wa­li mło­dym za­miesz­ka­nie z nimi w Jast­ko­wie - dom był na tyle ob­szer­ny, że mo­gły się tam zmie­ścić dwie ro­dzi­ny (a tak­że dzia­dek Je­re­mi), ale pro­ble­mem by­ły­by co­dzien­ne, dość uciąż­li­we i po­chła­nia­ją­ce spo­ro cza­su do­jaz­dy do pra­cy w sto­li­cy. Poza tym Łu­kasz nie chciał wra­cać na wieś. Za­rów­no on, jak i jego brat Pa­weł za­wsze ma­rzy­li, by wy­rwać się do wiel­kie­go mia­sta. I obaj do­pię­li celu - by­naj­mniej nie po to, by się wy­co­fy­wać. Co in­ne­go wpaść do ro­dzi­ców z wi­zy­tą, choć­by i kil­ku­dnio­wą, a co in­ne­go po­now­nie na sta­łe za­miesz­kać wśród pól i la­sów, z da­le­ka od kina i te­atrów, i wszel­kiej in­fra­struk­tu­ry, jaką za­pew­nia mia­sto. W do­dat­ku spo­ty­ka­jąc każ­de­go dnia, a na­wet o tej sa­mej sta­łej po­rze, tych sa­mych lu­dzi, któ­rych się zna­ło od dziec­ka.

W Jast­ko­wie wszy­scy wszyst­ko o so­bie wie­dzie­li. War­sza­wa czy też, jak w przy­pad­ku Paw­ła, Po­znań - za­pew­nia­ły ano­ni­mo­wość, któ­ra dużo bar­dziej im od­po­wia­da­ła; pod tym wzglę­dem róż­ni­li się od wła­snych ro­dzi­ców i dziad­ka. Szczę­śli­wie każ­dy z nich żył w uda­nym mał­żeń­stwie. W ich aku­rat przy­pad­ku trud­ne wa­run­ki, z ja­ki­mi bo­ry­ka­ła się więk­szość mło­dych ro­dzin, nie rzu­to­wa­ły na wza­jem­ne, peł­ne mi­ło­ści re­la­cje. Co nie zmie­nia­ło fak­tu, że obaj ma­rzy­li o lep­szym ży­ciu, zwłasz­cza Łu­kasz, we­dług któ­re­go moż­na było to zre­ali­zo­wać je­dy­nie na Za­cho­dzie, o czym wspo­mi­nał, gdy tyl­ko roz­mo­wa scho­dzi­ła na ten te­mat. Resz­ta ro­dzi­ny przyj­mo­wa­ła jego sło­wa z przy­mru­że­niem oka - wia­do­mo było bo­wiem, że na ga­da­niu się skoń­czy - nie­kie­dy z iry­ta­cją, co mia­ło miej­sce naj­czę­ściej w przy­pad­ku dziad­ka.

Zda­niem star­sze­go pana po­glą­dy wnu­ka do­wo­dzi­ły, że mło­dym obec­nie się do resz­ty we łbach po­przew­ra­ca­ło. Do żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści się nie po­czu­wa­ją. Ani za ro­dzi­nę, ani za wła­sny kraj. W do­dat­ku są przy tym tak na­iw­ni i wy­ka­zu­ją taką igno­ran­cję w te­ma­cie owe­go Za­cho­du, że aż strach. Iga w głę­bi du­cha przy­zna­wa­ła mu ra­cję. Jed­no­cze­śnie nie mia­ła ocho­ty na po­now­ne wał­ko­wa­nie tej kwe­stii z ku­zy­nem, rów­nie do­brze mo­gła­by prze­ma­wiać do so­sny w le­sie. Nie przy­po­mnia­ła mu na­wet, że jego wła­sna żona tak­że by­naj­mniej nie ma­rzy­ła o opusz­cze­niu kra­ju i ro­dzi­ny. Z pew­no­ścią pa­mię­tał - nie wy­obra­ża­ła so­bie, by mo­gło być ina­czej - sło­wa Iwo­ny, że z dwój­ką ma­łych dzie­ci za nic nie prze­nio­sła­by się do in­ne­go kra­ju, mię­dzy ob­cych lu­dzi. Na­wet naj­lep­sze wa­run­ki ma­te­rial­ne (przy za­ło­że­niu, że ta­ko­we w ogó­le sta­ły­by się ich udzia­łem) nie za­stą­pi­ły­by im tego, co daje wspar­cie krew­nych i wie­lo­let­nich przy­ja­ciół. Bez wąt­pie­nia to za­pa­mię­tał, bo nie­śmia­ła na ogół Iwo­na rzad­ko kie­dy wy­po­wia­da­ła się tak sta­now­czo, jak wte­dy. A bez niej i bez dzie­ci Łu­kasz prze­cież by nie wy­je­chał, na­wet gdy­by tra­fi­ła mu się taka oka­zja.

Iga po­pa­trzy­ła na nie­go ze smut­kiem. Nie mo­gła oprzeć się nie­we­so­łej re­flek­sji, że cza­sy, gdy obo­je jako dzie­ci spę­dza­li bez­tro­skie wa­ka­cje w le­śni­czów­ce dziad­ka, na­le­ża­ły do bar­dzo od­le­głej prze­szło­ści. Jak­by mia­ły miej­sce przed wie­ka­mi.

- Nie na­ma­wiaj mnie, abym zo­sta­ła na Za­cho­dzie - rze­kła z po­wa­gą. - Po pro­stu nie mów­my już o tym, do­brze?

Wzru­szył ra­mio­na­mi, ale nic nie od­po­wie­dział.

Rozdział 4

Tak jak za­nu­dza­łam kie­dyś mat­kę, by raz za ra­zem opo­wia­da­ła mi o tym, jak po nie­mal dwu­dzie­stu la­tach spo­tka­ła przy­pad­kiem mo­je­go ojca, tak jako dziec­ko nie­jed­no­krot­nie py­ta­łam i jego, dla­cze­go w ogó­le zde­cy­do­wał się wró­cić do kra­ju. Wy­tłu­ma­czył mi wte­dy, że po pro­stu tę­sk­nił za oj­czy­zną. Woj­na - jak mó­wił - wy­rzu­ci­ła go z Pol­ski. Czy też do­kład­niej rzecz uj­mu­jąc, unie­moż­li­wi­ła mu po­wrót - od czerw­ca trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go roku prze­by­wał z oj­cem, ma­co­chą i młod­szym przy­rod­nim bra­tem za gra­ni­cą, we Fran­cji.

Mój dzia­dek dzię­ki róż­nym ko­li­ga­cjom i ukła­dom ko­le­żeń­sko-to­wa­rzy­skim do­stał tam po­sa­dę urzęd­ni­ka w pol­skim kon­su­la­cie w Pa­ry­żu. Jego młod­szy syn To­masz do­pie­ro co ukoń­czył gim­na­zjum i zdał małą ma­tu­rę. Star­szy, An­drzej, stu­dio­wał już na wy­dzia­le me­dycz­nym. Po­nie­waż bar­dziej niż do in­ten­syw­nej na­uki przy­kła­dał się do ży­cia to­wa­rzy­skie­go, w re­zul­ta­cie ob­ciął się na dwóch eg­za­mi­nach. Dzia­dek uznał wów­czas, że nie zo­sta­wi go w War­sza­wie pod okiem swo­jej sio­stry, któ­ra z pew­no­ścią nie da­ła­by rady okieł­znać ta­kie­go ga­gat­ka, i po­sta­no­wił za­brać go z resz­tą ro­dzi­ny do Fran­cji. Z cze­go mój oj­ciec był, przy­naj­mniej po­cząt­ko­wo, bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ny. Dzia­dek nie uwie­rzył w jego za­pew­nie­nia, że tym ra­zem weź­mie się so­lid­nie do na­uki, nie przy­nie­sie mu wsty­du i ge­ne­ral­nie rzecz uj­mu­jąc, bę­dzie się już spra­wo­wał bez za­rzu­tu. Tak więc na kil­ka mie­się­cy przed wy­bu­chem woj­ny wszy­scy zna­leź­li się w Pa­ry­żu.

Z pe­spek­ty­wy cza­su oj­ciec był go­tów zro­zu­mieć swo­je­go tatę. "Na jego miej­scu też bym nie za­ufał ta­kie­mu an­cy­mo­no­wi, ja­kim wów­czas by­łem" - przy­znał. Lecz wte­dy, jako mło­dy chło­pak, czuł przede wszyst­kim złość, bun­to­wał się i oka­zy­wał wszyst­kim swe nie­za­do­wo­le­nie - od lat bo­wiem ma­rzył, by wresz­cie od­se­pa­ro­wać się od ro­dzi­ny, i po­now­nie nic z tego nie wy­szło.

Był ra­czej skry­tym i za­mknię­tym w so­bie czło­wie­kiem. Nie lu­bił o so­bie opo­wia­dać, zwie­rzać się ani tym bar­dziej snuć oso­bi­stych wspo­mnień. Jak sam kie­dyś stwier­dził, ta­kie nu­rza­nie się w prze­szło­ści, roz­pa­mię­ty­wa­nie nie ma na ogół sen­su i od­bie­ra czło­wie­ko­wi ener­gię, by za­jąć się swo­ją przy­szło­ścią - mimo to dzię­ki mo­jej de­ter­mi­na­cji uda­ło mi się to i owo z nie­go wy­do­być. Przy­znał więc, że fak­tycz­nie nie prze­pa­dał za swo­ją ma­co­chą, choć z punk­tu wi­dze­nia ze­wnętrz­ne­go ob­ser­wa­to­ra trud­no by­ło­by jej co­kol­wiek za­rzu­cić.

Mia­ła nie­na­gan­ne ma­nie­ry, po­tra­fi­ła utrzy­mać w ry­zach służ­bę, dzię­ki cze­mu dom lśnił czy­sto­ścią. Obiad za­wsze po­da­wa­no na czas, a go­ście po­zo­sta­wa­li pod wra­że­niem wy­da­wa­nych przez nią przy­jęć. Dba­ła przy tym o od­po­wied­ni, jak pod­kre­śla­ła, do­bór to­wa­rzy­stwa. Za­nim jesz­cze po­ślu­bi­ła mo­je­go dziad­ka, już była do­brze usto­sun­ko­wa­na, ob­ra­ca­ła się w krę­gach lu­dzi wpły­wo­wych i za­moż­nych, co bez wąt­pie­nia nie po­zo­sta­wa­ło bez wpły­wu na ka­rie­rę za­wo­do­wą jej męża. Dba­ła tak­że o dzie­ci, i to - jak za­uwa­ża­li z uzna­niem bliż­si i dal­si zna­jo­mi - nie tyl­ko o swo­je­go syna, lecz tak­że o pa­sier­ba. Wszyst­kie te kosz­mar­ne opo­wie­ści o nie­go­dzi­wych i okrut­nych ma­co­chach, któ­re drę­czy­ły pa­sier­bów, jej z pew­no­ścią nie do­ty­czy­ły. Wręcz prze­ciw­nie, wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że oby­dwu chłop­ców trak­to­wa­ła tak samo, do­pil­no­wa­ła, by do­sta­li się do do­brych szkół, roz­wi­ja­li swo­je ta­len­ty (da­jąc przy tym nie raz do zro­zu­mie­nia, że le­piej roz­po­zna­je ich za­in­te­re­so­wa­nia i uzdol­nie­nia niż kto­kol­wiek inny, włącz­nie z nimi sa­my­mi), upar­ła się, by na­uczy­li się grać na for­te­pia­nie i jeź­dzi­li kon­no.

"Jako sy­no­wie urzęd­ni­ka pra­cu­ją­ce­go w dy­plo­ma­cji mu­si­cie na­być wszyst­kie przy­dat­ne w do­brym to­wa­rzy­stwie umie­jęt­no­ści, by umieć za­cho­wać się w sa­lo­nach wy­so­ko po­sta­wio­nych lu­dzi, za­rów­no w kra­ju, jak i za gra­ni­cą" - pe­ro­ro­wa­ła.

Sama od­zwier­cie­dla­ła wszyst­kie te ce­chy, ja­kie przy­naj­mniej jej zda­niem win­ny zna­mio­no­wać żonę dy­plo­ma­ty. Na swój spo­sób była bez wąt­pie­nia wy­jąt­ko­wo bły­sko­tli­wa, a do tego bar­dzo kon­se­kwent­na w do­cho­dze­niu do celu. Ener­gicz­na, peł­na ży­cia, ele­ganc­ka, o nie­na­gan­nych ma­nie­rach wiel­kiej damy, wszę­dzie przy­cią­ga­ła spoj­rze­nia i zwra­ca­ła na sie­bie więk­szą uwa­gę niż nie­jed­na znacz­nie od niej ład­niej­sza ko­bie­ta.

Jej syn, To­mek, bez szem­ra­nia pod­po­rząd­ko­wał się wszyst­kim za­le­ce­niom mat­ki, sta­ra­jąc się spro­stać wy­ma­ga­niom. Pa­sierb czy­nił to jed­nak z ocią­ga­niem, a po zda­niu ma­tu­ry za­czął cho­dzić swo­imi dro­ga­mi, igno­ru­jąc uwa­gi i pre­ten­sje ma­co­chy.

Już jako dziec­ko zdał so­bie spra­wę, że jej nie lubi, że draż­ni­ła go w naj­wyż­szym stop­niu. Nie pa­mię­tał wła­snej mat­ki, a nikt, na­wet oj­ciec, mu o niej nie opo­wia­dał, mimo to stwo­rzył so­bie w wy­obraź­ni jej ob­raz. Do­brej, czu­łej, ko­cha­ją­cej - ta­kiej, jaką we­dług nie­go po­win­na być mat­ka. I ja­kie mie­li nie­któ­rzy ze szkol­nych ko­le­gów, choć aku­rat nie ci, któ­rzy mo­gli spro­stać wy­so­kim wy­ma­ga­niom spo­łecz­nym i to­wa­rzy­skim jego ma­co­chy. Na­uczył się igno­ro­wać jej na­ka­zy, za­ka­zy i po­le­ce­nia, w re­zul­ta­cie do­bie­rał so­bie ta­kich przy­ja­ciół, jacy nie byli mile wi­dzia­ni w domu Bo­guc­kich na Wierz­bo­wej.

Za­ję­ty bu­do­wa­niem swo­jej po­zy­cji w służ­bie dy­plo­ma­tycz­nej, oj­ciec nie wtrą­cał się w spra­wy do­mo­we, po­zo­sta­wia­jąc je cał­ko­wi­cie w ge­stii żony. W efek­cie przez dłuż­szy czas nie in­ter­we­nio­wał, gdy ta nie ra­dzi­ła so­bie z okieł­zna­niem jego star­sze­go syna. I do­pie­ro gdy oka­za­ło się, że chło­pak za­wa­lił pierw­szy rok stu­diów, dzia­dek uznał, że miar­ka się prze­bra­ła. A że do­kład­nie w tym cza­sie otrzy­mał po­sa­dę w pre­sti­żo­wej za­gra­nicz­nej pla­ców­ce dy­plo­ma­tycz­nej, au­to­ry­ta­tyw­nie oparł się proś­bom syna, któ­ry chciał zo­stać w kra­ju "pod opie­ką" ciot­ki, i oznaj­mił mu, że wy­ja­dą wszy­scy, całą ro­dzi­ną. "Ko­niec wy­bry­ków i wał­ko­nie­nia się! Nie chcia­ło się obi­bo­ko­wi uczyć na pol­skiej uczel­ni, bę­dzie za­ku­wał we Fran­cji. Czas, by za­brał się do ja­kiejś sen­sow­nej ro­bo­ty, za­miast zbi­jać bąki. Jaki ty da­jesz przy­kład młod­sze­mu bra­tu?!" - grzmiał.

Za swo­im bra­tem mój oj­ciec tak­że nie prze­pa­dał. Wpraw­dzie nie była to taka nie­chęć, jaką od­czu­wał wo­bec ma­co­chy, nie­mniej nie na­ro­dzi­ły się mię­dzy nimi żad­na au­ten­tycz­na więź, bli­skość, po­ro­zu­mie­nie. Uwa­żał To­ma­sza za słabego, wy­chu­cha­ne­go wy­mocz­ka, któ­ry nie miał wła­sne­go zda­nia ani cha­rak­te­ru i wo­bec tego sta­rał się ze wszyst­kich sił spro­stać ocze­ki­wa­niom ma­mu­si, poza tym mało co się dla nie­go li­czy­ło. Nie dało się z nim o ni­czym roz­ma­wiać.

Mimo tak ne­ga­tyw­nej opi­nii o wła­snej ro­dzi­nie tata po­słusz­nie wy­je­chał do Pa­ry­ża. Jak mó­wił, nie miał in­ne­go wyj­ścia; po­le­ce­nia ma­co­chy był go­tów igno­ro­wać - wo­bec woli ojca opór był da­rem­ny. Opusz­czał Pol­skę zły i roz­go­ry­czo­ny, a do tego pe­wien, że ni­g­dy nie za­akli­ma­ty­zu­je się w Pa­ry­żu, że bę­dzie tę­sk­nił jak pies i gdy tyl­ko sta­nie się to moż­li­we - na­tych­miast wró­ci do kra­ju. Na ra­zie zgod­nie z po­le­ce­niem ojca pod­jął je­sie­nią stu­dia me­dycz­ne na tam­tej­szym wy­dzia­le me­dycz­nym. Do­szedł zresz­tą do wnio­sku, że uzy­ska­ny tam dy­plom otwo­rzy mu dro­gę do peł­nej sa­mo­dziel­no­ści i nie­za­leż­no­ści, co było war­te wszel­kich ofiar i po­świę­ce­nia. Na­wet re­zy­gna­cji z roz­ry­wek i wszel­kich form ży­cia to­wa­rzy­skie­go; mógł żyć jak mnich, byle tyl­ko jak naj­szyb­ciej osią­gnąć swój cel.

Wro­dzo­na na­tu­ra wzię­ła górę nad tymi po­sta­no­wie­nia­mi, w re­zul­ta­cie już nie­ca­ły mie­siąc po za­miesz­ka­niu w Pa­ry­żu zdo­był nowe gro­no zna­jo­mych, z któ­ry­mi two­rzył we­so­łą kom­pa­nię. Resz­tę zaś do­pi­sał po­kręt­ny los - za­nim bo­wiem za­czę­ły się za­ję­cia na pa­ry­skiej uczel­ni, Niem­cy za­ata­ko­wa­ły Pol­skę, a An­glia i Fran­cja ogło­si­ły de­kla­ra­cję o włą­cze­niu się do kon­flik­tu po stro­nie za­ata­ko­wa­ne­go so­jusz­ni­ka. I choć za ową de­kla­ra­cją ze stro­ny Za­cho­du nie po­szły żad­ne istot­ne dzia­ła­nia, to ani mój oj­ciec, ani dzia­dek, ani gro­no ich zna­jo­mych nie mo­gli oprzeć się prze­świad­cze­niu, że świat, a przy­naj­mniej Eu­ro­pa, sta­nął na kra­wę­dzi.

Pierw­szą re­ak­cją mo­je­go ojca było po­rzu­ce­nie we­so­łe­go ży­cia we Fran­cji i po­wrót do kra­ju, by bić się za oj­czy­znę. Bo czy nie ta­kiej po­sta­wy uczy­ła go szko­ła? Nie do tego wzy­wa­li wiel­cy po­eci, któ­rych twór­czość wał­ko­wa­no na lek­cjach pol­skie­go?

Po­tem przy­szła gorz­ka re­flek­sja, że rze­czy­wi­stość może od­bie­gać od po­ezji Mic­kie­wi­cza. Zresz­tą, czy sam Mic­kie­wicz nie za­wa­hał się i w re­zul­ta­cie po­rzu­cił myśl o prze­do­sta­niu się do ogar­nię­te­go po­wsta­niem li­sto­pa­do­wym kra­ju?

"I tak w ni­czym byś tam nie po­mógł" - prze­ko­ny­wał mój dzia­dek. - "W tej woj­nie od po­cząt­ku nie mie­li­śmy szans, było to dla mnie oczy­wi­ste przy­naj­mniej od kil­ku mie­się­cy. Nasz rząd nie przy­go­to­wał kra­ju do kon­flik­tu z ta­kim prze­ciw­ni­kiem, jak Niem­cy. Kar­mio­no spo­łe­czeń­stwo tępą pro­pa­gan­dą, a fakt, że więk­szość ła­two ją prze­łknę­ła, nie­naj­le­piej o tym spo­łe­czeń­stwie świad­czy. Pew­nie ża­den kraj nie dał­by Niem­com rady, ale to nie­ste­ty my, jak zwy­kle, mu­sie­li­śmy być pierw­si".

Tak więc mój oj­ciec po­zo­stał we Fran­cji. Wie­dział o per­tur­ba­cjach zwią­za­nych z two­rze­niem rzą­du emi­gra­cyj­ne­go i mia­no­wa­niem emi­gra­cyj­ne­go pre­zy­den­ta - dzia­dek nie wpro­wa­dzał go w szcze­gó­ły po­li­tycz­nych prze­py­cha­nek, nie­mniej trud­no było tego czy owe­go nie usły­szeć, gdy było się do­ro­słym dziec­kiem jed­ne­go z waż­niej­szych urzęd­ni­ków w kon­su­la­cie. Do­cie­ra­ły za­tem do nie­go wie­ści o kło­po­tach pol­skich władz, któ­re z ogar­nię­te­go woj­ną kra­ju ewa­ku­owa­ły się do Ru­mu­nii, gdzie po­cząt­ko­wo - jak za­kła­da­no - miał dzia­łać rząd na uchodź­stwie. Jed­nak­że Ru­mu­ni, wbrew wcze­śniej­szym uzgod­nie­niom, za to pod ewi­dent­nym na­ci­skiem (i szan­ta­żem) za­rów­no Niem­ców, jak i Ro­sjan, wy­co­fa­li się z tych obiet­nic, do­pro­wa­dza­jąc do in­ter­no­wa­nia pre­zy­den­ta Mo­ścic­kie­go, pre­mie­ra Sła­wo­ja-Skład­kow­skie­go i ca­łej resz­ty rzą­du. Wo­bec cze­go nie po­zo­sta­wa­ło nic in­ne­go, jak two­rzyć nowy emi­gra­cyj­ny rząd, tym ra­zem na te­re­nie Fran­cji. Co ozna­cza­ło wy­eli­mi­no­wa­nie przed­wo­jen­nej eki­py z dal­szej po­li­tycz­nej gry, od­da­jąc ini­cja­ty­wę śro­do­wi­skom emi­gra­cyj­nym, któ­re od lat były nie­chęt­ne wo­bec sa­na­cji.

Na pierw­szy plan wy­su­nął się skon­flik­to­wa­ny z sa­na­cją (a wcze­śniej z sa­mym Pił­sud­skim) ge­ne­rał Si­kor­ski, i to on dzię­ki bli­skim sto­sun­kom z Fran­cu­za­mi roz­da­wał te­raz kar­ty. To wła­śnie on do­pro­wa­dził do utrą­ce­nia kan­dy­da­tu­ry Wie­nia­wy-Dłu­go­szow­skie­go, wy­zna­czo­ne­go przez in­ter­no­wa­ne­go Mo­ścic­kie­go na sta­no­wi­sko pre­zy­den­ta na uchodź­stwie - nie mo­gło być ina­czej, sko­ro Wie­nia­wa za ży­cia Pił­sud­skie­go peł­nił funk­cję jego oso­bi­ste­go ad­iu­tan­ta. Osta­tecz­nie pol­skim pre­zy­den­tem na uchodź­stwie zo­stał Racz­kie­wicz, lecz stra­cił on sze­reg waż­nych upraw­nień, ja­kie przy­słu­gi­wa­ły gło­wie pań­stwa na mocy uchwa­lo­nej czte­ry lata wcze­śniej kon­sty­tu­cji kwiet­nio­wej. Bo upraw­nie­nia te prze­jął wła­śnie Si­kor­ski jako emi­gra­cyj­ny pre­mier, za­ra­zem wódz na­czel­ny pol­skich sił zbroj­nych.

Wszyst­kie te za­rzą­dze­nia mo­gły, rzecz ja­sna, do­tknąć tak­że mo­je­go dziad­ka, zwią­za­ne­go prze­cież przed woj­ną z sa­na­cją - w każ­dym ra­zie to sto­sun­kom z tam­tą eki­pą za­wdzię­czał swo­ją po­sa­dę w kon­su­la­cie. W zmie­nio­nej sy­tu­acji stał się więc wraz ze swy­mi ko­le­ga­mi z pra­cy kan­dy­da­tem do "od­strza­łu" z zaj­mo­wa­ne­go sta­no­wi­ska. Tak się nie sta­ło. Dzia­dek oka­zał się zręcz­nym dy­plo­ma­tą - jak ma­wia­li jed­ni, czy też cwa­nia­kiem - jak twier­dzi­li inni. Byli wszak­że i tacy, któ­rzy nie wa­ha­li się wska­zy­wać na żonę dziad­ka - mia­ła ona nie tyl­ko uciec się do róż­nych ko­nek­sji i zna­jo­mo­ści, ale wręcz na­wią­zać nowe, jak tu i ów­dzie z na­ci­skiem za­zna­cza­no, szcze­gól­nie bli­skie sto­sun­ki z wpły­wo­wy­mi urzęd­ni­ka­mi z oto­cze­nia no­we­go pre­mie­ra. Przy czym na sło­wo "sto­sun­ki" kła­dzio­no tu szcze­gól­ny na­cisk.

Jak by nie było, dzia­dek nie stra­cił po­sa­dy. Mało tego - gdy z ko­lei w maju czter­dzie­ste­go roku Fran­cja zo­sta­ła za­ata­ko­wa­na i po trzy­dzie­stu sied­miu dniach ska­pi­tu­lo­wa­ła, Bo­guc­cy zna­leź­li się wśród ewa­ku­owa­nych do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Dzia­dek prze­trwał za­rów­no Si­kor­skie­go, jak i Mi­ko­łaj­czy­ka, a po­tem Ar­ci­szew­skie­go. Prze­trwał wszyst­kie kry­zy­sy i na­wał­ni­ce, ja­kich do­świad­czy­ły pol­skie wła­dze na uchodź­stwie za cza­sów każ­de­go z tych trzech pre­mie­rów, bo - jak twier­dził mój oj­ciec - na­uczył się zręcz­nie sto­so­wać tak­ty­kę "ci­szej je­dziesz, da­lej bę­dziesz". W prze­ci­wień­stwie do wie­lu in­nych po­tra­fił w porę ugryźć się w ję­zyk, swo­je zda­nie za­cho­wać dla sie­bie i nie rzu­cać się w oczy. Mia­ło to swo­ją cenę - z bie­giem lat stał się sza­rym i nie­po­zor­nym urzęd­ni­czy­ną, zbyt po­śled­nim dla wciąż bły­sko­tli­wej, ki­pią­cej ener­gią i am­bit­nej mał­żon­ki. I do tego zbyt sła­bym, by za­re­ago­wać na ko­lej­ne na­wią­zy­wa­ne przez nią ro­man­se.

Gdy wio­sną czter­dzie­ste­go pią­te­go roku za­bra­ła syna, opu­ści­ła Wiel­ką Bry­ta­nię i uda­ła się do No­we­go Jor­ku, nie zdo­był się na choć­by sła­by pro­test. Po­cząt­ko­wo wpraw­dzie twier­dził, że nie to­wa­rzy­szył swo­jej żo­nie i młod­sze­mu sy­no­wi tyl­ko z ra­cji obo­wiąz­ków służ­bo­wych, lecz gdy tyl­ko bę­dzie to moż­li­we, z pew­no­ścią do­łą­czy do ro­dzi­ny - mało kto jed­nak da­wał temu wia­rę. Gdy na po­cząt­ku lip­ca czter­dzie­ste­go pią­te­go pań­stwa za­chod­nie cof­nę­ły swo­je uzna­nie dla pol­skie­go rzą­du w Lon­dy­nie, tym sa­mym za je­dy­ną le­gal­ną wła­dzę uzna­jąc utwo­rzo­ny w War­sza­wie, w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści przez ko­mu­ni­stów, Tym­cza­so­wy Rząd Jed­no­ści Na­ro­do­wej, dzia­dek za­ła­mał się do resz­ty i już się z tego nie otrzą­snął. O po­dró­ży do Ame­ry­ki na­wet nie wspo­mi­nał, nikt też za Oce­anem na nie­go nie cze­kał.

Zmarł na po­cząt­ku czter­dzie­ste­go szó­ste­go roku, a nie­dłu­go po­tem jego żona za­le­ga­li­zo­wa­ła zwią­zek z ame­ry­kań­skim biz­nes­me­nem pol­skie­go po­cho­dze­nia. Ani ona, ani To­masz nie po­ja­wi­li się na po­grze­bie mo­je­go dziad­ka.

W tych ostat­nich mie­sią­cach ży­cia mógł li­czyć je­dy­nie na wspar­cie star­sze­go syna, któ­ry opie­ko­wał się nim do sa­me­go koń­ca. "I do­pie­ro wte­dy po­ga­da­li­śmy od ser­ca, jak ni­g­dy do­tąd" - stwier­dził. Bo dzia­dek był przez więk­szość ży­cia zbyt za­ję­ty, by pro­wa­dzić ze swo­imi sy­na­mi dłu­gie, mę­skie roz­mo­wy. Nie­ste­ty od­szedł i wte­dy mój oj­ciec zo­stał zu­peł­nie sam.

Gdy kie­dyś za­py­ta­łam, dla­cze­go w ogó­le wró­cił do kra­ju - nad czym nie tyl­ko ja się za­sta­na­wia­łam - od­po­wie­dział, że po­wo­dem była tę­sk­no­ta za Pol­ską. Za no­stal­gicz­nym kra­jo­bra­zem na­szych ni­zin, za pięk­nem wy­żyn, za la­sa­mi, za śnież­ny­mi za­spa­mi zimą, za krza­ka­mi dzi­kie­go bzu i kon­wa­lii wio­sną. Na­wet za ka­pry­śną po­go­dą zmien­ne­go kli­ma­tu, za bło­tem i ka­łu­ża­mi, któ­rych nie bra­ku­je u nas przez więk­szość roku. Za mia­sta­mi, gdzie nie­kie­dy każ­da uli­ca, ta­bli­ca pa­miąt­ko­wa czy po­mnik przy­po­mi­na­ją o burz­li­wej hi­sto­rii.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.