Rozdział 3
- Uważam, że to powód do dumy. Ja w każdym razie jestem dumny jak cholera - oświadczył bez pardonu, za to z jawnym wyzwaniem w głosie Jeremi Janicki.
Spojrzenie miał wyzywające i twarde, nawet więcej - prowokacyjne, co wystarczyło, by córka spuściła wzrok niczym skarcona dziewczynka. Lecz jej reakcja nie była dla nikogo zaskoczeniem; wszyscy już zdążyli przywyknąć, że tak właśnie się zachowywała w odpowiedzi na uwagi ojca. Zarówno gdy była jeszcze dzieckiem, jak i teraz, kiedy przekroczyła już sześćdziesiątkę. Dlatego starszy pan jedynie od niechcenia na nią zerknął; nikt z obecnych nie miał wątpliwości, że choć za nic by się do tego nie przyznał, tak naprawdę czekał tylko na reakcję zięcia. Nic zatem dziwnego, że obecni przy rozmowie syn i synowa ciekawie zerknęli na szwagra.
Andrzej Bogucki nie od razu odpowiedział; patrząc na niego, przez moment można było odnieść wrażenie, że bawiła go ta chwila oczekiwania na jego słowa.
- My także jesteśmy dumni - odparł.
- Nie widać tego po was. Przeciwnie, można pomyśleć, że odebraliście to niczym cios poniżej pasa - zauważył zgryźliwie staruszek.
- Dlaczego ojciec tak uważa? - Głos zięcia brzmiał chłodno, oficjalnie. Takim tonem zwracał się do swoich współpracowników i podwładnych, gdy chciał poznać ich zdanie w kwestii diagnozy.
Słowa te starszy pan potraktował niczym wyzwanie.
- Bo nie okazujecie żadnej radości. Macie miny jak na stypie. A nawet jak na pogrzebie.
Andrzej Bogucki jak zwykle nie dał się sprowokować, twarz mu nawet nie drgnęła. Za to Olga się wyraźnie żachnęła.
- Mógłby sobie tata darować podobne uwagi - odparła, krzywiąc się przy tym tak, jakby połknęła cytrynę. - Są nie na miejscu, a poza tym...
- Nie na miejscu?! - Jeremi gniewnie odtrącił dłoń synowej, niwecząc tym samym jej próbę złagodzenia jego nastroju.
Rad był z tego, że może wyrazić swój pogląd i "potrząsnąć", jak mawiał, tym rachitycznym towarzystwem przy stole. Rachitycznym, rzecz jasna, w jego rozumieniu - sam nie mógł pojąć, dlaczego w jego dzieciach jest tak mało ikry, temperamentu i energii. Co się z tymi ludźmi nawyrabiało? Co pokolenie, to gorzej. A przynajmniej jeśli chodzi o jego dzieci i wnuki.
- Wyglądacie, jakbyście kij połknęli. Jakby ta dziewczyna zamiast stypendium naukowego dostała co najmniej wyrok zesłania na białe niedźwiedzie. Gdyby tak któreś z was dostało w młodości taką szansę jak ona, to zarówno ja, jak i wasza świętej pamięci matka skakalibyśmy ze szczęścia do samego nieba. Podczas gdy wy...
- My w młodości nie mieliśmy na to najmniejszych szans, ojcze. Nasza młodość upłynęła w zupełnie innych realiach - upomniał go łagodnie Bogdan, czym tylko dodatkowo rozgniewał staruszka.
- Właśnie o tym mówię! - sapnął z irytacją Jeremi. - Nie wiem, czemu stale uważacie mnie za starca, który nie kojarzy już, na jakim świecie żyje. Nie mieliście szans, bo wojna i takie tam, to zapewne miałeś na myśli. Zawsze się tym tłumaczyliście. Choć przypuszczam, że nawet gdyby nie te, jak to ująłeś, realia waszej młodości, także niewiele więcej byście osiągnęli ponad to, co macie. Bo obojgu wam brak tego czegoś, co sprawia, że człowiek odnosi sukcesy. A może po prostu trzeba się z tym urodzić? Sam nie wiem. Ale jedno wiem na pewno: Iga to coś posiada. Dostrzeżono ją, dostała szansę i powinna iść za ciosem. Niestety, odebrała takie, a nie inne wychowanie, i obawiam się, że widząc smutek i zafrasowanie swoich starych, zwłaszcza matki, gotowa dla świętego spokoju, to znaczy świętego spokoju Olgi, zrezygnować z tej szansy, zrezygnować z wyjazdu. Sama nie posiada wystarczająco silnej woli, by się temu oprzeć. Tym bardziej że jest do was przywiązana niczym pies do podwórkowej budy. Tak jak ten pies rada by trochę pohasać na wolności, byle nie za długo i nie za daleko.
- Te twoje porównania, tato... Zupełnie nie na miejscu. - Olga przewróciła oczami, a potem wymieniła znaczące spojrzenia z bratem i bratową.
- Zupełnie na miejscu, tylko niestety do ciebie nie docierają. - Jeremi wzruszył ramionami w geście najwyższej dezaprobaty. - Uważasz, że skoro udało ci się skończyć studia medyczne i złapać byle posadkę w osiedlowej przychodni, to już niczego ci więcej nie trzeba. A tymczasem twoja córka ma okazję osiągnąć coś więcej. Więcej niż wy wszyscy razem do kupy wzięci.
- Ojcze! - Bogdan nie wytrzymał. Tym razem to on strącił niecierpliwie dłoń żony z ramienia. - Jesteś niesprawiedliwy! Naprawdę nie musimy tego znosić. I pamiętaj... - urwał, podchwyciwszy ostrzegawcze spojrzenie siostry. Starszy pan też je zauważył, wydął wargi.
- No, dobrze, mamy tu jeden chlubny wyjątek. - Po twarzy przemknął mu cień uśmiechu. - Ty rzeczywiście do czegoś doszedłeś. - Wskazał od niechcenia na zięcia. - Zastępca ordynatora to nie w kij dmuchał. O tym rzeczywiście powinienem pamiętać.
- Ojciec z każdym dniem staje się coraz trudniejszy do wytrzymania - westchnęła Olga, gdy po obiedzie razem z bratową zmywały naczynia i porządkowały kuchnię w domu Janickich. - Bardzo wam współczuję, że musicie to znosić, i chętnie bym wam pomogła, ale niestety tata stale odmawia przeprowadzki do nas, do Warszawy.
- Wiem. Wciąż powtarza, że umarłby już pierwszej nocy z braku powietrza. - Ewa uśmiechnęła się półgębkiem.
Była dziesięć lat młodsza od Olgi, a do tego wyglądała znacznie młodziej, niż wskazywała data jej urodzenia. W dodatku była naprawdę bardzo atrakcyjna. Patrząc na nią, Bogucka wciąż niezmiennie zadawała sobie pytanie, jakim cudem jej młodszy, lecz pod każdym względem bardzo przeciętny brat zdołał zawrócić w głowie tak pięknej i do tego niebanalnej kobiecie. Ewa w młodości pisała wiersze i periodyki do czasopism literackich, pracowała też nad powieścią, którą ostatecznie zarzuciła, gdy wyszła za Bogdana, i wkrótce potem na świat przyszło po kolei ich dwoje dzieci. W rezultacie zamiast być może dobrze zapowiadającej się kariery literackiej - poprzestała na etacie polonistki w niewielkiej wiejskiej szkole w Jastkowie, nieopodal leśniczówki teścia.
Przez kilka pierwszych lat małżeństwa mieszkali zresztą razem w owej leśniczówce, i to w raczej spartańskich warunkach, bez bieżącej wody, bez łazienki w domu, za to ze sławojką za podwórzem, co dla wychowanej w mieście dziewczyny było nie lada wyzwaniem, zwłaszcza przy małych dzieciach. Nigdy się mimo to nie skarżyła. Co nie zmieniało faktu, że wyprowadzka z leśniczówki do własnego, wybudowanego przy nie lada wyrzeczeniach, niemniej wygodnego domu w Jastkowie przyniosło jej ulgę.
Bogdan także był dumny z własnych czterech kątów, choć oznaczało to podjęcie pracy na kilka etatów. Na szczęście zdobył renomę niezłego stolarza i złotej rączki we wszelkich remontach i naprawach, stąd radzili sobie całkiem dobrze. I oddychali pełną piersią, przynajmniej dopóty, dopóki nie musieli zaopiekować się starym ojcem.
Pan Jeremi przeszedł na emeryturę najpóźniej, jak się tylko dało, gotów pracować i mieszkać w leśniczówce bodaj do samej śmierci. Nie było to możliwe ze względu na podeszły wiek, coraz mniej siły i spostrzegawczości, by podołać takiej pracy. W rezultacie nie pozostawało mu nic innego, jak ustąpić miejsca młodszemu koledze, sam zaś przeniósł się do syna i synowej. Olga podejrzewała, że nie był zbyt miłym w obejściu domownikiem - w przeszłości zawsze lubił stawiać na swoim i kto wie, czy nie zaprowadziłby w domu iście autorytarnych rządów, gdyby zapędów tych konsekwentnie nie poskramiała żona, która nie dawała sobie w kaszę dmuchać, a była na tyle zdeterminowana i energiczna, że rad nierad ustępował. I choć za nic by się nie przyznał, to i tak każdy we wsi wiedział, że owinęła go sobie dookoła palca i świata poza nią nie widział. Jej śmierć była dla niego ciosem, z którego nigdy do końca się nie podniósł, co mógł potwierdzić każdy, kto dobrze znał go wcześniej. Dla delikatnej, łagodnej Ewy opieka nad starzejącym się, niemniej wciąż energicznym i bynajmniej nie zniedołężniałym teściem musiała być sporym wyzwaniem, tym bardziej że nie zdążyła poznać swojej teściowej i nauczyć się od niej, jak poskramiać starszego pana.
Olga, która także nigdy tej umiejętności nie nabyła (choć w przeciwieństwie do bratowej miała wiele okazji, by obserwować działania matki), czuła się zupełnie bezradna i rozdarta w tej sytuacji. Ojciec nie chciał słyszeć o wyprowadzce do Warszawy, do córki i zięcia. Chociaż na głos nie raz nad tym ubolewała, w duchu odczuwała ulgę. Nie wyobrażała sobie wspólnego przebywania pod jednym dachem. Z wiekiem stawał się coraz bardziej gderliwy, a jego apodyktyczne zapędy, niegdyś tak skutecznie temperowane przez żonę, w miarę upływu lat i z każdym dniem dawały się innym we znaki. Przy czym Olga być może jakoś by temu sprostała, a przynajmniej zacisnęłaby zęby, lepiej lub gorzej znosząc humory starego - ostatecznie był jej ojcem i wyrastała przy nim - jednak problemem nie do pokonania była z trudem utrzymywana w ryzach antypatia między Jeremim a Andrzejem. Dopóki nie mieszkali pod jednym dachem, a jedynie sporadycznie przy różnych okazjach się spotykali, dało się nad tym jakoś zapanować. W codziennych domowych relacjach byłoby to niemożliwe.
"Czego od niego chcesz? Co właściwie ci w nim przeszkadza?" - zapytała kiedyś ze złością ojca. Bo to on pierwszy okazał niechęć, a Andrzej po kilku nieudanych próbach pozyskania sympatii teścia po prostu podjął rękawicę, choć czynił to na odczepnego, gdy już musiał jakoś zareagować. W odpowiedzi na pytania córki starszy pan wzruszył ramionami i odparł, że po prostu nie ufa "temu facetowi". Tak właśnie to ujął, a potem, zirytowany jej gniewnymi komentarzami ("Po prostu nie potrafisz mu niczego konkretnego zarzucić. Te twoje humory zawsze psuły krew całej rodzinie"), odparł, że nie musi się jej z niczego tłumaczyć. I gdyby to on tak odezwał się do swojego ojca, a jej dziadka, to z pewnością przez tydzień albo i dwa nie usiedziałby na własnym tyłku.
Ewa oczywiście bezbłędnie odgadywała, w czym rzecz, i dlatego w odpowiedzi na słowa dotyczące opieki nad jej coraz bardziej nieznośnym teściem - który to obowiązek spadł głównie na syna i synową - tylko uśmiechnęła się i machnęła ręką.
- Nie jest najgorzej, naprawdę - odparła. - Miejsca u nas dosyć, nie wchodzimy sobie w drogę. Ojciec większość czasu, czy to zima, czy to lato, spędza na powietrzu, w lesie. A że, chwalić Boga, nie cierpi na demencję, nie ma obawy, że zabłądzi. Nie grymasi też przy jedzeniu. Poza tym mieszkaliśmy kiedyś razem w leśniczówce, więc mniej więcej wiemy, czego się po sobie nawzajem spodziewać. - Ponownie się uśmiechnęła, mrugnęła nawet wesoło. - No i zawsze kochał wnuki, teraz także się cieszy, gdy przyjeżdżają w odwiedziny. Chętnie też bawi się z Michałkiem.
Michałek, trzyletni wnuczek Ewy i Bogdana, był rzeczywiście beniaminkiem i oczkiem w głowie całej rodziny, w tym pradziadka. A ich synowa ponownie spodziewała się dziecka. Olga na samą myśl o tym z trudem stłumiła westchnienie. W jej przypadku nic nie zapowiadało, by w bliżej określonej przyszłości miała zostać babcią. By kiedykolwiek miało to nastąpić. Iga do tej pory nie poznała żadnego sensownego chłopaka; ci, którzy się czasem przy niej kręcili, mieli pusto w głowie, a ich intencje też nie budziły zaufania. I jeszcze to nieszczęsne stypendium. Potrzebne jak dziura w moście.
- Korzyść z tego żadna - wypaliła, a podchwyciwszy zdezorientowane spojrzenie bratowej, uściśliła: - Mam na myśli ten jej wyjazd.
- Chodzi o Igę?
- Tak, a niby o kogo innego? - zniecierpliwiła się.
- Skąd wiesz, że korzyść z tego żadna? - roześmiała się Ewa. - Przecież nigdy nie doświadczyłaś tego na własnej skórze. Och, daj spokój, Olga! Taki wyjazd to marzenie wielu młodych, a tylko garstce udaje się je zrealizować.
- Zrealizować... w jakim celu? - sarknęła. - Aby się stąd wyrwać na Zachód?
- Chociażby...
- I zostać tam na stałe? - dokończyła z jawnym już oburzeniem Olga. - Ty to pochwalasz?
Bratowa przestała się śmiać, ale jej spojrzenie pozostało pogodne.
- Dobrze wiesz, że Iga nigdy by tak nie postąpiła - rzekła łagodnie. Pogłaskała siostrę męża po ramieniu, lecz ta, podobnie jak wcześniej uczynił to Jeremi, cofnęła się niecierpliwie. - Jest do was bardzo przywiązana.
- Za bardzo? - podchwyciła Olga. - Tak to zabrzmiało...
- Och, chyba mylisz mnie ze swoim ojcem - odcięła się komicznie Ewa i zaraz spoważniała. - Co nie znaczy, że staruszek nie ma racji. Iga jest już dorosłą dziewczyną. Co w tym złego, jeśli wyjedzie i rozejrzy się trochę po świecie? A takie doświadczenie bardzo jej pomoże w karierze.
- Łatwo ci mówić, bo twoje dzieci mieszkają blisko, w każdym razie nie rozglądają się, jak to ujęłaś, po świecie.
- Paweł na dobre zapuścił korzenie w Poznaniu. A i Łukasza na co dzień nie widuję - przypomniała pogodnie. Tak jakby Olga faktycznie o tym nie pamiętała.
- Ale przynajmniej siedzą w kraju.
Bratowa wzruszyła ramionami.
- A myślisz, że nie marzą o życiu w innym kraju? O lepszej przyszłości? Łukasz nawet tego nie ukrywa.
- Życie w bogatszym kraju nie oznacza lepszej przyszłości. On myli ze sobą te pojęcia.
- No i proszę! Znów to robisz. - Ewa aż klasnęła w dłonie z uciechy.
- Co niby? - nadąsała się Olga. Lubiła swoją bratową, ale bywały chwile, że czuła, jakby dzieliła je znacznie większa różnica wieku niż dziesięć lat.
- Powtarzasz słowo w słowo opinię swego taty.
Skrzywiła się, ale nie bardzo mogła zaprzeczyć. Czasami rzeczywiście tak było, ale postanowiła, że nie da się zbić z pantałyku.
- Oczywiście, że będzie mi jej brakowało - rzekła chłodno.
- To raptem kilka miesięcy. Zleci, ani się obejrzysz. - Ewa ponownie pogłaskała ją po ramieniu i tym razem Olga już się nie odsunęła. - Na pewno wróci. Też będzie tęskniła. I w przeciwieństwie do Łukasza dobrze się tu czuje. Z wami i resztą rodziny.
- Nie tylko o to chodzi. Są jeszcze inne kwestie. Mówicie, że dzięki temu wyjazdowi zdobędzie cenne doświadczenia i tak dalej. Że to dobre dla jej kariery. Pytanie, na co jej ta kariera. Co jej zapewni? Czy nie byłoby mądrzej założyć rodzinę i znaleźć taką pracę, dzięki której łatwiej uda jej się pogodzić sprawy zawodowe z obowiązkami domowymi?
- Jak ty i ja?
Gdyby podobna uwaga padła z ust każdej innej kobiety, uznałaby ją za nieco prowokacyjną. Ewa być może także ją trochę prowokowała, lecz czyniła to z takim wdziękiem i humorem, że Olga mimowolnie odwzajemniła jej uśmiech. Aczkolwiek niemrawo i z wyraźnym przymusem.
- Ja i tak nie zrobiłabym kariery naukowej i nie zostałabym ordynatorem kliniki, ale ty faktycznie miałaś zadatki, by tworzyć dzieła literackie - odparła, mając nadzieję, że bratowa nie dopatrzy się w tych słowach żadnej dwuznaczności. Uwaga była bowiem jak najbardziej szczera.
- Och, dajże spokój. - Ewa żachnęła się i machnęła niedbale dłonią. - Niczego bym nie osiągnęła. A pisanie powieści do szuflady jest dobre dla nastolatki, nie dla dorosłej baby.
- No nie byłabym tego taka pewna. To znaczy... tego, że niczego byś nie osiągnęła.
Ponieważ Ewa już nie skomentowała tej uwagi, Olga wzruszyła lekko ramionami.
- A co się mnie tyczy, to od początku polubiłam przychodnię. Stałe godziny pracy, przewidywalność, wolne niedziele i święta, bez nocnych dyżurów i obawy, że w każdej chwili mogą zadzwonić ze szpitala z powodu jakiejś katastrofy lub nagłej operacji. I do tego sieć układów i układzików, rejwach jak w ulu. Możesz mi wierzyć lub nie, ale byłam tym cholernie zmęczona. Zawsze najbardziej pragnęłam prowadzić spokojne życie, mieć rodzinę i przytulny dom.
- To tak jak i ja - potwierdziła Ewa. - Poza tym, tak jak ty polubiłaś pracę w przychodni, tak ja pracę w szkole.
- I Jastkowo? - Olga uśmiechnęła się szerzej.
- I Jastkowo.
- No tak... Ty, dziewczyna z dużego miasta, polubiłaś Jastkowo... - Pomimo że teatralnie przewróciła oczami, nie miała wątpliwości, że i tym razem Ewa była szczera. W gruncie rzeczy przecież zawsze była szczera.
- Potrafię jednak zrozumieć, że aspiracje naszych dzieci mogą być już inne. Twoja Iga dostała taką szansę, a ponieważ myśli o karierze naukowej...
- I co jej z tego przyjdzie! - obruszyła się. - Zarzucacie mi, że trzymam ją pod kloszem i nie daję jej się usamodzielnić, ale zapominacie, że za te grosze, które zarobi na uczelni, z pewnością nigdy nie stanie na własnych nogach. Chyba że... zechce zostać za granicą - dokończyła z goryczą.
Ewa uścisnęła jej dłoń i rzekła łagodnie:
- Sama w to nie wierzysz.
Olga potrząsnęła głową.
- Sama już nie wiem - odparła cicho. - A jeśli jej się tam spodoba do tego stopnia, że znajdzie sposób, by zostać? Niejeden się zarzekał, że nie umiałby żyć z daleka od własnego kraju i rodziny, po czym, znalazłszy się za żelazną kurtyną, zmieniał zdanie.
- Ale nie twój Andrzej. - Ewa niemal weszła jej w słowo. - On przecież wrócił do Polski. Gdy tylko okazało się to możliwe, choć musiał na to czekać tyle lat.
Olga nie odpowiedziała. W jej oczach na moment zapaliło się nikłe światełko, a potem odwróciła wzrok.
***
- Na twoim miejscu z pewnością bym nie wracał.
Opinia kuzyna nie zaskoczyła Igi. Nigdy jej nie ukrywał.
- Jeszcze nawet nie zaczęłam przygotowań do wyjazdu, nie skompletowałam dokumentów, nie odebrałam paszportu, a ty już namawiasz mnie do złamania zasad korzystania ze stypendium. - Mrugnęła do niego.
Wzruszył ramionami i machnął lekceważąco ręką.
- O kant dupy potłuc te zasady! Nie byłabyś pierwsza, która by tak zrobiła. Powtarzam: ja na twoim miejscu...
- Łukasz... - przerwała. - Nie jesteś na moim miejscu.
Na moment zapadła cisza, po czym młody mężczyzna pokiwał smętnie głową.
- Jasne, wracam do szeregu. Ale zdania nie zmieniam.
- Przepraszam - stropiła się. - Nie chciałam, aby tak to zabrzmiało. Ale dajmy już temu spokój.
- Dobra, jak sobie życzysz. - Podniósł do góry dłonie. - Rozumiem, w czym rzecz... No cóż, twoja sprawa.
Myśli, że chodzi o moich rodziców - przemknęło jej przez głowę. - Że będę płakać za mamą i tatą, tak jak kiedyś, gdy starano się mnie namówić na kolonie. I że oni będą płakać za mną. Wszyscy tak myślą...
W głębi duszy wiedziała, że podejrzenia te nie były tak zupełnie pozbawione racji, jednakże nie zamierzała o tym rozmawiać. Poza tym inne względy były niemniej ważne, o ile nieważniejsze.
- To byłoby nie w porządku wobec tych wszystkich, którzy dali mi taką szansę. Wobec uczelni i promotora - rzekła i aż się wzdrygnęła, usłyszawszy swój urzędowy, a nawet mentorski ton.
Łukasz też się lekko skrzywił.
- O rany, poczułem się jak członek egzekutywy na zebraniu partyjnym.
- Możesz sobie kpić, co nie zmienia faktu, że byłoby to nieuczciwe z mojej strony i być może narobiłoby problemów życzliwym ludziom. Tym, którzy mi zaufali. I nie mów, że inni nie mieliby na moim miejscu skrupułów. Ja to nie inni.
- Jasne, jasne...
- A poza tym... - zaczerwieniła się lekko - ...ja naprawdę dobrze się czuję w Polsce. Nie zaaklimatyzowałabym się gdzie indziej, nie chciałabym tam zaczynać od zera. Tak, nie ukrywam, tęskniłabym jak pies. Nie tylko za rodzicami, ale i za tobą. Za całą rodziną. Za tutejszym krajobrazem, klimatem, porami roku. Ty uważasz, że głupio robię. - Uśmiechnęła się półgębkiem. - Ale mój ojciec myślał tak samo jak ja. Bo wrócił.
- Okej, wrócił. Kiedyś nie mogłem tego pojąć, ale potem uznałem, że widocznie miał swoje powody, z których oczywiście nie musiał mi się zwierzać. Na pewno chodziło o coś grubego, w innym wypadku nie wracałby po tylu latach, zwłaszcza że już tam do czegoś doszedł. Ale dobra, nie moja rzecz. Tu też coś osiągnął. Stanowisko zastępcy ordynatora to, jak by nie patrzeć, nie w kij dmuchał. Ale ty... - zawahał się, najwyraźniej nie był pewien jej reakcji, mimo to zaryzykował: - Co cię tu czeka? Roi ci się kariera naukowa i posadka na uczelni, ale... po kiego grzyba? Będziesz klepać bidę i tak jak ja przez całe lata nie staniesz na własnych nogach, o własnym mieszkaniu już nawet nie wspominając. O ile kiedykolwiek ci się to uda. Chyba że ci to nie przeszkadza. Przynajmniej dopóki nie założysz własnej rodziny.
Nawet on - pomyślała ze znużeniem. Nawet Łukasz, z którym zawsze całkiem nieźle się dogadywała, nie brał pod uwagę prostego faktu, że nie myślała o założeniu rodziny. Ta rodzina, w której już funkcjonowała, w zupełności jej wystarczyła do szczęścia. Być może było to przejawem pewnej niedojrzałości - samej siebie nie musiała przecież oszukiwać - niemniej... Na litość boską, miała raptem dwadzieścia pięć lat! Owszem, kiedyś uważano, że taki wiek to pierwszy zakręt w życiu kobiety, niezamężne nazywano już starymi pannami. Zresztą, w niektórych środowiskach nadal panowało takie przekonanie, lecz przecież, na miłość boską, nie w Warszawie. Co prawda większość jej koleżanek (w tym te z uczelni) zmieniła już stan cywilny. Niektóre zrobiły to jeszcze w czasie studiów - bo dziecko już w drodze, bo tak były zakochane, że nie chciały dłużej czekać na wspólne życie z umiłowanym. Wszystkie w dalszym ciągu mieszkały wraz z mężem i dziećmi z rodzicami lub dla odmiany z teściami czy nawet ze swoimi dziadkami. W tych warunkach kontynuowanie studiów okazywało się nie lada wyzwaniem, o korzystaniu z innych uroków życia studenckiego, towarzyskiego nawet nie wspominając. Nierzadko młode matki musiały skorzystać z urlopów dziekańskich, w niektórych przypadkach powrót na uczelnię okazał się już niemożliwy. Nawet na przeczytanie książki, i to bynajmniej nie naukowej, nie starczało im czasu, a co dopiero mówić o wyjściu do kina lub do teatru; zresztą na podobne przyjemności brakowało nie tylko czasu, ale i pieniędzy. Wielka, jak by się wydawało wcześniej, miłość niekiedy nie wytrzymywała zderzenia z rzeczywistością. W niektórych przypadkach niewiele brakowało, by doszło do rozwodu, a nie doszło do niego wyłącznie dlatego, że rozpad małżeństwa spowodowałby więcej perturbacji rodzinnych i kłopotów materialnych niż kontynuowanie związku.
Łukasz, starszy od Igi o kilka lat, także ożenił się, gdy jeszcze studiował. Iwona, jego koleżanka z roku, a zarazem wielka miłość, spodziewała się dziecka - pod tym względem ich doświadczenia były tożsame z doświadczeniami wielu innych młodych ludzi. Zamieszkali z jej rodzicami w trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Bemowie. Ich obecnie trzyletni synek Michałek okazał się uroczym brzdącem, oczkiem w głowie całej rodziny. Za pięć miesięcy miało przyjść na świat kolejne dziecko. Łukasz, młody architekt, nie zarabiał najgorzej, niemniej o własnym mieszkaniu mogli z Iwoną tylko pomarzyć. Jego rodzice proponowali młodym zamieszkanie z nimi w Jastkowie - dom był na tyle obszerny, że mogły się tam zmieścić dwie rodziny (a także dziadek Jeremi), ale problemem byłyby codzienne, dość uciążliwe i pochłaniające sporo czasu dojazdy do pracy w stolicy. Poza tym Łukasz nie chciał wracać na wieś. Zarówno on, jak i jego brat Paweł zawsze marzyli, by wyrwać się do wielkiego miasta. I obaj dopięli celu - bynajmniej nie po to, by się wycofywać. Co innego wpaść do rodziców z wizytą, choćby i kilkudniową, a co innego ponownie na stałe zamieszkać wśród pól i lasów, z daleka od kina i teatrów, i wszelkiej infrastruktury, jaką zapewnia miasto. W dodatku spotykając każdego dnia, a nawet o tej samej stałej porze, tych samych ludzi, których się znało od dziecka.
W Jastkowie wszyscy wszystko o sobie wiedzieli. Warszawa czy też, jak w przypadku Pawła, Poznań - zapewniały anonimowość, która dużo bardziej im odpowiadała; pod tym względem różnili się od własnych rodziców i dziadka. Szczęśliwie każdy z nich żył w udanym małżeństwie. W ich akurat przypadku trudne warunki, z jakimi borykała się większość młodych rodzin, nie rzutowały na wzajemne, pełne miłości relacje. Co nie zmieniało faktu, że obaj marzyli o lepszym życiu, zwłaszcza Łukasz, według którego można było to zrealizować jedynie na Zachodzie, o czym wspominał, gdy tylko rozmowa schodziła na ten temat. Reszta rodziny przyjmowała jego słowa z przymrużeniem oka - wiadomo było bowiem, że na gadaniu się skończy - niekiedy z irytacją, co miało miejsce najczęściej w przypadku dziadka.
Zdaniem starszego pana poglądy wnuka dowodziły, że młodym obecnie się do reszty we łbach poprzewracało. Do żadnej odpowiedzialności się nie poczuwają. Ani za rodzinę, ani za własny kraj. W dodatku są przy tym tak naiwni i wykazują taką ignorancję w temacie owego Zachodu, że aż strach. Iga w głębi ducha przyznawała mu rację. Jednocześnie nie miała ochoty na ponowne wałkowanie tej kwestii z kuzynem, równie dobrze mogłaby przemawiać do sosny w lesie. Nie przypomniała mu nawet, że jego własna żona także bynajmniej nie marzyła o opuszczeniu kraju i rodziny. Z pewnością pamiętał - nie wyobrażała sobie, by mogło być inaczej - słowa Iwony, że z dwójką małych dzieci za nic nie przeniosłaby się do innego kraju, między obcych ludzi. Nawet najlepsze warunki materialne (przy założeniu, że takowe w ogóle stałyby się ich udziałem) nie zastąpiłyby im tego, co daje wsparcie krewnych i wieloletnich przyjaciół. Bez wątpienia to zapamiętał, bo nieśmiała na ogół Iwona rzadko kiedy wypowiadała się tak stanowczo, jak wtedy. A bez niej i bez dzieci Łukasz przecież by nie wyjechał, nawet gdyby trafiła mu się taka okazja.
Iga popatrzyła na niego ze smutkiem. Nie mogła oprzeć się niewesołej refleksji, że czasy, gdy oboje jako dzieci spędzali beztroskie wakacje w leśniczówce dziadka, należały do bardzo odległej przeszłości. Jakby miały miejsce przed wiekami.
- Nie namawiaj mnie, abym została na Zachodzie - rzekła z powagą. - Po prostu nie mówmy już o tym, dobrze?
Wzruszył ramionami, ale nic nie odpowiedział.