Smok odrodzony - Robert Jordan

Kup ebooka

48.00 zł
36.96 zł (32,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Forteca światłości

Wiekowe spojrzenie Pedrona Nialla wędrowało po całej przestrzeni prywatnej komnaty przyjęć, ale ciemne oczy zasnute mgłą myśli nie widziały niczego. Poszarpane ozdoby wiszące na ścianach były kiedyś sztandarami bitewnymi wrogów jego młodości, teraz wtopiły się w ciemne drewno boazerii, którą wyłożono kamienne mury, grube nawet tutaj, w samym sercu Fortecy Światłości. Jedyny fotel, jaki znajdował się w komnacie - ciężki, z wysokim oparciem, przypominający niemalże tron - umykał jego niewidzącemu spojrzeniu, podobnie jak kilka rozproszonych w jej przestrzeni stolików, dopełniających umeblowania. Nawet mężczyzna w białym płaszczu - z widoczną na twarzy, ledwie powstrzymywaną gorliwością - klęczący na promiennym słońcu osadzonym w szerokich deskach podłogi przestał na chwilę przykuwać uwagę Nialla, choć wszak niewielu potrafiłoby zbyć go tak lekko.

Jaretowi Byarowi dano trochę czasu, aby się umył, zanim doprowadzono go przed oblicze Nialla, jednak zarówno jego hełm jak i napierśnik były zmatowiałe od kurzu dróg i pogięte od częstego użycia. Ciemne, głęboko osadzone oczy lśniły gorączkowym, naglącym światłem w twarzy, z której zniknęły wszystkie zbędne skrawki mięśni. Nie miał przy sobie miecza - nie zezwalano na posiadanie broni w obecności Nialla - zdawał się jednak trwać nieprzerwanie na skraju gwałtu, niczym pies szarpiący się na smyczy.

Niewielkie ognie w długich kominkach po obu stronach pomieszczenia rozpraszały nieco chłód późnej zimy. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest to prosty, żołnierski pokój, wszystko dobrze odrobione, ale bez ekstrawagancji - wyjąwszy słońce zdobiące posadzkę. Umeblowanie pojawiło się w komnacie przyjęć Lorda Kapitana Komandora Synów Światłości razem z człowiekiem, którego wyniesiono na ten urząd. Rozbłyskujące słońce z czystego złota ścierały do gołego drewna pokolenia petentów, a wtedy zastępowano je i kolejne rzesze ścierały je na nowo. Złota było w nim tak dużo, że dałoby się za nie kupić dowolną posiadłość w Amadicii, razem z przypisanym do niej tytułem szlacheckim. Przez dziesięć lat Pedron Niall kroczył po tym złocie i nigdy nie pomyślał o nim po raz drugi, podobnie zresztą jak o wizerunku słońca wyszytym na piersiach jego białej tuniki. Złoto nie miało wiele powabu dla Pedrona Nialla.

Ostatecznie jego oczy spoczęły na stole stojącym w pobliżu fotela, zasłanym planami, rozrzuconymi listami i raportami. W tym rozgardiaszu znajdowały się trzy luźno zwinięte rysunki. Niechętnie podniósł jeden z nich. Nieważne który, wszystkie przedstawiały tę samą scenę, choć wykonały je różne dłonie.

Skóra Nialla była cienka jak przezroczysty pergamin, wiek opinał ją ściśle na ciele złożonym z samych kości i ścięgien, jednak słabość wydawała się nie mieć doń dostępu. Żaden mężczyzna nie piastował urzędu Nialla, zanim jego włosy nie stały się białe, żadnemu się to nie udało, jeśli nie był równie twardy jak kamienie, z których zbudowano Kopułę Prawdy. Nagle dojrzał z całą jasnością poznaczony ścięgnami grzbiet dłoni ściskającej rysunek, uświadomił sobie potrzebę pośpiechu. Było coraz mniej czasu. Jego czas się kurczył. Ale musi go wystarczyć. Musi działać tak, by wystarczyło czasu.

Rozwinął do połowy pergamin, tylko tyle, by zobaczyć interesującą go twarz. Kredka rozmazała się trochę w podróżnych jukach, ale twarz była wyraźnie widoczna. Szarooki młodzieniec z rudawymi włosami. Wyglądał na wysokiego, nie można jednak było mieć ostatecznej pewności. Pominąwszy włosy i oczy, mógłby mieszkać w dowolnym miasteczku, nie wzbudzając żadnych komentarzy.

- Ten... ten chłopiec ogłosił się Smokiem Odrodzonym? - wymruczał Niall.

Smok. Brzmienie tego imienia spowodowało, że poczuł dreszcz od przeszywającego chłodu zimy, przypomniał sobie, jaki jest stary. Imię wsławione przez Lewsa Therina Telamona, kiedy jednym aktem skazał na potępienie każdego mężczyznę, który potrafiłby przenosić Jedyną Moc, wówczas i na zawsze, na szaleństwo i śmierć, włączając w to samego siebie. Minęło ponad tysiąc lat od czasu, gdy duma Aes Sedai i Wojna z Cieniem położyły kres Wiekowi Legend. Trzy tysiące lat, ale dzięki proroctwom i legendom ludzie pamiętali... przynajmniej samą istotę opowieści, choć szczegóły pochłonął czas. Lews Therin Zabójca Rodu. Człowiek, który zapoczątkował Pęknięcie Świata, kiedy to szaleńcy zdolni do drenażu mocy, która kieruje wszechświatem, zrównywali z ziemią góry i zatapiali starożytne lądy pod wodami mórz, kiedy to całe oblicze ziemi odmieniło się, a ci, którzy przeżyli, niczym dzikie zwierzęta umykali przed światłem ognisk. Niekończąca się tortura, dopóki ostatni mężczyzna Aes Sedai nie padł martwy, a rozproszona rasa ludzka mogła rozpocząć odbudowę wszystkiego z gruzów, przynajmniej tam, gdzie chociaż gruzy pozostały. Opowieść o tym wpajały w pamięć historie, które matki opowiadały dzieciom. A proroctwa mówiły, że Smok odrodzi się ponownie.

Niall jedynie głośno myślał, ale Byar postanowił mu odpowiedzieć.

- Tak, mój Lordzie Kapitanie Komandorze, tak uczynił. Wynikło z tego większe szaleństwo, niźli z winy któregokolwiek z fałszywych Smoków, o jakich słyszałem. Tysiące już zadeklarowały swoje dla niego poparcie. Tarabon i Arad Doman pogrążyły się w stanie wojny domowej, a także wszczęły wzajemną waśń. Walki toczą się na całej Równinie Almoth i na Głowie Tomana, Tarabonianie przeciw Domani, przeciw Sprzymierzeńcom Ciemności domagającym się Smoka... trwały w każdym razie, dopóki zimowe chłody nie położyły im kresu. Nigdy dotąd nie słyszałem, by szerzyło się to tak szybko, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Jakby wrzucił zapaloną latarnię do stodoły pełnej siana. Śniegi mogły na jakiś czas zdusić zarzewie wojny, ale wraz z nadejściem wiosny płomienie wybuchną z nową siłą, potężniejsze zapewne niż w zeszłym roku.

Niall przerwał mu, unosząc palec do góry. Już dwukrotnie słyszał tę opowieść z ust Byara, głos tamtego za każdym razem pobrzmiewał gniewem i nienawiścią. Jej fragmenty poznał zresztą wcześniej z innych źródeł i o niektórych wydarzeniach wiedział więcej niż Byar, niemniej za każdym razem, kiedy ją słyszał, na nowo rozpalała w nim namiętności.

- Geofram Bornhald zginął, a wraz z nim tysiąc Synów. I odpowiedzialne są za to Aes Sedai. Nie masz żadnych wątpliwości, Synu Byar?

- Żadnych, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Po potyczce na drodze do Falme wypatrzyłem dwie wiedźmy z Tar Valon. Kosztowały nas pięćdziesięciu zabitych, zanim wreszcie naszpikowaliśmy je strzałami.

- Jesteś pewien... całkowicie pewien, że były to Aes Sedai?

- Ziemia eksplodowała nam pod stopami. - Głos Byara był zdecydowany i pełen wiary w wypowiadane słowa. Jaret Byar doprawdy nie miał zbyt wybujałej wyobraźni, śmierć stanowiła część żołnierskiego życia, niezależnie od tego, w jaki sposób się ją spotykało. - W nasze szeregi uderzały błyskawice, walące się wprost z jasnego nieba. Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, kim innym mogłyby one być?

Niall pokiwał ponuro głową. Od czasu Pęknięcia Świata nie było już mężczyzn Aes Sedai, jednak te kobiety, które rościły sobie prawo do tego tytułu, nadal potrafiły wystarczająco napsuć krwi. Bez przerwy paplały o swych Trzech Przysięgach: nie wypowiadać żadnych słów, które nie są prawdą; nie wytwarzać żadnej broni, dzięki której człowiek mógłby zabić człowieka; używać Jedynej Mocy jako broni wyłącznie przeciwko Sprzymierzeńcom Ciemności i Pomiotowi Cienia. Teraz wszak okazało się, ile warte są te przysięgi, odsłoniło się zawarte w nich kłamstwo. Zawsze uważał, że nikt nie może pragnąć mocy, którą władały, nie rzucając jednocześnie wyzwania Stwórcy, a to równało się służbie dla Czarnego.

- Ale nie wiesz niczego o tych, którzy zdobyli Falme i wybili połowę jednego z mych legionów?

- Lord Kapitan Bornhald mówił, że nazywają się Seanchanami, mój Lordzie Kapitanie Komandorze - odrzekł niewzruszenie Byar. - Twierdził, że są Sprzymierzeńcami Ciemności. A jego szarża pokonała ich, nawet jeśli podczas niej zginął. - Jego głos stał się nieco bardziej napięty. - Spotkałem wielu uchodźców z miasta. Wszyscy zgodnie opowiadali, że obcy zostali pokonani i uciekli. Całą zasługę należy przypisać Lordowi Kapitanowi Bornhaldowi.

Niall westchnął cicho. Niemalże tych samych słów Byar użył wcześniej, gdy zapytał go o armię, która pojawiła się na pozór znikąd, by zdobyć Falme.

"Dobry żołnierz - pomyślał Niall - Geofram Bornhald zawsze tak o nim mówił, ale zupełnie nie potrafi myśleć".

- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze - odezwał się nagle Byar - Lord Kapitan Bornhald rzeczywiście rozkazał mi, abym trzymał się z dala od bitwy, miałem obserwować wszystko i złożyć ci raport z pola walki. I opowiedzieć jego synowi, Lordowi Dainowi, jak zginął jego ojciec.

- Tak, tak - niecierpliwie przerwał mu Niall. Przez chwilę obserwował twarz tamtego, jego zapadłe policzki, potem dodał: - Nikt nie wątpi w twą uczciwość i odwagę. To jest właśnie dokładnie to, co zrobiłby Geofram Bornhald, stając w obliczu bitwy, w której mógł zginąć cały jego oddział.

"A nie coś, co tobie kiedykolwiek przyszłoby do głowy".

Niczego więcej nie mógł się już od tego człowieka dowiedzieć.

- Dobrze się spisałeś, Synu Byar. Masz moje pozwolenie na wyjazd, abyś mógł zawieźć słowo o śmierci Geoframa Bornhalda jego synowi. Dain Bornhald przebywa obecnie gdzieś w okolicach Tar Valon, razem z Eamonem Valdą; tak przynajmniej stwierdzają ostatnie raporty. Możesz się do nich przyłączyć.

- Dziękuję, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Dziękuję. - Byar podniósł się i ukłonił głęboko. Jednak kiedy wyprostował się ponownie, jego twarz zdradzała wewnętrzne wahanie. - Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, zostaliśmy zdradzeni.

Nienawiść nadała tonowi jego głosu zgrzytliwe echo.

- Przez jednego z tych Sprzymierzeńców Ciemności, o których mi mówiłeś, Synu Byar? - Nie potrafił nadać swemu głosowi łagodniejszych tonów. Wieloletnie plany leżały w gruzach pośród zwłok tysiąca Synów, a Byar nie umiał rozmawiać o niczym innym jak tylko o tym jednym człowieku. - Przez tego młodego kowala, którego dwukrotnie widziałeś, owego Perrina z Dwu Rzek?

- Tak, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Nie wiem, w jaki sposób to się stało, wiem jednak, że to jego należy obwiniać. Wiem to.

- Zastanowię się, co należy zrobić w tej sprawie, Synu Byar. - Byar otworzył usta, chcąc jeszcze coś powiedzieć, ale Niall podniósł szczupłą dłoń, aby go powstrzymać. - Możesz już odejść.

Mężczyzna o wychudzonej, posępnej twarzy nie miał innego wyjścia, jak ukłonić się ponownie i wyjść.

Kiedy tylko drzwi zamknęły się za nim, Niall zagłębił się w wysokie oparcie swego fotela. Co spowodowało, że Byar tak nienawidził tego Perrina? Sprzymierzeńców Ciemności było wszędzie zbyt wielu, żeby marnować energię na nienawiść do konkretnej jednostki. Zbyt wielu Sprzymierzeńców Ciemności, wysokiego i niskiego stanu, ukrywających się za gładkimi językami i otwartymi uśmiechami, służących Czarnemu. Jeszcze jedno imię dodane do długich list nie zrobi żadnej różnicy.

Poprawił się na twardym fotelu, usiłując wygodnie umieścić swoje stare kości. Nie po raz pierwszy pomyślał mgliście, że być może miękkie obicie to wcale nie taki zbytek. I nie po raz pierwszy odsunął od siebie tę myśl. Świat pogrążał się w chaosie, nie było czasu na przejmowanie się starością.

Pozwolił, by w jego myślach zakłębiły się wszystkie te znaki, które przepowiadały katastrofę. Wojna objęła Tarabon i Arad Doman, wojna domowa rozszarpywała Cairhien, bojowa gorączka narastała we Łzie i w Illian, które tradycyjnie żywiły wobec siebie wrogość. Być może same w sobie te wojny niczego nie oznaczały - ludzie zawsze toczyli wojny - ale zazwyczaj po jednej naraz. A oprócz tego ten fałszywy Smok gdzieś na Równinie Almoth, jeszcze jeden, przez którego rozpadała się Saldaea, i ten trzeci, co nękał Łzę. Aż trzech jednocześnie.

"To są na pewno fałszywe Smoki. Na pewno!".

I kilkanaście pomniejszych rzeczy, być może wynikłych niekiedy z bezpodstawnych pogłosek, ale biorąc wszystko razem... Poszeptywania na temat Aielów zauważonych w krainach położonych tak daleko na zachodzie jak Murandy i Kandor. Tylko jeden lub dwóch w każdym z tych miejsc, ale jeden Aiel czy tysiąc, nie czyniło to różnicy. W ciągu całego tego czasu, jaki minął od Pęknięcia, Aielowie raz tylko wyszli z Pustkowia. Tylko podczas Wojen z Aielami opuścili tę swoją jałową krainę. O Atha'an Miere, Ludzie Morza, powiadano, że porzucił całkowicie handel, aby szukać zapowiedzi i znaków - czego dokładnie, nikt nie wiedział - żeglując na statkach wypełnionych jedynie do połowy, lub wręcz całkiem pustych. Illian zwołało Wielkie Polowanie na Róg, pierwszy raz od niemalże czterystu lat, i rozesłało Myśliwych w poszukiwaniu legendarnego Rogu Valere, o którym proroctwa powiadały, że wezwie z grobu martwych bohaterów, aby walczyli w Tarmon Gai'don, Ostatniej Bitwie przeciwko Cieniowi. Plotki głosiły również, iż ogirowie, zawsze trzymający się na uboczu, do tego stopnia, że niektórzy traktowali ich jak legendę, zwoływali spotkania pomiędzy odległymi stedding.

Najbardziej jednak znaczące, dla Nialla przynajmniej, było to, że Aes Sedai otwarcie włączyły się we wszystkie te sprawy. Powiadano, że wysłały część swych sióstr do Saldaei, aby przeciwstawiły się fałszywemu Smokowi Mazrimowi Taimowi. Mazrim dysponował rzadką wśród mężczyzn cechą, potrafił przenosić Jedyną Moc. Już sama ta rzecz musiała rodzić lęk i pogardę, mało kto więc wierzył, że człowieka takiego da się pokonać inaczej, bez pomocy Aes Sedai. Dlatego lepiej zgodzić się na ich pomoc, niźli potem stanąć twarzą w twarz z nieuniknioną potwornością tego, co stanie się, gdy tamten oszaleje, czego również nie można było uniknąć. Ale Tar Valon najwyraźniej wysłało inne Aes Sedai, by wspierały tego drugiego fałszywego Smoka w Falme. Żadna inna koncepcja nie tłumaczyła równie dobrze faktów.

Obraz, jaki roztaczał się przed jego oczyma, przejmował go mrozem do szpiku kości. Chaos rozszerzał się jak nigdy dotąd, połykając coraz to nowe obszary. Cały świat zdawał się kłębić i kipieć, zbliżając nieomal do wrzenia. Nie miał wątpliwości. Naprawdę nadchodziła Ostatnia Bitwa.

Wszystkie jego plany uległy zniszczeniu, plany, które miały uwiecznić jego imię pośród setki pokoleń Synów Światłości. Ale ponieważ zamieszanie stwarza okazję, obmyślił więc nowe plany wiodące ku nowym celom. Oby tylko siły i woli starczyło, aby je urzeczywistnić.

"Światłości, pozwól mi żyć dostatecznie długo".

Pełne szacunku pukanie do drzwi wyrwało go z otchłani mrocznych myśli.

- Wejść! - warknął.

Do środka wszedł służący w kaftanie i spodniach barwy bieli i złota, cały czas gnąc się w ukłonach. Ze spojrzeniem wbitym w posadzkę oznajmił, że Jaichim Carridin, Pomazaniec Światłości, Inkwizytor Ręki Światłości, zjawia się na rozkaz Lorda Kapitana Komandora. Carridin wszedł, następując niemalże służącemu na pięty, nie czekając, aż Niall wezwie go do środka. Niall gestem odprawił służącego.

Zanim drzwi zdążyły się zamknąć, Carridin opadł na jedno kolano, jego śnieżny płaszcz zaszeleścił. Na tle promiennego słońca naszytego na piersiach wyhaftowano szkarłatny pastorał oznaczający przynależność do Ręki Światłości, formacji przez wielu zwanej Śledczymi, chociaż mało kto ważył się powiedzieć im to w twarz.

- Ponieważ zażądałeś mojej obecności, mój Lordzie Komandorze - oznajmił silnym głosem - takoż powróciłem z Tarabonu.

Niall przez chwilę przyglądał mu się badawczo. Carridin był wysoki, dobrze już posunięty w średni wiek, ze śladem siwizny we włosach, wciąż jednak sprawny i silny. Jego ciemne, głęboko osadzone oczy, jak zwykle patrzyły przenikliwie, pełne jakby niedostępnej innym wiedzy. Nie mrugnął nawet pod mierzącym go w całkowitej ciszy, badawczym spojrzeniem Lorda Kapitana Komandora. Niewielu ludzi miało sumienia tak czyste albo nerwy tak mocne. Carridin klęczał, cierpliwie czekając, jakby otrzymanie lakonicznego rozkazu opuszczenia posterunku i niezwłocznego powrotu do Amadoru, bez podania jakichkolwiek powodów, było dlań rzeczą na porządku dziennym. Ale przecież niebezpodstawnie powiadano, że Jaichim Carridin zdolny był przeczekać kamień.

- Wstań, Synu Carridin. - Kiedy mężczyzna wyprostował się, Niall dodał: - Otrzymałem niepokojące wieści z Falme.

Carridin odpowiadając, wygładzał fałdy swego płaszcza. Ton jego głosu zachowywał jedynie cień należnego szacunku, jakby mówił do równego sobie, nie zaś do człowieka, któremu przysięgał służyć aż do śmierci.

- Mój Lord Kapitan Komandor nawiązuje do wieści przywiezionych przez Syna Jareta Byara, ostatnimi czasy zastępcy Lorda Kapitana Bornhalda.

Kącik lewego oka Nialla zadrgał, od dawna znana oznaka gniewu. Zasadniczo trzech tylko ludzi mogło zdawać sobie sprawę, że Byar jest w Amadorze, nikt zaś poza Niallem nie miał prawa wiedzieć, skąd on przybył.

- Nie bądź taki bystry, Carridin. Twoje pragnienie, aby wiedzieć wszystko, może cię pewnego dnia zaprowadzić w ręce własnych Śledczych.

Na twarzy Carridina nie można było dostrzec żadnej reakcji, poza lekkim zaciśnięciem ust, kiedy usłyszał pogardliwą nazwę.

- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, Ręka Światłości szuka wszędzie prawdy, tym samym służąc Światłości.

Służąc Światłości. Nie służąc Synom Światłości. Wszyscy Synowie służyli Światłości, ale Niall wielokrotnie się zastanawiał, czy Śledczy rzeczywiście uważają, że należą do Synów.

- A jaką prawdę chcesz powiedzieć mi o tym, co zdarzyło się w Falme?

- Sprzymierzeńcy Ciemności, mój Lordzie Kapitanie Komandorze.

- Sprzymierzeńcy Ciemności? - Niall zaśmiał się, ale w głosie jego nie było śladu wesołości. - Minęło kilka tygodni, od czasu jak otrzymałem od ciebie raporty stwierdzające, że Geofram Bornhald to sługa Czarnego, ponieważ poprowadził swe oddziały na Głowę Tomana, wbrew twoim wyraźnym rozkazom. - Jego głos stał się zwodniczo łagodny. - Czy teraz masz zamiar przekonać mnie, że Bornhald jako Sprzymierzeniec Ciemności poprowadził tysiąc Synów na śmierć w walce z innymi Sprzymierzeńcami Ciemności?

- To, czy był, czy nie był Sprzymierzeńcem Ciemności, pozostanie na zawsze tajemnicą - odrzekł szyderczo Carridin - albowiem zginął, zanim mogliśmy poddać go przesłuchaniu. Mroczne są knowania Cienia i często zdają się szaleństwem dla tych, którzy żyją w Światłości. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że ci, którzy zajęli Falme, musieli być Sprzymierzeńcami Ciemności. Sprzymierzeńcy Ciemności i Aes Sedai popierające fałszywego Smoka. To Jedyna Moc zniszczyła Bornhalda i jego ludzi, tego jestem najzupełniej pewien, mój Lordzie Kapitanie Komandorze, podobnie jak zniszczyła armie, które Tarabon i Arad Doman wysłały przeciwko Sprzymierzeńcom Ciemności w Falme.

- A co sądzisz na temat opowieści, jakoby ci, którzy dokonali inwazji na Falme, przypłynęli zza Oceanu Aryth?

Carridin potrząsnął przecząco głową.

- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, ludzie nigdy nie przestają zmyślać różnych plotek. Niektórzy utrzymują, iż to armie, które tysiąc lat temu Artur Jastrzębie Skrzydło wysłał na drugą stronę Oceanu Aryth, powróciły, roszcząc sobie prawo do tych ziem. Cóż, byli tacy, którzy ponoć widzieli w Falme samego Artura Jastrzębie Skrzydło. A prócz tego połowę bohaterów opowieści bardów. Zachód wrze, od Tarbonu po Saldaeę, każdego dnia powstają setki nowych plotek, każda bardziej przesadna od poprzedniej. Ci tak zwani Seanchanie to po prostu kolejna hałastra Sprzymierzeńców Ciemności, która zebrała się, aby udzielić poparcia fałszywemu Smokowi, z tym, że teraz doczekali się udzielonej najzupełniej jawnie pomocy Aes Sedai.

- Jakie masz na to dowody? - Niall powiedział to takim tonem, jakby wątpił w całość wywodu. - Czy pojmałeś jakichś jeńców?

- Nie, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Jak bez wątpienia opowiedział ci Syn Byar, Bornhaldowi udało się zadać im takie straty, że musieli się rozproszyć. A z pewnością żaden z tych, których poddajemy badaniom, nie przyzna się do popierania fałszywego Smoka. Jeśli zaś idzie o dowody... dowód składa się z dwóch części. Czy mój Lord Kapitan Komandor pozwoli mi go przedstawić?

Niall wykonał niecierpliwy gest.

- Pierwszą część stanowi dowód negatywny. Niewiele statków próbowało przepłynąć Ocean Aryth, a większość z nich nigdy nie powróciła. Te, którym się udało, zawróciły, zanim skończyły im się zapasy pożywienia i wody. Nawet Lud Morza nie żegluje do drugiego brzegu Aryth, a oni wszak podróżują wszędzie tam, gdzie można zarobić na handlu, nawet do krain położonych za Pustkowiem Aiel. Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, jeżeli za Oceanem Aryth znajdują się w ogóle jakiekolwiek ziemie, to są zbyt daleko, by dało się do nich dotrzeć, ocean jest nazbyt rozległy. Przerzucenie przez niego armii byłoby równie niemożliwe jak latanie w powietrzu.

- Być może - powiedział wolno Niall. - Oczywiście twoje uwagi są znaczące. Jaka jest pozostała część dowodu?

- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, wielu z tych, których przesłuchaliśmy, mówiło o potworach walczących w służbie Sprzymierzeńców Ciemności i nie odstępowało od swoich zeznań nawet po zastosowaniu ostatniego stopnia przesłuchania. Cóż innego mogłoby to być jak nie trolloki oraz inny Pomiot Cienia, sprowadzony niewiadomym sposobem z Ugoru? - Carridin rozłożył ręce, jakby rzeczywiście jego dowód był konkluzją. - Większość ludzi sądzi, że trolloki stanowią tylko przedmiot kłamstw i opowieści podróżników, a przeważająca część pozostałych uważa, iż wybito je wszystkie podczas Wojen z Trollokami. Jakim więc innym mianem obdarzyliby trolloka jak nie "potwór"?

- Tak. Tak, być może masz rację, Synu Carridin. Być może, zaznaczam. - Nie miał zamiaru dać tamtemu powodu do satysfakcji, oznajmiając, że dał się przekonać.

"Niech na to jeszcze trochę zapracuje".

- A co z nim? - Wskazał na zwinięte rysunki. Carridin mu- siał mieć ich kopie w swych komnatach, jeśli go znał. - Do jakie- go stopnia jest niebezpieczny? Czy potrafi przenosić Jedyną Moc?

Śledczy zwyczajnie wzruszył ramionami.

- Może potrafi, a może nie. Aes Sedai bez najmniejszej wątpliwości potrafiłyby skłonić ludzi do wiary, iż kot potrafi ją przenosić, jeśli miałyby na to ochotę. A co zaś do stopnia, do jakiego jest niebezpieczny... Każdy fałszywy Smok jest groźny, dopóki nie zostanie pokonany, a taki, za którym stoi Tar Valon, jest dziesięciokroć groźniejszy. Teraz jest jednak znacznie mniej niebezpieczny, niźli będzie za pół roku, jeżeli się go nie powstrzyma. Jeńcy, których przesłuchiwałem, nigdy go nie widzieli i nie mają pojęcia, gdzie może teraz przebywać. Jego siły są rozproszone. Wątpię, czy ma więcej niż dwustu ludzi zgromadzonych w jednym miejscu. Tarabonianie oraz Domani, jedni albo drudzy, mogliby pojedynczo się z nimi uporać, gdyby nie byli tak zajęci, walcząc z sobą.

- Nawet fałszywy Smok - powiedział sucho Niall - to za mało, by zapomnieli o czterystu latach waśni o władzę na Równinie Almoth. Jakby którzykolwiek mieli dosyć sił, aby ową władzę utrzymać.

Wyraz twarzy Carridina nie zmienił się, a Niall po raz kolejny zdumiał się tym spokojem.

"Już niedługo przestaniesz być taki spokojny, Śledczy".

- To jest nieważne, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Zima zatrzymała ich wszystkich w obozach, wyjąwszy rzadkie potyczki i napaści. Kiedy pogoda ociepli się na tyle, aby oddziały mogły wyjść w pole... Na Głowie Tomana Bornhald tylko połowę swego legionu poprowadził na śmierć. Z drugą połową zdołam zagonić tego fałszywego Smoka na jego śmierć. Trup nikomu nie zagraża.

- A jeśli natkniesz się na to, z czym, jak się wydaje, zmierzył się Bornhald? Aes Sedai używające Mocy do zabijania?

- Czary nie chronią ich przed strzałami albo nożem w ciemnościach. Umierają równie łatwo jak inni ludzie. - Carridin uśmiechnął się. - Obiecuję ci, że sprawę można będzie uznać za zakończoną jeszcze przed nadejściem lata.

Niall pokiwał głową. Ten człowiek był teraz bardzo pewny siebie. Bez wątpienia w jego opinii niebezpieczne pytania, gdyby miały paść w ogóle, już padły.

"Powinieneś pamiętać, Carridin, że zawsze uważano mnie za dobrego taktyka".

- Dlaczego - zapytał cichym głosem - nie poprowadziłeś swych własnych sił na Falme? Sprzymierzeńcy Ciemności na Głowie Tomana, wroga armia okupująca Falme, a ty próbowałeś zatrzymać Bornhalda. Dlaczego?

Carridin zamrugał, ale jego głos pozostał niewzruszony.

- Pierwotnie były to tylko plotki, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Plotki tak szalone, że nikt w nie nie wierzył. Kiedy wreszcie poznałem prawdę, Bornhald już rzucił się w wir bitwy. Zginął, a Sprzymierzeńcy Ciemności zostali rozgromieni. Poza tym moim zadaniem było nieść Światłość na Równinie Almoth. Nie miałem prawa zlekceważyć rozkazów, kierując się tylko plotką.

- Twoim zadaniem? - powtórzył Niall, jego głos wzniósł się, gdy powstał. Inkwizytor, mimo iż przewyższał go o głowę, cofnął się o krok. - Twoje zadanie? Twoim zadaniem było opanowanie Równiny Almoth! Pusty kosz, do którego nikt nie rości praw, wyjąwszy puste słowa i roszczenia, a wszystko, co do ciebie należało, to napełnić go. Lud Almoth mógłby odżyć na nowo pod rządami Synów Światłości, którzy nie musieliby składać werbalnych choćby przysiąg żadnym głupim królom. Amadicia i Almoth stałyby się imadłem zaciskającym wokół Tarabonu. W ciągu pięciu lat trzęślibyśmy ich tronem równie łatwo, jak dzieje się to tutaj, w Amadicii. A dzięki tobie te plany zdać się mogą psu na budę!

Uśmiech na twarzy tamtego zniknął nareszcie.

- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze - zaprotestował Carridin. - Jak mogłem przewidzieć, co się zdarzy? Jeszcze jeden fałszywy Smok. Tarabon i Arad Doman przystąpiły na koniec do prawdziwej wojny, ale po ilu latach zwykłego powarkiwania na siebie. Aes Sedai wreszcie objawiły swoje prawdziwe oblicze po trzech tysiącach lat obłudy! Ale nawet biorąc pod uwagę to, co się zdarzyło, jeszcze nie wszystko stracone. Mogę odnaleźć i zniszczyć tego fałszywego Smoka, zanim jego wyznawcy się zjednoczą. A kiedy Tarabonianie i Domani osłabną we wzajemnych walkach, będzie można ich przepędzić z równiny bez...

- Nie! - warknął Niall. - Z twoimi planami już skończyliśmy, Carridin. Być może powinienem natychmiast przekazać cię twoim Śledczym. Wielki Inkwizytor nie protestowałby. Zagryza wargi do krwi, usiłując znaleźć kogoś, kogo można by obarczyć winą za to, co się zdarzyło. Nigdy nie wskazałby na kogoś z własnej formacji, ale wątpię, żeby bardzo się opierał, gdyby chodziło o ciebie. Kilka dni śledztwa i przyznasz się do wszystkiego. Nawet nazwiesz się Sprzymierzeńcem Ciemności. W ciągu tygodnia pójdziesz pod topór kata.

Krople potu perliły się na czole Carridina.

- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze... - przerwał, by przełknąć ślinę. - Mój Lord Kapitan Komandor zdawał się sugerować, że istnieje jeszcze jakiś inny sposób. Jeśli tylko zechce mi go zdradzić, to przysięgam, będę posłuszny.

"Teraz - pomyślał Niall. - Czas rzucić kości".

Dreszcze przebiegły mu po skórze, jakby był w ogniu bitwy i nagle zdał sobie sprawę, że na odległość stu kroków dookoła otaczają go wrogowie. Lordów Kapitanów Komandorów nie oddaje się w ręce kata, ale śmierć niejednego z nich była zaskakująca i niespodziewana, a po krótkiej żałobie szybko zastępował go ktoś o mniej niebezpiecznych poglądach.

- Synu Carridin - powiedział zdecydowanym tonem - musisz zadbać o to, aby ten fałszywy Smok nie poległ. A jeżeli jakiekolwiek Aes Sedai zechcą raczej walczyć z nim, niż go wspierać, wówczas użyjesz swoich noży w ciemnościach.

Inkwizytorowi opadła szczęka. Jednak opamiętał się szybko i popatrzył z zastanowieniem na Nialla.

- Zabijanie Aes Sedai to mój obowiązek, ale... Pozwolić fałszywemu Smokowi wałęsać się na wolności? To... to może być równoznaczne ze... zdradą. I bluźnierstwem.

Niall wziął głęboki oddech. Mógł już niemalże wyczuć niewidzialne ostrza czyhające w mroku. Ale teraz był przekonany o słuszności tego, co czyni.

- Nie jest żadną zdradą czynienie tego, co czynić trzeba. Nawet bluźnierstwo jest dopuszczalne z ważkich przyczyn. - Same te dwie myśli wystarczały już, aby go zabić. - Czy wiesz, jak zjednoczyć pod sobą ludzi, Synu Carridin? W najszybszy sposób? Nie? Należy wypuścić lwa, dzikiego lwa, na ulice. A kiedy ludzi zdejmie panika, taka panika, która zmieni ich wnętrzności w wodę, należy im oznajmić, że ty się zajmiesz całą sprawą. Zabijesz wówczas lwa i każesz wywiesić jego ścierwo tam, gdzie wszyscy będą mogli je oglądać. Nim zdążą się opamiętać, wydasz następny rozkaz, a oni go posłuchają. I jeżeli ciągle będziesz wydawał rozkazy, nie przestaną cię słuchać, ponieważ ty staniesz się ich zbawcą, a któż lepiej nadaje się na wodza?

Carridin niepewnie pokręcił głową.

- Czy zamierzasz... zająć wszystko, mój Lordzie Kapitanie Komandorze? Nie tylko Równinę Almoth, ale również Tarabon i Arad Doman?

- To, co zamierzam, pozostanie moją tajemnicą. Ty masz tylko słuchać, zgodnie z nakazem złożonej przez ciebie przysięgi. Spodziewam się usłyszeć o posłańcach, którzy jeszcze dzisiejszego wieczoru wyruszą w kierunku równiny. Pewien jestem, iż wiesz, jak formułować rozkazy, by nikt nie podejrzewał niczego, czego podejrzewać nie powinien. Jeżeli będziesz musiał kogoś nękać, niech to będą Tarabonianie albo Domani. Nie byłoby dobrze, gdyby zabili mojego lwa. W żadnym też razie, na Światłość, nie możemy zmuszać ich, by zawarli ze sobą pokój.

- Jak mój Lord Kapitan Komandor rozkaże. Słucham i jestem posłuszny - powiedział miękko Carridin. Zbyt miękko.

Niall uśmiechnął się zimno.

- Na wypadek, gdy twoja przysięga okazała się nie dość mocna, wiedz jedno. Jeżeli ten fałszywy Smok umrze, zanim ja skażę go na śmierć, albo porwą go te wiedźmy z Tar Valon, pewnego ranka odnajdą twoje ciało ze sztyletem w sercu. A jeśli mnie spotka... jakiś... wypadek... nawet wówczas gdy umrę ze starości, nie przeżyjesz mnie dłużej niż o miesiąc.

- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, przysięgałem być posłuszny...

- Tak więc bądź - uciął Niall. - Rozumiem, że zapamiętałeś wszystko, co ci powiedziałem. Teraz idź!

- Jak mój Lord Kapitan Komador rozkaże.

Tym razem głos Carridina nie był już tak pewny.

Drzwi zamknęły się za Inkwizytorem. Niall zatarł dłonie. Czuł chłód. Kości toczyły się i nie było sposobu przewidzieć, jaki wypadnie wynik, zanim się nie zatrzymają. Naprawdę zbliżała się Ostatnia Bitwa. Nieopiewana przez legendy Tarmon Gai'don, z udziałem Czarnego, który miał wyrwać się na wolność, i Smoka Odrodzonego, który stawi mu czoło. Nie, tego był absolutnie pewien. Aes Sedai z Wieku Legend mogli otworzyć szczelinę w więzieniu Czarnego, w Shayol Ghoul, ale Lews Therin Telamon i Stu Towarzyszy zapieczętowali ją na powrót. Przeciwuderzenie na zawsze zatruło męską połowę Prawdziwego Źródła i doprowadziło ich do szaleństwa, dając początek Pęknięciu, ale wszak jeden z dawnych Aes Sedai było w stanie zrobić więcej niż dzisiaj wszystkie wiedźmy z Tar Valon. Wykonane przez nich pieczęcie przetrwają.

Pedron Niall, człowiek posługujący się chłodną logiką, wyrozumował sobie, jak będzie wyglądać Tarmon Gai'don. Tak samo jak dwa tysiące lat wcześniej, podczas Wojen z Trollokami, bestialskie hordy trolloków potoczą się z Wielkiego Ugoru na południe, pod dowództwem Myrdraali - Półludzi - a być może nawet nowych, wywodzących się z ludzi Władców Strachu, wybranych spośród Sprzymierzeńców Ciemności. Ludzkość, rozbita na skłócone ze sobą narody, nie będzie w stanie ich zatrzymać. Ale on, Pedron Niall, zjednoczy ludzi pod sztandarami Synów Światłości. Powstaną nowe legendy, które opowiedzą, jak Pedron Niall stoczył Tarmon Gai'don i wygrał.

- Najpierw - wymruczał - wypuścić dzikiego lwa na ulice miasta.

- Dzikiego lwa?

Niall okręcił się na pięcie, kiedy zza jednego z wiszących sztandarów wyślizgnął się kościsty, niski mężczyzna, z wielkim haczykowatym nosem. Mignęła tylko płyta boazerii, która błyskawicznie powróciła do swego miejsca w ścianie, jeszcze zanim sztandar zdążył znieruchomieć.

- Pokazałem ci to przejście, Ordeith - warknął Niall - abyś mógł przychodzić do mnie, kiedy cię wezwę, nie powiadamiając o tym jednocześnie połowy fortecy, a nie po to, byś podsłuchiwał moje prywatne rozmowy.

Przechodząc przez salę, Ordeith wykonał lekki ukłon.

- Podsłuchiwał, Wielki Lordzie? W życiu bym czegoś takiego nie zrobił, ja po prostu właśnie przyszedłem i niechcący usłyszałem twoje ostatnie słowa. Nic więcej.

Na jego twarzy gościł półdrwiący uśmieszek, który, jak zaobserwował Niall, nigdy jej nie opuszczał, nawet wówczas, gdy w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby go zobaczyć.

Do Amadicii przybył miesiąc wcześniej wychudzony i osłabiony. Ubrany w łachmany i na poły zamarznięty, ale jakoś zdołał, przedzierając się przez wszystkie pierścienie straży, dotrzeć przed oblicze samego Pedrona Nialla. Wyglądało na to, że wie takie rzeczy o wydarzeniach na Głowie Tomana, których nie było w wyczerpujących, choć całkowicie niejasnych raportach Carridina ani w opowieści Byara, czy też w żadnym innym posłaniu bądź plotce, które dotarły do uszu Nialla. Jego imię było oczywiście fałszywe. W Dawnej Mowie Ordeith znaczyło "robaczywe drzewo". Kiedy jednak Niall wytknął mu to, powiedział tylko: "To, kim jesteśmy, pozostaje tajemnicą dla wszystkich ludzi, a życie jest gorzkie". Ale był niezwykle bystry. To właśnie on pomógł Niallowi dojrzeć schemat pośród zarysowujących się dopiero wydarzeń.

Ordeith podszedł do stołu i podniósł jeden z rysunków. Kiedy rozwinął go wystarczająco, aby zobaczyć twarz młodzieńca, jego uśmiech pogłębił się, przechodząc niemalże w jakiś straszny grymas.

Niall wciąż był zirytowany samowolnym najściem tamtego.

- Uważasz, że fałszywy Smok jest śmieszny, Ordeith? Czy też przeraził cię?

- Fałszywy Smok? - powiedział miękko tamten. - Tak. Tak, oczywiście, to musi być on. No bo któż inny?

I zaśmiał się piskliwym śmiechem, który podrażnił nerwy Nialla. Czasami Lord Kapitan Komandor odnosił wrażenie, że Ordeith musi być na poły szalony.

"Ale jest bystry, szaleniec czy nie".

- Co masz na myśli, Ordeith? Mówisz tak, jakbyś go znał.

Ordeith wzdrygnął się, jakby zapomniał o obecności Lorda Kapitana Komandora.

- Czy go znam? O, tak. Znam go. Nazywa się Rand al'Thor. Pochodzi z Dwu Rzek, słabo zaludnionej, odległej od Caemlyn, rolniczej prowincji Andoru i jest Sprzymierzeńcem Ciemności, tak dalece oddanym Cieniowi, że dusza twoja skurczyłaby się ze strachu, gdybyś poznał połowę prawdy o nim.

- Dwie Rzeki - zadumał się Niall. - Ktoś wspominał mi o innym Sprzymierzeńcu Ciemności pochodzącym stamtąd, kolejnym młodzieńcu. Dziwne jest pomyśleć o Sprzymierzeńcach Ciemności, rodzących się w takim miejscu jak to. Ale prawdą jest, że oni są wszędzie.

- Następny, Wielki Lordzie? - zapytał Ordeith. - Z Dwu Rzek? Czy nie będzie to Matrim Cauthon albo Perrin Aybara? Są w podobnym wieku jak ten pierwszy i nieomal równie zaawansowani w czynieniu zła.

- Imię, które mi podano, brzmiało Perrin - powiedział Niall, marszcząc brwi. - Trzech, powiedziałeś? Z Dwu Rzek nie pochodzi nic prócz wełny i tytoniu. Wątpię, czy istnieje inne miejsce, w którym ludzie żyliby równie oddzieleni od reszty świata.

- W mieście Sprzymierzeńcy Ciemności muszą ukrywać swą naturę w większym lub mniejszym stopniu. Muszą spotykać się z innymi ludźmi, z obcymi przyjeżdżającymi z innych miejsc, a potem opuszczającymi ich miasto i uwożącymi ze sobą wieści o tym, co widzieli. Ale w cichych, odciętych od świata wioskach, gdzie niewielu obcych przyjeżdża... Jakie można sobie wyobrazić lepsze miejsce dla Sprzymierzeńców Ciemności?

- A w jaki sposób poznałeś imiona tych trzech Sprzymierzeńców Ciemności, Ordeith? Trzej Sprzymierzeńcy Ciemności pochodzący z zapadłego krańca świata. Masz zbyt wiele tajemnic, Robaczywe Drzewo, i więcej niespodzianek w rękawie niż bard.

- W jaki sposób mógłby człowiek wyznać zupełnie wszystko, co wie, Wielki Lordzie? - powiedział miękko mały człowieczek. - Byłaby to tylko zwykła paplanina, zanim wydobyłoby się z niej coś użytecznego. Jedno ci powiem, Wielki Lordzie. Ten Rand al'Thor, ten Smok, wiele za sobą pozostawił w Dwu Rzekach.

- Fałszywy Smok! - powiedział ostro Niall, a człowieczek skłonił się.

- Oczywiście, Wielki Lordzie. Przejęzyczyłem się.

Nagle Niall zobaczył, jak dłonie Ordeitha nieświadomie gniotą i drą trzymany rysunek. Nawet wówczas, gdy twarz mężczyzny pozostawała nieruchoma, wciąż z tym samym sardonicznym uśmiechem, jego ręce konwulsyjnie szarpały pergamin.

- Przestań! - rozkazał Niall. Wyrwał rysunek z dłoni Ordeitha i wygładził go najlepiej, jak się dało. - Nie ma zbyt wielu podobizn tego człowieka, aby pozwolić na ich niszczenie.

Większość rysunku pokrywały nieczytelne smugi, przez pierś młodzieńca biegło rozdarcie, ale jakimś sposobem twarz pozostała nietknięta.

- Wybacz mi, Wielki Lordzie. - Ordeith ukłonił się głęboko, jego uśmiech jednak pozostał na twarzy, przylepiony do warg. - Nienawidzę Sprzymierzeńców Ciemności.

Niall wpatrywał się w narysowaną kredką twarz.

"Rand al'Thor z Dwu Rzek".

- Być może będę musiał poczynić jakieś kroki związane z Dwoma Rzekami. Kiedy stopnieją śniegi. Być może.

- Jak sobie Wielki Lord życzy - zgodził się uprzejmie Ordeith.

Carridin kroczył przez korytarze Fortecy. Grymas, jaki widniał na jego twarzy, skłaniał innych do unikania go, choć w istocie nigdy zbyt wielu nie poszukiwało towarzystwa Śledczych. Służba, spiesząc ze swymi obowiązkami, starała się nieomal wtapiać w kamienne ściany, a nawet mężczyźni ze złotymi węzłami rangi na białych płaszczach skręcali w boczne korytarze, kiedy widzieli jego twarz.

Z rozmachem otworzył drzwi wiodące do jego pokoi i zatrzasnął je głośno za sobą, nie odczuwając zwykłego zadowolenia z obecności rzeczy, które tak cenił: wspaniałych dywanów z Tarabonu i Łzy, tkanych w soczyste czerwienie, złota i błękity, ukośnie ciętych luster z Illian, złotolistnej inkrustacji na długim, zawile rzeźbionym stole stojącym pośrodku pokoju. Mistrz rzemiosła z Lugard pracował nad nią prawie rok. Teraz Carridin ledwie ją dostrzegał.

- Sharbon! - Przez chwilę jego osobisty służący nie pojawiał się. Miał wszak sprzątać pokoje. - A żebyś sczezł w Światłości, Sharbon! Gdzie jesteś?

Kątem oka pochwycił jakiś ruch i odwrócił się w tamtą stronę, gotów zalać Sharbona potokiem przekleństw. Zamierzone słowa zamarły mu jednak na ustach, kiedy Myrddraal zrobił kolejny krok w jego stronę, poruszając się z falistą gracją węża.

Z postaci przypominał człowieka, nie wyższego od większości, ale tutaj podobieństwo się kończyło. Czarny jak śmierć ubiór i płaszcz, które ledwie poruszały się, gdy szedł, powodowały, że jego kredowobiała skóra zdawała się jeszcze bledsza. Nie miał oczu. Bezokie spojrzenie przepełniało Carridina strachem, tak jak działo się to tysiące razy przedtem.

- Co... - Carridin przerwał, za wszelką cenę usiłując odzyskać choć resztki śliny w ustach i sprowadzić głos z powrotem do normalnego rejestru. - Co ty tutaj robisz? - Słowa wciąż brzmiały piskliwie.

Bezkrwiste wargi Półczłowieka wygiął nieznaczny uśmiech.

- Mogę iść wszędzie tam, gdzie jest cień. - Jego głos brzmiał niczym odgłos łuski węża przesuwającej się po zeschłych liściach. - Lubię pilnować tych, którzy mi służą.

- Ja słu...

To było bezużyteczne. Carridin z wysiłkiem oderwał wzrok od gładkiej plamy bladej, ciastowatej twarzy i odwrócił się do niej tyłem. Dreszcz przemknął mu w dół kręgosłupa, kiedy tak stał zwrócony plecami do Myrddraala. Wszystko odbijało się wyraźnie w lustrze zawieszonym na ścianie, na wprost niego. Wszystko prócz Półczłowieka, który stanowił w nim rozmazaną plamę. Niezbyt uspokajającą w wyrazie, lepsze to jednak niż napotkać jego spojrzenie. W głosie Carridina zabrzmiały mocniejsze tony.

- Ja służę...

Przerwał, uświadamiając sobie nagle, gdzie się znajduje. W samym sercu Fortecy Światłości. Najlżejszy pogłos szeptu słów, które o mały włos byłby wypowiedział, oddałby go natychmiast Ręce Światłości. Najpośledniejszy z Synów położyłby go trupem na miejscu, gdyby usłyszał. W komnacie był jednak sam, wyjąwszy Myrddraala i być może Sharbona.

"Gdzie ten przeklęty człowiek?".

Byłoby dobrze mieć przy sobie kogoś, kto dzieliłby z nim spojrzenie Półczłowieka, nawet jeśli potem trzeba by się było pozbyć takiego świadka. Zniżył głos, na wszelki wypadek.

- Służę Wielkiemu Władcy Ciemności, podobnie jak ty. Obaj mu służymy.

- Skoro tak to widzisz... - Myrddraal zaśmiał się, wydając dźwięk, który spowodował, że Carridin cały zadrżał. - Wszak jednak dowiem się, dlaczego jesteś tutaj zamiast na Równinie Almoth.

- Zostałem... zostałem wezwany tutaj rozkazem Lorda Kapitana Komandora.

Głos Myrddraala zaskrzypiał.

- Słowa twojego Lorda Kapitana Komandora to gnój! Rozkazano ci odnaleźć człowieka nazywanego Rand al'Thor i zabić go. To w pierwszym rzędzie. To przede wszystkim! Dlaczego nie posłuchałeś?

Carridin wziął głęboki oddech. To spojrzenie utkwione w jego plecach czuł jak ostrze noża zgrzytające w rozszarpywanym kręgosłupie.

- Sytuacja... zmieniła się. Niektórych spraw nie kontroluję już tak ściśle jak dawniej.

Ostry, drapiący dźwięk spowodował, że odwrócił głowę.

Myrddraal przesuwał ręką po blacie stołu, cienkie drzazgi drewna odskakiwały od jego pazurów.

- Nic się nie zmieniło, człowieku. Złamałeś swoje przysięgi złożone Światłości, złożyłeś nowe i tych będziesz przestrzegał.

Carridin wzdrygnął się, widząc wyżłobienia znaczące wypolerowane drewno, i z trudem przełknął ślinę.

- Nie rozumiem? Dlaczego nagle jego śmierć stała się taka ważna? Sądziłem, że Wielki Władca Ciemności zamierza go wykorzystać.

- Przesłuchujesz mnie? Powinienem wyrwać ci język. Nie do ciebie należy zadawanie pytań. Ani rozumienie. Do ciebie należy słuchanie rozkazów! Powinieneś zachowywać się tak, by psom móc dawać lekcje posłuszeństwa. Czy to rozumiesz? Do nogi, psie, i słuchaj swego pana.

Gniew przytłumił strach, a dłoń Carridina sięgnęła do boku, ale miecza tam nie było. Leżał w sąsiednim pokoju, gdzie zostawił go, idąc na spotkanie z Pedronem Niallem.

Myrddraal poruszał się szybciej niż atakująca żmija. Kiedy dłoń stwora zacisnęła się z siłą imadła na jego nadgarstku, ściskając w uchwycie miażdżącym kości, Carridin otworzył usta, by wrzasnąć. Ale krzyk nigdy nie wydobył się z gardła, Półczłowiek bowiem drugą dłonią nadusił jego policzek, powodując, że szczęki się zamknęły. Ściśnięte ramię bolało go potwornie, został podniesiony do góry tak, że stopy nie dotykały posadzki. Chrząkając i bulgocząc, zwisał w uścisku Myrddraala.

- Posłuchaj mnie, człowieku. Znajdziesz tego młodzika i zabijesz go tak szybko, jak to tylko możliwe. Nie sądź, że uda ci się mnie oszukać. Są jeszcze inni wśród twoich Synów, którzy powiedzą mi, jeżeli zrezygnujesz z wypełnienia zadania. Ale powiem ci coś, co cię ośmieli. Jeżeli po miesiącu, licząc od dzisiaj, ten Rand al'Thor będzie wciąż żywy, przyjdę i zabiorę kogoś z twego rodu. Syna, córkę, siostrę, wuja. Nie będziesz wiedział kogo, póki wybrana osoba nie umrze w cierpieniach. Gdy będzie żył przez kolejny miesiąc, zajmę się następnym. A potem następnym i następnym. A kiedy już nikogo z twego rodu nie będzie pośród żywych prócz ciebie i tamten wciąż jeszcze będzie żył, wówczas zabiorę cię do samego Shayol Ghoul. - Uśmiechnął się. - Czekać cię będą lata umierania, człowieku. Czy teraz mnie rozumiesz?

Carridin wydał z siebie głos, pół jęk, pół szept. Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu kark.

Myrddraal warknął i rzucił go przez pokój. Carridin uderzył o przeciwległą ścianę i oszołomiony osunął się po niej na dywan. Leżał, starając się złapać oddech.

- Czy rozumiesz mnie, człowieku?

- Słucham i jestem posłuszny. - Carridinowi udało się ułożyć na dywanie. Odpowiedzi nie było.

Odwrócił głowę, krzywiąc się, gdy ostry ból przeszył szyję. W pokoju nie było nikogo oprócz niego. Półludzie dosiadali cieni niczym wierzchowców, tak mówiły legendy, a kiedy obracali się bokiem, znikali. Żadna ściana nie była dla nich przeszkodą. Carridinowi zachciało się płakać. Podniósł się i usiadł, przeklinając szarpiący nadgarstek ból.

Drzwi otworzyły się i do środka wpadł Sharbon. Pulchny mężczyzna trzymał w ramionach koszyk. Zatrzymał się i spojrzał na Carridina.

- Panie, czy dobrze się czujesz? Wybacz, panie, że nie było mnie tutaj, ale poszedłem kupić dla ciebie owoce...

Zdrową ręką Carridin wybił kosz trzymany przez Sharbona, pomarszczone zimowe jabłka rozsypały się po dywanie, ponownym ruchem dłoni uderzył tamtego w twarz.

- Wybacz mi, panie - wyszeptał Sharbon.

- Przygotuj mi papier, pióro i inkaust - warknął Carridin. - Śpiesz się, głupcze! Muszę rozesłać rozkazy.

"Ale jakie? Jakie?".

Kiedy tamten popędził wykonać zadanie, Carridin spojrzał na rysy szpecące blat stołu i zadrżał.

Rozdział 1

Oczekiwanie

Koło Czasu obraca się, a Wieki nadchodzą i mijają, pozostawiając wspomnienia, które stają się legendą. Legenda zaciera się w mit, a nawet mit jest już dawno zapomniany, kiedy znowu nadchodzi Wiek, który go zrodził. W jednym z Wieków, zwanym przez niektórych Trzecim Wiekiem, Wiekiem, który dopiero nadejdzie, Wiekiem dawno już minionym, w Górach Mgły podniósł się wiatr. Wiatr ten nie był prawdziwym początkiem. Nie istnieją ani początki, ani zakończenia w obrotach Koła Czasu. Niemniej był to jakiś początek.

Wiatr wiał w głąb długich dolin, dolin błękitnych od porannej mgły wiszącej w powietrzu, poprzez porastające niektóre z nich wiecznie zielone rośliny, poprzez nagą ziemię w innych, gdzie trawy i dziko rosnące krzewy miały pojawić się już niebawem. Wył w na poły zagrzebanych ruinach i pośród potrzaskanych posągów, równie zapomnianych jak ci, którzy je wznieśli. Jęczał w przełęczach, wyrzeźbionych erozją szczelinach pomiędzy szczytami, pokrytymi czapami śniegu, który nigdy nie topniał. Grube chmury przylgnęły do górskich wierzchołków tak, że białe kłęby wydawały się jednym ze śniegiem.

Na nizinach zima mijała albo już minęła, choć tutaj, na obszarze wyżej położonym wciąż jeszcze nie odpuściła do końca, pokrywając zbocza gór wielkimi, białymi łatami śniegu. Tylko rośliny wiecznie zielone zachowały liście albo igły, gałęzie pozostałych drzew pozostawały nagie, odcinając się brązem lub szarością na tle skał i nie całkiem jeszcze ożywionej ziemi. Wokół nie było słychać żadnych dźwięków, prócz cichego szelestu wiatru pośród śniegu i kamienia. Ziemia zdawała się czekać. Czekać, aż coś, wybuchnie.

Siedzący na koniu w zagajniku skórzanych drzew i sosen, Perrin Aybara zadrżał i otulił się podbitym futrem płaszczem, tak ściśle, jak na to pozwalał trzymany w jednej dłoni długi łuk oraz wiszący u pasa wielki topór z ostrzem w kształcie półksiężyca. Był to dobry topór, wykonany z chłodnej stali. Perrin sam dął w miech owego dnia, gdy pan Luhan go wykuł. Wiatr szarpał jego płaszcz, zrywając kaptur z kędzierzawych loków i na wskroś przeszywając osłonę, jaką dawał kaftan. Poruszył palcami u nóg, by je trochę rozgrzać, i poprawił się w wysokim siodle, ale umysł zajmowało mu coś innego niźli chłód. Spoglądając na swych pięciu towarzyszy, zastanawiał się, czy oni również to czują. Nie wysłano ich tutaj po to, by czekali, lecz po coś więcej.

Stepper, jego rumak, przestąpił z nogi na nogę i potrząsnął łbem. Nazwał tak swego kasztana dla jego szybkiego kroku, obecnie jednak Stepper zdawał się wyczuwać rozdrażnienie i niecierpliwość swego jeźdźca.

"Jestem zmęczony tym czekaniem, siedzeniem na miejscu, podczas gdy Moiraine trzyma nas niby zaciśniętymi szczypcami. A żeby te wszystkie Aes Sedai sczezły! Kiedy to się wreszcie skończy?".

Nie zastanawiając się, wciągnął w nozdrza powietrze. Zapach koni przytłaczał wszystkie pozostałe, ale dawało się też wyczuć woń ludzi i ich potu. Nie tak dawno temu pomiędzy tymi drzewami przebiegł królik, strach poganiał go, ale dążący jego śladem lis nie dopadł go tam. Perrin zdał sobie sprawę, co robi, i natychmiast przestał.

"Aż dziw bierze, że jeszcze nie dostałem kataru od tego wiatru. - Niemal żałował, że tak się nie stało. - Ale i z nim nie pozwoliłbym Moiraine nic zrobić".

Coś dotknęło dna jego umysłu. Nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Nie miał zamiaru również zdradzać swych myśli przed towarzyszami.

Pozostałych pięciu mężczyzn siedziało w siodłach; krótkie łuki używane do strzelania z końskiego grzbietu trzymali w pogotowiu, stale przeszukując wzrokiem niebo oraz skąpo zalesione stoki w dole. Zdawali się zupełnie nie przejmować wiatrem, który tak szarpał połami ich płaszczy, że upodabniały się do płatów sztandarów. W płaszczach tych każdy z nich miał na ramieniu wycięcie, z którego wystawała rękojeść miecza. Widok ich głów, ogolonych do gołej skóry z wyjątkiem pojedynczych kępek włosów pozostawionych na czubku, spowodował, iż zrobiło mu się jeszcze zimniej. Dla nich ta pogoda zapowiadała już wiosnę. Wszelka delikatność została wybita z nich młotem, w kuźni tak twardej, jakiej on prawie nie umiał sobie wyobrazić. Byli Shienaranami, z Ziem Granicznych, rozciągających się wzdłuż Wielkiego Ugoru, gdzie napaści trolloków zdarzały się nieomal co noc i nawet kupcy czy rolnicy często byli zmuszeni do chwytania za miecz lub łuk. A ci ludzie nie byli żadnymi rolnikami, lecz żołnierzami, i to niemalże od kołyski.

Czasami zastanawiał się, dlaczego mu ustępowali i słuchali jego rozkazów. Wyglądało to tak, jakby uważali, że posiada do tego jakieś szczególne prawo, jakąś wiedzę im niedostępną.

"Albo być może chodzi po prostu o moich przyjaciół" - pomyślał kwaśno.

Nie byli tak wysocy jak on ani równie potężnie zbudowani - lata terminowania w kuźni zaowocowały ramionami grubości takiej jak u dwóch normalnych mężczyzn - ale zaczął się golić codziennie, by uchronić się choćby w ten sposób przed żartami ze swojego wieku. Przyjaznymi żartami, ale mimo wszystko. Nie chciał, by zaczęli znowu tylko dlatego, że powiedział im o swoich odczuciach.

Wzdrygnąwszy się, Perrin przypomniał sobie, iż miał również stać na straży. Sprawdziwszy strzałę przyłożoną do cięciwy długiego łuku, przeniósł wzrok na dolinę rozciągającą się pod nim ku zachodowi. Dno doliny pokrywały szerokie, poskręcane wstęgi śniegu, pozostałości po zimie. Większość drzew rosnących w dole wciąż jeszcze drapała niebo obnażonymi, zimowymi gałęziami, ale na zboczach doliny rosło wystarczająco dużo roślin wiecznie zielonych - sosny, drzewa skórzane, jodły i górski ostrokrzew, a nawet górujące nad nimi świerki - aby z łatwością zapewnić schronienie każdemu, kto wiedziałby, jak je wykorzystać. Nikt jednak nie przybyłby tutaj bez ściśle określonego celu. Kopalnie znajdowały się daleko na południu, lub jeszcze dalej na północy, ponadto większość ludzi uważała, że w Górach Mgły można łatwo napotkać nieszczęście, toteż niewielu zapuszczało się w nie bez wyraźnej potrzeby. Oczy Perrina błyszczały jak wypolerowane złoto.

Lekkie dotknięcia zamieniły się w swędzenie.

"Nie!".

Mógł odsunąć od siebie wrażenie swędzenia, ale oczekiwanie, które mu towarzyszyło, nie dawało się wyrugować. Jakby huśtał się na krawędzi. Jakby wszystko się huśtało. Zastanawiał się, czy coś nieprzyjemnego zaległo w otaczających ich górach. Był sposób, dzięki któremu można byłoby zapewne się o tym dowiedzieć. W miejscach takich jak to, rzadko nawiedzanych przez ludzi, prawie zawsze żyły wilki. Zdławił tę myśl, zanim miała czas dobrze się uformować.

"Lepiej nie wiedzieć. Wszystko lepsze niż to".

Nie było ich zbyt wiele, ale zawsze wysyłały zwiadowców. Gdyby w okolicy coś się działo, z pewnością by wiedziały.

"To jest moja kuźnia, sam o nią dbam, a one niech zajmują się własnymi sprawami".

Widział dużo lepiej niż pozostali, dlatego też pierwszy dostrzegł kropkę jeźdźca nadjeżdżającego od strony Tarabon. Nawet dla niego jeździec był tylko plamką jasnych kolorów, kołyszącą się na grzbiecie konia wybierającego drogę pomiędzy zaroślami, w oddali, na przemian znikającą i pojawiającą się. Koń jest srokaty, pomyślał.

"Rychło w czas!".

Otworzył usta, by oznajmić jej przybycie - to musiała być kobieta, tak było wcześniej za każdym razem - kiedy Masema nagle wymruczał:

- Kruk! - I brzmiało to jak przekleństwo.

Perrin zadarł głowę. Wielki, czarny ptak unosił się ponad drzewami w odległości nie większej niż sto kroków. Jego żer mogła stanowić padlina zdechłego w śniegu zwierzęcia albo jakiś mały gryzoń, ale Perrin nie ufał przypadkom. Nie wyglądało na to, by kruk ich zauważył, ale zbliżający się jeździec wkrótce znajdzie się w zasięgu jego wzroku. Kiedy więc tylko zobaczył kruka, uniósł łuk do góry, naciągnął - cięciwa do policzka, do ucha - i wypuścił strzałę, wszystko jednym płynnym ruchem. Jakby z oddalenia zarejestrował jęk cięciw za plecami, cała jego uwaga skupiła się jednak na czarnym ptaku.

Znienacka zawirował w ulewie czarnych jak noc lotek i spadł na ziemię w tej samej chwili, gdy pozostałe dwie strzały przebiły powietrze w miejscu, gdzie się jeszcze przed chwilą znajdował. Pozostali Shienaranie, z na wpół naciągniętymi łukami, przepatrywali niebo w poszukiwaniu jego towarzyszy.

- Czy miał złożyć raport - zapytał Perrin cicho - czy... po prostu... widział to, co widział?

Nie miał zamiaru zwracać się do nikogo z tym pytaniem, ale najmłodszy z Shienaran, starszy od niego mniej niż dziesięć lat, odpowiedział, nakładając jednocześnie kolejną strzałę na cięciwę.

- Miał złożyć raport. Zapewne Półczłowiekowi, tak jest zazwyczaj. - Na Ziemiach Granicznych występowała obfitość kruków, nikt stamtąd nie ośmielał się zakładać, że kruk to zwykły ptak. - Gdyby Zmora Serc widział wszystko, co widzą kruki, nie dotarlibyśmy żywi do gór.

Głos Ragana był spokojny, takie rzeczy stanowiły chleb powszedni dla shienarańskich żołnierzy.

Perrin zadrżał, ale nie z zimna, a gdzieś w głębi jego umysłu coś warknięciem rzuciło wyzwanie śmierci. Zmora Serc. Różne imiona w różnych krainach - Zmora Dusz i Jad Serca, Władca Grobu i Władca Półmroku - a wszędzie Ojciec Kłamstw i Czarny, wszystko po to, by uniknąć nazywania go właściwym imieniem i ściągnięcia na siebie jego uwagi. Czarny często wykorzystywał kruki i wrony, a w miastach szczury. Perrin wyciągnął kolejną strzałę o szerokim grocie z kołczanu zawieszonego u jednego boku; przy drugim nosił topór.

- Gruby jak maczuga - powiedział z podziwem Ragan, spoglądając na łuk Perrina - ale potrafi strzelać. Wolałbym nie widzieć, co może zrobić z człowiekiem w zbroi.

Shienaranie mieli na sobie teraz tylko lekkie kolczugi, ukryte pod prostymi płaszczami, zazwyczaj jednak walczyli w zbrojach, zarówno ludzie, jak i konie.

- Zbyt długi do strzelania z końskiego grzbietu - rzucił wzgardliwie Masema. Trójkątna blizna na jego ciemnym policzku jeszcze bardziej podkreślała szyderczy grymas. - Dobry napierśnik zatrzyma najmocniejszą strzałę, chyba że strzela się z bliskiej odległości, a wtedy, jeśli nie trafisz za pierwszym razem, człowiek, do którego celowałeś, zdąży wypruć ci flaki.

- O to właśnie chodzi, Masema. - Ragan rozluźnił się odrobinę, gdy okazało się, że niebo jest puste. Kruk musiał być samotnikiem. - Mógłbym się założyć, że z tym łukiem z Dwu Rzek nie podszedłbyś zbyt blisko.

Masema otworzył usta.

- Wy dwaj, przestańcie wreszcie kłapać ozorami! - warknął Uno. Długa blizna po lewej stronie twarzy i wyłupione oko powodowały, że jego rysy były ostre, nawet jak na Shienaranina. Podczas jesiennej wyprawy w góry zdobył gdzieś przepaskę na pusty oczodół, jednak wymalowane na niej płonące krwawą czerwienią oko bynajmniej nie zmiękczyło wyrazu jego oblicza. - Jeżeli nie potraficie skupić swych przeklętych myśli na przeklętym zadaniu, które wam wyznaczono, to dopatrzę, żeby jakaś dodatkowa, cholerna nocna warta usadziła was, przeklętników.

Ragan i Masema skurczyli się pod jego spojrzeniem. Warknął na nich po raz ostatni, ale kiedy zwrócił się do Perrina, jego twarz była już w miarę łagodna.

- Widzisz coś jeszcze?

Ton, którym to powiedział, był odrobinę bardziej gburowaty, niż gdyby zwracał się do dowódcy ustanowionego nad nim przez króla Shienaru albo Lorda Fal Dara, niemniej słyszało się w nim gotowość wykonania wszystkiego, co Perrin zaproponuje.

Shienaranie wiedzieli, jak daleko sięga jego wzrok, ale zdawali się brać to za coś naturalnego, podobnie zresztą jak i kolor jego oczu. Nie wiedzieli wszystkiego, nawet się nie domyślali, ale akceptowali go takim, jakim był. Albo jakim sądzili, że jest. Zdawali się akceptować wszystkich i wszystko. Świat się nieprzerwanie zmienia, powiadali. Wszystko obraca się na kołach losu i zmiany. Jeżeli pewien człowiek ma oczy o takiej barwie, jakich nie miał przed nim nikt inny, to co to zmienia?

- Nadjeżdża - oznajmił Perrin. - Powinniście już ją widzieć. Tam.

Wskazał dłonią kierunek, a Uno pochylił się do przodu, zamrugał jedynym sprawnym okiem, potem z powątpiewaniem pokiwał głową.

- Jakieś cholerstwo porusza się tam w dole.

Niektórzy z pozostałych pokiwali głowami i zamruczeli potwierdzająco. Uno spojrzał w ich stronę, a wtedy powrócili do obserwacji nieba i gór.

Nagle Perrin zrozumiał, co oznaczają jaskrawe barwy odległego jeźdźca. Spod jadowicie czerwonego płaszcza wyglądała żywa zieleń sukni.

- To kobieta z Ludu Wędrowców - powiedział zaskoczony.

Żaden inny ze wszystkich ludów, o których słyszał, nie ubierał się w równie jaskrawe kolory, i to zestawione w nadzwyczaj dziwaczne kombinacje. Nikt się nie ubierał w ten sposób, przynajmniej dopóki nie musiał.

Kobiety, którym czasami wyjeżdżali na spotkanie, by potem poprowadzić je głębiej w góry, były tak różne od siebie jak to tylko możliwe: żebraczka w łachmanach przebijająca się pieszo przez śnieżną burzę, kobieta kupiec sama prowadząca sznur obładowanych jucznych koni, dama w jedwabiach i pięknych futrach, której rumak miał wodze zdobione czerwonymi chwastami, siodło zaś nabijane złotem. Żebraczka odeszła z sakiewką pełną srebra - było to dużo więcej, niźli Perrin sądził, że posiadają, zmienił jednak zdanie, gdy dama otrzymała grubszą jeszcze sakiewkę, i to na dodatek wypełnioną złotem. Kobiety wszelkich stanów, zawsze samotne, z Tarabonu, Ghealdan, nawet z Amadicii. Ale nigdy nie spodziewałby się zobaczyć kobiety Tuatha'anów.

- Przeklęty Druciarz? - zawołał Uno.

Odpowiedziały mu zaskoczone głosy.

Ragan potrząsnął głową.

- Druciarzy nie powinno się w to mieszać. Albo ona nie jest Druciarzem, albo nie jest tą, na którą czekamy.

- Druciarze - mruknął Masema. - Nic nie warci tchórze.

Oko Uno zwęziło się, wyglądało teraz jak otwór w kowadle, a w połączeniu z drugim okiem namalowanym na przepasce nadawało mu naprawdę złowieszczy wygląd.

- Tchórze, Masema? - odezwał się cicho. - Gdybyś był kobietą, to czy miałbyś wystarczająco dużo przeklętych nerwów, aby przyjechać tutaj, całkowicie sam, i na dodatek nieuzbrojony?

Jeżeli rzeczywiście należała do Tuatha'anów, to na pewno nie miała broni. Masema nic nie powiedział, ale blizna na jego twarzy zdradzała wyraźne napięcie i bladość.

- Niech sczeznę, ja bym nie potrafił - przyznał się Ragan. - I niech sczeznę, gdybyś ty postąpił inaczej, Masema.

Masema zaciągnął ściślej płaszcz i ostentacyjnie wpatrzył się w niebo.

Uno parsknął.

- Światłości, spraw, żeby ten cholerny pożeracz padliny wałęsał się tutaj samotnie - wymruczał.

Kudłata, brązowo-biała klacz powoli, zakosami podchodziła coraz bliżej, wybierając drogę po czystym gruncie, pomiędzy szerokimi zaspami śnieżnymi. Jaskrawo ubrana kobieta zatrzymała się raz, aby spojrzeć na coś leżącego na ziemi, potem naciągnęła kaptur płaszcza na głowę i piętami popędziła konia.

"Kruk - pomyślał Perrin. - Przestań patrzeć na tego ptaka i pośpiesz się, kobieto. Może ty przywozisz wiadomość, która wreszcie nas stąd uwolni. Oczywiście, jeżeli Moiraine pozwoli opuścić to miejsce przed nadejściem wiosny. A żeby sczezła!".

Przez moment sam nie był pewien, czy miał na myśli Aes Sedai, czy kobietę Druciarzy, która zdawała się zupełnie lekceważyć czas.

Jeżeli będzie zachowywała dotychczasowy kierunek jazdy, to przejedzie dobre trzydzieści kroków do skraju zagajnika. Utkwiwszy oczy w drogę, po której stąpał jej wierzchowiec, nie dawała najmniejszego znaku, iż spostrzegła ich pomiędzy drzewami.

Perrin trącił obcasami boki swego ogiera i kasztan skoczył naprzód, wyrzucając spod kopyt rozbryzgi śniegu. Za nim Uno cicho wydał rozkaz:

- Naprzód!

Stepper był już w połowie drogi oddzielającej ją od zagajnika, zanim po raz pierwszy zdała się zauważyć ich obecność. Wzdrygnęła się i szarpnęła wodze konia. Patrzyła, jak formują łuk skierowany końcami ku niej. Hafty z rażących oko błękitów, układające się we wzór zwany tairenieńskim labiryntem, czyniły jej strój jeszcze bardziej krzykliwym. Nie była już młoda - we włosach wysypujących się spod kaptura widziało się grube pasma siwizny - ale twarz znaczyło kilka jedynie zmarszczek, nie licząc tych, które wynikały z dezaprobaty, jaką okazała na widok ich broni. Jeżeli przeraziło ją spotkanie z uzbrojonymi mężczyznami w samym sercu górskiej dziczy, to nie dała niczego po sobie poznać. Jej dłonie spoczywały spokojnie na łęku zużytego, lecz dobrze utrzymanego siodła. I nie czuł od niej woni strachu.

"Dosyć tego!" - powiedział do siebie Perrin.

Nie chcąc jej przestraszyć, nadał swemu głosowi jak najłagodniejsze brzmienie.

- Na imię mam Perrin, dobra pani. Jeżeli potrzebujesz pomocy, zrobię dla ciebie, co tylko mogę. Jeśli nie, idź ze Światłością. Niemniej, o ile Tuatha'anowie nie zmienili swych szlaków, to daleko odjechałaś od swoich wozów.

Wpatrywała się w niego przez chwilę, po czym przemówiła. W jej ciemnych oczach była łagodność, niezbyt zresztą zaskakująca u Ludu Wędrowców.

- Szukam... pewnej kobiety.

Zająknienie było drobne, ale było. Nie szukała jakiejś tam kobiety, tylko Aes Sedai.

- Czy ona ma jakieś imię, dobra pani? - dopytywał się Perrin.

Robił to już tyle razy w ciągu ostatnich kilku miesięcy, że nie potrzebował właściwie odpowiedzi, jednakże nie raz żelazo zmarnowane zostało z braku należytej dbałości.

- Na imię ma... czasami każe na siebie mówić Moiraine. Ja mam na imię Leya.

Perrin pokiwał głową.

- Zabierzemy cię do niej, pani Leyo. Czekają na nas rozpalone ogniska, a przy odrobinie szczęścia może również gorąca strawa. - Jednak nie wziął od razu wodzy w dłonie. - Jak nas odnalazłaś?

Zadawał to pytanie za każdym razem, kiedy Moiraine wysyłała go, by czekał w oznaczonym przez nią miejscu na kobietę, która miała się tam pojawić. Odpowiedź również i w tym przypadku musiała brzmieć tak jak zawsze, on jednak musiał zapytać.

Leya drgnęła i odpowiedziała z wahaniem:

- Wiedziałam... że jeśli pojadę tą drogą, ktoś wyjedzie mi na spotkanie i zabierze mnie do niej. Po prostu... wiedziałam. Mam dla niej wiadomości.

Perrin nie zapytał o ich treść. Kobiety przekazywały przywiezione informacje tylko samej Moiraine.

"A Aes Sedai mówi nam tylko to, co uzna za słuszne" - pomyślał.

Aes Sedai nigdy nie kłamały, ale powiadano, że prawda, którą mówi Aes Sedai, nie zawsze jest taka, jak się ją widzi.

"Teraz już za późno na skargi. Nieprawdaż?".

- Tędy, pani Leyo - powiedział, wykonując gest w kierunku gór.

Shienaranie z Uno na czele ruszyli za Perrinem oraz Leyą i zaczęli się wspinać. Żołnierze z Ziem Granicznych wciąż obserwowali niebo i otaczający ich teren, a dwóch ostatnich dawało szczególne baczenie na drogę, którą właśnie przejechali.

Przez jakiś czas jechali w całkowitym milczeniu, wyjąwszy odgłos końskich kopyt, czasami z trzaskiem przebijających powłokę starego śniegu, innym razem stukoczących na kamieniach, gdy jechali po nagim gruncie. Leya przez cały czas rzucała spojrzenia na Perrina, na jego łuk, topór, twarz, ale nie odzywała się ani słowem. Perrin zaś wiercił się w siodle i starał się nie spoglądać w jej stronę, nieswój, że stał się przedmiotem takich oględzin. Zawsze zresztą starał się dawać nieznajomym jak najmniej szans na dostrzeżenie jego oczu.

Na koniec powiedział:

- Byłem zaskoczony na widok kobiety z Ludu Wędrowców, zakładając oczywiście, że pochodzisz z niego.

- Można przeciwstawiać się złu poprzez unikanie przemocy - stwierdziła z prostotą, tonem głosu wskazując, iż dla niej to oczywista prawda.

Perrin chrząknął, skrzywił się kwaśno, potem natychmiast wymamrotał przeprosiny.

- Niech będzie, jak powiadasz, pani Leyo.

- Przemoc kaleczy jej sprawcę równie mocno jak ofiarę - ciągnęła spokojnie Leya. - Dlatego właśnie uciekamy przed tymi, którzy robią nam krzywdę, aby ocalić ich od zrobienia krzywdy sobie, w takim samym stopniu jak dla własnego bezpieczeństwa. Gdybyśmy przemocą przeciwstawiali się złu, wkrótce nie różnilibyśmy się niczym od tych, z którymi walczymy. To siłą naszej wiary godzimy w Cień.

Perrin parsknął mimo woli.

- Pani, mam nadzieję, że nigdy nie będziesz musiała stawiać czoła trollokom wyłącznie za pomocą siły swojej wiary. Siła ich mieczy posieka cię na kawałki.

- Lepiej umrzeć niż... - zaczęła, ale jego gniew kazał mu jej przerwać. Gniew, że po prostu nie może pojąć. Gniew, że naprawdę wolałaby raczej umrzeć, niż zrobić komuś krzywdę, nieważne jak złemu.

- Jeśli uciekniesz, będą cię ścigać, zabiją i zjedzą twoje ciało. Albo nawet nie będą czekać do czasu, aż umrzesz. W obu przypadkach nie żyjesz, a zło zwycięża. A są też ludzie równie okrutni. Sprzymierzeńcy Ciemności i inni. Jest ich więcej, niż rok temu wydawało mi się to możliwe. Niech Białe Płaszcze zdecydują na przykład, że wy Druciarze nie żyjecie w Światłości, i wtedy zobaczymy, ilu z was zachowa przy życiu siła waszej wiary.

Obdarzyła go badawczym spojrzeniem.

- A jednak nie jesteś zadowolony ze swojej broni.

Skąd mogła to wiedzieć? Rozdrażniony potrząsnął swoją kudłatą głową.

- To Stwórca powołał do istnienia świat - wymruczał - nie ja. Muszę żyć najlepiej, jak potrafię, w świecie takim, jaki jest.

- Taki smutek u kogoś tak młodego - odrzekła miękko. - Skąd taki smutek?

- Powinienem obserwować, nie rozmawiać - odpowiedział grzecznie. - Nie podziękujesz mi, jeśli się zgubimy.

Pognał Steppera naprzód, wystarczająco daleko od niej, aby uniemożliwić wszelką dalszą konwersację, ale czuł wciąż jej spojrzenie wbite w swoje plecy.

"Smutny? Nie jestem smutny, tylko... Światłości, sam nie wiem. Pewne rzeczy powinny się po prostu lepiej trochę układać, to wszystko".

Gdzieś w głębi umysłu znowu pojawiło się swędzące łaskotanie, ale skoncentrowany na ignorowaniu spojrzenia Leyi, je również zlekceważył.

Jechali w górę i w dół po górskich stokach, przez zalesione doliny, środkiem których płynęły szerokie strumienie lodowato zimnej wody, sięgającej im do kolan, mimo iż nie opuszczali końskich grzbietów. W dali widać było zbocze góry, w którym wyrzeźbiono dwie majestatyczne sylwetki. Kobiety i mężczyzny, tak przynajmniej sądził Perrin, chociaż deszcz i wiatr dawno już uniemożliwiły pewne rozpoznanie. Nawet Moiraine przyznała się, iż nie ma pojęcia, któż to może być ani jak dawno granit został obrobiony.

Spod końskich kopyt skakały cierniki i małe pstrągi - srebrne rozbłyski w czystej wodzie. Jeleń uniósł łeb znad młodych pędów, zawahał się, kiedy oddział wyjechał ze strumienia, potem skoczył między drzewa, a zaraz potem, jakby spod ziemi, wynurzyła się wielka pantera pręgowana i nakrapiana czernią, wyraźnie rozczarowana wynikiem łowów. Przez chwilę spoglądała na konie, a potem smagnęła ogonem i zniknęła w ślad za jeleniem. Mimo to widać było, iż górskie życie nie obudziło się jeszcze w pełni. Nieliczne tylko ptaki siedziały na gałęziach albo dziobały ziemię w miejscach, gdzie stopniał śnieg. Więcej pojawi się na wyżynach w ciągu następnych kilku tygodni, ale jeszcze nie teraz. Kruków żadnych nie widzieli.

Było późne popołudnie, kiedy Perrin poprowadził ich pomiędzy dwoma górami o stromych zboczach i śnieżnych szczytach jak zawsze otulonych warstwą chmur, po czym skręcił w górę niewielkiego strumienia, który rozpryskiwał się na szarych kamieniach szeregiem maleńkich wodospadów. Pośród drzew odezwał się jakiś ptak, gdzieś z przodu odpowiedział mu kolejny.

Perrin uśmiechnął się. Niebieska zięba. Ptak żyjący na Ziemiach Granicznych. Nikt nie mógł przejechać tą drogą niezauważony. Potarł nos i nie spojrzał w kierunku drzewa, z którego odezwał się pierwszy "ptak".

W miarę jak jechali pod górę, przez zarośla drzew skórzanych i gąszcz poskręcanych górskich dębów, ścieżka zwężała się coraz bardziej, strumienia zaś nie przekroczyłby już nawet wyjątkowo długonogi człowiek.

Perrin usłyszał, jak jadąca za nim Leya mruczy coś do siebie. Kiedy się obejrzał, zobaczył, że rzuca pełne niepokoju spojrzenia na strome stoki z obu stron. Rozproszone drzewa górowały niebezpiecznie ponad nimi. Zdawało się, że to niemożliwe, by miały zaraz nie spaść. Shienaranie jechali swobodnie, mogąc wreszcie się rozluźnić.

Znienacka otworzyła się przed nimi owalna niecka pomiędzy dwoma górami, jej zbocza były strome, ale nie tak urwiste jak w wąskim przejściu, które pokonali przed chwilą. Na jej dalszym końcu z ziemi wytryskiwało źródło, dając początek małemu strumykowi. Bystre spojrzenie Perrina z miejsca wyłowiło mężczyznę z shienarańskim czubem na głowie, wysoko w gałęziach drzewa po lewej stronie. Gdyby zamiast zięby odezwała się czerwonoskrzydła sójka, nie byłby tutaj sam, a przejście znacznie trudniejsze. Garstka ludzi mogła bronić tego przejścia, okazałoby się, przeciwko całej armii. Jeżeli armia przybędzie, to garstka będzie musiała wystarczyć.

Pomiędzy drzewami rosnącymi wokół doliny stały trudne do zauważenia szałasy z kłód, tak że ci, którzy zgromadzili się wokół ognisk na dnie niecki, na pierwszy rzut oka wydawali się pozbawieni jakiegokolwiek schronienia. W zasięgu wzroku nie było widać więcej niż kilkunastu ludzi. A Perrin wiedział, że w sumie nie ma ich tam wielu więcej. Większość obejrzała się, słysząc dźwięk końskich kopyt i parskanie, niektórzy machali rękami. Niecka zdawała się wypełniona całkowicie zapachem ludzi i zwierząt, gotowania i palonego drewna. Z długiego drzewca zwisał luźno biały sztandar. Jeden z mieszkańców obozowiska, prawie półtora raza większy od pozostałych, siedział na zboczu, bez reszty pochłonięty lekturą książki, która niemal niknęła w jego ogromnych dłoniach. Na moment nie przestał czytać, nawet gdy jedyny oprócz niego człowiek, który nie miał zgolonych włosów, zakrzyknął:

- Tak więc odnalazłeś ją? A już myślałem, że tym razem nie wrócicie przed nocą.

Głos należał do młodej kobiety, ubranej jednak na męską modłę, w kusy, chłopięcy kaftanik i obcisłe spodnie. Nawet włosy miała przycięte na krótko.

Podmuch wiatru wdarł się do doliny, powodując, że poły płaszczy załopotały, a sztandar rozwinął się na całą długość. Przez chwilę przedstawiona na nim istota zdawała się dosiadać wiatru. Wąż o czterech nogach, szkarłatnej oraz złotej łusce i grzywie złotej jak u lwa. Każdą z jego łap kończyło pięć złotych pazurów. Sztandar, który był częścią legendy. Sztandar, którego większość ludzi zapewne by nie poznała, nawet gdyby załopotał im przed oczami, natomiast przeraziliby się, gdyby poznali jego nazwę.

Perrin pomachał dłonią, obejmując tym gestem niejako wszystkich naraz, i zjechał na dno niecki.

- Witaj w obozie Smoka Odrodzonego, Leya.

Rozdział 2

Saidin

Z twarzą zupełnie pozbawioną wyrazu kobieta Tuatha'anów popatrzyła na ponownie obwisły sztandar, potem przeniosła swą uwagę na ludzi zgromadzonych wokół ognia. Jej wzrok zatrzymał się szczególnie długo na zaczytanej postaci, półtora raza wyższej i dwakroć potężniej zbudowanej od Perrina.

- A więc jest też z wami ogir. Nie sądziłam... - Potrząsnęła głową. - Gdzie znajdę Moiraine Sedai?

Wyglądało na to, że dla niej sztandar Smoka równie dobrze mógłby nie istnieć.

Perrin wskazał gestem prosty szałas, który stał najwyżej ze wszystkich na stoku, przy przeciwległym końcu niecki. Jego ściany i pochyły dach zbudowano z nieokorowanych bali, był również największy, choć sam w sobie przecież wcale nie taki wielki. Na tyle duży, być może, aby zasługiwać na miano chaty, nie zaś szałasu.

- Tam mieszka. Ona i Lan. Lan jest jej Strażnikiem. Jeżeli chciałabyś napić się czegoś ciepłego...

- Nie. Muszę porozmawiać z Moiraine.

Nie był zaskoczony. Wszystkie kobiety, które przyprowadzał do obozu, nalegały na natychmiastową możliwość porozmawiania z Moiraine, i na dodatek w cztery oczy. Wieści, które tamta z kolei decydowała się im przekazać, nie zawsze były szczególnie ważne, ale kobiety miały w sobie napięcie myśliwego, który poluje na ostatniego na tym świecie królika, by nakarmić nim swą głodującą rodzinę. Na poły zamarznięta żebraczka nie chciała ani owinąć się w koce, ani kosztować gorącego gulaszu, tylko powlokła się zaraz do szałasu Moiraine, boso w padającym wciąż śniegu.

Leya zeskoczyła z siodła i wręczyła wodze Perrinowi.

- Dopatrzysz, aby ją nakarmiono? - Poklepała chrapy swej klaczy. - Piesa nie jest przyzwyczajona do podróżowania po tak dzikich okolicach.

- Z paszą jest teraz dosyć kiepsko - odpowiedział jej Perrin - ale dopilnuję, by dostała wszystko, co tylko mamy najlepszego.

Leya pokiwała głową i bez zbędnych słów zaczęła pospiesznie wspinać się po stoku, podkasawszy swą zieloną suknię. Haftowany błękitami czerwony płaszcz falował za nią na wietrze.

Perrin zsiadł z siodła, zamienił kilka słów z mężczyznami, którzy odeszli od ogniska, by zająć się końmi. Łuk oddał temu, który wziął wodze Steppera. Nie, oprócz jednego kruka nie widzieli niczego, tylko kobietę Tuath'anów i góry. Tak, kruk został zabity. Nie, nie powiedziała im nic o tym, co dzieje się w świecie poza górami. Nie, nie ma najmniejszego pojęcia, czy wkrótce wyruszą.

"O ile w ogóle" - dodał w myślach.

Moiraine trzymała ich tutaj przez całą zimę. Pozornie nie wydawała im tutaj żadnych rozkazów, przynajmniej Shienaranie tak nie uważali, ale Perrin wiedział, że Aes Sedai w jakiś sposób zawsze doprowadzały do tego, by sprawy szły po ich myśli. A szczególnie Moiraine.

Kiedy konie zostały odprowadzone do naprędce skleconej, długiej stajni, jeźdźcy podeszli do ognia, by się ogrzać. Perrin odrzucił swój płaszcz na ramiona i z wdzięcznością wyciągnął dłonie ku płomieniom. Wielki kociołek, na pierwszy rzut oka robota z Baerlon, rozsiewał wokół zapachy, od których ślina nieprzerwanie napływała mu do ust. Wyglądało na to, że ktoś miał dzisiaj szczęście podczas polowania, a dookoła drugiego ogniska leżały jakieś duże bulwy, wydające aromat, który przypominał pieczoną rzepę. Zmarszczył nos i postanowił skupić się na gulaszu. Ostatnimi czasy coraz częściej miał ochotę posilać się samym tylko mięsem.

Kobieta w męskim ubraniu powiodła wzrokiem w ślad za Leyą, która znikała właśnie w szałasie Moiraine.

- Co widzisz, Min? - zapytał.

Podeszła bliżej i stanęła przy jego boku, w jej ciemnych oczach malowało się zmartwienie. Nie rozumiał, dlaczego uparła się nosić spodnie zamiast sukien. Sam ją znał i być może właśnie dlatego nie pojmował, jak ktoś mógłby na nią spojrzeć i zobaczyć nazbyt przystojnego młodzieńca miast ładnej młodej kobiety.

- Kobieta Druciarzy niedługo umrze - powiedziała cicho, jednocześnie spoglądając na zgromadzonych wokół ognia mężczyzn. Żaden nie znajdował się na tyle blisko, by słyszeć.

Zamarł bez ruchu, widząc w myślach delikatną twarz Leyi.

"Och, Światłości! Druciarze nigdy nikomu nie wyrządzają krzywdy! - Nagle poczuł chłód, którego nie mogły rozproszyć płomienie ogniska. - Niech sczeznę, żałuję, że w ogóle spytałem".

Nawet te nieliczne Aes Sedai, które wiedziały o wszystkim, nie pojmowały tego, co robiła Min. Czasami widziała obrazy i aurę otaczającą ludzi, a niekiedy rozumiała nawet, co one oznaczają.

Pojawił się Masuto, by zamieszać gulasz długą, drewnianą łyżką. Spojrzał na nich, potem przyłożył palec do długiego nosa i uśmiechnął się szeroko, nim odszedł.

- Krew i popioły! - wymamrotała Min. - Zapewne uznał nas za parę zakochanych, szepczących sobie przy ognisku.

- Jesteś pewna? - Spojrzała na niego szeroko rozwartymi oczami, więc dodał pośpiesznie: - Jeśli chodzi o Leyę.

- Tak ma na imię? Wolałabym nie wiedzieć. Przez to zawsze jest jeszcze gorzej, wiedzieć i nie być w stanie... Perrin, widziałam jej twarz unoszącą się w powietrzu nad jej ramieniem, pokrytą krwią, z wytrzeszczonymi oczyma. Przy takiej wizji nie może być pomyłki, wszystko jest jasne. - Zadrżała i szybko zatarła ręce. - Światłości, jak ja żałuję, że nie jest mi dane oglądać bardziej szczęśliwych rzeczy. Wydaje się, że wszelka radość zniknęła już z tego świata.

Otworzył usta, by zaproponować ostrzeżenie Leyi, ale zaraz zamknął je ponownie. W tym, co Min widziała i wiedziała, nie mogło być najmniejszej pomyłki, niezależnie od tego, czy były to dobre rzeczy czy złe. Jeżeli była pewna tego, co mówi, zdarzenie następowało.

- Krew na jej twarzy - mruknął. - Czy to znaczy, że padnie ofiarą przemocy?

Skrzywił się, jakoś zbyt łatwo przyszło mu powiedzieć coś takiego.

"Ale co mogę zrobić? Jeżeli powiem Leyi, jeżeli w jakiś sposób przekonam ją, że mówię prawdę, przeżyje swe ostatnie dni w strachu, a mnie i tak nie uda się niczego zmienić".

Min przytaknęła krótkim skinieniem głowy.

"Jeżeli ona zginie na skutek przemocy, oznaczać to może atak na obóz".

Ale przecież każdego dnia rozsyłano zwiadowców, a straże stały dzień i noc. Poza tym Moiraine ze swej strony osłoniła miejsce ich pobytu pasem ochronnym; twierdziła, że z zewnątrz nie dostrzeże ich żaden stwór Czarnego. Pomyślał o wilkach.

"Nie!".

Zwiadowcy odkryją każdego człowieka lub potwora, który postanowił podkraść się do obozu.

- Czeka ją długa droga powrotna do swego ludu - powiedział na poły do siebie. - Druciarze nie mogliby dojechać swymi wozami dalej niż do podnóży gór. Kiedy będzie wracała, wszystko może się zdarzyć.

Min pokiwała ze smutkiem głową.

- A nie ma nas wystarczająco wielu, żeby przydzielić jej chociaż jednego strażnika. Nawet gdyby to mogło coś pomóc.

Opowiedziała mu, jak to z nią było - usiłowała ostrzegać ludzi o niedobrych rzeczach, które ich czekały, kiedy, w wieku lat sześciu lub siedmiu, po raz pierwszy zrozumiała, że nie wszyscy widzą to, co widzi ona. Nie powiedziała nic więcej, miał jednak wrażenie, że jej ostrzeżenia pogarszały tylko bieg wypadków, o ile w ogóle ktoś jej wierzył. Przekonanie się do wizji Min wymagało pewnego wysiłku, jeśli nie miało się dowodu.

- Kiedy? - zapytał.

Własne słowo zabrzmiało w jego uszach odgłosem zimnym i twardym niczym stalowy rezonans.

"Dla Leyi nic zrobić nie mogę, ale być może uda mi się jakoś dociec, czy grozi nam atak".

Min aż wyrzuciła ręce w górę, kiedy usłyszała jego pytanie, przemówiła jednak ściszonym głosem.

- To nie jest tak. Nigdy nie potrafię powiedzieć, kiedy coś się zdarzy. Wiem tylko, że tak będzie, jeśli w ogóle rozumiem, co to ma być. Ty tego nie pojmujesz. Widzenia nie pojawiają się wtedy, gdy chcę, podobnie jest ze zrozumieniem. Po prostu przydarzają mi się, a czasami wiem, co oznaczają. Coś wiem. Niewiele. To po prostu dzieje się samo. - Próbował wtrącić jakieś słowo pocieszenia, ale nie dała mu dojść do głosu, myśli wylewały się z niej strumieniem, którego nie potrafił zatamować. - Jednego dnia jestem w stanie zobaczyć rzeczy otaczające człowieka, ale następnego wszystko znika, albo na odwrót. Zazwyczaj wokół nikogo niczego nie widzę. Rzecz jasna z wyjątkiem Aes Sedai, którym zawsze towarzyszą obrazy, podobnie zresztą jak Strażnikom, chociaż wizje dookoła nich są zawsze dużo trudniejsze do zrozumienia niż w przypadku innych ludzi. - Obdarzyła Perrina na poły ukradkowym, przenikliwym spojrzeniem. - Do niektórych innych odnosi się to również.

- Nie mów tylko, co widzisz, kiedy patrzysz na mnie - zaprotestował ochrypłym głosem, potem wzruszył potężnymi ramionami.

Nawet jako dziecko był mocniej zbudowany od swoich rówieśników, szybko nauczył się więc, jak łatwo można zrobić ludziom krzywdę, choćby w wyniku prostego przypadku, tylko dlatego, że jest się od nich większym. Stał się więc szczególnie uważny i ostrożny, kiedy zaś zdarzało mu się okazać gniew, zawsze potem tego żałował.

- Przepraszam, Min. Nie powinienem warczeć na ciebie. Naprawdę nie chciałem zrobić ci przykrości.

Rzuciła mu zaskoczone spojrzenie.

- Nie czuję się urażona. Niewielu ludzi chciałoby znać to, co ja widzę. Światłość jedna wie, że ja najchętniej pozbyłabym się tego daru, gdyby był ktoś inny, kto potrafiłby to robić.

Nawet Aes Sedai nie słyszały nigdy o kimś, kto miałby taki talent jak ona. Uważały, że to "dar", nawet jeżeli ona myślała inaczej.

- A ja po prostu tak strasznie żałuję, że nie mogę nic zrobić dla Leyi. W przeciwieństwie do ciebie nie potrafię tak tego zostawić, wiedzieć i nie być w stanie niczego zrobić.

- Dziwne - powiedziała cicho - jak ty bardzo wydajesz się troszczyć o Tuatha'anów. Oni są skrajnie spokojni, a zawsze widziałam tyle przemocy wokół...

Odwrócił głowę, a ona przerwała w pół słowa.

- Tuatha'anie? - Doleciał ich głęboki głos, przypominający bzyczenie gigantycznego trzmiela. - O co chodzi z Tutaha'anami?

Ogir podszedł, aby przyłączyć się do nich przy ognisku, zaznaczając miejsce w czytanej książce palcem wielkości sporej kiełbasy. Z fajki, którą trzymał w drugiej dłoni, unosiła się cienka smużka dymu. Jego kaftan z wysokim kołnierzem, uszyty z ciemnobrązowej wełny, zapinał się po samą szyję, u dołu zaś rozszerzał nad zwiniętymi cholewami wysokich butów. Perrin ledwie sięgał mu do piersi.

Twarz Loiala mogła przerazić niejedną osobę - nos tak szeroki, że przypominał zwierzęcy pysk, nazbyt wielkie usta. Oczy wielkości spodków i grube brwi, niczym wąsy opadające niemal na policzki, uszy porośnięte długim włosem i zakończone pędzelkami. Ci, którzy nigdy wcześniej nie widzieli ogira, brali go za trolloka, chociaż trolloki dla większości z nich były w równym stopniu legendą co ogirowie.

Szeroki uśmiech Loiala przygasł odrobinę; zamrugał, kiedy zdał sobie sprawę, że im przeszkodził. Perrin zastanawiał się, jak ktokolwiek mógłby obawiać się ogira, poznawszy go choć odrobinę bliżej.

"A jednak niektóre dawne opowieści widzą w nich srogich i nieubłaganych wrogów".

Nie potrafił w to uwierzyć. Ogirowie nie byli niczyimi wrogami.

Min opowiedziała Loialowi o przyjeździe Leyi, ale ani słowa o tym, co widziała. Zazwyczaj nie dzieliła się z nikim informacjami na temat swoich wizji, szczególnie wówczas, gdy były niepomyślne. Zamiast tego dodała:

- Powinieneś wiedzieć, jak ja się czuję, Loial, pochwycona znienacka pomiędzy Aes Sedai i tych ludzi z Dwu Rzek.

Loial mruknął coś wymijająco, ale Min najwyraźniej wzięła to za wyraz zgody.

- Tak - ciągnęła dalej, wymawiając dobitnie słowa. - Żyłam sobie spokojnie w Baerlon i odpowiadało mi takie życie, kiedy nagle pochwycono mnie za skórę na karku i rzucono Światłość jedna wie dokąd. Cóż, równie dobrze mogę znajdować się tutaj. Moje życie nie należy już do mnie, odkąd spotkałam Moiraine i tych wieśniaków z Dwu Rzek. - Zwróciła oczy w kierunku Perrina, wydymając wargi. - Wszystko, czego pragnę, to żyć tak, jak mi się podoba, zakochać się w mężczyźnie, którego wybiorę... - Jej policzki pokraśniały nagle, musiała odkaszlnąć. - Chciałam powiedzieć, cóż złego jest w pragnieniu życia bez tych wszystkich wstrząsów dookoła?

- Ta'veren... - zaczął Loial. Perrin gestem dał mu znak, żeby przestał, ale ogirowi niełatwo było przeszkodzić, a powstrzymanie go graniczyło niemal z niemożliwością, kiedy porywał go jeden z charakterystycznych dlań napływów entuzjazmu. Dla jego ziomków, z właściwym im poglądem na życie, zachowanie Loiala było przykładem skrajnej pochopności. Teraz więc urwał jedynie na krótki moment, włożył książkę do kieszeni kaftana i wymachując swoją fajką, ciągnął dalej: - My wszyscy, całość naszych żywotów, wpływa na życie innych, Min. Kiedy Koło Czasu wplata nas do Wzoru, nici naszych żywotów ciągną i szarpią nici tych, którzy nas otaczają. W przypadku ta'veren jest tak samo, tylko z mocą nieporównanie większą. Ta'veren pociąga za sobą cały Wzór, przez pewien czas, rzecz jasna, zmuszając, by kształtował się wokół niego. Im bliżej jesteś więc z nim związana, tym bardziej wszystko dotyczy cię osobiście. Powiedziane jest, że ci, którzy znajdowali się w jednym pokoju z Arturem Hawkwingiem, mogli czuć wręcz namacalnie, jak Wzór się przekształca. Nie wiem, w jakim stopniu jest to prawdą, czytałem jednak, że tak było. Sami ta'veren wplatani są ściślej we Wzór niż większość z nas, ich możliwości wyboru są znacznie ograniczone.

Perrin skrzywił się.

"Doprawdy są bardzo skromne, przynajmniej jeśli chodzi o te, które mają jakieś znaczenie".

Min potrząsnęła głową.

- Po prostu chciałabym, żeby oni nie byli takimi... takimi przeklętymi ta'veren przez cały czas. Ta'veren ciągną w jedną stronę, a Aes Sedai wtrącają się od drugiej. Jakie szanse może mieć kobieta między nimi?

Loial wzruszył ramionami.

- Bardzo niewielkie, jak mniemam, a tym mniejsze, im dłużej pozostaje w bliskości ta'veren.

- Jakbym mogła wybierać... - westchnęła Min.

- Ty miałaś to szczęście, lub, jeśli wolisz, nieszczęście, że spotkałaś się nie z jednym, lecz aż z trzema ta'veren. Randem, Matem i Perrinem. Ja przynajmniej uważam to za wielkie szczęście i uważałbym tak nawet wówczas, gdyby nie byli moimi przyjaciółmi. Sądzę, że mógłbym nawet... - Ogir popatrzył na nich znienacka zawstydzony, zastrzygł uszami. - Obiecujecie, że nie będziecie się śmiali? Sądzę, że mógłbym napisać o tym książkę. Zbieram już notatki.

Min uśmiechnęła się przyjaznym, ciepłym uśmiechem i Loialowi znowu wyprężyły się uszy.

- To wspaniale - powiedziała mu. - Jednak niektórzy z nas czują się tak jak tańczące marionetki, których sznurki pociągają ci ta'veren.

- Ja się o to nie prosiłem - wybuchnął Perrin. - Wcale tego nie chciałem.

Nie zwróciła na niego uwagi.

- Czy to właśnie stało się z tobą, Loial? Czy dlatego podróżujesz z Moiraine? Wiem, że wy, ogirowie, prawie nigdy nie opuszczacie swoich stedding. Czy jeden z tych ta'veren pociągnął cię za sobą?

Loial przez chwilę przyglądał się dokładnie swej fajce.

- Chciałem po prostu zobaczyć gaje, które kiedyś zasadzili ogirowie - wymamrotał. - Tylko to i nic więcej.

Spojrzał na Perrina, jakby prosił o pomoc, ale tamten tylko się uśmiechnął.

"Zobaczmy, jak ta podkowa pasuje do twojego kopyta".

Nie znał całej historii, ale wiedział, że Loial uciekł od swoich. Miał dziewięćdziesiąt lat, nie był jednak wystarczająco dorosły, według norm ogirów, by samodzielnie opuszczać stedding - udawać się do Zewnętrznego Świata, jak oni to nazywali - bez zezwolenia Starszych. Loial twierdził, że Starsi nie będą szczególnie zadowoleni, gdy wreszcie dostaną go w swe ręce. Dlatego najwyraźniej miał zamiar odwlekać ten moment tak długo, jak tylko się da.

Pomiędzy Shienaranami dostrzegł jakieś poruszenie, ludzie podnosili się z ziemi. To Rand wyszedł z szałasu Moiraine.

Nawet z takiej odległości Perrin widział go wyraźnie. Młody człowiek z rudawymi włosami i szarymi oczyma. Był w tym samym wieku co Perrin, a kiedy stawali ramię w ramię, okazywało się, że jest jakieś pół głowy wyższy i znacznie szczuplejszy, mimo że równie barczysty. Po rękawach czerwonego kaftana z wysokim kołnierzem pięły się haftowane złotem kolczaste gałęzie, na piersiach ciemnego płaszcza pyszniła się ta sama istota, którą można było zobaczyć na sztandarze - wąż o czterech nogach, ze złotą grzywą. Rand i on przyjaźnili się już od dziecka.

"Czy wciąż jeszcze jesteśmy przyjaciółmi? Czy to w ogóle możliwe? Teraz?".

Shienaranie skłonili się jak jeden mąż, nie opuszczając głów, tylko kładąc ręce na kolanach.

- Lordzie Smoku - zawołał Uno - jesteśmy gotowi. Służenie tobie to zaszczyt.

Uno, który niemalże nie potrafił wypowiedzieć jednego zdania, by nie wtrącić jakiegoś przekleństwa, odzywał się teraz z najgłębszym szacunkiem. Pozostali powtórzyli jak echo:

- Służenie tobie to zaszczyt.

Masema, który we wszystkim dopatrywał się czegoś złego, patrzył teraz oczyma płonącymi oddaniem, Ragan i wszyscy pozostali czekali tylko na rozkaz, gdyby Randowi przyszła ochota jakiś wydać.

Rand patrzył na nich przez chwilę ze zbocza, potem odwrócił się i zniknął między drzewami.

- Znowu kłócił się z Moiraine - powiedziała cicho Min. - Tym razem trwało to cały dzień.

Perrin nie był zaskoczony, a jednak przeżył lekki wstrząs. Kłócić się z Aes Sedai. Nagle przypomniały mu się te wszystkie opowieści, które usłyszał w dzieciństwie. Aes Sedai, które sprawiały, że trony i ludy tańczyły wedle poruszeń trzymanych przez nie, niewidzialnych sznurków. Aes Sedai, których podarunki zawsze kryły w sobie jakiś haczyk, które kazały płacić sobie zawsze mniej, niż mógłbyś pomyśleć, ale zawsze okazywało się, że cena ta przekracza wszystko, co mógłbyś sobie wyobrazić. Aes Sedai, których gniew potrafił poruszyć ziemię i ściągnąć grom. Niektóre z tych opowieści okazały się nieprawdziwe, teraz już o tym wiedział. I jednocześnie nie przekazywały nawet połowy prawdy.

- Lepiej będzie, jak pójdę za nim - oznajmił. - Po takiej kłótni zawsze potrzebuje kogoś, z kim mógłby porozmawiać.

Oprócz Moiraine i Lana tylko oni troje - Min, Loial i on sam - nie gapili się na Randa tak, jakby wywodził się z jakichś królów. No i z całej trójki Perrin znał go najdłużej.

Ruszył w górę zbocza, zatrzymując się tylko na tyle, by rzucić okiem na zamknięte drzwi szałasu Moiraine. W środku musiała być Leya i Lan. Strażnik rzadko oddalał się na dłużej od boku Aes Sedai.

Dużo mniejszy szałas Randa położony był niżej, dokładnie ukryty pośród drzew i w pewnym oddaleniu od reszty. Z początku próbował nawet żyć wśród innych ludzi obozujących na samym dnie niecki, ale przegnał go stamtąd ich bezustanny lęk. Teraz przestawał właściwie wyłącznie z samym sobą. Zbyt dużo samotności, osądził Perrin. Wiedział jednak, że Rand nie skierował się teraz do swojego szałasu.

Perrin szybko poszedł do miejsca, gdzie jeden ze stoków kielicha doliny nagle zamieniał się w ostre urwisko, wysokości pięćdziesięciu kroków, zupełnie gładkie z wyjątkiem mocnych krzaków, tu i ówdzie nieustępliwie wczepionych w gołą skałę. Wiedział dokładnie, gdzie znajduje się szczelina w kamiennej ścianie, przejście niewiele szersze od jego barków. Gdy miało się nad głową jedynie wstęgę nieba, przygasającego późnym wieczorem, wejście w nią przypominało zagłębianie się w tunel.

Szczelina ciągnęła się na pół mili, potem znienacka otwierała na wąską dolinę, niezbyt długą, której dno pokrywały skały i głazy, a strome zbocza porastało skórzane drzewo, sosna i jodła. Zachodzące za górami słońce rzucało długie cienie. Poza szczeliną, którą przyszedł, ściany doliny były całkowicie niedostępne i tak strome, jakby wyrzezało ją uderzenie jakiegoś gigantycznego topora. Można by bronić jej jeszcze łatwiej niż niecki, w której rozbili obóz, jednak nie miała ani strumienia, ani źródła. Nikt tutaj nie chadzał, z wyjątkiem Randa, gdy pokłócił się z Moiraine.

Rand stał blisko wejścia, opierając się o szorstki pień skórzanego drzewa i wpatrując we wnętrza swoich dłoni. Perrin wiedział, że przyjaciel ma na obu wizerunek czapli, wypalony aż do żywego mięsa. Rand nie poruszył się, kiedy buty Perrina zachrzęściły na kamieniach.

Nagle Rand zaczął cicho recytować, nie odrywając wzroku od swych dłoni:

Dwakroć podwójnie będzie naznaczony,

dwakroć na życie, dwakroć na śmierć.

Raz czaplą, która drogę mu wyznaczy.

Drugi raz czaplą, by miano zyskać prawdziwe.

Raz Smokiem przez pamięć utraconą.

Drugi raz Smokiem, przez cenę, którą musi zapłacić.

Zadrżał i zaplótł ręce na piersiach.

- Ale jeszcze nie Smokiem. - Zaśmiał się ochryple. - Jeszcze nie.

Przez chwilę Perrin tylko mu się przyglądał. Człowiek, który potrafił przenosić Jedyną Moc. Mężczyzna. Mężczyzna skazany na szaleństwo od skazy na saidine, męskiej połowie Prawdziwego Źródła, który miał zniszczyć wszystko i wszystkich dookoła. Mężczyzna - potwór! - którego nienawidzić i lękać się uczono wszystkich od dzieciństwa. Tylko... nie potrafił pod tym wszystkim nie widzieć chłopca, z którym razem dorastał.

"Czy można tak po prostu przestać być czyimś przyjacielem?".

Perrin wybrał mały głaz z płaskim wierzchem i usiadł na nim, czekając.

Po chwili Rand odwrócił głowę i spojrzał na niego.

- Myślisz, że z Matem wszystko w porządku? Kiedy ostatni raz go widziałem, wyglądał na bardzo chorego.

- Do tej pory na pewno zdążył wydobrzeć.

"Powinien być już w Tar Valon. Tam go Uzdrowią. A Nynaeve i Egwene będą utrzymywać go z dala od kłopotów".

Egwene i Nynaeve, Rand, Mat i Perrin. Niewielu ludzi z zewnątrz przybywało do Dwu Rzek, wyjąwszy okazjonalne wizyty handlarzy albo kupców, którzy raz do roku przybywali po wełnę oraz tytoń. Niemalże nikt stamtąd nie wyjeżdżał. Zanim Koło nie wybrało swoich ta'veren, sprawiając, że pięcioro prostych ludzi ze wsi nie mogło dłużej pozostać tam, gdzie dotąd żyli. Nie mogli już dłużej być tym, czym byli przedtem.

Rand pokiwał głową, ale się nie odezwał.

- Ostatnio zdarza mi się marzyć, że wciąż jestem kowalem. - powiedział Perrin - Czy ty... czy ty też wolałbyś dalej być pasterzem?

- Obowiązek - odmruknął Rand. - Śmierć jest lżejsza od pióra, obowiązek cięższy niż góra. Tak mówią w Shienarze... "Czarny się wierci. Nadchodzi Ostatnia Bitwa. A Smok Odrodzony musi stawić czoło Czarnemu podczas Ostatniej Bitwy, bo w przeciwnym razie Cień pokryje wszystko. Koło Czasu pęknie. I odtąd wszystkie Wieki zostaną przerobione wedle obrazu Czarnego". A ja jestem sam. - Zaczął się śmiać jakimś bezradosnym śmiechem, ramiona mu drżały. - Mam obowiązki, ponieważ nie ma nikogo innego, nieprawdaż?

Perrin poruszył się niespokojnie. W śmiechu Randa brzmiał jakiś przykry ton, pod wpływem którego przeszły go ciarki.

- Jak rozumiem, znowu pokłóciłeś się z Moiraine. Poszło o to samo, co zawsze?

Rand wciągnął długi, urywany oddech.

- Czy nie jest tak, że zawsze kłócimy się o to samo? Oni są tutaj, na Równinie Almoth, i Światłość jedna wie, gdzie jeszcze. Są ich setki. Tysiące. Opowiedzieli się za Smokiem Odrodzonym, ponieważ ja wzniosłem ten sztandar. Ponieważ ja pozwoliłem nazwać się Smokiem. Ponieważ nie miałem innego wyboru. I teraz umierają. Walczą, poszukują, modlą się do człowieka, który rzekomo miał ich poprowadzić. Umierają. A ja siedzę tutaj, w górach, przez całą zimę. Ja... jestem coś im winien.

- Myślisz, że to mi się podoba? - Perrin pokręcił z rozdrażnieniem głową.

- Ty zgadzasz się na wszystko, co ona ci każe. - Rand zazgrzytał zębami. - Ani razu się jej nie sprzeciwiłeś.

- Dużo dobrego przyszło ci z tych sprzeciwów. Kłóciłeś się przez całą zimę i całą zimę siedzieliśmy tutaj, jak jakieś owce w zagrodzie.

- Ponieważ ona ma rację. - Rand ponownie roześmiał się tym mroźnym śmiechem. - Niech mnie Światłość spali, ma rację. Oni rozproszyli się w małych grupkach po całej równinie, jak Tarabon i Arad Doman długie i szerokie. Gdybym przyłączył się do jednej z nich, wówczas Białe Płaszcze, armia Domani oraz Tarabonianie natychmiast rzuciliby się na taką jak wilk na owcę.

Perrin nieomal sam się roześmiał, chcąc pokryć zmieszanie.

- Jeżeli zgadzasz się z nią, to dlaczego, na Światłość, przez cały czas się z nią kłócisz?

- Ponieważ muszę coś zrobić. Albo... albo wybuchnę jak zgniły melon!

- Co chcesz zrobić? Jeśli będziesz słuchał tego, co ona ci mówi...

Rand nie pozwolił mu powiedzieć, że będą tu tkwili do końca życia.

- Moiraine mówi! Moiraine mówi! - Wyprostował się, ściskając głowę w dłoniach. - Moiraine ma coś do powiedzenia na każdy temat! Powiada, że nie wolno mi iść do ludzi, którzy w moim imieniu umierają. Twierdzi, że będę wiedział, co mam robić, ponieważ Wzór mnie do tego zmusi. Moiraine mówi! Ale nie mówi mi, w jaki sposób się tego dowiem. O, nie! Tego to ona nie wie. - Opuścił ręce i odwrócił się w stronę Perrina, z przekrzywioną głową i zmrużonymi oczyma. - Czasami mam wrażenie, że Moiraine prowadzi mnie do przodu jak jakiegoś kapryśnego, taireniańskiego rumaka, krok za krokiem. Czy odniosłeś kiedyś takie samo wrażenie?

Perrin przeczesał dłonią kudłate włosy.

- Ja... Cokolwiek nas popycha albo ciągnie, ja wiem, kim jest wróg, Rand.

- Ba'alzamon - powiedział cicho Rand. Starodawne imię Czarnego. W mowie trolloków oznaczało Serce Ciemności. - A ja muszę stawić mu czoło, Perrin. - Przymknął oczy, na jego twarzy pojawił się dziwny grymas, na poły uśmiech, na poły boleść. - Światłości, pomóż mi, przez połowę czasu pragnę, aby to się już stało, aby minęło, dokonało się, a przez drugą połowę... Jak często mam być zdolny do... Światłości, to mnie tak przyciąga. A co, jeśli nie... Co, jeśli...

Ziemia zadrżała.

- Rand? - przemówił z niepokojem Perrin.

Rand zadrżał, pomimo chłodu na jego twarzy błyszczał pot. Powieki miał wciąż zaciśnięte.

- Och, Światłości! - jęknął - to tak przyciąga.

Nagle ziemia zafalowała pod Perrinem, a po dolinie poniósł się echem głuchy łomot. Wyglądało to tak, jakby ziemia wyrwała mu się spod stóp. Upadł, a może to grunt podźwignął się ku niemu. Dolina zatrzęsła się, jakby jakaś ogromna dłoń sięgnęła z niebios, chcąc wyrwać ją z otaczających gór. Przylgnął do podłoża, mimo iż potrząsało nim jak lalką. Kamienie przed jego oczyma podskakiwały i toczyły się, a tumany kurzu wirowały w powietrzu.

- Rand! - Jego wezwanie pochłonął głuchy ryk.

Rand stał wyprostowany, z głową odrzuconą do tyłu, powieki miał wciąż zaciśnięte. Wydawało się, że nie zwraca uwagi na kołyszącą się ziemię, która podtrzymywała go raz pod takim kątem, za drugim razem pod innym. Nawet na moment nie stracił równowagi, niezależnie od tego, jak gwałtowne były przechyły. Perrin, sam targany wstrząsami, nie mógł być pewien, ale zdało mu się, iż na twarzy tamtego widzi uśmiech. Drzewa pochyliły się ku ziemi, a skórzane drzewo znienacka pękło na dwoje, większy fragment jego pnia runął na ziemię nie dalej jak trzy kroki od Randa. Nie zwrócił na to większej uwagi niźli na resztę otoczenia.

Perrin z wysiłkiem nabrał powietrza do płuc.

- Rand! Na miłość Światłości, Rand! Przestań!

Wszystko skończyło się równie nagle, jak zaczęło. Spróchniała gałąź odpadła od karłowatego dębu z głuchym trzaskiem. Perrin powoli podnosił się, kaszląc. Kurz wisiał w powietrzu, lśniąc niczym skrzydła ciem w promieniach zachodzącego słońca.

Rand wpatrywał się w jakiś nieistniejący punkt, pierś unosiła mu się ciężko, jak po dziesięciomilowym biegu. Coś takiego jeszcze nigdy dotąd się nie wydarzyło, w istocie rzeczy nigdy nie zdarzyło się nic, co choćby odlegle przypominało skalą wydarzenia sprzed chwili.

- Rand - powiedział ostrożnie Perrin - co...?

Rand wciąż zdawał się spoglądać w dal.

- To jest zawsze obecne. Wzywa mnie. Przyciąga mnie. Saidin. Męska połowa Prawdziwego Źródła. Czasami nie mogę się powstrzymać, by do niego nie sięgnąć. - Wykonał taki ruch, jakby łapał coś frunącego przez powietrze, potem przeniósł spojrzenie na zaciśniętą pięść. - Mogę wyczuć skazę, jeszcze zanim jej dotknę. Skazę Czarnego, niczym cienką powłokę zła usiłującą zakryć Światłość. Powoduje, że żołądek wywraca mi się na drugą stronę, ale nic nie mogę na to poradzić. Nie potrafię sobie pomóc. Nie umiem! Tylko czasami się zdarza, że tam sięgam i jest tak, jakbym chwytał powietrza. - Rozwarł gwałtownie pustą dłoń i zaśmiał się gorzko. - A co będzie, jeśli tak się stanie, gdy nadejdzie Ostatnia Bitwa? Co, jeśli sięgnę i nie pochwycę niczego?

- Cóż, tym razem bez wątpienia ci się udało - powiedział Perrin ochrypłym głosem. - Co ty właściwie zrobiłeś?

Rand rozejrzał się dookoła, jakby widział wszystko po raz pierwszy. Obalone drzewo skórzane i połamane gałęzie. Perrin dopiero teraz stwierdził, że wszystko skończyło się na zaskakująco małych zniszczeniach. Spodziewał się zobaczyć raczej szczeliny ziejące w ziemi. Ściana drzew wyglądała na niemal nienaruszoną.

- Nie chciałem tego. To było tak, jakbyś chciał tylko odkręcić kurek, a zamiast tego wyrwał cały szpunt z beczki. To... mnie wypełniło. Musiałem jakoś się tego pozbyć, bo inaczej bym spłonął, ale... nie chciałem zrobić tego wszystkiego.

Perrin potrząsnął głową.

"Czy jest sens prosić go, by więcej tego nie robił? O tym, co robi, wie niewiele więcej niż ja".

- Dostatecznie wielu jest takich, którzy chcieliby widzieć ciebie i nas wszystkich wśród martwych, żebyś miał wykonywać za nich ich robotę.

Rand zdawał się go nie słuchać.

- Lepiej wracajmy do obozu. Wkrótce zrobi się ciemno, a nie wiem jak ty, ale ja jestem głodny.

- Co? Aha. Idź, Perrin. Ja wrócę później. Chcę jeszcze chwilę być sam.

Perrin zawahał się, potem niechętnie zawrócił w kierunku szczeliny w ścianie niecki. Zatrzymał się, gdy Rand przemówił ponownie.

- Czy miewasz sny, kiedy śpisz? Dobre sny?

- Czasami - odpowiedział ostrożnie Perrin. - Ale nie pamiętam większości tego, o czym śnię.

Nauczył się strzec swoich snów.

- Moje sny nieprzerwanie czyhają - rzekł Rand, tak cicho, że Perrin ledwie dosłyszał. - Być może przekazują nam coś. Coś prawdziwego.

Stał w milczeniu, pochylony.

- Kolacja czeka - powtórzył Perrin, ale Rand zatopił się głęboko we własnych myślach. Na koniec Perrin odszedł, zostawiając go stojącego samotnie.

Rozdział 3

Wieści z równiny

Część drogi przez szczelinę przebył w absolutnych ciemnościach, ponieważ wstrząsy spowodowały, iż w jednym miejscu skały zetknęły się ze sobą, dość wysoko jednak, aby można było przejść pod nimi. Długo stał, wpatrując się uważnie w czerń, potem szybko przeszedł pod spodem, upewniwszy się, że kamienna płyta tkwi niewzruszenie w miejscu. Łaskotanie w zakamarku umysłu powróciło.

"Nie, niech sczeznę! Nie!".

Wrażenie zniknęło.

Wyszedł ze szczeliny i popatrzył z góry na obóz, nieckę wypełniały dziwaczne cienie zachodzącego słońca. Moiraine stała przed swoim szałasem, wpatrując się w wejście do szczeliny. Przystanął. Aes Sedai była szczupłą, ciemnowłosą kobietą, niesięgającą mu nawet do ramienia i bardzo przystojną, miała tę samą cechę, której nabywały wszystkie Aes Sedai, parające się dłuższy czas Jedyną Mocą - brak wyraźnych oznak wieku na twarzy. Nie był w stanie stwierdzić, ile ona może mieć lat, z tą twarzą zbyt gładką, by zasługiwała na miano starej, i oczyma zbyt mądrymi, by mogły należeć do osoby młodej. Jej suknia z ciemnoniebieskiego jedwabiu była zmięta i zakurzona, a kosmyki włosów sterczały na wszystkie strony w miejsce zazwyczaj starannie ułożonej fryzury. Smuga kurzu przecinała jej twarz.

Spuścił wzrok. Wiedziała, co się z nim dzieje, tylko ona i Lan w całym obozowisku, ale nie lubił tego błysku rozpoznania, który pojawiał się w jej spojrzeniu, kiedy spoglądała mu w oczy. Żółte oczy. Być może kiedyś odważy się ją zapytać, co wie na ten temat. Aes Sedai musi wiedzieć więcej niż on. Ale teraz nie był na to czas. W istocie żadna chwila nie wydawała się właściwa.

- On... On nie chciał... To był wypadek.

- Wypadek - powiedziała bezbarwnym głosem, potem potrząsnęła głową i zniknęła na powrót we wnętrzu swego szałasu. Drzwi zatrzasnęły się za nią odrobinę zbyt głośno.

Perrin wziął głęboki oddech i zaczął dalej schodzić w stronę ognisk obozowych. Spodziewał się kolejnej kłótni pomiędzy Randem i Aes Sedai, jutrzejszego ranka, jeśli nie wręcz jeszcze dzisiejszej nocy.

Kilkanaście drzew leżało powalonych na zboczach niecki, ich pnie zostały wyrwane z korzeniami i sporymi bryłami ziemi. Ślad spękanej i wzruszonej ziemi prowadził aż do brzegu strumienia, nad którym leżał głaz, którego tam wcześniej nie było. Jeden z szałasów po przeciwnej stronie doliny zawalił się od wstrząsów i teraz większość Shienaran skupiła się wokół niego, zajmując się odbudową. Był z nimi Loial; podnosił drewnianą belkę, do podźwignięcia której potrzeba byłoby czterech mężczyzn. Rytmiczne przekleństwa Uno niosły się aż na dno doliny.

Min stała przy ognisku, mieszając w kociołku z wyrazem skrajnego niezadowolenia na twarzy. Na policzku miała niewielkie skaleczenie, w powietrzu zaś wokół niej unosił się przykry zapach spalonego gulaszu.

- Nienawidzę gotowania - oznajmiła i z powątpiewaniem wbiła wzrok w kociołek. - Jeśli coś mi się nie uda z tym gulaszem, nie będzie to moja wina. Rand wylał połowę do ogniska, kiedy... Jakie on ma prawo rozrzucać nas dookoła niczym worki ziarna? - Potarła siedzenie swych spodni i skrzywiła się. - Kiedy tylko wpadnie w moje ręce, przyłożę mu tak, że popamięta.

Pomachała w kierunku Perrina drewnianą łyżką, jakby chciała od niego rozpocząć wymierzanie kary.

- Czy ktoś został ranny?

- Tylko jeśli uznasz skaleczenia za rany - odparła ponuro Min. - Z początku wszyscy byli przestraszeni. Potem jednak zobaczyli, jak Moiraine patrzy w kierunku kryjówki Randa, i zdecydowali, że to musiało być jego dzieło. Jeżeli sam Smok chce strząsać góry na ich głowy, to widocznie Smok musi mieć odpowiednie po temu racje. Gdyby zdecydował, że mają sami obedrzeć się ze skóry, a potem odtańczyć taniec szkieletów, również uważaliby, że wszystko jest w porządku.

Parsknęła i uderzyła łyżką o krawędź garnka.

Obejrzał się w kierunku szałasu Moiraine. Gdyby Leyi coś się stało - gdyby nie żyła - Aes Sedai nie wróciłaby spokojnie do środka. Wciąż dręczyło go napięcie związane z oczekiwaniem.

"Cokolwiek to jest, jeszcze się nie wydarzyło".

- Min, może jednak odjedziesz. Zaraz z samego ranka. Mam trochę srebra, które mogę ci dać, jestem też pewien, że Moiraine da ci wystarczająco dużo, byś mogła opłacić przejazd z karawaną kupiecką poza granice Ghealdan. Zanim się spostrzeżesz, będziesz z powrotem w Baerlon.

Patrzyła na niego w taki sposób, że zaczął się zastanawiać, czy nie powiedział czegoś niewłaściwego. Na koniec otworzyła usta:

- Jesteś bardzo miły, Perrin, ale cię nie posłucham.

- Sądziłem, że pragniesz odjechać. Nieustannie narzekasz na konieczność siedzenia tutaj.

- Znałam kiedyś pewną starą kobietę z Illian - zaczęła powoli. - Kiedy była młoda, matka zaaranżowała jej małżeństwo z człowiekiem, którego nigdy nie widziała na oczy. W Illian czasami robią takie rzeczy. Opowiadała mi, że pierwsze pięć lat spędziła na robieniu bezustannych awantur, a kolejne pięć na takim uprzykrzaniu mu życia, by nie wiedział, kogo o to obwiniać. Kilka lat później, jak opowiadała, zmarł i wtedy zrozumiała, że przez całe życie kochała właśnie jego.

- Nie rozumiem, co to ma wspólnego z naszą sytuacją.

W jej spojrzeniu mógł odczytać brak wiary w to, że on w ogóle próbuje zrozumieć. Jej głos przesyciła wystudiowana cierpliwość, z jaką nauczyciele zwracają się do szczególnie tępych uczniów.

- Tylko dlatego, że przeznaczenie wybierze coś dla ciebie, zamiast pozwolić ci na swobodny wybór, nie znaczy jeszcze, że musi to być coś złego. Nawet gdyby było to coś, o czym wiesz na pewno, iż nigdy byś tego nie wybrał, choćby minęło sto lat. "Lepsze dziesięć dni miłości niż lata żalu" - zacytowała.

- Teraz rozumiem jeszcze mniej - powiedział. - Nie musisz zostawać, jeżeli nie chcesz.

Powiesiła łyżkę na wysokim, rozdwojonym patyku wbitym w ziemię, a potem zupełnie go zaskoczyła, gdy wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.

- Jesteś wspaniałym człowiekiem, Perrinie Aybara. Nawet jeśli niczego nie rozumiesz.

Perrin niepewnie zamrugał oczyma. Żałował, że nie może być pewien, czy Rand jest w pełni władz umysłowych, albo że nie ma tu Mata. Nigdy zbyt dobrze nie wiedział, jak postępować z dziewczętami, natomiast Rand zdawał się radzić sobie zupełnie nieźle. Podobnie Mat; większość dziewcząt w domu, w Polu Emonda, skarżyła się wprawdzie, że Mat chyba nigdy nie dorośnie, ale on ewidentnie miał na nie jakieś sposoby.

- A jak jest z tobą, Perrin? Czy ty sam nie chciałbyś wrócić do domu?

- Cały czas mam na to ochotę - oznajmił żywo. - Ale ja... nie sądzę, żebym mógł. Jeszcze nie.

Spojrzał za siebie, w kierunku doliny, gdzie zostawił Randa.

"Wydaje się, że jesteśmy związani ze sobą, nieprawdaż, Rand?".

- Być może już nigdy.

Pomyślał, że może powiedział to zbyt cicho, by usłyszała, ale spojrzenie, jakim go obrzuciła, było pełne współczucia. I zrozumienia.

Doleciał go odgłos czyichś kroków, odwrócił się więc i spojrzał w kierunku szałasu Moiraine. Pośród ciemniejącego z każdą chwilą zmierzchu w ich kierunku zmierzały dwie postacie, uważnie wybierając drogę. Jedną była kobieta, szczupła, o ruchach pełnych gracji, nawet na nierównym, pochyłym gruncie. Mężczyzna zaś, o głowę wyższy od swej towarzyszki, zboczył w stronę pracujących Shienaran. Nawet oczy Perrina nie potrafiły wychwycić szczegółów, niekiedy tamten zdawał się znikać, potem pojawiał się na krótką chwilę, sylwetka częściowo gubiła się w mroku, a potem pojawiała na powrót w rytm podmuchów wiatru. Tylko zmiennokolorowy płaszcz Strażnika zdolny był do takich sztuczek, co oznaczało, że wyższa postać należy do Lana, a wobec tego niższą była z pewnością Moiraine.

W sporej odległości za nimi kolejna sylwetka, jeszcze trudniejsza do rozpoznania, prześlizgiwała się pomiędzy drzewami.

"Rand - pomyślał Perrin - wraca do swego szałasu. Kolejny wieczór, kiedy nic nie zje, bo nie będzie mógł znieść tych wszystkich skierowanych na niego spojrzeń".

- Ty chyba masz oczy z tyłu głowy - powiedziała Min, marszcząc brwi i spoglądając w kierunku nadchodzącej Aes Sedai. - Albo najostrzejszy słuch, z jakim zetknęłam się w życiu. Czy to Moiraine?

"Beztroska". Tak już się przyzwyczaił do tego, że Shienaranie wiedzą, jak bystry ma wzrok - w dziennym świetle przynajmniej, bo nie zorientowali się dotąd, że równie dobrze widzi nocą - że zdarzało mu się nie dbać o samokontrolę. "Beztroska może mnie zabić".

- Czy kobiecie Tuatha'anów nic się nie stało? - zapytała Min, kiedy Moiraine podeszła do ogniska.

- Odpoczywa. - Niski głos Aes Sedai miał melodyjne brzmienie, upodobniające go niemal do śpiewu, jej włosy zaś i ubranie były na powrót w doskonałym porządku. Na palcu lewej dłoni nosiła pierścień wyobrażający węża pożerającego własny ogon. Wielki Wąż - symbol wieczności, starszy nawet jeszcze niż Koło Czasu. Każda kobieta, która ukończyła nauki w Tar Valon nosiła taki pierścień.

Przez chwilę spojrzenie Moiraine spoczęło na Perrinie, zdając się wpijać nazbyt głęboko w jego duszę.

- Upadła i rozcięła sobie skórę na głowie, kiedy Rand... - Zacisnęła usta, lecz już w następnej chwili jej twarz była ponownie spokojna. - Uzdrowiłam ją i teraz śpi. Rany głowy zawsze mocno krwawią, nawet te najmniejsze, ale w jej przypadku to nic poważnego. Czy widziałaś coś przy niej, Min?

Min wyglądała na zmieszaną.

- Widziałam... Wydawało mi się, że widzę jej śmierć. Twarz zalaną krwią. Pewna byłam, że wiem, co to oznacza, ale skoro rozbiła sobie głowę... Jesteś pewna, że nic jej się nie stało?

To pytanie świadczyło o jej niepokoju. Aes Sedai nie Uzdrawiały tak, by zostawić coś, co jeszcze domagałoby się Uzdrowienia. A Talenty Moiraine były szczególnie silne w tej właśnie dziedzinie.

W głosie Min brzmiało takie zakłopotanie, że Perrin przez moment odczuwał prawdziwe zaskoczenie. Potem zrozumiawszy, pokiwał głową do swych myśli. Tak naprawdę nie lubiła przecież tego, co robiła, mimo że stanowiło to część niej samej; sądziła, że wie, jak działa jej dar, przynajmniej częściowo. Jeżeli mogła się mylić, byłoby to jak odkrycie, że nie wie, w jaki sposób posłużyć się własnymi dłońmi.

Moiraine rozważała coś przez chwilę, pogodna i spokojna.

- Nigdy dotąd się nie omyliłaś, odczytując coś dla mnie, w żadnej ze spraw, co do których mogę się przekonać, jak wyglądają naprawdę. Być może jest to właśnie pierwszy raz.

- Kiedy już coś wiem, to wiem - wyszeptała z uporem Min. - Światłości, pomóż mi, wiem.

- Może to się dopiero zdarzy. Przed nią długa droga, musi powrócić do swoich wozów, czeka ją przeprawa przez targane niepokojami okolice.

Głos Aes Sedai był jak chłodna pieśń, zupełnie obojętny. W gardle Perrina coś się mimowolnie odezwało.

"Światłości, czy mój głos też tak brzmi? Nie pozwolę, by czyjaś śmierć znaczyła dla mnie tak mało".

Moiraine spojrzała na niego, jakby wypowiedział swoje myśli na głos.

- Koło obraca się tak, jak chce, Perrin. Dawno temu powiedziałam ci, że toczymy wojnę. Nie możemy przestać dlatego tylko, że niektórzy z nas mogą zginąć. Wielu z nas może zginąć, zanim wszystko dobiegnie końca. Broń Leyi może nie być tego samego rodzaju jak twoja, ale ona wiedziała o tym wszystkim, co przed chwilą powiedziałam, kiedy zgłosiła swój akces do sprawy.

Perrin spuścił oczy.

"Może tak i jest, Aes Sedai, ale ja nigdy nie zaakceptuję tego w taki sposób jak ty".

Po drugiej stronie ogniska pojawił się Lan, obok niego stali Loial i Uno. Płomienie rzucały tańczące cienie na twarz Strażnika, w ich świetle jeszcze bardziej niż zazwyczaj przypominała kamienną płaskorzeźbę, całą z twardych płaszczyzn i kątów. Jego płaszcz nie wydawał się wcale łatwiejszy do wyłowienia wzrokiem w świetle ogniska niźli w cieniu. Czasami wyglądał tylko jak zwyczajny ciemny płaszcz, ciemny lub czarny wręcz, ale szarości i czernie zdawały się topić i zmieniać, gdy spojrzało się z bliska; cienie i odcienie prześlizgiwały się po nim, wsiąkały weń. Innymi razy wyglądało to tak, jakby Lan w jakiś sposób wyszarpnął kawałek nocy i owinął sobie ciemność wokół ramion. Nie była to rzecz, na którą łatwo było patrzeć, i niczego nie zmieniał tu fakt, kto ją nosił.

Lan był wysoki i krzepko zbudowany, jego błękitne oczy lśniły niczym dwa zamarznięte, górskie jeziora, a poruszał się ze śmiertelną gracją, która zdawała się scalać go z mieczem, który zawsze nosił przy boku. On nie wyglądał tylko na zdolnego do zadawania przemocy i śmierci - ten mężczyzna obłaskawił przemoc i śmierć, i nosił je w swej kieszeni, gotów wyzwolić je w mgnieniu oka, albo opanować, gdyby Moiraine powiedziała choć słowo. Przy Lanie nawet Uno wydawał się znacznie mniej groźny. W długich włosach Strażnika, przewiązanych na czole przepaską z plecionej skóry, błyszczały nitki siwizny, ale nawet młodsi mężczyźni unikali starcia z nim - jeśli byli na to dość mądrzy.

- Pani Leya przywiozła zwykłe wieści z Równiny Almoth - oznajmiła Moiraine. - Wszyscy walczą ze wszystkimi. Płoną wioski. Ludzie uciekają w różne strony. I na dodatek, na Równinie pojawili się Myśliwi poszukujący Rogu Valere.

Perrin poruszył się niespokojnie. Róg znajdował się tam, gdzie żaden z Myśliwych polujących na Równinie Almoth nie miał szans go znaleźć, gdzie, jak miał nadzieję, żaden Myśliwy nigdy go nie zdobędzie - a ona, zanim podjęła temat dalej, rzuciła mu chłodne spojrzenie. Nie pozwalała nikomu z nich nawet wspominać o Rogu. Wyjątkiem były oczywiście sytuacje, kiedy sama tego chciała.

- Przywiozła również inne wieści. Na Równinie Almoth zebrało się około pięciu tysięcy Białych Płaszczy.

Uno chrząknął.

- To przeklęta... ech, przepraszam, Aes Sedai. To musi być połowa całej ich siły. Nigdy dotąd nie gromadzili tak wielu ludzi w jednym miejscu.

- W związku z tym przypuszczam, że ci, którzy zgłosili swe poparcie dla Randa, albo zostali zabici, albo się rozproszyli - mruknął Perrin. - Albo wkrótce tak się stanie.

Nie lubił myśleć o Białych Płaszczach. W ogóle nie cierpiał Synów Światłości.

- To właśnie jest dziwne - powiedziała Moiraine. - Przynajmniej pierwsza część tej wiadomości. Synowie ogłosili, że przybywają, aby nieść pokój, co nie jest wcale dla nich niezwykłe. Niezwykłe jest to, że choć usiłują zmusić Tarabonian i Domani do wycofania się za ich naturalne granice, to nie wysłali żadnych sił przeciwko tym, którzy opowiedzieli się po stronie Smoka Odrodzonego.

Min wydała zaskoczony okrzyk.

- Czy ona jest tego pewna? Nie wygląda to na zwyczajny sposób postępowania Białych Płaszczy, przynajmniej na tyle, na ile ich znam.

- Na Równinie nie mogło zostać wielu przek... ech... wielu Druciarzy - oznajmił Uno. Jego głos aż skrzeczał od wysiłku pilnowania języka w obecności Aes Sedai. Brew nad prawdziwym okiem przybrała taki sam kształt jak nad namalowanym. - Nie lubią przebywać w miejscach, gdzie są jakieś kłopoty, a zwłaszcza walki. Nie może ich tam być dostatecznie wielu, by dali radę wszystko widzieć.

- Jest ich wystarczająco wielu dla realizacji moich celów - rzuciła twardo Moiraine. - Większość odeszła, ale kilku zostało, ponieważ ich o to poprosiłam. A Leya jest najzupełniej przekonana o tym, co mówi. Och, Synowie pochwycili kilka grupek Wyznawców Smoka, tam gdzie była ich jedynie garstka. Lecz chociaż ogłosili, że zniszczą tego fałszywego Smoka, chociaż posiadają tysiące ludzi, którzy zapewne nie mają nic do roboty i w związku z tym mogliby go ścigać, unikają kontaktu z jakimkolwiek oddziałem Wyznawców Smoka liczącym ponad pięćdziesięciu ludzi. Oczywiście nie jawnie, rozumiecie, ale zawsze coś ich opóźnia, coś, co pozwala tym, których ścigają, uciec.

- Tak więc Rand może się do nich udać, jeśli chce. - Loial zamrugał niepewnie, wpatrując się w Aes Sedai. Cały obóz wiedział o jej kłótniach z Randem. - Koło utorowało mu drogę.

Uno i Lan jednocześnie otworzyli usta, ale Shienaranin ustąpił pierwszeństwa z lekkim ukłonem.

- Najbardziej prawdopodobne - zaczął Strażnik - jest to, że Białe Płaszcze uknuły jakiś spisek, choć, niech mnie Światłość spali, jeżeli wiem, o co może w nim chodzić. Ale kiedy Biały Płaszcz daje mi podarunek, szukam ukrytej w nim zatrutej igły.

Uno przytaknął z ponurym grymasem na twarzy.

- Ponadto - ciągnął dalej Lan - Domani i Tarabonianie dalej starają się zabijać Wyznawców Smoka, i to z równą pasją jak siebie nawzajem.

- I jest jeszcze jedna rzecz - uzupełniła Moiraine. - Trzech młodych ludzi zmarło w jednej z wiosek, obok której przejeżdżały wozy Leyi.

Perrin dostrzegł błysk w oku Lana. U Strażnika równało się to mniej więcej takiemu samemu wyrazowi zaskoczenia, jakim u zwykłego człowieka byłby okrzyk. Nie spodziewał się, że ona o tym powie. Moiraine kontynuowała:

- Jeden został otruty, dwóch zasztyletowano. Za każdym razem stało się to w okolicznościach niedopuszczających, by ktoś mógł podejść blisko niezauważony. - Wbiła wzrok w płomienie. - Wszyscy trzej młodzieńcy byli wyżsi niż ich rówieśnicy i mieli oczy jasnej barwy. Jasne oczy stanowią coś stosunkowo rzadkiego na Równinie Almoth, sądzę jednak, że niezbyt szczęśliwie jest mieć teraz i tutaj jasne oczy oraz wysoki wzrost.

- Jak? - zapytał Perrin. - Jak mogli zostać zabici, kiedy nikt do nich nie mógł się zbliżyć?

- Czarny wysługuje się zabójcami, których nie zobaczysz, zanim nie jest zbyt późno - odrzekł cicho Lan.

Uno zadrżał.

- Bezduszni. Nigdy dotąd nie słyszałem o żadnym tak daleko na południe od Ziem Granicznych.

- Dość już tego gadania - ucięła twardo Moiraine.

Perrin miał jeszcze wiele pytań - "Czym, na Światłość, są ci Bezduszni? Czy przypominają trolloki albo Pomory? Czym są?" - ale zatrzymał je dla siebie. Kiedy Moiraine postanawiała, że dosyć powiedziano na jakiś temat, nie mówiła już nic więcej. A kiedy ona nabierała wody w usta, ust Lana nie otworzyłby nikt, nawet z pomocą żelaznego łomu. Shienaranie również uznawali jej przywództwo. Nikt nie miał ochoty rozgniewać Aes Sedai.

- Światłości! - wymamrotała Min, niespokojnie wpatrując się w gęstniejący mrok. - Nie można ich zobaczyć? Światłości!

- Tak więc nic się nie zmieniło - powiedział ponuro Perrin. - W każdym razie nic istotnego. Nie możemy zejść na równinę, a Czarny wciąż chce widzieć nas martwymi.

- Wszystko się zmieniło - zaoponowała spokojnie Moiraine - a Wzór włączył to w osnowę. Musimy kierować się strukturą Wzoru, a nie chwilowymi zmianami. - Spojrzała kolejno na każde z nich, potem dodała: - Uno, pewien jesteś, że twoi zwiadowcy nie przeoczyli nic podejrzanego? Nawet zupełnie nieistotnego?

- Odrodzenie się Lorda Smoka zachwiało bezpieczeństwem, Moiraine Sedai, a poza tym nigdy nie ma pewności, gdy walczy się z Myrddraalami, ale stawiam moje życie, że zwiadowcy wykonali równie dobrą robotę jak każdy Strażnik.

Było to jedno z najdłuższych przemówień pozbawionych przekleństw, jakie Perrin słyszał z ust Uno. Wysiłek sprawił, że na czole Shienaranina zaperlił się pot.

- Wszyscy się staraliśmy, ale to, co zrobił Rand, dla każdego Myrddraala w promieniu dziesięciu mil było równie widoczne jak ognisko płonące na szczycie góry.

- Być może... - zaczęła z wahaniem Min. - Być może powinnaś rozstawić dodatkowe zabezpieczenie, aby trzymać ich od nas z daleka.

Lan rzucił jej surowe spojrzenie. Zdarzało mu się kwestionować decyzje Moiraine, chociaż rzadko w obecności innych, nie pozwalał jednak, by pozostali zachowywali się podobnie. Min odpowiedziała mu równie ostrym grymasem.

- Cóż, Myrddraale i trolloki są wystarczająco paskudne, ale ich przynajmniej mogę zobaczyć. Wcale natomiast nie podoba mi się pomysł, że jeden z tych... tych Bezdusznych mógłby tutaj węszyć i poderżnąć mi gardło, zanim go w ogóle spostrzegę.

- Moje osłony chronią nas w równej mierze przed Bezdusznymi jak przed resztą Pomiotu Cienia - oznajmiła Moiraine. - Gdy jest się słabym tak jak my, to najlepszym wyjściem jest ukrycie się. Jeżeli jakiś Półczłowiek rzeczywiście czai się dostatecznie blisko, by móc... Cóż rozstawienie takiego pasa ochronnego, który by go zabił przy próbie wejścia na teren obozu, pozostaje poza moimi możliwościami, a zresztą nawet gdybym była w stanie go wykonać, to taki pas uwięziłby nas w środku. Ponieważ jednak nie jest możliwe utrzymywanie dwu osłon naraz, pozostawię zadanie strzeżenia nas zwiadowcom, wartownikom i Lanowi, a sama zaufam tylko takiej osłonie, z której może być jakiś pożytek.

- Mogę obejść obóz dookoła - zaproponował Lan. - Jeżeli jest tam coś, co przeoczyli zwiadowcy, ja to znajdę.

Nie była to przechwałka, tylko proste stwierdzenie faktu. Uno nawet pokiwał głową na znak, że się zgadza.

Moiraine jednak zaprotestowała.

- Jeżeli będziesz gdzieś potrzebny tej nocy, mój Gaidinie, to właśnie tutaj. - Podniosła oczy i objęła spojrzeniem otaczające ich pociemniałe góry. - Coś wisi w powietrzu.

- Oczekiwanie.

Słowo wyrwało się z ust Perrina, zanim zdążył ugryźć się w język. Kiedy Moiraine spojrzała na niego - a właściwie przejrzała go na wskroś - zapragnął je cofnąć.

- Tak - potwierdziła. - Oczekiwanie. Dopilnuj, by wartownicy byli szczególnie czujni dzisiejszej nocy, Uno.

Nie było potrzeby przypominać, iż mężczyźni powinni spać z bronią pod ręką, Shienaranie zawsze tak robili.

- Śpijcie dobrze - życzyła im wszystkim, jakby mieli na to jeszcze jakiekolwiek szanse, po czym poszła do swego szałasu. Lan został na tyle długo, by nabrać trzy miski gulaszu, po czym pośpieszył za nią i szybko pochłonęła go noc.

Oczy Perrina lśniły złotem, kiedy odprowadzał Strażnika spojrzeniem przez mrok.

- Śpijcie dobrze - mruknął. Zapach gotowanego mięsa sprawił nagle, że zrobiło mu się niedobrze. - Ja mam trzecią wartę, Uno? - Shienaranin przytaknął. - Wobec tego chyba skorzystam z jej rady.

Pozostali podchodzili kolejno do ogniska, szmer ich rozmów ścigał go, gdy szedł w górę stoku.

Miał własny szałas, małe pomieszczenie z tyczek na tyle długich, że mógł stanąć w środku wyprostowany; szpary pomiędzy nimi wypełniała wyschnięta glina. Prosta prycza, wyłożona gałęziami sosny i przykryta kocem, zajmowała niemalże połowę powierzchni. Ktokolwiek rozsiodłał jego konia, ustawił łuk dokładnie w drzwiach. Rozpiął pas i powiesił go razem z toporem i kołczanem na kołku, potem drżąc, rozebrał się do bielizny. Noce wciąż były chłodne, ale zimno nie pozwalało głęboko zasnąć. Głęboki sen przynosił ze sobą wizje, od których nie potrafił się uwolnić.

Leżał przez jakiś czas, przykryty pojedynczym kocem, wpatrując się w sufit z bali i drżąc. Potem zasnął i nadeszły sny.

Rozdział 4

Sny pełne cienia

Mimo ognia płonącego na długim, kamiennym kominku, główną salę gospody wypełniał chłód. Perrin zatarł dłonie przy ogniu, ale nie potrafił ich rozgrzać. Zimno dostarczało jednak dziwnej otuchy, jakby stanowiło jakąś tarczę, aczkolwiek nie potrafił wymyślić, przeciwko czemu owe tarcze miałyby go chronić. W zakamarku umysłu coś mu cicho mruczało, cichym, ledwie słyszalnym dźwiękiem, jakby coś tam drapało, usiłując dostać się do środka.

- Tak więc zrezygnujesz z niego. Tak będzie dla ciebie najlepiej. Chodź tu. Usiądź, to porozmawiamy.

Perrin odwrócił się, by spojrzeć na mówiącego. Okrągłe stoły rozproszone bezładnie po izbie były puste, tylko przy jednym z nich, w rogu, pogrążony w cieniu siedział samotny człowiek. Pozostała część wnętrza wydawała się w jakiś sposób zamglona, jakby była raczej wrażeniem niż miejscem, szczególnie wszystko, co nie znajdowało się dokładnie na wprost przed oczyma. Obejrzał się z powrotem na ogień, który płonął teraz na palenisku z cegieł. Z jakiegoś powodu w ogóle się tym wszystkim nie przejął.

"Choć powinienem".

Ale nie potrafił powiedzieć dlaczego.

Mężczyzna skinął dłonią i Perrin podszedł bliżej stołu. Kwadratowego stołu. Stoły były kwadratowe. Zmarszczył brwi i już miał dotknąć blatu palcem, ale cofnął rękę. W tym narożniku pomieszczenia nie było żadnych lamp i pomimo że reszta sali była jasno oświetlona, mężczyzna oraz stół, przy którym siedział, byli niemalże niedostrzegalni, nieomal pomieszani z ciemnością.

Perrin miał uczucie, że zna tego człowieka, ale było to wrażenie niejasne, jak widok chwytany kątem oka. Był w średnim wieku, przystojny i zbyt dobrze ubrany, jak na wiejską gospodę, w ciemny, czarny niemalże, aksamit z białą koronką u kołnierza i mankietów. Siedział sztywno, niekiedy przyciskając dłoń do piersi, jakby najdrobniejsze poruszenia bolały. Ciemne oczy, które wbił w twarz Perrina, wyglądały jak roziskrzone punkty wśród cieni.

- Z czego mam zrezygnować? - zapytał Perrin.

- Z niego, oczywiście. - Człowiek kiwnięciem głowy wskazał topór, wiszący mu u pasa. Wyglądał na zaskoczonego, jakby rozmowę tę prowadzili już wcześniej, jakby na nowo musiał rozpoczynać starą kłótnię.

Perrin nie zdawał sobie dotąd sprawy, że ma przy sobie topór, nie czuł jego ciężaru obciągającego pas. Przesunął dłonią po ostrzu w kształcie półksiężyca i równoważącym je grubym kolcu. Stal pod dotykiem sprawiała wrażenie... materialnej. Bardziej niż wszystko, co go otaczało. Być może była nawet bardziej materialna niż on sam. Pozostawił więc rękę przyciśniętą do ostrza po to, by czuć coś realnego.

- Myślałem o tym - powiedział - ale chyba nie jestem w stanie. Jeszcze nie.

"Jeszcze nie?".

Gospoda zdawała się migotać, a w jego głowie znowu rozbrzmiał tamten pomruk.

"Nie!".

Pomruk ucichł.

- Nie? - Człowiek uśmiechnął się zimnym uśmiechem. - Jesteś kowalem, chłopcze. I to zupełnie niezłym, jak słyszałem. Twoje dłonie stworzone zostały do młota, nie do topora. Stworzone do tego, by tworzyć, nie żeby zabijać. Wróć do tego, zanim będzie za późno.

Perrin zorientował się, że kiwa głową.

- Tak. Ale jestem również ta'veren.

Nigdy dotąd nie powiedział tego na głos.

"Ale od dawna już to wiedziałem".

Był tego pewien, ale nie mógł zrozumieć, skąd brała się ta pewność.

Uśmiech mężczyzny na chwilę zamienił się w grymas, ale zaraz potem powrócił, wyraźniejszy, silniejszy jeszcze niż przed chwilą.

- Wszystko można zmienić, są na to sposoby, chłopcze. Są sposoby nawet na uniknięcie przeznaczenia. Usiądź, to o tym porozmawiamy.

Cienie zdawały się przesuwać i gęstnieć, wyciągać macki.

Perrin zrobił krok do tyłu, starając się pozostawać w świetle.

- Chyba nie mam ochoty.

- Przynajmniej napij się ze mną. Za lata, które minęły, i za te, które nadejdą. Proszę, po tym będziesz widział jaśniej pewne rzeczy.

Kubek, który mężczyzna popchnął po blacie stołu w jego kierunku, jeszcze przed chwilą nie istniał. Teraz lśnił czystym srebrem, a ciemne wino koloru krwi wypełniało go aż po brzegi.

Perrin przyjrzał się twarzy swego rozmówcy. Nawet mimo ostrego wzroku niewiele widział, cienie spowijały niczym kirem rysy tamtego równie skutecznie jak płaszcz Strażnika. Coś było w jego oczach, coś, co powinien był sobie przypomnieć, gdyby się bardziej postarał. Mruczenie powróciło.

- Nie - powiedział do cichego dźwięku, który rozbrzmiewał pod jego czaszką, ale kiedy usta mężczyzny zacisnęły się w gniewie, błysku wściekłości, stłumionym równie szybko, jak się pojawił, stwierdził, że równie dobrze mogłoby się to odnosić do propozycji napicia się wina.

- Nie jestem spragniony.

Odwrócił się i popatrzył na drzwi. Kominek zbudowany był teraz z okrągłych rzecznych kamieni, kilka długich stołów z ławami przysuniętymi do dłuższych boków wypełniało dokładnie pomieszczenie. Nagle zapragnął znaleźć się na zewnątrz, gdziekolwiek, byle dalej od tego człowieka.

- Nie będziesz miał wielu szans. - Człowiek odezwał się za jego plecami, jego głos był twardy. - Trzy wątki splecione razem dzielą wspólne przeznaczenie. Kiedy jeden zostanie przecięty, z pozostałymi też się tak stanie. Los może cię zabić, o ile nie uczyni z tobą czegoś jeszcze gorszego.

Perrin poczuł nagle podmuch gorąca na plecach, podmuch, który równie nagle rozwiał się, jakby na moment otwarto drzwi wielkiego paleniska do wytapiania metali, a potem je błyskawicznie zamknięto. Zaskoczony obejrzał się za siebie, pomieszczenie było puste.

"To tylko sen" - pomyślał i zadrżał z zimna, a wtedy wszystko się zmieniło.

Spojrzał w lustro, po części nie pojmując tego, co widzi, po części zaś akceptując wszystko bez zastrzeżeń. Pozłacany hełm, odrobiony na kształt łba lwa, tkwił na jego głowie, jakby nosił go przez całe życie. Złote liście pokrywały zdobnie wykuty napierśnik, złoto zdobiło płyty i kolczugę na ramionach oraz nogach. Tylko topór przy boku był zwyczajny. Głos - własny głos - szeptał w głowie, iż przedkłada go nad każdą inną broń, że walczył nim w setce bitew.

"Nie!".

Chciał zdjąć tę zbroję, odrzucić ją.

"Nie mogę!".

W jego głowie rozbrzmiał głos, głośniejszy niż mruczenie, nieomal zrozumiały.

- Człowiek przeznaczony do zdobycia chwały.

Odskoczył od lustra, aby stwierdzić, że patrzy na najpiękniejszą kobietę, jaką w swym życiu widział. Reszta otoczenia mogłaby równie dobrze dla niego nie istnieć, interesowała go tylko ona. Jej oczy były niczym dwa nocne jeziora, skóra kremowobiała i bez wątpienia delikatna, bardziej gładka niż suknia z białego jedwabiu. Kiedy podeszła bliżej, zaschło mu w ustach. Zdał sobie sprawę, że wszystkie kobiety, jakie kiedykolwiek spotkał, były niezgrabne i niezdarne. Zadrżał, zastanawiając się, dlaczego tak mu zimno.

- Mężczyzna powinien chwytać swe przeznaczenie oboma rękoma - powiedziała, uśmiechając się. Ten uśmiech niemalże spowodował, że zrobiło mu się cieplej. Była wysoka, brakowało jej mniej niż dłoni, by mogła spojrzeć mu prosto w oczy. Srebrne grzebienie spinały włosy czarniejsze niż skrzydło kruka. Szeroki pas srebrnych ogniw otaczał talię, którą mógłby objąć dłońmi.

- O tak... - wyszeptał.

Przepełniające go zaskoczenie ścierało się z akceptacją. Nie miałby żadnego pożytku ze sławy. Ale kiedy ona to powiedziała, nie pragnął już niczego więcej.

- Chcę...

Pomruk wbił mu się w czaszkę.

"Nie!".

Pomruk ucichł, po chwili również gdzieś się podziała akceptacja. Prawie. Podniósł dłoń na wysokość głowy, dotknął pozłacanego hełmu, zdjął go.

- Nie... nie sądzę, abym go chciał. Nie należy do mnie.

- Nie chcesz go? - Zaśmiała się. - A czegóż mógłby chcieć mężczyzna, w którego żyłach płynie choć odrobina krwi, jak nie sławy? Takiej samej sławy, jaką byś zyskał, gdybyś zadął w Róg Valere.

- Nie chcę - powtórzył, czując, jak coś w nim wrzeszczy, że to kłamstwo. Róg Valere.

"Róg zagrał i rozpoczęła się dzika szarża. Śmierć jechała u jego boku, a mimo to ona na niego czekała. Jego kochanka. Jego zagłada".

- Nie! Jestem kowalem.

Uśmiechnęła się z politowaniem.

- To doprawdy niewiele, jak na przedmiot marzeń. Nie wolno ci słuchać tych, którzy będą starali się odwieść cię od twego przeznaczenia. Będą cię chcieli poniżyć, upodlić. Zniszczyć cię. Walka z przeznaczeniem przynieść może jedynie ból. Dlaczego wybierać ból, skoro możesz mieć sławę? A imię twoje będzie pamiętane obok imion wszystkich bohaterów legend.

- Nie jestem bohaterem.

- Nie wiesz nawet w połowie, kim jesteś. Czy kim możesz się stać. Chodź, napij się ze mną, za przeznaczenie i chwałę. - W jej dłoniach zalśnił srebrny kubek, wypełniony czerwonym jak krew winem. - Pij.

Patrzył na kubek i marszczył brwi. Było w nim coś... znajomego. Mruczenie wypełniło mu cały umysł.

"Nie!".

Walczył z nim, nie miał zamiaru go słuchać.

"Nie!".

Podała mu złoty kubek.

- Pij.

"Złoty? Sądziłem, że kubek był... był...".

Reszta myśli nie pojawiła się. Ale w jego pomieszanie wciąż wdzierał się ten głos, wręcz wgryzał, żądając posłuchania.

- Nie - powiedział. - Nie! - Popatrzył na złoty hełm w swoich dłoniach i odrzucił go na bok. - Jestem kowalem. Jestem...

Głos we wnętrzu głowy walczył z nim, wysilał się, by być słyszany. Otulił głowę ramionami, aby go z niej przegnać, ale tylko uwięził go w środku.

- Jestem człowiekiem! - wykrzyknął.

Ogarnęła go ciemność, ale jej głos szedł za nim, szepcząc.

- Zawsze zapada noc, a sny przychodzą do wszystkich ludzi. Szczególnie do ciebie, mój dzikusie. A ja zawsze będę w twoich snach.

Cisza.

Opuścił ramiona. Na powrót ubrany był w swój kaftan i spodnie, mocne i zgrabnie uszyte, nawet jeśli proste. Odpowiednia odzież dla kowala czy innego człowieka ze wsi. Jednakże ledwie je zauważył.

Stał na kamiennym moście z niską balustradą, gnącym się łukiem od jednej szerokiej, płaskodachej kamiennej iglicy do drugiej; iglice wyrastały z głębi, która nawet dla jego oczu okazała się niemożliwa do przeniknięcia. Dla wszystkich innych oczu światło byłoby mętne, nie umiał stwierdzić, skąd dobiegało. Po prostu było. Gdziekolwiek spojrzał, na prawo czy lewo, w górę czy w dół, widział kolejne mosty, następne iglice i rampy bez balustrad. Wydawało się, że nie mają końca i że ich układ jest zupełnie pozbawiony jakiegokolwiek planu. Co gorsza, niektóre z ramp dochodziły do wierzchołków iglic, znajdujących się dokładnie ponad tymi, od których odchodziły. Odgłos spadającej wody, zdający się dochodzić zewsząd naraz, rozchodził się echem. Zadrżał z zimna.

Nagle kątem oka pochwycił jakiś ruch; nie myśląc, przykucnął za niską balustradą. Dać się zobaczyć oznaczało niebezpieczeństwo. Nie wiedział dlaczego, wiedział jednak, że to prawda. Po prostu wiedział.

Ostrożnie wyglądając przez balustradę, szukał wzrokiem źródła ruchu. Na odległej rampie zamigotał rozbłysk bieli. Kobieta, tego był pewien, ale nie potrafił zobaczyć jej dokładnie. Kobieta w białej sukni, spiesząca dokądś.

Na moście znajdującym się odrobinę niżej niż ten, na którym stał, i dużo bliżej niźli ten, na którym zobaczył kobietę, pojawił się nagle jakiś mężczyzna, wysoki, ciemny i szczupły; czarne włosy przetykane srebrem nadawały mu dystyngowany wygląd, ciemnozielony płaszcz był gęsto wyszywany złotymi liśćmi. Złocenia pokrywały jego pas i sakwę, klejnoty na pochwie sztyletu rozsiewały wokół iskry światła, złote frędzle otaczały cholewy wysokich butów. Skąd on się tu wziął?

Kolejny mężczyzna wszedł z drugiej strony na most, po którym szedł tamten, jego pojawienie się było równie raptowne jak tego pierwszego. Czarne pasy biegły w dół bufiastych rękawów czerwonego kaftana, grube koronki zdobiły kołnierz i mankiety. Jego buty były tak gęsto naszywane srebrem, że ledwie widać było skórę. Był niższy niż człowiek, któremu szedł na spotkanie, bardziej krępy, krótko ostrzyżone włosy lśniły taką samą bielą jak jego koronki. Mimo iż na pozór stary, w najmniejszej mierze nie wyglądał słabo czy krucho. Kroczył przed siebie z tą samą arogancką siłą, którą manifestował idący mu naprzeciw mężczyzna.

Obaj zbliżali się do siebie, zachowując daleko posuniętą ostrożność.

"Jak dwaj handlarze koni, z których każdy wie, iż drugi ma na sprzedaż kulawą klacz" - pomyślał Perrin.

Mężczyźni zaczęli rozmawiać. Perrin natężał słuch, ale we wszechobecnym odgłosie spadającej wody słyszał tylko niewyraźne mamrotanie. Grymasy, spojrzenia i gwałtowne ruchy, jakby zatrzymane w połowie uderzenia. Ci dwaj nie ufali sobie wzajem. Pomyślał, że w istocie mogą się nawet nienawidzić.

Spojrzał w górę, w poszukiwaniu kobiety, ale okazało się, że zniknęła. Kiedy ponownie skierował spojrzenie na dół, do dwu mężczyzn dołączył trzeci. I w jakiś sposób, skądś, Perrin niemalże poznał go w przebłysku zaćmionej pamięci. Przystojny mężczyzna ubrany w czarne aksamity i białe koronki.

"Gospoda - pomyślał. - I jeszcze coś, co zdarzyło się wcześniej. Coś...".

Coś, co się zdarzyło przed wielu laty, tak mu się przynajmniej zdawało. Wspomnienia jednak nie powróciły.

Pierwsi dwaj stali teraz ramię w ramię, tworząc niewygodne przymierze wywołane obecnością nowo przybyłego. Krzyczał na nich i wygrażał im pięścią, a oni nerwowo szurali nogami, starając się nie patrzeć mu w oczy. Jeśli nawet się wzajem nienawidzili, to tamtego bali się bardziej.

"Jego oczy - pomyślał Perrin. - Co jest dziwnego w tych oczach?".

Wysoki, ciemny mężczyzna zaczął sprzeczać się z tamtym, najpierw powoli, potem z rosnącą zapalczywością. Mężczyzna o białych włosach przyłączył się i nagle ich czasowe przymierze pękło. Wszyscy trzej krzyczeli naraz, każdy na zmianę na obu pozostałych. Naraz mężczyzna w czarnych aksamitach rozrzucił szeroko ramiona, jakby domagając się zakończenia kłótni. I w tym momencie objęła ich i skryła w sobie kula ognia, która rosła, z każdą chwilą stając się coraz większa.

Perrin nakrył głowę ramionami, po czym dopadł do kamiennej balustrady i skulił się tam, a wiatr szarpał nim i wydymał jego ubranie, wiatr gorący jak ogień. Wiatr, który był ogniem. Nawet mając zamknięte powieki, widział płomień przewalający się falą przez wszystko, płomień przeszywający wszystko. Płomienista burza runęła na niego; czuł ją na swym ciele, czuł, jak pali i szarpie, pragnąc go pochłonąć i rozproszyć popioły. Zawył, usiłując wczepić się desperacko w siebie, wiedząc jednocześnie, że to nie wystarczy.

I nagle, między jednym uderzeniem serca a drugim, wiatr ucichł. Nie było żadnego przejścia: w jednej chwili płomień walił się na niego, w następnej zapanował doskonały spokój. Echo spadającej wody stanowiło jedyny słyszalny dźwięk.

Usiadł powoli i obadał dokładnie swe ciało. Rzeczy, które miał na sobie, były całe, bez najmniejszego śladu ognia, odsłonięta skóra nienaruszona. Tylko pamięć żaru pozwalała mu uwierzyć, że wszystko zdarzyło się naprawdę. Wspomnienia te były jednak tylko wspomnieniami umysłu, ciało nie pamiętało niczego.

Ostrożnie spojrzał przez balustradę. Z mostu, na którym stali mężczyźni, pozostało tylko po kilka stóp stopionych wsporników z każdej strony. Po mężczyznach nie było nawet śladu.

Włosy zjeżyły mu się na karku, obejrzał się za siebie. Na rampie znajdującej się nieco wyżej, po prawej stronie, stał kudłaty, szary wilk i patrzył na niego.

"Nie! - Poderwał się na równe nogi i rzucił do ucieczki. - To jest sen! Koszmar! Chcę się obudzić!".

Biegł, ledwie coś widząc - przed oczyma wirowały mu plamy. Bzyczenie wypełniło jego uszy, potem ścichło, a wtedy migotanie przed oczyma również zniknęło.

Zadrżał z zimna i po raz pierwszy zrozumiał, bez najmniejszych wątpliwości, że to naprawdę jest sen. Niejasno był świadom jakichś mglistych wspomnień snów, które poprzedzały ten, ale ten sen znał dokładnie. Był już w tym miejscu, podczas wcześniejszych nocy, i mimo że nic z tego nie rozumiał, wciąż traktował wszystko jako sen. Tym razem przynajmiej wiedza niczego nie zmieniała.

Otwartą przestrzeń, na której stanął, otaczały ogromne kolumny z wypolerowanego czerwonego kamienia, sklepiony sufit znajdował się pięćdziesiąt lub więcej stóp ponad jego głową. Nie byłby w stanie objąć tych kolumn ramionami, nawet gdyby miał do pomocy drugiego mężczyznę równie barczystego jak on sam. Posadzka wyłożona była wielkimi płytami z jasnoszarego kamienia, mocno wytartymi przez niezliczone stopy wielu generacji.

A pośrodku, pod kopułą, znajdowała się przyczyna, dla której wszyscy ci ludzie przychodzili do tej komnaty. Miecz, wiszący w powietrzu, rękojeścią w dół, na pozór niezawieszony na niczym, w miejscu gdzie, wydawałoby się, każdy mógł po niego sięgnąć i ująć go. Obracał się powoli, jakby pochwycony tchnieniem powietrza. Z tym, że nie był to naprawdę miecz. Wyglądał, jakby go zrobiono ze szkła, czy raczej kryształu, ostrze, rękojeść i jelec żywiły się niejako mglistym światłem, rozsyłając je w postaci tysiąca błysków i lśnień.

Podszedł do niego i wyciągnął dłoń, tak jak to czynił tyle razy wcześniej. Dokładnie pamiętał, jak to się działo. Rękojeść wisiała dokładnie naprzeciw jego twarzy, w zasięgu ręki. W odległości stopy od lśniącego miecza jego dłoń odbiła się od pustego powietrza niczym od kamienia. Wiedział zresztą, że tak się stanie. Nacisnął mocniej, ale równie dobrze mógłby usiłować przewrócić mur. Miecz obrócił się i zalśnił iskrami światła, odległy jedynie o stopę, a jednocześnie równie niedosiężny, jakby znajdował się po drugiej stronie oceanu.

"Callandor".

Nie wiedział, skąd dobiegł ten szept, czy z jego głowy, czy z zewnątrz, zdawał się odbijać echem pośród kolumn, równie cichy jak wiatr, dobiegający ze wszystkich stron naraz, naglący.

"Callandor. Kto włada mną, włada przeznaczeniem. Weź mnie i rozpocznijmy ostatnią podróż".

Cofnął się o krok, nagle przestraszony. To usłyszał po raz pierwszy. Śnił ten sen dotąd czterokrotnie - nawet teraz sobie to przypominał, cztery noce, jedną po drugiej - a teraz, po raz pierwszy szept powiedział mu coś innego.

"Nadchodzą Wykoślawieni".

To był inny szept, szept, którego źródło znał; drgnął nerwowo, jakby poczuł na sobie dotknięcie Myrddraala. Pomiędzy kolumnami stał wilk, górski wilk, sięgający mu niemalże do pasa, porośnięty kudłatą biało-szarą sierścią. Wpatrywał się w niego z napięciem, oczyma żółtymi jak jego własne.

"Nadchodzą Wykoślawieni".

- Nie - zgrzytnął zębami Perrin. - Nie! Nie wpuszczę cię! Nie-pozwolę-ci!

Przemocą wyrwał się ze snu i usiadł na pryczy, trzęsąc się ze strachu, zimna i gniewu.

- Nie pozwolę - wyszeptał ochryple.

"Nadchodzą Wykoślawieni".

Myśl uformowała się wyraźnie w jego głowie, nie była to jednak jego własna myśl.

"Nadchodzą Wykoślawieni, bracie".

Rozdział 5

Koszmar na jawie

Wyskoczywszy z łóżka, Perrin pochwycił swój topór i wybiegł na zewnątrz boso, w cienkim lnie, zupełnie nie zważając na chłód. Chmury kąpały się w bladej bieli księżycowej poświaty. Dla jego oczu światła było wystarczająco dużo, nazbyt wiele: widział przemykające się pomiędzy drzewami cienie, cienie omalże tak duże jak Loial, o twarzach zniekształconych dziobami i pyskami. Na poły ludzkie głowy z rogami i pierzastymi czubami, wstrętne sylwetki poruszające się na kopytach lub szponach równie często jak na stopach odzianych w wysokie buty.

Otworzył usta, by wykrzyczeć ostrzeżenie, ale nagle drzwi szałasu Moiraine otworzyły się gwałtownie, wyskoczył z nich Lan z mieczem w dłoni, wrzeszcząc:

- Trolloki! Wstawać, jeśli wam życie miłe! Trolloki!

Odpowiedziały mu krzyki mężczyzn, którzy zaczęli wysypywać się ze swych szałasów, rozebrani jak to do snu, ale z mieczami w dłoniach. Z potwornym wyciem trolloki ruszyły naprzód, na ich spotkanie wyszła stal mieczy i bojowe okrzyki: "Shienar!" oraz "Smok Odrodzony!".

Lan w pełni ubrany - Perrin mógłby się założyć, że Strażnik wcale nie spał - rzucił się w sam środek ciżby trolloków, jakby jego wełniana odzież była zbroją. Zdawał się tańczyć od jednego do drugiego, człowiek i miecz płynęli z gracją wody lub wiatru, a tam gdzie przeszedł, trolloki skrzeczały i umierały.

Moiraine również wyszła w noc i tańczyła swój własny taniec pomiędzy trollokami. Jedyną widoczną u niej bronią był krótki pręt, jednak tam, gdzie dotknęła nim trolloka, na jego skórze pojawiała się pręga płomienia. Wolną dłonią ciskała ogniste kule, niczym pioruny brane prosto z powietrza; te trolloki, które dosięgły płomienie, wyły i waliły się na ziemię.

Naraz drzewo stanęło w ogniu od korzeni aż po koronę, potem następne i kolejne. Trolloki darły się, gdy ich oczy raził niespodziewany blask, ale nie przestawały wymachiwać toporami o przeciwstawnym do ostrza kolcu i zakrzywionymi mieczami przypominającymi w kształcie ostrze kosy.

Nagle Perrin spostrzegł Leyę, która stanęła z wahaniem przy chacie Moiraine, w pół drogi przez nieckę od niego, i wtedy opuściły go myśli o czymkolwiek innym. Kobieta Tath'anów przycisnąwszy plecy do ściany z dłużyc, ręką trzymała się za gardło. Światło płonących drzew ukazało mu przerażenie i ból oraz wstręt obecny na jej twarzy, kiedy przyglądała się scenom rzezi.

Nad nim zamajaczył trollok, okrutnie zakrzywiony dziób miał tam, gdzie powinny być usta i nos. Czarna kolczuga nabijana kolcami osłaniała go od ramion do kolan, zamiast stóp miał jastrzębie pazury. Zamachnął się wygiętym mieczem. Pachniał potem, brudem i bólem.

Perrin przykucnął, unikając ciosu i krzyknął coś bez słów, kiedy jego topór uderzył. Wiedział, że powinien się bać, ale potrzeba chwili wyparła strach. Znaczenie miało tylko to, by zdążyć dobiec do Leyi i zabrać ją do jakiejś kryjówki, a trollok po prostu stał mu na drodze.

Trollok padł, wyjąc i ryjąc stopami ziemię, Perrin nie wiedział nawet, gdzie go trafił, czy on umiera, czy tylko został raniony. Przeskoczył przez niego i pognał w górę stoku.

Płonące drzewa rzucały niesamowite cienie na małą dolinę. Migoczący cień obok chaty Moiraine zmienił się nagle w postać trolloka o rogatym kozim pysku. Ściskając ostro zakończony topór w obu dłoniach, zamierzał właśnie zbiec na dół, by włączyć się do bitwy, kiedy jego oczy padły na Leyę.

- Nie! - krzyknął Perrin. - Światłości, nie!

Spod jego bosych stóp pryskały kamyki, nie czuł jednak skaleczeń. Topór trolloka uniósł się.

- Leyaaaaaaaa!

W ostatniej chwili trollok odwrócił się, skierował topór w stronę Perrina. Ten rzucił się na ziemię i jęknął, kiedy topór zahaczył skórę na grzbiecie. Rozpaczliwie wyciągnął dłoń, złapał kozie kopyto i szarpnął z całej siły. Trollok, jakby ziemia usunęła mu się spod nóg, upadł z łomotem, kiedy jednak zaczął ześlizgiwać się po stoku, chwycił Perrina w potężne łapy, dwukrotnie większe niż jego dłonie, i zaczęli staczać się razem. Smród potwora wypełnił mu nozdrza, mieszanina zapachów kozła i ludzkiego potu. Potężne ramiona zaciskały się wokół jego klatki piersiowej, wyduszając z niego powietrze, żebra trzeszczały, jakby za chwilę miały pęknąć. Trollok upadając, zgubił swój topór, ale białe kozie zęby wgryzły się z całej siły w jego ramię. Perrin jęknął z bólu, który go tam przeszył. Płuca walczyły o oddech, ciemność zaczynała już przysłaniać mu spojrzenie, w niejasny sposób jednak zdał sobie sprawę, że drugie ramię ma wolne, że w jakiś sposób udało mu się nie zgubić topora. Trzymał go krótko przy ostrzu, jak młotek, kolcem do przodu. Z rykiem, który wydobył resztę powietrza z jego płuc, wbił kolec w skroń trolloka.

Tamten bez jednego dźwięku znieruchomiał, jego członki rozwarły się, a Perrin skręcił w bok. Instynktownie zacisnął dłonie na stylisku topora, wyrywając ostrze z głowy trolloka, który ześlizgiwał się dalej po stoku, wciąż wstrząsany drgawkami.

Przez chwilę Perrin leżał nieruchomo, starając się złapać oddech. Rana na plecach bolała, czuł wilgoć krwi. Ramię zaprotestowało, kiedy się na nim wsparł.

- Leya?

Wciąż tam była, skulona przed szałasem, nie dalej niż dziesięć kroków od niego. I patrzyła na niego z takim wyrazem twarzy, że nie miał odwagi napotkać jej spojrzenia.

- Nie żałuj mnie! - warknął na nią. - Nie...!

Z dachu szałasu skoczył Myrddraal - zdawało się, w zwolnionym tempie - czarny płaszcz zwisał podczas leniwego spadania, jakby stwór stał nieruchomo na ziemi. Bezokie spojrzenie wbite było w Perrina. Pachniał śmiercią.

Kiedy Myrddraal tak wpatrywał się w niego, Perrin czuł, jak ziębną mu ręce i nogi. Pierś zmieniła się w lodowatą grudę.

- Leya - wyszeptał. Wszystko, co mógł zrobić, to nie uciekać. - Leya, proszę, schowaj się. Proszę.

Półczłowiek ruszył w jego kierunku, powoli, przekonany, że strach trzyma go w swym żelaznym uścisku. Poruszał się jak wąż, wyswobadzając jednocześnie zza pasa miecz, tak czarny, że tylko dzięki płonącym drzewom można było go dostrzec.

- Obetnij jedną nogę trójnogu - powiedział miękko - a cały upadnie.

Jego głos brzmiał tak, jakby ktoś kruszył zetlałą ze starości skórę.

Nagle Leya poruszyła się, skoczyła naprzód, usiłując obłapić ramionami nogę Myrddraala. Zamachnął się czarnym mieczem, jakby od niechcenia, nawet nie patrząc: Leya zgięła się wpół i osunęła na ziemię.

Perrinowi zakręciły się łzy w oczach.

"Powinienem jej pomóc... uratować ją. Powinienem... powinienem zrobić coś!".

Ale dopóki miał na sobie to bezokie spojrzenie Myrddraala, dopóty już samo myślenie kosztowało go wiele wysiłku.

"Nadchodzimy, bracie. Nadchodzimy, Młody Byku".

Słowa wewnątrz jego umysłu rozdźwięczały niczym serce dzwonu. Ich pogłos rozniósł się drżeniem po całym jego ciele. Razem ze słowami pojawiły się wilki, w ogromnej liczbie, zalały jego umysł tak samo, jak zalały nieckę w kształcie pucharu. Górskie wilki, sięgające człowiekowi niemal do pasa, całe w białych i szarych łatach, wyskakiwały w pełnym biegu spośród nocy i świadome zaskoczenia dwunożnych, rzucały się naprzód do gardeł Wykoślawionych. Wilki wypełniły go do tego stopnia, iż ledwie pamiętał, że kiedykolwiek był człowiekiem. Jego oczy wchłonęły światło, zaświeciły złotą żółcią. A Półczłowiek zatrzymał się, jakby stracił nagle pewność siebie.

- Pomorze - powiedział pogardliwie Perrin, ale nagle do głowy przyszło mu inne imię, podpowiedziane przez wilki. Trolloki, Wykoślawieni, stworzeni podczas Wojny z Cieniem, stanowiąc skrzyżowanie ludzi i zwierząt, byli wystarczająco paskudni, ale Myrddraale...

- Niezrodzony! - wypluł z siebie Młody Byk. Obnażył zęby, warknął i rzucił się na Myrddraala.

Ten poruszał się jak żmija, giętki i śmiertelnie groźny, czarny miecz śmignął jak błyskawica, ale on był przecież Młodym Bykiem. Tak nazywały go wilki. Młody Byk ze stalowymi rogami, którymi władał za pomocą dłoni. Był teraz jednym z wilkami. Był wilkiem, a każdy wilk chętnie zginąłby sto razy, aby zobaczyć, jak Niezrodzony umiera. Pomor cofnął się przed nim, czarne ostrze śmigało, próbując odeprzeć jego cięcia.

Ścięgno w kolanie i gardło, tak zabijały wilki. Młody Byk rzucił się nagle w bok i przyklęknął, topór przeciął tył kolana Półczłowieka. Myrddraal wrzasnął - krzykiem niczym zgrzyt metalu po kościach, krzykiem, który innym razem spowodowałby, iż włosy zjeżyłyby mu się na głowie. Półczłowiek - Niezrodzony - wciąż twardo ściskał w garści swój miecz, zanim jednak zdążył się pozbierać, topór Młodego Byka uderzył ponownie. Na pół odrąbana głowa Myrddraala zwisała mu z pleców, lecz opierając się wciąż na jednej ręce, Niezrodzony dziko wymachiwał swoim mieczem. Niezrodzeni zawsze umierali długo.

Dzięki myślom wilków, które rozgościły się w jego umyśle, a także własnym oczom, Młody Byk widział trolloki padające na ziemię, skrzeczące, mimo iż nie tknęła ich ani dłoń człowieka, ani zęby wilka. To ci, którzy złączeni byli z tym Myrddraalem - umrą, kiedy on umrze, jeżeli nikt nie zabije ich pierwej.

Potrzeba zbiegnięcia ze stoku i przyłączenia się do swych braci, zabijania razem z nimi Wykoślawionych, ścigania pozostałych Niezrodzonych była silna, jednak pogrzebana głęboko część osobowości pamiętała, że kiedyś był człowiekiem.

"Leya".

Rzucił topór i delikatnie odwrócił ją na plecy. Krew pokrywała jej twarz, a oczy patrzyły na niego zeszklone śmiercią. Miał wrażenie, że ten wzrok go oskarża.

- Próbowałem - powiedział. - Próbowałem cię uratować. - Jej spojrzenie nie zmieniło się. - Co jeszcze mogłem zrobić? Zabiłby cię, gdybym ja go nie zabił!

"Chodź, Młody Byku. Chodź zabijać Wykoślawionych".

Wilk rozbudził się w nim, ogarnął go. Perrin złożył Leyę z powrotem na plecach, podniósł swój topór, którego ostrze zalśniło wilgocią. Kiedy zbiegał w dół skalistego zbocza, jego oczy lśniły. Był Młodym Bykiem.

Drzewa rozsiane rzadko po dolinie w kształcie kielicha płonęły jak pochodnie. Wysoka sosna właśnie stanęła w ogniu, gdy Młody Byk przyłączył się do bitwy. Nocne niebo rozbłyskiwało błękitem poziomych błyskawic, a Lan walczył właśnie z kolejnym Myrddraalem - starożytne ostrze wykonane przez Aes Sedai spotkało czarną stal fasonowaną w Thakan'dar, w cieniu Shayol Ghul. Loial wymachiwał pałką wielkości pnia młodego drzewka, wirujące drewno nie pozwalało trollokom zbliżyć się do niego bez narażenia się na cios i upadek. Mężczyźni walczyli desperacko pośród tańczących cieni, ale Młody Byk - Perrin - z daleka zauważył, że zbyt wielu Shienaran leży już na ziemi.

Jego bracia i siostry walczyli w małych stadach po trzy, cztery sztuki, przypadając do ziemi, by uniknąć kosopodobnych mieczy i opatrzonych kolcem toporów, potem skakali, aby rozerwać ścięgno kolanowe, i rzucali się do gardła, gdy ofiara padała. Nie było żadnej godności w sposobie, w jaki walczyli, żadnej chwały, żadnej litości. Nie przybiegli tu, by stoczyć bitwę, lecz by zabijać. Młody Byk przyłączył się do jednej z małych sfor, ostrze topora zastępowało mu zęby.

Nie myślał już o całości bitwy. Liczył się tylko ten trollok, którego on i wilki - bracia - odcięli od reszty i zabili. Potem będzie następny, i następny, i następny, aż wreszcie nie zostanie żaden. Ani tutaj, ani nigdzie. Czuł przemożne pragnienie, by odrzucić topór i używać zębów, by biec na czterech łapach jak jego bracia. Biec przez wysokie górskie przełęcze. Biec zanurzony po brzuch w puszystym śniegu. Biec i czuć, jak zimny wiatr rozwiewa mu futro. Warczał razem z braćmi, a trolloki wyły ze strachu na widok jego żółtych oczu, zdjęte trwogą znacznie większą niż wobec spojrzenia zwyczajnych, wilczych ślepi.

Nagle zdał sobie sprawę, że nie ma już więcej trolloków, przynajmniej trzymających się na nogach, nigdzie, w całej niecce, choć czuł, że jego bracia gonią jeszcze tych, którzy uciekli. Stado złożone z siedmiu znalazło inną ofiarę, gdzieś w ciemnościach. Jeden z Niezrodzonych uciekł w stronę swego czworonoga - swego konia, podpowiedziała jakaś odległa część umysłu - i bracia ruszyli za nim, z nozdrzami wypełnionymi jego zapachem, istotą śmierci. Jego umysł był z nimi, widział ich oczami. Kiedy go dogoniły, Niezrodzony odwrócił się, przeklął; czarne ostrze i czarny ubiór wyglądały jak fragment nocy. Ale jego bracia i siostry polowali właśnie pośród nocy.

Młody Byk warknął, gdy pierwszy brat zginął, ból jego śmierci przeszył go jak lanca, lecz już następni zbliżali się i coraz więcej braci i sióstr umierało, ale kłapiące szczęki ściągnęły wreszcie Niezrodzonego na ziemię. Sam walczył teraz za pomocą własnych zębów, przegryzał gardła, ciął pazurami, które rozrywały skórę i ciało niczym te twarde szpony dwunożnych, jednak bracia rzucali się na nie z furią, nawet jeśli przy tym umierali. Na koniec samotna siostra podźwignęła się z wciąż kotłującego się stosu i chwiejnie odeszła na bok. Nazywano ją Poranna Mgła, ale tak jak wszystkie imiona wilków również i to oznaczało coś więcej: mroźny poranek, którego powietrze kłuło zapowiedzią śniegu, i mgła kłębiąca się grubą warstwą w dolinie, wirująca w ostrym wietrze niosącym zapowiedź dobrego polowania. Poranna Mgła uniosła łeb i zawyła do skrytego za chmurami księżyca, opłakując swoją śmierć.

Młody Byk również odrzucił głowę i zawył wraz z nią, opłakiwał wraz z nią.

Kiedy opuścił głowę, zorientował się, że Min patrzy na niego.

- Czy dobrze się czujesz, Perrin? - zapytała z powątpiewaniem.

Miała sińce na policzkach, a jeden z rękawów jej kaftana był na pół oberwany. W jednej dłoni trzymała krótką pałkę, w drugiej sztylet: jedno i drugie oblepione krwią i sierścią.

Spostrzegł, że wszyscy patrzą na niego, wszyscy ci, którzy trzymali się jeszcze na nogach. Loial, opierający się ciężko na swojej pałce, Shienaranie, którzy znosili swych rannych do miejsca, gdzie Moiraine właśnie kucała przy jednym z nich, a Lan stał przy jej boku. Nawet Aes Sedai spoglądała w jego stronę. Płonące drzewa, niczym wielkie pochodnie, rozsiewały rozkołysane cienie. Martwe trolloki leżały wszędzie. Więcej Shienaran leżało, niźli stało, a pomiędzy nimi spoczywały ciała jego braci. Tak wiele...

Perrin zorientował się, że znowu chce ma się wyć. Szaleńczym wysiłkiem odgrodził się od kontaktu z wilkami. Ale obrazy i emocje przeciekały przez mentalną barierę, próbował więc je zdławić. W końcu przestał je czuć, przestał odczuwać ich ból, ich gniew, pragnienie ścigania Wykoślawionych albo biegu... Potrząsnął głową. Rana na plecach paliła jak ogień, miał wrażenie, że ktoś wali młotem w jego poszarpane ramię. Bose stopy, podrapane i pokaleczone, pulsowały bólem. Zapach krwi zalegał wszędzie. I zapach trolloków. Oraz śmierci.

- Ja... czuję się dobrze, Min.

- Dobrze się spisałeś w walce, kowalu - powiedział Lan. Strażnik uniósł swój wciąż poczerniały od krwi miecz ponad głowę. - Tai'shar Manetheren! Tai'shar Andor!

Prawdziwa krew Manetheren. Prawdziwa krew Andoru.

Ci Shienaranie, którzy wciąż stali - jakże nieliczni - unieśli swe ostrza i przyłączyli się do wiwatu.

- Tai'shar Manetheren! Tai'shar Andor!

Loial pokiwał głową.

- Ta'veren - dodał.

Perrin spuścił oczy w zmieszaniu. Lan uratował go wprawdzie przed pytaniami, na które nie chciał odpowiadać, ale oddał mu honory, na jakie nie zasługiwał. Pozostali niczego nie rozumieli. Zastanawiał się, co by powiedzieli, gdyby znali prawdę. Kiedy Min podeszła bliżej, wymamrotał:

- Leya nie żyje. Nie dałem rady... A tak niewiele brakowało, bym zdążył na czas.

- To by nic nie dało - powiedziała cicho. - Sam dobrze wiesz. - Pochyliła się, by obejrzeć jego plecy i na jej twarzy pojawił się grymas. - Moiraine zajmie się tym. Uzdrawia, kogo może.

Perrin pokiwał głową. Plecy miał sztywne od zaschniętej krwi, całe aż do pasa, ale mimo bólu ledwie to zauważał.

"Światłości, o mało co, a byłbym tym razem nie wrócił. Nie mogę dopuścić, by to się powtórzyło. Nie mogę. Nigdy więcej!".

Ale kiedy był z wilkami, wszystko wyglądało inaczej. Nie musiał się przejmować obcymi, którzy obawiali się go tylko dlatego, że był taki duży. Nikt nie twierdził, że on wolno myśli tylko dlatego, że starał się uważać na innych. Wilki znały się nawzajem, nawet jeśli nigdy przedtem się nie spotkały, a wśród nich był tylko jeszcze jednym wilkiem.

"Nie!".

Jego dłonie zacisnęły się na stylisku topora.

"Nie!".

Wzdrygnął się, gdy Masema znienacka przemówił:

- To był znak - powiedział Shienaranin, obracając się wkoło, by wszyscy go słyszeli. Na ramionach i piersiach miał krew - kiedy zaczęła się walka, był odziany tylko w spodnie - kulał, ale światło w jego oczach lśniło tak żywo jak poprzednio. Bardziej nawet. - Znak zesłany, by utwierdzić nas w wierze. Nawet wilki się pojawiły, by walczyć za Smoka Odrodzonego. W Ostatniej Bitwie Lord Smok wezwie zwierzęta z najgłębszych kniei, by walczyły po naszej stronie. To znak dla nas, że winniśmy iść dalej. Tylko Sprzymierzeńcy Ciemności odmówią przyłączenia się do nas.

Dwu Shienaran pokiwało głowami.

- Zamknij przeklętą gębę, Masema! - warknął Uno. Wydawał się nietknięty, ale Uno przecież walczył już z trollokami, zanim jeszcze Perrin przyszedł na świat. Sapał jednak ze zmęczenia, tylko wymalowane oko na przepasce zdawało się wypoczęte. - Ruszymy w cholerną drogę dopiero wtedy, gdy Lord Smok wyda nam przeklęty rozkaz, a nie wcześniej! Wy przeklęci baraniogłowi wieśniacy, macie to sobie zapamiętać!

Jednooki mężczyzna spojrzał na rząd ludzi czekających na pomoc Moiraine, wśród których niewielu było w stanie choćby usiąść, nawet po tym, jak udzieliła im pomocy, i potrząsnął głową.

- Przynajmniej mamy mnóstwo cholernych wilczych skór, by zapewnić rannym ciepło.

- Nie!

Shienaranie zdawali się zaskoczeni zapalczywością w głosie Perrina.

- Walczyły za nas i pogrzebiemy je razem z naszymi poległymi.

Uno zmarszczył brwi i otworzył usta, jakby chciał się sprzeczać, ale Perrin zmierzył go nieubłaganym, żółtookim spojrzeniem. Shienaranin pierwszy spuścił wzrok i pokiwał głową.

Perrin odkaszlnął i na powrót zmieszany słuchał, jak Uno wydaje rozkazy tym Shienaranom, którzy zostali oddelegowani do pozbierania ciał martwych wilków. Min patrzyła na niego z ukosa w taki sposób, w jaki patrzyła zawsze, gdy miała swoje wizje.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki