Prolog
Forteca światłości
Wiekowe spojrzenie Pedrona Nialla wędrowało
po całej przestrzeni prywatnej komnaty przyjęć, ale ciemne oczy zasnute
mgłą myśli nie widziały niczego. Poszarpane ozdoby wiszące na ścianach
były kiedyś sztandarami bitewnymi wrogów jego młodości, teraz wtopiły
się w ciemne drewno boazerii, którą wyłożono kamienne mury, grube nawet
tutaj, w samym sercu Fortecy Światłości. Jedyny fotel, jaki znajdował
się w komnacie - ciężki, z wysokim oparciem, przypominający niemalże
tron - umykał jego niewidzącemu spojrzeniu, podobnie jak kilka
rozproszonych w jej przestrzeni stolików, dopełniających umeblowania.
Nawet mężczyzna w białym płaszczu - z widoczną na twarzy, ledwie
powstrzymywaną gorliwością - klęczący na promiennym słońcu osadzonym w szerokich deskach podłogi przestał na chwilę przykuwać uwagę Nialla,
choć wszak niewielu potrafiłoby zbyć go tak lekko.
Jaretowi Byarowi dano trochę czasu, aby się umył, zanim doprowadzono go
przed oblicze Nialla, jednak zarówno jego hełm jak i napierśnik były
zmatowiałe od kurzu dróg i pogięte od częstego użycia. Ciemne, głęboko
osadzone oczy lśniły gorączkowym, naglącym światłem w twarzy, z której
zniknęły wszystkie zbędne skrawki mięśni. Nie miał przy sobie miecza -
nie zezwalano na posiadanie broni w obecności Nialla - zdawał się jednak
trwać nieprzerwanie na skraju gwałtu, niczym pies szarpiący się na
smyczy.
Niewielkie ognie w długich kominkach po obu stronach pomieszczenia
rozpraszały nieco chłód późnej zimy. Na pierwszy rzut oka widać było, że
jest to prosty, żołnierski pokój, wszystko dobrze odrobione, ale bez
ekstrawagancji - wyjąwszy słońce zdobiące posadzkę. Umeblowanie pojawiło
się w komnacie przyjęć Lorda Kapitana Komandora Synów Światłości razem z człowiekiem, którego wyniesiono na ten urząd. Rozbłyskujące słońce z czystego złota ścierały do gołego drewna pokolenia petentów, a wtedy
zastępowano je i kolejne rzesze ścierały je na nowo. Złota było w nim
tak dużo, że dałoby się za nie kupić dowolną posiadłość w Amadicii,
razem z przypisanym do niej tytułem szlacheckim. Przez dziesięć lat
Pedron Niall kroczył po tym złocie i nigdy nie pomyślał o nim po raz
drugi, podobnie zresztą jak o wizerunku słońca wyszytym na piersiach
jego białej tuniki. Złoto nie miało wiele powabu dla Pedrona Nialla.
Ostatecznie jego oczy spoczęły na stole stojącym w pobliżu fotela,
zasłanym planami, rozrzuconymi listami i raportami. W tym rozgardiaszu
znajdowały się trzy luźno zwinięte rysunki. Niechętnie podniósł jeden z nich. Nieważne który, wszystkie przedstawiały tę samą scenę, choć
wykonały je różne dłonie.
Skóra Nialla była cienka jak przezroczysty pergamin, wiek opinał ją
ściśle na ciele złożonym z samych kości i ścięgien, jednak słabość
wydawała się nie mieć doń dostępu. Żaden mężczyzna nie piastował urzędu
Nialla, zanim jego włosy nie stały się białe, żadnemu się to nie udało,
jeśli nie był równie twardy jak kamienie, z których zbudowano Kopułę
Prawdy. Nagle dojrzał z całą jasnością poznaczony ścięgnami grzbiet
dłoni ściskającej rysunek, uświadomił sobie potrzebę pośpiechu. Było
coraz mniej czasu. Jego czas się kurczył. Ale musi go wystarczyć. Musi
działać tak, by wystarczyło czasu.
Rozwinął do połowy pergamin, tylko tyle, by zobaczyć interesującą go
twarz. Kredka rozmazała się trochę w podróżnych jukach, ale twarz była
wyraźnie widoczna. Szarooki młodzieniec z rudawymi włosami. Wyglądał na
wysokiego, nie można jednak było mieć ostatecznej pewności. Pominąwszy
włosy i oczy, mógłby mieszkać w dowolnym miasteczku, nie wzbudzając
żadnych komentarzy.
- Ten... ten chłopiec ogłosił się Smokiem Odrodzonym? - wymruczał Niall.
Smok. Brzmienie tego imienia spowodowało, że poczuł dreszcz od
przeszywającego chłodu zimy, przypomniał sobie, jaki jest stary. Imię
wsławione przez Lewsa Therina Telamona, kiedy jednym aktem skazał na
potępienie każdego mężczyznę, który potrafiłby przenosić Jedyną Moc,
wówczas i na zawsze, na szaleństwo i śmierć, włączając w to samego
siebie. Minęło ponad tysiąc lat od czasu, gdy duma Aes Sedai i Wojna z Cieniem położyły kres Wiekowi Legend. Trzy tysiące lat, ale dzięki
proroctwom i legendom ludzie pamiętali... przynajmniej samą istotę
opowieści, choć szczegóły pochłonął czas. Lews Therin Zabójca Rodu.
Człowiek, który zapoczątkował Pęknięcie Świata, kiedy to szaleńcy zdolni
do drenażu mocy, która kieruje wszechświatem, zrównywali z ziemią góry i zatapiali starożytne lądy pod wodami mórz, kiedy to całe oblicze ziemi
odmieniło się, a ci, którzy przeżyli, niczym dzikie zwierzęta umykali
przed światłem ognisk. Niekończąca się tortura, dopóki ostatni mężczyzna
Aes Sedai nie padł martwy, a rozproszona rasa ludzka mogła rozpocząć
odbudowę wszystkiego z gruzów, przynajmniej tam, gdzie chociaż gruzy
pozostały. Opowieść o tym wpajały w pamięć historie, które matki
opowiadały dzieciom. A proroctwa mówiły, że Smok odrodzi się ponownie.
Niall jedynie głośno myślał, ale Byar postanowił mu odpowiedzieć.
- Tak, mój Lordzie Kapitanie Komandorze, tak uczynił. Wynikło z tego
większe szaleństwo, niźli z winy któregokolwiek z fałszywych Smoków, o jakich słyszałem. Tysiące już zadeklarowały swoje dla niego poparcie.
Tarabon i Arad Doman pogrążyły się w stanie wojny domowej, a także
wszczęły wzajemną waśń. Walki toczą się na całej Równinie Almoth i na
Głowie Tomana, Tarabonianie przeciw Domani, przeciw Sprzymierzeńcom
Ciemności domagającym się Smoka... trwały w każdym razie, dopóki zimowe
chłody nie położyły im kresu. Nigdy dotąd nie słyszałem, by szerzyło się
to tak szybko, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Jakby wrzucił zapaloną
latarnię do stodoły pełnej siana. Śniegi mogły na jakiś czas zdusić
zarzewie wojny, ale wraz z nadejściem wiosny płomienie wybuchną z nową
siłą, potężniejsze zapewne niż w zeszłym roku.
Niall przerwał mu, unosząc palec do góry. Już dwukrotnie słyszał tę
opowieść z ust Byara, głos tamtego za każdym razem pobrzmiewał gniewem i nienawiścią. Jej fragmenty poznał zresztą wcześniej z innych źródeł i o niektórych wydarzeniach wiedział więcej niż Byar, niemniej za każdym
razem, kiedy ją słyszał, na nowo rozpalała w nim namiętności.
- Geofram Bornhald zginął, a wraz z nim tysiąc Synów. I odpowiedzialne
są za to Aes Sedai. Nie masz żadnych wątpliwości, Synu Byar?
- Żadnych, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Po potyczce na drodze do
Falme wypatrzyłem dwie wiedźmy z Tar Valon. Kosztowały nas
pięćdziesięciu zabitych, zanim wreszcie naszpikowaliśmy je strzałami.
- Jesteś pewien... całkowicie pewien, że były to Aes Sedai?
- Ziemia eksplodowała nam pod stopami. - Głos Byara był zdecydowany i pełen wiary w wypowiadane słowa. Jaret Byar doprawdy nie miał zbyt
wybujałej wyobraźni, śmierć stanowiła część żołnierskiego życia,
niezależnie od tego, w jaki sposób się ją spotykało. - W nasze szeregi
uderzały błyskawice, walące się wprost z jasnego nieba. Mój Lordzie
Kapitanie Komandorze, kim innym mogłyby one być?
Niall pokiwał ponuro głową. Od czasu Pęknięcia Świata nie było już
mężczyzn Aes Sedai, jednak te kobiety, które rościły sobie prawo do tego
tytułu, nadal potrafiły wystarczająco napsuć krwi. Bez przerwy paplały o swych Trzech Przysięgach: nie wypowiadać żadnych słów, które nie są
prawdą; nie wytwarzać żadnej broni, dzięki której człowiek mógłby zabić
człowieka; używać Jedynej Mocy jako broni wyłącznie przeciwko
Sprzymierzeńcom Ciemności i Pomiotowi Cienia. Teraz wszak okazało się,
ile warte są te przysięgi, odsłoniło się zawarte w nich kłamstwo. Zawsze
uważał, że nikt nie może pragnąć mocy, którą władały, nie rzucając
jednocześnie wyzwania Stwórcy, a to równało się służbie dla Czarnego.
- Ale nie wiesz niczego o tych, którzy zdobyli Falme i wybili połowę
jednego z mych legionów?
- Lord Kapitan Bornhald mówił, że nazywają się Seanchanami, mój Lordzie
Kapitanie Komandorze - odrzekł niewzruszenie Byar. - Twierdził, że są
Sprzymierzeńcami Ciemności. A jego szarża pokonała ich, nawet jeśli
podczas niej zginął. - Jego głos stał się nieco bardziej napięty. -
Spotkałem wielu uchodźców z miasta. Wszyscy zgodnie opowiadali, że obcy
zostali pokonani i uciekli. Całą zasługę należy przypisać Lordowi
Kapitanowi Bornhaldowi.
Niall westchnął cicho. Niemalże tych samych słów Byar użył wcześniej,
gdy zapytał go o armię, która pojawiła się na pozór znikąd, by zdobyć
Falme.
"Dobry żołnierz - pomyślał Niall - Geofram Bornhald zawsze tak o nim
mówił, ale zupełnie nie potrafi myśleć".
- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze - odezwał się nagle Byar - Lord
Kapitan Bornhald rzeczywiście rozkazał mi, abym trzymał się z dala od
bitwy, miałem obserwować wszystko i złożyć ci raport z pola walki. I opowiedzieć jego synowi, Lordowi Dainowi, jak zginął jego ojciec.
- Tak, tak - niecierpliwie przerwał mu Niall. Przez chwilę obserwował
twarz tamtego, jego zapadłe policzki, potem dodał: - Nikt nie wątpi w twą uczciwość i odwagę. To jest właśnie dokładnie to, co zrobiłby
Geofram Bornhald, stając w obliczu bitwy, w której mógł zginąć cały jego
oddział.
"A nie coś, co tobie kiedykolwiek przyszłoby do głowy".
Niczego więcej nie mógł się już od tego człowieka dowiedzieć.
- Dobrze się spisałeś, Synu Byar. Masz moje pozwolenie na wyjazd, abyś
mógł zawieźć słowo o śmierci Geoframa Bornhalda jego synowi. Dain
Bornhald przebywa obecnie gdzieś w okolicach Tar Valon, razem z Eamonem
Valdą; tak przynajmniej stwierdzają ostatnie raporty. Możesz się do nich
przyłączyć.
- Dziękuję, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Dziękuję. - Byar podniósł
się i ukłonił głęboko. Jednak kiedy wyprostował się ponownie, jego twarz
zdradzała wewnętrzne wahanie. - Mój Lordzie Kapitanie Komandorze,
zostaliśmy zdradzeni.
Nienawiść nadała tonowi jego głosu zgrzytliwe echo.
- Przez jednego z tych Sprzymierzeńców Ciemności, o których mi mówiłeś,
Synu Byar? - Nie potrafił nadać swemu głosowi łagodniejszych tonów.
Wieloletnie plany leżały w gruzach pośród zwłok tysiąca Synów, a Byar
nie umiał rozmawiać o niczym innym jak tylko o tym jednym człowieku. -
Przez tego młodego kowala, którego dwukrotnie widziałeś, owego Perrina z Dwu Rzek?
- Tak, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Nie wiem, w jaki sposób to się
stało, wiem jednak, że to jego należy obwiniać. Wiem to.
- Zastanowię się, co należy zrobić w tej sprawie, Synu Byar. - Byar
otworzył usta, chcąc jeszcze coś powiedzieć, ale Niall podniósł szczupłą
dłoń, aby go powstrzymać. - Możesz już odejść.
Mężczyzna o wychudzonej, posępnej twarzy nie miał innego wyjścia, jak
ukłonić się ponownie i wyjść.
Kiedy tylko drzwi zamknęły się za nim, Niall zagłębił się w wysokie
oparcie swego fotela. Co spowodowało, że Byar tak nienawidził tego
Perrina? Sprzymierzeńców Ciemności było wszędzie zbyt wielu, żeby
marnować energię na nienawiść do konkretnej jednostki. Zbyt wielu
Sprzymierzeńców Ciemności, wysokiego i niskiego stanu, ukrywających się
za gładkimi językami i otwartymi uśmiechami, służących Czarnemu. Jeszcze
jedno imię dodane do długich list nie zrobi żadnej różnicy.
Poprawił się na twardym fotelu, usiłując wygodnie umieścić swoje stare
kości. Nie po raz pierwszy pomyślał mgliście, że być może miękkie obicie
to wcale nie taki zbytek. I nie po raz pierwszy odsunął od siebie tę
myśl. Świat pogrążał się w chaosie, nie było czasu na przejmowanie się
starością.
Pozwolił, by w jego myślach zakłębiły się wszystkie te znaki, które
przepowiadały katastrofę. Wojna objęła Tarabon i Arad Doman, wojna
domowa rozszarpywała Cairhien, bojowa gorączka narastała we Łzie i w Illian, które tradycyjnie żywiły wobec siebie wrogość. Być może same w sobie te wojny niczego nie oznaczały - ludzie zawsze toczyli wojny - ale
zazwyczaj po jednej naraz. A oprócz tego ten fałszywy Smok gdzieś na
Równinie Almoth, jeszcze jeden, przez którego rozpadała się Saldaea, i ten trzeci, co nękał Łzę. Aż trzech jednocześnie.
"To są na pewno fałszywe Smoki. Na pewno!".
I kilkanaście pomniejszych rzeczy, być może wynikłych niekiedy z bezpodstawnych pogłosek, ale biorąc wszystko razem... Poszeptywania na
temat Aielów zauważonych w krainach położonych tak daleko na zachodzie
jak Murandy i Kandor. Tylko jeden lub dwóch w każdym z tych miejsc, ale
jeden Aiel czy tysiąc, nie czyniło to różnicy. W ciągu całego tego
czasu, jaki minął od Pęknięcia, Aielowie raz tylko wyszli z Pustkowia.
Tylko podczas Wojen z Aielami opuścili tę swoją jałową krainę. O Atha'an
Miere, Ludzie Morza, powiadano, że porzucił całkowicie handel, aby
szukać zapowiedzi i znaków - czego dokładnie, nikt nie wiedział -
żeglując na statkach wypełnionych jedynie do połowy, lub wręcz całkiem
pustych. Illian zwołało Wielkie Polowanie na Róg, pierwszy raz od
niemalże czterystu lat, i rozesłało Myśliwych w poszukiwaniu
legendarnego Rogu Valere, o którym proroctwa powiadały, że wezwie z grobu martwych bohaterów, aby walczyli w Tarmon Gai'don, Ostatniej
Bitwie przeciwko Cieniowi. Plotki głosiły również, iż ogirowie, zawsze
trzymający się na uboczu, do tego stopnia, że niektórzy traktowali ich
jak legendę, zwoływali spotkania pomiędzy odległymi stedding.
Najbardziej jednak znaczące, dla Nialla przynajmniej, było to, że Aes
Sedai otwarcie włączyły się we wszystkie te sprawy. Powiadano, że
wysłały część swych sióstr do Saldaei, aby przeciwstawiły się fałszywemu
Smokowi Mazrimowi Taimowi. Mazrim dysponował rzadką wśród mężczyzn
cechą, potrafił przenosić Jedyną Moc. Już sama ta rzecz musiała rodzić
lęk i pogardę, mało kto więc wierzył, że człowieka takiego da się
pokonać inaczej, bez pomocy Aes Sedai. Dlatego lepiej zgodzić się na ich
pomoc, niźli potem stanąć twarzą w twarz z nieuniknioną potwornością
tego, co stanie się, gdy tamten oszaleje, czego również nie można było
uniknąć. Ale Tar Valon najwyraźniej wysłało inne Aes Sedai, by wspierały
tego drugiego fałszywego Smoka w Falme. Żadna inna koncepcja nie
tłumaczyła równie dobrze faktów.
Obraz, jaki roztaczał się przed jego oczyma, przejmował go mrozem do
szpiku kości. Chaos rozszerzał się jak nigdy dotąd, połykając coraz to
nowe obszary. Cały świat zdawał się kłębić i kipieć, zbliżając nieomal
do wrzenia. Nie miał wątpliwości. Naprawdę nadchodziła Ostatnia Bitwa.
Wszystkie jego plany uległy zniszczeniu, plany, które miały uwiecznić
jego imię pośród setki pokoleń Synów Światłości. Ale ponieważ
zamieszanie stwarza okazję, obmyślił więc nowe plany wiodące ku nowym
celom. Oby tylko siły i woli starczyło, aby je urzeczywistnić.
"Światłości, pozwól mi żyć dostatecznie długo".
Pełne szacunku pukanie do drzwi wyrwało go z otchłani mrocznych myśli.
- Wejść! - warknął.
Do środka wszedł służący w kaftanie i spodniach barwy bieli i złota,
cały czas gnąc się w ukłonach. Ze spojrzeniem wbitym w posadzkę
oznajmił, że Jaichim Carridin, Pomazaniec Światłości, Inkwizytor Ręki
Światłości, zjawia się na rozkaz Lorda Kapitana Komandora. Carridin
wszedł, następując niemalże służącemu na pięty, nie czekając, aż Niall
wezwie go do środka. Niall gestem odprawił służącego.
Zanim drzwi zdążyły się zamknąć, Carridin opadł na jedno kolano, jego
śnieżny płaszcz zaszeleścił. Na tle promiennego słońca naszytego na
piersiach wyhaftowano szkarłatny pastorał oznaczający przynależność do
Ręki Światłości, formacji przez wielu zwanej Śledczymi, chociaż mało kto
ważył się powiedzieć im to w twarz.
- Ponieważ zażądałeś mojej obecności, mój Lordzie Komandorze - oznajmił
silnym głosem - takoż powróciłem z Tarabonu.
Niall przez chwilę przyglądał mu się badawczo. Carridin był wysoki,
dobrze już posunięty w średni wiek, ze śladem siwizny we włosach, wciąż
jednak sprawny i silny. Jego ciemne, głęboko osadzone oczy, jak zwykle
patrzyły przenikliwie, pełne jakby niedostępnej innym wiedzy. Nie
mrugnął nawet pod mierzącym go w całkowitej ciszy, badawczym spojrzeniem
Lorda Kapitana Komandora. Niewielu ludzi miało sumienia tak czyste albo
nerwy tak mocne. Carridin klęczał, cierpliwie czekając, jakby otrzymanie
lakonicznego rozkazu opuszczenia posterunku i niezwłocznego powrotu do
Amadoru, bez podania jakichkolwiek powodów, było dlań rzeczą na porządku
dziennym. Ale przecież niebezpodstawnie powiadano, że Jaichim Carridin
zdolny był przeczekać kamień.
- Wstań, Synu Carridin. - Kiedy mężczyzna wyprostował się, Niall dodał:
- Otrzymałem niepokojące wieści z Falme.
Carridin odpowiadając, wygładzał fałdy swego płaszcza. Ton jego głosu
zachowywał jedynie cień należnego szacunku, jakby mówił do równego
sobie, nie zaś do człowieka, któremu przysięgał służyć aż do śmierci.
- Mój Lord Kapitan Komandor nawiązuje do wieści przywiezionych przez
Syna Jareta Byara, ostatnimi czasy zastępcy Lorda Kapitana Bornhalda.
Kącik lewego oka Nialla zadrgał, od dawna znana oznaka gniewu.
Zasadniczo trzech tylko ludzi mogło zdawać sobie sprawę, że Byar jest w Amadorze, nikt zaś poza Niallem nie miał prawa wiedzieć, skąd on
przybył.
- Nie bądź taki bystry, Carridin. Twoje pragnienie, aby wiedzieć
wszystko, może cię pewnego dnia zaprowadzić w ręce własnych Śledczych.
Na twarzy Carridina nie można było dostrzec żadnej reakcji, poza lekkim
zaciśnięciem ust, kiedy usłyszał pogardliwą nazwę.
- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, Ręka Światłości szuka wszędzie
prawdy, tym samym służąc Światłości.
Służąc Światłości. Nie służąc Synom Światłości. Wszyscy Synowie służyli
Światłości, ale Niall wielokrotnie się zastanawiał, czy Śledczy
rzeczywiście uważają, że należą do Synów.
- A jaką prawdę chcesz powiedzieć mi o tym, co zdarzyło się w Falme?
- Sprzymierzeńcy Ciemności, mój Lordzie Kapitanie Komandorze.
- Sprzymierzeńcy Ciemności? - Niall zaśmiał się, ale w głosie jego nie
było śladu wesołości. - Minęło kilka tygodni, od czasu jak otrzymałem od
ciebie raporty stwierdzające, że Geofram Bornhald to sługa Czarnego,
ponieważ poprowadził swe oddziały na Głowę Tomana, wbrew twoim wyraźnym
rozkazom. - Jego głos stał się zwodniczo łagodny. - Czy teraz masz
zamiar przekonać mnie, że Bornhald jako Sprzymierzeniec Ciemności
poprowadził tysiąc Synów na śmierć w walce z innymi Sprzymierzeńcami
Ciemności?
- To, czy był, czy nie był Sprzymierzeńcem Ciemności, pozostanie na
zawsze tajemnicą - odrzekł szyderczo Carridin - albowiem zginął, zanim
mogliśmy poddać go przesłuchaniu. Mroczne są knowania Cienia i często
zdają się szaleństwem dla tych, którzy żyją w Światłości. Ale nie mam
najmniejszych wątpliwości, że ci, którzy zajęli Falme, musieli być
Sprzymierzeńcami Ciemności. Sprzymierzeńcy Ciemności i Aes Sedai
popierające fałszywego Smoka. To Jedyna Moc zniszczyła Bornhalda i jego
ludzi, tego jestem najzupełniej pewien, mój Lordzie Kapitanie
Komandorze, podobnie jak zniszczyła armie, które Tarabon i Arad Doman
wysłały przeciwko Sprzymierzeńcom Ciemności w Falme.
- A co sądzisz na temat opowieści, jakoby ci, którzy dokonali inwazji na
Falme, przypłynęli zza Oceanu Aryth?
Carridin potrząsnął przecząco głową.
- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, ludzie nigdy nie przestają zmyślać
różnych plotek. Niektórzy utrzymują, iż to armie, które tysiąc lat temu
Artur Jastrzębie Skrzydło wysłał na drugą stronę Oceanu Aryth,
powróciły, roszcząc sobie prawo do tych ziem. Cóż, byli tacy, którzy
ponoć widzieli w Falme samego Artura Jastrzębie Skrzydło. A prócz tego
połowę bohaterów opowieści bardów. Zachód wrze, od Tarbonu po Saldaeę,
każdego dnia powstają setki nowych plotek, każda bardziej przesadna od
poprzedniej. Ci tak zwani Seanchanie to po prostu kolejna hałastra
Sprzymierzeńców Ciemności, która zebrała się, aby udzielić poparcia
fałszywemu Smokowi, z tym, że teraz doczekali się udzielonej
najzupełniej jawnie pomocy Aes Sedai.
- Jakie masz na to dowody? - Niall powiedział to takim tonem, jakby
wątpił w całość wywodu. - Czy pojmałeś jakichś jeńców?
- Nie, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Jak bez wątpienia opowiedział
ci Syn Byar, Bornhaldowi udało się zadać im takie straty, że musieli się
rozproszyć. A z pewnością żaden z tych, których poddajemy badaniom, nie
przyzna się do popierania fałszywego Smoka. Jeśli zaś idzie o dowody...
dowód składa się z dwóch części. Czy mój Lord Kapitan Komandor pozwoli
mi go przedstawić?
Niall wykonał niecierpliwy gest.
- Pierwszą część stanowi dowód negatywny. Niewiele statków próbowało
przepłynąć Ocean Aryth, a większość z nich nigdy nie powróciła. Te,
którym się udało, zawróciły, zanim skończyły im się zapasy pożywienia i wody. Nawet Lud Morza nie żegluje do drugiego brzegu Aryth, a oni wszak
podróżują wszędzie tam, gdzie można zarobić na handlu, nawet do krain
położonych za Pustkowiem Aiel. Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, jeżeli
za Oceanem Aryth znajdują się w ogóle jakiekolwiek ziemie, to są zbyt
daleko, by dało się do nich dotrzeć, ocean jest nazbyt rozległy.
Przerzucenie przez niego armii byłoby równie niemożliwe jak latanie w powietrzu.
- Być może - powiedział wolno Niall. - Oczywiście twoje uwagi są
znaczące. Jaka jest pozostała część dowodu?
- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, wielu z tych, których
przesłuchaliśmy, mówiło o potworach walczących w służbie Sprzymierzeńców
Ciemności i nie odstępowało od swoich zeznań nawet po zastosowaniu
ostatniego stopnia przesłuchania. Cóż innego mogłoby to być jak nie
trolloki oraz inny Pomiot Cienia, sprowadzony niewiadomym sposobem z Ugoru? - Carridin rozłożył ręce, jakby rzeczywiście jego dowód był
konkluzją. - Większość ludzi sądzi, że trolloki stanowią tylko przedmiot
kłamstw i opowieści podróżników, a przeważająca część pozostałych uważa,
iż wybito je wszystkie podczas Wojen z Trollokami. Jakim więc innym
mianem obdarzyliby trolloka jak nie "potwór"?
- Tak. Tak, być może masz rację, Synu Carridin. Być może, zaznaczam. -
Nie miał zamiaru dać tamtemu powodu do satysfakcji, oznajmiając, że dał
się przekonać.
"Niech na to jeszcze trochę zapracuje".
- A co z nim? - Wskazał na zwinięte rysunki. Carridin mu- siał mieć ich
kopie w swych komnatach, jeśli go znał. - Do jakie- go stopnia jest
niebezpieczny? Czy potrafi przenosić Jedyną Moc?
Śledczy zwyczajnie wzruszył ramionami.
- Może potrafi, a może nie. Aes Sedai bez najmniejszej wątpliwości
potrafiłyby skłonić ludzi do wiary, iż kot potrafi ją przenosić, jeśli
miałyby na to ochotę. A co zaś do stopnia, do jakiego jest
niebezpieczny... Każdy fałszywy Smok jest groźny, dopóki nie zostanie
pokonany, a taki, za którym stoi Tar Valon, jest dziesięciokroć
groźniejszy. Teraz jest jednak znacznie mniej niebezpieczny, niźli
będzie za pół roku, jeżeli się go nie powstrzyma. Jeńcy, których
przesłuchiwałem, nigdy go nie widzieli i nie mają pojęcia, gdzie może
teraz przebywać. Jego siły są rozproszone. Wątpię, czy ma więcej niż
dwustu ludzi zgromadzonych w jednym miejscu. Tarabonianie oraz Domani,
jedni albo drudzy, mogliby pojedynczo się z nimi uporać, gdyby nie byli
tak zajęci, walcząc z sobą.
- Nawet fałszywy Smok - powiedział sucho Niall - to za mało, by
zapomnieli o czterystu latach waśni o władzę na Równinie Almoth. Jakby
którzykolwiek mieli dosyć sił, aby ową władzę utrzymać.
Wyraz twarzy Carridina nie zmienił się, a Niall po raz kolejny zdumiał
się tym spokojem.
"Już niedługo przestaniesz być taki spokojny, Śledczy".
- To jest nieważne, mój Lordzie Kapitanie Komandorze. Zima zatrzymała
ich wszystkich w obozach, wyjąwszy rzadkie potyczki i napaści. Kiedy
pogoda ociepli się na tyle, aby oddziały mogły wyjść w pole... Na Głowie
Tomana Bornhald tylko połowę swego legionu poprowadził na śmierć. Z drugą połową zdołam zagonić tego fałszywego Smoka na jego śmierć. Trup
nikomu nie zagraża.
- A jeśli natkniesz się na to, z czym, jak się wydaje, zmierzył się
Bornhald? Aes Sedai używające Mocy do zabijania?
- Czary nie chronią ich przed strzałami albo nożem w ciemnościach.
Umierają równie łatwo jak inni ludzie. - Carridin uśmiechnął się. -
Obiecuję ci, że sprawę można będzie uznać za zakończoną jeszcze przed
nadejściem lata.
Niall pokiwał głową. Ten człowiek był teraz bardzo pewny siebie. Bez
wątpienia w jego opinii niebezpieczne pytania, gdyby miały paść w ogóle,
już padły.
"Powinieneś pamiętać, Carridin, że zawsze uważano mnie za dobrego
taktyka".
- Dlaczego - zapytał cichym głosem - nie poprowadziłeś swych własnych
sił na Falme? Sprzymierzeńcy Ciemności na Głowie Tomana, wroga armia
okupująca Falme, a ty próbowałeś zatrzymać Bornhalda. Dlaczego?
Carridin zamrugał, ale jego głos pozostał niewzruszony.
- Pierwotnie były to tylko plotki, mój Lordzie Kapitanie Komandorze.
Plotki tak szalone, że nikt w nie nie wierzył. Kiedy wreszcie poznałem
prawdę, Bornhald już rzucił się w wir bitwy. Zginął, a Sprzymierzeńcy
Ciemności zostali rozgromieni. Poza tym moim zadaniem było nieść
Światłość na Równinie Almoth. Nie miałem prawa zlekceważyć rozkazów,
kierując się tylko plotką.
- Twoim zadaniem? - powtórzył Niall, jego głos wzniósł się, gdy powstał.
Inkwizytor, mimo iż przewyższał go o głowę, cofnął się o krok. - Twoje
zadanie? Twoim zadaniem było opanowanie Równiny Almoth! Pusty kosz, do
którego nikt nie rości praw, wyjąwszy puste słowa i roszczenia, a wszystko, co do ciebie należało, to napełnić go. Lud Almoth mógłby odżyć
na nowo pod rządami Synów Światłości, którzy nie musieliby składać
werbalnych choćby przysiąg żadnym głupim królom. Amadicia i Almoth
stałyby się imadłem zaciskającym wokół Tarabonu. W ciągu pięciu lat
trzęślibyśmy ich tronem równie łatwo, jak dzieje się to tutaj, w Amadicii. A dzięki tobie te plany zdać się mogą psu na budę!
Uśmiech na twarzy tamtego zniknął nareszcie.
- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze - zaprotestował Carridin. - Jak
mogłem przewidzieć, co się zdarzy? Jeszcze jeden fałszywy Smok. Tarabon
i Arad Doman przystąpiły na koniec do prawdziwej wojny, ale po ilu
latach zwykłego powarkiwania na siebie. Aes Sedai wreszcie objawiły
swoje prawdziwe oblicze po trzech tysiącach lat obłudy! Ale nawet biorąc
pod uwagę to, co się zdarzyło, jeszcze nie wszystko stracone. Mogę
odnaleźć i zniszczyć tego fałszywego Smoka, zanim jego wyznawcy się
zjednoczą. A kiedy Tarabonianie i Domani osłabną we wzajemnych walkach,
będzie można ich przepędzić z równiny bez...
- Nie! - warknął Niall. - Z twoimi planami już skończyliśmy, Carridin.
Być może powinienem natychmiast przekazać cię twoim Śledczym. Wielki
Inkwizytor nie protestowałby. Zagryza wargi do krwi, usiłując znaleźć
kogoś, kogo można by obarczyć winą za to, co się zdarzyło. Nigdy nie
wskazałby na kogoś z własnej formacji, ale wątpię, żeby bardzo się
opierał, gdyby chodziło o ciebie. Kilka dni śledztwa i przyznasz się do
wszystkiego. Nawet nazwiesz się Sprzymierzeńcem Ciemności. W ciągu
tygodnia pójdziesz pod topór kata.
Krople potu perliły się na czole Carridina.
- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze... - przerwał, by przełknąć ślinę. -
Mój Lord Kapitan Komandor zdawał się sugerować, że istnieje jeszcze
jakiś inny sposób. Jeśli tylko zechce mi go zdradzić, to przysięgam,
będę posłuszny.
"Teraz - pomyślał Niall. - Czas rzucić kości".
Dreszcze przebiegły mu po skórze, jakby był w ogniu bitwy i nagle zdał
sobie sprawę, że na odległość stu kroków dookoła otaczają go wrogowie.
Lordów Kapitanów Komandorów nie oddaje się w ręce kata, ale śmierć
niejednego z nich była zaskakująca i niespodziewana, a po krótkiej
żałobie szybko zastępował go ktoś o mniej niebezpiecznych poglądach.
- Synu Carridin - powiedział zdecydowanym tonem - musisz zadbać o to,
aby ten fałszywy Smok nie poległ. A jeżeli jakiekolwiek Aes Sedai zechcą
raczej walczyć z nim, niż go wspierać, wówczas użyjesz swoich noży w ciemnościach.
Inkwizytorowi opadła szczęka. Jednak opamiętał się szybko i popatrzył z zastanowieniem na Nialla.
- Zabijanie Aes Sedai to mój obowiązek, ale... Pozwolić fałszywemu Smokowi
wałęsać się na wolności? To... to może być równoznaczne ze... zdradą. I bluźnierstwem.
Niall wziął głęboki oddech. Mógł już niemalże wyczuć niewidzialne ostrza
czyhające w mroku. Ale teraz był przekonany o słuszności tego, co czyni.
- Nie jest żadną zdradą czynienie tego, co czynić trzeba. Nawet
bluźnierstwo jest dopuszczalne z ważkich przyczyn. - Same te dwie myśli
wystarczały już, aby go zabić. - Czy wiesz, jak zjednoczyć pod sobą
ludzi, Synu Carridin? W najszybszy sposób? Nie? Należy wypuścić lwa,
dzikiego lwa, na ulice. A kiedy ludzi zdejmie panika, taka panika, która
zmieni ich wnętrzności w wodę, należy im oznajmić, że ty się zajmiesz
całą sprawą. Zabijesz wówczas lwa i każesz wywiesić jego ścierwo tam,
gdzie wszyscy będą mogli je oglądać. Nim zdążą się opamiętać, wydasz
następny rozkaz, a oni go posłuchają. I jeżeli ciągle będziesz wydawał
rozkazy, nie przestaną cię słuchać, ponieważ ty staniesz się ich zbawcą,
a któż lepiej nadaje się na wodza?
Carridin niepewnie pokręcił głową.
- Czy zamierzasz... zająć wszystko, mój Lordzie Kapitanie Komandorze? Nie
tylko Równinę Almoth, ale również Tarabon i Arad Doman?
- To, co zamierzam, pozostanie moją tajemnicą. Ty masz tylko słuchać,
zgodnie z nakazem złożonej przez ciebie przysięgi. Spodziewam się
usłyszeć o posłańcach, którzy jeszcze dzisiejszego wieczoru wyruszą w kierunku równiny. Pewien jestem, iż wiesz, jak formułować rozkazy, by
nikt nie podejrzewał niczego, czego podejrzewać nie powinien. Jeżeli
będziesz musiał kogoś nękać, niech to będą Tarabonianie albo Domani. Nie
byłoby dobrze, gdyby zabili mojego lwa. W żadnym też razie, na
Światłość, nie możemy zmuszać ich, by zawarli ze sobą pokój.
- Jak mój Lord Kapitan Komandor rozkaże. Słucham i jestem posłuszny -
powiedział miękko Carridin. Zbyt miękko.
Niall uśmiechnął się zimno.
- Na wypadek, gdy twoja przysięga okazała się nie dość mocna, wiedz
jedno. Jeżeli ten fałszywy Smok umrze, zanim ja skażę go na śmierć, albo
porwą go te wiedźmy z Tar Valon, pewnego ranka odnajdą twoje ciało ze
sztyletem w sercu. A jeśli mnie spotka... jakiś... wypadek... nawet wówczas
gdy umrę ze starości, nie przeżyjesz mnie dłużej niż o miesiąc.
- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze, przysięgałem być posłuszny...
- Tak więc bądź - uciął Niall. - Rozumiem, że zapamiętałeś wszystko, co
ci powiedziałem. Teraz idź!
- Jak mój Lord Kapitan Komador rozkaże.
Tym razem głos Carridina nie był już tak pewny.
Drzwi zamknęły się za Inkwizytorem. Niall zatarł dłonie. Czuł chłód.
Kości toczyły się i nie było sposobu przewidzieć, jaki wypadnie wynik,
zanim się nie zatrzymają. Naprawdę zbliżała się Ostatnia Bitwa.
Nieopiewana przez legendy Tarmon Gai'don, z udziałem Czarnego, który
miał wyrwać się na wolność, i Smoka Odrodzonego, który stawi mu czoło.
Nie, tego był absolutnie pewien. Aes Sedai z Wieku Legend mogli otworzyć
szczelinę w więzieniu Czarnego, w Shayol Ghoul, ale Lews Therin Telamon
i Stu Towarzyszy zapieczętowali ją na powrót. Przeciwuderzenie na zawsze
zatruło męską połowę Prawdziwego Źródła i doprowadziło ich do
szaleństwa, dając początek Pęknięciu, ale wszak jeden z dawnych Aes
Sedai było w stanie zrobić więcej niż dzisiaj wszystkie wiedźmy z Tar
Valon. Wykonane przez nich pieczęcie przetrwają.
Pedron Niall, człowiek posługujący się chłodną logiką, wyrozumował
sobie, jak będzie wyglądać Tarmon Gai'don. Tak samo jak dwa tysiące lat
wcześniej, podczas Wojen z Trollokami, bestialskie hordy trolloków
potoczą się z Wielkiego Ugoru na południe, pod dowództwem Myrdraali -
Półludzi - a być może nawet nowych, wywodzących się z ludzi Władców
Strachu, wybranych spośród Sprzymierzeńców Ciemności. Ludzkość, rozbita
na skłócone ze sobą narody, nie będzie w stanie ich zatrzymać. Ale on,
Pedron Niall, zjednoczy ludzi pod sztandarami Synów Światłości. Powstaną
nowe legendy, które opowiedzą, jak Pedron Niall stoczył Tarmon Gai'don i wygrał.
- Najpierw - wymruczał - wypuścić dzikiego lwa na ulice miasta.
- Dzikiego lwa?
Niall okręcił się na pięcie, kiedy zza jednego z wiszących sztandarów
wyślizgnął się kościsty, niski mężczyzna, z wielkim haczykowatym nosem.
Mignęła tylko płyta boazerii, która błyskawicznie powróciła do swego
miejsca w ścianie, jeszcze zanim sztandar zdążył znieruchomieć.
- Pokazałem ci to przejście, Ordeith - warknął Niall - abyś mógł
przychodzić do mnie, kiedy cię wezwę, nie powiadamiając o tym
jednocześnie połowy fortecy, a nie po to, byś podsłuchiwał moje prywatne
rozmowy.
Przechodząc przez salę, Ordeith wykonał lekki ukłon.
- Podsłuchiwał, Wielki Lordzie? W życiu bym czegoś takiego nie zrobił,
ja po prostu właśnie przyszedłem i niechcący usłyszałem twoje ostatnie
słowa. Nic więcej.
Na jego twarzy gościł półdrwiący uśmieszek, który, jak zaobserwował
Niall, nigdy jej nie opuszczał, nawet wówczas, gdy w pobliżu nie było
nikogo, kto mógłby go zobaczyć.
Do Amadicii przybył miesiąc wcześniej wychudzony i osłabiony. Ubrany w łachmany i na poły zamarznięty, ale jakoś zdołał, przedzierając się
przez wszystkie pierścienie straży, dotrzeć przed oblicze samego Pedrona
Nialla. Wyglądało na to, że wie takie rzeczy o wydarzeniach na Głowie
Tomana, których nie było w wyczerpujących, choć całkowicie niejasnych
raportach Carridina ani w opowieści Byara, czy też w żadnym innym
posłaniu bądź plotce, które dotarły do uszu Nialla. Jego imię było
oczywiście fałszywe. W Dawnej Mowie Ordeith znaczyło "robaczywe drzewo".
Kiedy jednak Niall wytknął mu to, powiedział tylko: "To, kim jesteśmy,
pozostaje tajemnicą dla wszystkich ludzi, a życie jest gorzkie". Ale był
niezwykle bystry. To właśnie on pomógł Niallowi dojrzeć schemat pośród
zarysowujących się dopiero wydarzeń.
Ordeith podszedł do stołu i podniósł jeden z rysunków. Kiedy rozwinął go
wystarczająco, aby zobaczyć twarz młodzieńca, jego uśmiech pogłębił się,
przechodząc niemalże w jakiś straszny grymas.
Niall wciąż był zirytowany samowolnym najściem tamtego.
- Uważasz, że fałszywy Smok jest śmieszny, Ordeith? Czy też przeraził
cię?
- Fałszywy Smok? - powiedział miękko tamten. - Tak. Tak, oczywiście, to
musi być on. No bo któż inny?
I zaśmiał się piskliwym śmiechem, który podrażnił nerwy Nialla. Czasami
Lord Kapitan Komandor odnosił wrażenie, że Ordeith musi być na poły
szalony.
"Ale jest bystry, szaleniec czy nie".
- Co masz na myśli, Ordeith? Mówisz tak, jakbyś go znał.
Ordeith wzdrygnął się, jakby zapomniał o obecności Lorda Kapitana
Komandora.
- Czy go znam? O, tak. Znam go. Nazywa się Rand al'Thor. Pochodzi z Dwu
Rzek, słabo zaludnionej, odległej od Caemlyn, rolniczej prowincji Andoru
i jest Sprzymierzeńcem Ciemności, tak dalece oddanym Cieniowi, że dusza
twoja skurczyłaby się ze strachu, gdybyś poznał połowę prawdy o nim.
- Dwie Rzeki - zadumał się Niall. - Ktoś wspominał mi o innym
Sprzymierzeńcu Ciemności pochodzącym stamtąd, kolejnym młodzieńcu.
Dziwne jest pomyśleć o Sprzymierzeńcach Ciemności, rodzących się w takim
miejscu jak to. Ale prawdą jest, że oni są wszędzie.
- Następny, Wielki Lordzie? - zapytał Ordeith. - Z Dwu Rzek? Czy nie
będzie to Matrim Cauthon albo Perrin Aybara? Są w podobnym wieku jak ten
pierwszy i nieomal równie zaawansowani w czynieniu zła.
- Imię, które mi podano, brzmiało Perrin - powiedział Niall, marszcząc
brwi. - Trzech, powiedziałeś? Z Dwu Rzek nie pochodzi nic prócz wełny i tytoniu. Wątpię, czy istnieje inne miejsce, w którym ludzie żyliby
równie oddzieleni od reszty świata.
- W mieście Sprzymierzeńcy Ciemności muszą ukrywać swą naturę w większym
lub mniejszym stopniu. Muszą spotykać się z innymi ludźmi, z obcymi
przyjeżdżającymi z innych miejsc, a potem opuszczającymi ich miasto i uwożącymi ze sobą wieści o tym, co widzieli. Ale w cichych, odciętych od
świata wioskach, gdzie niewielu obcych przyjeżdża... Jakie można sobie
wyobrazić lepsze miejsce dla Sprzymierzeńców Ciemności?
- A w jaki sposób poznałeś imiona tych trzech Sprzymierzeńców Ciemności,
Ordeith? Trzej Sprzymierzeńcy Ciemności pochodzący z zapadłego krańca
świata. Masz zbyt wiele tajemnic, Robaczywe Drzewo, i więcej
niespodzianek w rękawie niż bard.
- W jaki sposób mógłby człowiek wyznać zupełnie wszystko, co wie, Wielki
Lordzie? - powiedział miękko mały człowieczek. - Byłaby to tylko zwykła
paplanina, zanim wydobyłoby się z niej coś użytecznego. Jedno ci powiem,
Wielki Lordzie. Ten Rand al'Thor, ten Smok, wiele za sobą pozostawił w Dwu Rzekach.
- Fałszywy Smok! - powiedział ostro Niall, a człowieczek skłonił się.
- Oczywiście, Wielki Lordzie. Przejęzyczyłem się.
Nagle Niall zobaczył, jak dłonie Ordeitha nieświadomie gniotą i drą
trzymany rysunek. Nawet wówczas, gdy twarz mężczyzny pozostawała
nieruchoma, wciąż z tym samym sardonicznym uśmiechem, jego ręce
konwulsyjnie szarpały pergamin.
- Przestań! - rozkazał Niall. Wyrwał rysunek z dłoni Ordeitha i wygładził go najlepiej, jak się dało. - Nie ma zbyt wielu podobizn tego
człowieka, aby pozwolić na ich niszczenie.
Większość rysunku pokrywały nieczytelne smugi, przez pierś młodzieńca
biegło rozdarcie, ale jakimś sposobem twarz pozostała nietknięta.
- Wybacz mi, Wielki Lordzie. - Ordeith ukłonił się głęboko, jego uśmiech
jednak pozostał na twarzy, przylepiony do warg. - Nienawidzę
Sprzymierzeńców Ciemności.
Niall wpatrywał się w narysowaną kredką twarz.
"Rand al'Thor z Dwu Rzek".
- Być może będę musiał poczynić jakieś kroki związane z Dwoma Rzekami.
Kiedy stopnieją śniegi. Być może.
- Jak sobie Wielki Lord życzy - zgodził się uprzejmie Ordeith.
Carridin kroczył przez korytarze Fortecy. Grymas, jaki widniał na jego
twarzy, skłaniał innych do unikania go, choć w istocie nigdy zbyt wielu
nie poszukiwało towarzystwa Śledczych. Służba, spiesząc ze swymi
obowiązkami, starała się nieomal wtapiać w kamienne ściany, a nawet
mężczyźni ze złotymi węzłami rangi na białych płaszczach skręcali w boczne korytarze, kiedy widzieli jego twarz.
Z rozmachem otworzył drzwi wiodące do jego pokoi i zatrzasnął je głośno
za sobą, nie odczuwając zwykłego zadowolenia z obecności rzeczy, które
tak cenił: wspaniałych dywanów z Tarabonu i Łzy, tkanych w soczyste
czerwienie, złota i błękity, ukośnie ciętych luster z Illian,
złotolistnej inkrustacji na długim, zawile rzeźbionym stole stojącym
pośrodku pokoju. Mistrz rzemiosła z Lugard pracował nad nią prawie rok.
Teraz Carridin ledwie ją dostrzegał.
- Sharbon! - Przez chwilę jego osobisty służący nie pojawiał się. Miał
wszak sprzątać pokoje. - A żebyś sczezł w Światłości, Sharbon! Gdzie
jesteś?
Kątem oka pochwycił jakiś ruch i odwrócił się w tamtą stronę, gotów
zalać Sharbona potokiem przekleństw. Zamierzone słowa zamarły mu jednak
na ustach, kiedy Myrddraal zrobił kolejny krok w jego stronę, poruszając
się z falistą gracją węża.
Z postaci przypominał człowieka, nie wyższego od większości, ale tutaj
podobieństwo się kończyło. Czarny jak śmierć ubiór i płaszcz, które
ledwie poruszały się, gdy szedł, powodowały, że jego kredowobiała skóra
zdawała się jeszcze bledsza. Nie miał oczu. Bezokie spojrzenie
przepełniało Carridina strachem, tak jak działo się to tysiące razy
przedtem.
- Co... - Carridin przerwał, za wszelką cenę usiłując odzyskać choć
resztki śliny w ustach i sprowadzić głos z powrotem do normalnego
rejestru. - Co ty tutaj robisz? - Słowa wciąż brzmiały piskliwie.
Bezkrwiste wargi Półczłowieka wygiął nieznaczny uśmiech.
- Mogę iść wszędzie tam, gdzie jest cień. - Jego głos brzmiał niczym
odgłos łuski węża przesuwającej się po zeschłych liściach. - Lubię
pilnować tych, którzy mi służą.
- Ja słu...
To było bezużyteczne. Carridin z wysiłkiem oderwał wzrok od gładkiej
plamy bladej, ciastowatej twarzy i odwrócił się do niej tyłem. Dreszcz
przemknął mu w dół kręgosłupa, kiedy tak stał zwrócony plecami do
Myrddraala. Wszystko odbijało się wyraźnie w lustrze zawieszonym na
ścianie, na wprost niego. Wszystko prócz Półczłowieka, który stanowił w nim rozmazaną plamę. Niezbyt uspokajającą w wyrazie, lepsze to jednak
niż napotkać jego spojrzenie. W głosie Carridina zabrzmiały mocniejsze
tony.
- Ja służę...
Przerwał, uświadamiając sobie nagle, gdzie się znajduje. W samym sercu
Fortecy Światłości. Najlżejszy pogłos szeptu słów, które o mały włos
byłby wypowiedział, oddałby go natychmiast Ręce Światłości.
Najpośledniejszy z Synów położyłby go trupem na miejscu, gdyby usłyszał.
W komnacie był jednak sam, wyjąwszy Myrddraala i być może Sharbona.
"Gdzie ten przeklęty człowiek?".
Byłoby dobrze mieć przy sobie kogoś, kto dzieliłby z nim spojrzenie
Półczłowieka, nawet jeśli potem trzeba by się było pozbyć takiego
świadka. Zniżył głos, na wszelki wypadek.
- Służę Wielkiemu Władcy Ciemności, podobnie jak ty. Obaj mu służymy.
- Skoro tak to widzisz... - Myrddraal zaśmiał się, wydając dźwięk, który
spowodował, że Carridin cały zadrżał. - Wszak jednak dowiem się,
dlaczego jesteś tutaj zamiast na Równinie Almoth.
- Zostałem... zostałem wezwany tutaj rozkazem Lorda Kapitana Komandora.
Głos Myrddraala zaskrzypiał.
- Słowa twojego Lorda Kapitana Komandora to gnój! Rozkazano ci odnaleźć
człowieka nazywanego Rand al'Thor i zabić go. To w pierwszym rzędzie. To
przede wszystkim! Dlaczego nie posłuchałeś?
Carridin wziął głęboki oddech. To spojrzenie utkwione w jego plecach
czuł jak ostrze noża zgrzytające w rozszarpywanym kręgosłupie.
- Sytuacja... zmieniła się. Niektórych spraw nie kontroluję już tak ściśle
jak dawniej.
Ostry, drapiący dźwięk spowodował, że odwrócił głowę.
Myrddraal przesuwał ręką po blacie stołu, cienkie drzazgi drewna
odskakiwały od jego pazurów.
- Nic się nie zmieniło, człowieku. Złamałeś swoje przysięgi złożone
Światłości, złożyłeś nowe i tych będziesz przestrzegał.
Carridin wzdrygnął się, widząc wyżłobienia znaczące wypolerowane drewno,
i z trudem przełknął ślinę.
- Nie rozumiem? Dlaczego nagle jego śmierć stała się taka ważna?
Sądziłem, że Wielki Władca Ciemności zamierza go wykorzystać.
- Przesłuchujesz mnie? Powinienem wyrwać ci język. Nie do ciebie należy
zadawanie pytań. Ani rozumienie. Do ciebie należy słuchanie rozkazów!
Powinieneś zachowywać się tak, by psom móc dawać lekcje posłuszeństwa.
Czy to rozumiesz? Do nogi, psie, i słuchaj swego pana.
Gniew przytłumił strach, a dłoń Carridina sięgnęła do boku, ale miecza
tam nie było. Leżał w sąsiednim pokoju, gdzie zostawił go, idąc na
spotkanie z Pedronem Niallem.
Myrddraal poruszał się szybciej niż atakująca żmija. Kiedy dłoń stwora
zacisnęła się z siłą imadła na jego nadgarstku, ściskając w uchwycie
miażdżącym kości, Carridin otworzył usta, by wrzasnąć. Ale krzyk nigdy
nie wydobył się z gardła, Półczłowiek bowiem drugą dłonią nadusił jego
policzek, powodując, że szczęki się zamknęły. Ściśnięte ramię bolało go
potwornie, został podniesiony do góry tak, że stopy nie dotykały
posadzki. Chrząkając i bulgocząc, zwisał w uścisku Myrddraala.
- Posłuchaj mnie, człowieku. Znajdziesz tego młodzika i zabijesz go tak
szybko, jak to tylko możliwe. Nie sądź, że uda ci się mnie oszukać. Są
jeszcze inni wśród twoich Synów, którzy powiedzą mi, jeżeli zrezygnujesz
z wypełnienia zadania. Ale powiem ci coś, co cię ośmieli. Jeżeli po
miesiącu, licząc od dzisiaj, ten Rand al'Thor będzie wciąż żywy, przyjdę
i zabiorę kogoś z twego rodu. Syna, córkę, siostrę, wuja. Nie będziesz
wiedział kogo, póki wybrana osoba nie umrze w cierpieniach. Gdy będzie
żył przez kolejny miesiąc, zajmę się następnym. A potem następnym i następnym. A kiedy już nikogo z twego rodu nie będzie pośród żywych
prócz ciebie i tamten wciąż jeszcze będzie żył, wówczas zabiorę cię do
samego Shayol Ghoul. - Uśmiechnął się. - Czekać cię będą lata umierania,
człowieku. Czy teraz mnie rozumiesz?
Carridin wydał z siebie głos, pół jęk, pół szept. Miał wrażenie, że
zaraz pęknie mu kark.
Myrddraal warknął i rzucił go przez pokój. Carridin uderzył o przeciwległą ścianę i oszołomiony osunął się po niej na dywan. Leżał,
starając się złapać oddech.
- Czy rozumiesz mnie, człowieku?
- Słucham i jestem posłuszny. - Carridinowi udało się ułożyć na dywanie.
Odpowiedzi nie było.
Odwrócił głowę, krzywiąc się, gdy ostry ból przeszył szyję. W pokoju nie
było nikogo oprócz niego. Półludzie dosiadali cieni niczym wierzchowców,
tak mówiły legendy, a kiedy obracali się bokiem, znikali. Żadna ściana
nie była dla nich przeszkodą. Carridinowi zachciało się płakać. Podniósł
się i usiadł, przeklinając szarpiący nadgarstek ból.
Drzwi otworzyły się i do środka wpadł Sharbon. Pulchny mężczyzna trzymał
w ramionach koszyk. Zatrzymał się i spojrzał na Carridina.
- Panie, czy dobrze się czujesz? Wybacz, panie, że nie było mnie tutaj,
ale poszedłem kupić dla ciebie owoce...
Zdrową ręką Carridin wybił kosz trzymany przez Sharbona, pomarszczone
zimowe jabłka rozsypały się po dywanie, ponownym ruchem dłoni uderzył
tamtego w twarz.
- Wybacz mi, panie - wyszeptał Sharbon.
- Przygotuj mi papier, pióro i inkaust - warknął Carridin. - Śpiesz się,
głupcze! Muszę rozesłać rozkazy.
"Ale jakie? Jakie?".
Kiedy tamten popędził wykonać zadanie, Carridin spojrzał na rysy
szpecące blat stołu i zadrżał.
Rozdział 1
Oczekiwanie
Koło Czasu obraca się, a Wieki nadchodzą i mijają, pozostawiając wspomnienia, które stają się legendą. Legenda
zaciera się w mit, a nawet mit jest już dawno zapomniany, kiedy znowu
nadchodzi Wiek, który go zrodził. W jednym z Wieków, zwanym przez
niektórych Trzecim Wiekiem, Wiekiem, który dopiero nadejdzie, Wiekiem
dawno już minionym, w Górach Mgły podniósł się wiatr. Wiatr ten nie był
prawdziwym początkiem. Nie istnieją ani początki, ani zakończenia w obrotach Koła Czasu. Niemniej był to jakiś początek.
Wiatr wiał w głąb długich dolin, dolin błękitnych od porannej mgły
wiszącej w powietrzu, poprzez porastające niektóre z nich wiecznie
zielone rośliny, poprzez nagą ziemię w innych, gdzie trawy i dziko
rosnące krzewy miały pojawić się już niebawem. Wył w na poły
zagrzebanych ruinach i pośród potrzaskanych posągów, równie zapomnianych
jak ci, którzy je wznieśli. Jęczał w przełęczach, wyrzeźbionych erozją
szczelinach pomiędzy szczytami, pokrytymi czapami śniegu, który nigdy
nie topniał. Grube chmury przylgnęły do górskich wierzchołków tak, że
białe kłęby wydawały się jednym ze śniegiem.
Na nizinach zima mijała albo już minęła, choć tutaj, na obszarze wyżej
położonym wciąż jeszcze nie odpuściła do końca, pokrywając zbocza gór
wielkimi, białymi łatami śniegu. Tylko rośliny wiecznie zielone
zachowały liście albo igły, gałęzie pozostałych drzew pozostawały nagie,
odcinając się brązem lub szarością na tle skał i nie całkiem jeszcze
ożywionej ziemi. Wokół nie było słychać żadnych dźwięków, prócz cichego
szelestu wiatru pośród śniegu i kamienia. Ziemia zdawała się czekać.
Czekać, aż coś, wybuchnie.
Siedzący na koniu w zagajniku skórzanych drzew i sosen, Perrin Aybara
zadrżał i otulił się podbitym futrem płaszczem, tak ściśle, jak na to
pozwalał trzymany w jednej dłoni długi łuk oraz wiszący u pasa wielki
topór z ostrzem w kształcie półksiężyca. Był to dobry topór, wykonany z chłodnej stali. Perrin sam dął w miech owego dnia, gdy pan Luhan go
wykuł. Wiatr szarpał jego płaszcz, zrywając kaptur z kędzierzawych loków
i na wskroś przeszywając osłonę, jaką dawał kaftan. Poruszył palcami u nóg, by je trochę rozgrzać, i poprawił się w wysokim siodle, ale umysł
zajmowało mu coś innego niźli chłód. Spoglądając na swych pięciu
towarzyszy, zastanawiał się, czy oni również to czują. Nie wysłano ich
tutaj po to, by czekali, lecz po coś więcej.
Stepper, jego rumak, przestąpił z nogi na nogę i potrząsnął łbem. Nazwał
tak swego kasztana dla jego szybkiego kroku, obecnie jednak Stepper
zdawał się wyczuwać rozdrażnienie i niecierpliwość swego jeźdźca.
"Jestem zmęczony tym czekaniem, siedzeniem na miejscu, podczas gdy
Moiraine trzyma nas niby zaciśniętymi szczypcami. A żeby te wszystkie
Aes Sedai sczezły! Kiedy to się wreszcie skończy?".
Nie zastanawiając się, wciągnął w nozdrza powietrze. Zapach koni
przytłaczał wszystkie pozostałe, ale dawało się też wyczuć woń ludzi i ich potu. Nie tak dawno temu pomiędzy tymi drzewami przebiegł królik,
strach poganiał go, ale dążący jego śladem lis nie dopadł go tam. Perrin
zdał sobie sprawę, co robi, i natychmiast przestał.
"Aż dziw bierze, że jeszcze nie dostałem kataru od tego wiatru. - Niemal
żałował, że tak się nie stało. - Ale i z nim nie pozwoliłbym Moiraine
nic zrobić".
Coś dotknęło dna jego umysłu. Nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Nie
miał zamiaru również zdradzać swych myśli przed towarzyszami.
Pozostałych pięciu mężczyzn siedziało w siodłach; krótkie łuki używane
do strzelania z końskiego grzbietu trzymali w pogotowiu, stale
przeszukując wzrokiem niebo oraz skąpo zalesione stoki w dole. Zdawali
się zupełnie nie przejmować wiatrem, który tak szarpał połami ich
płaszczy, że upodabniały się do płatów sztandarów. W płaszczach tych
każdy z nich miał na ramieniu wycięcie, z którego wystawała rękojeść
miecza. Widok ich głów, ogolonych do gołej skóry z wyjątkiem
pojedynczych kępek włosów pozostawionych na czubku, spowodował, iż
zrobiło mu się jeszcze zimniej. Dla nich ta pogoda zapowiadała już
wiosnę. Wszelka delikatność została wybita z nich młotem, w kuźni tak
twardej, jakiej on prawie nie umiał sobie wyobrazić. Byli Shienaranami,
z Ziem Granicznych, rozciągających się wzdłuż Wielkiego Ugoru, gdzie
napaści trolloków zdarzały się nieomal co noc i nawet kupcy czy rolnicy
często byli zmuszeni do chwytania za miecz lub łuk. A ci ludzie nie byli
żadnymi rolnikami, lecz żołnierzami, i to niemalże od kołyski.
Czasami zastanawiał się, dlaczego mu ustępowali i słuchali jego
rozkazów. Wyglądało to tak, jakby uważali, że posiada do tego jakieś
szczególne prawo, jakąś wiedzę im niedostępną.
"Albo być może chodzi po prostu o moich przyjaciół" - pomyślał kwaśno.
Nie byli tak wysocy jak on ani równie potężnie zbudowani - lata
terminowania w kuźni zaowocowały ramionami grubości takiej jak u dwóch
normalnych mężczyzn - ale zaczął się golić codziennie, by uchronić się
choćby w ten sposób przed żartami ze swojego wieku. Przyjaznymi żartami,
ale mimo wszystko. Nie chciał, by zaczęli znowu tylko dlatego, że
powiedział im o swoich odczuciach.
Wzdrygnąwszy się, Perrin przypomniał sobie, iż miał również stać na
straży. Sprawdziwszy strzałę przyłożoną do cięciwy długiego łuku,
przeniósł wzrok na dolinę rozciągającą się pod nim ku zachodowi. Dno
doliny pokrywały szerokie, poskręcane wstęgi śniegu, pozostałości po
zimie. Większość drzew rosnących w dole wciąż jeszcze drapała niebo
obnażonymi, zimowymi gałęziami, ale na zboczach doliny rosło
wystarczająco dużo roślin wiecznie zielonych - sosny, drzewa skórzane,
jodły i górski ostrokrzew, a nawet górujące nad nimi świerki - aby z łatwością zapewnić schronienie każdemu, kto wiedziałby, jak je
wykorzystać. Nikt jednak nie przybyłby tutaj bez ściśle określonego
celu. Kopalnie znajdowały się daleko na południu, lub jeszcze dalej na
północy, ponadto większość ludzi uważała, że w Górach Mgły można łatwo
napotkać nieszczęście, toteż niewielu zapuszczało się w nie bez wyraźnej
potrzeby. Oczy Perrina błyszczały jak wypolerowane złoto.
Lekkie dotknięcia zamieniły się w swędzenie.
"Nie!".
Mógł odsunąć od siebie wrażenie swędzenia, ale oczekiwanie, które mu
towarzyszyło, nie dawało się wyrugować. Jakby huśtał się na krawędzi.
Jakby wszystko się huśtało. Zastanawiał się, czy coś nieprzyjemnego
zaległo w otaczających ich górach. Był sposób, dzięki któremu można
byłoby zapewne się o tym dowiedzieć. W miejscach takich jak to, rzadko
nawiedzanych przez ludzi, prawie zawsze żyły wilki. Zdławił tę myśl,
zanim miała czas dobrze się uformować.
"Lepiej nie wiedzieć. Wszystko lepsze niż to".
Nie było ich zbyt wiele, ale zawsze wysyłały zwiadowców. Gdyby w okolicy
coś się działo, z pewnością by wiedziały.
"To jest moja kuźnia, sam o nią dbam, a one niech zajmują się własnymi
sprawami".
Widział dużo lepiej niż pozostali, dlatego też pierwszy dostrzegł kropkę
jeźdźca nadjeżdżającego od strony Tarabon. Nawet dla niego jeździec był
tylko plamką jasnych kolorów, kołyszącą się na grzbiecie konia
wybierającego drogę pomiędzy zaroślami, w oddali, na przemian znikającą
i pojawiającą się. Koń jest srokaty, pomyślał.
"Rychło w czas!".
Otworzył usta, by oznajmić jej przybycie - to musiała być kobieta, tak
było wcześniej za każdym razem - kiedy Masema nagle wymruczał:
- Kruk! - I brzmiało to jak przekleństwo.
Perrin zadarł głowę. Wielki, czarny ptak unosił się ponad drzewami w odległości nie większej niż sto kroków. Jego żer mogła stanowić padlina
zdechłego w śniegu zwierzęcia albo jakiś mały gryzoń, ale Perrin nie
ufał przypadkom. Nie wyglądało na to, by kruk ich zauważył, ale
zbliżający się jeździec wkrótce znajdzie się w zasięgu jego wzroku.
Kiedy więc tylko zobaczył kruka, uniósł łuk do góry, naciągnął - cięciwa
do policzka, do ucha - i wypuścił strzałę, wszystko jednym płynnym
ruchem. Jakby z oddalenia zarejestrował jęk cięciw za plecami, cała jego
uwaga skupiła się jednak na czarnym ptaku.
Znienacka zawirował w ulewie czarnych jak noc lotek i spadł na ziemię w tej samej chwili, gdy pozostałe dwie strzały przebiły powietrze w miejscu, gdzie się jeszcze przed chwilą znajdował. Pozostali
Shienaranie, z na wpół naciągniętymi łukami, przepatrywali niebo w poszukiwaniu jego towarzyszy.
- Czy miał złożyć raport - zapytał Perrin cicho - czy... po prostu...
widział to, co widział?
Nie miał zamiaru zwracać się do nikogo z tym pytaniem, ale najmłodszy z Shienaran, starszy od niego mniej niż dziesięć lat, odpowiedział,
nakładając jednocześnie kolejną strzałę na cięciwę.
- Miał złożyć raport. Zapewne Półczłowiekowi, tak jest zazwyczaj. - Na
Ziemiach Granicznych występowała obfitość kruków, nikt stamtąd nie
ośmielał się zakładać, że kruk to zwykły ptak. - Gdyby Zmora Serc
widział wszystko, co widzą kruki, nie dotarlibyśmy żywi do gór.
Głos Ragana był spokojny, takie rzeczy stanowiły chleb powszedni dla
shienarańskich żołnierzy.
Perrin zadrżał, ale nie z zimna, a gdzieś w głębi jego umysłu coś
warknięciem rzuciło wyzwanie śmierci. Zmora Serc. Różne imiona w różnych
krainach - Zmora Dusz i Jad Serca, Władca Grobu i Władca Półmroku - a wszędzie Ojciec Kłamstw i Czarny, wszystko po to, by uniknąć nazywania
go właściwym imieniem i ściągnięcia na siebie jego uwagi. Czarny często
wykorzystywał kruki i wrony, a w miastach szczury. Perrin wyciągnął
kolejną strzałę o szerokim grocie z kołczanu zawieszonego u jednego
boku; przy drugim nosił topór.
- Gruby jak maczuga - powiedział z podziwem Ragan, spoglądając na łuk
Perrina - ale potrafi strzelać. Wolałbym nie widzieć, co może zrobić z człowiekiem w zbroi.
Shienaranie mieli na sobie teraz tylko lekkie kolczugi, ukryte pod
prostymi płaszczami, zazwyczaj jednak walczyli w zbrojach, zarówno
ludzie, jak i konie.
- Zbyt długi do strzelania z końskiego grzbietu - rzucił wzgardliwie
Masema. Trójkątna blizna na jego ciemnym policzku jeszcze bardziej
podkreślała szyderczy grymas. - Dobry napierśnik zatrzyma najmocniejszą
strzałę, chyba że strzela się z bliskiej odległości, a wtedy, jeśli nie
trafisz za pierwszym razem, człowiek, do którego celowałeś, zdąży wypruć
ci flaki.
- O to właśnie chodzi, Masema. - Ragan rozluźnił się odrobinę, gdy
okazało się, że niebo jest puste. Kruk musiał być samotnikiem. - Mógłbym
się założyć, że z tym łukiem z Dwu Rzek nie podszedłbyś zbyt blisko.
Masema otworzył usta.
- Wy dwaj, przestańcie wreszcie kłapać ozorami! - warknął Uno. Długa
blizna po lewej stronie twarzy i wyłupione oko powodowały, że jego rysy
były ostre, nawet jak na Shienaranina. Podczas jesiennej wyprawy w góry
zdobył gdzieś przepaskę na pusty oczodół, jednak wymalowane na niej
płonące krwawą czerwienią oko bynajmniej nie zmiękczyło wyrazu jego
oblicza. - Jeżeli nie potraficie skupić swych przeklętych myśli na
przeklętym zadaniu, które wam wyznaczono, to dopatrzę, żeby jakaś
dodatkowa, cholerna nocna warta usadziła was, przeklętników.
Ragan i Masema skurczyli się pod jego spojrzeniem. Warknął na nich po
raz ostatni, ale kiedy zwrócił się do Perrina, jego twarz była już w miarę łagodna.
- Widzisz coś jeszcze?
Ton, którym to powiedział, był odrobinę bardziej gburowaty, niż gdyby
zwracał się do dowódcy ustanowionego nad nim przez króla Shienaru albo
Lorda Fal Dara, niemniej słyszało się w nim gotowość wykonania
wszystkiego, co Perrin zaproponuje.
Shienaranie wiedzieli, jak daleko sięga jego wzrok, ale zdawali się brać
to za coś naturalnego, podobnie zresztą jak i kolor jego oczu. Nie
wiedzieli wszystkiego, nawet się nie domyślali, ale akceptowali go
takim, jakim był. Albo jakim sądzili, że jest. Zdawali się akceptować
wszystkich i wszystko. Świat się nieprzerwanie zmienia, powiadali.
Wszystko obraca się na kołach losu i zmiany. Jeżeli pewien człowiek ma
oczy o takiej barwie, jakich nie miał przed nim nikt inny, to co to
zmienia?
- Nadjeżdża - oznajmił Perrin. - Powinniście już ją widzieć. Tam.
Wskazał dłonią kierunek, a Uno pochylił się do przodu, zamrugał jedynym
sprawnym okiem, potem z powątpiewaniem pokiwał głową.
- Jakieś cholerstwo porusza się tam w dole.
Niektórzy z pozostałych pokiwali głowami i zamruczeli potwierdzająco.
Uno spojrzał w ich stronę, a wtedy powrócili do obserwacji nieba i gór.
Nagle Perrin zrozumiał, co oznaczają jaskrawe barwy odległego jeźdźca.
Spod jadowicie czerwonego płaszcza wyglądała żywa zieleń sukni.
- To kobieta z Ludu Wędrowców - powiedział zaskoczony.
Żaden inny ze wszystkich ludów, o których słyszał, nie ubierał się w równie jaskrawe kolory, i to zestawione w nadzwyczaj dziwaczne
kombinacje. Nikt się nie ubierał w ten sposób, przynajmniej dopóki nie
musiał.
Kobiety, którym czasami wyjeżdżali na spotkanie, by potem poprowadzić je
głębiej w góry, były tak różne od siebie jak to tylko możliwe: żebraczka
w łachmanach przebijająca się pieszo przez śnieżną burzę, kobieta kupiec
sama prowadząca sznur obładowanych jucznych koni, dama w jedwabiach i pięknych futrach, której rumak miał wodze zdobione czerwonymi chwastami,
siodło zaś nabijane złotem. Żebraczka odeszła z sakiewką pełną srebra -
było to dużo więcej, niźli Perrin sądził, że posiadają, zmienił jednak
zdanie, gdy dama otrzymała grubszą jeszcze sakiewkę, i to na dodatek
wypełnioną złotem. Kobiety wszelkich stanów, zawsze samotne, z Tarabonu,
Ghealdan, nawet z Amadicii. Ale nigdy nie spodziewałby się zobaczyć
kobiety Tuatha'anów.
- Przeklęty Druciarz? - zawołał Uno.
Odpowiedziały mu zaskoczone głosy.
Ragan potrząsnął głową.
- Druciarzy nie powinno się w to mieszać. Albo ona nie jest Druciarzem,
albo nie jest tą, na którą czekamy.
- Druciarze - mruknął Masema. - Nic nie warci tchórze.
Oko Uno zwęziło się, wyglądało teraz jak otwór w kowadle, a w połączeniu
z drugim okiem namalowanym na przepasce nadawało mu naprawdę złowieszczy
wygląd.
- Tchórze, Masema? - odezwał się cicho. - Gdybyś był kobietą, to czy
miałbyś wystarczająco dużo przeklętych nerwów, aby przyjechać tutaj,
całkowicie sam, i na dodatek nieuzbrojony?
Jeżeli rzeczywiście należała do Tuatha'anów, to na pewno nie miała
broni. Masema nic nie powiedział, ale blizna na jego twarzy zdradzała
wyraźne napięcie i bladość.
- Niech sczeznę, ja bym nie potrafił - przyznał się Ragan. - I niech
sczeznę, gdybyś ty postąpił inaczej, Masema.
Masema zaciągnął ściślej płaszcz i ostentacyjnie wpatrzył się w niebo.
Uno parsknął.
- Światłości, spraw, żeby ten cholerny pożeracz padliny wałęsał się
tutaj samotnie - wymruczał.
Kudłata, brązowo-biała klacz powoli, zakosami podchodziła coraz bliżej,
wybierając drogę po czystym gruncie, pomiędzy szerokimi zaspami
śnieżnymi. Jaskrawo ubrana kobieta zatrzymała się raz, aby spojrzeć na
coś leżącego na ziemi, potem naciągnęła kaptur płaszcza na głowę i piętami popędziła konia.
"Kruk - pomyślał Perrin. - Przestań patrzeć na tego ptaka i pośpiesz
się, kobieto. Może ty przywozisz wiadomość, która wreszcie nas stąd
uwolni. Oczywiście, jeżeli Moiraine pozwoli opuścić to miejsce przed
nadejściem wiosny. A żeby sczezła!".
Przez moment sam nie był pewien, czy miał na myśli Aes Sedai, czy
kobietę Druciarzy, która zdawała się zupełnie lekceważyć czas.
Jeżeli będzie zachowywała dotychczasowy kierunek jazdy, to przejedzie
dobre trzydzieści kroków do skraju zagajnika. Utkwiwszy oczy w drogę, po
której stąpał jej wierzchowiec, nie dawała najmniejszego znaku, iż
spostrzegła ich pomiędzy drzewami.
Perrin trącił obcasami boki swego ogiera i kasztan skoczył naprzód,
wyrzucając spod kopyt rozbryzgi śniegu. Za nim Uno cicho wydał rozkaz:
- Naprzód!
Stepper był już w połowie drogi oddzielającej ją od zagajnika, zanim po
raz pierwszy zdała się zauważyć ich obecność. Wzdrygnęła się i szarpnęła
wodze konia. Patrzyła, jak formują łuk skierowany końcami ku niej. Hafty
z rażących oko błękitów, układające się we wzór zwany tairenieńskim
labiryntem, czyniły jej strój jeszcze bardziej krzykliwym. Nie była już
młoda - we włosach wysypujących się spod kaptura widziało się grube
pasma siwizny - ale twarz znaczyło kilka jedynie zmarszczek, nie licząc
tych, które wynikały z dezaprobaty, jaką okazała na widok ich broni.
Jeżeli przeraziło ją spotkanie z uzbrojonymi mężczyznami w samym sercu
górskiej dziczy, to nie dała niczego po sobie poznać. Jej dłonie
spoczywały spokojnie na łęku zużytego, lecz dobrze utrzymanego siodła. I nie czuł od niej woni strachu.
"Dosyć tego!" - powiedział do siebie Perrin.
Nie chcąc jej przestraszyć, nadał swemu głosowi jak najłagodniejsze
brzmienie.
- Na imię mam Perrin, dobra pani. Jeżeli potrzebujesz pomocy, zrobię dla
ciebie, co tylko mogę. Jeśli nie, idź ze Światłością. Niemniej, o ile
Tuatha'anowie nie zmienili swych szlaków, to daleko odjechałaś od swoich
wozów.
Wpatrywała się w niego przez chwilę, po czym przemówiła. W jej ciemnych
oczach była łagodność, niezbyt zresztą zaskakująca u Ludu Wędrowców.
- Szukam... pewnej kobiety.
Zająknienie było drobne, ale było. Nie szukała jakiejś tam kobiety,
tylko Aes Sedai.
- Czy ona ma jakieś imię, dobra pani? - dopytywał się Perrin.
Robił to już tyle razy w ciągu ostatnich kilku miesięcy, że nie
potrzebował właściwie odpowiedzi, jednakże nie raz żelazo zmarnowane
zostało z braku należytej dbałości.
- Na imię ma... czasami każe na siebie mówić Moiraine. Ja mam na imię
Leya.
Perrin pokiwał głową.
- Zabierzemy cię do niej, pani Leyo. Czekają na nas rozpalone ogniska, a przy odrobinie szczęścia może również gorąca strawa. - Jednak nie wziął
od razu wodzy w dłonie. - Jak nas odnalazłaś?
Zadawał to pytanie za każdym razem, kiedy Moiraine wysyłała go, by
czekał w oznaczonym przez nią miejscu na kobietę, która miała się tam
pojawić. Odpowiedź również i w tym przypadku musiała brzmieć tak jak
zawsze, on jednak musiał zapytać.
Leya drgnęła i odpowiedziała z wahaniem:
- Wiedziałam... że jeśli pojadę tą drogą, ktoś wyjedzie mi na spotkanie i zabierze mnie do niej. Po prostu... wiedziałam. Mam dla niej wiadomości.
Perrin nie zapytał o ich treść. Kobiety przekazywały przywiezione
informacje tylko samej Moiraine.
"A Aes Sedai mówi nam tylko to, co uzna za słuszne" - pomyślał.
Aes Sedai nigdy nie kłamały, ale powiadano, że prawda, którą mówi Aes
Sedai, nie zawsze jest taka, jak się ją widzi.
"Teraz już za późno na skargi. Nieprawdaż?".
- Tędy, pani Leyo - powiedział, wykonując gest w kierunku gór.
Shienaranie z Uno na czele ruszyli za Perrinem oraz Leyą i zaczęli się
wspinać. Żołnierze z Ziem Granicznych wciąż obserwowali niebo i otaczający ich teren, a dwóch ostatnich dawało szczególne baczenie na
drogę, którą właśnie przejechali.
Przez jakiś czas jechali w całkowitym milczeniu, wyjąwszy odgłos
końskich kopyt, czasami z trzaskiem przebijających powłokę starego
śniegu, innym razem stukoczących na kamieniach, gdy jechali po nagim
gruncie. Leya przez cały czas rzucała spojrzenia na Perrina, na jego
łuk, topór, twarz, ale nie odzywała się ani słowem. Perrin zaś wiercił
się w siodle i starał się nie spoglądać w jej stronę, nieswój, że stał
się przedmiotem takich oględzin. Zawsze zresztą starał się dawać
nieznajomym jak najmniej szans na dostrzeżenie jego oczu.
Na koniec powiedział:
- Byłem zaskoczony na widok kobiety z Ludu Wędrowców, zakładając
oczywiście, że pochodzisz z niego.
- Można przeciwstawiać się złu poprzez unikanie przemocy - stwierdziła z prostotą, tonem głosu wskazując, iż dla niej to oczywista prawda.
Perrin chrząknął, skrzywił się kwaśno, potem natychmiast wymamrotał
przeprosiny.
- Niech będzie, jak powiadasz, pani Leyo.
- Przemoc kaleczy jej sprawcę równie mocno jak ofiarę - ciągnęła
spokojnie Leya. - Dlatego właśnie uciekamy przed tymi, którzy robią nam
krzywdę, aby ocalić ich od zrobienia krzywdy sobie, w takim samym
stopniu jak dla własnego bezpieczeństwa. Gdybyśmy przemocą
przeciwstawiali się złu, wkrótce nie różnilibyśmy się niczym od tych, z którymi walczymy. To siłą naszej wiary godzimy w Cień.
Perrin parsknął mimo woli.
- Pani, mam nadzieję, że nigdy nie będziesz musiała stawiać czoła
trollokom wyłącznie za pomocą siły swojej wiary. Siła ich mieczy posieka
cię na kawałki.
- Lepiej umrzeć niż... - zaczęła, ale jego gniew kazał mu jej przerwać.
Gniew, że po prostu nie może pojąć. Gniew, że naprawdę wolałaby raczej
umrzeć, niż zrobić komuś krzywdę, nieważne jak złemu.
- Jeśli uciekniesz, będą cię ścigać, zabiją i zjedzą twoje ciało. Albo
nawet nie będą czekać do czasu, aż umrzesz. W obu przypadkach nie
żyjesz, a zło zwycięża. A są też ludzie równie okrutni. Sprzymierzeńcy
Ciemności i inni. Jest ich więcej, niż rok temu wydawało mi się to
możliwe. Niech Białe Płaszcze zdecydują na przykład, że wy Druciarze nie
żyjecie w Światłości, i wtedy zobaczymy, ilu z was zachowa przy życiu
siła waszej wiary.
Obdarzyła go badawczym spojrzeniem.
- A jednak nie jesteś zadowolony ze swojej broni.
Skąd mogła to wiedzieć? Rozdrażniony potrząsnął swoją kudłatą głową.
- To Stwórca powołał do istnienia świat - wymruczał - nie ja. Muszę żyć
najlepiej, jak potrafię, w świecie takim, jaki jest.
- Taki smutek u kogoś tak młodego - odrzekła miękko. - Skąd taki smutek?
- Powinienem obserwować, nie rozmawiać - odpowiedział grzecznie. - Nie
podziękujesz mi, jeśli się zgubimy.
Pognał Steppera naprzód, wystarczająco daleko od niej, aby uniemożliwić
wszelką dalszą konwersację, ale czuł wciąż jej spojrzenie wbite w swoje
plecy.
"Smutny? Nie jestem smutny, tylko... Światłości, sam nie wiem. Pewne
rzeczy powinny się po prostu lepiej trochę układać, to wszystko".
Gdzieś w głębi umysłu znowu pojawiło się swędzące łaskotanie, ale
skoncentrowany na ignorowaniu spojrzenia Leyi, je również zlekceważył.
Jechali w górę i w dół po górskich stokach, przez zalesione doliny,
środkiem których płynęły szerokie strumienie lodowato zimnej wody,
sięgającej im do kolan, mimo iż nie opuszczali końskich grzbietów. W dali widać było zbocze góry, w którym wyrzeźbiono dwie majestatyczne
sylwetki. Kobiety i mężczyzny, tak przynajmniej sądził Perrin, chociaż
deszcz i wiatr dawno już uniemożliwiły pewne rozpoznanie. Nawet Moiraine
przyznała się, iż nie ma pojęcia, któż to może być ani jak dawno granit
został obrobiony.
Spod końskich kopyt skakały cierniki i małe pstrągi - srebrne rozbłyski
w czystej wodzie. Jeleń uniósł łeb znad młodych pędów, zawahał się,
kiedy oddział wyjechał ze strumienia, potem skoczył między drzewa, a zaraz potem, jakby spod ziemi, wynurzyła się wielka pantera pręgowana i nakrapiana czernią, wyraźnie rozczarowana wynikiem łowów. Przez chwilę
spoglądała na konie, a potem smagnęła ogonem i zniknęła w ślad za
jeleniem. Mimo to widać było, iż górskie życie nie obudziło się jeszcze
w pełni. Nieliczne tylko ptaki siedziały na gałęziach albo dziobały
ziemię w miejscach, gdzie stopniał śnieg. Więcej pojawi się na wyżynach
w ciągu następnych kilku tygodni, ale jeszcze nie teraz. Kruków żadnych
nie widzieli.
Było późne popołudnie, kiedy Perrin poprowadził ich pomiędzy dwoma
górami o stromych zboczach i śnieżnych szczytach jak zawsze otulonych
warstwą chmur, po czym skręcił w górę niewielkiego strumienia, który
rozpryskiwał się na szarych kamieniach szeregiem maleńkich wodospadów.
Pośród drzew odezwał się jakiś ptak, gdzieś z przodu odpowiedział mu
kolejny.
Perrin uśmiechnął się. Niebieska zięba. Ptak żyjący na Ziemiach
Granicznych. Nikt nie mógł przejechać tą drogą niezauważony. Potarł nos
i nie spojrzał w kierunku drzewa, z którego odezwał się pierwszy "ptak".
W miarę jak jechali pod górę, przez zarośla drzew skórzanych i gąszcz
poskręcanych górskich dębów, ścieżka zwężała się coraz bardziej,
strumienia zaś nie przekroczyłby już nawet wyjątkowo długonogi człowiek.
Perrin usłyszał, jak jadąca za nim Leya mruczy coś do siebie. Kiedy się
obejrzał, zobaczył, że rzuca pełne niepokoju spojrzenia na strome stoki
z obu stron. Rozproszone drzewa górowały niebezpiecznie ponad nimi.
Zdawało się, że to niemożliwe, by miały zaraz nie spaść. Shienaranie
jechali swobodnie, mogąc wreszcie się rozluźnić.
Znienacka otworzyła się przed nimi owalna niecka pomiędzy dwoma górami,
jej zbocza były strome, ale nie tak urwiste jak w wąskim przejściu,
które pokonali przed chwilą. Na jej dalszym końcu z ziemi wytryskiwało
źródło, dając początek małemu strumykowi. Bystre spojrzenie Perrina z miejsca wyłowiło mężczyznę z shienarańskim czubem na głowie, wysoko w gałęziach drzewa po lewej stronie. Gdyby zamiast zięby odezwała się
czerwonoskrzydła sójka, nie byłby tutaj sam, a przejście znacznie
trudniejsze. Garstka ludzi mogła bronić tego przejścia, okazałoby się,
przeciwko całej armii. Jeżeli armia przybędzie, to garstka będzie
musiała wystarczyć.
Pomiędzy drzewami rosnącymi wokół doliny stały trudne do zauważenia
szałasy z kłód, tak że ci, którzy zgromadzili się wokół ognisk na dnie
niecki, na pierwszy rzut oka wydawali się pozbawieni jakiegokolwiek
schronienia. W zasięgu wzroku nie było widać więcej niż kilkunastu
ludzi. A Perrin wiedział, że w sumie nie ma ich tam wielu więcej.
Większość obejrzała się, słysząc dźwięk końskich kopyt i parskanie,
niektórzy machali rękami. Niecka zdawała się wypełniona całkowicie
zapachem ludzi i zwierząt, gotowania i palonego drewna. Z długiego
drzewca zwisał luźno biały sztandar. Jeden z mieszkańców obozowiska,
prawie półtora raza większy od pozostałych, siedział na zboczu, bez
reszty pochłonięty lekturą książki, która niemal niknęła w jego
ogromnych dłoniach. Na moment nie przestał czytać, nawet gdy jedyny
oprócz niego człowiek, który nie miał zgolonych włosów, zakrzyknął:
- Tak więc odnalazłeś ją? A już myślałem, że tym razem nie wrócicie
przed nocą.
Głos należał do młodej kobiety, ubranej jednak na męską modłę, w kusy,
chłopięcy kaftanik i obcisłe spodnie. Nawet włosy miała przycięte na
krótko.
Podmuch wiatru wdarł się do doliny, powodując, że poły płaszczy
załopotały, a sztandar rozwinął się na całą długość. Przez chwilę
przedstawiona na nim istota zdawała się dosiadać wiatru. Wąż o czterech
nogach, szkarłatnej oraz złotej łusce i grzywie złotej jak u lwa. Każdą
z jego łap kończyło pięć złotych pazurów. Sztandar, który był częścią
legendy. Sztandar, którego większość ludzi zapewne by nie poznała, nawet
gdyby załopotał im przed oczami, natomiast przeraziliby się, gdyby
poznali jego nazwę.
Perrin pomachał dłonią, obejmując tym gestem niejako wszystkich naraz, i zjechał na dno niecki.
- Witaj w obozie Smoka Odrodzonego, Leya.
Rozdział 2
Saidin
Z twarzą zupełnie pozbawioną wyrazu kobieta
Tuatha'anów popatrzyła na ponownie obwisły sztandar, potem przeniosła
swą uwagę na ludzi zgromadzonych wokół ognia. Jej wzrok zatrzymał się
szczególnie długo na zaczytanej postaci, półtora raza wyższej i dwakroć
potężniej zbudowanej od Perrina.
- A więc jest też z wami ogir. Nie sądziłam... - Potrząsnęła głową. -
Gdzie znajdę Moiraine Sedai?
Wyglądało na to, że dla niej sztandar Smoka równie dobrze mógłby nie
istnieć.
Perrin wskazał gestem prosty szałas, który stał najwyżej ze wszystkich
na stoku, przy przeciwległym końcu niecki. Jego ściany i pochyły dach
zbudowano z nieokorowanych bali, był również największy, choć sam w sobie przecież wcale nie taki wielki. Na tyle duży, być może, aby
zasługiwać na miano chaty, nie zaś szałasu.
- Tam mieszka. Ona i Lan. Lan jest jej Strażnikiem. Jeżeli chciałabyś
napić się czegoś ciepłego...
- Nie. Muszę porozmawiać z Moiraine.
Nie był zaskoczony. Wszystkie kobiety, które przyprowadzał do obozu,
nalegały na natychmiastową możliwość porozmawiania z Moiraine, i na
dodatek w cztery oczy. Wieści, które tamta z kolei decydowała się im
przekazać, nie zawsze były szczególnie ważne, ale kobiety miały w sobie
napięcie myśliwego, który poluje na ostatniego na tym świecie królika,
by nakarmić nim swą głodującą rodzinę. Na poły zamarznięta żebraczka nie
chciała ani owinąć się w koce, ani kosztować gorącego gulaszu, tylko
powlokła się zaraz do szałasu Moiraine, boso w padającym wciąż śniegu.
Leya zeskoczyła z siodła i wręczyła wodze Perrinowi.
- Dopatrzysz, aby ją nakarmiono? - Poklepała chrapy swej klaczy. - Piesa
nie jest przyzwyczajona do podróżowania po tak dzikich okolicach.
- Z paszą jest teraz dosyć kiepsko - odpowiedział jej Perrin - ale
dopilnuję, by dostała wszystko, co tylko mamy najlepszego.
Leya pokiwała głową i bez zbędnych słów zaczęła pospiesznie wspinać się
po stoku, podkasawszy swą zieloną suknię. Haftowany błękitami czerwony
płaszcz falował za nią na wietrze.
Perrin zsiadł z siodła, zamienił kilka słów z mężczyznami, którzy
odeszli od ogniska, by zająć się końmi. Łuk oddał temu, który wziął
wodze Steppera. Nie, oprócz jednego kruka nie widzieli niczego, tylko
kobietę Tuath'anów i góry. Tak, kruk został zabity. Nie, nie powiedziała
im nic o tym, co dzieje się w świecie poza górami. Nie, nie ma
najmniejszego pojęcia, czy wkrótce wyruszą.
"O ile w ogóle" - dodał w myślach.
Moiraine trzymała ich tutaj przez całą zimę. Pozornie nie wydawała im
tutaj żadnych rozkazów, przynajmniej Shienaranie tak nie uważali, ale
Perrin wiedział, że Aes Sedai w jakiś sposób zawsze doprowadzały do
tego, by sprawy szły po ich myśli. A szczególnie Moiraine.
Kiedy konie zostały odprowadzone do naprędce skleconej, długiej stajni,
jeźdźcy podeszli do ognia, by się ogrzać. Perrin odrzucił swój płaszcz
na ramiona i z wdzięcznością wyciągnął dłonie ku płomieniom. Wielki
kociołek, na pierwszy rzut oka robota z Baerlon, rozsiewał wokół
zapachy, od których ślina nieprzerwanie napływała mu do ust. Wyglądało
na to, że ktoś miał dzisiaj szczęście podczas polowania, a dookoła
drugiego ogniska leżały jakieś duże bulwy, wydające aromat, który
przypominał pieczoną rzepę. Zmarszczył nos i postanowił skupić się na
gulaszu. Ostatnimi czasy coraz częściej miał ochotę posilać się samym
tylko mięsem.
Kobieta w męskim ubraniu powiodła wzrokiem w ślad za Leyą, która znikała
właśnie w szałasie Moiraine.
- Co widzisz, Min? - zapytał.
Podeszła bliżej i stanęła przy jego boku, w jej ciemnych oczach malowało
się zmartwienie. Nie rozumiał, dlaczego uparła się nosić spodnie zamiast
sukien. Sam ją znał i być może właśnie dlatego nie pojmował, jak ktoś
mógłby na nią spojrzeć i zobaczyć nazbyt przystojnego młodzieńca miast
ładnej młodej kobiety.
- Kobieta Druciarzy niedługo umrze - powiedziała cicho, jednocześnie
spoglądając na zgromadzonych wokół ognia mężczyzn. Żaden nie znajdował
się na tyle blisko, by słyszeć.
Zamarł bez ruchu, widząc w myślach delikatną twarz Leyi.
"Och, Światłości! Druciarze nigdy nikomu nie wyrządzają krzywdy! - Nagle
poczuł chłód, którego nie mogły rozproszyć płomienie ogniska. - Niech
sczeznę, żałuję, że w ogóle spytałem".
Nawet te nieliczne Aes Sedai, które wiedziały o wszystkim, nie pojmowały
tego, co robiła Min. Czasami widziała obrazy i aurę otaczającą ludzi, a niekiedy rozumiała nawet, co one oznaczają.
Pojawił się Masuto, by zamieszać gulasz długą, drewnianą łyżką. Spojrzał
na nich, potem przyłożył palec do długiego nosa i uśmiechnął się
szeroko, nim odszedł.
- Krew i popioły! - wymamrotała Min. - Zapewne uznał nas za parę
zakochanych, szepczących sobie przy ognisku.
- Jesteś pewna? - Spojrzała na niego szeroko rozwartymi oczami, więc
dodał pośpiesznie: - Jeśli chodzi o Leyę.
- Tak ma na imię? Wolałabym nie wiedzieć. Przez to zawsze jest jeszcze
gorzej, wiedzieć i nie być w stanie... Perrin, widziałam jej twarz
unoszącą się w powietrzu nad jej ramieniem, pokrytą krwią, z wytrzeszczonymi oczyma. Przy takiej wizji nie może być pomyłki, wszystko
jest jasne. - Zadrżała i szybko zatarła ręce. - Światłości, jak ja
żałuję, że nie jest mi dane oglądać bardziej szczęśliwych rzeczy. Wydaje
się, że wszelka radość zniknęła już z tego świata.
Otworzył usta, by zaproponować ostrzeżenie Leyi, ale zaraz zamknął je
ponownie. W tym, co Min widziała i wiedziała, nie mogło być najmniejszej
pomyłki, niezależnie od tego, czy były to dobre rzeczy czy złe. Jeżeli
była pewna tego, co mówi, zdarzenie następowało.
- Krew na jej twarzy - mruknął. - Czy to znaczy, że padnie ofiarą
przemocy?
Skrzywił się, jakoś zbyt łatwo przyszło mu powiedzieć coś takiego.
"Ale co mogę zrobić? Jeżeli powiem Leyi, jeżeli w jakiś sposób przekonam
ją, że mówię prawdę, przeżyje swe ostatnie dni w strachu, a mnie i tak
nie uda się niczego zmienić".
Min przytaknęła krótkim skinieniem głowy.
"Jeżeli ona zginie na skutek przemocy, oznaczać to może atak na obóz".
Ale przecież każdego dnia rozsyłano zwiadowców, a straże stały dzień i noc. Poza tym Moiraine ze swej strony osłoniła miejsce ich pobytu pasem
ochronnym; twierdziła, że z zewnątrz nie dostrzeże ich żaden stwór
Czarnego. Pomyślał o wilkach.
"Nie!".
Zwiadowcy odkryją każdego człowieka lub potwora, który postanowił
podkraść się do obozu.
- Czeka ją długa droga powrotna do swego ludu - powiedział na poły do
siebie. - Druciarze nie mogliby dojechać swymi wozami dalej niż do
podnóży gór. Kiedy będzie wracała, wszystko może się zdarzyć.
Min pokiwała ze smutkiem głową.
- A nie ma nas wystarczająco wielu, żeby przydzielić jej chociaż jednego
strażnika. Nawet gdyby to mogło coś pomóc.
Opowiedziała mu, jak to z nią było - usiłowała ostrzegać ludzi o niedobrych rzeczach, które ich czekały, kiedy, w wieku lat sześciu lub
siedmiu, po raz pierwszy zrozumiała, że nie wszyscy widzą to, co widzi
ona. Nie powiedziała nic więcej, miał jednak wrażenie, że jej
ostrzeżenia pogarszały tylko bieg wypadków, o ile w ogóle ktoś jej
wierzył. Przekonanie się do wizji Min wymagało pewnego wysiłku, jeśli
nie miało się dowodu.
- Kiedy? - zapytał.
Własne słowo zabrzmiało w jego uszach odgłosem zimnym i twardym niczym
stalowy rezonans.
"Dla Leyi nic zrobić nie mogę, ale być może uda mi się jakoś dociec, czy
grozi nam atak".
Min aż wyrzuciła ręce w górę, kiedy usłyszała jego pytanie, przemówiła
jednak ściszonym głosem.
- To nie jest tak. Nigdy nie potrafię powiedzieć, kiedy coś się zdarzy.
Wiem tylko, że tak będzie, jeśli w ogóle rozumiem, co to ma być. Ty tego
nie pojmujesz. Widzenia nie pojawiają się wtedy, gdy chcę, podobnie jest
ze zrozumieniem. Po prostu przydarzają mi się, a czasami wiem, co
oznaczają. Coś wiem. Niewiele. To po prostu dzieje się samo. - Próbował
wtrącić jakieś słowo pocieszenia, ale nie dała mu dojść do głosu, myśli
wylewały się z niej strumieniem, którego nie potrafił zatamować. -
Jednego dnia jestem w stanie zobaczyć rzeczy otaczające człowieka, ale
następnego wszystko znika, albo na odwrót. Zazwyczaj wokół nikogo
niczego nie widzę. Rzecz jasna z wyjątkiem Aes Sedai, którym zawsze
towarzyszą obrazy, podobnie zresztą jak Strażnikom, chociaż wizje
dookoła nich są zawsze dużo trudniejsze do zrozumienia niż w przypadku
innych ludzi. - Obdarzyła Perrina na poły ukradkowym, przenikliwym
spojrzeniem. - Do niektórych innych odnosi się to również.
- Nie mów tylko, co widzisz, kiedy patrzysz na mnie - zaprotestował
ochrypłym głosem, potem wzruszył potężnymi ramionami.
Nawet jako dziecko był mocniej zbudowany od swoich rówieśników, szybko
nauczył się więc, jak łatwo można zrobić ludziom krzywdę, choćby w wyniku prostego przypadku, tylko dlatego, że jest się od nich większym.
Stał się więc szczególnie uważny i ostrożny, kiedy zaś zdarzało mu się
okazać gniew, zawsze potem tego żałował.
- Przepraszam, Min. Nie powinienem warczeć na ciebie. Naprawdę nie
chciałem zrobić ci przykrości.
Rzuciła mu zaskoczone spojrzenie.
- Nie czuję się urażona. Niewielu ludzi chciałoby znać to, co ja widzę.
Światłość jedna wie, że ja najchętniej pozbyłabym się tego daru, gdyby
był ktoś inny, kto potrafiłby to robić.
Nawet Aes Sedai nie słyszały nigdy o kimś, kto miałby taki talent jak
ona. Uważały, że to "dar", nawet jeżeli ona myślała inaczej.
- A ja po prostu tak strasznie żałuję, że nie mogę nic zrobić dla Leyi.
W przeciwieństwie do ciebie nie potrafię tak tego zostawić, wiedzieć i nie być w stanie niczego zrobić.
- Dziwne - powiedziała cicho - jak ty bardzo wydajesz się troszczyć o Tuatha'anów. Oni są skrajnie spokojni, a zawsze widziałam tyle przemocy
wokół...
Odwrócił głowę, a ona przerwała w pół słowa.
- Tuatha'anie? - Doleciał ich głęboki głos, przypominający bzyczenie
gigantycznego trzmiela. - O co chodzi z Tutaha'anami?
Ogir podszedł, aby przyłączyć się do nich przy ognisku, zaznaczając
miejsce w czytanej książce palcem wielkości sporej kiełbasy. Z fajki,
którą trzymał w drugiej dłoni, unosiła się cienka smużka dymu. Jego
kaftan z wysokim kołnierzem, uszyty z ciemnobrązowej wełny, zapinał się
po samą szyję, u dołu zaś rozszerzał nad zwiniętymi cholewami wysokich
butów. Perrin ledwie sięgał mu do piersi.
Twarz Loiala mogła przerazić niejedną osobę - nos tak szeroki, że
przypominał zwierzęcy pysk, nazbyt wielkie usta. Oczy wielkości spodków
i grube brwi, niczym wąsy opadające niemal na policzki, uszy porośnięte
długim włosem i zakończone pędzelkami. Ci, którzy nigdy wcześniej nie
widzieli ogira, brali go za trolloka, chociaż trolloki dla większości z nich były w równym stopniu legendą co ogirowie.
Szeroki uśmiech Loiala przygasł odrobinę; zamrugał, kiedy zdał sobie
sprawę, że im przeszkodził. Perrin zastanawiał się, jak ktokolwiek
mógłby obawiać się ogira, poznawszy go choć odrobinę bliżej.
"A jednak niektóre dawne opowieści widzą w nich srogich i nieubłaganych
wrogów".
Nie potrafił w to uwierzyć. Ogirowie nie byli niczyimi wrogami.
Min opowiedziała Loialowi o przyjeździe Leyi, ale ani słowa o tym, co
widziała. Zazwyczaj nie dzieliła się z nikim informacjami na temat
swoich wizji, szczególnie wówczas, gdy były niepomyślne. Zamiast tego
dodała:
- Powinieneś wiedzieć, jak ja się czuję, Loial, pochwycona znienacka
pomiędzy Aes Sedai i tych ludzi z Dwu Rzek.
Loial mruknął coś wymijająco, ale Min najwyraźniej wzięła to za wyraz
zgody.
- Tak - ciągnęła dalej, wymawiając dobitnie słowa. - Żyłam sobie
spokojnie w Baerlon i odpowiadało mi takie życie, kiedy nagle pochwycono
mnie za skórę na karku i rzucono Światłość jedna wie dokąd. Cóż, równie
dobrze mogę znajdować się tutaj. Moje życie nie należy już do mnie,
odkąd spotkałam Moiraine i tych wieśniaków z Dwu Rzek. - Zwróciła oczy w kierunku Perrina, wydymając wargi. - Wszystko, czego pragnę, to żyć tak,
jak mi się podoba, zakochać się w mężczyźnie, którego wybiorę... - Jej
policzki pokraśniały nagle, musiała odkaszlnąć. - Chciałam powiedzieć,
cóż złego jest w pragnieniu życia bez tych wszystkich wstrząsów dookoła?
- Ta'veren... - zaczął Loial. Perrin gestem dał mu znak, żeby przestał,
ale ogirowi niełatwo było przeszkodzić, a powstrzymanie go graniczyło
niemal z niemożliwością, kiedy porywał go jeden z charakterystycznych
dlań napływów entuzjazmu. Dla jego ziomków, z właściwym im poglądem na
życie, zachowanie Loiala było przykładem skrajnej pochopności. Teraz
więc urwał jedynie na krótki moment, włożył książkę do kieszeni kaftana
i wymachując swoją fajką, ciągnął dalej: - My wszyscy, całość naszych
żywotów, wpływa na życie innych, Min. Kiedy Koło Czasu wplata nas do
Wzoru, nici naszych żywotów ciągną i szarpią nici tych, którzy nas
otaczają. W przypadku ta'veren jest tak samo, tylko z mocą
nieporównanie większą. Ta'veren pociąga za sobą cały Wzór, przez
pewien czas, rzecz jasna, zmuszając, by kształtował się wokół niego. Im
bliżej jesteś więc z nim związana, tym bardziej wszystko dotyczy cię
osobiście. Powiedziane jest, że ci, którzy znajdowali się w jednym
pokoju z Arturem Hawkwingiem, mogli czuć wręcz namacalnie, jak Wzór się
przekształca. Nie wiem, w jakim stopniu jest to prawdą, czytałem jednak,
że tak było. Sami ta'veren wplatani są ściślej we Wzór niż większość z nas, ich możliwości wyboru są znacznie ograniczone.
Perrin skrzywił się.
"Doprawdy są bardzo skromne, przynajmniej jeśli chodzi o te, które mają
jakieś znaczenie".
Min potrząsnęła głową.
- Po prostu chciałabym, żeby oni nie byli takimi... takimi przeklętymi
ta'veren przez cały czas. Ta'veren ciągną w jedną stronę, a Aes
Sedai wtrącają się od drugiej. Jakie szanse może mieć kobieta między
nimi?
Loial wzruszył ramionami.
- Bardzo niewielkie, jak mniemam, a tym mniejsze, im dłużej pozostaje w bliskości ta'veren.
- Jakbym mogła wybierać... - westchnęła Min.
- Ty miałaś to szczęście, lub, jeśli wolisz, nieszczęście, że spotkałaś
się nie z jednym, lecz aż z trzema ta'veren. Randem, Matem i Perrinem.
Ja przynajmniej uważam to za wielkie szczęście i uważałbym tak nawet
wówczas, gdyby nie byli moimi przyjaciółmi. Sądzę, że mógłbym nawet... -
Ogir popatrzył na nich znienacka zawstydzony, zastrzygł uszami. -
Obiecujecie, że nie będziecie się śmiali? Sądzę, że mógłbym napisać o tym książkę. Zbieram już notatki.
Min uśmiechnęła się przyjaznym, ciepłym uśmiechem i Loialowi znowu
wyprężyły się uszy.
- To wspaniale - powiedziała mu. - Jednak niektórzy z nas czują się tak
jak tańczące marionetki, których sznurki pociągają ci ta'veren.
- Ja się o to nie prosiłem - wybuchnął Perrin. - Wcale tego nie
chciałem.
Nie zwróciła na niego uwagi.
- Czy to właśnie stało się z tobą, Loial? Czy dlatego podróżujesz z Moiraine? Wiem, że wy, ogirowie, prawie nigdy nie opuszczacie swoich
stedding. Czy jeden z tych ta'veren pociągnął cię za sobą?
Loial przez chwilę przyglądał się dokładnie swej fajce.
- Chciałem po prostu zobaczyć gaje, które kiedyś zasadzili ogirowie -
wymamrotał. - Tylko to i nic więcej.
Spojrzał na Perrina, jakby prosił o pomoc, ale tamten tylko się
uśmiechnął.
"Zobaczmy, jak ta podkowa pasuje do twojego kopyta".
Nie znał całej historii, ale wiedział, że Loial uciekł od swoich. Miał
dziewięćdziesiąt lat, nie był jednak wystarczająco dorosły, według norm
ogirów, by samodzielnie opuszczać stedding - udawać się do
Zewnętrznego Świata, jak oni to nazywali - bez zezwolenia Starszych.
Loial twierdził, że Starsi nie będą szczególnie zadowoleni, gdy wreszcie
dostaną go w swe ręce. Dlatego najwyraźniej miał zamiar odwlekać ten
moment tak długo, jak tylko się da.
Pomiędzy Shienaranami dostrzegł jakieś poruszenie, ludzie podnosili się
z ziemi. To Rand wyszedł z szałasu Moiraine.
Nawet z takiej odległości Perrin widział go wyraźnie. Młody człowiek z rudawymi włosami i szarymi oczyma. Był w tym samym wieku co Perrin, a kiedy stawali ramię w ramię, okazywało się, że jest jakieś pół głowy
wyższy i znacznie szczuplejszy, mimo że równie barczysty. Po rękawach
czerwonego kaftana z wysokim kołnierzem pięły się haftowane złotem
kolczaste gałęzie, na piersiach ciemnego płaszcza pyszniła się ta sama
istota, którą można było zobaczyć na sztandarze - wąż o czterech nogach,
ze złotą grzywą. Rand i on przyjaźnili się już od dziecka.
"Czy wciąż jeszcze jesteśmy przyjaciółmi? Czy to w ogóle możliwe?
Teraz?".
Shienaranie skłonili się jak jeden mąż, nie opuszczając głów, tylko
kładąc ręce na kolanach.
- Lordzie Smoku - zawołał Uno - jesteśmy gotowi. Służenie tobie to
zaszczyt.
Uno, który niemalże nie potrafił wypowiedzieć jednego zdania, by nie
wtrącić jakiegoś przekleństwa, odzywał się teraz z najgłębszym
szacunkiem. Pozostali powtórzyli jak echo:
- Służenie tobie to zaszczyt.
Masema, który we wszystkim dopatrywał się czegoś złego, patrzył teraz
oczyma płonącymi oddaniem, Ragan i wszyscy pozostali czekali tylko na
rozkaz, gdyby Randowi przyszła ochota jakiś wydać.
Rand patrzył na nich przez chwilę ze zbocza, potem odwrócił się i zniknął między drzewami.
- Znowu kłócił się z Moiraine - powiedziała cicho Min. - Tym razem
trwało to cały dzień.
Perrin nie był zaskoczony, a jednak przeżył lekki wstrząs. Kłócić się z Aes Sedai. Nagle przypomniały mu się te wszystkie opowieści, które
usłyszał w dzieciństwie. Aes Sedai, które sprawiały, że trony i ludy
tańczyły wedle poruszeń trzymanych przez nie, niewidzialnych sznurków.
Aes Sedai, których podarunki zawsze kryły w sobie jakiś haczyk, które
kazały płacić sobie zawsze mniej, niż mógłbyś pomyśleć, ale zawsze
okazywało się, że cena ta przekracza wszystko, co mógłbyś sobie
wyobrazić. Aes Sedai, których gniew potrafił poruszyć ziemię i ściągnąć
grom. Niektóre z tych opowieści okazały się nieprawdziwe, teraz już o tym wiedział. I jednocześnie nie przekazywały nawet połowy prawdy.
- Lepiej będzie, jak pójdę za nim - oznajmił. - Po takiej kłótni zawsze
potrzebuje kogoś, z kim mógłby porozmawiać.
Oprócz Moiraine i Lana tylko oni troje - Min, Loial i on sam - nie
gapili się na Randa tak, jakby wywodził się z jakichś królów. No i z całej trójki Perrin znał go najdłużej.
Ruszył w górę zbocza, zatrzymując się tylko na tyle, by rzucić okiem na
zamknięte drzwi szałasu Moiraine. W środku musiała być Leya i Lan.
Strażnik rzadko oddalał się na dłużej od boku Aes Sedai.
Dużo mniejszy szałas Randa położony był niżej, dokładnie ukryty pośród
drzew i w pewnym oddaleniu od reszty. Z początku próbował nawet żyć
wśród innych ludzi obozujących na samym dnie niecki, ale przegnał go
stamtąd ich bezustanny lęk. Teraz przestawał właściwie wyłącznie z samym
sobą. Zbyt dużo samotności, osądził Perrin. Wiedział jednak, że Rand nie
skierował się teraz do swojego szałasu.
Perrin szybko poszedł do miejsca, gdzie jeden ze stoków kielicha doliny
nagle zamieniał się w ostre urwisko, wysokości pięćdziesięciu kroków,
zupełnie gładkie z wyjątkiem mocnych krzaków, tu i ówdzie nieustępliwie
wczepionych w gołą skałę. Wiedział dokładnie, gdzie znajduje się
szczelina w kamiennej ścianie, przejście niewiele szersze od jego
barków. Gdy miało się nad głową jedynie wstęgę nieba, przygasającego
późnym wieczorem, wejście w nią przypominało zagłębianie się w tunel.
Szczelina ciągnęła się na pół mili, potem znienacka otwierała na wąską
dolinę, niezbyt długą, której dno pokrywały skały i głazy, a strome
zbocza porastało skórzane drzewo, sosna i jodła. Zachodzące za górami
słońce rzucało długie cienie. Poza szczeliną, którą przyszedł, ściany
doliny były całkowicie niedostępne i tak strome, jakby wyrzezało ją
uderzenie jakiegoś gigantycznego topora. Można by bronić jej jeszcze
łatwiej niż niecki, w której rozbili obóz, jednak nie miała ani
strumienia, ani źródła. Nikt tutaj nie chadzał, z wyjątkiem Randa, gdy
pokłócił się z Moiraine.
Rand stał blisko wejścia, opierając się o szorstki pień skórzanego
drzewa i wpatrując we wnętrza swoich dłoni. Perrin wiedział, że
przyjaciel ma na obu wizerunek czapli, wypalony aż do żywego mięsa. Rand
nie poruszył się, kiedy buty Perrina zachrzęściły na kamieniach.
Nagle Rand zaczął cicho recytować, nie odrywając wzroku od swych dłoni:
Dwakroć podwójnie będzie naznaczony,
dwakroć na życie, dwakroć na śmierć.
Raz czaplą, która drogę mu wyznaczy.
Drugi raz czaplą, by miano zyskać prawdziwe.
Raz Smokiem przez pamięć utraconą.
Drugi raz Smokiem, przez cenę, którą musi zapłacić.
Zadrżał i zaplótł ręce na piersiach.
- Ale jeszcze nie Smokiem. - Zaśmiał się ochryple. - Jeszcze nie.
Przez chwilę Perrin tylko mu się przyglądał. Człowiek, który potrafił
przenosić Jedyną Moc. Mężczyzna. Mężczyzna skazany na szaleństwo od
skazy na saidine, męskiej połowie Prawdziwego Źródła, który miał
zniszczyć wszystko i wszystkich dookoła. Mężczyzna - potwór! - którego
nienawidzić i lękać się uczono wszystkich od dzieciństwa. Tylko... nie
potrafił pod tym wszystkim nie widzieć chłopca, z którym razem dorastał.
"Czy można tak po prostu przestać być czyimś przyjacielem?".
Perrin wybrał mały głaz z płaskim wierzchem i usiadł na nim, czekając.
Po chwili Rand odwrócił głowę i spojrzał na niego.
- Myślisz, że z Matem wszystko w porządku? Kiedy ostatni raz go
widziałem, wyglądał na bardzo chorego.
- Do tej pory na pewno zdążył wydobrzeć.
"Powinien być już w Tar Valon. Tam go Uzdrowią. A Nynaeve i Egwene będą
utrzymywać go z dala od kłopotów".
Egwene i Nynaeve, Rand, Mat i Perrin. Niewielu ludzi z zewnątrz
przybywało do Dwu Rzek, wyjąwszy okazjonalne wizyty handlarzy albo
kupców, którzy raz do roku przybywali po wełnę oraz tytoń. Niemalże nikt
stamtąd nie wyjeżdżał. Zanim Koło nie wybrało swoich ta'veren,
sprawiając, że pięcioro prostych ludzi ze wsi nie mogło dłużej pozostać
tam, gdzie dotąd żyli. Nie mogli już dłużej być tym, czym byli przedtem.
Rand pokiwał głową, ale się nie odezwał.
- Ostatnio zdarza mi się marzyć, że wciąż jestem kowalem. - powiedział
Perrin - Czy ty... czy ty też wolałbyś dalej być pasterzem?
- Obowiązek - odmruknął Rand. - Śmierć jest lżejsza od pióra, obowiązek
cięższy niż góra. Tak mówią w Shienarze... "Czarny się wierci. Nadchodzi
Ostatnia Bitwa. A Smok Odrodzony musi stawić czoło Czarnemu podczas
Ostatniej Bitwy, bo w przeciwnym razie Cień pokryje wszystko. Koło Czasu
pęknie. I odtąd wszystkie Wieki zostaną przerobione wedle obrazu
Czarnego". A ja jestem sam. - Zaczął się śmiać jakimś bezradosnym
śmiechem, ramiona mu drżały. - Mam obowiązki, ponieważ nie ma nikogo
innego, nieprawdaż?
Perrin poruszył się niespokojnie. W śmiechu Randa brzmiał jakiś przykry
ton, pod wpływem którego przeszły go ciarki.
- Jak rozumiem, znowu pokłóciłeś się z Moiraine. Poszło o to samo, co
zawsze?
Rand wciągnął długi, urywany oddech.
- Czy nie jest tak, że zawsze kłócimy się o to samo? Oni są tutaj, na
Równinie Almoth, i Światłość jedna wie, gdzie jeszcze. Są ich setki.
Tysiące. Opowiedzieli się za Smokiem Odrodzonym, ponieważ ja wzniosłem
ten sztandar. Ponieważ ja pozwoliłem nazwać się Smokiem. Ponieważ nie
miałem innego wyboru. I teraz umierają. Walczą, poszukują, modlą się do
człowieka, który rzekomo miał ich poprowadzić. Umierają. A ja siedzę
tutaj, w górach, przez całą zimę. Ja... jestem coś im winien.
- Myślisz, że to mi się podoba? - Perrin pokręcił z rozdrażnieniem
głową.
- Ty zgadzasz się na wszystko, co ona ci każe. - Rand zazgrzytał zębami.
- Ani razu się jej nie sprzeciwiłeś.
- Dużo dobrego przyszło ci z tych sprzeciwów. Kłóciłeś się przez całą
zimę i całą zimę siedzieliśmy tutaj, jak jakieś owce w zagrodzie.
- Ponieważ ona ma rację. - Rand ponownie roześmiał się tym mroźnym
śmiechem. - Niech mnie Światłość spali, ma rację. Oni rozproszyli się w małych grupkach po całej równinie, jak Tarabon i Arad Doman długie i szerokie. Gdybym przyłączył się do jednej z nich, wówczas Białe
Płaszcze, armia Domani oraz Tarabonianie natychmiast rzuciliby się na
taką jak wilk na owcę.
Perrin nieomal sam się roześmiał, chcąc pokryć zmieszanie.
- Jeżeli zgadzasz się z nią, to dlaczego, na Światłość, przez cały czas
się z nią kłócisz?
- Ponieważ muszę coś zrobić. Albo... albo wybuchnę jak zgniły melon!
- Co chcesz zrobić? Jeśli będziesz słuchał tego, co ona ci mówi...
Rand nie pozwolił mu powiedzieć, że będą tu tkwili do końca życia.
- Moiraine mówi! Moiraine mówi! - Wyprostował się, ściskając głowę w dłoniach. - Moiraine ma coś do powiedzenia na każdy temat! Powiada, że
nie wolno mi iść do ludzi, którzy w moim imieniu umierają. Twierdzi, że
będę wiedział, co mam robić, ponieważ Wzór mnie do tego zmusi. Moiraine
mówi! Ale nie mówi mi, w jaki sposób się tego dowiem. O, nie! Tego to
ona nie wie. - Opuścił ręce i odwrócił się w stronę Perrina, z przekrzywioną głową i zmrużonymi oczyma. - Czasami mam wrażenie, że
Moiraine prowadzi mnie do przodu jak jakiegoś kapryśnego,
taireniańskiego rumaka, krok za krokiem. Czy odniosłeś kiedyś takie samo
wrażenie?
Perrin przeczesał dłonią kudłate włosy.
- Ja... Cokolwiek nas popycha albo ciągnie, ja wiem, kim jest wróg, Rand.
- Ba'alzamon - powiedział cicho Rand. Starodawne imię Czarnego. W mowie
trolloków oznaczało Serce Ciemności. - A ja muszę stawić mu czoło,
Perrin. - Przymknął oczy, na jego twarzy pojawił się dziwny grymas, na
poły uśmiech, na poły boleść. - Światłości, pomóż mi, przez połowę czasu
pragnę, aby to się już stało, aby minęło, dokonało się, a przez drugą
połowę... Jak często mam być zdolny do... Światłości, to mnie tak przyciąga.
A co, jeśli nie... Co, jeśli...
Ziemia zadrżała.
- Rand? - przemówił z niepokojem Perrin.
Rand zadrżał, pomimo chłodu na jego twarzy błyszczał pot. Powieki miał
wciąż zaciśnięte.
- Och, Światłości! - jęknął - to tak przyciąga.
Nagle ziemia zafalowała pod Perrinem, a po dolinie poniósł się echem
głuchy łomot. Wyglądało to tak, jakby ziemia wyrwała mu się spod stóp.
Upadł, a może to grunt podźwignął się ku niemu. Dolina zatrzęsła się,
jakby jakaś ogromna dłoń sięgnęła z niebios, chcąc wyrwać ją z otaczających gór. Przylgnął do podłoża, mimo iż potrząsało nim jak
lalką. Kamienie przed jego oczyma podskakiwały i toczyły się, a tumany
kurzu wirowały w powietrzu.
- Rand! - Jego wezwanie pochłonął głuchy ryk.
Rand stał wyprostowany, z głową odrzuconą do tyłu, powieki miał wciąż
zaciśnięte. Wydawało się, że nie zwraca uwagi na kołyszącą się ziemię,
która podtrzymywała go raz pod takim kątem, za drugim razem pod innym.
Nawet na moment nie stracił równowagi, niezależnie od tego, jak
gwałtowne były przechyły. Perrin, sam targany wstrząsami, nie mógł być
pewien, ale zdało mu się, iż na twarzy tamtego widzi uśmiech. Drzewa
pochyliły się ku ziemi, a skórzane drzewo znienacka pękło na dwoje,
większy fragment jego pnia runął na ziemię nie dalej jak trzy kroki od
Randa. Nie zwrócił na to większej uwagi niźli na resztę otoczenia.
Perrin z wysiłkiem nabrał powietrza do płuc.
- Rand! Na miłość Światłości, Rand! Przestań!
Wszystko skończyło się równie nagle, jak zaczęło. Spróchniała gałąź
odpadła od karłowatego dębu z głuchym trzaskiem. Perrin powoli podnosił
się, kaszląc. Kurz wisiał w powietrzu, lśniąc niczym skrzydła ciem w promieniach zachodzącego słońca.
Rand wpatrywał się w jakiś nieistniejący punkt, pierś unosiła mu się
ciężko, jak po dziesięciomilowym biegu. Coś takiego jeszcze nigdy dotąd
się nie wydarzyło, w istocie rzeczy nigdy nie zdarzyło się nic, co
choćby odlegle przypominało skalą wydarzenia sprzed chwili.
- Rand - powiedział ostrożnie Perrin - co...?
Rand wciąż zdawał się spoglądać w dal.
- To jest zawsze obecne. Wzywa mnie. Przyciąga mnie. Saidin. Męska
połowa Prawdziwego Źródła. Czasami nie mogę się powstrzymać, by do niego
nie sięgnąć. - Wykonał taki ruch, jakby łapał coś frunącego przez
powietrze, potem przeniósł spojrzenie na zaciśniętą pięść. - Mogę wyczuć
skazę, jeszcze zanim jej dotknę. Skazę Czarnego, niczym cienką powłokę
zła usiłującą zakryć Światłość. Powoduje, że żołądek wywraca mi się na
drugą stronę, ale nic nie mogę na to poradzić. Nie potrafię sobie pomóc.
Nie umiem! Tylko czasami się zdarza, że tam sięgam i jest tak, jakbym
chwytał powietrza. - Rozwarł gwałtownie pustą dłoń i zaśmiał się gorzko.
- A co będzie, jeśli tak się stanie, gdy nadejdzie Ostatnia Bitwa? Co,
jeśli sięgnę i nie pochwycę niczego?
- Cóż, tym razem bez wątpienia ci się udało - powiedział Perrin
ochrypłym głosem. - Co ty właściwie zrobiłeś?
Rand rozejrzał się dookoła, jakby widział wszystko po raz pierwszy.
Obalone drzewo skórzane i połamane gałęzie. Perrin dopiero teraz
stwierdził, że wszystko skończyło się na zaskakująco małych
zniszczeniach. Spodziewał się zobaczyć raczej szczeliny ziejące w ziemi.
Ściana drzew wyglądała na niemal nienaruszoną.
- Nie chciałem tego. To było tak, jakbyś chciał tylko odkręcić kurek, a zamiast tego wyrwał cały szpunt z beczki. To... mnie wypełniło. Musiałem
jakoś się tego pozbyć, bo inaczej bym spłonął, ale... nie chciałem zrobić
tego wszystkiego.
Perrin potrząsnął głową.
"Czy jest sens prosić go, by więcej tego nie robił? O tym, co robi, wie
niewiele więcej niż ja".
- Dostatecznie wielu jest takich, którzy chcieliby widzieć ciebie i nas
wszystkich wśród martwych, żebyś miał wykonywać za nich ich robotę.
Rand zdawał się go nie słuchać.
- Lepiej wracajmy do obozu. Wkrótce zrobi się ciemno, a nie wiem jak ty,
ale ja jestem głodny.
- Co? Aha. Idź, Perrin. Ja wrócę później. Chcę jeszcze chwilę być sam.
Perrin zawahał się, potem niechętnie zawrócił w kierunku szczeliny w ścianie niecki. Zatrzymał się, gdy Rand przemówił ponownie.
- Czy miewasz sny, kiedy śpisz? Dobre sny?
- Czasami - odpowiedział ostrożnie Perrin. - Ale nie pamiętam większości
tego, o czym śnię.
Nauczył się strzec swoich snów.
- Moje sny nieprzerwanie czyhają - rzekł Rand, tak cicho, że Perrin
ledwie dosłyszał. - Być może przekazują nam coś. Coś prawdziwego.
Stał w milczeniu, pochylony.
- Kolacja czeka - powtórzył Perrin, ale Rand zatopił się głęboko we
własnych myślach. Na koniec Perrin odszedł, zostawiając go stojącego
samotnie.
Rozdział 3
Wieści z równiny
Część drogi przez szczelinę przebył w absolutnych ciemnościach, ponieważ wstrząsy spowodowały, iż w jednym
miejscu skały zetknęły się ze sobą, dość wysoko jednak, aby można było
przejść pod nimi. Długo stał, wpatrując się uważnie w czerń, potem
szybko przeszedł pod spodem, upewniwszy się, że kamienna płyta tkwi
niewzruszenie w miejscu. Łaskotanie w zakamarku umysłu powróciło.
"Nie, niech sczeznę! Nie!".
Wrażenie zniknęło.
Wyszedł ze szczeliny i popatrzył z góry na obóz, nieckę wypełniały
dziwaczne cienie zachodzącego słońca. Moiraine stała przed swoim
szałasem, wpatrując się w wejście do szczeliny. Przystanął. Aes Sedai
była szczupłą, ciemnowłosą kobietą, niesięgającą mu nawet do ramienia i bardzo przystojną, miała tę samą cechę, której nabywały wszystkie Aes
Sedai, parające się dłuższy czas Jedyną Mocą - brak wyraźnych oznak
wieku na twarzy. Nie był w stanie stwierdzić, ile ona może mieć lat, z tą twarzą zbyt gładką, by zasługiwała na miano starej, i oczyma zbyt
mądrymi, by mogły należeć do osoby młodej. Jej suknia z ciemnoniebieskiego jedwabiu była zmięta i zakurzona, a kosmyki włosów
sterczały na wszystkie strony w miejsce zazwyczaj starannie ułożonej
fryzury. Smuga kurzu przecinała jej twarz.
Spuścił wzrok. Wiedziała, co się z nim dzieje, tylko ona i Lan w całym
obozowisku, ale nie lubił tego błysku rozpoznania, który pojawiał się w jej spojrzeniu, kiedy spoglądała mu w oczy. Żółte oczy. Być może kiedyś
odważy się ją zapytać, co wie na ten temat. Aes Sedai musi wiedzieć
więcej niż on. Ale teraz nie był na to czas. W istocie żadna chwila nie
wydawała się właściwa.
- On... On nie chciał... To był wypadek.
- Wypadek - powiedziała bezbarwnym głosem, potem potrząsnęła głową i zniknęła na powrót we wnętrzu swego szałasu. Drzwi zatrzasnęły się za
nią odrobinę zbyt głośno.
Perrin wziął głęboki oddech i zaczął dalej schodzić w stronę ognisk
obozowych. Spodziewał się kolejnej kłótni pomiędzy Randem i Aes Sedai,
jutrzejszego ranka, jeśli nie wręcz jeszcze dzisiejszej nocy.
Kilkanaście drzew leżało powalonych na zboczach niecki, ich pnie zostały
wyrwane z korzeniami i sporymi bryłami ziemi. Ślad spękanej i wzruszonej
ziemi prowadził aż do brzegu strumienia, nad którym leżał głaz, którego
tam wcześniej nie było. Jeden z szałasów po przeciwnej stronie doliny
zawalił się od wstrząsów i teraz większość Shienaran skupiła się wokół
niego, zajmując się odbudową. Był z nimi Loial; podnosił drewnianą
belkę, do podźwignięcia której potrzeba byłoby czterech mężczyzn.
Rytmiczne przekleństwa Uno niosły się aż na dno doliny.
Min stała przy ognisku, mieszając w kociołku z wyrazem skrajnego
niezadowolenia na twarzy. Na policzku miała niewielkie skaleczenie, w powietrzu zaś wokół niej unosił się przykry zapach spalonego gulaszu.
- Nienawidzę gotowania - oznajmiła i z powątpiewaniem wbiła wzrok w kociołek. - Jeśli coś mi się nie uda z tym gulaszem, nie będzie to moja
wina. Rand wylał połowę do ogniska, kiedy... Jakie on ma prawo rozrzucać
nas dookoła niczym worki ziarna? - Potarła siedzenie swych spodni i skrzywiła się. - Kiedy tylko wpadnie w moje ręce, przyłożę mu tak, że
popamięta.
Pomachała w kierunku Perrina drewnianą łyżką, jakby chciała od niego
rozpocząć wymierzanie kary.
- Czy ktoś został ranny?
- Tylko jeśli uznasz skaleczenia za rany - odparła ponuro Min. - Z początku wszyscy byli przestraszeni. Potem jednak zobaczyli, jak
Moiraine patrzy w kierunku kryjówki Randa, i zdecydowali, że to musiało
być jego dzieło. Jeżeli sam Smok chce strząsać góry na ich głowy, to
widocznie Smok musi mieć odpowiednie po temu racje. Gdyby zdecydował, że
mają sami obedrzeć się ze skóry, a potem odtańczyć taniec szkieletów,
również uważaliby, że wszystko jest w porządku.
Parsknęła i uderzyła łyżką o krawędź garnka.
Obejrzał się w kierunku szałasu Moiraine. Gdyby Leyi coś się stało -
gdyby nie żyła - Aes Sedai nie wróciłaby spokojnie do środka. Wciąż
dręczyło go napięcie związane z oczekiwaniem.
"Cokolwiek to jest, jeszcze się nie wydarzyło".
- Min, może jednak odjedziesz. Zaraz z samego ranka. Mam trochę srebra,
które mogę ci dać, jestem też pewien, że Moiraine da ci wystarczająco
dużo, byś mogła opłacić przejazd z karawaną kupiecką poza granice
Ghealdan. Zanim się spostrzeżesz, będziesz z powrotem w Baerlon.
Patrzyła na niego w taki sposób, że zaczął się zastanawiać, czy nie
powiedział czegoś niewłaściwego. Na koniec otworzyła usta:
- Jesteś bardzo miły, Perrin, ale cię nie posłucham.
- Sądziłem, że pragniesz odjechać. Nieustannie narzekasz na konieczność
siedzenia tutaj.
- Znałam kiedyś pewną starą kobietę z Illian - zaczęła powoli. - Kiedy
była młoda, matka zaaranżowała jej małżeństwo z człowiekiem, którego
nigdy nie widziała na oczy. W Illian czasami robią takie rzeczy.
Opowiadała mi, że pierwsze pięć lat spędziła na robieniu bezustannych
awantur, a kolejne pięć na takim uprzykrzaniu mu życia, by nie wiedział,
kogo o to obwiniać. Kilka lat później, jak opowiadała, zmarł i wtedy
zrozumiała, że przez całe życie kochała właśnie jego.
- Nie rozumiem, co to ma wspólnego z naszą sytuacją.
W jej spojrzeniu mógł odczytać brak wiary w to, że on w ogóle próbuje
zrozumieć. Jej głos przesyciła wystudiowana cierpliwość, z jaką
nauczyciele zwracają się do szczególnie tępych uczniów.
- Tylko dlatego, że przeznaczenie wybierze coś dla ciebie, zamiast
pozwolić ci na swobodny wybór, nie znaczy jeszcze, że musi to być coś
złego. Nawet gdyby było to coś, o czym wiesz na pewno, iż nigdy byś tego
nie wybrał, choćby minęło sto lat. "Lepsze dziesięć dni miłości niż lata
żalu" - zacytowała.
- Teraz rozumiem jeszcze mniej - powiedział. - Nie musisz zostawać,
jeżeli nie chcesz.
Powiesiła łyżkę na wysokim, rozdwojonym patyku wbitym w ziemię, a potem
zupełnie go zaskoczyła, gdy wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.
- Jesteś wspaniałym człowiekiem, Perrinie Aybara. Nawet jeśli niczego
nie rozumiesz.
Perrin niepewnie zamrugał oczyma. Żałował, że nie może być pewien, czy
Rand jest w pełni władz umysłowych, albo że nie ma tu Mata. Nigdy zbyt
dobrze nie wiedział, jak postępować z dziewczętami, natomiast Rand
zdawał się radzić sobie zupełnie nieźle. Podobnie Mat; większość
dziewcząt w domu, w Polu Emonda, skarżyła się wprawdzie, że Mat chyba
nigdy nie dorośnie, ale on ewidentnie miał na nie jakieś sposoby.
- A jak jest z tobą, Perrin? Czy ty sam nie chciałbyś wrócić do domu?
- Cały czas mam na to ochotę - oznajmił żywo. - Ale ja... nie sądzę, żebym
mógł. Jeszcze nie.
Spojrzał za siebie, w kierunku doliny, gdzie zostawił Randa.
"Wydaje się, że jesteśmy związani ze sobą, nieprawdaż, Rand?".
- Być może już nigdy.
Pomyślał, że może powiedział to zbyt cicho, by usłyszała, ale
spojrzenie, jakim go obrzuciła, było pełne współczucia. I zrozumienia.
Doleciał go odgłos czyichś kroków, odwrócił się więc i spojrzał w kierunku szałasu Moiraine. Pośród ciemniejącego z każdą chwilą zmierzchu
w ich kierunku zmierzały dwie postacie, uważnie wybierając drogę. Jedną
była kobieta, szczupła, o ruchach pełnych gracji, nawet na nierównym,
pochyłym gruncie. Mężczyzna zaś, o głowę wyższy od swej towarzyszki,
zboczył w stronę pracujących Shienaran. Nawet oczy Perrina nie potrafiły
wychwycić szczegółów, niekiedy tamten zdawał się znikać, potem pojawiał
się na krótką chwilę, sylwetka częściowo gubiła się w mroku, a potem
pojawiała na powrót w rytm podmuchów wiatru. Tylko zmiennokolorowy
płaszcz Strażnika zdolny był do takich sztuczek, co oznaczało, że wyższa
postać należy do Lana, a wobec tego niższą była z pewnością Moiraine.
W sporej odległości za nimi kolejna sylwetka, jeszcze trudniejsza do
rozpoznania, prześlizgiwała się pomiędzy drzewami.
"Rand - pomyślał Perrin - wraca do swego szałasu. Kolejny wieczór, kiedy
nic nie zje, bo nie będzie mógł znieść tych wszystkich skierowanych na
niego spojrzeń".
- Ty chyba masz oczy z tyłu głowy - powiedziała Min, marszcząc brwi i spoglądając w kierunku nadchodzącej Aes Sedai. - Albo najostrzejszy
słuch, z jakim zetknęłam się w życiu. Czy to Moiraine?
"Beztroska". Tak już się przyzwyczaił do tego, że Shienaranie wiedzą,
jak bystry ma wzrok - w dziennym świetle przynajmniej, bo nie
zorientowali się dotąd, że równie dobrze widzi nocą - że zdarzało mu się
nie dbać o samokontrolę. "Beztroska może mnie zabić".
- Czy kobiecie Tuatha'anów nic się nie stało? - zapytała Min, kiedy
Moiraine podeszła do ogniska.
- Odpoczywa. - Niski głos Aes Sedai miał melodyjne brzmienie,
upodobniające go niemal do śpiewu, jej włosy zaś i ubranie były na
powrót w doskonałym porządku. Na palcu lewej dłoni nosiła pierścień
wyobrażający węża pożerającego własny ogon. Wielki Wąż - symbol
wieczności, starszy nawet jeszcze niż Koło Czasu. Każda kobieta, która
ukończyła nauki w Tar Valon nosiła taki pierścień.
Przez chwilę spojrzenie Moiraine spoczęło na Perrinie, zdając się wpijać
nazbyt głęboko w jego duszę.
- Upadła i rozcięła sobie skórę na głowie, kiedy Rand... - Zacisnęła usta,
lecz już w następnej chwili jej twarz była ponownie spokojna. -
Uzdrowiłam ją i teraz śpi. Rany głowy zawsze mocno krwawią, nawet te
najmniejsze, ale w jej przypadku to nic poważnego. Czy widziałaś coś
przy niej, Min?
Min wyglądała na zmieszaną.
- Widziałam... Wydawało mi się, że widzę jej śmierć. Twarz zalaną krwią.
Pewna byłam, że wiem, co to oznacza, ale skoro rozbiła sobie głowę...
Jesteś pewna, że nic jej się nie stało?
To pytanie świadczyło o jej niepokoju. Aes Sedai nie Uzdrawiały tak, by
zostawić coś, co jeszcze domagałoby się Uzdrowienia. A Talenty Moiraine
były szczególnie silne w tej właśnie dziedzinie.
W głosie Min brzmiało takie zakłopotanie, że Perrin przez moment
odczuwał prawdziwe zaskoczenie. Potem zrozumiawszy, pokiwał głową do
swych myśli. Tak naprawdę nie lubiła przecież tego, co robiła, mimo że
stanowiło to część niej samej; sądziła, że wie, jak działa jej dar,
przynajmniej częściowo. Jeżeli mogła się mylić, byłoby to jak odkrycie,
że nie wie, w jaki sposób posłużyć się własnymi dłońmi.
Moiraine rozważała coś przez chwilę, pogodna i spokojna.
- Nigdy dotąd się nie omyliłaś, odczytując coś dla mnie, w żadnej ze
spraw, co do których mogę się przekonać, jak wyglądają naprawdę. Być
może jest to właśnie pierwszy raz.
- Kiedy już coś wiem, to wiem - wyszeptała z uporem Min. - Światłości,
pomóż mi, wiem.
- Może to się dopiero zdarzy. Przed nią długa droga, musi powrócić do
swoich wozów, czeka ją przeprawa przez targane niepokojami okolice.
Głos Aes Sedai był jak chłodna pieśń, zupełnie obojętny. W gardle
Perrina coś się mimowolnie odezwało.
"Światłości, czy mój głos też tak brzmi? Nie pozwolę, by czyjaś śmierć
znaczyła dla mnie tak mało".
Moiraine spojrzała na niego, jakby wypowiedział swoje myśli na głos.
- Koło obraca się tak, jak chce, Perrin. Dawno temu powiedziałam ci, że
toczymy wojnę. Nie możemy przestać dlatego tylko, że niektórzy z nas
mogą zginąć. Wielu z nas może zginąć, zanim wszystko dobiegnie końca.
Broń Leyi może nie być tego samego rodzaju jak twoja, ale ona wiedziała
o tym wszystkim, co przed chwilą powiedziałam, kiedy zgłosiła swój akces
do sprawy.
Perrin spuścił oczy.
"Może tak i jest, Aes Sedai, ale ja nigdy nie zaakceptuję tego w taki
sposób jak ty".
Po drugiej stronie ogniska pojawił się Lan, obok niego stali Loial i Uno. Płomienie rzucały tańczące cienie na twarz Strażnika, w ich świetle
jeszcze bardziej niż zazwyczaj przypominała kamienną płaskorzeźbę, całą
z twardych płaszczyzn i kątów. Jego płaszcz nie wydawał się wcale
łatwiejszy do wyłowienia wzrokiem w świetle ogniska niźli w cieniu.
Czasami wyglądał tylko jak zwyczajny ciemny płaszcz, ciemny lub czarny
wręcz, ale szarości i czernie zdawały się topić i zmieniać, gdy
spojrzało się z bliska; cienie i odcienie prześlizgiwały się po nim,
wsiąkały weń. Innymi razy wyglądało to tak, jakby Lan w jakiś sposób
wyszarpnął kawałek nocy i owinął sobie ciemność wokół ramion. Nie była
to rzecz, na którą łatwo było patrzeć, i niczego nie zmieniał tu fakt,
kto ją nosił.
Lan był wysoki i krzepko zbudowany, jego błękitne oczy lśniły niczym dwa
zamarznięte, górskie jeziora, a poruszał się ze śmiertelną gracją, która
zdawała się scalać go z mieczem, który zawsze nosił przy boku. On nie
wyglądał tylko na zdolnego do zadawania przemocy i śmierci - ten
mężczyzna obłaskawił przemoc i śmierć, i nosił je w swej kieszeni, gotów
wyzwolić je w mgnieniu oka, albo opanować, gdyby Moiraine powiedziała
choć słowo. Przy Lanie nawet Uno wydawał się znacznie mniej groźny. W długich włosach Strażnika, przewiązanych na czole przepaską z plecionej
skóry, błyszczały nitki siwizny, ale nawet młodsi mężczyźni unikali
starcia z nim - jeśli byli na to dość mądrzy.
- Pani Leya przywiozła zwykłe wieści z Równiny Almoth - oznajmiła
Moiraine. - Wszyscy walczą ze wszystkimi. Płoną wioski. Ludzie uciekają
w różne strony. I na dodatek, na Równinie pojawili się Myśliwi
poszukujący Rogu Valere.
Perrin poruszył się niespokojnie. Róg znajdował się tam, gdzie żaden z Myśliwych polujących na Równinie Almoth nie miał szans go znaleźć,
gdzie, jak miał nadzieję, żaden Myśliwy nigdy go nie zdobędzie - a ona,
zanim podjęła temat dalej, rzuciła mu chłodne spojrzenie. Nie pozwalała
nikomu z nich nawet wspominać o Rogu. Wyjątkiem były oczywiście
sytuacje, kiedy sama tego chciała.
- Przywiozła również inne wieści. Na Równinie Almoth zebrało się około
pięciu tysięcy Białych Płaszczy.
Uno chrząknął.
- To przeklęta... ech, przepraszam, Aes Sedai. To musi być połowa całej
ich siły. Nigdy dotąd nie gromadzili tak wielu ludzi w jednym miejscu.
- W związku z tym przypuszczam, że ci, którzy zgłosili swe poparcie dla
Randa, albo zostali zabici, albo się rozproszyli - mruknął Perrin. -
Albo wkrótce tak się stanie.
Nie lubił myśleć o Białych Płaszczach. W ogóle nie cierpiał Synów
Światłości.
- To właśnie jest dziwne - powiedziała Moiraine. - Przynajmniej pierwsza
część tej wiadomości. Synowie ogłosili, że przybywają, aby nieść pokój,
co nie jest wcale dla nich niezwykłe. Niezwykłe jest to, że choć usiłują
zmusić Tarabonian i Domani do wycofania się za ich naturalne granice, to
nie wysłali żadnych sił przeciwko tym, którzy opowiedzieli się po
stronie Smoka Odrodzonego.
Min wydała zaskoczony okrzyk.
- Czy ona jest tego pewna? Nie wygląda to na zwyczajny sposób
postępowania Białych Płaszczy, przynajmniej na tyle, na ile ich znam.
- Na Równinie nie mogło zostać wielu przek... ech... wielu Druciarzy -
oznajmił Uno. Jego głos aż skrzeczał od wysiłku pilnowania języka w obecności Aes Sedai. Brew nad prawdziwym okiem przybrała taki sam
kształt jak nad namalowanym. - Nie lubią przebywać w miejscach, gdzie są
jakieś kłopoty, a zwłaszcza walki. Nie może ich tam być dostatecznie
wielu, by dali radę wszystko widzieć.
- Jest ich wystarczająco wielu dla realizacji moich celów - rzuciła
twardo Moiraine. - Większość odeszła, ale kilku zostało, ponieważ ich o to poprosiłam. A Leya jest najzupełniej przekonana o tym, co mówi. Och,
Synowie pochwycili kilka grupek Wyznawców Smoka, tam gdzie była ich
jedynie garstka. Lecz chociaż ogłosili, że zniszczą tego fałszywego
Smoka, chociaż posiadają tysiące ludzi, którzy zapewne nie mają nic do
roboty i w związku z tym mogliby go ścigać, unikają kontaktu z jakimkolwiek oddziałem Wyznawców Smoka liczącym ponad pięćdziesięciu
ludzi. Oczywiście nie jawnie, rozumiecie, ale zawsze coś ich opóźnia,
coś, co pozwala tym, których ścigają, uciec.
- Tak więc Rand może się do nich udać, jeśli chce. - Loial zamrugał
niepewnie, wpatrując się w Aes Sedai. Cały obóz wiedział o jej kłótniach
z Randem. - Koło utorowało mu drogę.
Uno i Lan jednocześnie otworzyli usta, ale Shienaranin ustąpił
pierwszeństwa z lekkim ukłonem.
- Najbardziej prawdopodobne - zaczął Strażnik - jest to, że Białe
Płaszcze uknuły jakiś spisek, choć, niech mnie Światłość spali, jeżeli
wiem, o co może w nim chodzić. Ale kiedy Biały Płaszcz daje mi
podarunek, szukam ukrytej w nim zatrutej igły.
Uno przytaknął z ponurym grymasem na twarzy.
- Ponadto - ciągnął dalej Lan - Domani i Tarabonianie dalej starają się
zabijać Wyznawców Smoka, i to z równą pasją jak siebie nawzajem.
- I jest jeszcze jedna rzecz - uzupełniła Moiraine. - Trzech młodych
ludzi zmarło w jednej z wiosek, obok której przejeżdżały wozy Leyi.
Perrin dostrzegł błysk w oku Lana. U Strażnika równało się to mniej
więcej takiemu samemu wyrazowi zaskoczenia, jakim u zwykłego człowieka
byłby okrzyk. Nie spodziewał się, że ona o tym powie. Moiraine
kontynuowała:
- Jeden został otruty, dwóch zasztyletowano. Za każdym razem stało się
to w okolicznościach niedopuszczających, by ktoś mógł podejść blisko
niezauważony. - Wbiła wzrok w płomienie. - Wszyscy trzej młodzieńcy byli
wyżsi niż ich rówieśnicy i mieli oczy jasnej barwy. Jasne oczy stanowią
coś stosunkowo rzadkiego na Równinie Almoth, sądzę jednak, że niezbyt
szczęśliwie jest mieć teraz i tutaj jasne oczy oraz wysoki wzrost.
- Jak? - zapytał Perrin. - Jak mogli zostać zabici, kiedy nikt do nich
nie mógł się zbliżyć?
- Czarny wysługuje się zabójcami, których nie zobaczysz, zanim nie jest
zbyt późno - odrzekł cicho Lan.
Uno zadrżał.
- Bezduszni. Nigdy dotąd nie słyszałem o żadnym tak daleko na południe
od Ziem Granicznych.
- Dość już tego gadania - ucięła twardo Moiraine.
Perrin miał jeszcze wiele pytań - "Czym, na Światłość, są ci Bezduszni?
Czy przypominają trolloki albo Pomory? Czym są?" - ale zatrzymał je dla
siebie. Kiedy Moiraine postanawiała, że dosyć powiedziano na jakiś
temat, nie mówiła już nic więcej. A kiedy ona nabierała wody w usta, ust
Lana nie otworzyłby nikt, nawet z pomocą żelaznego łomu. Shienaranie
również uznawali jej przywództwo. Nikt nie miał ochoty rozgniewać Aes
Sedai.
- Światłości! - wymamrotała Min, niespokojnie wpatrując się w gęstniejący mrok. - Nie można ich zobaczyć? Światłości!
- Tak więc nic się nie zmieniło - powiedział ponuro Perrin. - W każdym
razie nic istotnego. Nie możemy zejść na równinę, a Czarny wciąż chce
widzieć nas martwymi.
- Wszystko się zmieniło - zaoponowała spokojnie Moiraine - a Wzór
włączył to w osnowę. Musimy kierować się strukturą Wzoru, a nie
chwilowymi zmianami. - Spojrzała kolejno na każde z nich, potem dodała:
- Uno, pewien jesteś, że twoi zwiadowcy nie przeoczyli nic podejrzanego?
Nawet zupełnie nieistotnego?
- Odrodzenie się Lorda Smoka zachwiało bezpieczeństwem, Moiraine Sedai,
a poza tym nigdy nie ma pewności, gdy walczy się z Myrddraalami, ale
stawiam moje życie, że zwiadowcy wykonali równie dobrą robotę jak każdy
Strażnik.
Było to jedno z najdłuższych przemówień pozbawionych przekleństw, jakie
Perrin słyszał z ust Uno. Wysiłek sprawił, że na czole Shienaranina
zaperlił się pot.
- Wszyscy się staraliśmy, ale to, co zrobił Rand, dla każdego Myrddraala
w promieniu dziesięciu mil było równie widoczne jak ognisko płonące na
szczycie góry.
- Być może... - zaczęła z wahaniem Min. - Być może powinnaś rozstawić
dodatkowe zabezpieczenie, aby trzymać ich od nas z daleka.
Lan rzucił jej surowe spojrzenie. Zdarzało mu się kwestionować decyzje
Moiraine, chociaż rzadko w obecności innych, nie pozwalał jednak, by
pozostali zachowywali się podobnie. Min odpowiedziała mu równie ostrym
grymasem.
- Cóż, Myrddraale i trolloki są wystarczająco paskudne, ale ich
przynajmniej mogę zobaczyć. Wcale natomiast nie podoba mi się pomysł, że
jeden z tych... tych Bezdusznych mógłby tutaj węszyć i poderżnąć mi
gardło, zanim go w ogóle spostrzegę.
- Moje osłony chronią nas w równej mierze przed Bezdusznymi jak przed
resztą Pomiotu Cienia - oznajmiła Moiraine. - Gdy jest się słabym tak
jak my, to najlepszym wyjściem jest ukrycie się. Jeżeli jakiś
Półczłowiek rzeczywiście czai się dostatecznie blisko, by móc... Cóż
rozstawienie takiego pasa ochronnego, który by go zabił przy próbie
wejścia na teren obozu, pozostaje poza moimi możliwościami, a zresztą
nawet gdybym była w stanie go wykonać, to taki pas uwięziłby nas w środku. Ponieważ jednak nie jest możliwe utrzymywanie dwu osłon naraz,
pozostawię zadanie strzeżenia nas zwiadowcom, wartownikom i Lanowi, a sama zaufam tylko takiej osłonie, z której może być jakiś pożytek.
- Mogę obejść obóz dookoła - zaproponował Lan. - Jeżeli jest tam coś, co
przeoczyli zwiadowcy, ja to znajdę.
Nie była to przechwałka, tylko proste stwierdzenie faktu. Uno nawet
pokiwał głową na znak, że się zgadza.
Moiraine jednak zaprotestowała.
- Jeżeli będziesz gdzieś potrzebny tej nocy, mój Gaidinie, to właśnie
tutaj. - Podniosła oczy i objęła spojrzeniem otaczające ich pociemniałe
góry. - Coś wisi w powietrzu.
- Oczekiwanie.
Słowo wyrwało się z ust Perrina, zanim zdążył ugryźć się w język. Kiedy
Moiraine spojrzała na niego - a właściwie przejrzała go na wskroś -
zapragnął je cofnąć.
- Tak - potwierdziła. - Oczekiwanie. Dopilnuj, by wartownicy byli
szczególnie czujni dzisiejszej nocy, Uno.
Nie było potrzeby przypominać, iż mężczyźni powinni spać z bronią pod
ręką, Shienaranie zawsze tak robili.
- Śpijcie dobrze - życzyła im wszystkim, jakby mieli na to jeszcze
jakiekolwiek szanse, po czym poszła do swego szałasu. Lan został na tyle
długo, by nabrać trzy miski gulaszu, po czym pośpieszył za nią i szybko
pochłonęła go noc.
Oczy Perrina lśniły złotem, kiedy odprowadzał Strażnika spojrzeniem
przez mrok.
- Śpijcie dobrze - mruknął. Zapach gotowanego mięsa sprawił nagle, że
zrobiło mu się niedobrze. - Ja mam trzecią wartę, Uno? - Shienaranin
przytaknął. - Wobec tego chyba skorzystam z jej rady.
Pozostali podchodzili kolejno do ogniska, szmer ich rozmów ścigał go,
gdy szedł w górę stoku.
Miał własny szałas, małe pomieszczenie z tyczek na tyle długich, że mógł
stanąć w środku wyprostowany; szpary pomiędzy nimi wypełniała wyschnięta
glina. Prosta prycza, wyłożona gałęziami sosny i przykryta kocem,
zajmowała niemalże połowę powierzchni. Ktokolwiek rozsiodłał jego konia,
ustawił łuk dokładnie w drzwiach. Rozpiął pas i powiesił go razem z toporem i kołczanem na kołku, potem drżąc, rozebrał się do bielizny.
Noce wciąż były chłodne, ale zimno nie pozwalało głęboko zasnąć. Głęboki
sen przynosił ze sobą wizje, od których nie potrafił się uwolnić.
Leżał przez jakiś czas, przykryty pojedynczym kocem, wpatrując się w sufit z bali i drżąc. Potem zasnął i nadeszły sny.
Rozdział 4
Sny pełne cienia
Mimo ognia płonącego na długim, kamiennym
kominku, główną salę gospody wypełniał chłód. Perrin zatarł dłonie przy
ogniu, ale nie potrafił ich rozgrzać. Zimno dostarczało jednak dziwnej
otuchy, jakby stanowiło jakąś tarczę, aczkolwiek nie potrafił wymyślić,
przeciwko czemu owe tarcze miałyby go chronić. W zakamarku umysłu coś mu
cicho mruczało, cichym, ledwie słyszalnym dźwiękiem, jakby coś tam
drapało, usiłując dostać się do środka.
- Tak więc zrezygnujesz z niego. Tak będzie dla ciebie najlepiej. Chodź
tu. Usiądź, to porozmawiamy.
Perrin odwrócił się, by spojrzeć na mówiącego. Okrągłe stoły rozproszone
bezładnie po izbie były puste, tylko przy jednym z nich, w rogu,
pogrążony w cieniu siedział samotny człowiek. Pozostała część wnętrza
wydawała się w jakiś sposób zamglona, jakby była raczej wrażeniem niż
miejscem, szczególnie wszystko, co nie znajdowało się dokładnie na
wprost przed oczyma. Obejrzał się z powrotem na ogień, który płonął
teraz na palenisku z cegieł. Z jakiegoś powodu w ogóle się tym wszystkim
nie przejął.
"Choć powinienem".
Ale nie potrafił powiedzieć dlaczego.
Mężczyzna skinął dłonią i Perrin podszedł bliżej stołu. Kwadratowego
stołu. Stoły były kwadratowe. Zmarszczył brwi i już miał dotknąć blatu
palcem, ale cofnął rękę. W tym narożniku pomieszczenia nie było żadnych
lamp i pomimo że reszta sali była jasno oświetlona, mężczyzna oraz stół,
przy którym siedział, byli niemalże niedostrzegalni, nieomal pomieszani
z ciemnością.
Perrin miał uczucie, że zna tego człowieka, ale było to wrażenie
niejasne, jak widok chwytany kątem oka. Był w średnim wieku, przystojny
i zbyt dobrze ubrany, jak na wiejską gospodę, w ciemny, czarny niemalże,
aksamit z białą koronką u kołnierza i mankietów. Siedział sztywno,
niekiedy przyciskając dłoń do piersi, jakby najdrobniejsze poruszenia
bolały. Ciemne oczy, które wbił w twarz Perrina, wyglądały jak
roziskrzone punkty wśród cieni.
- Z czego mam zrezygnować? - zapytał Perrin.
- Z niego, oczywiście. - Człowiek kiwnięciem głowy wskazał topór,
wiszący mu u pasa. Wyglądał na zaskoczonego, jakby rozmowę tę prowadzili
już wcześniej, jakby na nowo musiał rozpoczynać starą kłótnię.
Perrin nie zdawał sobie dotąd sprawy, że ma przy sobie topór, nie czuł
jego ciężaru obciągającego pas. Przesunął dłonią po ostrzu w kształcie
półksiężyca i równoważącym je grubym kolcu. Stal pod dotykiem sprawiała
wrażenie... materialnej. Bardziej niż wszystko, co go otaczało. Być może
była nawet bardziej materialna niż on sam. Pozostawił więc rękę
przyciśniętą do ostrza po to, by czuć coś realnego.
- Myślałem o tym - powiedział - ale chyba nie jestem w stanie. Jeszcze
nie.
"Jeszcze nie?".
Gospoda zdawała się migotać, a w jego głowie znowu rozbrzmiał tamten
pomruk.
"Nie!".
Pomruk ucichł.
- Nie? - Człowiek uśmiechnął się zimnym uśmiechem. - Jesteś kowalem,
chłopcze. I to zupełnie niezłym, jak słyszałem. Twoje dłonie stworzone
zostały do młota, nie do topora. Stworzone do tego, by tworzyć, nie żeby
zabijać. Wróć do tego, zanim będzie za późno.
Perrin zorientował się, że kiwa głową.
- Tak. Ale jestem również ta'veren.
Nigdy dotąd nie powiedział tego na głos.
"Ale od dawna już to wiedziałem".
Był tego pewien, ale nie mógł zrozumieć, skąd brała się ta pewność.
Uśmiech mężczyzny na chwilę zamienił się w grymas, ale zaraz potem
powrócił, wyraźniejszy, silniejszy jeszcze niż przed chwilą.
- Wszystko można zmienić, są na to sposoby, chłopcze. Są sposoby nawet
na uniknięcie przeznaczenia. Usiądź, to o tym porozmawiamy.
Cienie zdawały się przesuwać i gęstnieć, wyciągać macki.
Perrin zrobił krok do tyłu, starając się pozostawać w świetle.
- Chyba nie mam ochoty.
- Przynajmniej napij się ze mną. Za lata, które minęły, i za te, które
nadejdą. Proszę, po tym będziesz widział jaśniej pewne rzeczy.
Kubek, który mężczyzna popchnął po blacie stołu w jego kierunku, jeszcze
przed chwilą nie istniał. Teraz lśnił czystym srebrem, a ciemne wino
koloru krwi wypełniało go aż po brzegi.
Perrin przyjrzał się twarzy swego rozmówcy. Nawet mimo ostrego wzroku
niewiele widział, cienie spowijały niczym kirem rysy tamtego równie
skutecznie jak płaszcz Strażnika. Coś było w jego oczach, coś, co
powinien był sobie przypomnieć, gdyby się bardziej postarał. Mruczenie
powróciło.
- Nie - powiedział do cichego dźwięku, który rozbrzmiewał pod jego
czaszką, ale kiedy usta mężczyzny zacisnęły się w gniewie, błysku
wściekłości, stłumionym równie szybko, jak się pojawił, stwierdził, że
równie dobrze mogłoby się to odnosić do propozycji napicia się wina.
- Nie jestem spragniony.
Odwrócił się i popatrzył na drzwi. Kominek zbudowany był teraz z okrągłych rzecznych kamieni, kilka długich stołów z ławami przysuniętymi
do dłuższych boków wypełniało dokładnie pomieszczenie. Nagle zapragnął
znaleźć się na zewnątrz, gdziekolwiek, byle dalej od tego człowieka.
- Nie będziesz miał wielu szans. - Człowiek odezwał się za jego plecami,
jego głos był twardy. - Trzy wątki splecione razem dzielą wspólne
przeznaczenie. Kiedy jeden zostanie przecięty, z pozostałymi też się tak
stanie. Los może cię zabić, o ile nie uczyni z tobą czegoś jeszcze
gorszego.
Perrin poczuł nagle podmuch gorąca na plecach, podmuch, który równie
nagle rozwiał się, jakby na moment otwarto drzwi wielkiego paleniska do
wytapiania metali, a potem je błyskawicznie zamknięto. Zaskoczony
obejrzał się za siebie, pomieszczenie było puste.
"To tylko sen" - pomyślał i zadrżał z zimna, a wtedy wszystko się
zmieniło.
Spojrzał w lustro, po części nie pojmując tego, co widzi, po części zaś
akceptując wszystko bez zastrzeżeń. Pozłacany hełm, odrobiony na kształt
łba lwa, tkwił na jego głowie, jakby nosił go przez całe życie. Złote
liście pokrywały zdobnie wykuty napierśnik, złoto zdobiło płyty i kolczugę na ramionach oraz nogach. Tylko topór przy boku był zwyczajny.
Głos - własny głos - szeptał w głowie, iż przedkłada go nad każdą inną
broń, że walczył nim w setce bitew.
"Nie!".
Chciał zdjąć tę zbroję, odrzucić ją.
"Nie mogę!".
W jego głowie rozbrzmiał głos, głośniejszy niż mruczenie, nieomal
zrozumiały.
- Człowiek przeznaczony do zdobycia chwały.
Odskoczył od lustra, aby stwierdzić, że patrzy na najpiękniejszą
kobietę, jaką w swym życiu widział. Reszta otoczenia mogłaby równie
dobrze dla niego nie istnieć, interesowała go tylko ona. Jej oczy były
niczym dwa nocne jeziora, skóra kremowobiała i bez wątpienia delikatna,
bardziej gładka niż suknia z białego jedwabiu. Kiedy podeszła bliżej,
zaschło mu w ustach. Zdał sobie sprawę, że wszystkie kobiety, jakie
kiedykolwiek spotkał, były niezgrabne i niezdarne. Zadrżał,
zastanawiając się, dlaczego tak mu zimno.
- Mężczyzna powinien chwytać swe przeznaczenie oboma rękoma -
powiedziała, uśmiechając się. Ten uśmiech niemalże spowodował, że
zrobiło mu się cieplej. Była wysoka, brakowało jej mniej niż dłoni, by
mogła spojrzeć mu prosto w oczy. Srebrne grzebienie spinały włosy
czarniejsze niż skrzydło kruka. Szeroki pas srebrnych ogniw otaczał
talię, którą mógłby objąć dłońmi.
- O tak... - wyszeptał.
Przepełniające go zaskoczenie ścierało się z akceptacją. Nie miałby
żadnego pożytku ze sławy. Ale kiedy ona to powiedziała, nie pragnął już
niczego więcej.
- Chcę...
Pomruk wbił mu się w czaszkę.
"Nie!".
Pomruk ucichł, po chwili również gdzieś się podziała akceptacja. Prawie.
Podniósł dłoń na wysokość głowy, dotknął pozłacanego hełmu, zdjął go.
- Nie... nie sądzę, abym go chciał. Nie należy do mnie.
- Nie chcesz go? - Zaśmiała się. - A czegóż mógłby chcieć mężczyzna, w którego żyłach płynie choć odrobina krwi, jak nie sławy? Takiej samej
sławy, jaką byś zyskał, gdybyś zadął w Róg Valere.
- Nie chcę - powtórzył, czując, jak coś w nim wrzeszczy, że to kłamstwo.
Róg Valere.
"Róg zagrał i rozpoczęła się dzika szarża. Śmierć jechała u jego boku, a mimo to ona na niego czekała. Jego kochanka. Jego zagłada".
- Nie! Jestem kowalem.
Uśmiechnęła się z politowaniem.
- To doprawdy niewiele, jak na przedmiot marzeń. Nie wolno ci słuchać
tych, którzy będą starali się odwieść cię od twego przeznaczenia. Będą
cię chcieli poniżyć, upodlić. Zniszczyć cię. Walka z przeznaczeniem
przynieść może jedynie ból. Dlaczego wybierać ból, skoro możesz mieć
sławę? A imię twoje będzie pamiętane obok imion wszystkich bohaterów
legend.
- Nie jestem bohaterem.
- Nie wiesz nawet w połowie, kim jesteś. Czy kim możesz się stać. Chodź,
napij się ze mną, za przeznaczenie i chwałę. - W jej dłoniach zalśnił
srebrny kubek, wypełniony czerwonym jak krew winem. - Pij.
Patrzył na kubek i marszczył brwi. Było w nim coś... znajomego. Mruczenie
wypełniło mu cały umysł.
"Nie!".
Walczył z nim, nie miał zamiaru go słuchać.
"Nie!".
Podała mu złoty kubek.
- Pij.
"Złoty? Sądziłem, że kubek był... był...".
Reszta myśli nie pojawiła się. Ale w jego pomieszanie wciąż wdzierał się
ten głos, wręcz wgryzał, żądając posłuchania.
- Nie - powiedział. - Nie! - Popatrzył na złoty hełm w swoich dłoniach i odrzucił go na bok. - Jestem kowalem. Jestem...
Głos we wnętrzu głowy walczył z nim, wysilał się, by być słyszany.
Otulił głowę ramionami, aby go z niej przegnać, ale tylko uwięził go w środku.
- Jestem człowiekiem! - wykrzyknął.
Ogarnęła go ciemność, ale jej głos szedł za nim, szepcząc.
- Zawsze zapada noc, a sny przychodzą do wszystkich ludzi. Szczególnie
do ciebie, mój dzikusie. A ja zawsze będę w twoich snach.
Cisza.
Opuścił ramiona. Na powrót ubrany był w swój kaftan i spodnie, mocne i zgrabnie uszyte, nawet jeśli proste. Odpowiednia odzież dla kowala czy
innego człowieka ze wsi. Jednakże ledwie je zauważył.
Stał na kamiennym moście z niską balustradą, gnącym się łukiem od jednej
szerokiej, płaskodachej kamiennej iglicy do drugiej; iglice wyrastały z głębi, która nawet dla jego oczu okazała się niemożliwa do
przeniknięcia. Dla wszystkich innych oczu światło byłoby mętne, nie
umiał stwierdzić, skąd dobiegało. Po prostu było. Gdziekolwiek spojrzał,
na prawo czy lewo, w górę czy w dół, widział kolejne mosty, następne
iglice i rampy bez balustrad. Wydawało się, że nie mają końca i że ich
układ jest zupełnie pozbawiony jakiegokolwiek planu. Co gorsza, niektóre
z ramp dochodziły do wierzchołków iglic, znajdujących się dokładnie
ponad tymi, od których odchodziły. Odgłos spadającej wody, zdający się
dochodzić zewsząd naraz, rozchodził się echem. Zadrżał z zimna.
Nagle kątem oka pochwycił jakiś ruch; nie myśląc, przykucnął za niską
balustradą. Dać się zobaczyć oznaczało niebezpieczeństwo. Nie wiedział
dlaczego, wiedział jednak, że to prawda. Po prostu wiedział.
Ostrożnie wyglądając przez balustradę, szukał wzrokiem źródła ruchu. Na
odległej rampie zamigotał rozbłysk bieli. Kobieta, tego był pewien, ale
nie potrafił zobaczyć jej dokładnie. Kobieta w białej sukni, spiesząca
dokądś.
Na moście znajdującym się odrobinę niżej niż ten, na którym stał, i dużo
bliżej niźli ten, na którym zobaczył kobietę, pojawił się nagle jakiś
mężczyzna, wysoki, ciemny i szczupły; czarne włosy przetykane srebrem
nadawały mu dystyngowany wygląd, ciemnozielony płaszcz był gęsto
wyszywany złotymi liśćmi. Złocenia pokrywały jego pas i sakwę, klejnoty
na pochwie sztyletu rozsiewały wokół iskry światła, złote frędzle
otaczały cholewy wysokich butów. Skąd on się tu wziął?
Kolejny mężczyzna wszedł z drugiej strony na most, po którym szedł
tamten, jego pojawienie się było równie raptowne jak tego pierwszego.
Czarne pasy biegły w dół bufiastych rękawów czerwonego kaftana, grube
koronki zdobiły kołnierz i mankiety. Jego buty były tak gęsto naszywane
srebrem, że ledwie widać było skórę. Był niższy niż człowiek, któremu
szedł na spotkanie, bardziej krępy, krótko ostrzyżone włosy lśniły taką
samą bielą jak jego koronki. Mimo iż na pozór stary, w najmniejszej
mierze nie wyglądał słabo czy krucho. Kroczył przed siebie z tą samą
arogancką siłą, którą manifestował idący mu naprzeciw mężczyzna.
Obaj zbliżali się do siebie, zachowując daleko posuniętą ostrożność.
"Jak dwaj handlarze koni, z których każdy wie, iż drugi ma na sprzedaż
kulawą klacz" - pomyślał Perrin.
Mężczyźni zaczęli rozmawiać. Perrin natężał słuch, ale we wszechobecnym
odgłosie spadającej wody słyszał tylko niewyraźne mamrotanie. Grymasy,
spojrzenia i gwałtowne ruchy, jakby zatrzymane w połowie uderzenia. Ci
dwaj nie ufali sobie wzajem. Pomyślał, że w istocie mogą się nawet
nienawidzić.
Spojrzał w górę, w poszukiwaniu kobiety, ale okazało się, że zniknęła.
Kiedy ponownie skierował spojrzenie na dół, do dwu mężczyzn dołączył
trzeci. I w jakiś sposób, skądś, Perrin niemalże poznał go w przebłysku
zaćmionej pamięci. Przystojny mężczyzna ubrany w czarne aksamity i białe
koronki.
"Gospoda - pomyślał. - I jeszcze coś, co zdarzyło się wcześniej. Coś...".
Coś, co się zdarzyło przed wielu laty, tak mu się przynajmniej zdawało.
Wspomnienia jednak nie powróciły.
Pierwsi dwaj stali teraz ramię w ramię, tworząc niewygodne przymierze
wywołane obecnością nowo przybyłego. Krzyczał na nich i wygrażał im
pięścią, a oni nerwowo szurali nogami, starając się nie patrzeć mu w oczy. Jeśli nawet się wzajem nienawidzili, to tamtego bali się bardziej.
"Jego oczy - pomyślał Perrin. - Co jest dziwnego w tych oczach?".
Wysoki, ciemny mężczyzna zaczął sprzeczać się z tamtym, najpierw powoli,
potem z rosnącą zapalczywością. Mężczyzna o białych włosach przyłączył
się i nagle ich czasowe przymierze pękło. Wszyscy trzej krzyczeli naraz,
każdy na zmianę na obu pozostałych. Naraz mężczyzna w czarnych
aksamitach rozrzucił szeroko ramiona, jakby domagając się zakończenia
kłótni. I w tym momencie objęła ich i skryła w sobie kula ognia, która
rosła, z każdą chwilą stając się coraz większa.
Perrin nakrył głowę ramionami, po czym dopadł do kamiennej balustrady i skulił się tam, a wiatr szarpał nim i wydymał jego ubranie, wiatr
gorący jak ogień. Wiatr, który był ogniem. Nawet mając zamknięte
powieki, widział płomień przewalający się falą przez wszystko, płomień
przeszywający wszystko. Płomienista burza runęła na niego; czuł ją na
swym ciele, czuł, jak pali i szarpie, pragnąc go pochłonąć i rozproszyć popioły. Zawył, usiłując wczepić się desperacko w siebie,
wiedząc jednocześnie, że to nie wystarczy.
I nagle, między jednym uderzeniem serca a drugim, wiatr ucichł. Nie było
żadnego przejścia: w jednej chwili płomień walił się na niego, w następnej zapanował doskonały spokój. Echo spadającej wody stanowiło
jedyny słyszalny dźwięk.
Usiadł powoli i obadał dokładnie swe ciało. Rzeczy, które miał na sobie,
były całe, bez najmniejszego śladu ognia, odsłonięta skóra nienaruszona.
Tylko pamięć żaru pozwalała mu uwierzyć, że wszystko zdarzyło się
naprawdę. Wspomnienia te były jednak tylko wspomnieniami umysłu, ciało
nie pamiętało niczego.
Ostrożnie spojrzał przez balustradę. Z mostu, na którym stali mężczyźni,
pozostało tylko po kilka stóp stopionych wsporników z każdej strony. Po
mężczyznach nie było nawet śladu.
Włosy zjeżyły mu się na karku, obejrzał się za siebie. Na rampie
znajdującej się nieco wyżej, po prawej stronie, stał kudłaty, szary wilk
i patrzył na niego.
"Nie! - Poderwał się na równe nogi i rzucił do ucieczki. - To jest sen!
Koszmar! Chcę się obudzić!".
Biegł, ledwie coś widząc - przed oczyma wirowały mu plamy. Bzyczenie
wypełniło jego uszy, potem ścichło, a wtedy migotanie przed oczyma
również zniknęło.
Zadrżał z zimna i po raz pierwszy zrozumiał, bez najmniejszych
wątpliwości, że to naprawdę jest sen. Niejasno był świadom jakichś
mglistych wspomnień snów, które poprzedzały ten, ale ten sen znał
dokładnie. Był już w tym miejscu, podczas wcześniejszych nocy, i mimo że
nic z tego nie rozumiał, wciąż traktował wszystko jako sen. Tym razem
przynajmiej wiedza niczego nie zmieniała.
Otwartą przestrzeń, na której stanął, otaczały ogromne kolumny z wypolerowanego czerwonego kamienia, sklepiony sufit znajdował się
pięćdziesiąt lub więcej stóp ponad jego głową. Nie byłby w stanie objąć
tych kolumn ramionami, nawet gdyby miał do pomocy drugiego mężczyznę
równie barczystego jak on sam. Posadzka wyłożona była wielkimi płytami z jasnoszarego kamienia, mocno wytartymi przez niezliczone stopy wielu
generacji.
A pośrodku, pod kopułą, znajdowała się przyczyna, dla której wszyscy ci
ludzie przychodzili do tej komnaty. Miecz, wiszący w powietrzu,
rękojeścią w dół, na pozór niezawieszony na niczym, w miejscu gdzie,
wydawałoby się, każdy mógł po niego sięgnąć i ująć go. Obracał się
powoli, jakby pochwycony tchnieniem powietrza. Z tym, że nie był to
naprawdę miecz. Wyglądał, jakby go zrobiono ze szkła, czy raczej
kryształu, ostrze, rękojeść i jelec żywiły się niejako mglistym
światłem, rozsyłając je w postaci tysiąca błysków i lśnień.
Podszedł do niego i wyciągnął dłoń, tak jak to czynił tyle razy
wcześniej. Dokładnie pamiętał, jak to się działo. Rękojeść wisiała
dokładnie naprzeciw jego twarzy, w zasięgu ręki. W odległości stopy od
lśniącego miecza jego dłoń odbiła się od pustego powietrza niczym od
kamienia. Wiedział zresztą, że tak się stanie. Nacisnął mocniej, ale
równie dobrze mógłby usiłować przewrócić mur. Miecz obrócił się i zalśnił iskrami światła, odległy jedynie o stopę, a jednocześnie równie
niedosiężny, jakby znajdował się po drugiej stronie oceanu.
"Callandor".
Nie wiedział, skąd dobiegł ten szept, czy z jego głowy, czy z zewnątrz,
zdawał się odbijać echem pośród kolumn, równie cichy jak wiatr,
dobiegający ze wszystkich stron naraz, naglący.
"Callandor. Kto włada mną, włada przeznaczeniem. Weź mnie i rozpocznijmy ostatnią podróż".
Cofnął się o krok, nagle przestraszony. To usłyszał po raz pierwszy.
Śnił ten sen dotąd czterokrotnie - nawet teraz sobie to przypominał,
cztery noce, jedną po drugiej - a teraz, po raz pierwszy szept
powiedział mu coś innego.
"Nadchodzą Wykoślawieni".
To był inny szept, szept, którego źródło znał; drgnął nerwowo, jakby
poczuł na sobie dotknięcie Myrddraala. Pomiędzy kolumnami stał wilk,
górski wilk, sięgający mu niemalże do pasa, porośnięty kudłatą
biało-szarą sierścią. Wpatrywał się w niego z napięciem, oczyma żółtymi
jak jego własne.
"Nadchodzą Wykoślawieni".
- Nie - zgrzytnął zębami Perrin. - Nie! Nie wpuszczę cię!
Nie-pozwolę-ci!
Przemocą wyrwał się ze snu i usiadł na pryczy, trzęsąc się ze strachu,
zimna i gniewu.
- Nie pozwolę - wyszeptał ochryple.
"Nadchodzą Wykoślawieni".
Myśl uformowała się wyraźnie w jego głowie, nie była to jednak jego
własna myśl.
"Nadchodzą Wykoślawieni, bracie".
Rozdział 5
Koszmar na jawie
Wyskoczywszy z łóżka, Perrin pochwycił swój
topór i wybiegł na zewnątrz boso, w cienkim lnie, zupełnie nie zważając
na chłód. Chmury kąpały się w bladej bieli księżycowej poświaty. Dla
jego oczu światła było wystarczająco dużo, nazbyt wiele: widział
przemykające się pomiędzy drzewami cienie, cienie omalże tak duże jak
Loial, o twarzach zniekształconych dziobami i pyskami. Na poły ludzkie
głowy z rogami i pierzastymi czubami, wstrętne sylwetki poruszające się
na kopytach lub szponach równie często jak na stopach odzianych w wysokie buty.
Otworzył usta, by wykrzyczeć ostrzeżenie, ale nagle drzwi szałasu
Moiraine otworzyły się gwałtownie, wyskoczył z nich Lan z mieczem w dłoni, wrzeszcząc:
- Trolloki! Wstawać, jeśli wam życie miłe! Trolloki!
Odpowiedziały mu krzyki mężczyzn, którzy zaczęli wysypywać się ze swych
szałasów, rozebrani jak to do snu, ale z mieczami w dłoniach. Z potwornym wyciem trolloki ruszyły naprzód, na ich spotkanie wyszła stal
mieczy i bojowe okrzyki: "Shienar!" oraz "Smok Odrodzony!".
Lan w pełni ubrany - Perrin mógłby się założyć, że Strażnik wcale nie
spał - rzucił się w sam środek ciżby trolloków, jakby jego wełniana
odzież była zbroją. Zdawał się tańczyć od jednego do drugiego, człowiek
i miecz płynęli z gracją wody lub wiatru, a tam gdzie przeszedł,
trolloki skrzeczały i umierały.
Moiraine również wyszła w noc i tańczyła swój własny taniec pomiędzy
trollokami. Jedyną widoczną u niej bronią był krótki pręt, jednak tam,
gdzie dotknęła nim trolloka, na jego skórze pojawiała się pręga
płomienia. Wolną dłonią ciskała ogniste kule, niczym pioruny brane
prosto z powietrza; te trolloki, które dosięgły płomienie, wyły i waliły
się na ziemię.
Naraz drzewo stanęło w ogniu od korzeni aż po koronę, potem następne i kolejne. Trolloki darły się, gdy ich oczy raził niespodziewany blask,
ale nie przestawały wymachiwać toporami o przeciwstawnym do ostrza kolcu
i zakrzywionymi mieczami przypominającymi w kształcie ostrze kosy.
Nagle Perrin spostrzegł Leyę, która stanęła z wahaniem przy chacie
Moiraine, w pół drogi przez nieckę od niego, i wtedy opuściły go myśli o czymkolwiek innym. Kobieta Tath'anów przycisnąwszy plecy do ściany z dłużyc, ręką trzymała się za gardło. Światło płonących drzew ukazało mu
przerażenie i ból oraz wstręt obecny na jej twarzy, kiedy przyglądała
się scenom rzezi.
Nad nim zamajaczył trollok, okrutnie zakrzywiony dziób miał tam, gdzie
powinny być usta i nos. Czarna kolczuga nabijana kolcami osłaniała go od
ramion do kolan, zamiast stóp miał jastrzębie pazury. Zamachnął się
wygiętym mieczem. Pachniał potem, brudem i bólem.
Perrin przykucnął, unikając ciosu i krzyknął coś bez słów, kiedy jego
topór uderzył. Wiedział, że powinien się bać, ale potrzeba chwili
wyparła strach. Znaczenie miało tylko to, by zdążyć dobiec do Leyi i zabrać ją do jakiejś kryjówki, a trollok po prostu stał mu na drodze.
Trollok padł, wyjąc i ryjąc stopami ziemię, Perrin nie wiedział nawet,
gdzie go trafił, czy on umiera, czy tylko został raniony. Przeskoczył
przez niego i pognał w górę stoku.
Płonące drzewa rzucały niesamowite cienie na małą dolinę. Migoczący cień
obok chaty Moiraine zmienił się nagle w postać trolloka o rogatym kozim
pysku. Ściskając ostro zakończony topór w obu dłoniach, zamierzał
właśnie zbiec na dół, by włączyć się do bitwy, kiedy jego oczy padły na
Leyę.
- Nie! - krzyknął Perrin. - Światłości, nie!
Spod jego bosych stóp pryskały kamyki, nie czuł jednak skaleczeń. Topór
trolloka uniósł się.
- Leyaaaaaaaa!
W ostatniej chwili trollok odwrócił się, skierował topór w stronę
Perrina. Ten rzucił się na ziemię i jęknął, kiedy topór zahaczył skórę
na grzbiecie. Rozpaczliwie wyciągnął dłoń, złapał kozie kopyto i szarpnął z całej siły. Trollok, jakby ziemia usunęła mu się spod nóg,
upadł z łomotem, kiedy jednak zaczął ześlizgiwać się po stoku, chwycił
Perrina w potężne łapy, dwukrotnie większe niż jego dłonie, i zaczęli
staczać się razem. Smród potwora wypełnił mu nozdrza, mieszanina
zapachów kozła i ludzkiego potu. Potężne ramiona zaciskały się wokół
jego klatki piersiowej, wyduszając z niego powietrze, żebra trzeszczały,
jakby za chwilę miały pęknąć. Trollok upadając, zgubił swój topór, ale
białe kozie zęby wgryzły się z całej siły w jego ramię. Perrin jęknął z bólu, który go tam przeszył. Płuca walczyły o oddech, ciemność zaczynała
już przysłaniać mu spojrzenie, w niejasny sposób jednak zdał sobie
sprawę, że drugie ramię ma wolne, że w jakiś sposób udało mu się nie
zgubić topora. Trzymał go krótko przy ostrzu, jak młotek, kolcem do
przodu. Z rykiem, który wydobył resztę powietrza z jego płuc, wbił kolec
w skroń trolloka.
Tamten bez jednego dźwięku znieruchomiał, jego członki rozwarły się, a Perrin skręcił w bok. Instynktownie zacisnął dłonie na stylisku topora,
wyrywając ostrze z głowy trolloka, który ześlizgiwał się dalej po stoku,
wciąż wstrząsany drgawkami.
Przez chwilę Perrin leżał nieruchomo, starając się złapać oddech. Rana
na plecach bolała, czuł wilgoć krwi. Ramię zaprotestowało, kiedy się na
nim wsparł.
- Leya?
Wciąż tam była, skulona przed szałasem, nie dalej niż dziesięć kroków od
niego. I patrzyła na niego z takim wyrazem twarzy, że nie miał odwagi
napotkać jej spojrzenia.
- Nie żałuj mnie! - warknął na nią. - Nie...!
Z dachu szałasu skoczył Myrddraal - zdawało się, w zwolnionym tempie -
czarny płaszcz zwisał podczas leniwego spadania, jakby stwór stał
nieruchomo na ziemi. Bezokie spojrzenie wbite było w Perrina. Pachniał
śmiercią.
Kiedy Myrddraal tak wpatrywał się w niego, Perrin czuł, jak ziębną mu
ręce i nogi. Pierś zmieniła się w lodowatą grudę.
- Leya - wyszeptał. Wszystko, co mógł zrobić, to nie uciekać. - Leya,
proszę, schowaj się. Proszę.
Półczłowiek ruszył w jego kierunku, powoli, przekonany, że strach trzyma
go w swym żelaznym uścisku. Poruszał się jak wąż, wyswobadzając
jednocześnie zza pasa miecz, tak czarny, że tylko dzięki płonącym
drzewom można było go dostrzec.
- Obetnij jedną nogę trójnogu - powiedział miękko - a cały upadnie.
Jego głos brzmiał tak, jakby ktoś kruszył zetlałą ze starości skórę.
Nagle Leya poruszyła się, skoczyła naprzód, usiłując obłapić ramionami
nogę Myrddraala. Zamachnął się czarnym mieczem, jakby od niechcenia,
nawet nie patrząc: Leya zgięła się wpół i osunęła na ziemię.
Perrinowi zakręciły się łzy w oczach.
"Powinienem jej pomóc... uratować ją. Powinienem... powinienem zrobić coś!".
Ale dopóki miał na sobie to bezokie spojrzenie Myrddraala, dopóty już
samo myślenie kosztowało go wiele wysiłku.
"Nadchodzimy, bracie. Nadchodzimy, Młody Byku".
Słowa wewnątrz jego umysłu rozdźwięczały niczym serce dzwonu. Ich pogłos
rozniósł się drżeniem po całym jego ciele. Razem ze słowami pojawiły się
wilki, w ogromnej liczbie, zalały jego umysł tak samo, jak zalały nieckę
w kształcie pucharu. Górskie wilki, sięgające człowiekowi niemal do
pasa, całe w białych i szarych łatach, wyskakiwały w pełnym biegu
spośród nocy i świadome zaskoczenia dwunożnych, rzucały się naprzód do
gardeł Wykoślawionych. Wilki wypełniły go do tego stopnia, iż ledwie
pamiętał, że kiedykolwiek był człowiekiem. Jego oczy wchłonęły światło,
zaświeciły złotą żółcią. A Półczłowiek zatrzymał się, jakby stracił
nagle pewność siebie.
- Pomorze - powiedział pogardliwie Perrin, ale nagle do głowy przyszło
mu inne imię, podpowiedziane przez wilki. Trolloki, Wykoślawieni,
stworzeni podczas Wojny z Cieniem, stanowiąc skrzyżowanie ludzi i zwierząt, byli wystarczająco paskudni, ale Myrddraale...
- Niezrodzony! - wypluł z siebie Młody Byk. Obnażył zęby, warknął i rzucił się na Myrddraala.
Ten poruszał się jak żmija, giętki i śmiertelnie groźny, czarny miecz
śmignął jak błyskawica, ale on był przecież Młodym Bykiem. Tak nazywały
go wilki. Młody Byk ze stalowymi rogami, którymi władał za pomocą dłoni.
Był teraz jednym z wilkami. Był wilkiem, a każdy wilk chętnie zginąłby
sto razy, aby zobaczyć, jak Niezrodzony umiera. Pomor cofnął się przed
nim, czarne ostrze śmigało, próbując odeprzeć jego cięcia.
Ścięgno w kolanie i gardło, tak zabijały wilki. Młody Byk rzucił się
nagle w bok i przyklęknął, topór przeciął tył kolana Półczłowieka.
Myrddraal wrzasnął - krzykiem niczym zgrzyt metalu po kościach,
krzykiem, który innym razem spowodowałby, iż włosy zjeżyłyby mu się na
głowie. Półczłowiek - Niezrodzony - wciąż twardo ściskał w garści swój
miecz, zanim jednak zdążył się pozbierać, topór Młodego Byka uderzył
ponownie. Na pół odrąbana głowa Myrddraala zwisała mu z pleców, lecz
opierając się wciąż na jednej ręce, Niezrodzony dziko wymachiwał swoim
mieczem. Niezrodzeni zawsze umierali długo.
Dzięki myślom wilków, które rozgościły się w jego umyśle, a także
własnym oczom, Młody Byk widział trolloki padające na ziemię,
skrzeczące, mimo iż nie tknęła ich ani dłoń człowieka, ani zęby wilka.
To ci, którzy złączeni byli z tym Myrddraalem - umrą, kiedy on umrze,
jeżeli nikt nie zabije ich pierwej.
Potrzeba zbiegnięcia ze stoku i przyłączenia się do swych braci,
zabijania razem z nimi Wykoślawionych, ścigania pozostałych
Niezrodzonych była silna, jednak pogrzebana głęboko część osobowości
pamiętała, że kiedyś był człowiekiem.
"Leya".
Rzucił topór i delikatnie odwrócił ją na plecy. Krew pokrywała jej
twarz, a oczy patrzyły na niego zeszklone śmiercią. Miał wrażenie, że
ten wzrok go oskarża.
- Próbowałem - powiedział. - Próbowałem cię uratować. - Jej spojrzenie
nie zmieniło się. - Co jeszcze mogłem zrobić? Zabiłby cię, gdybym ja go
nie zabił!
"Chodź, Młody Byku. Chodź zabijać Wykoślawionych".
Wilk rozbudził się w nim, ogarnął go. Perrin złożył Leyę z powrotem na
plecach, podniósł swój topór, którego ostrze zalśniło wilgocią. Kiedy
zbiegał w dół skalistego zbocza, jego oczy lśniły. Był Młodym Bykiem.
Drzewa rozsiane rzadko po dolinie w kształcie kielicha płonęły jak
pochodnie. Wysoka sosna właśnie stanęła w ogniu, gdy Młody Byk
przyłączył się do bitwy. Nocne niebo rozbłyskiwało błękitem poziomych
błyskawic, a Lan walczył właśnie z kolejnym Myrddraalem - starożytne
ostrze wykonane przez Aes Sedai spotkało czarną stal fasonowaną w Thakan'dar, w cieniu Shayol Ghul. Loial wymachiwał pałką wielkości pnia
młodego drzewka, wirujące drewno nie pozwalało trollokom zbliżyć się do
niego bez narażenia się na cios i upadek. Mężczyźni walczyli desperacko
pośród tańczących cieni, ale Młody Byk - Perrin - z daleka zauważył, że
zbyt wielu Shienaran leży już na ziemi.
Jego bracia i siostry walczyli w małych stadach po trzy, cztery sztuki,
przypadając do ziemi, by uniknąć kosopodobnych mieczy i opatrzonych
kolcem toporów, potem skakali, aby rozerwać ścięgno kolanowe, i rzucali
się do gardła, gdy ofiara padała. Nie było żadnej godności w sposobie, w jaki walczyli, żadnej chwały, żadnej litości. Nie przybiegli tu, by
stoczyć bitwę, lecz by zabijać. Młody Byk przyłączył się do jednej z małych sfor, ostrze topora zastępowało mu zęby.
Nie myślał już o całości bitwy. Liczył się tylko ten trollok, którego on
i wilki - bracia - odcięli od reszty i zabili. Potem będzie następny, i następny, i następny, aż wreszcie nie zostanie żaden. Ani tutaj, ani
nigdzie. Czuł przemożne pragnienie, by odrzucić topór i używać zębów, by
biec na czterech łapach jak jego bracia. Biec przez wysokie górskie
przełęcze. Biec zanurzony po brzuch w puszystym śniegu. Biec i czuć, jak
zimny wiatr rozwiewa mu futro. Warczał razem z braćmi, a trolloki wyły
ze strachu na widok jego żółtych oczu, zdjęte trwogą znacznie większą
niż wobec spojrzenia zwyczajnych, wilczych ślepi.
Nagle zdał sobie sprawę, że nie ma już więcej trolloków, przynajmniej
trzymających się na nogach, nigdzie, w całej niecce, choć czuł, że jego
bracia gonią jeszcze tych, którzy uciekli. Stado złożone z siedmiu
znalazło inną ofiarę, gdzieś w ciemnościach. Jeden z Niezrodzonych
uciekł w stronę swego czworonoga - swego konia, podpowiedziała jakaś
odległa część umysłu - i bracia ruszyli za nim, z nozdrzami wypełnionymi
jego zapachem, istotą śmierci. Jego umysł był z nimi, widział ich
oczami. Kiedy go dogoniły, Niezrodzony odwrócił się, przeklął; czarne
ostrze i czarny ubiór wyglądały jak fragment nocy. Ale jego bracia i siostry polowali właśnie pośród nocy.
Młody Byk warknął, gdy pierwszy brat zginął, ból jego śmierci przeszył
go jak lanca, lecz już następni zbliżali się i coraz więcej braci i sióstr umierało, ale kłapiące szczęki ściągnęły wreszcie Niezrodzonego
na ziemię. Sam walczył teraz za pomocą własnych zębów, przegryzał
gardła, ciął pazurami, które rozrywały skórę i ciało niczym te twarde
szpony dwunożnych, jednak bracia rzucali się na nie z furią, nawet jeśli
przy tym umierali. Na koniec samotna siostra podźwignęła się z wciąż
kotłującego się stosu i chwiejnie odeszła na bok. Nazywano ją Poranna
Mgła, ale tak jak wszystkie imiona wilków również i to oznaczało coś
więcej: mroźny poranek, którego powietrze kłuło zapowiedzią śniegu, i mgła kłębiąca się grubą warstwą w dolinie, wirująca w ostrym wietrze
niosącym zapowiedź dobrego polowania. Poranna Mgła uniosła łeb i zawyła
do skrytego za chmurami księżyca, opłakując swoją śmierć.
Młody Byk również odrzucił głowę i zawył wraz z nią, opłakiwał wraz z nią.
Kiedy opuścił głowę, zorientował się, że Min patrzy na niego.
- Czy dobrze się czujesz, Perrin? - zapytała z powątpiewaniem.
Miała sińce na policzkach, a jeden z rękawów jej kaftana był na pół
oberwany. W jednej dłoni trzymała krótką pałkę, w drugiej sztylet: jedno
i drugie oblepione krwią i sierścią.
Spostrzegł, że wszyscy patrzą na niego, wszyscy ci, którzy trzymali się
jeszcze na nogach. Loial, opierający się ciężko na swojej pałce,
Shienaranie, którzy znosili swych rannych do miejsca, gdzie Moiraine
właśnie kucała przy jednym z nich, a Lan stał przy jej boku. Nawet Aes
Sedai spoglądała w jego stronę. Płonące drzewa, niczym wielkie
pochodnie, rozsiewały rozkołysane cienie. Martwe trolloki leżały
wszędzie. Więcej Shienaran leżało, niźli stało, a pomiędzy nimi
spoczywały ciała jego braci. Tak wiele...
Perrin zorientował się, że znowu chce ma się wyć. Szaleńczym wysiłkiem
odgrodził się od kontaktu z wilkami. Ale obrazy i emocje przeciekały
przez mentalną barierę, próbował więc je zdławić. W końcu przestał je
czuć, przestał odczuwać ich ból, ich gniew, pragnienie ścigania
Wykoślawionych albo biegu... Potrząsnął głową. Rana na plecach paliła jak
ogień, miał wrażenie, że ktoś wali młotem w jego poszarpane ramię. Bose
stopy, podrapane i pokaleczone, pulsowały bólem. Zapach krwi zalegał
wszędzie. I zapach trolloków. Oraz śmierci.
- Ja... czuję się dobrze, Min.
- Dobrze się spisałeś w walce, kowalu - powiedział Lan. Strażnik uniósł
swój wciąż poczerniały od krwi miecz ponad głowę. - Tai'shar
Manetheren! Tai'shar Andor!
Prawdziwa krew Manetheren. Prawdziwa krew Andoru.
Ci Shienaranie, którzy wciąż stali - jakże nieliczni - unieśli swe
ostrza i przyłączyli się do wiwatu.
- Tai'shar Manetheren! Tai'shar Andor!
Loial pokiwał głową.
- Ta'veren - dodał.
Perrin spuścił oczy w zmieszaniu. Lan uratował go wprawdzie przed
pytaniami, na które nie chciał odpowiadać, ale oddał mu honory, na jakie
nie zasługiwał. Pozostali niczego nie rozumieli. Zastanawiał się, co by
powiedzieli, gdyby znali prawdę. Kiedy Min podeszła bliżej, wymamrotał:
- Leya nie żyje. Nie dałem rady... A tak niewiele brakowało, bym zdążył na
czas.
- To by nic nie dało - powiedziała cicho. - Sam dobrze wiesz. -
Pochyliła się, by obejrzeć jego plecy i na jej twarzy pojawił się
grymas. - Moiraine zajmie się tym. Uzdrawia, kogo może.
Perrin pokiwał głową. Plecy miał sztywne od zaschniętej krwi, całe aż do
pasa, ale mimo bólu ledwie to zauważał.
"Światłości, o mało co, a byłbym tym razem nie wrócił. Nie mogę
dopuścić, by to się powtórzyło. Nie mogę. Nigdy więcej!".
Ale kiedy był z wilkami, wszystko wyglądało inaczej. Nie musiał się
przejmować obcymi, którzy obawiali się go tylko dlatego, że był taki
duży. Nikt nie twierdził, że on wolno myśli tylko dlatego, że starał się
uważać na innych. Wilki znały się nawzajem, nawet jeśli nigdy przedtem
się nie spotkały, a wśród nich był tylko jeszcze jednym wilkiem.
"Nie!".
Jego dłonie zacisnęły się na stylisku topora.
"Nie!".
Wzdrygnął się, gdy Masema znienacka przemówił:
- To był znak - powiedział Shienaranin, obracając się wkoło, by wszyscy
go słyszeli. Na ramionach i piersiach miał krew - kiedy zaczęła się
walka, był odziany tylko w spodnie - kulał, ale światło w jego oczach
lśniło tak żywo jak poprzednio. Bardziej nawet. - Znak zesłany, by
utwierdzić nas w wierze. Nawet wilki się pojawiły, by walczyć za Smoka
Odrodzonego. W Ostatniej Bitwie Lord Smok wezwie zwierzęta z najgłębszych kniei, by walczyły po naszej stronie. To znak dla nas, że
winniśmy iść dalej. Tylko Sprzymierzeńcy Ciemności odmówią przyłączenia
się do nas.
Dwu Shienaran pokiwało głowami.
- Zamknij przeklętą gębę, Masema! - warknął Uno. Wydawał się nietknięty,
ale Uno przecież walczył już z trollokami, zanim jeszcze Perrin
przyszedł na świat. Sapał jednak ze zmęczenia, tylko wymalowane oko na
przepasce zdawało się wypoczęte. - Ruszymy w cholerną drogę dopiero
wtedy, gdy Lord Smok wyda nam przeklęty rozkaz, a nie wcześniej! Wy
przeklęci baraniogłowi wieśniacy, macie to sobie zapamiętać!
Jednooki mężczyzna spojrzał na rząd ludzi czekających na pomoc Moiraine,
wśród których niewielu było w stanie choćby usiąść, nawet po tym, jak
udzieliła im pomocy, i potrząsnął głową.
- Przynajmniej mamy mnóstwo cholernych wilczych skór, by zapewnić rannym
ciepło.
- Nie!
Shienaranie zdawali się zaskoczeni zapalczywością w głosie Perrina.
- Walczyły za nas i pogrzebiemy je razem z naszymi poległymi.
Uno zmarszczył brwi i otworzył usta, jakby chciał się sprzeczać, ale
Perrin zmierzył go nieubłaganym, żółtookim spojrzeniem. Shienaranin
pierwszy spuścił wzrok i pokiwał głową.
Perrin odkaszlnął i na powrót zmieszany słuchał, jak Uno wydaje rozkazy
tym Shienaranom, którzy zostali oddelegowani do pozbierania ciał
martwych wilków. Min patrzyła na niego z ukosa w taki sposób, w jaki
patrzyła zawsze, gdy miała swoje wizje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki