Rozdział 1
1
Niedługo po tym, jak zgasło światło pierwszego poranka świata, kiedy
ptaki wciąż fruwały do nieba i z powrotem, a najpodlejsze istoty lśniły
własnym blaskiem niczym święci, bo tak czysty był drzemiący w nich
okruch zła, wioska Hangtown uczepiła się grzbietu smoka Griaule'a,
długiego na milę potwora, który - unieruchomiony zaklęciem czarownika,
lecz wciąż żywy - władał doliną Carbonales i rządził każdym szczegółem
życia jej mieszkańców, przekazując im swą wolę za pośrednictwem
niemożliwych do opisania emanacji swojego lodowatego, ważącego wiele ton
mózgu. Od barków do ogona większość ciała Griaule'a była pokryta ziemią,
na której wyrosły drzewa i trawa, i oglądany z niektórych miejsc smok
wyglądał jak zwykły element krajobrazu, jedno z wielu wzgórz okalających
dolinę. Nie licząc fragmentów cielska, odsłoniętych przez poszukiwaczy
łusek, widoczny był tylko kawałek zadu z prawej strony oraz gruba szyja
i masywny łeb, przy czym łeb - nawet po tym, jak opadł z półotwartą
paszczą ku ziemi - sięgał niemal równie wysoko, jak okoliczne wzgórza.
Hangtown znajdowało się osiemset stóp ponad dnem doliny, bezpośrednio za
płytą czołowo-ciemieniową, która zwieszała się nad nim niczym omszałe
urwisko. Wieś składała się z kilkudziesięciu prymitywnych chałup o łupkowych dachach i ścianach ze zmurszałych desek. Rozciągała się nad
jeziorem zasilanym przez strumień, który spływał z pobliskiego wzgórza
wprost na grzbiet smoka, wciśnięta między wodę i gąszcz czeremch, głogów
i karłowatych dębów. Gdyby nie otaczająca ją aura nawiedzenia i tętniąca
życiem cisza przywodząca na myśl atmosferę starych ruin, ktoś stojący
nad jeziorem mógłby pomyśleć, że ma przed sobą całkiem zwyczajną wiejską
osadę, może odrobinę mniej schludną od przeciętnej (wszędzie w Hangtown
walały się kości i wnętrzności sykaczy, odłupków i innych lęgnących się
na smoku pasożytów), ale całkiem zwyczajną, jeśli wziąć pod uwagę
wszechobecną apatię oraz nędzny ubiór i wredny charakter mieszkańców.
Wielu z nich - zarówno mężczyzn, jak i kobiet - trudniło się
poszukiwaniem łusek: myszkowali pod obrośniętymi ziemią skrzydłami
Griaule'a, a także w innych rejonach jego cielska, wypatrując popękanych
lub odłamanych łusek, których kawałki odkuwali i sprzedawali w Port
Chantay jako ceniony medykament. Za swoje wysiłki otrzymywali godziwe
wynagrodzenie, ale byli traktowani jak pariasi przez mieszkańców doliny,
którzy rzadko zapuszczali się na smoka, wiodąc żywot krótki i obfitujący
w nieszczęśliwe wypadki przypisywane niezadowoleniu Griaule'a z ich
obecności. Prawdę mówiąc, owo niezadowolenie było dla nich przedmiotem
nieustannej troski i znaczną część swoich zarobków wydawali na amulety
mające powstrzymać złowrogi wpływ smoka. Niektórzy zawieszali sobie na
szyi kawałek łuski, licząc na to, że w ten sposób oddają Griaule'owi
hołd i wyrażają dla niego najwyższy szacunek. Chyba najbardziej skrajnym
dowodem tego rodzaju rozumowania był sposób, w jaki owdowiały Riall
wychowywał swoją córkę Catherine. W dniu jej narodzin (który był zarazem
dniem śmierci jej matki) zaczął ryć w klepisku swojej chałupy, aż
dokopał się do grzbietu Griaule'a i odsłonił kawał złotej łuski o wymiarach pięć na sześć stóp. Od tamtej pory przez całe osiemnaście lat
zmuszał córkę do spania na obnażonej łusce; miał nadzieję, że esencja
Griaule'a przesączy się w jej ciało i będzie ją chronić przed jego
smoczym gniewem. Catherine z początku protestowała przeciw takiemu
odosobnieniu, z czasem jednak nauczyła się cieszyć nawiedzającymi ją
snami o lataniu i o innych krainach (wedle legendy, smoki pochodziły z innego wszechświata, do którego przenosiły się, lecąc prosto w słońce).
Czasami, kiedy leżąc na dnie wykopanego przez ojca i oszalowanego
deskami tunelu, spoglądała w górę, miała wrażenie, że nie spoczywa na
twardej powierzchni, lecz oddala się od Ziemi i zapada w złocistej dali.
Trudno powiedzieć, czy Riall osiągnął zamierzony cel, ale mieszkańcy
Hangtown nie mieli wątpliwości, że bliski kontakt ze smoczą łuską
odcisnął piętno na dziewczynie: ojciec był niski i śniady (tak samo
zresztą jak matka) i nie prezentował się szczególnie efektownie,
natomiast Catherine wyrosła na śliczną młodą kobietę, szczupłą,
długonogą i złotowłosą, o pięknej skórze i niezrównanie subtelnej
twarzy, idealnej niczym perfekcyjnie oszlifowany klejnot: zmysłowe usta,
wydatne kości policzkowe i duże, wyraziste oczy, których tęczówki były
tak ciemne, że tylko przy bardzo jasnym oświetleniu dawało się je
odróżnić od źrenic. Zresztą, nie tylko uroda odróżniała ją od rodziców -
Catherine nie odziedziczyła także ich ponurej natury i życiowego
asekuranctwa. Od najmłodszych lat bez lęku kręciła się po wszystkich
zakamarkach powierzchni smoczego cielska, zapuszczając się nawet w mrok
pod skrzydłami, gdzie mało który poszukiwacz łusek ważył się zaglądać.
Wierzyła, że zabiegi ojca uodporniły ją na codzienne zagrożenia. Czuła
więź łączącą ją ze smokiem; była przeświadczona, że jej uroda i niezwykłe sny świadczą zarówno o magicznym związku między nią i Griaule'em, jak i o czekającym ją nieprzeciętnym przeznaczeniu, toteż
przekonana o swojej niezniszczalności i pewna siebie, wyrosła na kobietę
egocentryczną i nieco płytką. Adoratorów często traktowała z pogardą i beztroską, i choć nie była z natury oszustką (nie miała takiej
potrzeby), bawiło ją podbieranie mężczyzn zakochanym w nich kobietom. Co
zresztą nie przeszkadzało jej uważać się za dobrego człowieka.
Oczywiście bez przesady - wiedziała, że nie jest święta; po prostu
szanowała ojca, utrzymywała porządek w domu, wywiązywała się z przypadających jej w udziale obowiązków, i choć miała swoje wady,
czyniła pewne kroki (aczkolwiek nie za duże), żeby je w sobie tępić.
Podobnie jak większość ludzi, obchodziła się bez precyzyjnego kompasu
moralnego; nie przeszkadzało jej, że społeczne tabu i okoliczności
wpływają na jej zachowanie. Kierowanie się "dobrem" i "zasadami"
zostawiała sobie na coś w rodzaju intelektualnego życia po życiu, do
którego zamierzała aspirować, ale dopiero w odległej przyszłości, po
zaznaniu wszystkich przyjemności życia doczesnego i zebraniu doświadczeń
niezbędnych do takiego awansu. Zdarzały się jej napady humorów, jak
każdemu, kto żył w sferze wpływów Griaule'a, zwykle jednak patrzyła na
świat pogodnie i z optymizmem. Nie znaczy to bynajmniej, że była jakąś
Pollyanną i chodzącym niewiniątkiem. Żyjąc w Hangtown, poznała, co to
zdrada, żal i zabójstwo, a w wieku osiemnastu lat miała na koncie sporą
liczbę kochanków. Wprawdzie swoboda seksualna cechowała wszystkich
mieszkańców wioski, ale ze względu na nieprzeciętną urodę i związaną z nią równie nieprzeciętną zazdrość wzbudzaną u zalotników, Catherine
miała opinię wyjątkowej rozpustnicy. Bawiła ją ta reputacja, sprawiała
jej nawet pewną przyjemność, ale związane z nią plotki stawały się coraz
bardziej ordynarne i coraz odleglejsze od prawdy, aż pewnego dnia
uderzyły w nią rykoszetem, z siłą, jakiej nigdy by się nie spodziewała.
Poniżej rogu wyrastającego Griaule'owi spomiędzy oczu, skręconego i zakrzywionego w tył, w stronę Hangtown, pochyła czaszka smoka
spłaszczała się i przechodziła w górną powierzchnię pyska. Tam właśnie
przyszła Catherine w pewien mglisty poranek, ubrana w luźne spodnie i bluzę i uzbrojona w haki do łusek, sznury i komplet dłut, z zamiarem
odłupania sporego kawałka pękniętej łuski, którą wypatrzyła w sąsiedztwie wargi, bezpośrednio nad jednym z kłów. Mozoliła się nad nią
przez kilka godzin, podwieszona nad żuchwą Griaule'a w uplecionej z lin
sieci. W półotwartym pysku smoka wyrósł prawdziwy ogród złowieszczych
roślin; stwardniała powierzchnia języka przezierała gdzieniegdzie
spomiędzy liści niczym grudy czerwonego koralu. Porosty kreśliły
skomplikowane wzory na kłach, wokół których snuła się mgła i krążyły
drapieżne ptaki, nurkując od czasu do czasu w gąszcz za jakąś
nieszczęsną jaszczurką albo nornikiem. Epifity pleniły się bujnie w szczelinach między zębami, zwieszając długie girlandy czerwonych i fioletowych kwiatów. Widok był zniewalający i Catherine przerywała
czasem pracę, zjeżdżała niżej w uprzęży i zawisała najwyżej pięćdziesiąt
stóp nad wierzchołkami krzewów, żeby zajrzeć w mroczne otchłanie smoczej
gardzieli, zaintrygowana naturą przemykających wśród cieni stworzeń.
Słońce wypaliło mgłę, kiedy - spocona i zmęczona robotą - wygramoliła
się na górną powierzchnię paszczy i położyła na łuskach. Podparta na
łokciu, pogryzała gruszkę miodową i patrzyła na dolinę, kanciaste
zielone wzgórza, zagajniki palmowe, i odległe zabudowania Teocinte,
gdzie wieczorem zamierzała tańczyć i kochać się. Powietrze tak się
nagrzało, że zdjęła bluzę i wyciągnęła się na wznak, półnaga, z przymkniętymi oczami, śniąc na jawie w czystym cieple wiosennego dnia.
Blisko godzinę przepływała z jawy w sen i z powrotem, kiedy zaalarmował
ją jakiś zgrzyt. Sięgnęła po bluzę i spróbowała usiąść, ale zanim
zdążyła się odwrócić i przekonać, kto - lub co - wydał niepokojący
dźwięk, coś przygniotło jej żebra i zdławiło oddech. Leżała
zdezorientowana, z trudem łapiąc powietrze, gdy poczuła, jak czyjaś dłoń
miętosi jej pierś. Owionął ją cuchnący winem oddech.
- Spokojnie - rozległ się męski, chrapliwie pożądliwy głos. - Nie chcę
od ciebie niczego więcej niż to, co pół Hangtown już dostało.
Wykręciwszy głowę, dostrzegła ściągniętą, ziemistą twarz Keya Willena.
Kącik jego sardonicznie wykrzywionych ust drgnął w półuśmiechu.
- Mówiłem ci przecież, że nasz czas nadejdzie - dodał, majstrując przy
trokach jej spodni.
Zaczęła się rozpaczliwie bronić - próbowała wydrapać mu oczy, szarpała
go za włosy, w końcu odwróciła się na brzuch i wczepiła w skraj łuski,
usiłując wyśliznąć się spod Keya, ale wtedy zdzielił ją pięścią w skroń
i białe gwiazdy eksplodowały jej pod czaszką. Zanim doszła do siebie,
zdążył odwrócić dziewczynę na plecy, ściągnąć jej spodnie z bioder i spenetrować palcami; teraz na przemian wpychał je w nią i wysuwał,
dysząc szybko i chrapliwie. Cała obolała w środku, Catherine wrzasnęła
rozdzierająco. Zaczęła się miotać, szarpać go za koszulę, za włosy;
krzyczała cały czas, a gdy wolną ręką zatkał jej usta, ugryzła go.
- Ty suko! Ty przeklęta... - Key odepchnął jej głowę, aż uderzyła potylicą
o łuskę, na której leżała. Wlazł na nią, usiadł na jej piersi i przyszpilił ramiona kolanami. Spoliczkował ją, wplątał dłoń w jej włosy
i nachylił się nad nią. Kiedy mówił, pryskał śliną na jej twarz: -
Posłuchaj no, świnio. Nie interesuje mnie, czy będziesz przytomna, czy
nie; i tak się z tobą zabawię. - Znów uderzył jej głową o łuskę. -
Słyszałaś? Słyszałaś?! - Wyprostował się i jeszcze raz ją spoliczkował,
mocniej. - Powiem ci, że już teraz nieźle się bawię.
- Proszę... - stęknęła oszołomiona.
- Proszę? - Roześmiał się. - To znaczy, że chcesz jeszcze? - Następny
policzek. - Tak ci się to podoba? - I jeszcze jeden. - A to?
Gwałtownym szarpnięciem uwolniła jedną rękę i odruchowo sięgnęła za
głowę w poszukiwaniu jakiejś broni. Kiedy zamierzył się, żeby znów
uderzyć ją w twarz, złapała kij (tak jej się przynajmniej wydawało) i z impetem wyrżnęła Keya w głowę. Grot haka do łusek - tym bowiem okazał
się "kij" - wbił się w głowę Keya tuż za lewym okiem. Zanim z ledwie
słyszalnym okrzykiem runął na bok, oko wypełniło się krwią i stało
jednolitą czerwoną kulą, jak gumowa piłka osadzona w oczodole. Catherine
wrzasnęła przeraźliwie, zepchnęła z siebie nogi Keya i odczołgała się od
niego, spętana spodniami, które przez ten czas zdążyły się jej zsunąć do
kolan. Ciało Keya drgało konwulsyjnie, pięty bębniły o łuskę. Siedziała
i patrzyła na niego długo, nieprzerwanie, niezdolna zaczerpnąć tchu ani
trzeźwo pomyśleć, ale kiedy roje czarnych much - ich przezroczyste
skrzydełka cięły światło słońca na tęcze - zaczęły przysiadać w kałuży
krwi wypływającej spod twarzy Keya, zrobiło jej się niedobrze.
Podczołgała się do skraju paszczy i zapatrzyła na szachownicę pól
ciągnącą się aż do Port Chantay, w kierunku wyrastającej na horyzoncie
góry spienionych cumulusów. W jej piersi ziała lodowata pustka. Zadrżała
z zimna; przebiegający ją dreszcz był echem dreszczy, które wyczuła w ciele Keya, gdy hak wgryzł mu się w czaszkę. Wezbrało w niej całe
nagromadzone obrzydzenie, odraza wywołana napaścią, gwałtem, dotknięciem
śmierci podeszła do gardła. Zwymiotowała. Kiedy było po wszystkim,
zasznurowała ciasno spodnie; węzeł sprawił trochę kłopotu nieporadnym
palcom.
Przyszło jej do głowy, że powinna coś zrobić. Na przykład, zwinąć
sznury. Albo spakować uprząż do plecaka. Tyle że takie zadania, choć w teorii zupełnie proste, wydawały się teraz tak złożone, że w tej chwili
kompletnie ją przerastały. Zadygotała z zimna i objęła się ramionami.
Wysokość i oddalenie od domu nagle zaczęły jej dokuczać. Policzki miała
obrzmiałe i zaczerwienione; mrowiące iskierki czucia (wyobrażała je
sobie jako opalizujące larwy) kłębiły się pod skórą piersi i nóg. Miała
wrażenie, że świat wokół niej zwalnia biegu; że czas, wcześniej
wzburzony, pomału osiada jak rzeczny muł, kiedy woda uspokaja się po
przejściu wiru.
Spojrzała w stronę czoła smoka. Obok rogu ktoś stał. A właściwie szedł w jej stronę. Obserwowała intruza z wyzywającą obojętnością. Chciała
przede wszystkim chronić swoją prywatność, bała się, że jeśli będzie
musiała się odezwać, nie zapanuje nad emocjami. Kiedy jednak rozpoznała
w przybyszu jedną ze swoich sąsiadek z Hangtown - Brianne, młodą, wysoką
kobietę o delikatnej urodzie, oliwkowej cerze i kasztanowych włosach -
odetchnęła z ulgą. Nie przyjaźniły się, ba, kiedyś rywalizowały nawet o względy tego samego mężczyzny, ale od tamtej pory upłynął już z górą rok
i teraz Catherine się ucieszyła. W obecności drugiej kobiety mogła sobie
pozwolić na słabość. Brianne z pewnością okaże jej współczucie.
- Na Boga, co tu się stało?
Brianne uklęknęła i odgarnęła jej włosy z czoła. Czułość tego gestu
przełamała tamę powstrzymującą uczucia Catherine. Opowiedziała o gwałcie, od czasu do czasu przerywając swoją historię szlochem.
- Nie chciałam go zabić - dodała. - Zapomniałam o tym haku.
- Key prosił się o śmierć - odparła Brianne. - Szkoda tylko, że akurat
na ciebie padło, żeby mu w tym pomóc. - Westchnęła, marszcząc z troską
brwi. - Chyba powinnam iść po kogoś, żeby zajął się ciałem. Wiem, że to
nie...
- Nie, nie, rozumiem. Trzeba coś z tym zrobić.
Catherine poczuła się raźniej, jakby odzyskiwała siły. Próbowała wstać,
ale Brianne ją powstrzymała.
- Lepiej zaczekaj tutaj. Wiesz, jacy są ludzie. Zobaczą twoją twarz -
Brianne dotknęła opuchniętego policzka Catherine - i zaczną się wtrącać,
plotkować... Najlepiej by było, gdyby burmistrz osobiście poprowadził
śledztwo. W ten sposób zdławiłby domysły w zarodku.
Catherine nie miała ochoty ani chwili dłużej przebywać sam na sam ze
zwłokami, ale doceniła mądrość tych słów i zgodziła się poczekać.
- Dasz sobie radę? - upewniła się Brianne.
- Dam. Ale pośpiesz się.
- Dobrze. - Brianne wstała. Wiatr wzburzył jej włosy, które przesłoniły
dolną połowę twarzy. - Na pewno dasz sobie radę?
W jej głosie brzmiała jakaś dziwna nuta, jakby w rzeczywistości chciała
zadać zupełnie inne pytanie. Albo - i to wydało się Catherine bardziej
prawdopodobne - jakby myślami była już przy rozmowie z burmistrzem.
Catherine pokiwała głową, ale złapała Brianne za rękę, zanim ta zdążyła
się oddalić.
- Nie mów mojemu ojcu. Sama mu powiem. Jeśli dowie się od ciebie, gotów
mścić się na Willenach.
- Słowa nie pisnę, obiecuję.
Brianne uśmiechnęła się, poklepała Catherine współczująco po ręce i ruszyła w drogę powrotną do Hangtown. Szybko zniknęła w gąszczu zarośli
za rogiem na czole smoka.
Przez pewien czas po jej odejściu Catherine czuła się bezpieczna w kokonie pocieszenia, ale kotłujący się wiatr i chłód, który przeniknął
powietrze, gdy chmury zakryły słońce, sprawiły, że ponure odosobnienie
wkrótce zaczęło ją przytłaczać. Pożałowała, że nie wróciła do
miasteczka. Zacisnęła kurczowo powieki, usiłując się uspokoić, jednakże
cały czas przed oczami stawała jej twarz Keya z jednym okiem wypełnionym
krwią. Wciąż czuła na sobie dotknięcie jego rąk. W końcu, uznawszy, że
Brianne miała aż nadto czasu, żeby wypełnić swoją misję, podeszła na
skraj gęstwiny i spojrzała w dół wąskiej ścieżki wijącej się po
grzbiecie Griaule'a. Upłynęło jeszcze kilkanaście minut, zanim w końcu
dostrzegła trzy postaci zmierzające raźnym krokiem w jej stronę: dwóch
mężczyzn i kobietę. Osłoniła oczy przed słońcem, które przedarło się
akurat przez chmury, i wytężyła wzrok. Żaden z mężczyzn nie miał
siwiejących włosów i krępej sylwetki burmistrza. Obaj byli chudzi i bladzi, mieli czarne włosy do ramion, a w rękach trzymali obnażone noże.
Nie widziała wyraźnie ich twarzy, doszła jednak do wniosku, że Brianne,
najwyraźniej nadal jej nieprzychylna, postanowiła się zemścić i poinformowała braci Keya o jego śmierci.
Strach rozproszył mgłę pierwszego szoku i Catherine zaczęła gorączkowo
rozmyślać, co powinna zrobić. Nie miała szans schować się w zaroślach, a ścieżka była tylko jedna. Cofnęła się do skraju pyska Griaule'a,
wyminąwszy kałużę krzepnącej krwi. Jedyną nadzieją na ucieczkę było
opuszczenie się w sieci lin do smoczej paszczy i szukanie schronienia w jej wnętrzu - jednakże myśl o tym, że miałaby zapuścić się w tak
złowieszcze miejsce, którego nie bali się tylko szaleńcy, kazała jej się
zatrzymać. Próbowała wymyślić coś innego - bez powodzenia. Brianne z pewnością okłamała Willenów, zrzuciła na nią całą winę, i teraz nie
zechcą jej nawet wysłuchać. Podbiegła do samej krawędzi, wpięła się w uprząż i zsunęła ze skraju paszczy, uwijając się jak w ukropie.
Zjeżdżała w nierównym rytmie, szarpnięciami po dziesięć, piętnaście
stóp. Rozwarty pysk Griaule'a przesuwał się skokami i wirował jej przed
oczami - nastroszone liście, paprocie wysokie jak dorosły człowiek,
olbrzymie zakrzywione kły wyrastające z dolnej szczęki, smoliście czarna
otchłań gardzieli.
Znajdowała się pięćdziesiąt stóp od powierzchni, gdy szarpnięta lina
zadygotała. Zadarła głowę i stwierdziła, że jeden z Willenów piłuje
sznur nożem. Nagle zrobiło jej się gorąco, serce zabiło jak młotem,
dłonie stały się śliskie od potu. Opadła połowę odległości dzielącej ją
od żuchwy i zatrzymała się w locie; bolesny wstrząs przeszył jej
kręgosłup. Oszołomiona, zakołysała się bezwładnie, a potem opadła
jeszcze raz, na krótszym odcinku, po czym lina u góry pękła i ostatnie
dwadzieścia stóp przeleciała bez zabezpieczenia. Wyrżnęła w dno paszczy
z takim impetem, że straciła przytomność.
Ocknęła się w kępie paproci, widząc w górze obramowane pióropuszem liści
ceglane podniebienie paszczy Griaule'a, obwieszone ciemnozielonymi
epifitami jak sklepienie katedry, którą zawładnęła dżungla. Przez chwilę
leżała nieruchomo, zbierając myśli i badając obolałe ciało w poszukiwaniu złamań. Nabiła sobie guza na potylicy, ale impet uderzenia
przyjęła głównie na pośladki, które, choć obolałe, nie doznały chyba
poważniejszych szkód. Ostrożnie, krzywiąc się z bólu, dźwignęła się na
kolana i już, już miała wstać, kiedy usłyszała dobiegające z góry
pokrzykiwania:
- Widzisz ją?
- Nie... A ty?
- Musiała się schować gdzieś głębiej!
Wyjrzawszy ostrożnie spomiędzy liści, dojrzała dwie ciemne sylwetki
zawieszone co najmniej sto stóp nad jej głową w sznurowych oplotach, jak
pająki w prymitywnych sieciach. W tej samej chwili zjechały niżej i spanikowana Catherine zaczęła się odczołgiwać od wylotu paszczy. Na
przemian podciągała się i odpychała od ukrytych pod poszyciem
powykręcanych zdrewniałych pnączy. Pokonawszy w ten sposób jakieś
pięćdziesiąt jardów, odważyła się spojrzeć wstecz: Willenowie wisieli
już dosłownie dziesięć stóp nad zaroślami, a w chwili, gdy na nich
patrzyła, zjechali jeszcze niżej i zniknęli Catherine z oczu. Instynkt
kazał jej się wycofać w głąb paszczy, ale już w miejscu, w którym w tej
chwili przyklękła, powietrze było wyraźnie ciemniejsze niż u wylotu
pyska, otaczał ją szarozielony półmrok i na samą myśl o zanurzeniu się w mroki gardzieli serce przestawało jej bić.
Wytężyła słuch, jednakże zamiast kroków Willenów słyszała tylko
szelesty, szmery i upiorne poświstywania, które - choć ciche - miały
złożone, wyraziste brzmienie. W jej wyobraźni ich źródłem nie były małe
żyjątka, lecz powietrze prześlizgujące się przez ogromne gardło smoka.
Przerażały ją jego rozmiary, tak jak przerażała ją własna małość. Nie
mogła się zmusić, żeby wejść głębiej, skręciła więc ku brzegowi paszczy,
gdzie w cieniu paprocie rozpleniły się szczególnie gęsto. W miejscu, w którym dno pyska zaczynało się wznosić, zagrzebała się w paprociach i znieruchomiała.
Tuż obok jej głowy znalazł się nieregularny placek bladoczerwonego
ciała, w miejscu, gdzie jakaś wyrwana z korzeniami roślina odsłoniła
grunt. Z zaciekawieniem dotknęła go palcem: był suchy i chłodny, tak
jakby dotknęła kawałka drewna lub kamienia. Była zawiedziona;
spodziewała się, że po takim dotknięciu dokona się w niej jakaś
spektakularna przemiana. Przycisnęła całą dłoń, szukając muśnięcia
pulsu, ale czerwonawe ciało było jak martwe, a jedynymi oznakami życia
pozostawały szelesty w krzakach i rzadki łopot skrzydeł nad jej głową.
Zrobiła się senna, głowa sama zaczęła opadać jej na pierś. Z początku
dokładała wszelkich starań, żeby nie zasnąć, ale po paru minutach
pozwoliła sobie na odrobinę odprężenia. Im dłużej analizowała swoją
sytuację, tym większej nabierała pewności, że Willenowie nie będą jej
tak daleko ścigać. Nie wystarczy im odwagi, żeby wejść do paszczy - będą
czekać u jej wylotu jak armia oblegająca twierdzę, wiedząc, że prędzej
czy później Catherine będzie musiała wyjść w poszukiwaniu pożywienia i wody. Na myśl o wodzie odczuła pragnienie, ale zdławiła je w sobie;
przede wszystkim potrzebowała teraz odpoczynku. Wyjęła zza pasa jeden z haków do łusek i ściskając go w prawej ręce (na wypadek, gdyby
naprzykrzało się jej jakieś zwierzę, mniej ostrożne od Willenów), oparła
głowę na nagim skrawku ciała Griaule'a. Wkrótce zasnęła kamiennym snem.
Rozdział 2
2
W przeszłości sny Catherine często bardziej przypominały przesyłane
skądś komunikaty niż destylaty jej własnych doświadczeń, nigdy jednak
nie przyśnił się jej przekaz tak ewidentny, jak owego popołudnia, gdy
zasnęła w paszczy Griaule'a. Sen był prosty, pozbawiony formy wizualnej,
rozbrzmiewał w nim tylko głos, którego słowa nie tyle docierały do jej
uszu, ile raczej obejmowały ją całą, opływały swoim znaczeniem. Napawały
Catherine otuchą i pozostawiły po sobie poczucie bezpieczeństwa tak
głębokie, że jej pewność siebie trwała nawet po przebudzeniu w poczerniałym świecie, rozświetlanym tylko refleksami płomieni na obłej
powierzchni smoczego kła. To był niezwykły widok: olbrzymi ząb oblany
wściekle czerwoną poświatą. W innej sytuacji byłaby śmiertelnie
przerażona, teraz jednak nie przejęła się okrutną wymową obrazu i dostrzegła w nim tylko potwierdzenie swoich domysłów w kwestii Willenów.
Rozpalili ognisko u wylotu pyska i czekali na nią, spodziewając się, że
sama wpadnie im w ręce.
Nie miała zamiaru spełniać ich oczekiwań. Mimo że jej pewność siebie
chwilami słabła, a myśl o zagłębieniu się w trzewia smoka przeczyła
zdrowemu rozsądkowi, zdawała sobie sprawę, że podejmując inną decyzję,
skończy z poderżniętym gardłem. Poza tym, mimo irracjonalności tego
pomysłu, instynktownie wyczuwała, że Griaule nad nią czuwa i że to, co
się z nią teraz dzieje, jest wyrazem jego woli. Przed oczami stanęła jej
na moment twarz Keya Willena z krwawym okiem i rozdziawionymi ustami.
Przypomniała sobie, jaką grozą przejęła ją jego napaść - i stwierdziła,
że to wspomnienie wcale jej nie dręczy. Przeciwnie, dodawało jej sił i odpowiadało na pytania, które koniecznie należało postawić, nawet jeśli
ona sama wcześniej ich sobie nie zadawała. Nie ponosiła żadnej
odpowiedzialności za gwałt, w żaden sposób nie próbowała skusić Keya,
ale dotarło do niej, że w pewnym sensie wystawiła się na atak przez to,
że wcześniej wiodła egzystencję kompletnie pozbawioną celu, tak jakby
liczyła na to, że bliżej niesprecyzowane "przeznaczenie" nada jej życiu
sens. A dziś, kiedy owo przeznaczenie znalazło się na wyciągnięcie ręki,
rozumiała, że mogłoby wyglądać inaczej i mieć mniej gwałtowny charakter,
gdyby ona sama była inna; gdyby zamiast typowej dla siebie bierności
przejawiała więcej inicjatywy w kontaktach z ludźmi i całym światem.
Miała nadzieję, że ta nowo nabyta świadomość okaże się przydatna,
chociaż w głębi serca w to powątpiewała. Zaszła zbyt daleko niewłaściwą
ścieżką, żeby teraz jakakolwiek wiedza mogła coś zmienić.
Rozpoczęcie podróży w głąb smoka wymagało od niej zmobilizowania całej
siły woli. Szła, wodząc ręką po bocznej ścianie gardła, rozchylała
liście paproci, zgarniała pajęczyny, nieustannie wyczulona na mamrotanie
insektów i innych nocnych stworzeń. Ciarki przechodziły jej po plecach
od wyczuwanych pod palcami obcych faktur. W pewnym momencie chciała
nawet zawrócić, ale słysząc za plecami pokrzykiwania, wystraszyła się,
że Willenowie podążają jej tropem, i poszła dalej.
Grunt zaczął opadać, a na zakrzywionej ścianie gardła pojawił się
odblask jakiejś słabej poświaty. Światło stawało się coraz jaśniejsze,
liście zaczęły rzucać cienie, i Catherine przyśpieszyła, żeby jak
najszybciej dotrzeć do jego źródła. Potykała się o wystające korzenie,
płożące się zielsko pętało jej stopy, ale w końcu spadek się skończył i znalazła się w sporej komorze o poziomym dnie i w przybliżeniu okrągłym
kształcie. Sklepienie ginęło w mroku, a na podłodze rozlewały się czarne
kałuże, nad którymi snuły się pasma mgły. Tam, gdzie mgła musnęła
powierzchnię cieczy, rozbłyskiwał jęzor żółtawo-czerwonego płomienia,
budząc cienie na gruzłowatym podłożu i wyławiając z ciemności liczne
brodawkowate narośle, które - intensywnie czerwone, sięgające Catherine
do kolan, podziurkowane i ociekające mgłą - sterczały pomiędzy kałużami.
W głębi pomieszczenia znajdował się otwór prowadzący najprawdopodobniej
dalej w trzewia smoka. Powietrze było ciepłe i wilgotne i Catherine
zaczęła się pocić. Wzdragała się przed wejściem do komory, która mimo
oświetlenia wydała się jej o wiele bardziej obca i nieludzka niż paszcza
bestii. Znów jednak zmusiła się do zrobienia kroku w przód i ostrożnie
weszła między płomienie. Szybko przekonała się, że od mgły kręci się jej
w głowie, i zaczęła omijać narośle szerokim łukiem.
Gdzieś z góry dobiegły przenikliwe gwizdy. Na myśl o tym, że mogłyby
oznaczać obecność nietoperzy, znów przyśpieszyła. Zdążyła pokonać połowę
szerokości komory, gdy na dźwięk męskiego głosu włosy stanęły jej dęba
ze strachu.
- Catherine! - usłyszała. - Nie pędź tak!
Okręciła się na pięcie, z hakiem gotowym do ciosu. W jej stronę kuśtykał
starszy, siwy mężczyzna w złachmanionym jedwabnym surducie wyszywanym
złotą nicią, do którego włożył obszarpaną koszulę z żabotem i dziurawe
atłasowe rajtuzy. W lewej ręce trzymał laskę ze złotą główką. Kościste
palce obu rąk miał upierścienione co najmniej tuzinem sygnetów.
Zatrzymał się na wyciągnięcie ręki od niej, ona zaś nie opuściła
wprawdzie haka, ale trochę się uspokoiła. Owszem, staruszek wyglądał
nieco ekscentrycznie, ale na tle ludzi i innych istot zamieszkujących
Griaule'a prezentował się właściwie przeciętnie. Mógł niepokoić, ale nie
przerażał.
- Przeciętnie?! - Staruszek zarechotał. - Też coś! Przeciętny jak
anioły, zwyczajny jak idea Boga. - Zanim Catherine zdążyła się zdziwić,
że zna jej myśli, rechot się powtórzył. - Jakże miałbym ich nie znać?
Wszyscy jesteśmy tworami jego myśli, wyrazami jego kaprysów. A tutaj
wszystko, co na powierzchni jest ledwie zauważalne, staje się żywą
rzeczywistością, nieuniknioną prawdą. A to dlatego - postukał laską w dno komory - że otaczająca nas materia emanuje jego wolą. - Zrobił krok
w przód i wbił w Catherine spojrzenie kaprawych oczu. - Ta chwila śniła
mi się tysiąc razy. Wiem, co powiesz; wiem, co pomyślisz; wiem, co
zrobisz. Otrzymałem od niego szczegółowe instrukcje, bym mógł zostać
twoim przewodnikiem i powiernikiem.
- O czym mówisz? - Zalękniona Catherine wzięła zamach hakiem.
- Nie o czym, lecz o kim. - Uśmiech rozkroił na dwoje jasną,
pomarszczoną skórę twarzy staruszka. - O Jego Łuskowatości, rzecz jasna.
- O Griaule'u?
- Nie inaczej. - Mężczyzna wyciągnął do niej rękę. - Chodź, dziewczyno.
Czekają na nas.
Catherine cofnęła się o krok. Staruszek odął wargi.
- No dobrze, rzeczywiście mogłabyś chyba wrócić tam, skąd przyszłaś.
Willenowie ucieszą się na twój widok.
- Nie rozumiem - powiedziała podenerwowana Catherine. - Skąd możesz
wiedzieć...
- Jak masz na imię? Albo co ci grozi? Czy ty mnie w ogóle słuchałaś?
Jesteś tworem Griaule'a, córko, i to nawet w większym stopniu niż inni,
ponieważ przez lata spałaś w samym środku jego snów. Całe twoje życie
było wstępem do tych chwil. Nie poznasz swojego przeznaczenia, dopóki
nie udasz się do miejsca, w którym rodzą się sny smoka... Do jego serca. -
Mężczyzna wziął Catherine za rękę. - Jestem Amos Mauldry. Kapitan Amos
Mauldry, do usług. Czekam na ciebie od lat, od wielu, wielu lat! Mam cię
przygotować do najważniejszej chwili twojego życia. Nalegam więc, byś
poszła ze mną, dołączyła do Milusich i rozpoczęła przygotowania, ale... -
Wzruszył ramionami. - Cóż, wybór należy do ciebie. Nie będę cię bardziej
przymuszał, powiem tylko jeszcze jedno: chodź teraz ze mną, a kiedy
wrócisz, przekonasz się, że nie masz się czego obawiać ze strony braci
Willenów.
Puścił rękę Catherine i tylko patrzył na nią chłodno, z szacunkiem.
Korciło ją, żeby zlekceważyć jego słowa, ale nie mogła się do tego
zmusić: za bardzo współgrały z jej własnymi odczuciami na temat jej
związków ze smokiem.
- Kim są Milusi? - zapytała.
Mauldry prychnął lekceważąco.
- To nieszkodliwe stworzenia. Życie wypełniają im spory o błahostki i kopulacja. Gdyby nie ich przydatność dla Griaule'a, którego chronią
przed pewnymi szkodnikami, byliby kompletnie bezużyteczni. No, ale są na
tym świecie gorsze od nich bestie i Milusi miewają czasem swoje pięć
minut. - Niecierpliwie przestąpił z nogi na nogę, postukując laską o posadzkę. - Niedługo sama ich poznasz. Idziesz czy nie?
Bez entuzjazmu, za to z hakiem gotowym do ciosu, Catherine podążyła za
Mauldrym do otworu w głębi komory i dalej, wąskim, krętym tunelem
oświetlonym pulsującą złotą poświatą emanującą z ciała Griaule'a.
Źródłem światła, jak wyjaśnił jej przewodnik, była krew, która wprawdzie
nie płynęła w tej chwili w żyłach smoka, ale jej blask falował na skutek
zmian składu chemicznego. Tak w każdym razie sądził Mauldry, który
odzyskał już utraconą chwilowo pogodę ducha i opowiadał Catherine o czasach, gdy był kapitanem statku towarowego kursującego z Port Chantay
na Wyspy Perłowe.
- Przewoziliśmy żywy inwentarz, owoce chlebowca, tran wielorybi...
Właściwie nie przypominam sobie, żebyśmy czegoś nie przewozili. To było
dobre życie, ale ciężkie, naprawdę ciężkie, i po odejściu ze służby... No
cóż, nie miałem żony, więc kiedy nagle okazało się, że mam pod
dostatkiem wolnego czasu, pomyślałem, że najwyższa pora się zabawić.
Postanowiłem zwiedzić świat, a najbardziej ze wszystkiego chciałem
zobaczyć Griaule'a; ludzie powiadali, że to prawdziwy cud świata - i mieli rację! Jego widok wprawił mnie w osłupienie. Kompletnie mnie
oszołomił, nie mogłem się na niego napatrzeć. Był czymś więcej niż cudem
świata, był idealny. Ostrzegano mnie, żebym nie zapuszczał się w pobliże
paszczy, całkiem słusznie zresztą, ale nie umiałem się powstrzymać i pewnego wieczoru, kiedy przechadzałem się po skraju pyska, napadło mnie
dwóch poszukiwaczy łusek. Pobili mnie, okradli i zostawili na pewną
śmierć. I pewnie faktycznie bym umarł, gdyby nie Milusi. - Staruszek
zacmokał z troską. - Skoro już nadarza się okazja, opowiem ci trochę o nich. I tak powinienem cię przygotować na spotkanie z nimi, bo bez tego...
Prezentują się naprawdę paskudnie, nie ukrywam. - Łypnął jednym okiem na
Catherine, a kiedy nie zareagowała, po kilkunastu krokach zapytał: - Nie
poprosisz mnie, żebym mówił dalej?
- Nie wydaje mi się, żebyś potrzebował mojej zachęty.
Mauldry zaśmiał się z aprobatą.
- Słusznie, słusznie... - mruknął, ale dalej szedł w milczeniu, zgarbiony,
z pochyloną głową. Przypominał trochę starego żółwia, który nauczył się
chodzić na dwóch łapach.
- No więc? - zirytowała się Catherine.
- Wiedziałem, że zapytasz! - Mauldry mrugnął do niej porozumiewawczo. -
Z początku sam nie wiedziałem, kim są. Gdybym wiedział, byłbym
przerażony. W kolonii jest ich około pięciuset, może sześciuset; byłoby
więcej, gdyby nie wysoka śmiertelność młodych i inne zabójcze zjawiska.
W większości są potomkami upośledzonego mężczyzny nazwiskiem Milusi,
który prawie tysiąc lat temu zabłąkał się do paszczy Griaule'a. Podobno
przechodził koło pyska, kiedy nagle ze środka zaczęły wyfruwać ptaki i owady, i to nie po kilka czy kilkanaście sztuk, tylko całe stada i roje.
Milusi śmiertelnie się przeraził, bo pomyślał, że pewnie wypłoszył je
jakiś potwór. No i postanowił się przed tym potworem schować. Tak mu się
jednak pomieszało w głowie, że zamiast odbiec od paszczy, wbiegł prosto
do środka i tam ukrył się w krzakach. Przesiedział tak prawie cały
dzień, a potwora ani widu, ani słychu. Jedyną oznaką zagrożenia był
stłumiony głuchy łomot dobiegający z wnętrza smoka. W końcu ciekawość
zwyciężyła strach i Milusi wszedł do gardzieli. - Mauldry odkaszlnął i splunął. - Tam się poczuł bezpiecznie, w każdym razie bezpieczniej niż
na zewnątrz. To pewnie była sprawka Griaule'a, to poczucie
bezpieczeństwa. Wiedział, że państwo Milusi muszą być szczęśliwi, jeśli
mają w nim zamieszkać na stałe i służyć mu jako deratyzatorzy. Pierwszym
posunięciem Milusiego było sprowadzenie z Teocinte pewnej znajomej
obłąkanej; z biegiem czasu werbowali innych szaleńców, kiedy tylko
takowi się napatoczyli. Byłem pierwszym zdrowym na umyśle człowiekiem,
którego przyjęli. Są okropnymi szowinistami, kiedy przychodzi do
podziału na normalnych i wariatów, ale Griaule, naturalnie, kazał im
mnie przygarnąć. Wiedział, że będzie ci potrzebny ktoś, z kim mogłabyś
porozmawiać. I tak oto zamieszkałem tutaj. - Dźgnął ścianę laską. - To
mój dom, właściwie nawet więcej: to moja prawda. Moja miłość. Życie w tym miejscu zmieniło mnie.
- Trochę trudno w to uwierzyć...
- Tak? Kto jak kto, ale ty najlepiej powinnaś rozumieć bezmiar zalet
Griaule'a. Nikt nie zapewni ci takiego bezpieczeństwa jak on; nikt nie
zagwarantuje ci takiej wiedzy.
- Mówisz o nim jak o bogu.
Mauldry zatrzymał się i spojrzał z ukosa na Catherine. Złote światło
pojaśniało, wypełniając cieniem jego zmarszczki. Wyglądał w tej chwili
jakby przeżył setki lat.
- A kim według ciebie jest? - zapytał z nutą oburzenia w głosie. - Kim
innym mógłby być?
Po dalszych dziesięciu minutach znaleźli się w komorze jeszcze większej
i wspanialszej niż poprzednia. Miała owalny kształt, jak postawione na
sztorc jajo o spłaszczonym dnie - jajo wysokie na sto pięćdziesiąt stóp,
o średnicy wynoszącej nieco ponad połowę wysokości. Oświetlała je ta
sama złocista pulsująca poświata, która rozjaśniała mroki tunelu, z tą
różnicą, że zmiany natężenia były tutaj bardziej płynne, a ekstrema
jasności bardziej od siebie odległe - od głębokiego półmroku do blasku
niemal równego światłu dnia. Górne dwie trzecie powierzchni ścian były
przesłonięte piętrzącymi się jeden nad drugim rzędami małych komórek,
koślawo posklejanych i tworzących strukturę, która wprawdzie pozbawiona
była charakterystycznej dla plastra miodu regularności, ale mimo to, do
złudzenia go przypominała, tak jakby ulepiły ją pijane pszczoły. Wejścia
do komórek były przesłonięte zasłonami. Do ścian umocowano liny,
drabinki sznurowe i kosze pełniące rolę wind; kilka z nich było zresztą
w tej chwili w użyciu, przewożąc ludzi ubranych podobnie do Mauldry'ego.
Komórki kojarzyły się Catherine z widzianym niegdyś obrazem
przedstawiającym labirynty mieszkalne na dachach domów w Port Chantay -
tylko że domostwa na obrazie, mimo że roztaczały aurę nędzy i rozpaczy,
nie kojarzyły się od razu z przegniłym ładem, który zdegenerował się do
stanu perwersyjnego chaosu.
Dolną część komory (do której zresztą doprowadzał tunel) pokrywał pstry
kobierzec, na który składały się całe jardy jedwabiu, aksamitu i innych
kosztownych materii. Siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt osób
przechadzało się po dnie jaja lub leżało na jego łagodnie
zakrzywiających się ścianach. Pusty był tylko sam środek posadzki, w którym ziała czarna dziura prowadząca dalej w trzewia smoka. Przechodził
też przez nią cały system rur, przenoszących - jak później Mauldry
wyjaśnił Catherine - ścieki z kolonii wprost do zbiornika z kwasem, z którego w przeszłości zasilane były ognie Griaule'a. Pod kopułą jaja
kłębiła się gęsta mgła, taka sama jak ta wypływająca z narośli w poprzedniej komorze. Czarnoskrzydłe ptaki z czerwonymi plamami na łbach
na przemian wlatywały w jej głąb i z niej wyfruwały; kruche strzępy mgły
snuły się zresztą po całym pomieszczeniu, w którym unosił się mdlący
słodkawy zapach. Zewsząd dobiegały pomruki i szelesty.
- Proszę bardzo. - Mauldry szerokim gestem laski ogarnął wnętrze. - Co
powiesz o naszej kolonii?
Niektórzy Milusi zauważyli już przybyszów i, zbici w małe grupki,
pomalutku zaczęli się do nich zbliżać. Co parę kroków przystawali,
szeptali między sobą z ożywieniem, i znów posuwali się naprzód z ostrożną ciekawością dzikusów. Mimo że nikt nie dał wyraźnego sygnału,
zasłony przy wejściach do komórek odchylały się, ze środka wysuwały się
głowy, małe figurki zjeżdżały po linach, tłoczyły się w koszach, zsuwały
po drabinkach... Setki ludzi śpieszyły na spotkanie z Catherine z prędkością przywodzącą na myśl spanikowane mrówki rojące się w mrowisku.
Zwłaszcza że na pierwszy rzut oka naprawdę przypominali mrówki - chudzi,
bladzi, przygarbieni, z płasko ściętymi, prawie bezwłosymi czaszkami,
płaczliwymi oczami i grubymi, obwisłymi wargami wyglądali jak brzydkie
dzieci poprzebierane w zetlałe jedwabie i atłasy. Podchodzili coraz
bliżej, ci z przodu popychani przez gęstniejące szeregi za plecami, aż
Catherine, zaniepokojona ich spojrzeniami i nieskłonna słuchać
uspokajających słów przewodnika, cofnęła się w głąb otworu.
Mauldry odwrócił się do Milusich, wymachując triumfalnie laską jak
mieczem, i zawołał:
- Oto przybyła! Nareszcie ją do nas sprowadził! Jest wśród nas!
Kilkunastu Milusich w pierwszym szeregu zaniosło się piskliwym rżącym
śmiechem, którego ton wznosił się coraz wyżej i wyżej, w miarę jak
ściany pałały coraz mocniejszym złotym światłem. Inni, stojący głębiej,
przytknęli do piersi rozcapierzone dłonie i zaczęli podskakiwać z podniecenia. Jeszcze inni kręcili głowami i strzelali oczami na boki,
rozdarci między agresją i zagubieniem, jakby nie bardzo wiedzieli, co
się dzieje. Ta demonstracja upośledzenia Milusich, dowodząca kruchości
ich samokontroli, jeszcze bardziej przeraziła Catherine, ale zachwycony
Mauldry nawoływał w kółko: "Jest wśród nas! Jest wśród nas!", aż w końcu
zapanował tymi okrzykami nad Milusimi i od tej pory mógł nimi sterować.
Zaczęli powtarzać jego słowa, kołysać się w ich rytmie i przeciągać je,
aż upodobniły się do bełkotliwego "jeeeziudnaaas, jeeeziudnaaas",
syczącego i rozedrganego zarazem niczym przyśpieszony oddech olbrzyma,
który niósł się rozfalowanym echem, aż wibrowała cała komora. Fala
dźwięku zalała Catherine, osłabiająca w swojej intensywności, i Catherine skuliła się pod ścianą, czekając, aż Milusi złamią szyk i ją
otoczą. Oni jednak tak zapamiętali się w swoich chóralnych okrzykach, że
chyba zupełnie o niej zapomnieli - tłoczyli się bez celu, wpadali na
siebie nawzajem, doskakiwali ze złością do tych, którzy weszli im w drogę, rzucali się sobie w ramiona, chichotali, zaczynali erotyczne
igraszki - i cały czas zawodzili.
Mauldry spojrzał na Catherine. Złote światło odbijało mu się w oczach, a jego twarz - bezmyślnie rozradowana i pusta - przypominała twarze
Milusich, kiedy wyciągnął do niej ręce i powiedział bezbarwnie szczerym
głosem kapłana:
- Witaj w domu.
Rozdział 3
3
Zamieszkała w dwuizbowym lokum zawieszonym w połowie wysokości jaja,
przylegającym do mieszkania Mauldry'ego i urządzonym jedwabiami, futrami
i haftowanymi poduszkami. Na ścianach, również obwieszonych tymi
materiałami, wisiało lustro w wysadzanej klejnotami ramie i dwa obrazy
olejne - cacka pochodzące ze skarbu Griaule'a, jak twierdził Mauldry,
którego większość złożono w znajdującej się gdzieś na zachodzie jaskini;
jej dokładną lokalizację znali tylko Milusi. W jednym pomieszczeniu
znalazła się olbrzymia misa do mycia, ale ponieważ woda była cennym
dobrem (zbierano ją w miejscach, gdzie deszczówka przesączała się przez
łuski), Catherine mogła się kąpać nie częściej niż raz w tygodniu. Mimo
to, samo mieszkanie i warunki życia nie odbiegały od standardów Hangtown
i gdyby nie obecność Milusich, mogłaby się tu poczuć prawie jak w domu.
Pomijając jednak kobietę imieniem Leitha, która sprzątała u niej i gotowała jej posiłki, nie była w stanie przezwyciężyć odrazy, jaką
budził w niej ich wynikający ze stuleci chowu wsobnego wygląd i nienormalne zachowanie. Zdawało się, że reagują na bodźce, które
uchodziły jej uwagi: znienacka przystawali i nasłuchiwali niesłyszalnych
wezwań albo wpatrywali się w niewidzialne zawirowania powietrza. Bez
żadnego widocznego celu wspinali się po linach tam i z powrotem, stale
roześmiani i rozgadani. Masowo kopulowali na dnie komory. Mówili jakimś
pokręconym dialektem, który ledwie rozumiała. Uwieszali się na linach
przed jej mieszkaniem i kłócili się zapamiętale, krytykowali nawzajem
swoje stroje i zachowania, wytykali sobie najbłahsze wady i oceniali je
zgodnie ze skomplikowanym kodem, którego niuansów nijak nie potrafiła
ogarnąć. Gdziekolwiek poszła, łazili za nią krok w krok - nie wsiadali z nią wprawdzie do jednego kosza, ale wspinali się albo zjeżdżali po
linach równolegle do niej; gapili się na nią, dopóki nie spojrzała w ich
stronę, bo wtedy kulili się i odwracali wzrok. Ubrani w fircykowate
stroje, obwieszeni klejnotami, targani dziecinną małostkowością i zawiścią, jednocześnie irytowali ją i przerażali. Wyczuwała ogromne
napięcie w sposobie, jakim wodzili za nią wzrokiem. Bała się, że lada
chwila przestaną się jej bać i rzucą się na nią hurmem.
Przez pierwsze tygodnie rzadko wychodziła z domu, za to często
rozmyślała o ucieczce. Jej samotność mąciła tylko krzątanina Leithy i odwiedziny Mauldry'ego, który przychodził dwa razy dziennie, rozsiadał
się wśród poduszek i rozprawiał o majestacie Griaule'a. Nie przepadała
za tymi wizytami. Jego drżący w uniesieniu głos przywodził na myśl
wędrownych kaznodziejów, którzy przybywali czasem do Hangtown,
zostawiając po sobie puste sakiewki i nieślubne dzieci. Pogadanki
Mauldry'ego były najczęściej zwyczajnie nudne, a jeśli trafiła się jakaś
ciekawsza, niepokoiła Catherine powtarzającymi się wzmiankami o chwili
próby w sercu smoka. Nie wątpiła w to, że Griaule jest obecny w jej
życiu. Im dłużej mieszkała w kolonii, tym żywsze sny śniła i tym
bardziej skłaniała się ku przekonaniu, że zamiary smoka w jakiś sposób
wiążą się z jej obecnością, ale w konfrontacji z beznadziejną
egzystencją Milusich gasły jej dawne fantazje o przeznaczeniu
nierozerwalnie związanym z losem Griaule'a. Sama zaczynała się
postrzegać w równie żałosnym świetle; czuła do siebie taką samą odrazę,
jak do otaczających ją istot.
- Jesteś naszym wybawieniem - powiedział któregoś dnia Mauldry,
zastawszy Catherine przy szyciu nowych spodni; nie chciała nosić
aksamitnych i haftowanych złotem łachmanów, w których gustowali Milusi.
- Tylko ty możesz przeniknąć sekret smoczego serca. Tylko ty możesz
zdradzić nam jego najskrytsze pragnienia i dotyczące nas plany. Wiemy o tym od dawna.
Siedząc w barbarzyńskim chaosie jedwabi i futer, Catherine wyjrzała
przez szparę w zasłonie przy drzwiach. Złote światło na zewnątrz
przygasło.
- Jestem waszym więźniem - zauważyła. - Dlaczego miałabym wam pomóc?
- To co, odejdziesz? A co z Willenami?
- Wątpię, żeby nadal na mnie czekali. A jeśli nawet, to wszystko
sprowadza się do wyboru rodzaju śmierci: mogę umierać długo tutaj, albo
zginąć szybko z ich ręki.
Mauldry pogładził złotą główkę laski.
- Masz rację - przyznał. - Willenowie nie stanowią już zagrożenia.
Catherine spojrzała na niego pytająco.
- Zginęli, gdy tylko opuściłaś paszczę Griaule'a. Wiedząc, że nareszcie
należysz do niego, posłał swoje stwory, żeby się z nimi rozprawiły.
Przypomniała sobie krzyki, które słyszała, idąc po pochyłości gardzieli.
- Jakie stwory?
- To nieistotne. Najważniejsze, żebyś zrozumiała, jak subtelny potrafi
być w swojej sile i jak absolutną ma władzę nad tobą i twoimi myślami.
- Ale dlaczego? Dlaczego to takie ważne? - spytała Catherine, a widząc,
że jej gość ma kłopot z odpowiedzią, parsknęła śmiechem. - Cóż to,
Mauldry, urwał ci się kontakt z bogiem? Nie chce ci podsunąć żadnego
frazesu?
Mauldry wziął się w garść.
- To ty masz zrozumieć, po co się tu znalazłaś, nie ja. To ty musisz
odkryć wnętrze Griaule'a, zbadać cudowne działanie jego ciała, stać się
częścią skomplikowanego ładu jego istnienia.
Sfrustrowana Catherine uderzyła pięścią w poduszkę.
- Jeśli mnie nie wypuścicie, umrę! To miejsce mnie zabije, nie zdążę
niczego odkryć ani zbadać.
- Ależ zdążysz, zdążysz... - Mauldry posłał jej przymilny uśmiech. - To
również wiemy.
Skrzypnęły sznury, po chwili zasłona się rozchyliła i do izby weszła
Leitha - młoda kobieta w sukni z jasnobłękitnej tafty, której stanik
podkreślał blade wypukłości piersi. Przyniosła obiad dla Catherine.
Postawiła tacę.
- Moja poda teraz? - spytała. - Czy moja potem przyjdzie?
Wpatrywała się w Catherine, mrugając blisko osadzonymi orzechowymi
oczami i skubiąc fałdy sukienki.
- Jak chcesz - odparła Catherine.
Leitha patrzyła na nią bez słowa, dopóki Mauldry na nią nie warknął.
Wtedy wyszła.
Zrozpaczona Catherine spojrzała na tacę i zauważyła, że poza
tradycyjnymi jarzynami i owocami (zbieranymi w pysku smoka) podano jej
tym razem kilka plastrów niedopieczonego mięsa, którego czerwonawy
odcień do złudzenia przypominał mięso Griaule'a.
- A to co? - spytała, szturchając mięso palcem.
- Myśliwym się dziś poszczęściło - wyjaśnił Mauldry. - Od czasu do czasu
wysyłamy ich w głąb przewodu pokarmowego. To niebezpieczne, ale żyją tam
istoty zdolne zranić Griaule'a, więc nasze polowania są mu na rękę. A my
mamy mięso. - Pochylił się i z bliska zajrzał Catherine w oczy. - Jutro
wyruszają następni. Nie chciałabyś do nich dołączyć? Mogę to załatwić.
Będziesz dobrze chroniona.
W pierwszym odruchu chciała odrzucić zaproszenie, ale przyszło jej do
głowy, że taka wyprawa może pomóc w ucieczce. Spełnienie oczekiwań
Mauldry'ego i okazanie zainteresowania wnętrzem Griaule'a byłoby mądrym
posunięciem. Im lepiej pozna topografię smoka, tym prędzej znajdzie
drogę na zewnątrz.
- Mówisz, że to niebezpieczne... Jak bardzo?
- Dla ciebie wcale. Griaule nie zrobi ci krzywdy. Jeśli zaś chodzi o myśliwych... Cóż, nie wszyscy wrócą.
- Wyruszają jutro, tak?
- Jutro, może także pojutrze. Nie wiemy, jak poważna jest infekcja.
- O jakich stworzeniach mówisz?
- To rodzaj węży.
Entuzjazm Catherine nieco osłabł, ale nie widziała innej szansy dla
siebie, żeby zacząć coś robić.
- Dobrze. Pójdę z nimi jutro.
- Cudownie! Cudownie! - Dopiero za trzecim razem udało się Mauldry'emu
wstać z poduszki, a i wtedy wsparł się mocno na lasce, dysząc ciężko. -
Przyjdę po ciebie z samego rana.
- Ty też idziesz? To nie za duży wysiłek?
Mauldry parsknął śmiechem.
- To prawda, jestem już stary, ale kiedy chodzi o ciebie, dziecko, mam
niewyczerpane zasoby energii.
Ukłonił się z galanterią i wykuśtykał z pokoju.
Wkrótce po jego wyjściu wróciła Leitha. Zaciągnęła drugą zasłonę nad
wejściem, odcinając dopływ światła do tego stopnia, że nawet w najjaśniejszej fazie jego pulsowania do środka przesączała się ledwie
słabiuteńka łuna. Stanęła przy wejściu i wbiła wzrok w Catherine.
- Chce co od Leitha? - spytała.
Nie była to bynajmniej czcza uprzejmość - Leitha już wcześniej dawała
jednoznacznie do zrozumienia, dotknięciami i za pomocą innych sygnałów,
że jeśli tylko Catherine tego zechce, mogą zostać kochankami. Półmrok
skrywał jej zdeformowane ciało, wyglądała jak ładna młoda dziewczyna
wybierająca się na potańcówkę i przez chwilę - w okowach samotności i rozpaczy, wsłuchana w dobiegający z zewnątrz nieustanny pomruk Milusich,
wpatrzona w Leithę, która na przemian pojawiała się w narastającej
poświacie i roztapiała w ciemnościach, w pełni świadoma plemiennej
obcości kolonii i kompletnej niemożności jej zrozumienia - Catherine
odczuła dziwaczne podniecenie. Chwila jednak szybko minęła i zdegustowana sobą i swoją słabością, wściekła na Leithę i całe to
zdegenerowane miejsce, które powoli zżerało jej człowieczeństwo, rzuciła
oschle:
- Wynoś się.
Leitha się zawahała, więc Catherine podniosła głos:
- Wynoś się, powiedziałam!
Dziewczyna, tyłem i potykając się, wycofała się z pokoju. Catherine
odwróciła się na brzuch i wcisnęła twarz w poduszkę, spodziewając się,
że zaraz wybuchnie płaczem, czuła nawet wzbierający w piersi szloch -
ale nie zapłakała. Została sama ze świadomością, że jest kompletnie
pusta i niewarta nawet swoich własnych łez.
***
Za jedną z komórek w dolnej połowie komory znajdowało się ukryte wejście
do szerokiego korytarza, okrągłego i żebrowanego chrząstkami. W ten
właśnie korytarz zagłębili się rankiem następnego dnia Catherine i Mauldry w towarzystwie trzydziestu Milusich płci męskiej, wyruszając na
polowanie. Byli uzbrojeni w miecze i przyświecali sobie pochodniami,
ponieważ w tym rejonie naczynia krwionośne Griaule'a biegły zbyt
głęboko, by zapewnić oświetlenie. Ciszę podczas marszu mąciły tylko
rzadkie pokasływania i ciche chrobotanie stóp na podłożu. To milczenie,
tak nietypowe dla Milusich, ich majaczące w mroku blade twarze,
chybotliwy blask pochodni i coraz silniejszy gryzący, kwaśny odór
potęgowały wrażenie, że są zagubionymi duszami błądzącymi po peryferiach
piekła.
Przez jakiś czas szli stromo w dół i wkrótce znaleźli się w miejscu,
gdzie otoczyła ich czerń poprzecinana misternymi sieciami cienkich
złocistych nici, lśniących jak utkane ze złota pajęczyny na nocnym
niebie. Mauldry kazał Catherine się zatrzymać, a myśliwi z pochodniami
ruszyli dalej. Było oczywiste, że znaleźli się w dużej komorze, ale
Catherine nie doceniała jej rozmiarów, dopóki nagle w oddali nie
zapłonęła istna wieża płomieni - ogromne ognisko, w którym paliły się
całe krzewy i co mniejsze drzewa. Już wielkość ogniska zapierała dech w piersi, ale jeszcze bardziej imponująco prezentował się sam gigantyczny
niczym jaskinia żołądek, który światło częściowo odsłaniało przed ich
wzrokiem. Musiał mierzyć co najmniej dwieście jardów długości. Ściany
były wyłożone fałdami białawej skóry przeszytej koronkami
rozgałęziających się żył. Widoczne przez nie żebra okrywała skóra
jeszcze delikatniejsza, przez którą przezierały wszystkie detale ich
faktury. W jednej czwartej długości jaskini jej dno opadało, tworząc
kałużę wypełnioną po brzegi ciemnym płynem. Ognisko płonęło mniej więcej
na wysokości kałuży, tyle że bliżej ściany. Kłęby dymu wznosiły się w stronę zsiniałego spłachetka skóry, mierzącego około pięćdziesięciu stóp
obwodu i przeciętego rozdarciem o poszarpanych krawędziach. Na oczach
Catherine cały ten płat skóry zaczął nagle falować. Myśliwi zebrali się
pod nim i zajęli pozycje wokół ogniska, z mieczami gotowymi do ciosu.
Powoli, ociężale, z rozdarcia wyłonił się kawał grubego, rurowatego
cielska i olbrzymia biała larwa uniosła ślepy łeb nad głowami myśliwych.
Rozwarła okolony szczękoczułkami pysk, odsłaniając ciemnoczerwone
wnętrze paszczy, i wydała przeszywający pisk, który odbił się echem od
ścian i zmusił Catherine do zakrycia uszu rękami. Widząc, jak ze ściany
żołądka wynurza się stopniowo reszta ciała robala, Catherine podziwiała
odwagę myśliwych, którzy ani myśleli się cofać. Dym otulił larwę i jej
pisk stał się wprost nieznośny, gdy zaczęła się miotać na boki, dźgając
powietrze ślepym łbem, aż w końcu - z jeszcze głośniejszym wrzaskiem -
runęła w ognisko i zaczęła się wić, bryzgając snopami iskier na
wszystkie strony. Wytoczyła się z ognia, od razu przygniatając kilku
myśliwych, ale pozostali rzucili się na nią z mieczami, wściekle tnąc ją
po łbie i malując ciemne smugi krwi na jej trupio bladej skórze.
Catherine zdała sobie sprawę, że przyciska pięści do policzków i krzyczy
wniebogłosy, tak bardzo zaangażowała się w to starcie. Krew larwy
zbryzgała dno żołądka, skóra pokryła się bąblami i zwęgliła,
makabrycznie pocięty łeb ociekał posoką, mięso zwisało w strzępach, ale
ona nadal kwiczała przeraźliwie, wyginała cielsko w łuk nad głowami
napastników i opadała na nich, miażdżąc ich swoim ciężarem. Już jedna
trzecia myśliwych leżała nieruchomo, z rozrzuconymi niezgrabnie
kończynami, wśród dopalających się resztek ogniska, ale pozostali cięli
i dźgali coraz bardziej anemicznego robala, tanecznym krokiem uskakując
przed jego wypadami. W końcu poczwara uniosła górną połowę cielska,
zadarła łeb i na chwilę ucichła, kołysząc się leniwie jak
zahipnotyzowany wąż. Potem wydała z siebie gwizd niczym monstrualny
czajnik, gwizd, którego wściekłe wibracje wypełniły całą jaskinię, i opadła na ziemię. Ostatni raz wierzgnęła i znieruchomiała z półotwartą
paszczą. Szczękoczułki drgały jeszcze przez chwilę, odzwierciedlając
jakieś dogasające funkcje organizmu.
Milusi otoczyli ją kręgiem - zdyszani, wyczerpani, wsparci na mieczach.
Wstrząśnięta nagłą ciszą Catherine postąpiła kilka kroków w głąb
pieczary, ramię w ramię z Mauldrym. Zatrzymała się, zawahała, i znów
podeszła; przyszło jej do głowy, że mogłaby opatrzyć rany myśliwych,
lecz ci, którzy leżeli na ziemi, byli martwi, mieli potrzaskane
kończyny, a krew sączyła się im z ust. Podeszła do zabitego robala.
Walcowate cielsko było trzy razy wyższe od niej. Oślizła i pomarszczona
biała skóra miała upiornie niebieskawy odcień.
- O czym myślisz? - zainteresował się Mauldry.
Catherine nie odpowiedziała. Miała kompletną pustkę w głowie, tak jakby
ogrom tego, co przed chwilą zobaczyła, wyłączył u niej proces myślenia.
Zawsze jej się wydawało, że ma pewne pojęcie o rozmiarach Griaule'a i jego skomplikowanej naturze, teraz jednak zrozumiała, że wszystkie jej
wyobrażenia nijak się miały do rzeczywistości i z trudem akceptowała tę
nowo nabytą wiedzę.
Za jej plecami wybuchło jakieś zamieszanie: to myśliwi wykrawali kawały
mięsa z cielska larwy. Mauldry objął ramieniem Catherine i dopiero pod
wpływem jego dotyku uświadomiła sobie, że cała drży.
- Chodź - powiedział. - Zabiorę cię do domu.
- Do mojego pokoju, tak? - spytała rozgoryczona i strząsnęła jego rękę.
- Może nigdy nie nazwiesz go domem - zgodził się Mauldry. - A jednak nie
ma drugiego miejsca, które tak idealnie by do ciebie pasowało.
Skinął na jednego z myśliwych, który podszedł do nich, zapaliwszy po
drodze pochodnię od stosu płonących gałęzi.
Catherine zaśmiała się smętnie.
- Drażnisz mnie tą swoją wszystkowiedzą na mój temat.
- Wcale cię nie znam, chociaż dane mi jest częściowe rozumienie celu
twojego przybycia. Za to tego, który wie o tobie najwięcej... - Mauldry
postukał laską w posadzkę. - O tak, jego znam bardzo dobrze.
Rozdział 4
4
W ciągu następnych dwóch miesięcy trzy razy próbowała uciekać, po czym
dała sobie spokój; w sytuacji, gdy nieustannie śledziły ją setki par
oczu, nie było sensu marnować energii. Przez blisko pół roku po
ostatniej z tych prób była tak przygnębiona, że w ogóle nie wychodziła z mieszkania. Podupadła na zdrowiu, a jej myśli blakły, gdy godzinami
leżała w łóżku, rozpamiętując życie w Hangtown, które zaczęła postrzegać
jako modelowo szczęśliwe. Przy braku zajęć coraz bardziej doskwierała
jej samotność. Mauldry robił, co mógł, żeby ją zabawić, ale ogarnięty
mistyczną obsesją na punkcie Griaule'a nie był w stanie nieść pociechy,
jakiej Catherine mogłaby oczekiwać od prawdziwego przyjaciela. I tak,
pozbawiona przyjaciół, kochanków, nawet wrogów, tonęła pomału w grzęzawisku żałości, aż zaczęła przemyśliwać o samobójstwie. Myśl o tym,
że nigdy więcej nie zobaczy słońca, nie zabawi się na karnawale w Teocinte, wydawała jej się nieznośna. Okazała się jednak albo nie dość
odważna, albo nie dość głupia, żeby odebrać sobie życie. Doszła do
wniosku, że lepiej będzie oddać się jedynemu zajęciu, na które Milusi
jej pozwalali, czyli badaniu wnętrza Griaule'a: mogło być obrzydliwe i ubezwłasnowolniające, ale przynajmniej niosło obietnicę czegoś więcej
niż wieczne ciemności.
Podobnie jak olbrzymie tybetańskie posągi Buddy, wznoszone we wnętrzu
wież niewiele większych od nich samych, nieruchome serce Griaule'a -
złota bryła o nieregularnej powierzchni, wielka jak katedra - było
zamknięte w komorze, której ściany znajdowały się w odległości zaledwie
sześciu stóp od jego powierzchni. Droga do niej prowadziła przez dawno
pękniętą żyłę, pomarszczoną brunatną rurę o średnicy wystarczająco
dużej, żeby dało się w niej czołgać. Przeciśnięcie się przez nią do
ciasnego osierdzia było wybitnie klaustrofobicznym doświadczeniem i minęło sporo czasu, zanim Catherine się do niego przyzwyczaiła - a nawet
wtedy nie umiała przywyknąć do panującego w osierdziu specyficznego
klimatu. Powietrze było aż gęste od gorącej, gryzącej woni, trochę
przypominającej siarczany smród po uderzeniu pioruna. W dodatku,
nieruchome serce otaczała aura wysilonego spokoju i nieustannego
napięcia, jakby w każdej chwili mogło zadygotać od jakiegoś podziemnego
wstrząsu. Krew nie tylko pulsowała w nim tak jak w innych rejonach ciała
(z tą różnicą, że tutaj pulsowanie było gwałtowniejsze, a zakres zmian
jasności nieporównanie większy), ale naprawdę krążyła w ciągu
rozedrganych wewnętrznych komór, popychana zmianami temperatury i ciśnienia. Jej przepływ w połączeniu z migotliwym blaskiem kreślił na
ścianach serca wzory ze świateł i cieni, przykuwające uwagę,
skomplikowane i fantazyjne niczym arabeski. Obserwując je, Catherine
powoli uczyła się rozumieć logikę ich powstawania i z wyprzedzeniem
przewidywać ich konfigurację. Nie umiałaby ująć tego w słowa, ale gra
świateł i cieni wywoływała u niej reakcję emocjonalną, która w jakiś
sposób wiązała się z powstawaniem tych deseni i pozwalała - w zgrubnym
przybliżeniu - snuć domysły na temat pracy olbrzymiego organu.
Przekonała się też, że jeśli zbyt długo śledzi zmieniające się wzory,
zaczyna śnić, a jej sny są niezwykle realistyczne. Szczególnie jeden,
który regularnie się powtarzał.
Zaczynał się od wschodu słońca: słoneczny dysk wynurzał się zza
południowego widnokręgu, sięgając promieniami wybrzeża usianego
sterczącymi z płytkiej wody ogromnymi czarnymi głazami, na których
leżały śpiące smoki. W miarę jak słońce je ogrzewało, a ich łuski
rozbłyskiwały odbitym światłem, gady z pomrukiem unosiły łby,
rozpościerały skórzaste skrzydła, czemu towarzyszył łopot jakby wielkich
żagli wydymanych wiatrem, i wzbijały się pod indygowe niebo usiane
gwiazdami w dziwnych konstelacjach. Zataczały koła i ryczały głośno w euforii... Wszystkie poza jednym, który, zatoczywszy w powietrzu krótki
łuk, gubił rytm lotu i jak kamień spadał do wody. Widok był piękny i zarazem mrożący krew w żyłach: bezwładny lot, skrzydła darte na strzępy
wypełniającym je powietrzem, rozwarta zębata paszcza, szpony bezradnie
szukające punktu zaczepienia. Sen, choć urokliwy, miał raczej niewiele
wspólnego z sytuacją Griaule'a, któremu z pewnością nie groził żaden
upadek, lecz częstotliwość, z jaką się powtarzał, sugerowała, że coś
musi być na rzeczy. Może Griaule obawiał się takiego ataku jak ten,
który poraził lecącego smoka?
Powziąwszy takie podejrzenie, Catherine wzięła się za badanie serca
smoka. Za pomocą haków wspinała się po stromych ścianach komory, czasem
niczym blondwłosy pająk zawisała do góry nogami nad migoczącym organem,
ale nie odkryła niczego nadzwyczajnego, żadnych niedoskonałości, które
umiałaby wskazać. Jedynym efektem jej starań było zastąpienie snu o lataniu przez inny, prostszy, w którym widziała tylko pierś śpiącego
smoka, na przemian unoszącą się i opadającą w oddechu. Nie rozumiała go
i choć sen się powtarzał, z czasem przestała zwracać na niego uwagę.
Mauldry, który spodziewał się z jej strony błyskotliwych spostrzeżeń, z przygnębieniem przyjmował ich brak.
- Może przez te wszystkie lata żyłem, myląc się? A może to już starość?
Niedołężnieję...
Parę miesięcy wcześniej rozgoryczona i rozżalona Catherine mogłaby z czystej złośliwości przyklasnąć jego słowom, ale badanie smoczego serca
przyniosło jej ukojenie, spokój, poczucie rezygnacji, a nawet coś na
kształt współczucia dla więżących ją stworzeń - których przecież nie
można było obwiniać o to, jak żałosne wiodły życie. Dlatego
odpowiedziała Mauldry'emu inaczej:
- Dopiero zaczynam się uczyć i chyba nieprędko zrozumiem, czego ode mnie
chce. Co zresztą jest zgodne z jego naturą, nieprawdaż? On nie lubi
pośpiechu.
- Chyba masz rację - przytaknął smętnie Mauldry.
- Nawet na pewno. Prędzej czy później doczekamy się objawienia, ale taki
stwór jak Griaule nie zdradza swoich tajemnic przypadkowym gapiom.
Potrzebuję czasu.
O dziwo, mimo że powiedziała to tylko po to, żeby podnieść Mauldry'ego
na duchu, jej słowa zabrzmiały bardzo prawdziwie.
Zaczynała swoje badania bez szczególnego entuzjazmu, ale Griaule był tak
olbrzymi, a populacja jego pasożytów i symbiontów tak niezwykła i intrygująca, że rozpaliła w niej żądzę wiedzy i przez następne sześć lat
Catherine prowadziła studia z wielką żarliwością, kompensując sobie w ten sposób pustkę ziejącą w jej życiu. Mając za towarzyszy Mauldry'ego i niewielkie zespoły Milusich, wyrysowała mapę wnętrzności smoka.
Zatrzymała się dopiero na granicy czaszki - złe przeczucia
powstrzymywały ją przed zapuszczaniem się w te rejony. Kilkunastu
najbystrzejszych Milusich posłała do Teocinte, skąd sprowadzili
naczynia, książki i materiały piśmienne, umożliwiające jej stworzenie i prowadzenie prymitywnego laboratorium analitycznego. Odkryła, że gdyby
smok był w pełni sił życiowych, skurcze serca napełniłyby mieszczącą
kolonię jajowatą jaskinię kwasami i gazami, które w połączeniu z cieczą
wypełniającą sąsiednią komorę tworzyły lotną mieszankę umożliwiającą
Griaule'owi zianie ogniem; gdyby zaś nie zamierzał akurat nikogo spalić
płomiennym oddechem, rozdęcie serca spowodowałoby opróżnienie jaskini.
Przedestylowała żrące ciecze i uzyskała z nich silny narkotyk, który -
na pamiątkę swojej prześladowczymi - nazwała brianiną. Z porostu
rozwijającego się na zewnętrznych ścianach płuc smoka otrzymała silny
środek pobudzający. Skatalogowała miriady okazów smoczej flory i fauny i obwiesiła ściany swoich pokojów wykresami i notatkami ilustrującymi ich
zachowanie. Wiele zwierząt było zupełnie zwyczajnych albo niewiele się
od zwyczajnych różniło - pająki, nietoperze, jaskółki i tak dalej, ale
podobnie jak na powierzchni Griaule'a, również w jego wnętrzu trafiały
się istoty, których obecność potwierdzała, że smok pochodzi z jakiegoś
innego świata. Chyba najciekawszą z nich był metaheks, jak nazwała go
Catherine, żyjące w kwasach żołądkowych stworzenie o sześciu
identycznych ciałach, które rozmiarami i kolorem przypominały zużytą
jednopensówkę, miały gęstość niewiele większą niż meduza, były orzęsione
i wiecznie falowały. Z początku zakładała, że ma przed sobą sześć
odrębnych istot, przedstawicieli gatunku, którego osobniki łączą się w sekstety. Nabrała podejrzeń, że może być inaczej, kiedy po tym, jak
jedną z nich zabiła, żeby przeprowadzić sekcję, pozostała piątka także
zmarła. Rozpoczęty wówczas cykl eksperymentów, w których poddawała
metaheksy różnym próbom i zabijała je setkami, dowiódł słuszności jej
domysłów: metaheksy były połączone w szóstki za pośrednictwem pola,
które pozwalało im przenosić esencję swojej istoty pomiędzy ciałami i wykorzystywać te chwilowo nieużywane jako unikatową formę kamuflażu. Ale
nawet metaheks wydawał się całkiem zwyczajnym stworzeniem w porównaniu z upioroślą rosnącą tylko w jednym, jedynym miejscu - niewielkim
zagłębieniu u nasady czaszki.
Żaden Milusi się tam nie zapuszczał; odstraszały ich te same złe
przeczucia, które przy innych okazjach dręczyły także Catherine,
związane z domniemaniem, że gdy tylko intruz za bardzo zbliży się do
mózgu, Griaule naśle na niego swoich bardziej agresywnych mieszkańców.
Catherine nie czuła jednak żadnego zagrożenia w pobliżu zagłębienia,
zostawiła więc Mauldry'ego i eskortujących ją Milusich za sobą i wspięła
się stromym kanałem, przyświecając sobie pochodnią. Dostała się do
środka przez otwór niewiele większy niż obwód jej bioder. Stwierdziwszy,
że wnętrze jest zalane poświatą tętniących złotą krwią żył, których
siateczka pokrywała sufit, zgasiła pochodnię. Ze zdumieniem zauważyła,
że z wyjątkiem sklepienia cała nieduża komora (mierzyła około dwudziestu
stóp długości i ośmiu wysokości) jest gęsto zarośnięta pnączem o błyszczących ciemnozielonych liściach, mających skomplikowane unerwienie
i zakończonych pustą rurką na czubku. Zmęczona po wspinaczce (chyba
nawet bardziej niż powinna, tak jej się przynajmniej wydawało),
przysiadła pod ścianą, żeby odsapnąć. Nagle poczuła się senna i przymknęła na chwilę powieki.
Ocknęła się na dźwięk głosu Mauldry'ego, który nawoływał ją po imieniu.
- Muszę chwilę odpocząć! - odkrzyknęła, rozdrażniona i wciąż senna.
- Chwilę?! Siedzisz tam już trzeci dzień! Co się dzieje? Nic ci się nie
stało?
- Bzdura!
Catherine próbowała wstać, ale usiadła z powrotem na widok nagiej
kobiety o długich blond włosach, skulonej w kącie niespełna dziesięć
stóp od niej. Leżała wtulona w ścianę zagłębienia, czubki liści
pokrywały połowę powierzchni jej ciała i przesłaniały twarz.
- Catherine! - zawołał Mauldry. - Odpowiedz!
- Wszystko... wszystko w porządku! Zaraz do was zejdę!
Nieznajoma poruszyła się i jęknęła.
- Catherine!
- Mówię przecież, że wszystko w porządku!
Blondynka wyprostowała nogi. Na prawym biodrze miała bladoróżową
haczykowatą bliznę, taką samą jak Catherine - pozostałość po upadku w dzieciństwie. Pod prawym kolanem widniał obrzmiały placek
zaczerwienionej skóry: ślad po oparzeniu kwasem sprzed roku. Catherine
zaniemówiła na ich widok, ale kiedy nieznajoma usiadła i do Catherine
dotarło, że ma przed sobą siostrę-bliźniaczkę, identyczną nie tylko z rysów, ale nawet z wyrazu twarzy (tę samą zrezygnowaną minę wielokrotnie
oglądała przecież w lustrze), zaskoczenie ustąpiło miejsca przerażeniu.
Mogłaby przysiąc, że poczuła ruch mięśni twarzy, gdy na obliczu tej
drugiej odmalowały się satysfakcja i rozpoznanie. Mimo lęku, Catherine
odczuwała także kiełkujące w niej emocje: nadzieję i radość.
- Siostro - odezwała się tamta.
Spojrzała na swoje ciało i Catherine przez ułamek sekundy doświadczyła
podwójnego widzenia: widziała jednocześnie pochyloną głowę kobiety,
nagie piersi i brzuch, oglądane z jej perspektywy. Kiedy wrócił jej
wzrok, spojrzała na twarz kobiety. Na swoją twarz. Mimo że od lat co
rano przeglądała się w lustrze, nigdy przedtem nie dostrzegła tak
wyraźnie piętna, jakie odcisnęło na niej życie we wnętrzu smoka. Wokół
ust - hardych, bardziej zdeterminowanych niż dawniej - pojawiły się
cienkie bruzdy, zaczątki kurzych łapek rozchodziły się promieniście z kącików oczu, zapadnięte policzki uwypukliły kości policzkowe.
Wystraszyła się, widząc, że blask jej idealnej młodzieńczej urody
przygasł znacznie bardziej niż się spodziewała. Najbardziej widoczna
zmiana - i najbardziej wstrząsająca - przejawiała się jednak nie w szczegółach, lecz w ogólnym wyglądzie twarzy, która wyraźnie
odzwierciedlała charakter właścicielki. Wcześniej, zanim Catherine
weszła w paszczę smoka, jej twarz w ogóle wyrażała niewiele, a jeśli
już, to malowała się na niej co najwyżej skłonność do rozpusty. Nie była
zachwycona, że z taką gwałtownością narzucono jej teraz świadomość tego,
jaką głupią kozą była w przeszłości.
Kobieta wyciągnęła do niej rękę.
- Nie katuj się tak, siostro - powiedziała, jakby czytając jej w myślach. - Wszyscy jesteśmy ofiarami naszej przeszłości.
Catherine się cofnęła.
- Czym jesteś? - spytała. Wyczuwała, że bliźniaczka stanowi dla niej
zagrożenie, ale nie rozumiała jego natury.
- Jestem tobą. - Kobieta znów spróbowała ją dotknąć i Catherine znów się
odsunęła.
Uśmiechała się, ale Catherine wyraźnie poczuła jej rozdrażnienie.
Zauważyła również, że kobieta pochyliła tułów tylko o kilka stopni, cały
czas utrzymując kontakt z liśćmi, jakby nie mogła zerwać łączącej jej z nimi więzi.
- Wątpię. - Catherine nadal była zafascynowana nieznajomą, ale zaczynało
dręczyć ją przeczucie, że jej dotyk może być niebezpieczny.
- Ależ jestem! - upierała się tamta. - Chociaż zarazem jestem czymś
więcej.
- Czym?
- Ta roślina wydobywa z organizmu esencję. Gromadzi nieskończenie małe
drobiny ciała, z których następnie tworzy kopię wolną od niedoskonałości
oryginału. A ponieważ w tej esencji zawarte są ziarna twojej
przyszłości, to mimo że dla ciebie pozostają nieznane, ja je znam... Na
razie.
- Na razie?
- Coś nas łączy... Czujesz to, prawda? - spytała zdesperowana kobieta.
- Owszem.
- Żeby żyć, muszę dopełnić tego połączenia. Muszę cię dotknąć. A kiedy
to zrobię, stracę wiedzę o przyszłości i stanę się taka jak ty... chociaż
osobna. Nie bój się, nie będę ci przeszkadzać. Chcę wieść odrębne życie.
Kiedy kobieta znów się pochyliła, Catherine zauważyła, że niektóre
liście czepiają się rurkami jej pleców. Znów ogarnęło ją przeczucie
zagrożenia, silny lęk, że dotyk bliźniaczki pozbawi ją części energii
życiowej.
- Skoro znasz przyszłość, to powiedz mi... Czy uda mi się uciec z Griaule'a?
Mauldry akurat w tej chwili znów zaczął ją nawoływać. Wyjaśniła mu, że
zaraz zejdzie, musi tylko pobrać wycinki tkanki do analizy, a potem
powtórzyła swoje pytanie.
- Tak, tak - zapewniła ją tamta, próbując chwycić jej dłoń. - Wyjdziesz
ze smoka. Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy.
Całe jej ciało zaczęło wiotczeć, a Catherine wyczuła bijący od niej
narastający strach.
- Proszę! - Jej kopia wyciągnęła do niej obie ręce. - Tylko twój dotyk
utrzyma mnie przy życiu. Bez niego umrę!
Catherine nie zamierzała jej zaufać.
- Musisz mi uwierzyć! Jestem twoją siostrą! Mam twoją krew, twoje
wspomnienia... - Skóra na jej rękach obwisła grubymi fałdami jak u starej
kobiety, policzki oklapły, twarz stawała się coraz bardziej
zdeformowana. - Proszę... Pamiętasz, jak poszłaś ze Stelem pod skrzydło?
Byłaś dziewicą. Wiatr zwiewał puch ostów z grzbietu Griaule'a jak
srebrny deszcz. A pamiętasz galę w Teocinte? Twoje szesnaste urodziny.
Włożyłaś maskę ze złotych drucików i pomarańczowych kwiatów; trzech
mężczyzn poprosiło cię o rękę. Na Boga, Catherine, wysłuchaj mnie!
Major... Nie pamiętasz go? Taki młody major... Zakochałaś się w nim, ale nie
poszłaś za głosem serca. Bałaś się miłości, bałaś się zaufać swoim
uczuciom, bo w ogóle sobie wtedy nie ufałaś.
Łącząca je więź słabła. Catherine musiała się postarać, żeby oprzeć się
błaganiom kobiety, które mimo wszystko trochę ją poruszyły. "Siostra"
usiadła ciężko. Rysy jej twarzy zaczęły się rozpływać. Wyglądało to
makabrycznie, jak twarz roztapiającej się figury woskowej, ale jeszcze
straszniejszy był jej uśmiech: rozpływające się wargi odsłaniały zęby,
które same też traciły kształt.
- Rozumiem - powiedziała łamiącym się głosem. Parsknęła chrapliwym,
lepkim śmiechem. - Teraz rozumiem.
- Co rozumiesz? - spytała Catherine, ale tamta osunęła się na ziemię i przetoczyła na bok.
Proces rozkładu przebiegał coraz szybciej i po paru minutach z "bliźniaczki" została kałuża szarobiałej galaretowanej mazi, mającej w przybliżeniu kształt człowieka. Catherine przyjęła ten widok ze zgrozą,
ale i z ulgą. Dręczyły ją tylko lekkie wyrzuty sumienia: nie była pewna,
czy działała w samoobronie, czy też przez swoje tchórzostwo skazała na
śmierć istotę wcale nie mniej godną wzgardy niż ona sama. Dopóki tamta
żyła (o ile w ogóle można tak powiedzieć), Catherine głównie się jej
bała, dopiero teraz miała czas, żeby podziwiać wizerunek stworzony
przecież przez roślinę, a do złudzenia przypominający człowieka. Tym
bardziej, że kobieta nie była jakąś zwyczajną jej podobizną - znała
przecież jej wspomnienia. Czyżby pamięć miała podłoże fizjologiczne?
Zmusiła się do pobrania próbek szczątków kobiety oraz samego pnącza;
miała nadzieję, że pomoże jej to rozwikłać tajemnicę, nawet jeśli w głębi serca powątpiewała w możliwości swojego prymitywnego laboratorium.
Jej wątpliwości były zresztą o tyle zasadne, że w gruncie rzeczy wcale
nie chciała przeniknąć sekretu upiorośli, bała się bowiem tego, czego
mogłaby się dowiedzieć na swój temat. I tak czas mijał, a ona, choć z początku często rozmawiała o tej sprawie z Mauldrym, w końcu zarzuciła
dalsze badania nad upioroślą.
Rozdział 5
5
Mimo że temperatura była niezmienna, nie padał deszcz ani śnieg, a złote
światło pulsowało w stałym rytmie, w trzewiach smoka można było śledzić
zmiany pór roku, obserwując przeloty ptaków, przędzenie kokonów przez
gąsienice, jednoczesne narodziny milionów insektów. To właśnie po tych
znakach Catherine zorientowała się, że jest jesień, kiedy - dziewięć lat
po wejściu w paszczę Griaule'a - zakochała się. Przez poprzednie trzy
lata jej entuzjazm i zapał słabły, żądza wiedzy naukowej przygasała, a proces ten nasilił się dodatkowo, gdy kapitan Mauldry zmarł (z przyczyn
naturalnych) i straciła bufor oddzielający ją od Milusich, ich
bezmyślności i przygnębiającego stylu życia. Zresztą, prawdę
powiedziawszy, niewiele więcej mogła się nauczyć. Wykreśliła wszelkie
możliwe mapy, zgromadzone przez nią zbiory i notatki zapełniły
kilkanaście pomieszczeń i chociaż w dalszym ciągu zapuszczała się do
smoczego serca, nie próbowała już interpretować niezwykłych snów, które
nauczyła się traktować jak formę rozrywki. Zrobiła się niespokojna i znów zaczęła rozważać możliwość ucieczki. Przeświadczona, że marnuje
sobie życie, chciała wrócić do prawdziwego świata i korzystać z atrakcji
bardziej życiowych niż te dostępne w wielokomorowym więzieniu Griaule'a.
Nie znaczy to, że nie była mu wdzięczna za dotychczasowe doświadczenia.
Gdyby uciekła niedługo po przybyciu tutaj, wróciłaby do życia
wypełnionego bezsensowną frywolnością. Teraz zaś - bogatsza w wiedzę,
świadoma swoich silnych i słabych punktów, zarażona ambicją i kierująca
się moralnością - mogła mieć nadzieję, że dokona w życiu czegoś ważnego.
Zanim jednak zdążyła ustalić, czy ucieczka będzie w ogóle możliwa, w kolonii pojawił się nowy przybysz. Mężczyzna, którego Milusi zbierający
w pysku Griaule'a jagody znaleźli nieprzytomnego i przenieśli w bezpieczne miejsce, nazywał się John Colmacos, miał trzydzieści parę lat
i był botanikiem z uniwersytetu w Port Chantay. Najpierw opuścili go
przewodnicy, gdy uparł się, że wejdzie do paszczy smoka, a potem dopadły
go i zmasakrowały żyjące w paszczy małpy. Był szczupły, wręcz kościsty,
miał silne ręce o grubych palcach i delikatne ciemne włosy, które nijak
nie dawały się uczesać. Pociągła, nieco końska twarz celowała w kompromis między brzydotą i charakterystycznością; malował się na niej
wiecznie pytający wyraz, jakby John dziwił się wszystkiemu, co widzi.
Jego oczy - duże, intrygujące, z niebieskimi tęczówkami upstrzonymi
plamkami zieleni i brązu - wyglądały zdumiewająco delikatnie w porównaniu z resztą ciała.
Catherine - ucieszona, że wreszcie będzie miała jakieś rozsądne
towarzystwo, w dodatku w osobie specjalisty z dziedziny, która stała się
jej powołaniem - postanowiła się nim zaopiekować: miał złamaną rękę i nogę w kostce i mocno poranioną twarz. Podczas jego rekonwalescencji
zaczęła fantazjować, jak to by było, gdyby zostali kochankami. Pierwszy
raz spotkała mężczyznę tak łagodnego i bezpretensjonalnego i nie
posiadała się ze zdumienia, że w ogóle nie próbuje jej zaimponować. Jej
koncepcję mężczyzny ukształtowały doświadczenia z żołnierzami z Teocinte
i bandziorami z Hangtown, teraz więc wszystko, co dotyczyło Johna,
wydawało jej się fascynujące. Z początku próbowała wyprzeć się swoich
uczuć, wmawiając sobie, że w tych okolicznościach zakochałaby się w pierwszym lepszym facecie, który by się nawinął. Bała się, że miłość
tylko pogłębi jej więzienną frustrację - a poza tym zdawała sobie
sprawę, że to Griaule kolejny raz nią manipuluje i stara się uprzyjemnić
jej życie, zastępując Mauldry'ego kochankiem. Nie mogła jednak
zaprzeczyć, że w Johnie Colmacosie zakochałaby się także w innych
okolicznościach, z wielu powodów, z których niezmiernie ważny był
szacunek, jaki okazywał jej za pracę nad Griaule'em i przezwyciężanie
przeciwności losu. Było również oczywiste, że John odwzajemnia jej
uczucie. Zdarzały im się niezręczne chwile, ale obeszło się bez taniego
sentymentalizmu: oboje po prostu obserwowali to, co się z nimi działo.
- Niesamowite - powiedział pewnego dnia John, leżąc na stosie futer w mieszkaniu Catherine i przeglądając jej notatki. - To wprost nie do
wiary, że nie miałaś żadnego formalnego przygotowania. - Odłożył
notatnik i zmierzył Catherine spojrzeniem, pod którym spuściła wzrok. -
Nie masz racji - mówił dalej. - Większość ludzi by się poddała. Nie znam
nikogo, kto poradziłby sobie w takiej sytuacji. Jesteś niewiarygodna.
O dziwo, po tych słowach poczuła się niekompetentna, jakby, uznawszy
prawo Johna do osądzania jej, usłyszała z jego ust pochwałę, jakiej
mógłby udzielić dorosły nieporadnemu dziecku, któremu raz jeden coś się
udało. Chciała mu wyjaśnić, że całą swoją działalność traktowała jak
rodzaj terapii, jak hobby, które miało jej pomóc zwalczyć rozpacz, ale
nie wiedziała, jak ująć to w słowa, które nie zabrzmią niezręcznie i nie
będą trąciły fałszywą skromnością.
- Ojej... - mruknęła tylko i zajęła się przygotowywaniem dawki brianiny,
którą podawała mu dla złagodzenia bólu w kostce.
- Zawstydziłem cię. Przepraszam. Nie chciałem wprawić cię w zakłopotanie.
- Nie jestem... To znaczy... - Roześmiała się. - Ciągle nie mogę się
przyzwyczaić do normalnej rozmowy.
John nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko.
- No co? - spytała ostrożnie, pełna obaw, że z niej kpi.
- O co ci chodzi?
- Dlaczego się uśmiechasz?
- Mogę się nachmurzyć, jeśli od tego poczujesz się lepiej.
Poirytowana jego zachowaniem, wróciła do swojego zajęcia. W mosiężnym
kielichu wysadzanym nieoszlifowanymi szmaragdami utarła składniki na
pastę i uformowała z niej pigułkę.
- To był żart - powiedział John.
- Wiem.
- Co się dzieje?
Pokręciła głową.
- Nic.
- Posłuchaj, ja naprawdę nie chcę, żebyś przeze mnie czuła się
niezręcznie. Powiedz mi, co robię źle.
Catherine westchnęła, wkurzona na samą siebie.
- Nie chodzi o ciebie. Po prostu nie przyzwyczaiłam się jeszcze, że tu
jesteś.
Z zewnątrz dobiegł bełkot Milusich zjeżdżających po linach na dno
komory.
- Ja to rozumiem - powiedział John. - Tylko...
Zawiesił głos, spuścił wzrok i zaczął skubać okładkę notesu.
- Co chciałeś powiedzieć?
Zaśmiał się głośno.
- Nie widzisz, jak się zachowujemy? Ciągle się z czegoś tłumaczymy... tak
jakbyśmy bali się nawzajem skrzywdzić jakimś niewłaściwym słowem.
Odwróciła się do niego, spojrzała mu w oczy i zaraz spuściła wzrok.
- Chodziło mi o to, że nie jesteśmy aż tak delikatni - ciągnął John, po
czym pośpiesznie dodał, jakby chciał wyjaśnić ewentualne niejasności: -
Nie jesteśmy tacy... bezbronni.
Przez chwilę wytrzymał spojrzenie Catherine, ale tym razem to on spuścił
wzrok, a ona się uśmiechnęła.
Nawet gdyby nie wiedziała, że jest zakochana, domyśliłaby się tego po
zmianie, jaka zaszła w uczuciach, które żywiła wobec Griaule'a. Wrócił
jej dawny zachwyt nad jego ogromem i niezwykłością, gdy z radością
zapoznawała Johna z jego cudownościami - wilgami i jaskółkami, które nie
znały światła słonecznego; lśniącym sercem; zagłębieniem, w którym
pleniła się upiorośl (i do którego już się nie zapuszczała); maleńką
komorą nieopodal serca, gdzie źródłem światła nie była smocza krew, lecz
mrowie fosforyzujących białych pajączków, które nieustannie
przemieszczały się po czarnym sklepieniu jak ożywione konstelacje po
nocnym niebie. To właśnie tam pierwszy raz się pocałowali. Catherine
zrazu dała się ponieść temu pierwszemu pocałunkowi, po chwili jednak
otrząsnęła się i wycofała, spłoszona gwałtownością spełnienia się jej
fantazji i zdezorientowana buzującymi w niej wszechogarniającymi
emocjami, które były znajome i jednocześnie sprzeczne z naturą, od tak
dawna ich nie odczuwała. Wytrącona z równowagi wybiegła z sali i John,
który jeszcze nie odzyskał pełni sił, musiał sam przykuśtykać z powrotem
do kolonii.
Unikała go wtedy prawie przez cały dzień. Usiadła z podkulonymi nogami
na kawałku brzoskwiniowego jedwabiu nieopodal otworu w dnie jajowatej
komory i utonęła w tłumie rozgadanych, krzątających się Milusich,
wystrojonych w te swoje przechodzone zbytkowne fatałaszki. Jak zwykle
zajmowali się swoimi sprawami, niektórzy wyczuwali jednak nastrój
Catherine i gromadzili się wokół niej, dotykali jej i wydawali skamlące
odgłosy, które wśród nich uchodziły za oznakę czułości. Ich ziemiste,
smutne, nieco psie twarze otoczyły ją ze wszystkich stron i wtedy, jakby
ich smutek był zaraźliwy, Catherine się rozpłakała. W pierwszej chwili
wydawało jej się, że przyczyną łez jest jej nieporadność w obliczu
miłości, a potem pomyślała, że opłakuje całe swoje żałosne życie,
wszystkie nieszczęsne dni spędzone we wnętrzu smoka. Z czasem jednak
poczuła, że źródłem jej smutku jest smutek Griaule'a, a dręczące ją
ponure uczucie uwięzienia doskonale odzwierciedla jego nastrój. Ta myśl
zatrzymała potok łez. Nigdy przedtem nie myślała o smoku jak o istocie
zasługującej na współczucie - i w dalszym ciągu tak go nie postrzegała,
lecz wizja Griaule'a spętanego pajęczyną prastarej magii oraz
pomniejszych zaklęć i pęt, wynikających z tamtego pierwotnego
zniewolenia, sprawiła, że poczuła się głupio, płacząc. Dotarło do niej,
że wszystko, nawet najszczęśliwsze wydarzenie, może dać człowiekowi
powód do płaczu, jeśli nie nauczy się go postrzegać w kontekście świata,
który zamieszkuje. Jeżeli jednak zdoła spojrzeć na nie z dystansu,
dostrzeże, że choć każde zachowanie może mieć opłakane skutki, należy
wykorzystywać wszelkie nadarzające się okazje do działania, choćby z pozoru wydawały się najbardziej nierealistyczne i daremne, zamiast
kwestionować je i podważać. Tak właśnie uczynił Griaule: mimo że
unieruchomiony, znalazł sposób na to, żeby wykorzystać swoją moc.
Roześmiała się na myśl o tym, że porównuje się do Griaule'a (choćby w taki właśnie abstrakcyjny sposób). Milusi stojący najbliżej też się
roześmiali. Jeden z samców, staruszek z kępkami siwych włosów
sterczących na białej czaszce, przysunął się bliżej, skubiąc obluzowany
guzik sztywnego od brudu surduta z wyszywanego srebrem aksamitu.
- Katrine teraz miła-dobra? - zapytał. - Zła rzecz precz?
- Tak - odparła. - Zła rzecz precz.
Po drugiej stronie otworu tłumek nagich Milusich szamotał się w niezdarnej grze wstępnej, samce dobierały się do samców, wściekały się
na siebie nawzajem, policzkowały, a potem wybuchały śmiechem, gdy udało
im się znaleźć samicę i odkryć właściwą procedurę. Kiedyś byłaby tym
widokiem zniesmaczona, ale to się zmieniło. Gdyby oceniać Milusich
według standardów obowiązujących poza ich światem, rzeczywiście
potrafili być obrzydliwi - ale tutaj byli u siebie, tak jak ona.
Pogodziwszy się z tym wreszcie, wstała i podeszła do pierwszego z brzegu
kosza. Staruszek pośpieszył za nią, muskając klapy surduta w parodii
gestu mającego podkreślić jego wyjątkowy status, i niczym jej oficjalny
rzecznik obwieszczał wszystkim mijanym Milusim:
- Zła rzecz precz. Zła rzecz precz.
***
Jazda w koszu na górę przypominała przejażdżkę wzdłuż setki
miniaturowych teatrów, w których odgrywane są sceny z jednej sztuki:
blade postaci wylegiwały się na jedwabiach, bawiąc się złotem i błyskotkami. Wodząc wzrokiem dookoła (i ignorując smród i fatalny stan
komórek), miała wrażenie, że podziwia jakieś egzotyczne królestwo. Do
tej pory zawsze zwracała uwagę na rozmiary kolonii i jej groteskowy
wygląd. Teraz jednak uderzyło ją powszechne bogactwo i zaczęła się
zastanawiać, czy garderoba Milusich została dobrana przypadkowo, czy
może subtelność Griaule'a sięga tak daleko, żeby stroić te ludzkie
odpadki w łachmany pozostałe po zmarłych królach i dworzanach.
Wszystkie te rozmyślania wprawiły ją w radosny nastrój, kiedy jednak
kosz zbliżył się do poziomu, na którym znajdowało się jej mieszkanie,
zaczęła się denerwować. Tak dawno nie była z mężczyzną, że bała się, że
może nie być dla niego dostatecznie dobra... A potem sobie przypomniała,
że tak samo zamartwiała się w czasach, gdy co tydzień zmieniała
kochanków.
Zacumowała kosz do pachołka, wysiadła na chodnik prowadzący do
mieszkania, wzięła głęboki wdech i rozgarnąwszy zasłony, weszła do
środka. Zasłoniła wejście za sobą. John spał, przykryty futrami po
pierś. W słabnącej poświacie jego twarz (przyciemniona kilkudniowym
zarostem) była słodko tajemnicza i skupiona, jak twarz medytującego
świętego. Catherine doszła do wniosku, że powinna dać mu pospać, zaraz
jednak zdała sobie sprawę, że takie myślenie świadczy o wyłącznie o jej
zdenerwowaniu, a nie o współczuciu dla Johna. Najlepszym wyjściem z tej
sytuacji było po prostu rozprawienie się z problemem; zamiast się
denerwować, powinna jak najszybciej się otrząsnąć i zobaczyć, co z tego
wyniknie.
Zdjęła spodnie i koszulę i stanęła nad Johnem. Zakręciło jej się w głowie, czuła się krucha, bezbronna, jakby zrzuciła coś więcej niż parę
uncji materiału. Wśliznęła się między futra, przytulając się do niego
całym ciałem. Poruszył się, ale nie obudził, co bardzo jej odpowiadało.
Podobała jej się idea, że dopada go we śnie, że ma nad nim całkowitą
władzę. Cała aż dygotała z dziecinnego poczucia triumfu.
John obrócił się do niej przez sen. Przycisnęła się do niego jeszcze
mocniej, trochę zdziwiona tym, jaka jest gotowa, jak bardzo otwarta.
Mruknął coś i stwardniał, gdy wtuliła się w niego, przyciskając brzuchem
członek w erekcji. Ostrożnie podniosła nogę, oparła kolano na jego
biodrze, wsunęła go sobie między uda i zaczęła poruszać biodrami w przód
i w tył, ocierając się o niego powoli, powoli, drażniąc się małymi
eksplozjami rozkoszy. John zamrugał, uniósł powieki i spojrzał na nią z niedowierzaniem. W półmroku jego oczy były szkliście czarne, a skóra
miała odcień przydymionego złota.
- Catherine... - wykrztusił.
Parsknęła. Kiedy w ten sposób wypowiadał jej imię, wydawało się, że ma
magiczną moc. Wbił palce w jej pulchne biodra, poszturchując ją
delikatnie w poszukiwaniu odpowiedniego ustawienia. Odchyliła głowę w tył i przymknęła oczy, skupiona na rozlewającym się po jej ciele gorącu
i zawrotach głowy, gdy nagle w nią wszedł, głęboko, jednym mocnym
pchnięciem. Powstrzymała go.
- Zaczekaj... - powiedziała i John znieruchomiał. - Zaczekaj.
Wystraszyła się, że czuje zbyt wiele, zbyt mocno. Bała się, że
narastająca czarna fala wrażeń zmiecie ją w nicość.
- Co się stało? - spytał szeptem. - Chcesz...
- Po prostu zaczekaj... chwileczkę.
Drżąc, oparła się czołem o jego czoło. Zdumiewało ją, jak wiele zmienia
jego obecność w jej ciele. W jednej chwili czuła się lekka jak piórko,
jakby połączenie z Johnem uwolniło ją z oków grawitacji, w następnej -
gdy tylko poruszył się albo wśliznął minimalnie głębiej - miała
wrażenie, że przelewa w nią swój ciężar i razem toną w chłodnych
jedwabiach.
- Wszystko w porządku?
- Mhm...
Otworzyła oczy i w odległości paru cali ujrzała jego twarz. Zdziwiła
się, że wcale nie wygląda obco.
- Co się dzieje?
- Tak sobie myślałam...
- O czym?
- Zastanawiałam się, kim jesteś, a potem wystarczyło, że na ciebie
spojrzałam, i miałam wrażenie, że już cię znam. - Catherine powiodła
palcem po jego górnej wardze. - Kim jesteś?
- Myślałem, że już wiesz.
- Być może... Ale nic konkretnego. Tylko tyle, że byłeś profesorem.
- Interesują cię konkrety?
- Owszem.
- Byłem niegrzecznym dzieckiem. Nie chciałem jeść zupy cebulowej. I nie
myłem się za uszami. - Złapał ją mocniej za biodra i wbił się w nią
kilkoma rozkosznie powolnymi pchnięciami, całując ją przy tym po ustach
i oczach. - Kiedy byłem chłopcem - ciągnął - codziennie rano chodziłem
popływać w morzu. - Poruszał się coraz szybciej, dysząc chrapliwie
między kolejnymi słowami. - Nieopodal Cypla Aylera. Tam jest tak
pięknie: błękitna woda, palmy... A na plaży żerowały kury i świnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki