Prolog
Niemal dwadzieścia jeden lat temu...
Przez wydmy uciekał smok.
Nie odważyła się lecieć. Słońce dopiero co wzniosło się na błękitne
niebo. Na jego tle można by ją zauważyć równie łatwo, jak jednego z tych
ciemnych, krążących myszołowów, które tylko czekały na jej śmierć.
Ale ja nie umrę, pomyślała z mocą. Nie dzisiaj.
Biegła, rozpościerając piaskowe skrzydła z nadzieją, że pochwyci ją
jakikolwiek podmuch wiatru. Jednak na pustyni powietrze było nieruchome
i gorące. Jej łuski paliły, a plecy jeszcze nigdy nie były tak
rozgrzane. Jej ciało było niczym worek pełen rozżarzonych kamieni, który
musiała za sobą ciągnąć, a kolczyki przypominały bliźniacze słońca
płonące tuż przy skórze. W jej głowie co rusz pojawiały się krótkie,
niewyraźne wizje upieczonych jaszczurek. Czasami ona sama znajdowała się
na rożnie, obracając się nad ogniem, a czasami spadała w dół i otoczona
płomieniami patrzyła, jak powoli obracają się nad jej głową.
Czy to nie odgłos bijących w oddali skrzydeł?
Rzuciła się na ziemię i dokładnie zagrzebała w piasku. Kilka warstw pod
powierzchnią znalazła chłodniejszy pas ziemi i wbiła w niego szpony.
Zbyt długo suszyłam daktyle. Wszystkie się skurczyły. Kurzawka będzie
mną bardzo rozczarowany.
Mrugnęła raz, a potem ponownie, starając się bez poruszania pozbyć się
halucynacji. Jej dawny szef od lat nie żył. Nie była już w kuchni.
Uciekała, by ratować swoje życie. Nie mogła pozwolić, by pustynia teraz
opanowała jej umysł.
Obok niej przemknęły drgające cienie dwóch smoków. Znieruchomiała
zakopana pod piaskiem jeszcze długo po tym, jak dźwięki ich skrzydeł
umilkły.
Potem ponownie rzuciła się do ucieczki.
To musi być już niedaleko, pomyślała z desperacją. Oczywiście, kiedy
leciała, podróż nigdy nie wydawała jej się tak długa. Jednak biegła pół
nocy, a słońce wstało już z pewnością wiele godzin temu. A co, jeśli się
zgubiłam? Albo jeśli przeprowadziła się, nie mówiąc mi o tym ani słowa?
Od jej ostatniej wizyty minął niemal rok...
Coś zadrgało na niewyraźnym horyzoncie - czy to szałas? Drzewo? Smoczyca
zmieniła kurs, ruszając w stronę obiektu, lecz kiedy była już bliżej,
ten ponownie zniknął.
Miraż.
Tracę zmysły. Ale nie mogę oszaleć. Stawka jest zbyt duża.
Zatrzymała się, zamknęła oczy i z całej siły skoncentrowała.
Piaskoskrzydłe z natury były bardziej przystosowane do pustynnych
warunków - lepiej radziły sobie z upałem i brakiem wody od innych
plemion. Ale nawet one nie powinny spędzać wielu godzin na piasku,
biegnąc w palących promieniach słońca. Miały podnieść się z niego i latać, przenosząc się na szybkich skrzydłach z oazy do oazy.
Oaza. Ona mieszka przy stawie z pięcioma palmami. Może...
Wytężyła słuch.
Tam... ledwie słyszalne pluśnięcie, jakby ktoś zanurzył w wodzie wiadro, a później ociekające wyciągnął na powierzchnię.
Otworzyła oczy i rzuciła się w stronę dźwięku, z determinacją
wypełniającą każdy mięsień jej ciężkiego ciała.
W końcu znalazła się u celu - przed niewielkim szałasem przy stawie,
stojącym w cieniu pięciu palm. Z jej gardła wyrwał się okrzyk ulgi.
Zachwiała się, na wpół ześlizgując się z ostatniej wydmy, i wpadła do
wody.
Drzwi szałasu otworzyły się i stanęła w nich smoczyca. Wycierała szpony
w szorstki zielony ręcznik.
- Nie wypij za dużo - powiedziała cierpko. - Jak pochorujesz się w mojej
oazie, sama będziesz po sobie sprzątać.
- Wiem - odparła uciekinierka, po czym upiła jeszcze jeden łyk.
Powstrzymała się z niechęcią i usiadła, a woda zaczęła spływać po jej
skrzydłach. Nagle wybuchnęła płaczem. - Kolczatko, m-mam ogromne
kłopoty.
- Och, na wężowe kręgi. - Siostra rzuciła w jej stronę ręcznik. -
Mówiłam ci, żebyś trzymała się z daleka od tego księcia. Powinnaś
opuścić pałac razem ze mną, kiedy tylko zaczął kręcić się po kuchni.
Wiedziałam, że prędzej czy później doprowadzi do twojej śmierci. I mojej
też, gdybym się stamtąd nie zmyła.
- Proszę, pomóż mi - poprosiła ją błagalnie Palma. - Miałaś rację.
Oczywiście, że miałaś rację. Przepraszam, że cię nie posłuchałam.
- Czy królewskie straże cię teraz ścigają? - zapytała ostro Kolczatka. -
Doprowadziłaś ich do mnie? Nie dam się zamordować za twoje błędy. -
Podniosła wzrok na niebo i cofnęła się o krok, w stronę drzwi.
- Nie, poczekaj! - Palma wydostała się ze stawu i rzuciła się siostrze
do stóp. - Byłam ostrożna, przysięgam! Po prostu potrzebuję miejsca, w którym mogłabym się ukryć na kilka... na jeden dzień, tylko jeden. Potem
ucieknę dalej i nigdy więcej mnie już nie zobaczysz, obiecuję!
Kolczatka spojrzała na nią i gniewnie poruszyła skrzydłami. Kiedy stały
obok siebie, jasne było, że są siostrami z jednego wylęgu, z podobnym
wzorem jasnobrązowych łusek na tle bledszych, bladożółtych. Jednak Palma
była okrąglejsza i delikatniejsza, jak istota mająca dostęp do chleba i daktylowych ciastek w pałacowej kuchni, podczas gdy Kolczatka była
szczupła, o wyraźnym wyglądzie smoka, który przez ostatnie dwa lata
samotnie żył na pustyni.
- Proszę - błagała Palma. - Pomożesz mi?
Kolczatka przyjrzała się jej zimno. Palma przypomniała sobie ich kłótnię
pierwszego dnia, kiedy Żar przyszedł do kuchni, by pochwalić jej gulasz
z wielbłąda.
Kolczatka dostrzegła między nimi iskrę na długo przed tym, nim Palma
zdała sobie sprawę, że jest ona wzajemna. Myślała, że zadurzenie się w przystojnym Piaskoskrzydłym księciu jest wystarczająco niewinne i że
Kolczatka przesadza z reakcją.
Dopóki nie wrócił... i później nie przyszedł ponownie... A jeszcze później
zaprosił ją na spacer po dziedzińcach... aż zaczęli spotykać się o zmroku
i szeptać o przyszłości. Wkrótce potem, z dnia na dzień, Kolczatka
wyprowadziła się z pałacu, ostrzegając Palmę, by trzymała się z dala od
królewskiej rodziny, jeśli chce żyć.
- W porządku - rzuciła nagle Kolczatka. - Możesz zostać na jedną noc,
jeśli oddasz mi swoje kolczyki.
- Co? - zapytała Palma, dotykając płomiennych opali w uszach. - Te? Ale
to prezent od...
- Wiem - przerwała jej siostra. - Są zbyt kosztowne, by przy twoich
zarobkach było cię na nie stać. W Skorpionim Gnieździe dostanę za nie
mnóstwo złota.
Moja ostatnia pamiątka po Żarze, pomyślała ze smutkiem Palma.
- Daj mi je - powiedziała Kolczatka. - Albo w tej chwili leć dalej.
Palma wiedziała, że jej skrzydła i szpony nie dadzą rady zrobić nawet
jednego kroku.
Pazury jej drżały, gdy uniosła ramiona, odpięła kolczyki i upuściła je
na wyciągniętą dłoń Kolczatki.
To nie jest ostatnia pamiątka, upomniała się w duchu. Teraz mam coś o wiele ważniejszego.
- Ładne - powiedziała jej siostra, przyglądając się kamieniom. - Może
zamiast sprzedawać, zatrzymam je dla siebie. - Wpięła je w uszy, skąd
rzucały na pysk Palmy błyski w stylu "a nie mówiłyśmy?". - A teraz
przestań beczeć i powiedz, co się stało.
- Próbowaliśmy razem uciec - przyznała Palma i wytarła oczy ręcznikiem,
pozostawiając na pysku pasma mokrego, lepkiego piasku.
Kolczatka prychnęła z frustracją.
- Masz rozum otępiałego od słońca wielbłąda.
- Wiem. - Palma pociągnęła nosem. - Ale... musieliśmy.
Kolczatka przesunęła wzrokiem po figurze siostry.
- Cofam to. Otępiałe od słońca wielbłądy jednak mają instynkt
przetrwania. - Odwróciła się i weszła do szałasu, a Palma szybko
podążyła za nią.
W porównaniu z potężnym upałem, w jakim Palma tak długo uciekała,
wewnątrz było rozkosznie chłodno. Jedyne okno przesłaniała czerwona
zasłona, przez którą wnętrze tonęło w odcieniach krwi i rubinów.
Kolczatka podeszła do niewielkiego stołu, podniosła lusterko i przechyliła głowę, podziwiając kolczyki.
- Sama to na siebie ściągnęłaś - wytknęła z arogancją.
- Ale to niesprawiedliwe - wybuchnęła Palma. - Dlaczego nie możemy się
zakochać? Dlaczego całe jego życie musi zostać zmarnowane, żeby tylko
jego matka nie czuła się zagrożona? Inne rodziny królewskie takie nie
są. - Ze złością potarła oczy. - Poza tym może się okazać, że to samiec.
Wtedy nikogo by to nie obchodziło.
Kolczatka przewróciła oczami.
- Dokończ tą głupią historię.
- Przed północą mieliśmy spotkać się przy karawanowej bramie -
powiedziała Palma. - Mieliśmy ruszyć na zachód, a może południe... i znaleźć niewielką oazę, w której moglibyśmy żyć spokojnie, tak jak ty.
- Ja nie sprowadziłam do mojej kryjówki księcia ani potencjalnej
dziedziczki tronu - zauważyła jej siostra, po czym zdjęła z półki dwie
miski i zaczęła grzebać w sakwie.
Palma miała nadzieję, że szuka jedzenia.
- Cóż, straże pojawiły się za wcześnie - powiedziała. - Nie mam pojęcia,
skąd wiedzieli o mnie i naszych planach. - Usiadła w rogu i ścisnęła w szponach ręcznik.
- W tej kwestii przychodzą mi na myśl trzy rzeczy - warknęła Kolczatka.
- I imiona wszystkich wiążą się z ogniem.
Zapewne miała rację. Palma zawsze czuła na sobie spojrzenia trzech
Piaskoskrzydłych księżniczek - dziki wzrok Pożogi, wrogi i badawczy
Żagwi, a nawet uważny i pełen ciekawości plotkującej Iskry. Żar próbował
spotkać się z nią w tajemnicy, ale być może w pałacu nie istniało coś
takiego jak prawdziwa tajemnica.
No cóż... może była jedna, pomyślała Palma, dotykając brzucha.
- Udało mi się uciec - powiedziała. - Straże usłyszały go, gdy
nadchodził, i to odwróciło ich uwagę. Wtedy wzięłam nogi za pas. Ale
wiem, że mnie szukają. Oaza nie pozwoli im spocząć, dopóki mnie nie
znajdą.
- Żar prawdopodobnie już nie żyje - rzuciła bezlitośnie Kolczatka. -
Nigdy nie uda ci się wrócić do pałacu. Jeśli Oaza cię nie dorwie, zrobi
to któraś z jej córek.
- Wiem - powiedziała Palma, a jej oczy ponownie wypełniły się łzami.
Och, Żarze, tak bardzo za tobą tęsknię.
- Ciii! - Kolczatka zastrzygła uszami w stronę drzwi. Powoli i złowrogo
uniosła nad głowę ogon.
Przez kilka długich sekund siostry czekały w pełnej napięcia ciszy.
- Jesteś pewna, że nikt cię nie śledził? - wyszeptała ostro Kolczatka.
- Jestem pewna! - odszepnęła Palma.
- To co to... - zaczęła Kolczatka, lecz jej pytanie przerwał niedający się
z niczym pomylić głuchy odgłos lądujących na ziemi szponów.
- Och, księżyce - szepnęła przerażona Pełnia i skuliła się przy ścianie,
gdy drzwi otworzyły się gwałtownie i do pomieszczenia wpadli dwaj
Piaskoskrzydli żołnierze.
- Wiedziałem! - zawołał jeden z nich. - Mówiłem ci, że słyszałem, że jej
siostra ma tutaj kryjówkę!
Drugi ze smoków skrzywił się i spojrzał Palmie w oczy.
Znała tą smoczycę. Agawa - to ta mała, która przez pierwsze kilka dni w skrzydłowym oddziale była tak bardzo przerażona. Palma była od niej
zaledwie rok starsza, ale bardzo się o nią martwiła. Dzieliła się z nią
przekąskami i przekonała ją do gry w smoki i jaszczurki do chwili, aż
smoczyca się uspokoiła.
To jednak było dawno temu. Agawa była już dorosłym żołnierzem, o szerokich barkach i długich szponach. Poderwała ogon i patrząc na Palmę,
zmarszczyła brwi.
- Tak, miałeś rację, Pochodnio - powiedziała. - Brawo za myślenie. No
dobrze, ty zakochana w księciu zdrajczyni, chodź z nami. - Zrobiła krok
do przodu i zatrzasnęła kajdany na nadgarstkach Kolczatki.
Gwałtowne westchnienie Palmy zagłuszyło pełne wściekłości warknięcie jej
siostry.
- To nie ja jestem Palmą! - ryknęła Kolczatka. - Tylko ona! Nie jestem
na tyle głupia, by potajemnie spotykać się z takim piaskowym pajacem jak
Żar! Zdejmijcie to!
- Niezła gadka - rzuciła Agawa, po czym chwyciła ją za gardło i przycisnęła do ściany. Jedna z misek zakołysała się i przewróciła, a mleko kokosowe rozlało się na piasek.
- Nie jestem nią! - wykrztusiła Kolczatka, kurczowo chwytając za jej
szpony. - Palmo, powiedz im!
Palma nie była w stanie mówić. Nie była w stanie oddychać. Czy Agawa
naprawdę sądziła, że...?
- Jesteś tego pewna? - zapytał drugi żołnierz. - Są do siebie podobne.
Ale powiedziałbym, że to ta druga jest Palmą... to znaczy... trudno to
stwierdzić, ale...
- To jest Palma - odparła Agawa spokojnie. - Znałam ją w skrzydłowym
oddziale. Poza tym spójrz na jej kolczyki. - Odwróciła głowę Kolczatki
tak, że kamienie zalśniły w stłumionym czerwonym świetle. - Dostała je
od księcia, co do tego nie ma wątpliwości. Słyszałam, że nosiła je w pałacu.
- A, tak. - Drugi smok westchnął z ulgą. - Ja też o tym słyszałem. Takie
obnoszenie się z prezentem to proszenie się o kłopoty. Masz rację, to
musi być ona.
- NIE! - krzyknęła Kolczatka, próbując odepchnąć Agawę. - Nie są moje!
To ona mi je dała! Nie jestem Palmą!
Żołnierz przyskoczył do niej i zatrzasnął na jej szyi ciężką obrożę.
Trzymał dołączony do niej łańcuch, gdy Agawa zakładała podobne kajdany
na nogi smoczycy.
- Palmo! - krzyknęła Kolczatka. - Nie pozwól im na to!
Powinnam ich powstrzymać, pomyślała Palma z paniką. To moja siostra.
Muszę ją uratować.
Ale... muszę też ocalić moje smoczę.
Gdyby wyznała prawdę i zabrano by ją do pałacu, królowa szybko by się
domyśliła, że oczekuje jaja... i nigdy by nie pozwoliła, by smoczę Żara
przeżyło.
Co mogę zrobić? Jak mogę wybierać między siostrą a jajem?
Palma podniosła się chwiejnie, gdy żołnierze zaczęli ciągnąć Kolczatkę
do drzwi.
- C-co się z nią stanie? - wyjąkała.
- Królowa Oaza chce, by wtrącono ją do najgłębszego lochu - powiedział
żołnierz. - Gdzie nikt jej nigdy nie znajdzie.
- Co do ciebie... - odezwała się Agawa, w końcu patrząc jej w oczy. - Ty
możesz zostać oskarżona o udzielenie jej pomocy. Sugerowałabym, żebyś
zaczęła uciekać. - Przesunęła wzrok na niewielką bliznę na lewym
skrzydle Palmy - tę, która pozostała jej po upadku z dachu oddziału
skrzydłowego.
Ona wie, kim naprawdę jestem. Chce mnie uratować.
- Palmo - warknęła Kolczatka. - Powiedz im prawdę albo przysięgam, że
podpalę wszystkie księżyce i cię pod nimi pogrzebię!
Jednak nie tylko moje życie trzeba ocalić. Muszę ochronić jajo... Jestem
jedyną, która może to zrobić.
- Przykro mi, Palmo - powiedziała i lekko odwróciła głowę, dokładnie
naśladując protekcjonalny sposób, w jaki robiła to jej siostra. - Sama
to na siebie ściągnęłaś.
- SŁUCHAM?! - ryknęła Kolczatka i zionęła ogniem, przed którym Palma
ledwie zdążyła umknąć.
Płomienie ogarnęły wszystko w szałasie: niewielkie łóżko, stojącą obok
niego skrzynię, półkę, misy. Zasłona rozbłysła niczym szybko kurcząca
się flaga w odcieniach bieli, czerwieni i złota.
Żołnierze szarpnięciem wyprowadzili Kolczatkę za drzwi. Palma ruszyła za
nimi, kaszląc i mrugając gwałtownie, by uchronić się przed dymem. Kiedy
była w stanie już widzieć wyraźnie, zobaczyła, jak żołnierze zatrzaskują
obręcz wokół pyska siostry. Dzisiaj już nie zionie żadnym ogniem... ani
nie wykrzyczy nic o swojej niewinności. Będzie musiała powrócić do
pałacu w pełnej wściekłości ciszy.
A wtedy ktoś ją rozpozna, pomyślała Palma. Uwolnią ją. Pomyślą, że to
pomyłka. Mam nadzieję. Mam nadzieję, że Agawa nie wpadnie w kłopoty.
Stanęła przy stawie i patrzyła na trzy odlatujące smoki. Na plecach
czuła żar płonącego szałasu, który po chwili się zawalił.
Kolczatka nigdy mi tego nie wybaczy. Ale kiedy tylko królowa ją zobaczy,
dostrzeże, że to nie ja, i ją wypuści. A wtedy mnie już dawno tu nie
będzie.
Mnie i mojego smoczęcia.
To właśnie ułatwienie, którego potrzebuję.
Obróciła się i rzuciła do stawu, zmywając z siebie piasek i wypijając
kilka dużych łyków wody. Na jednym z drzew znalazła kilka wiszących sakw
z wielbłądziej skóry, napełniła je wodą i przewiesiła przez pierś.
Zaledwie minutę później była już w powietrzu. Tym razem wysoko na niebie
kierowała się na południowy zachód, w stronę gór. Ukryje się wśród drzew
i wzgórz, być może na jakiś czas w deszczowym lesie... w jakimś osłoniętym
miejscu, gdzie będzie mogła bezpiecznie złożyć jajo.
Wtedy ponownie ruszy w drogę. Utrzyma swoje smoczę przy życiu. Pewnego
dnia opowie mu o jego dziedzictwie i - jeśli to będzie dziewczynka... a czuła, że to będzie dziewczynka - nauczy ją, że tron nie jest tego wart.
Że lepiej jest się ukrywać i żyć. Że nie potrzebuje władzy i skarbów.
Musiała jedynie wiedzieć, jak przetrwać.
Daleko w dole piasek poruszył się wokół czegoś małego, co przemieszczało
się w pośpiechu. Palma poczuła w sercu nerwowe ukłucie i zmrużyła oczy,
by się temu przyjrzeć.
Wyskrobki - trzy, na końskich grzbietach. Jechały przez pustynię, w stronę pałacu królowej.
To dziwne, pomyślała. Nie wiedzą, że w pobliżu są smoki?
Chwilę później już o nich zapomniała, a jej myśli pochłonęły marzenia o smoczęciu.
Przykro mi, że nigdy nie będzie ci dane jej poznać, Żarze, pomyślała ze
smutkiem. Ale pamiętam imiona, o których rozmawialiśmy. Jeśli to
dziewczynka - a właśnie takie mam wrażenie - nadam jej imię, które
wybrałeś, i ukryję ją w jakimś tajemnym i bezpiecznym miejscu.
Dostanie szansę, by być zwyczajną smoczycą. Szansę, której ty nie
miałeś.
Na księżyce Pyrrii przysięgam, że jak długo oboje będziemy żyć, nigdy
nie będzie miała do czynienia z tronami, królowymi, bitwami czy
koronami.
Rozdział 1
Ghibli stał na jednym ze szczytów Jadeitowej Góry i patrzył za
odlatującą na zachód grupą siedmiu smoków. Chociaż wśród nich znajdowały
się cztery małe czarne Nocoskrzydłe, doskonale wiedział, którym z nich
była Pełnia. Przebył z nią całą drogę do Królestwa Nieba, do miasteczka
Możliwość i z powrotem. Wiedział, w jaki sposób porusza skrzydłami, by
pochwycić zmieniający się wiatr. Rozpoznawał sposób, w jaki unosiła
głowę, by oddychać w promieniach słońca.
Gdyby to zależało od niego, przez resztę swojego życia latałby u jej
boku.
Z pewnością nie patrzyłby, jak odlatuje ze smokiem, który mógł mieć
niecne plany i z pewnością posiadał supermoce.
Wszyscy zostali w tyle za Mrocznym Prześladowcą, pozwalając mu objąć
prowadzenie, zauważył w myślach, chociaż starożytny smok nie znał drogi
do wioski Nocoskrzydłych w deszczowym lesie. Zachowują się, jakby był
ich przywódcą, bo on sam zachowuje się, jakby nim był.
Może powinienem za nimi ruszyć?
Jego skrzydła drgnęły.
Wiedział, że nie powinien tego robić - to by sprawiło, że Mroczny
Prześladowca stałby się wobec niego podejrzliwy. Poza tym Żółw będzie
miał większe szanse na swobodne szpiegowanie bez niego na miejscu. Ale
nie mógł znieść tego uczucia, gdy obserwował, jak Pełnia z nim odlatuje.
Wiedząc, że wkrótce rozdzielą ich królestwa.
Spojrzał w dół na niewielką tabliczkę, którą trzymał w szponach.
Chciałby sprawić, że pojawi się na niej wiadomość, chociaż wiedział, że
Żółw za nimi leciał i nie było jeszcze nic, o czym mógłby napisać.
Żałował, że tabliczki nie działają w obie strony - wtedy mógłby wysłać
Żółwiowi wiadomość. Już i tak przyszło mu do głowy z pięć rzeczy, o które chciałby go zapytać.
Pomiędzy Nocoskrzydłymi wyróżniały się dwa Morskoskrzydłe smoki: niemal
na końcu znajdowała się zielona postać księcia Żółwia, a nieco bliżej
Mrocznego Prześladowcy była księżniczka Ukwiał. Drobna,
biało-różowo-błękitno-szara smoczyca wywijała salta w powietrzu.
Chce popisać się przed Mrocznym Prześladowcą. Chce mu pokazać, że
niczego się nie boi. Ale myślę, że czuje nerwowość na myśl, że opuściła
szkołę wbrew życzeniu matki. Nerwowość i podekscytowanie. Należy do
tych, którzy uwielbiają sprzeciwiać się rozkazom, bo nigdy nie miała ku
temu zbyt wielu okazji.
Właśnie przez to ironiczne, a jednocześnie smutne było to, z jak wielką
chęcią poleciała za Prześladowcą. Ciekawe, jakie rzucił na nią zaklęcie...
czy takie samo, jak na pozostałych, czy może inne?
Gdy smoki skręciły na południe, słońce odbiło się od zielonych skrzydeł
Żółwia.
Ghibli martwił się też o niego. Morskoskrzydły książę rzucił na siebie
zaklęcie, by pozostać niewidzialnym dla Mrocznego Prześladowcy, jednak
przychodziło mu do głowy milion sposobów, na które to mogło się nie
udać.
Ale powinienem trzymać się od tego z daleka. To Żółw posiada magiczne
moce. To on może uratować sytuację, jeśli okaże się to konieczne.
Właśnie po to są supermoce: by powstawali bohaterowie.
Gdybym tylko miał zwój Mrocznego Prześladowcy... gdyby tylko Groźba go nie
spaliła. Wtedy ja również posiadałbym magię. Mógłbym zmienić świat.
Mógłbym zmienić tyle rzeczy... gdybym tylko miał w sobie jakąkolwiek moc.
Ale nie był nikim wyjątkowym i z pewnością nie miał w sobie magii. W gruncie rzeczy był bezużyteczny. Był jak nakrapiane marnotrawstwo łusek,
jak przez ostatnie trzy lata przypominali mu matka, brat i siostra.
Nadal nieustannie ich słyszał, a ich głosy w jego głowie powtarzały, jak
bardzo był godny pożałowania. Starał się je zagłuszyć, koncentrując się
na życiu jako Smoczyniec, lecz najmniejsza rzecz potrafiła wrócić je z pełną mocą. Już sama myśl o tym, jak stracił zwój - jak przez chwilę
trzymał w rękach nieskończoną moc, by zaraz stracić ją na zawsze -
przywołała falę wspomnień o panującym na pustyni upale i pogardliwym
śmiechu.
Skorpionie Gniazdo, gdzie Ghibli dorastał, było okrutnym światem
złodziei, oszustów, najemników, paserów, bandytów do wynajęcia i zabójców. Wszyscy jednak wiedzieli, że jeśli chodzi o wykonanie
pierwszorzędnej podstępnej roboty, w mieście był tylko jeden smok, który
ich przyćmiewał: matka Ghibliego.
Miała na imię Kobra i była córką potężnego mafioza. W pewnych kręgach
jej umiejętności były wręcz legendarne. Troje gości, którzy zginęli na
ślubie królowej Czerwień... wszyscy podejrzewali, że zmarli od jednej z nikczemnych trucizn Kobry, nikt jednak nie był w stanie tego udowodnić.
Dwie siostry królowej Oazy, które zniknęły w mrokach nocy... pewnie to
mogło być dzieło samej królowej, ale po co miała brudzić sobie szpony,
skoro stać ją było na kogoś takiego jak Kobra?
Plotka głosiła, że wszystkie trzy Piaskoskrzydłe księżniczki próbowały
zlecić jej zabójstwo pozostałych podczas Wojny o Sukcesję
Piaskoskrzydłych. Podobno jednak odmówiła im, twierdząc, że tocząca się
wojna przynosi jej o wiele więcej korzyści.
Ghibli słyszał wszystkie plotki o swojej matce. Wiedział, że największą
tajemnicą w Skorpionim Gnieździe było to, dlaczego Kobra fatygowała się,
by mieć troje smocząt, i dlaczego pozwoliła im żyć.
Słyszał szepty, kiedy w tawernie w głębi ulicy kradł pod stołami złote
monety.
- Ona nie cierpi smocząt! Jakim cudem znosi całą trójkę, skoro przez
cały dzień tylko hałasują i zajmują miejsce w jej domu?
- Eee tam, prędzej czy później będzie miała ich dość. Będą miały
szczęście, jeśli uda im się uciec.
- Szczególnie ten wychudzony - mówili plotkarze z pełnym niedowierzania
śmiechem.
Ten z piegowatymi łuskami na nosie. Ten, który zbyt dużo mówi i zbyt
dużo zauważa i skrada się za nią. Ten z dziwnym imieniem.
To był Ghibli.
Wszyscy mówili, że Kobra nienawidziła swoich smocząt, a jego
najbardziej, ale im nie wierzył.
Nawet kiedy ona sama tak mówiła, nie wierzył jej.
Do dnia, w którym go sprzedała.
Ghibli pamiętał te trzy pierwsze lata życia o wiele wyraźniej niż
większość smocząt.
Pamiętał gorący, zatęchły zapach wiszących na ścianach i leżących na
podłodze dywanów, zmieszany z wonią pieczonej w kuchni kolendry.
Pamiętał, jak kiedyś znalazł miskę z kilkoma kroplami pozostałego
koziego mleka, którą wylizał do czysta. Pamiętał pierwszy raz, kiedy coś
ukradł, by się pożywić - skarłowaciały, plamiasty owoc persymony, który
spadł pod wóz z jedzeniem - i to, jak ukrył się w namiocie wróżbity, by
go zjeść. Wiedział, że gdyby zobaczyli go Grzechotnik lub Sirocco,
natychmiast by mu go zabrali.
Pamiętał ryki bijących się ze sobą smoków i to, jak wszyscy wzlatywali
na mury dziedzińca, by się temu przyglądać. Pamiętał zwieszające się ze
ścian wiadra z piaskiem, którym można by ugasić każdy wzniecony przez
walczących pożar.
Najbardziej jednak pamiętał to, jak noc po nocy leżał, nie śpiąc, obok
chrapiącego rodzeństwa i przyglądał się siedzącej po drugiej stronie
pokoju matce. Oświetlona blaskiem pojedynczej lampy ostrzyła sztylety,
mieszała trucizny, studiowała mapy i plany budynków lub ćwiartowała
skorpiony, by badać ich wnętrze i wydobywać jad. Ghibli czuł obejmujące
skrzydła napięcie, gdy noc w noc czekał, aż matka spojrzy w jego stronę.
Jedno spojrzenie... jedna chwila, kiedy jej wzrok by złagodniał, a miłość
przebiłaby z niego, gdy byłaby przekonana, że nikt nie patrzy. Tylko
tego pragnął. Maleńkiego śladu tej skrywanej miłości, którą był pewien,
że w sobie miała.
Jednakże Kobra nigdy nie spojrzała na swoje smoczęta - ani razu przez
cały ten czas, gdy się jej przyglądał.
W ciągu dnia również nie patrzyła, gdy Sirocco i Grzechotnik rzucali nim
o ściany, przytrzaskiwali mu drzwiami ogon czy zakopywali go w piasku.
Jego brat i siostra o wiele szybciej niż on uświadomili sobie, że Kobra
ani trochę nie dbała o to, co robili.
Ale Ghibli nadal próbował. Stał się sprytniejszy i szybszy, żywiąc
nadzieję, że matka to zauważy. Zastawiał na nich ich własne pułapki i nauczył się ich unikać, zwodzić i niemal zawsze oszukiwać. Brutalna siła
nie podziałałaby na dwa smoczęta, które były od niego większe, dlatego
inteligencja i spryt stanowiły jedyną broń dającą pewność, że zdobędzie
swoją część posiłku.
Wierzył, że w końcu jego matka będzie musiała zauważyć, że jest
wystarczająco dobry, by warto było go kochać.
Ghibli miał trzy i pół roku, kiedy pojawiło się jego wybawienie. Był to
zwyczajny dzień, gorący jak diabli, a Kobra nakazała im wynieść się z domu, gdyż czekała na klienta. (Dosłownie powiedziała: "Zabierajcie stąd
swoje parszywe pyski i nie wracajcie aż do nocy, jeśli w ogóle musicie
wrócić". Ghibli celowo doszukał się nadziei w tym, że mówiąc "parszywe
pyski", patrzyła na Sirocco, a przy "wrócić" na niego, jakby
podświadomie ujawniała swoje prawdziwe uczucia. Mnóstwo takich historii
przychodziło mu do głowy). Inne smoczęta zawsze ścigały się po ciemnych
alejkach wokół ich domu, bijąc się, krzycząc i wyrywając sobie kawałki
zdobyczy. Tego dnia jednak nie walczyły ze sobą. Zamiast tego tłum
brudnych smocząt zgromadził się w kole w jednym ze ślepych zaułków,
popychając się nawzajem i wykrzykując do siebie zakłady.
Gdy Grzechotnik przedarła się na przód, między szponami i ogonami
blokującymi mu widok Ghibli dostrzegł kawałek futra i mały, drżący,
wąsaty nos.
Cofnął się o kilka kroków, po czym wzbił na parapet okna na drugim
piętrze pobliskiego sklepu z lampami. Stamtąd wyraźnie widział wolną
przestrzeń, przyciągającą uwagę wszystkich smocząt. Coś dużego, z sierścią w odcieniach pomarańczy, krążyło wokół małego szarego futrzaka
z długim ogonem.
- Co się tutaj dzieje? - zapytała stanowczo Grzechotnik.
- Zakładamy się o to, jak długo wytrzyma to stworzenie - odpowiedział
jej umięśniony sierota, wskazując ogonem szarą futrzastą kulkę. - Chcesz
się założyć? - Smok był tak bardzo pokryty brudem i popiołem, że
wyglądał niemal jak Błotoskrzydły... którym w istocie mógł być. W Skorpionim Gnieździe było kilka hybryd, jako że Żagiew nie tolerowała
żadnych "skażeń" w swojej armii, a Pożoga również ich nienawidziła.
Ghibli zmrużył oczy i dostrzegł, że stworzeniem tym była koścista mysz,
nieco tylko większa od przeciętnej. Jej uszy drżały z przerażenia, gdy
rzucała się w różne strony, blokowana jednak przez ogromne ogony,
spieczone na słońcu łuski i ogniste oddechy. Większym zwierzęciem, które
na nią polowało, był kot. To znaczyło, że był on pupilkiem kogoś
ważnego, inaczej do tej pory zostałby już zjedzony.
- Co za głupia gra - rzuciła Grzechotnik, patrząc z pogardą na obydwa
ssaki. - Prędzej je zjem, nim się o nie założę.
- Tak, ale te stworzenia kłują w język - zauważył inny smok. - Poza tym
patrz, co zgarnie zwycięzca. - Głową wskazał pięć kokosów ułożonych pod
ścianą w niewielką piramidę.
Pięć kokosów! Ghibli sam by się założył, gdyby tylko miał co postawić.
Odwrócił głowę i spojrzał w stronę domu. Jego matka uwielbiała kokosy.
Była to jedna z tych rzeczy, którą nigdy nie dzieliła się ze smoczętami
przy rzadkich okazjach, kiedy już udało jej się jakiś zdobyć.
Może i nie mam co postawić, pomyślał, ale może uda mi się inaczej zdobyć
jeden z nich.
Kilka chwil później kot zagonił mysz do narożnika. Powoli zrobił krok w jej stronę... potem kolejny... mysz znieruchomiała ze strachu... kot wysunął
łapę...
Wtedy całe wiadro piasku wylądowało mu na głowie, w jednej chwili go
zasypując. Kot wrzasnął z furią.
- Szrama! - ryknął jeden z obserwujących smoków, po czym rzucił się do
przodu i zaczął grzebać w piasku w poszukiwaniu kota. - Kto to zrobił?
Wszyscy spojrzeli w górę, lecz wtedy Ghibli stał już niewinnie w tłumie
i ze zdumieniem podniósł wzrok. Zrobił krok w bok, "przypadkowo"
przeciągając szponem po palcu jednego ze smoków, o którym wiedział, że
miał skłonności do histerii. Tak jak miał nadzieję, jego cel zaczął
melodramatycznie wrzeszczeć.
Smoki doskoczyły do niego i skupiły się na nowym zamieszaniu. Wokół
myszy powstała luka i zwierzątko w jednej chwili umknęło z kręgu. W tej
samej chwili kot wyskoczył z piasku, sycząc i plując wściekle.
- Gdzie mysz?! - zawołał jeden ze smoków.
- Kto wygrał?! - krzyknął inny.
- Nie pozwólcie gryzoniowi uciec! - zawołał trzeci.
- Pobiegł tam! - krzyknął Ghibli, wskazując miejsce położone z dala od
uliczki.
Smoki minęły go, rzucając się w pogoń. W panującym chaosie szybkim
ruchem chwycił jeden z kokosów, schował go pod skrzydłem i popędził wraz
z tłumem.
U wylotu uliczki smoki rozpierzchły się, szukając małego gryzonia. Wtedy
Ghibli w zwyczajnym tempie ruszył do domu.
Dorosła Piaskoskrzydła stała przed wejściem do budynku, przyglądając
się, jak gang smocząt zaczyna wytykać się szponami i walczyć. Kiedy się
zbliżył, spojrzała na niego badawczo.
- Dzień dobry - powiedział Ghibli, skłaniając głowę w jej stronę.
Pośpiesznie wszedł do środka i ruszył do pokoju na tyłach, w którym
matka zawsze przyjmowała klientów. Miał szczęście - ten, na kogo
czekała, jeszcze nie przybył. Kucała przy stoliku, przyglądając się
dokumentowi z niestarannym rysunkiem smoczego pyska.
Jednocześnie miał też pecha, gdyż wyraźnie była w kiepskim nastroju.
Poderwała głowę i wbiła w niego gniewny wzrok.
- Wynoś się - warknęła.
- Przyniosłem ci coś - powiedział szybko Ghibli. Wyjął kokos i wyciągnął
do niej w drżących szponach. - Ukradłem go dla ciebie.
Kobra wstała, rozkładając skrzydła tak, że w końcu wydawało się, iż
wypełniają całe pomieszczenie.
- Ukradłeś orzech kokosa - syknęła. - I przyniosłeś go mi. - Zrobiła
krok w jego stronę.
- Tak - powiedział z dumą. - Wiem, że je lubisz, więc...
- Niczego cię nie nauczyłam o przetrwaniu? - warknęła.
Wyrwała kokos z jego szponów i rzuciła nim o ścianę. Ghibli boleśnie
uderzył głową w wiszący na ścianie kinkiet.
- Masz przeżyć! - zawołała jego matka. - To wszystko! Nikt się nigdy
tobą nie zajmie! Smok ma dbać o siebie i nikogo innego. Ty mały robaku,
ukradniesz kokos, to trzymasz go dla siebie.
Ponownie wyciągnęła do niego ręce, lecz wtedy ktoś odchrząknął w progu.
Kobra odwróciła się gwałtownie, niemal trafiając Ghibliego swoim
trującym ogonem.
Przez łzy Ghibli rozpoznał smoczycę, która przyglądała mu się przed
wejściem. Nieznajoma przekrzywiła głowę i przyglądała mu się przez
chwilę.
- Przeszkadzam w czymś? - zapytała.
- Chcę tylko dać mojemu synowi idiocie lekcję - syknęła w odpowiedzi
Kobra.
- A... jaką dokładnie? - zapytała smoczyca.
Kobra złożyła skrzydła.
- Za bardzo przejmuje się innymi smokami. Pewnego dnia przez to zginie.
- Interesujące - powiedziała nieznajoma. Przeniosła wzrok z Ghibliego na
kokos, a potem na Kobrę, jak gdyby czytała historię, która właśnie się
wydarzyła. - Tak się składa, że szukam smoków, które... powiedzmy, dobrze
współpracują z innymi. Chciałabym przejąć go z twoich szponów.
- On nie jest na sprzedaż. - Ghibli podniósł na nią wzrok. To brzmiało
tak, jakby zależało jej na nim wystarczająco, by go zatrzymała... tylko,
że powiedziała to głosem mówiącym "jestem otwarta na negocjacje", a nie
tym "koniec dyskusji". Jak gdyby się targowała o lepszą ofertę.
- Oddaj mi go, a moi Smoczyńcy będą trzymać się z dala od twoich
interesów - powiedziała smoczyca.
Kobra uniosła brwi.
- Powinnam się przejmować tym, co robi twój mały gang brutali?
- Tak. Przed nowym rokiem zdobędziemy pełną kontrolę nad miastem. Jeśli
jesteśmy skłonni zostawić cię w spokoju, to powinnaś czym prędzej
chwycić tę ofertę. - Smoczyca wyminęła Kobrę i wskazała Ghibliego. -
Chodź ze mną, smoku, któremu za bardzo zależy.
- Nie powiedziałam, że możesz go zabrać, Cierń - rzuciła Kobra.
- Ale go zabieram - odparła Cierń ze spokojem.
- Po co ci on? - drążyła Kobra. - Jest do niczego. Absolutnie
przeciętny. Nigdy nie zrobi nic ważnego.
- Przeciętne smoki cały czas robią coś ważnego - odpowiedziała Cierń. -
A może po prostu chcę, żeby ukradł dla mnie więcej kokosów. Nie musisz
się o to martwić, bo nigdy więcej go już nie zobaczysz.
- Ha - prychnęła Kobra. - To byłaby ulga.
Ghibli z niedowierzaniem patrzył to na jedną, to na drugą smoczycę. Jego
matka zamierzała ulec... a nigdy nie widział, żeby poddała się
komukolwiek, poza jego strasznym dziadkiem. Kim była nieznajoma, która
chciała go ukraść? Czy Kobra się jej... bała?
- A co z naszym interesem? - zapytała Kobra, skrzydłem blokując
Ghibliemu drogę.
- Znalazłaś któreś z nich? - zapytała Cierń, wskazując głową rysunki
smoków.
- Nie - odparła Kobra. - Nie ma po nich śladu.
Cierń ściągnęła brwi.
- W takim razie szukaj dalej. Ta sama stawka do czasu, aż je znajdziesz.
- Upuściła niewielką, brzęczącą sakiewkę na rękę Kobry i ponownie
odwróciła się do Ghibliego. - Czas iść.
- Ale... - zaprotestował Ghibli. - Moja matka...
- Nie chce cię tutaj - dokończyła Kobra, chciwie szperając w sakiewce.
Ghibli zamrugał gwałtownie, starając się powstrzymać łzy. Jego matka z pewnością nie będzie chciała go zatrzymać, jeśli się rozpłacze.
Nieznajoma smoczyca kucnęła przy nim i wtedy zdał sobie sprawę, jak
łagodne były jej oczy.
- Będziesz ze mną bezpieczny - powiedziała cicho. - Będziesz chciany. I zaopiekowany.
- Ale... - wykrztusił Ghibli - ...ch-chciałbym, żeby m-moja m-matka...
- Chciała cię i o ciebie dbała? - zapytała Cierń jeszcze łagodniej. -
Wiem. Przykro mi, że taka nie jest. Ale twoje życie nie musi tak
wyglądać. Chodź ze mną, a sam zobaczysz.
Musnęła skrzydłem jego skrzydło, po czym wstała i ruszyła do drzwi.
Ghibli podążył dwa kroki za nią, lecz w progu zatrzymał się i obejrzał
na matkę. Kobra układała monety w schludne stosiki na biurku, lecz
poczuła na sobie jego wzrok i uniosła głowę.
- Masz nadzieję na ostatnie mądrości? - rzuciła pogardliwie. - Dbaj o siebie sam, jaszczurko. Nigdy za dużo nie osiągniesz, więc nie staraj
się być bohaterem, bo przez to zginiesz. I nie przypełznij tu z powrotem. Może być?
Cierń objęła Ghibliego skrzydłem i poprowadziła go do wyjścia. Zaciskała
szczęki, jakby siłą powstrzymywała mnóstwo słów cisnących jej się na
usta.
Wnętrze jego domu jak za mgłą przesuwało mu się przed oczami i zanim
podniósł wzrok, byli już na nieznanej mu ulicy, zmierzając w stronę
przeciwnej strony miasta. Rosły tu palmy, oparte o ściany budynków przy
uliczkach lub wyrastające nad dziedzińcami, niczym ciekawe pyski.
- Mogę cię o coś zapytać? - zapytała Cierń.
Skinął głową.
- Co zrobiłeś z tą kościstą myszą?
Sięgnął do niewielkiej sakiewki na piersi i wyciągnął małe drżące
stworzenie. Cierń zatrzymała się i patrzyła, jak wypuścił zwierzątko do
dziury w jednym z zewnętrznych murów miasta.
- Tak myślałam, że ją uratowałeś.
- Naprawdę nie warto ich jeść - powiedział, teraz zmartwiony.
Czy powinien zaoferować jej mysz? Czego od niego chciała? Skoro miał
teraz do niej należeć, powinien zacząć myśleć, co zrobić, żeby go
polubiła. A może nie udało mu się to już na samym początku?
- Zgadzam się - odparła, klepiąc go przyjaźnie w ramię. - Ja też bym ją
wypuściła. To, co zrobiłeś, było bardzo sprytne. Zaimponowało mi to, jak
wszystkich oszukałeś. Właśnie takich bystrzaków szukam do mojej
organizacji.
Serce Ghibliego nagle jakby spuchło i niemal wyskoczyło mu z piersi.
Nikt go nigdy za nic nie pochwalił. Nikt nigdy nie powiedział, że zrobił
coś dobrze.
Nie zrobiła tego celowo, ale w tej chwili Cierń na zawsze zdobyła
absolutną lojalność Ghibliego.
Myślał, że będzie jedynym smokiem, na którym będzie mu tak bardzo
zależało... że spędzi całe życie, walcząc za nią i w końcu za nią
umierając, i to z radością.
Dopóki nie wysłała go do szkoły, w której spotkał smoczycę o imieniu
Strażniczka Pełni. Od tamtej pory wszystko wydawało się inne. Miał plan
na życie: dowieść swojej lojalności, służyć Cierń, być najlepszym ze
Smoczyńców. Plan ten nie uwzględniał nieustannego myślenia o pewnej
Nocoskrzydłej.
Pełnia zajmowała ogrom jego myśli. Przyłapał się na tym, że przyglądał
się jej w ten sam sposób, w jaki niegdyś obserwował Kobrę, mając
nadzieję na jedno spojrzenie, które powiedziałoby mu, że odwzajemniała
jego miłość. Chciał przynosić jej nowe zwoje, dzięki którym jej pysk
cały rozjaśniałby się z radości. Chciał przynosić jej zupę, kiedy wizje
przyprawiały ją o ból głowy, i śpiewać jej śmieszne piosenki, by
przestała się martwić. Pragnął lecieć u jej boku, kiedy zmieniałaby
świat.
Zdecydowanie nie chciał przyglądać się, jak odlatuje, nie mając
najmniejszego pojęcia, kiedy do niego wróci.
Dalej, u podnóża góry, Ghibli zauważył błysk srebra. To był Zima, który
z żałośnie tragiczną miną patrzył na odlatujące smoki.
Czy ja też tak wyglądam, patrząc, jak ode mnie odlatuje?
Zapewne nie. Zima ma o wiele lepszy pysk do takiego wyglądu niż ja.
Kiedykolwiek Ghibli próbował naśladować przed lustrem oszałamiające miny
Zimy, wyglądał najczęściej tak, jakby chciał wyssać przez zęby
skorpionie wnętrzności.
- Hej - powiedział, lądując obok przyjaciela. (Postanowił używać słowa
"przyjaciel", chociaż po części wiedział, że to nieco optymistyczne).
Zima podskoczył i spojrzał na niego z ukosa.
- Ekhm... - rzucił, chrząkając. - Ja tylko, uhm... podziwiam wschód słońca.
- Och tak, ja też - odparł Ghibli. - Nie dzieje się tu absolutnie nic
interesującego. Nie. Przepiękny wschód słońca, to wszystko.
Zima przeniósł spojrzenie na coraz bardziej niknące w oddali skrzydła.
- Cóż - powiedział. - Przynajmniej Mroczny Prześladowca zajmie się... uhm,
nimi.
- Pełnia potrafi o siebie zadbać.
- Zadomowi się gdzieś w deszczowym lesie, nawiąże nowe przyjaźnie, a potem wróci - powiedział Zima, ignorując Ghibliego. - I będziemy mogli
wrócić do normalności. Tyle że teraz mamy ogromnego magicznego
przyjaciela, który może przepowiedzieć nam przyszłość. To będzie
przydatne.
Ghibli przyjrzał się Zimie, nie potrafiąc ukryć zmartwionej miny.
Przyjaciel nie brzmiał już jak wyniosły, bystry Lodoskrzydły książę,
którego Ghibli znał.
Wszyscy pozostali pod zaklęciem Prześladowcy - jeśli mam rację i jest to
zaklęcie - nadal brzmią jak do tej pory. Są wobec niego mniej
podejrzliwi, niż powinni, lecz nadal wydają się normalni. Zima zachowuje
się, jakby ktoś obłożył mu mózg sadłem z morsa.
- Jak cokolwiek może wrócić do normalności? - zapytał. - Czy ty nie
powinieneś być martwy? Co się stanie, kiedy twoja królowa się dowie, że
ponownie pojawiłeś się w szkole? Albo twoi rodzice? Czy nie będzie to
nieco dziwne dla twojego brata, który niby cię zabił?
Zima się zawahał.
- Ja... nie jestem pewien - odparł. - Do tej pory moje imię zapewne
zniknęło już ze ściany rankingu. Myślę, że jeśli zdecyduję się pozostać
na wygnaniu, nie powinno to robić większej różnicy mojej królowej czy
rodzinie. I tak jestem dla nich martwy. - Ponownie zamilkł, a po chwili
dodał cicho: - Ale naprawdę martwię się o Grada. Nie zamierzałem wracać
do szkoły, ale... - Nagle urwał.
Ale tutaj była Pełnia, dokończył w myślach Ghibli, czując, jak
niewidzialne szpony wbijają mu się w serce. I zaryzykuje wszystko, byle
tylko z nią być.
Ghibli sądził, że mógłby zrobić to samo, nigdy jednak nie przeszedł
takich prób, jak Zima, posłany w zimną ciemność zdrady i śmierci. Jak
mógł kiedykolwiek pomyśleć, że będzie wart Pełni, gdy mogła wybrać kogoś
takiego jak Zima?
A przynajmniej prawdziwy Zima - ten, który kryje się pod tym dziwnym
zaklęciem.
Muszę go odzyskać. Dla jego i jej dobra. Kiedy ponownie będzie już sobą,
będziemy mogli wymyśleć, co zrobić z Pełnią i Mrocznym Prześladowcą.
Muszę złamać pętające go zaklęcie Prześladowcy.
Ale jak?
Rozdział 2
Niedługo po południu Zima znalazł Ghibliego w sali zdobyczy i stuknął go
ogonem.
- Wystarczy tego użalania się - powiedział. - Mamy zajęcia.
- Nie UŻALAM SIĘ - zaprotestował Ghibli, siadając prosto i wyrzucając
banana, w którego wpatrywał się od dwudziestu minut. - Sam się UŻALASZ.
- Zdecydowanie nie - powiedział Zima. - Lodoskrzydli książęta nigdy się
nie użalają.
- Och, bardzo przepraszam - odparł Ghibli. - Chyba coś pomyliłem. Ty
ROZPAMIĘTUJESZ.
- Cóż, to już lepsze. - Zima złożył skrzydła i prychnął niewielką chmurą
lodowych cząsteczek. - Ale tego też nie robię. Idę na zajęcia z historii. Ty też powinieneś.
- Historii! - rzucił Ghibli. - Jak niby mamy siedzieć w ciemnej jaskini
i słuchać, jak Płetwonóg nudzi o jakiejś zamierzchłej przeszłości?
Historia dzieje się teraz. Jesteśmy w samym środku wydarzeń, a przynajmniej powinniśmy być.
- Och, naprawdę? A jaką historię planujesz na dzisiaj? - zakpił Zima. -
Wszystko, co emocjonujące, odleciało w stronę deszczowego lasu. My
jesteśmy jedynie dopiskiem na marginesie. - Ponownie klepnął Ghibliego
ogonem. - Daj spokój. Tsunami zacznie na nas krzyczeć.
Ghibli podążył za nim tunelami, starając się nie wyglądać zbyt ponuro na
myśl, że jest jedynie przypisem do bohaterskiej historii kogoś innego.
Znaleźli drogę do nowej jaskini historii, mieszczącej się kilka krętych
korytarzy dalej od tej, która została zbombardowana. W tej był świetlik,
ale nadal była zbyt ciemna, wilgotna i zimna, jak na gust Ghibliego.
Tęsknił za zalewającym pustynię słońcem. Nie był również zbyt wielkim
fanem tego, że było tu tylko jedno wyjście i że zwoje leżały pod
ścianami ułożone w sterty niczym podpałka.
Chociaż Kropiatki już nie było, nie potrafił przestać myśleć o ostatnim
ataku i o tym, co mogłoby się wydarzyć bez ostrzegawczych przepowiedni
Pełni. Kiedy dotarli na miejsce, Tamaryna, ranna Deszczoskrzydła, już
tam była. Ostrożnie okrążała jaskinię, lekko stukając pazurami w ściany
i wąchając powietrze.
- Jest coś, czym powinniśmy się martwić? - zapytał ją Ghibli.
Pokręciła głową.
- Chyba że... czujecie dym? - zapytała.
- Ja nie - odparł, głęboko wciągając powietrze do płuc. - A Piaskoskrzydłe mają całkiem niezły węch.
- Normalnie ja też - powiedziała. - Ale od czasu eksplozji nie jestem w stanie pozbyć się z głowy zapachu dymu. - Jej skrzydła drgnęły i wyciągnęła ramię, by dotknąć ściany, jakby chciała się upewnić, że nadal
tam jest.
Ghibli przypomniał sobie wszystko, co wiedział o łuskach
Deszczoskrzydłych - kiedy celowo nie zmieniały barwy dla kamuflażu lub
adoracji, odzwierciedlały emocje smoka. Łuski Tamaryny, pomiędzy
opatrunkami i śladami poparzeń, miały dzisiaj odcień zgaszonego granatu
i szarości ze śladami bieli.
Jest trochę smutna, domyślił się. A Kinkażu była biała po tym, jak
została zaatakowana i straciła przytomność, może więc to wskazuje na
ból?
- Nic ci nie jest? - zapytał. - Czy poparzenia bardzo cię bolą?
- Dzisiaj tak - odpowiedziała, krzywiąc się. - Jednak najbardziej
martwię się o Kinkażu.
- Ja również - przyznał Ghibli.
Ostatni raz widział przyjaciółkę leżącą bez przytomności w mieście
Możliwość, daleko po drugiej stronie kontynentu.
To jedna rzecz, którą mógłbym zrobić ze zwojem Mrocznego Prześladowcy.
Uzdrowiłbym ją. Uzdrowiłbym też Tamarynę i wszystkie smoki ranne podczas
wojny.
Och, dlaczego przyjaciele po prostu nie pozwolili mu go zatrzymać? Wtedy
Mroczny Prześladowca nadal spoczywałby pod górą, Ghibli naprawiłby
problemy wszystkich, Kinkażu odzyskałaby przytomność, Tamaryna znów by
widziała, a Pełnia nadal by tu była i mógłby codziennie z nią rozmawiać.
Do pomieszczenia wpadł Morskoskrzydły i machając skrzydłami, zaczął
gorączkowo się rozglądać.
- Gdzie ona jest? - zapytał. - Czy ktokolwiek z was widział księżniczkę
Ukwiał?
Szczupak. Ghibli przypomniał sobie jego imię z listy Skrzydełek.
Współszpon Dużego Ogona, już martwego, i Płomienia, oskarżonego o próbę
zamordowania Wyrwigłaza. Szczupak zawsze broni Ukwiał i może pracować
dla jej matki, królowej Korali.
- Uhm, tak - odpowiedział Zima i spojrzał na niego. - Wcześnie rano
Ukwiał odleciała ze wszystkimi Nocoskrzydłymi i ich wspaniałym przywódcą
do deszczowego lasu.
- Naprawdę powiedziałeś "wspaniały przywódca"? - zapytał Ghibli.
- Naprawdę nie rozpoznajesz sarkazmu, kiedy go słyszysz? - odpowiedział
pytaniem Zima.
Niemal wszystko, co mówił Zima, brzmiało sarkastycznie, ale Ghibli był
przekonany, że zaczyna rozpoznawać, kiedy Lodoskrzydły książę jest
poważny. A jego intonacja była... niepokojąca, by nie powiedzieć więcej.
- Odeszła?! - wykrzyknął Szczupak. - Odeszła ze szkoły? - Złapał się za
głowę.
- Nie dałbyś rady jej powstrzymać - powiedział Ghibli. - Nie obwiniaj
się.
- Muszę za nią lecieć - powiedział Szczupak, nerwowo krążąc po jaskini.
- Ale nie mam zielonego pojęcia o deszczowym lesie! Och, królowa Korala
nakarmi mną rekiny. Księżniczka sama! I nie ma nikogo, kto by jej
strzegł.
- Książę Żółw z nią jest - podkreślił Zima.
- Wcale mnie to nie pociesza - odparł Szczupak.
- I tu się raczej z tobą zgodzę - rzucił Zima, po czym zanurzył nos w jednym ze zwojów.
- Żółw jest świetny - zaprotestował Ghibli. - Będzie o nią dbał. - Nie
śmiał im powiedzieć, że Żółw był niewidzialny dla Mrocznego
Prześladowcy. Ale z pewnością to znaczyło, że Żółw będzie skutecznie ją
ochraniał... prawda?
- Poza tym Ukwiał jest animusem - dodała Tamaryna. - Może chronić siebie
samą lepiej niż ktokolwiek z nas.
Być może to zależy od tego, jakie zaklęcie rzucił na nią Mroczny
Prześladowca, pomyślał Ghibli.
- Muszę za nią lecieć - powtórzył Szczupak. Odwrócił się w stronę
wyjścia i wpadł prosto na nauczyciela historii.
- Siadaj, młody smoku - powiedział Płetwonóg uprzejmie, lecz
zdecydowanie. - Czas na naszą lekcję.
- Muszę lecieć uratować księżniczkę! - zawołał Szczupak.
- Bzdury - odparł Płetwonóg, zawracając go do jaskini. - Jesteś uczniem.
Co masz robić, to napełniać głowę wiedzą i mądrością.
Ghibli w pełni podzielał malującą się na pysku Szczupaka frustrację.
Miał ochotę szponami rozerwać sufit jaskini i podążyć za pozostałymi
smokami.
- Ponieważ wasze skrzydełka są w tej chwili nieliczne, dołączy do nas
dzisiaj Srebrne Skrzydełko - ciągnął Płetwonóg. Machnął skrzydłem w stronę wejścia i zaraz do jaskini weszły cztery smoki.
"Nieliczne" to łagodne określenie, by nas opisać, pomyślał ponuro
Ghibli. Z Jadeitowego Skrzydełka w szkole pozostali jedynie on i Zima, a Złote Skrzydełko Tamaryny zostało równie mocno zdziesiątkowane przez
wybuch i próbę zabójstwa Sopelli przez Kropiatkę.
Ale moment... Ghibli poderwał głowę. To znaczyło, że zobaczy Strusię,
Piaskoskrzydłą ze Srebrnego Skrzydełka. Była córką najbardziej zaufanego
generała królowej Cierń, Sześcioszpona, któremu Ghibli obiecał opiekować
się nią podczas pobytu w szkole.
Po powrocie na Jadeitową Górę nie widział jej jeszcze, chociaż
poprzedniej nocy jej szukał. Księżniczka Ukwiał była jedyną w jaskini,
którą ze sobą dzieliły. Kiedy wetknął do środka pysk, księżniczka
rozrzucała dookoła siebie biżuterię, będąc wyraźnie w tak złym nastroju,
że nie śmiał zostać, by poczekać na Strusię.
Jednakże małej ciekawskiej Piaskoskrzydłej nie było wśród zebranych w jaskini smocząt. Ghibli odhaczył w myślach listę obecności - była tam
Błotoskrzydła smoczyca o szerokich barkach, Sepia i siedzący tuż przy
Tamarynie Deszczoskrzydły o łagodnym wyglądzie, zwany Delfinem. Kolejno
był dumny Lodoskrzydły o imieniu Changbai, który siedział z dala od
Zimy, i drobnej budowy Nieboskrzydły o łuskach w kolorze przydymionej
pomarańczy, Drozd, który zajął jedno z miejsc na przodzie i intensywnie
wpatrywał się w nauczyciela.
Gdzie się podziała Strusia? - zastanawiał się Ghibli. Zazwyczaj z entuzjazmem czeka na zajęcia, nawet na najnudniejsze. Jak udało jej się
umknąć przed tą torturą?
- To na czym skończyliśmy? - zapytał Płetwonóg irytująco powoli. - Ach
tak. Pięćsetletnia transformacja i przesiedlenie, do którego doszło po
Wypaleniu...
Drozd podniósł szpon i zapytał, nie czekając na wywołanie:
- Czy może nas pan pouczyć czegoś o Mrocznym Prześladowcy?
- Tak! - poparł go Changbai. - Wydaje się zupełnie inny od smoka
przedstawianego nam w opowieściach. Nie zaczął nas wszystkich od razu
mordować.
- Na trzy księżyce - powiedział Delfin, a jego szpony zmieniły barwę na
zieloną. - Czy... czy możliwe jest, że zacznie to robić?
- Mroczny Prześladowca... - mruknął Płetwonóg. - Niszczy moje plany
nauczania. To ponad trzy tysiące lat po Wypaleniu! Jeszcze przez wiele
miesięcy mieliśmy nie omawiać tej ery!
- Ale już teraz musimy dowiedzieć się o nim jak najwięcej - powiedziała
Tamaryna.
- Ze względu na możliwe mordowanie? - rzucił Delfin. - Myślę, że się z tym zgodzę. Chciałbym usłyszeć o tym coś więcej. A może bardziej o tym,
jak do tego nie dopuścić?
- Na własne oczy widzimy, jaki naprawdę jest Mroczny Prześladowca -
powiedział lekceważąco Zima. - Ufam własnemu osądowi bardziej niż
jakiemuś staremu zwojowi.
- I to mówi smok, którego własna siostra okazała się być morderczynią -
wtrąciła nagle Sepia.
Zima zerwał się z miejsca i z obnażonymi zębami gwałtownie obrócił w jej
stronę. Ghibli szybko stanął między nimi i rozłożył skrzydła, gotów
powstrzymać Zimę lub walczyć razem z nim, cokolwiek okazałoby się
konieczne.
- To Błotoskrzydła wysadziła tamtą jaskinię, nie moja siostra! -
krzyknął Zima.
- Ale zrobiła to ze względu na to, czego dopuściła się twoja siostra -
odparła uparcie Sepia.
- Zimo, bądźmy uczciwi - powiedział Ghibli. - Niedawno powstrzymaliśmy
Sopellę przed próbą zabójstwa Gwiezdnego Lotnika, a później Glorii,
zatem technicznie rzecz biorąc...
- Ghibli, nie pomagasz! - zawołał do niego Zima.
- No już, już, już - rzucił przestraszony Płetwonóg. - Wojnę mamy już za
nami. To jest właśnie idea tego miejsca. Żadnych kłótni.
Za jego plecami Ghibli dostrzegł Słonko, która wetknęła głowę przez
drzwi. Przesunęła wzrokiem po smokach, po czym lekko zmarszczyła brwi i w końcu ponownie zniknęła.
To niepokojące.
- No dobrze, dobrze, możemy porozmawiać o Mrocznym Prześladowcy -
zgodził się Płetwonóg. - Jeśli wszyscy usiądziecie i się uciszycie,
powiem wam wszystko, co o nim wiem. - Zwinął leżący na jego biurku zwój
i mruknął pod nosem coś w rodzaju: "A myślałem, że Tsunami była zła".
Zima ze złowrogą miną wycofał się na swoje miejsce.
- Mroczny Prześladowca jest synem Nocoskrzydłej o imieniu Wrogobójczyni
i Lodoskrzydłego księcia, Arktyki - wyrecytował Płetwonóg. - Żył ponad
dwa tysiące lat temu w starożytnym królestwie Nocoskrzydłych i był
pierwszym animusem, który wykluł się w plemieniu Nocoskrzydłych. To był
dar, który odziedziczył po ojcu. Jednak Prześladowca szybko stał się
zbyt niebezpieczny, by dało się go kontrolować. Spiskował, by zabić
królową i ukraść jej władzę, lecz jego przyjaciele, Sążeń i Jasnowidzka,
sprzysięgli się, by go powstrzymać, grzebiąc go pod górą i na wieczność
pogrążając we śnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki