Tytuł oryginału: Dragon Rider
Copyright ? Taran Matharu Ltd., 2023
All rights reserved.
Copyright ? for the Polish translation by Bartłomiej Nawrocki 2024
Redakcja: Marta Tojza
Korekta: Marta Stochmiałek, Magdalena Magiera
Skład i łamanie: Hotch Studio Paweł Czarkowski
Jacket design by Holly Macdonald ? HarperCollinsPublishers Ltd 2024
Jacket illustration: Gaspar Costa/shutterstock.com
Map Copyright ? Nicolette Caven 2024
Author photograph ? Anita Wong
Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka/Aureusart
Wydawczyni: Natalia Sikora
Redaktorka prowadząca: Anna Salwa
Koordynatorka produkcji: Anna Pawłowicz
Promotorka: Aleksandra Sękowska
Copyright for the Polish edition ? 2025 by Wydawnictwo Jaguar
Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.
ISBN 978-83-8266-519-2
Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2025
Adres do korespondencji:
Wydawnictwo Jaguar
Imprint Wydawnictwa Marginesy Sp. z o.o.
ul. Ludwika Mierosławskiego 11a
01-527 Warszawa
instagram.com/wydawnictwojaguar
facebook.com/wydawnictwojaguar
tiktok.com/@wydawnictwojaguar
Patronat medialny:
Rozdział 1
Przed rozpoczęciem bitwy podano słodkości. Żołnierze pocili się w zbrojach na odsłoniętym terenie, podczas gdy władcy Cesarstwa Sabinów objadali się wiśniami w cukrze, śmiali się z tronów ustawionych na podeście wskazywali na coś palcami.
Od mdląco słodkiego aromatu rozchodzącego się w wielkim namiocie Jaiowi aż zaburczało w brzuchu. Pozbawione ścian zadaszenie wzniesiono na platformie tak wysokiej, że nawet z jego pozycji, czyli z klęczek, widział cały legion ustawiony w szyku bojowym i siły przeciwnika gromadzące się na niskim, porośniętym trawą zboczu w oddali.
Jai odwrócił głowę i wrócił do masowania stóp człowieka, który zabił mu ojca. Stóp starego cesarza. Zasuszonej skorupy pozostałej po niegdyś wielkim władcy, opatulonej w jedwabie i kaszmiry. Założyciela dynastii Sabinów oraz cesarstwa, które rozciągało się od Srebrnych Mórz aż po Wielki Step.
Leonid Wielki. Lew Sabinów. Już przed laty przekazał władzę w ręce syna, albowiem teraz, jako nestor rodu, był na wpół ślepy i zniedołężniały. Siedział z dala od swoich latorośli, prawie jakby ktoś w ostatniej chwili przypomniał sobie, że należy zabrać go ze sobą. Jego następcy zawdzięczali mu wszystko, a mimo to traktowali go jak relikt przeszłości. Gdyby Jai tak bardzo go nie nienawidził, pewnie zrobiłoby mu się go żal.
- Jai.
Chłopak podniósł wzrok i zobaczył wygięty palec. Umieścił pomarszczone stopy w misce perfumowanej wody i skłoniwszy głowę, stanął obok najmniejszego z trzech tronów. Siedzący na nim starzec był przygarbiony i wpatrywał się przed siebie niewidzącymi oczami. Bezlitosny artretyzm powykręcał mocne niegdyś dłonie, tak że cesarzowi z trudem przychodziło nawet odgarnianie przerzedzonych włosów z twarzy pociętej głębokimi zmarszczkami.
- Powiedz mi, co widzą twe młode oczy - polecił Leonid skrzekliwym głosem, który Jai znał aż za dobrze.
To ten skrzek pouczał go, kiedy mył plecy mężczyzny. Łajał, kiedy był za wolny. Albo przynudzał bez końca, kiedy stary wspominał dawną chwałę. Jai towarzyszył Leonidowi nieustannie przez niemal dziesięć z siedemnastu lat swojego życia.
- Zbierają się już - wyszeptał Jai, patrząc ponad legionem. - Nie mają dokąd uciec.
Starzec wydał z siebie pomruk aprobaty, ten zaś przerodził się w gwałtowny kaszel. Jai pochylił się szybko i roztarł Leonidowi plecy, wyczuwając pod miękkim kaszmirem wystający kręgosłup.
Pewnie prędzej niż później stary odejdzie w Nieznane. Ale do tego czasu Jai pozostawał posłusznym sługą. Nie żeby miał w tej kwestii coś do powiedzenia.
- Barbarzyńcy głupio postąpili, że się nie poddali - westchnął Leonid, gdy atak ustał. - Wystawiamy przeciwko nim zaledwie jeden z ośmiu naszych legionów, a i tak nie mają szans.
- A jaki pozostał im wybór? - zapytał Jai, ostrożnie dobierając słowa. - Stracić ziemie przodków i znaleźć się pod jarzmem obcego imperium?
Unikał impertynenckiego tonu, mówił tak, jak życzył sobie tego Leonid: niby uczeń zwracający się do nauczyciela.
- Żyć - odpowiedział Leonid. - Żyć wolno. A teraz...
Grzmiący dźwięk rogu wstrząsnął wielkim namiotem i sprawił, że umilkli nawet cesarz oraz jego syn, którzy do tej pory gawędzili między sobą, rozparci na tronach jak w amfiteatrze.
Był to sygnał wroga dobiegający ze zbocza. Ostatnie wezwanie Huddytów.
Dzień był tak pogodny, że nawet z odległości niemal ligi Jai mógł dostrzec, jak Huddyci w popłochu przygotowują się do starcia. Dzieci kurczowo trzymały się rodziców, mimo że ci próbowali powierzyć je opiece, jak domyślił się chłopak, starszych i słabszych.
Mężczyźni i kobiety o śniadych twarzach stawali w pierwszych szeregach, ściskając wszelką broń, jaką udało im się zdobyć. Mieli wystarczająco wiele ostrzy, ale co jakiś czas dało się dostrzec widły, sierpy, a nawet prowizoryczne pałki. Narzędzia farmerów. Ani jednej zbroi. To nie była armia - to byli niedobitkowie cywilizacji. Cywilizacji, którą wygnano z jej ojczystej ziemi aż na sam skraj Srebrnych Mórz; morska toń rozciągała się niewidoczna za wzniesieniem. Regularne oddziały Huddytów zostały wyrżnięte w bitwie zaledwie miesiąc wcześniej, a tych, którzy ocaleli, zgodnie ze zwyczajem wzięto na niewolnych.
Teraz pozostali już tylko cywile. Zwykli ludzie, którzy nie godzili się na życie w Cesarstwie Sabinów i woleli ucieczkę od tyranii najeźdźcy. Ale Sabinowie byli nienasyceni i nie zamierzali na to pozwolić.
Był to więc ostatni bastion Huddytów. Koniec ich kultury. Ich sposobu życia. W odmowie przyznania się do porażki kryła się pewna odwaga. Odwaga, a jednocześnie skrajna głupota, ponieważ każdy, kto występował zbrojnie przeciwko Sabinom, skazywał się na zgubę.
Głupcy. Tacy sami jak ojciec Jaia.
- Mów - zaskrzeczał Leonid.
- Szykują się do natarcia - szepnął chłopak. - Jest ich wielu. Więcej niż pięć tysięcy legionistów. Być może dziesięć razy więcej.
Leonid zbył jego słowa machnięciem poznaczonej błękitnymi żyłami dłoni.
- Żadna armia nie zdoła pokonać legionu Sabinów, a co dopiero ta niewyszkolona hołota.
Jai powstrzymał cisnącą mu się na usta ripostę, że armia jego ojca zdołała tego dokonać. Raz. Zamiast tego spojrzał w kierunku członków rodziny cesarskiej, którzy wychylili się do przodu, podekscytowani nadchodzącą rozrywką. Było coś nonszalanckiego w tym, jak rozsiedli się na tronach i otoczeni przez wachlujących ich służących zacierali dłonie ozdobione pierścieniami. Dla nich było to tylko kolejne widowisko. Jak szczucie niedźwiedzia jaskiniowego lub występ barda.
I wtedy: ryk atakujących i dudnienie stóp. Jai nie chciał tego oglądać, ale ponieważ jego oczy należały do Leonida, zwrócił wzrok w stronę bitwy.
Legion Sabinów zdawał się trwać nieruchomo. Ciemna, rozdrobniona fala Huddytów zderzyła się z lśniącym pierwszym szeregiem. Pomimo że od pola bitwy dzieliła ich niemal mila, słyszeli dźwięczenie stali oraz lamenty bólu i furii. Tumult unosił się i opadał na wietrze, ale nawet na chwilę nie ucichł.
Oprócz pierwszego natarcia Jai nie widział zbyt wiele z trwającej masakry, jedynie plecy mężczyzn prących naprzód. Mógł sobie tylko to wyobrażać na podstawie tego, co wyczytał w dziennikach Leonida lub podsłuchał od pijanych żołnierzy zaraz po tym, jak kończyli z przechwałkami, a zaczynali opłakiwać straconych towarzyszy.
W namiocie zapadła nietypowa cisza i przez pełną minutę wszyscy nasłuchiwali bitewnego zgiełku, po czym członkowie rodziny cesarskiej i arystokracji wznowili przerwane rozmowy. Przez cały ten czas Jai chciał, by Huddyci przełamali szyk.
Niecierpliwe klepnięcie sprawiło, że Jai też w końcu otworzył usta.
- Walczą - powiedział jedynie. - Pierwszy Legion staje dzielnie.
- Błąd taktyczny - mruknął Leonid. - Gdzie okrążenie? Dlaczego nie ma kawalerii? Mój syn obrósł w piórka.
Pochylił się do przodu, jakby jego zasnute bielmem oczy jakimś cudem mogły dostrzec coś więcej.
- Dobrze walczą?
Jai nie miał dla niego żadnej odpowiedzi. Jego uwagę przykuło co innego.
Wielki cień przemknął nad legionem i nagle, niemal jak jeden mąż, tysiące walczących zamarło i wzniosło twarze ku niebu.
Ryk. Głęboki, gardłowy, który wstrząsnął Jaiem do cna. Ogarnęło go przerażenie. Instynktowny, zwierzęcy impuls, od którego ciało chłopaka zastygło w bezruchu, a serce zaczęło walić, mimo że każda jedna myśl kazała mu uciekać.
Jednakże stary Leonid nie okazał strachu. Zamiast tego odezwał się cicho, tak że ledwo dało się go usłyszeć pośród podnieconych krzyków zebranych w namiocie:
- Ach. Przybyła moja przyszła wnuczka.
Rozdział 2
Nie było żadnego głuchego tąpnięcia - wylądował przed namiotem z takim wdziękiem, że Jai prawie go nie usłyszał. Poczuł jednak silny powiew wzbudzony machnięciem potężnych skrzydeł, od którego wydęło się płócienne sklepienie, a tumany kurzu zawirowały w powietrzu.
Był to pierwszy smok, jakiego w życiu widział. Prawdopodobnie był to pierwszy smok, jakiego w ogóle widzieli Sabinowie, włącznie z samym Leonidem. Musiał być - jeśli wierzyć opowieściom - jednym z ostatnich przedstawicieli swego rodzaju.
Z początku widział jedynie kształt majaczący pośród obłoków pyłu, wzbitych przez samą bestię. Krętą szyję i skrzydła, które złożyła leniwie do tyłu niczym poły płaszcza. I ogon zwinięty między tylnymi szeregami legionu a platformą z namiotem. Smok był wielki jak trzy rumaki bitewne, od nosa do ogona.
Jai nie mógł się napatrzeć na kolor stworzenia. Szmaragdowe łuski lśniły jak wypolerowana zbroja, gładka, jeśli nie liczyć rzędu kolców zdobiących grzbiet aż po kraniec ogona. Widoku dopełniał rogaty łeb z długim pyskiem, w którego kącikach, spod rozchylonych żarłocznie warg, błyszczały ostre kły.
Wrażenie było tak niesamowite, że Jai prawie nie zwrócił uwagi na jeźdźca dosiadającego bestii. Dopiero gdy ten zeskoczył na platformę namiotu, chłopak oderwał wzrok od smoka.
Postać była gibka, odziana w białą muślinową suknię, która przylegała do jej nóg, kiedy zrobiła krok w stronę tronów. Twarz i włosy miała zakryte cienką woalką; Jai już wcześniej stwierdził po pełnych gracji ruchach, że to kobieta, ale sięgające pasa złociste pukle, które wysuwały się luźno spod zasłony, potwierdziły to przypuszczenie.
Dziewczyna odgarnęła kosmyk ozdobioną biżuterią dłonią i podeszła do cesarskiego tronu. Miejsca zajmowanego przez Konstantyna Błogosławionego. Albo - jak mówiła na niego większość - Konstantyna Okrutnego.
Zatrzymała się przed cesarzem i księciem w milczeniu, podczas gdy bitewne okrzyki dryfowały na wietrze.
Strzegący Konstantyna strażnicy zbliżyli dłonie do rękojeści mieczy, a gdy dziewczyna nie uklęknęła, rozległy się pomruki. Nawet książę Tytus musiał się kłaniać ojcu, a mimo to dziewczyna stała niespeszona, obracając głowę to w lewo, to w prawo, jakby przyglądała się wzniesionym przed nią tronom z ciekawością godną sztuki teatralnej.
- Przynosimy ci podarek, cesarzu Konstantynie - oznajmiła.
Głos miała donośny i twardy; mówiła z akcentem, w którym Jai rozpoznał melodię języka Dansków, ludu z Północnej Tundry, królestwa niepodbitego przez Sabinów. Danskowie uznali najwidoczniej, że lepiej wżenić się w panującą dynastię, niż z nią walczyć.
Konstantyn machnięciem ręki dał znak strażnikom i napięcie w namiocie opadło, rozładowane nagłym uśmiechem cesarza.
- A cóż to za podarek, księżniczko Erico? - odpowiedział Konstantyn, pochylając się, by lepiej się jej przyjrzeć. - Być może dłuższa przyjemność płynąca z twego towarzystwa? Nie spodziewaliśmy się ciebie wcześniej niż za kilka tygodni.
- Zwycięstwo - wybrzmiała odpowiedź dziewczyny.
Jak na jakiś niewidzialny rozkaz smok podniósł łeb ku niebu. Otworzył wielką, pełną kłów paszczę, którą mógłby pożreć człowieka w całości. Na ten widok serce Jaia zamarło.
A potem stwór ryknął.
Dźwięk przedarł się przez namiot i wzniósł aż pod samo niebo. Nawet pomimo łoskotu walki, odbił się echem po równinie. Trwał i trwał, pierś wielkiej bestii falowała od wysiłku. W każdej kolejnej sekundzie Jai musiał zwalczać w sobie chęć ucieczki.
W namiocie zapanowała cisza, jeśli nie liczyć odległego szczęku broni i krzyków ginących na polu bitwy. Potem nadeszła odpowiedź: kolejny ryk, dobiegający z daleka. Jai dostrzegł już na niebie drugiego smoka, szybującego nad wzgórzem. Ale to nie on zwrócił na siebie uwagę, lecz ciemna fala zbierająca się w miejscu, gdzie szczyt zbocza spotykał się z horyzontem. Fala, która lśniła w słońcu ponad hordą Huddytów.
Przybyła kolejna armia, ale ta znajdowała się jakieś sto stóp za tyłami Huddytów. Tysiące wojowników uderzających toporami o tarcze, intonujących do rytmu gardłową wojenną pieśń. Opadli z sił Huddyci zwrócili się ku nowemu zagrożeniu, ale okrzyki przerażenia ledwo przebijały się przez wrzawę.
Konstantyn wstał z tronu, by mieć lepszy widok, po czym zachwycony zaklaskał w dłonie.
- Ale ci się trafiło, mój synu. - Roześmiał się, pochylił i klepnął księcia w ramię. - Twoja wybranka zje cię na śniadanie, jeśli nie będziesz ostrożny. I jeśli jej smok nie zrobi tego pierwszy.
Konstantyn znów zaśmiał się z własnego żartu i usiadł z powrotem, podobnie jak świta zgromadzona za jego plecami. Siedzący na tronie obok ojca Tytus jedynie skrzywił się gniewnie i szepnął coś do osobistego strażnika.
Jaia jak zwykle zaskoczyło, jak niepozorny wydawał się cesarz, ze starannie przyciętą kozią bródką i cienkim wąsem. Nos miał zadarty tak samo jak jego syn, który patrzył wilkiem na ojca spod jasnej grzywy. Na ostrej twarzy księcia pojawił się grymas, który wykrzywił mu wargi. Nie powitał swej przyszłej małżonki.
Leonid cmoknął pod nosem z dezaprobatą, przyglądając się scenie zaczerwienionymi oczami. Z odległości kilkunastu kroków ledwie widział całą wymianę zdań między jeźdźczynią a cesarzem. Jai poczuł ulgę, że stary nie poprosił o relację z zajścia, bo chłopak nie miał ochoty przerywać względnej ciszy, która zapadła w namiocie. Kiedy Konstantyn zabierał głos, niewielu ośmielało się nie poświęcać mu całej uwagi.
Dziewczyna stała samotnie, niemal niezręcznie, aż nagle odwróciła się plecami do władców Sabinów. Jej smok wydał z siebie niski pomruk i wyciągnął do niej smukłą szyję, nie ruszając się z miejsca.
Nawet Konstantyn zmarszczył brwi na tak rażący brak manier, ale wkrótce objawił im się powód zachowania dziewczyny. Jaiowi aż nie chciało się wierzyć, jak szybko drugi smok przeleciał nad bitewnym zamętem, ale chwilę później bestia wylądowała obok pierwszej; chłopak znów odwrócił głowę, by uchronić się przed kłębami pyłu.
Ten smok wyglądał na starszego od smoka Eriki - jego czarne łuski nie lśniły równie mocno, brakowało mu też części zębów. Grzbiet przecinały liczne blizny, świadectwa bitew toczonych przez całe życie przeciwko cesarskim gryfom. Jai wiedział już, kto zeskoczył na platformę odziany w najznamienitszy strój, jakim mogła poszczycić się Północna Tundra.
Król Ivar, ojciec Eriki. Na barki zarzucił sobie białe futro niedźwiedzia jaskiniowego; górna szczęka zwierzęcia okrywała jego głowę. Na pobrużdżonym zmarszczkami czole widać było srebrny diadem, a torkwes dzwonił przy każdym ruchu ramion - ramion, pomimo wieku króla, wciąż umięśnionych.
Władca Dansków podniósł głowę; oblicze miał równie nieprzeniknione, co skryta za woalką twarz Eriki. Jedynie spojrzenie, które przenosił z cesarza na cesarskiego syna, zdradzało jego myśli.
W porównaniu z cesarzem Ivar wyglądał niemal dziko; efekt potęgowały jeszcze pożółkłe zęby i wiry tatuaży na piersi i szyi, choć te były na wpół zasłonięte przez płową brodę. Konstantyn natomiast prezentował się imponująco w nieskazitelnej purpurze i misternej złotej koronie.
Ivar rozłożył szeroko ramiona, a na jego ogorzałej twarzy pojawił się uśmiech.
- Przepraszamy za nasze przedwczesne przybycie, Konstantynie - odezwał się. Jai nawet z tej odległości poczuł w jego oddechu woń piwa. - Płynęliśmy wzdłuż wybrzeża, a wiatry nad Srebrnymi Morzami okazały się łaskawe dla naszych okrętów.
On również się nie ukłonił, skinął jedynie lekko cesarzowi i jego synowi. Najwięcej szacunku okazał Leonidowi; szelmowski uśmiech zbladł, gdy pochylał głowę przed starcem. Następnie objął ramieniem córkę i mrugnął do Tytusa. Książę skrzywił się ponownie i poruszył niecierpliwie na tronie. Erica złapała rękę ojca, a ten wypuścił ją ze stęknięciem.
- Jak mielibyśmy wam nie wybaczyć - odparł Konstantyn - gdy przynosicie tak szczodry podarek? - Potoczył dłonią po armii Dansków. - Nasz legion nie potrzebuje pomocy, ale chętnie ją przyjmiemy. Mimo to zmuszony jestem zauważyć, że chyba straciłeś element zaskoczenia.
Ivar wybuchnął donośnym, dudniącym śmiechem.
- Nie mamy zwady z Huddytami - rzekł, kręcąc głową. - To... jak by to ująć... demonstracja tego, co może przynieść nasz nowy sojusz. Na dzisiaj powinno wystarczyć, wszak nie jesteśmy jeszcze sojusznikami. Nie dopóki krew nie splami małżeńskiego łoża, co, Tytus?
Przypominający niedźwiedzia władca szturchnął córkę i roześmiał się ponownie. Dziewczyna milczała dalej z twarzą ukrytą za woalką, ale Jai nie mógł nie zauważyć, że jej dłoń w rękawicy zamknęła się w pięść.
Konstantyn zacisnął usta, ale nawet jeśli Ivar to dostrzegł, w ogóle się z tym nie zdradził. Zamiast tego poklepał się po dość pokaźnym brzuchu i wskazał na bitwę toczącą się za jego plecami.
- Czas na ucztę - powiedział Ivar. - Dajcie tej hałastrze się poddać. Spójrzcie, już składają broń.
Po tym, jak Leonid pstryknął go w ucho, Jai z powrotem zwrócił głowę w kierunku walczących. W istocie dźwięki bitwy powoli cichły, tak że dało się słyszeć już jedynie marsz i śpiew danskich wojowników. Huddyci przerwali natarcie na trzymających szyk legionistów; dziesiątki tysięcy znalazły się między młotem Dansków a kowadłem Sabinów.
- Ma rację - ośmielił się szepnąć do Leonida Jai.
Nie wszyscy rzucili broń, lecz Huddyci musieli zrozumieć, że ostatni chwalebny bastion właśnie padł. Czekała ich już albo rzeź, albo kapitulacja i praca na rzecz cesarstwa do końca swoich dni. Cesarski kodeks zezwalał na branie jeńców na niewolnych.
Nawet z daleka Jai widział kobiety i mężczyzn padających na kolana w błagalnym geście. Kilka setek nadal stawiało opór, szarpiąc klęczących i próbując ich przekonać, by wstali. Ta garstka będzie pewnie walczyła aż do gorzkiego końca, ale reszta mogła zostać oszczędzona i przeżyć jako niewolni. O ile to w ogóle było życie.
Konstantyn odchrząknął i podniósł się z tronu. Podszedł do Ivara; niski, korpulentny mężczyzna podniósł głowę, by spojrzeć na mierzącego sześć stóp, zaprawionego w bojach króla. Aż do teraz ci dwaj byli rywalami. Można by nawet powiedzieć wrogami, choć rzadko kiedy dochodziło między nimi do bezpośrednich starć.
Wtedy Konstantyn rozłożył ramiona i uścisnął Ivara.
- A więc: błogosławiona łaska! - ogłosił, odsuwając się. - By uczcić unię między naszymi dwiema wielkimi dynastiami! Łaska!
Leonid mruknął z aprobatą i przyciągnął do siebie Jaia.
- Miej oko na Dansków - syknął mu do ucha. - Przymierze nie zostało jeszcze przypieczętowane.
Rozdział 3
Jazda Kaszmirowym Szlakiem w starym powozie cesarza upłynęła im w rytmie trzasków bicza i ubijania poduszek. Ku rozczarowaniu Jaia Leonid nie pozwolił odsłonić zasłon, więc chłopak musiał gapić się na chrapiącego starca, który przespał trwającą dwa dni podróż powrotną do Lacjum.
Jai tęsknił za swoimi książkami. Za prawdziwym jedzeniem, a nie tą rzadką, ale łatwą do przyswojenia papką, którą Leonid żywił się w trakcie wyprawy i którą Jai również musiał jeść. Ale przede wszystkim tęsknił za widokiem tego, co na zewnątrz.
Niemal całe życie spędził na dworze Sabinów. W ciągu przeszło dekady, od kiedy tam przybył, w zasadzie nie opuszczał terenów cesarskiego pałacu. Czuł się jak więzień. I w pewnym sensie nie odbiegało to od rzeczywistości.
Jai był bowiem zwykłym zakładnikiem.
Kiedy chłopak był jeszcze dzieckiem, jego ojciec, Rohan, król plemienia Kidara, zjednoczył inne ludy Wielkiego Stepu przeciwko Cesarstwu Sabinów. Rohan obwołał się Wielkim Chanem Ludu Stepu i na czele swych wojsk stawił opór wrogowi w krwawej kampanii, która zakończyła się patem i monumentalnymi stratami po obydwu stronach. Wszystko sprowadziło się do ostatniej bitwy. Bitwy, którą ojciec Jaia przegrał. Po schwytaniu Wielkiego Chana Leonid ściął go osobiście.
Rzecz w tym, że Leonid już wtedy był wiekowy, a wieloletnie wojny tylko go postarzyły. Znalazłszy się na skraju wyczerpania, w dniu egzekucji Rohana oddał koronę i władzę nad cesarstwem w ręce syna. Konstantyn natomiast nie wykazywał najmniejszej chęci, by najeżdżać ciągnące się, zdawałoby się w nieskończoność, trawiaste równiny; nie w obliczu niepokojów wybuchających na kolejnych podbitych przez cesarstwo ziemiach. Niepokojów zainspirowanych przykładem, który dał wszystkim ojciec Jaia.
I tak zawarto traktat pokojowy. Traktat, na mocy którego przywódcy plemion rokrocznie płacili Sabinom trybut, a jeńcy mieli pozostać w niewoli.
Przywódcy wysłali też swoje dzieci na dwór Sabinów, gdzie miały się wychowywać aż do ukończenia dwudziestego roku życia. Gdyby któreś z plemion naruszyło pokój lub odmówiło zapłaty daniny... ich potomkowie zostaliby zgładzeni.
Jako trzeci syn swojego ojca, urodzony w dodatku przez bezimienną kurtyzanę, Jai znaczył na dworze równie mało, co znaczyłby w domu. Podczas gdy jego dwóm starszym braciom okazywano choć krztynę szacunku - służyli księciu Tytusowi jako towarzysze i przewodnicy w trakcie polowań - Jaiowi przypadło w udziale wycieranie śliny z rzadkiej brody Leonida oraz inne, jeszcze bardziej nikczemne obowiązki. Jego przezwisko, "podsraluch", było podłe, lecz nie nietrafione.
Jego istnienie nie miało celu - zarówno na dworze, jak i na Wielkim Stepie. Był przypisem w annałach historii. I w ogóle mu to nie przeszkadzało. Chciał po prostu żyć spokojnie w miejscu, które mógłby nazwać domem... choć czasami zastanawiał się, czy miał w ogóle prawo nazywać Wielki Step swoją ojczyzną, skoro nawet go nie pamiętał.
- Daleko jeszcze?
Pytanie Leonida wyrwało chłopaka z zamyślenia. Starzec podniósł głowę, a Jai szybko podparł mu kark i podstawił do ust tykwę z wodą.
- Mam nadzieję, że nie - odpowiedział. - Gdybym wyjrzał na zewnątrz, pewnie mógłbym udzielić nieco dokładniejszej odpowiedzi.
Leonid podniósł wzrok, by przyjrzeć się badawczo twarzy Jaia. Czy dostrzegał ślady jego mieszanego pochodzenia? Bledsza skóra, którą odziedziczył po matce, odróżniała go od pozostałych mieszkańców stepu. A może Leonid widział po prostu Stepowca, takiego jak ojciec Jaia: czarne, obcięte do ramion włosy i orzechowe oczy? To bez wątpienia widzieli wszyscy inni.
Po chwili stary cesarz mruknięciem wyraził zgodę, a Jai, szczerząc się, delikatnie uchylił zasłonę, ostrożnie, by nie oślepić starca.
Przycisnął twarz do szyby i wpatrywał się w mijane wzgórza wznoszące się w sercu Cesarstwa Sabinów. Komuś innemu widok pewnie wydałby się nudny, bo poza polami gęsto obsianymi kłosami pszenicy, która chyliła się ku ziemi w popołudniowym słońcu, nie było tu zbyt wiele do oglądania. Ale Jai nigdy jeszcze nie widział czegoś takiego - czytał o tym jedynie w rozległej bibliotece Leonida lub zasłyszał we wspominkach starego. Zaczął się zastanawiać, jak bardzo jego rodzinne strony różniły się od tych wzgórz, i spróbował poszukać odpowiedzi w odmętach pamięci.
Jego wspomnienia z miejsca, z którego pochodził, były nieostre. Koniec końców miał zaledwie cztery lata - ledwo odstawiono go od piersi mamki - kiedy został odesłany. Ale pozostały mu przebłyski.
Mężczyźni i kobiety siedzący w kręgu, olejujący i zaplatający sobie nawzajem włosy. Jadło, które paliło w usta, ale jednocześnie rozgrzewało i dawało poczucie, że ŻYJE. I, najbardziej irytujące, zapachy, których nie potrafił nazwać, i smaki, którymi rozkoszował się jedynie we śnie.
Niewiele jak na księcia stepu.
Gdyby nie Balbir, którą wysłano, by opiekowała się nim i jego braćmi, mógłby nie wiedzieć o swoich pobratymcach kompletnie nic.
Ale nawet ją już od niego izolowano, od kiedy zaczęła pracować dla rodziny szlacheckiej mieszkającej w dzielnicy kupieckiej Lacjum. Podczas tych nielicznych okazji, kiedy Jaiowi wolno było opuścić pałac, dokładał wszelkich starań, by się z nią zobaczyć, jednak rzadko kiedy kobieta mogła zrobić coś więcej, niż tylko zamienić z nim kilka słów podczas czyszczenia frontowych schodów, zanim jej pani wezwała ją do środka.
- No i? - zapytał Leonid.
Jai westchnął i z powrotem opuścił zasłonę.
- Widzę jedynie pola.
Leonid pokiwał cierpko głową i poprawił się na poduszkach.
- Jesteśmy blisko - powiedział. - Miasto zawsze otaczały pola. W ten sposób można dostrzec napastników na długo przed tym, nim podejdą pod mury.
- Napastników? - zapytał Jai. - Tak daleko na południu?
Leonid zachichotał.
- Dawniej mieliśmy wielu wrogów. Rebelie, powstania. Wszystko to minęło. Teraz zostali jedynie Danskowie.
Jai przysunął się bliżej.
- Zostali? Nadal? Poprosiłeś mnie, bym ich dla ciebie obserwował. Dlaczego?
Leonid westchnął i przetarł oczy.
- Od dekad najeżdżali nasze wybrzeża i północne rubieże cesarstwa. Zapytaj mnie, Jai, dlaczego nie zmiażdżyłem ich jak reszty moich wrogów?
- To proste, przez smoki - odpowiedział Jai.
Śmiech Leonida przeszedł w suchy kaszel. Jai pomógł starcowi się wyprostować i rozmasowywał mu plecy, aż atak ustał.
Smoki. Nawet w takim miejscu jak Cesarstwo Sabinów, którego dzikie tereny zamieszkiwało wiele niebezpiecznych stworzeń, samo to słowo wzbudzało strach i podziw w tych, którzy je słyszeli. Wciąż krążyły legendy o czasach, kiedy drapieżniki te widywano na niebie w każdym zakątku świata. Teraz, gdy zostało ich zaledwie kilkadziesiąt, latały, gdzie chciały, ale wracały co roku, by rozmnożyć się w mroźnych górach Północnej Tundry i polować na narwale i foki żyjące w Srebrnych Morzach.
Leonid przestał trząść się od kaszlu i upił łyk wody.
- Smoki. Tfu! Danskowie chcieliby, żeby wszyscy tak myśleli - wychrypiał. - Ale nasza Gryfia Gwardia sprostałaby ich smokom, gdyby przyszło co do czego. Rzecz w liczebności, chłopcze. Mamy setkę lub więcej gryfów przeciwko kilkunastu smokom. Wyrównana walka.
Serce Jaia zabiło mocniej na myśl o osobistych protektorach cesarza, jeźdźcach dosiadających wielkich bestii. Gryfy były mniejsze i słabsze od smoków, to prawda, ale Leonid miał rację, było ich więcej - i wszystkie pozostawały związane z rycerzami z gwardii. Smoki, z tego, co wiedział, duszowiązały się jedynie z przedstawicielami wyższych sfer Królestwa Dansków.
- To dlaczego? - zapytał Jai.
Leonid naciągnął futro na nogi i się skrzywił, gdy coś strzyknęło mu w ramieniu od nagłego ruchu.
- Przez zimno - rzekł krótko. - Danskowie żyją na terenach, gdzie panuje niemal nieustanna zima, a ich królestwo obejmuje setki odległych od siebie wiosek. Nie wspominając o tym, że ich wojownicy słyną z zasadzek. Wystarczy posłuchać żołnierzy pełniących służbę na granicy. Wykrwawilibyśmy się i wyczerpalibyśmy wszelkie zapasy, by ich najechać, a potem własnym ciałem zapłacilibyśmy za to, by utrzymać panowanie. W imię czego? Jałowej ziemi, gdzie ledwo co rośnie? Tfu!
Poirytowany mężczyzna splunął ponownie.
Jak zwykle Jai słuchał uważnie, chłonąc tyle wiedzy, ile zdołał. Wciąż zdumiewało go, że Leonid zniżał się do rozmawiania z nim w taki sposób. Jeszcze bardziej jednak dziwiło go, że krewni Leonida wraz z całym sabińskim dworem ignorowali starca. Mężczyzna przeżył wszystkich swoich rówieśników. Oglądał blisko setkę żniw.
Syn Leonida, Konstantyn, prawie nie widywał się z ojcem; zamiast tego wolał hulać ze świtą klakierów. Tytusa może i fascynowało dziedzictwo starego cesarza, ale poszedł w ślady ojca i odwiedzał dziadka równie rzadko. Pałac był na tyle wielki, że członkowie rodziny cesarskiej mogli nie widywać się miesiącami.
- Czy aprobujesz to małżeństwo? - zapytał Jai. - Nie wiedziałem nawet, że coś takiego ma się wydarzyć.
Leonid zarechotał.
- Nikt nie zapytał mnie o zdanie, ale wiedziałem, że do tego dojdzie. Mój syn postąpił mądrze. Konstantyn to władca na czas pokoju, choć potrafi posunąć się do podstępu. Małżeństwo pozwoli nam wycofać legiony z północnego pogranicza, a to z kolei zasili nasz skarbiec. Ale najważniejsze, że kiedy syn Tytusa obejmie tron, Północna Tundra stanie się częścią imperium.
Jai pokiwał głową, choć znał starego na tyle długo, by wiedzieć, iż Leonid nie mówi mu całej prawdy. Dlatego postarał się, by pytanie zabrzmiało jak rzucone mimochodem.
- Ale nie wolno im ufać?
Leonid uniósł brew. Rozmowa nie przypominała tych, które zwykle prowadzili, bo byłego cesarza przeważnie interesowało wspominanie dni minionej chwały. Teraz jednak Jai zahaczył o kwestie polityki prowadzonej przez obecny dwór. Ale starzec w końcu przechylił głowę.
- Wylądowali na wybrzeżu w sile stu drakkarów, a ich armia przemaszerowała przez suwerenne terytorium. Gdyby Gryfia Gwardia nie zauważyła ich wcześniej i nie ostrzegła straży przybrzeżnej, by ich nie atakowano, zaraz po ich przybyciu mogłoby dojść do walki. Niezwykle lekkomyślne z ich strony, i to wszystko dla błahego pokazu siły. A lekkomyślny wróg, to wróg niebezpieczny. Nieprzewidywalny. Dlatego Rohan sprawiał mi tyle kłopotów.
Spostrzegł przygnębienie, które odmalowało się na twarzy Jaia na wspomnienie jego ojca, i odchrząknął. Nawet po dziesięciu latach nie podejmowali tego tematu.
Na szczęście walenie w dach przerwało niezręczną ciszę.
- Pięć minut! - dobiegł ich przytłumiony głos woźnicy.
Nie zważając na syknięcie Leonida, Jai ponownie odchylił zasłonę. Dla tego widoku był gotów narazić się na jego niezadowolenie. Po raz pierwszy zobaczył Lacjum od zewnątrz.
Nad równiną górowało gigantyczne wzniesienie, które po przeciwnej stronie zakończone było urwiskiem. Topograficzną anomalię przyćmiewał jednak rozległy marmurowy pałac zbudowany na zboczu, zdobiony kopułami z brązu i zigguratami. Między białymi budynkami zieleniły się ogrody wypoczynkowe, ale oczy Jaia przyciągała wysoka iglica, w której mieściła się siedziba Gryfiej Gwardii. Wypatrywał elitarnych wojowników cesarstwa lądujących na żerdziach, ale żadnego nie dostrzegł. Pewnie krążyli nad nimi, nie spuszczając z oka oddziałów Dansków, które maszerowały kilka mil za królewskim orszakiem.
- Napatrzyłeś się już? - warknął rozdrażniony Leonid.
Jai puścił materiał i w powozie znów zapanowała ciemność.
- Nie wiem, jak niby mam obserwować Dansków - wymamrotał Jai. - Prawie w ogóle nie wychodzisz z komnat.
Leonid zachichotał sucho.
- Tytus i jego narzeczona Erica wybierają się jutro rano na polowanie. Dołączę do nich... ty zresztą też.
Rozdział 4
Po przybyciu na miejsce Jai pospieszył z Leonidem przez pałac, wymijając służących, którzy krzątali się gorączkowo podczas przygotowań do nieplanowanej uczty z okazji przedterminowego przybycia Dansków. Mimo że mieli jeszcze całą noc i jutrzejszy dzień, musieli solidnie się przyłożyć, by zdążyć na czas.
Leonid cmokał niecierpliwie za każdym razem, kiedy Jai zatrzymywał fotel na kołach, by ominąć zabieganego kuchennego, aż w końcu dotarli przed ogromne drzwi prowadzące do komnaty Leonida.
Jai od razu pociągnął za sznur wiszący przy łóżku cesarza, by wezwać służbę z wiadrami gorącej wody. Przed pójściem spać starzec zażyczył sobie zmyć z siebie brudy podróży i mimo że zapadał już zmierzch, Jai musiał wykonać te same czynności co każdego ranka.
Każdego ranka bowiem starego trzeba było umyć, uczesać i ubrać, co oznaczało przygotowanie kąpieli, rozczesanie włosów i mozolny proces wybierania szat, na które Leonid łaskawie by się zgodził. Nieważne, że praktycznie w ogóle nie opuszczał własnych komnat i prawie nikt go nie odwiedzał.
Następnie Jai rozpalił w kominku trzaskający ogień. Często musiał doglądać go przez całą dobę - Leonid lubił, gdy było ciepło, bo przypominało mu to lata kampanii na tropikalnym południu, kiedy to zdobywał dla cesarstwa potężne połacie ziemi.
Przez lata noszenia drewna Jai nabrał sporej krzepy, choć dalej pozostawał szczupły. Tyle dobrego, bo inaczej już dawno by utył.
Na budowę jego sylwetki wpływ miało również nieustanne noszenie i przekładanie ksiąg - pokój Leonida dałoby się bowiem pomylić z biblioteką, gdyby nie gigantyczne łóżko na samym środku. Każdą ścianę wypełniały liczne tomy, a ulubionym zajęciem starca było siedzenie przy kominku i czytanie starych dzienników; często nanosił wtedy poprawki i dopisywał coś na marginesach.
I choć Jai nigdy by się do tego nie przyznał, było to również jedno z jego ulubionych zajęć. W komnacie zebrano historie żywota nie tylko Leonida, lecz wszystkich wielkich umysłów z dziejów wojskowości. Stanowiły one to, jak wyznał mu niegdyś Leonid, źródło jego sukcesu.
Wiele nocy upłynęło Jaiowi na fantazjowaniu, że prowadzi do walki własnych ludzi, a nawet jedzie na gryfie na ich czele. Sny na jawie potrafiły dawać szczęście, zwłaszcza gdy tkwiło się w zamknięciu czterech zakurzonych ścian. Podczas gdy jego ciało nie ruszało się z miejsca, jego umysł szybował, gdzie tylko zapragnął.
Większość zebranych w komnacie ksiąg Jai przeczytał co najmniej raz, ale jeden tekst pozostawał nietknięty i kurzył się na dolnej półce w kącie. Podniszczony dziennik z wojny, którą Leonid toczył z ojcem Jaia. Chłopak nie mógł się zmusić, by sięgnąć po rękopis.
Nie dlatego, że Jai żywił w stosunku do ojca jakąś szczególnie głęboką miłość - choć podobno Rohan był dobrym władcą, który kochał swoich ludzi i walczył honorowo. I tylko tym był w zasadzie dla swojego najmłodszego syna, bo ten nie pamiętał tak naprawdę, jak wyglądał jego ojciec. Po matce też zostało mu jedynie ulotne wspomnienie bladej twarzy kobiety, która gładziła go po włosach i nuciła kołysanki. Nawet Balbir nie wiedziała, co się z nią stało.
Nie, chodziło o wstyd. To na tych stronach krył się powód, dla którego mijający go na ulicy ludzie spluwali i przeklinali kolor jego skóry. Nie potrzebował specjalnego przypomnienia o rzekomej niższości własnego ludu - wystarczył fakt, że Stepowcy stanowili niemal połowę niewolnych w cesarstwie. Nie potrzebował też kolejnego powodu, by nienawidzić starego cesarza. I tak już wystarczająco trudno było mu służyć.
- Partyjka tablusa! - zawołał Leonid, klaszcząc w chude dłonie. - Do kąpieli.
Jai się skrzywił. To nie tak, że nie lubił tej gry. Wręcz przeciwnie - kiedy tylko wolno mu było opuścić pałac, zawsze zaglądał na plac miejski, by rozegrać kilka partyjek ze starszymi mężczyznami; większość z nich wygrywał.
Nie, tę grę akurat lubił. Miał po prostu dość przegrywania z Leonidem, którego jeszcze ani razu nie pokonał. Może i oczy mężczyzny zaszły mgłą, ale na pewno nie można było tego powiedzieć o jego umyśle.
Jai chciałby, żeby w pałacu znalazł się jeszcze ktoś, z kim mógłby zagrać. Ale niewielu służących w ogóle patrzyło mu w oczy, nie mówiąc już o zwykłej rozmowie. Jai był, i na zawsze miał już pozostać, dzikim kuriozum. Następcą tronu i sługą. Sabinem i Stepowcem. Wrogiem i sprzymierzeńcem. Zestawem sprzeczności, którego lepiej się wystrzegać. Jego pojawienie się oznaczało kłopoty i większość osób z pewnością doszła do wniosku, że przyjaźń z nim nie jest warta narażania się tym, którzy nienawidzili Ludu Stepu. Nie wybaczyli jeszcze napaści Rohana na ich przygraniczne miasteczka.
Westchnął - wszystko, o czym właśnie myślał, potwierdzili służący, którzy przytargawszy wiadra, napełnili wodą złoconą wannę, nawet nie patrząc mu w oczy.
- Dziękuję - powiedział Jai.
Ledwie zaszczyciwszy go spojrzeniem, zniknęli chwilę później, a Jai rozebrał Leonida i dźwignął jego kruche ciało z wózka prosto do parującej wody.
Starzec jęknął, a Jai rozłożył szachownicę na stołku obok wanny i wbił wzrok w bierki. Gra nie różniła się aż tak bardzo od bitwy, którą widzieli tamtego ranka. Pionki piechoty w pierwszym szeregu, konnica po bokach. A na tyłach bardziej użyteczne figury przedstawiające rzadkie bestie z krain, z których akurat pochodził zestaw. Ponieważ ten wykonano w cesarstwie, wśród figur znalazły się gryfy, czamrosze, mantykory i tak dalej. Jai wiedział, że w Północnej Tundrze na planszy pojawiały się niedźwiedzie jaskiniowe i smoki, podczas gdy jego własny lud używał mamutów i khiroi. Jednak niezależnie od stworzenia figury poruszały się w ten sam sposób.
- No dalej, pozwolę ci wykonać pierwszy ruch - sapnął Leonid, zsuwając się głębiej w parującą wodę.
Jai wzruszył ramionami i przestawił pierwszą bierkę. Jeden z częściej granych gambitów - próbne wyprowadzenie tarczownika. Leonidowi i tak się to nie spodobało, bo zacmokał pod nosem.
- Powiedz mi, Jai - zaczął Leonid, wysuwając gryfa na spotkanie legionisty. - Co powinni zrobić generałowie mojego syna w bitwie z Huddytami?
Jai nie musiał nawet zastanawiać się nad odpowiedzią. W trakcie długiej podróży miał sporo czasu, by to przemyśleć. Przeczytał wystarczająco wiele dzienników Leonida, by wiedzieć, że Huddyci podeszli do taktyki jak małe dzieci.
Chłopak przechylił głowę i wykonał ruch drugim legionistą, by bronić tego, któremu zagrażał gryf.
- Pozwolili wrogowi wybrać pole bitwy - rzekł Jai. - Zbocze dawało Huddytom przewagę wysokości, dzięki czemu ich przywódcy mieli pełny ogląd otoczenia.
- Otoczenie - wymamrotał Leonid. - Ważne słowo.
Starzec wykonał ruch po przekątnej kolejną figurą, tym razem czamroszem. Rzeźbiona, kościana figurka była idealną repliką prawdziwej bestii, skrzydlatego psa o głowie sokoła. To z tymi stworzeniami wiązali się wojownicy adepci, giermkowie z Gryfiej Gwardii. Jai od razu zauważył swój błąd - jego dwaj legioniści zostali odsłonięci i okrążeni na planszy. Faktycznie - otoczeni.
- Jak wygrywa się bitwy? - zapytał leniwie Leonid.
- Bitwę wygrywa się nie wtedy, kiedy ostatni wróg padnie martwy, lecz kiedy pierwszy zostanie rozgromiony - powtórzył Jai maksymę cesarza, którą ten przez lata wbijał młodemu słudze do głowy.
Uśmiechając się ironicznie, chłopak wycofał najbardziej wysuniętego legionistę, by schować go za tym pierwszym. Leonid zawsze był agresywnym graczem, a defensywne pozycje Jaia przeważnie krótko opierały się atakom starego.
- Walczyłem w bitwach, w których wróg rzucał się do ucieczki, zanim stracił choćby jednego żołnierza. Bitwa to nie maszynka do mielenia mięsa, niezależnie od tego, co się wydaje mojemu synowi. Co powinien dziś zrobić, Jai?
Chłopak ostrożnie dobierał słowa. Leonid bowiem - na swój srogi, cesarski sposób - kochał syna.
- Panie, pojedynczy legion mógł wydać się za mało liczny, przez co przeciwnik uwierzył, że ma szansę. Trzy przekonałyby go o daremności oporu i zmusiły do kapitulacji.
Nie dodał, że kapitulacja pozwoliłaby pojmać większą liczbę niewolnych, choć bez wątpienia był to jeden z powodów, dla których Konstantyn w ogóle uganiał się za zgrają Huddytów. Po tym, jak należące do Huddytów rozległe tereny uprawne znalazły się pod cesarskim panowaniem, Sabini potrzebowali kolejnych rąk do pracy.
Leonid podniósł chudy palec.
- I co jeszcze?
Chłopak namyślił się przez chwilę.
- Przyparci do morza, nie mieli dokąd uciec. Została im więc albo walka na śmierć i życie, albo poddanie się. Za to gdyby dać im drogę ucieczki...
Leonid wszedł mu w słowo.
- Bitwę wygrywa się w sercu prostego wojaka - rzekł. - Własnego żołnierza musisz przekonać, że lepiej walczyć, niż uciekać, a przeciwnika, że jest dokładnie odwrotnie. Nigdy nie zastawiaj pułapki, nie pozostawiając drugiej stronie drogi odwrotu. Zabiliśmy lub schwytaliśmy więcej wrogich wojowników w trakcie odwrotów niż w jakiejkolwiek bitwie.
Leonid wykonał ruch kawalerzystą, nie zostawiwszy Jaiowi innego wyboru, niż tylko znów cofnąć legionistę. Już na tym etapie plansza prezentowała się katastrofalnie. Leonid wyprowadził kilka najsilniejszych figur, grożąc szeregom przeciwnika. W tym samym czasie Jai cofnął się w zasadzie do punktu wyjścia, a na szachownicy został mu jeden jedyny legionista.
- Twój ojciec - mruknął Leonid, bijąc osamotnionego piona gryfem - doskonale zdawał sobie z tego sprawę. To przeciwko niemu poniosłem pierwszą prawdziwą porażkę.
Jai zmarszczył czoło. Po raz drugi tego dnia Leonid wspomniał jego ojca, czyli już dwukrotnie więcej niż przez ostatni rok. Najwyraźniej coś nie dawało staremu spokoju.
- Aha? - wykrztusił Jai, nie chcąc zdradzić, że coś ścisnęło go za gardło.
Leonid studiował planszę, podbródek wbił sobie w szyję.
- Przechytrzył mnie podczas naszego pierwszego starcia. Posłał armię naprzód, a po kilku minutach kazał im uciekać w udawanej panice. Moi ludzie złamali szyk, rzucili się w pogoń, kawaleria wysforowała się przed piechotę, by ich dopaść... a wtedy przeciwnik się przegrupował. Zawrócili i przypuścili frontalny atak. Doskonały szyk olbrzymich khiroi stratował moją rozpierzchniętą konnicę, jak gdyby była niczym. Jedyne, co mogłem zrobić, to zawrócić niedobitków piechoty i wycofać się do obozu. Armia twojego ojca wyrżnęła tamtego dnia więcej Sabinów niż którykolwiek wróg przez całe moje życie.
Chłopak wpatrywał się w Leonida. Słyszał o tej bitwie. Nie było chyba nikogo, kto by o niej nie słyszał. Ale to, w jaki sposób ojciec Jaia pokonał Leonida, zostało przykryte podłą plotką o zdradzie, by ocalić twarz Sabinów.
Jai poczuł coś, co czuł rzadko, zwłaszcza gdy chodziło o jego rodzinę i lud. Dumę.
Zorientował się, że się uśmiecha, i przywołał na twarz powagę. Jeśli Leonid zauważył zmianę nastroju chłopaka, nie dał tego po sobie poznać. Zamiast tego zamilkł i z namysłem przyglądał się planszy. Pociągnął nosem.
- Cztery, może pięć ruchów i po tobie.
Leonid kiwnął głową w stronę figurki cesarza - uderzająco podobnej do młodego Konstantyna - zajmującej centralną pozycję w formacji Jaia. Chłopak przewrócił ją posłusznie, uznając swą porażkę.
Starzec pociągnął nosem jeszcze raz i jednym machnięciem sękatej dłoni zrzucił bierki na podłogę.
- Jesteś zbyt bojaźliwy. Zbyt wystraszony, by popełnić błąd, by podjąć ryzyko. Jesteś synem swojego ojca. Okaż to.
Rozdział 5
Jai leżał na plecach, nasłuchując porannych okrzyków pawi spacerujących po ogrodach. W komnacie panowała ciemność, bo nie było w niej okna. W zasadzie trudno było mówić o komnacie - w rzeczywistości spał w garderobie, którą przerobiono na coś w rodzaju sypialki, kiedy chłopak rozpoczął służbę u byłego cesarza. Znajdował się w rogu pokoju Leonida, żeby starzec mógł wezwać Jaia o każdej porze, gdy tylko czegoś potrzebował.
Dziś miało jednak wyglądać inaczej. Nie był to dzień czesania ani spisywania tego, co podyktował Leonid, dzień skrzypiącego pióra i wysychającego atramentu. Nie był to też dzień głośnego czytania ksiąg ani masowania obolałych pleców starego.
Dziś... miał polować.
A raczej przyglądać się polowaniu, wnosząc po zaproszeniu, które Leonid otrzymał wczoraj wieczorem. Chłopak miał nadzieję, że chodziło tylko o polowanie - jazda konna zawsze go stresowała.
Z jakiegoś powodu na zaproszeniu znalazło się także imię Jaia. Być może chodziło o to, by wyjść na bardziej gościnnych przed Danskami, którzy mogli nie zgadzać się z sabińską polityką trzymania dzieci pokonanych wrogów jako zakładników i sami nie uznawali niewolnych.
Tak czy inaczej, Jai nie posiadał się z radości, że znów będzie mógł opuścić mury Lacjum. I to praktycznie dzień po dniu - rzadka gratka, od której serce biło mu szybciej.
W zasadzie miał zobaczyć obrzeża miasta po raz pierwszy od dzieciństwa, kiedy Balbir wciąż jeszcze mogła zabierać jego i jego braci za mury; to wtedy uczyła go stepowych nazw i zastosowań rosnących tam roślin.
Balbir. Serce ścisnęło mu się lekko na myśl o jej zmęczonej twarzy i łagodnych brązowych oczach. Minęło tyle lat, od kiedy zamienił z nią więcej niż kilka słów. Kobieta wciąż się zaharowywała. Powinien wkrótce ją odwiedzić. Upewnić się, że nic jej nie jest.
A kiedy osiągnie pełnoletność... zabierze ją ze sobą do domu. To... na to właśnie czekał. Wreszcie skończy się jej katorżnicza służba, a w trakcie długiej podróży do domu opowie mu, jak być Stepowcem. Nauczy go ich zwyczajów, żeby nie był tam obcy, tak jak tutaj zaraz po przybyciu.
Będą żyli z owoców ziemi, ciepło przyjęci przez własne plemię. Znajdzie sobie żonę i zajęcie. Być może w końcu poczuje się mile widziany. Jak u siebie.
Jai westchnął i zmusił się, żeby wstać.
Zwykle, gdy krzątał się po pokrytej kurzem komnacie, Jai wkładał stare szaty Leonida, ale nie były one stosowne do okazji. Nie nadawał się też codzienny uniform chłopców kuchennych, który nosił, gdy wychodził po sprawunki.
Gdzieś w tym bałaganie kurzył się ceremonialny strój pałacowego sługi. Znalazł go pod pryczą, otrzepał i się przebrał. Skrzywił się - szata okazała się za mała; za krótkie nogawki i rękawy, za ciasna w piersi. Trudno.
W popękanym lustrze obejrzał swoje zmęczone podróżą odbicie, po tym, jak wyszorował twarz namydloną szczotką i zmoczył gęste ciemne włosy w zimnej wodzie. Starą brzytwą, naostrzoną na kamieniach brukowych, zeskrobał lichy wąs sypiący się nad wargą. Żałował tylko, że nie może nic zrobić z ciemnymi kręgami pod lekko zapadniętymi oczami.
Mógł być przynajmniej wdzięczny za ostre kości policzkowe, które musiał odziedziczyć po matce, i mocną szczękę po ojcu. Kolor skóry, ciemniejszy niż oliwkowa cera Sabinów, ale jaśniejszy niż brązy Ludu Stepu, zawdzięczał obojgu rodzicom. Wiedział o matce tylko tyle, że miała jasną karnację. Nawet Balbir nigdy jej nie poznała, choć widziała ją z daleka.
Tego dnia bardziej niż zwykle przejmował się swoim wyglądem - i to nie tylko z powodu oficjalnej sytuacji; okazje do wyjścia w ogóle nadarzały mu się dość rzadko. Choć za nic nie chciał się do tego przyznać, chodziło również o towarzystwo Eriki. Latającej na smoku księżniczki Północnej Tundry.
Mimo że nie wiedział, jak ona wygląda, odwaga, jaką wykazała się w trakcie rozmowy z Sabinami, wystarczyła, by go do siebie przekonać.
Podobnie jak on miała zostać wrzucona na dwór Sabinów, z dala od swej ojczyzny, w imię pokoju. Jej pobyt tutaj zapowiadał się prawdopodobnie dużo wygodniej niż Jaia, to prawda, ale z jakiegoś powodu odniósł wrażenie, że dziewczyny nie interesują pałacowe plotki oraz intrygi. Wyglądała na kobietę czynu, szybującą na wietrze.
Szkoda, że nie mógł powiedzieć tego samego o sobie. Choć fantazjował o tym, że któregoś dnia mógłby duszozwiązać się z gryfem, a może nawet wstąpić do Gryfiej Gwardii, nie był ani stworzony do takich przygód, ani zapewne zdolny do związania się z niczym poza muchą.
Będzie musiało mu wystarczyć czytanie o dokonaniach Leonida w zaciszu jego komnaty.
- Chłopcze, jeśli nie zobaczę cię tu w ciągu dziesięciu sekund, moja szpicruta znajdzie nowe zastosowanie.
Głos Leonida sprawił, że chłopak momentalnie oderwał się od lustra. Gdy wyszedł na zewnątrz, zastał byłego cesarza na fotelu, szarpiącego się z mundurem galowym, który Jai przygotował poprzedniego wieczoru.
- Wątpię, byś miał dzisiaj jeździć, panie - przywitał go Jai. - Czy nie wspominałeś, że twoja... twoje siedzenie... nie znosi tego za dobrze?
Leonid posłał mu spojrzenie, które jasno dało chłopakowi do zrozumienia, że pośladki byłego cesarza nie zaliczały się do akceptowalnych tematów porannych pogawędek.
Po kilku minutach Jai prowadził fotel na kołach korytarzem biegnącym wzdłuż dziedzińca pałacu cesarskiego. Z przejścia mało kto korzystał poza Jaiem i od czasu do czasu Leonidem. Mężczyzna na stare lata stał się odludkiem i rzadko opuszczał swoje komnaty.
W pałacu panowała inna atmosfera niż na co dzień. Wszyscy krzątali się w oczekiwaniu na ucztę, to prawda, ale to nie wszystko. Nie wszystko... chodziło też o legionistów strzegących każdego przejścia i tych maszerujących tam i z powrotem po rozciągającym się w dole dziedzińcu. Służący w pałacu żołnierze mieli na sobie mundury galowe, peleryny, ozdobne frędzle i hełmy z końskimi grzywami, ale ostrza, które nosili, pozostawały tak samo zabójcze jak zawsze. Dziwne jednak, że niektórzy z nich byli uzbrojeni w paskudnie wyglądające kusze, które nie wchodziły w skład typowego uzbrojenia legionisty.
- Pokaz siły - mruknął Leonid, kiwając głową mijanym strażnikom. - Na wypadek, gdyby ślub okazał się jedynie podstępem mającym wywabić naszą armię ze stolicy.
Biorąc pod uwagę, że wojska Dansków oddzielał od pałacu cały legion, wydawało się to zbyteczne. Ale Jai doszedł do wniosku, że skoro Danskowie dali popis siły w dniu bitwy, Konstantyn postanowił zapewne odpowiedzieć w dwójnasób. Albo i trójnasób.
Gdy zbliżali się do wejścia do pałacu, minęło ich dwoje służących niosących dużą grafitową amforę. Żadne z nich nie spojrzało na Jaia. Chłopak rozpoznał Avę - służkę o dużych oczach, która pewnego wieczoru, po dożynkach, przycisnęła go do ściany i sięgnęła między jego nogi. Ze śmiechem zaprowadziła go daleko od sali biesiadnej i zaciągnęła w ciemny kąt, gdzie przeżył pierwszy pocałunek. Nadal pamiętał jej oddech obok swojego ucha, smak wina na jej ustach i westchnienia pełne satysfakcji. Ale kiedy ktoś zawołał ją do kuchni, zniknęła szybko, uśmiechając się przez ramię.
Spróbował pochwycić spojrzenie Avy. Wszystko wydarzyło się kilka miesięcy temu. Szukał sposobności, by z nią porozmawiać, przekazać coś lub sprawić, by na niego popatrzyła. Zamiast tego dziewczyna odwróciła wzrok i z szacunkiem ukłoniła się starcowi.
Jai przełknął rozczarowanie, akurat kiedy dotarli do frontowych schodów; tam sprowadził fotel po długiej rampie, którą wykuto specjalnie dla Leonida.
Omiótł wzrokiem rozpościerający się poniżej dziedziniec, gdzie czekało pół tuzina zaprzęgniętych w konie powozów. Zobaczył zarówno Dansków, jak i Sabinów - obydwie grupy ostentacyjnie się unikały.
Dziwnie patrzyło się na jaskrawe stroje sabińskiej służby i arystokracji, kontrastujące z tym, co nosili przybysze z północy. Nawet zwykły cesarski podkuchenny wyglądał na lepiej odzianego, gdy popatrzyło się na szare, białe i płowe barwy dominujące wśród Dansków. Wyglądało na to, że ubierali się wyłącznie w szorstkie lniane tkaniny, futra i skóry, choć jednocześnie eksponowali biżuterię.
Nie były to jednak subtelne aplikacje i szlifowane klejnoty, zdobiące palce Sabinów. Na danskich piersiach i szyjach lśniły proste, znaczone runami broszki i poskręcane torkwesy. Nawet Ivar, górujący ponad tłumem, wyglądał bardziej na dzikiego pustelnika-czarodzieja siłą wyciągniętego z puszczy niż króla władającego niepodbitą krainą.
Na widok Leonida kilku służących pospieszyło naprzód, podniosło fotel, jakby stary nic nie ważył, i zaniosło go do stojącego na czele powozu, gdzie - jak przypuszczał Jai - na cesarza czekali Konstantyn i Tytus.
Chłopak stanął nieruchomo, nieco zagubiony. Dopiero kiedy rozległ się dźwięk trąbki i czekający rywale zaczęli wsiadać do powozów, dotarło do niego, że zaraz go zostawią.
Woźnice już poganiali konie trzaskiem biczów i jedyne, co Jai mógł zrobić, to wskoczyć na stopień ostatniego z danskich pojazdów, zanim ten popędził główną aleją przecinającą miasto.
Odetchnął, rozkoszując się otwartym niebem i zgiełkiem tętniących życiem ulic. Wychylił się zza powozu; bruk przemykał pod nim, a wiatr owiewał twarz. Słońce świeciło jasno i wysoko; wyglądało na to, że tego dnia jego obowiązki względem Leonida przejmą służący Konstantyna. Wyszczerzył się, mimo że skrzywieni Danskowie przyglądali się zza szyb dziwnemu pasażerowi na gapę.
Jai pomachał i wspiął się na kozła, by usiąść obok równie skrzywionego woźnicy. Świeże powietrze nigdy nie smakowało tak słodko.
Rozdział 6
Przez większość drogi Jai zbierał się na odwagę, by przedstawić się woźnicy, który jakoś pogodził się z faktem, że ktoś do niego dołączył. Okazało się jednak, że ledwie orszak wyjechał poza miejskie mury, a pierwsze pojazdy już się zaczęły zatrzymywać. Ujechali niecałą milę.
Miejsce, do którego zmierzali, znajdowało się na tyle blisko, że rozstawiono już namioty z napitkami oraz długie proste stoły z zimnymi przekąskami.
Na ten widok Jaiowi zaburczało w brzuchu, ponieważ przez cały ranek nic nie jadł, a słońce świeciło już wysoko. Zapomniał jednak o jedzeniu, gdy zobaczył swych braci wyskakujących z powozów i zaśmiewających się z jakiegoś żartu Tytusa.
Młody następca tronu miał na sobie cesarski pancerz, choć nigdy nie brał udziału w żadnej bitwie. Z tego, co mówiono, wynikało, że był wyśmienitym szermierzem, szkolonym przez najlepszych z najlepszych; brał nawet udział w turniejach szermierczych w Koloseum wzniesionym w Lacjum. Ale nawet Jai wiedział, że mięśnie wyrzeźbione na ozdobnym napierśniku, który włożył Tytus, w rzeczywistości nie istniały.
Bracia Jaia od lat nie nosili już strojów służących i tego dnia obydwaj mieli na sobie lekkie myśliwskie bryczesy uszyte z farbowanego na zielono moleskinu. Ich spojrzenia zdawały się go omijać, nawet kiedy Jai im pomachał.
- Arjun! - zawołał więc. - Samar!
Zaskoczony Arjun podniósł wzrok i jak zwykle na widok twarzy brata Jai poczuł przypływ ciepła oraz krótkie, nieprzyjemne ukłucie zazdrości. Jeśli wierzyć opowieściom, Arjun pod każdym względem był synem Rohana. Wysoki, przystojny, oczywisty następca tronu; wkrótce miał wrócić na Wielki Step, by objąć we władanie plemię ojca. Nawet pochlebcy Tytusa zazdrościli Arjunowi długich ciemnych rzęs i wyrzeźbionej szczęki.
Pomimo bycia "dzikusem" jego popularność pośród młodych dam z wyższych sfer była powszechnie znana - odrobina egzotyki, zanim ustatkują się z mężami zaaprobowanymi przez rodziców.
Mimo to Arjuna trudno było nienawidzić. Choć brzemię przyszłej władzy ciążyło mu na barkach, wychodził mu naprzeciw, zamiast się od niego migać. Równoważył tę presję łagodnym usposobieniem i po bratersku, czule drażnił się z Jaiem przez te krótkie chwile, które spędzali razem każdego roku.
- Jai? - wykrzyknął Samar, który w paru susach zrównał się z Arjunem; uśmiech rozświetlił jego okrągłą twarz. - Co ty tu robisz? Tak dawno się nie widzieliśmy!
Samar był delikatniejszy od starszego brata, zarówno na duszy, jak i na ciele. Milczący, nawet w porównaniu z Jaiem, i być może nieco mniej lotny. Ale ten brak gwałtowności nadrabiał niewinną, wyrozumiałą naturą, dzięki której trudno było mu się oprzeć.
Jai kochał i podziwiał obydwu swych braci. Zastanawiał się, czy gdyby Leonid nie był takim odludkiem, to czy sam potrafiłby im dorównać?
- Zapolujemy dzisiaj? - zapytał Jai, wkładając w to tyle brawury, na ile było go stać.
Arjun przejrzał go natychmiast, postąpił naprzód i zamknął go w niedźwiedzim uścisku. Jai zdołał wystawić głowę ponad ramię brata.
- No, czyli stary w końcu wypuścił cię z tej swojej groty - zaśmiał się Arjun, klepiąc Jaia po plecach. - Pojedziesz dzisiaj z nami. Dopilnuję tego.
Jai uśmiechnął się niepewnie, zerkając na osiodłane konie, uwiązane do gałęzi okolicznych drzew. Jego strach przed tymi wielkimi zwierzętami zawstydzał go i w tym momencie znów przeklął swoją słabość. Jak mógł w ogóle śnić o lataniu na gryfie w trakcie bitwy, skoro nie mógł się nawet zdobyć na odwagę, by dosiąść konia?
Zepchnął wstyd na dno umysłu, by napatrzeć się na okolicę. Cesarstwo wolało poskramiać dziką przyrodę, niż ją zachowywać. Tereny łowieckie, które Leonid objął ochroną jeszcze przed przyjściem Konstantyna na świat, stanowiły wyjątek.
Dziwne było to miejsce - swego rodzaju sawanna porośnięta żółtą trawą i rozsianymi gdzieniegdzie kępami drzew. W oddali na horyzoncie majaczyły stada zwierząt, a Jai zaczął się zastanawiać nad sprowadzaną tu i odławianą menażerią. O większości żyjących tu stworzeń do tej pory jedynie czytał.
Kontrast między terenami łowieckimi a niekończącymi się monotonnymi polami pszenicy i kukurydzy był niesamowity. Tak właśnie wyglądała niegdyś zachodnia część cesarstwa, zanim Sabinowie zamienili ją w spichlerz świata. Po pozbyciu się Huddytów weszli w posiadanie rezerw ziarna, które karmiło zachłanne Cesarstwo Feniksa położone na dalekim wschodzie. Oczywiście Sabinowie mieli teraz wystarczająco dużo huddyckich jeńców, by uzupełnić zastępy pracujących na nich niewolnych - ponieważ ci, którzy zostali wchłonięci przez cesarstwo po Wojnie Stepowej, coraz bardziej się starzeli. To zresztą, jak głosiły plotki, stanowiło też prawdziwy powód wojny. Oficjalne wyjaśnienie było bowiem tak nieprzekonujące, że większość ludzi nawet go nie pamiętała.
Jai, wstrzymując oddech, obserwował, jak człowiek, który zorganizował to wszystko, Konstantyn, wysiadł z wozu, pchając przed sobą fotel ojca. Na dosłownie ułamek chwili Jai pochwycił wzrokiem zaczerwienione oko Leonida, a były cesarz skinął niedostrzegalnie głową. Chłopak był wolny na resztę dnia. Nawet jeśli tylko po to, by szpiegować Dansków w trakcie polowania.
- To wszystko jest takie niesamowite, prawda? - mruknął cicho Samar. - Widziałeś...
Urwał z otwartymi ustami i szturchnął Jaia, kiedy odziana w futro Danska wysiadła z pobliskiego powozu, osłaniając oczy przed słońcem. Była to - o ile Jai się nie mylił - służka Eriki, bo pospieszyła, żeby stanąć u boku księżniczki, kiedy ta tylko postawiła stopę na ziemi.
Raz jeszcze Jai wbrew sobie zapatrzył się na księżniczkę, kiedy przyboczna pomagała jej dosiąść konia. Odziana w gronostaje i koronkę, nie pasowała do zgrai okrytych skórami myśliwych. Nieruchoma jak biała skała w błotnistym strumieniu.
Jai mógł ocenić niewiele poza jej postawą, ponieważ woalka wciąż skrywała oblicze następczyni tronu. Siedziała prosto i pogłaskała konia między uszami, najwyraźniej spokojna pomimo całego tego zgiełku.
Chłopak zorientował się nagle, że z powodu zasłoniętej twarzy księżniczki zaczął przyglądać się jej przybocznej. Wtedy zrozumiał, co tak ujęło jego brata - była jedną z młodszych kobiet w towarzystwie myśliwych i nosiła długie jasne włosy, które były równie rzadkim widokiem w Lacjum, co wśród wolnych Stepowców. Ale to nie wszystko.
Była Danską z krwi i kości. Północ odznaczała się w jej sposobie poruszania się, tym pewnym siebie kroku, który wydawał się niemal teatralny. Od lodu w oczach, aż po piegi od słońca rozsypane po bladych, muśniętych różem policzkach - wszystko świadczyło o tym, że pochodzi z Królestwa Dansków.
Nie miała nic wspólnego z delikatną, kwiecistą i wypielęgnowaną urodą wymalowanych arystokratek z sabińskiego dworu ani serdecznym urokiem tych nielicznych służek, które pracowały w pałacu. To było surowe, ostre piękno, które przykuło wzrok Jaia na dłużej, niż chciałby przyznać. Musiał też dać kuksańca Samarowi, by ten przestał się gapić.
- Czy to tutaj zawsze polujecie? - zapytał Jai, wyrzucając twarz dziewczyny z głowy. - Opowiadaliście o tych terenach tyle razy, że mam wrażenie, jakbym już tu był.
Arjun odpowiedział uśmiechem i kląsknął językiem cicho, kiedy służący przyprowadził mu konia. Czarną klacz, której dzikie oczy sprawiły, że Jai cofnął się o krok. Arjun wskoczył na siodło i wyciągnął rękę.
- Jedź ze mną. - Brat kiwnął głową przez ramię, wskazując tył siodła. - Tytus przywoził nas tu dwa razy w tygodniu, od kiedy... od kiedy pamiętam. Miło będzie zobaczyć to miejsce po raz pierwszy twoimi oczami.
- A niech wam ktoś wydłubie te barbarzyńskie ślepia! - odezwał się głos. - Nie dzisiaj, podsraluchu.
Jai odwrócił się i zobaczył niemile widzianą twarz wpatrzoną w niego pośród plątaniny zabieganych służących i wierzgających koni. Corinth przedzierał się już przez tłum.
To właśnie jego Jai zastąpił ponad dekadę temu. W rzeczywistości to Corinth pokazał chłopakowi pierwsze litery, lecz od tego czasu Leonid nauczył go o wiele więcej, ponieważ Jai znał już podstawy.
Choć za wieloletnią służbę nagrodzono go awansem na jednego z drogich Konstantynowi osobistych służących, to wciąż proszono go, by opiekował się Leonidem, kiedy Jai akurat zaniemógł. Przy tych nielicznych okazjach, które przypominały mu o poprzedniej funkcji, Corinth zawsze obwiniał Jaia.
- Ty sobie pojedziesz, a ja już dobrze wiem, kto będzie musiał tyrać przy starym - gderał Corinth, a jego buldogowata twarz poczerwieniała. - Odsłużyłem już swoje, ty...
- No proszę, Corinth - przerwał mu cichy głos. - Czyżbyś nie wspominał czule kąpieli z moim dziadkiem?
Strach chwycił Jaia za serce, ale było to nic w porównaniu z tym, co odmalowało się na twarzy Corintha. Mężczyzna zakołysał się jak opętany i zaczął jąkać bełkotliwe przeprosiny, aż w końcu Tytus uciszył go zniecierpliwionym cmoknięciem.
Książę odwrócił się powoli i otaksował Jaia wzrokiem, po czym skinął głową w kierunku czarnej klaczy. Chłopak bał się księcia dużo bardziej niż konia, więc po chwili wspiął się niezręcznie na grzbiet wierzchowca. Złapał Arjuna w pasie i nagle uświadomił sobie, że nieumyślnie zwrócił się plecami do następcy tronu.
Wykręcił się w siodle tak gwałtownie, że coś trzasnęło mu w kręgosłupie.
- Nie zapomnę przysługi, jaką mi wyświadczyłeś, pozwalając Jaiowi jechać z nami - rzekł Arjun, obracając konia delikatnym ruchem wodzy i schylając głowę w podziękowaniu.
- Ależ skądże, Arjunie - oznajmił Tytus, zbywając podziękowania machnięciem ręki. - Przecież... twój brat został oficjalnie zaproszony, czyż nie?
I wtedy, ku zdziwieniu Jaia, książę mrugnął do niego, po czym ruszył kłusem, pogoniwszy konia.
Co z tego, że Tytus zapomniał, jak Jai ma na imię, zaraz po tym, jak je usłyszał. Przez całe życie chłopak zamienił może kilka słów z przyszłym władcą, i to zawsze jako ktoś schowany za Arjunem i Samarem. Poczuł blask, który towarzyszył byciu rozpoznawanym. Uczucie było... przyjemne.
Być może wraz z przybyciem Dansków pozycja jego rodziny na dworze miała ulec poprawie. Czy to możliwe, by pokój i przebaczenie były w dzisiejszym rozkładzie dnia?
Albo Arjun odebrał przysługę, by wyciągnąć Jaia z komnaty Leonida, tak jak często to robił.
Dwaj starsi synowie Rohana towarzyszyli Tytusowi w polowaniach niemal tak długo, jak Jai chodził po świecie; byli też służącymi księcia, gdy tylko opuszczał teren pałacu.
Arjun był w rzeczywistości ulubionym sługą Tytusa; młodemu Stepowcowi, dzięki mieszaninie pokory i pochlebstwa, jakimś cudem udawało się uspokajać częste ataki szału młodego następcy tronu. Zdołał przekonać Tytusa, by pozwolił jeszcze jednemu z braci towarzyszyć mu w roli przewodnika. Jai nie miał mu tego za złe, choćby z powodu swego strachu przed jazdą konną. A Samar był zbyt delikatny, by znieść to, co znosił Jai.
To właśnie pozycja Arjuna jako zakładnika sprawiała, że był tak blisko z księciem. Tytus słynął z napadów zazdrosnego gniewu, ale wyglądało na to, że trudno było mu zazdrościć komuś tak wyraźnie gorszemu od niego. Resztę załatwiały skromność i urok Arjuna.
Jaiowi zawsze się wydawało, że wygląd brata ściągnie na niego książęcą wściekłość, albowiem - mimo że jasnowłosy i niebieskooki książę cieszył się reputacją pełnego werwy kochanka - szczękę miał wybitnie słabo zarysowaną. Na szczęście następca tronu uważał wszystkich mieszkańców stepu za brzydkich z natury.
Koń poruszył się pod pośladkami Jaia, a Samar uśmiechnął się obok, gdy sam wsiadał na własnego, mniejszego kucyka.
- Trzymaj - powiedział Arjun, podając do tyłu zawiniątko. - Od świtu szykowaliśmy się do polowania. Lepiej teraz wrzucić coś na ruszt.
Jai odsunął się w siodle i odwinął materiał, pod którym znalazł nóż, bochenek chleba oraz ser. Ukroił im po kawałku i we trzech siedzieli na koniach pośród zgiełku, przeżuwając skromną strawę.
Chyba nigdy nie czuł się tak szczęśliwy jak w tej chwili.
- Może zostaniesz na noc, Jai? - zapytał Samar. - Tęskniliśmy za tobą.
Najmłodszy z braci nie zdążył jednak odpowiedzieć, ponieważ służący zadął w róg. Czarna klacz wyrwała do przodu, spięta przez Arjuna, i nagle świat przeszedł w smugę wiatru i rozmazanej sawanny. Polowanie właśnie się zaczynało.
Rozdział 7
Nie ujechali daleko. Ku zaskoczeniu Jaia, gdy tylko zniknęli pozostałym z oczu, Arjun zwolnił.
- Jai - odezwał się cichym głosem, w którym pobrzmiewało napięcie. - Czy Leonid traktował cię ostatnio inaczej?
Jai zmarszczył brwi. Takie zachowanie było niepodobne do Arjuna. Nawet kiedy musieli omówić coś istotnego, jego brat podchodził do wszystkiego lekko. Jeszcze nigdy nie słyszał go tak poważnego.
- Nie - odpowiedział Jai szeptem. - Dlaczego pytasz?
Arjun wzruszył ramionami, zamilkł na chwilę i wbił wzrok w równiny.
- Tytus rzadziej ostatnio polował. I... z jakiegoś powodu zrobił się wobec nas oziębły.
- Leonid traktuje mnie w porządku. Nawet lepiej - powiedział Jai. - Może to nerwy z powodu ślubu.
Kucyk Samara jechał niedaleko w tyle i Jai dostrzegł przebłysk troski u Arjun, kiedy ten obrócił się na dźwięk kopyt. Najwyraźniej nie chciał, by Samar coś usłyszał. Naprawdę dziwne.
- Spędzał ostatnio sporo czasu z Magnusem - wyznał Arjun cicho, ponownie wzruszając ramionami. - Niewielu nienawidzi nas bardziej od tego drania. To pewnie to, nic więcej.
- Jeszcze rok - odrzekł Jai, zmuszając się do uśmiechu, kiedy Samar ich dogonił. - I nie będziesz miał już z nim nic wspólnego.
Arjun przytaknął, a typowy dla niego beztroski wyraz twarzy powrócił na jego oblicze niczym maska.
- Może tym razem dadzą ci spróbować - powiedział głośno, gdy Samar podjechał. Pozostali jeźdźcy też już się zbliżali.
Na polowanie wyruszyło mniej osób, niż Jai sobie z początku wyobrażał: nie więcej niż sześciu Dansków, włącznie z księżniczką i jej przyboczną, trzech szlachciców tworzących świtę Tytusa, a także Samar, Jai i Arjun, którzy mieli pomagać im ładować kusze.
Konstantyn i Ivar najwidoczniej woleli raczyć się mięsiwem na świeżym powietrzu, choć Jai zastanawiał się, czy nieustraszony król Dansków nie chciałby do nich dołączyć.
- Mamy dziś wyjątkowy dzień - oznajmił Tytus. - Polujemy na nową bestię, nigdy wcześniej niewidzianą na tych terenach. Gryfia Gwardia złapała ją i przygnała ze wschodu parę dni temu, specjalnie dla nas.
Sabinowie zaszemrali z aprobatą, ale Jai praktycznie ich nie słuchał. Obserwował Dansków, tak jak mu przykazano.
Dziwne. Bez wątpienia Tytus został należycie przedstawiony przyszłej wybrance w trakcie podróży z wybrzeża do pałacu, a jednak jej nie pozdrowił, kiedy podjechała, ani też nie zwracał na nią szczególnej uwagi. W zasadzie absorbowali go przede wszystkim jego przyjaciele.
- Nasi wierni przewodnicy wiozą nasze myśliwskie kusze - kontynuował. - Bełty mają grubość kciuka i przebiją nawet smoczą skórę.
Mrugnął do Dansków i obrócił konia, by rozejrzeć się po sawannie. Zdaniem Jaia była to aluzja do nowej straży pałacowej, którą wyposażono w tę samą broń.
Przez woalkę zasłaniającą twarz Eriki nie sposób było stwierdzić, czy księżniczka poczuła się niezręcznie. Jej towarzysze nie zareagowali, ponieważ najwyraźniej nie znali wysokocesarskiego, w którym przemawiał Tytus. Wyglądali na bardziej zainteresowanych wierzchowcami Sabinów niż jakimś specjalnie sprowadzonym stworzeniem. W porównaniu z cesarskimi rumakami konie Dansków były małe i włochate, choć pewnie lepiej przystosowane do podróży w trzewiach długich łodzi.
Zamiast tego Jai zerknął więc na minę służącej księżniczki. Pogarda. Nieszczególnie starała się ją ukryć; nozdrza ostrego, zadartego nosa miała rozszerzone. Jaiowi przyszło do głowy, że zwierzęta żujące trawę na pieczołowicie uprawianej sawannie wydawały się dość żałosne w porównaniu z wielkimi smokami, niedźwiedziami i wilkami, które swobodnie przemierzały dzikie obszary Północnej Tundry. Na ostatnie dwa gatunki polowano regularnie z powodu ich futra i konieczności ochrony trzody Dansków - jeśli wierzyć pamiętnikom Leonida. Co do tego pierwszego... cóż, lepiej stracić kilka wołów niż kilka kończyn.
Te trzy bestie Danskowie upodobali sobie jednak również ze względu na duszowiązanie. Jai słyszał nawet opowieści o jeźdźcach dosiadających niedźwiedzi, którzy taranowali miejskie bramy, by umożliwić danskim oddziałom dokonania rzezi.
- Na co czekamy? - szepnął Jai, który nagle poczuł, że bardzo chce zobaczyć, jaką bestię sprowadził Tytus, by zaimponować gościom.
Samar uciszył go, co też było dość niepodobne do brata. Najwyraźniej nie uczestniczyli w typowym polowaniu. Tytus oglądał się z powrotem na Lacjum. Jai zobaczył jakąś plamę na horyzoncie. Nie, nie na... nad horyzontem.
Wkrótce dostrzegł wyraźniej sylwetkę zniżającą się ku nim leniwą spiralą. Smok Eriki?
Im bardziej kształt rósł, tym szybciej Jai oddychał, w końcu nawet Arjun wstrzymał głośno powietrze, gdy wielka bestia wylądowała tuż obok nich.
Gryf.
Olbrzymi okaz kłapnął zazdrośnie na widok konia Arjuna i złożył wielkie skrzydła. Jedynie krzyk i ściągnięcie wodzy przez jeźdźca powstrzymało atak.
Żółte ślepia błyszczały nad wygiętym w hak dziobem; samo ich spojrzenie wystarczyło, by odstraszyć rżące konie Dansków, ku nieskrywanej uciesze szlachty.
Jai miał wrażenie, że była to starsza bestia, która walczyła we wcześniejszych wojnach - brakowało jej szpona u przedniej łapy, a półokrągła blizna przecinała zad. Pióra miała złote, a futro jasnobrązowe; przez ostatnie lata Jai widział już zarówno gryfy o ciemnym upierzeniu, jak i bardziej pstrokate.
Zwierzę to można było oglądać w całym Lacjum - od wznoszonych w stolicy pomników po grawerunki na zbrojach każdego legionisty w cesarstwie. Jedynie czerwony lew Leonida nie ustępował ważnością gryfom, lecz został już de facto wyparty jako symbol cesarstwa, od kiedy Konstantyn objął władzę.
Jai przyglądał się gryfowi, który orał szponami suchą ziemię. Był wyższy nawet od olbrzymiej klaczy Arjuna i mógł złożyć dziób między uszy konia, nawet gdyby ten nie zniżył łba. Gryf nieustannie strzygł ostro zakończonymi uszami - Jai wiedział, że słyszą lepiej nawet od własnych jeźdźców, którzy dysponowali słuchem wzmocnionym przez duszowięź.
Chłopak miał ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć miejsca, gdzie futro i pióra łączyły się ze sobą pod siodłem, oddzielając gigantyczną orlą głowę od lwiego tułowia. Nie dziwił się, że Leonida tak bardzo zafascynowały te stworzenia, kiedy wiele dziesięcioleci temu po raz pierwszy sprzymierzył się z mało znaną sektą, której członkowie nauczyli się wiązać z gryfami. Ta niewielka grupa duszozwiązanych, trenujących wspólnie i dzielących się wiedzą miała potem zasłynąć jako Gryfia Gwardia.
Jai poczuł, jak serce zabiło mu mocniej na widok rzadkiej bestii; chciał, by zwierzę na niego spojrzało. Och, jak bardzo, pomimo ich nienawiści, pragnął szybować tak jak członkowie Gryfiej Gwardii. Czasem wydawało mu się, że co noc w snach czuje chłód chmur i widzi rozpościerający się pod jego stopami świat, a wszystko to jest w jego zasięgu.
Co za idiotyzm, że ktoś, kto bał się wsiąść na konia, śnił o lataniu. Gwardziści nie musieli z niego szydzić, by dać mu do zrozumienia, że do nich nie pasuje i powinien się wstydzić. Czuł się tak za każdym razem, gdy widział te wielkie bestie na żywo.
- W samą porę! - Tytus się roześmiał, klaskaniem wyrywając Jaia z podziwu. - Magnus jeszcze nigdy mnie nie rozczarował.
Jai poczuł, jak jego żołądek wywinął kozła, gdy potężny, wyglądający na brutalnego mężczyzna, będący Lordem Dowódcą Gryfiej Gwardii, zeskoczył na ziemię. Gryf musiał być jego totemem - tak nazywano bestie złączone z człowiekiem duszowięzią.
Rycerz był rudowłosym tytanem ze stalowoniebieskimi oczami, wystającą szczęką i blizną po poparzeniu, która znaczyła jego twarz od kości policzkowej aż po żuchwę.
W stolicy i poza nią słynął z okrucieństwa i straszliwej brutalności, z jaką obchodził się z wrogami imperium - zwłaszcza z Ludem Stepu. Za powód do dumy uznawał fakt, że był bardziej dziki od samych dzikusów.
Ku zaskoczeniu Jaia Magnus nie przyleciał sam. Za potężnym mężczyzną krył się chłopak, młodszy od Jaia o kilka lat. Twarz miał bladą, lecz mimo to nosił się z pewnością siebie kogoś o pozycji przewyższającej jego wzrost.
Wszystko wskazywało na to, że był szlachetnie urodzony, ale to również nie stanowiło żadnej niespodzianki. Gryfia Gwardia rekrutowała większość akolitów z rodzin cesarskiej arystokracji. Dotyczyło to oczywiście jedynie drugich lub trzecich synów, a więc tych, którzy nie mieli nic lepszego do zrobienia z własnym życiem, niż poświęcić je sekcie - niewiele możnych rodów wystawiłoby swoich dziedziców na takie ryzyko.
Ci, którzy ukończyli szkolenie, mogli związać się z czamroszami w wieku lat trzynastu. Jai wiedział niewiele na temat sekretnych metod duszowiązania w Gryfiej Gwardii czy eliksirów i leków zażywanych przez akolitów, by przywieść ich na skraj śmierci. Wiedział za to, że większość tych, którym nie udało się przejść próby, ginęła w trakcie, a ocalali na zawsze pozostawali na służbie gwardii, by nie zdradzić tajemnic, które poznali.
Nowy duszozwiązany służył jako giermek, aż zaskarbił sobie możliwość związania się z nowo narodzonym gryfem. I znowu, wielu ginęło w trakcie tego procesu - Jai słyszał, że przecinanie istniejącej duszowięzi samo w sobie było wystarczająco bolesne i niebezpieczne, nie wspominając o jednoczesnym formowaniu nowej. Ale ci, którzy przeżyli... stawali się rycerzami. Pełnoprawnymi członkami Gryfiej Gwardii.
- Jak widzisz, nie szczędziłem na nas żadnych wydatków, księżniczko Erico - oznajmił Tytus. - Nasza Gryfia Gwardia przysłała tropiciela, by wszystko poszło szybciej. Jego totem w tym momencie szuka naszej zwierzyny. Co więcej: powiedziano mi, że Silas, który jest tutaj z nami, wykazał się takim talentem, że spędzi rok z Gildią...
Tytus perorował dalej, ale Jaia znowu coś rozproszyło. To Silas odgarnął z oczu czarne włosy i uklęknął na ziemi. Jai nachylił się bliżej, kiedy chłopak przymknął powieki i odetchnął głęboko przez nos.
Silas wygiął palce, a piasek przecięła linia, jakby ktoś wziął ostrze i przejechał nim po ziemi. Tęczówki chłopaka... błyszczały.
Jai wpatrywał się w niego zafascynowany. Nieważne, ile razy to widział, nawet najdrobniejszy pokaz możliwości związanych wydawał się prawdziwym cudem.
Maggia.
Moc tę posiadali wszyscy duszozwiązani, choć jedynie ci wyszkoleni umieli się nią posługiwać. Rzadko spotykano ludzi na tyle zaawansowanych, by mogli zrobić coś więcej niż poruszenie kilku ziaren ryżu czy skrzesanie ognia.
- ...możecie wystrzelać wszystkie bełty, kiedy pokonamy bestię - mówił Tytus, a Jai obserwował, jak Silas zamknął oczy, a jego twarz się wygładziła. Wyczuwał swojego czamrosza. Widział jego oczami.
Jai zapragnął nagle każdą częścią siebie zostać jednym ze związanych. Oglądać świat poza komnatą Leonida albo murami, które okalały Lacjum. Być z kimś połączonym.
A niech to, związałby się z durnym gołębiem, gdyby tylko było to możliwe, ale jedynie niektóre zwierzęta wykazywały taką zdolność. A na każdą sektę i na każdą bestię przypadał inny sposób tworzenia duszowięzi - a wszystkie były niebezpieczne.
Kolejny sen. Niemożliwy do spełnienia.
Lepiej skupić się na zadaniu, które miał do wykonania tu i teraz. Obserwować tych przeklętych Dansków.
Rozdział 8
Ponieważ uwaga całej grupy skupiła się na złotym gryfie, Tytus zakończył przemowę mało efektownie.
- Silasie - odezwał się z pociemniałą twarzą. - Czy twój totem zwęszył naszą zwierzynę?
- Tak, Wasza Ekscelencjo. - Silas przejechał palcem wzdłuż linii powstałej na piasku. - Musimy jechać w tym kierunku. Moja czamrosza nad nią krąży, ale jest za daleko, byśmy ją stąd dostrzegli.
Tytus podjechał bliżej i spojrzał na rysunek Silasa.
- Ruszamy! - krzyknął. - Za mną, Danskowie, jeśli wasze muły nadążą!
Spiął konia, a Jai ledwie zdążył złapać się brata. Dudniący galop wstrząsnął ziemią. Jai nie śmiał obejrzeć się za siebie.
Nagle uświadomił sobie niekompetencję Tytusa, mającą źródło w jego niedojrzałości. Obrażanie gości oraz przyszłej żony nie przynosiło mu żadnych korzyści. Chłopak był okrutny, apodyktyczny oraz inteligentny, lecz w sposób nabyty, wiedzą wyuczoną, a nie wrodzoną mądrością. A pogarda, jaką okazywał gościom, zdaniem Jaia stanowiła jedynie popisy dręczyciela, który chciał imponować i budować swoją pozycję w jedyny - dziecinny - sposób, jaki znał: poprzez zastraszanie. Książę był... takim człowiekiem, na jakiego go wychowano. I ewidentnie starał się ukryć fakt, że boi się pierwszej w jego życiu kobiety, która dorównywała mu statusem. Wyglądało na to, że nie umie się zwrócić do niej bezpośrednio.
Roztrząsanie tej dynamiki nie mogło jednak w nieskończoność odciągać uwagi Jaia od szarpania i wstrząsów podczas jazdy. Spojrzał na horyzont, mając nadzieję, że dostrzeże tam krążącą w powietrzu czamroszę Silasa. Niestety nic z tego.
Zapowiadał się długi, bolesny dzień.
***
Gdy konie przeszły w kłus, wjechali już w głąb sawanny, a Jai dawno zostawił marną zawartość swojego żołądka ptakom. W końcu unosząca się wysoko czamrosza pojawiła się na niebie i szeptem dano rozkaz do zatrzymania.
Teraz bestia wylądowała obok swojego pana, który całą drogę biegł obok nich i praktycznie się nie spocił. Podziwowi Jaia dla siły i wytrzymałości chłopaka dorównywał jedynie widok czamroszy.
Przez te wszystkie lata Jai nigdy nie widział żadnego z tych zwierząt z bliska. Giermkom Gryfiej Gwardii rzadko zezwalano na wstęp do pałacu, nie mieli też wolnego czasu, by spacerować ulicami Lacjum. Zamiast tego szkolili się dzień i noc w Gnieździe, a jeśli w stosownym czasie nie osiągnęli rangi rycerza, stacjonowali w północnych i nabrzeżnych garnizonach, gdzie ich patrole wypatrywały danskich najeźdźców.
Choć duszozwiązani z czamroszami nie mogli dosiadać swych bestii ze względu na ich mniejsze rozmiary, dobrze wyszkolony giermek był w stanie oglądać świat z góry oczami swego totemu. Węch czamrosza niemal dorównywał powonieniu jego psich kuzynów, co czyniło te zwierzęta jeszcze bardziej użytecznymi.
Jai podziwiał przez chwilę wspaniałe stworzenie, zastanawiając się, jak to jest być związanym duszą z dzikim zwierzęciem. Silas chyba nie miał na co narzekać.
Czamrosz, podobnie jak jego figura w tablusie, był wspaniałym połączeniem sokoła z psem, na tej samej zasadzie, co gryf stanowił hybrydę - lwa z orłem. Lub dziobak - bobra z kaczką, choć tę wiedzę chłopak mógł opierać tylko na podstawie pamiętników Leonida; stary cesarz zjadł kiedyś jednego podczas którejś wyprawy.
Czamrosze były eleganckimi, płowymi stworzeniami, niewiele większymi od psów myśliwskich. Miały też cztery psie łapy - w przeciwieństwie do gryfów pozbawione ptasich szponów. Jaia mimowolnie zadziwiało to, jak bestia machała ogonem, choć jej głowa pozostawała idealnie nieruchoma; dopiero po chwili obróciła się w ich stronę.
Jadący obok księcia Arjun pochylił się, by wyszeptać coś Tytusowi na ucho. Książę podniósł pięść i zatrzymał pochód.
- Cisza - rozkazał Tytus i uniósł palec do ust na użytek Dansków. - Zsiadamy. Dalej pójdziemy pieszo.
Znajdowali się w płytkim wąwozie, głęboko w sercu sawanny. Sucha jak pergamin okolica usiana była łamliwymi krzewami. Było tu jednocześnie jałowo i głośno, bo powietrze aż poruszało się od pieśni cykad ukrytych w sięgającej kolan trawie.
- Dlaczego tutaj? - zapytał Jai. Ziemia była miękka, a rosnące na zboczach cierniste krzewy kłujące.
- Jesteśmy pod wiatr - wyjaśnił szeptem Samar. - Nie wywęszy nas, za to my poczujemy jego.
Wciągnął głęboko powietrze, zmarszczył nos i zamrugał.
- No i przez to wszystko dźwięk nie niesie się tak w wąwozie - dodał Arjun, wskazując na rośliny.
Ale Jai w zasadzie już ich nie słuchał, tylko ze zmarszczonymi brwiami wpatrywał się w dal. Tam znajdował się ich cel. Ciemna góra futra, na wpół skryta w srebrnolistych krzewach, na tyle daleko, że z tego miejsca dało się zasłonić ją kciukiem.
Gdy zsiedli z wierzchowców, Jai zobaczył, jak Danskowie zdejmują skóry i futra i rozciągają odsłonięte mięśnie klatek piersiowych. Erica i jej przyboczna zostały na koniach przy pobliskiej kępie traw; przyglądały się wszystkiemu, osłaniając oczy przed szybko zachodzącym słońcem. Najwidoczniej nie miały najmniejszej ochoty brać czynnego udziału w polowaniu.
Na wydane szeptem polecenie Arjuna Jai szybko przysunął się do najbliższego Sabina, który - mimo że był większy od Jaia - nie potrafił sam naładować kuszy. Siedział teraz na ziemi, rozcierając obolałe dłonie i klnąc pod nosem.
Jai sprawnie złapał broń, ponaglany warknięciami młodego arystokraty. Arjun i Samar już weszli w rosnącą przed nimi trawę, wskazując tym, którymi się opiekowali, najcichszą i najłatwiejszą ścieżkę... a jednocześnie pełniąc funkcję żywych tarcz dla swojego pana w razie ataku węża.
Przez lata Jai zastanawiał się, co robili jego bracia, gdy towarzyszyli księciu na sawannie. Teraz już wiedział.
Naciągnięcie kuszy za pomocą lewara wymagało dużego wysiłku, ale w końcu cały mechanizm ze skrzypnięciem wskoczył na miejsce. Szlachcic nie zaczekał jednak, aż Jai załaduje bełt, zamiast tego wyrwał mu kuszę z rąk, by zrobić to samemu. Momentalnie zwolnił spust, a cięciwa wystrzeliła do przodu z tak głośnym trzaskiem, że Jai był w szoku, iż zwierzyna nie zerwała się od razu do ucieczki. Gdy nastała cisza, Tytus obdarzył ich dwójkę zabójczym spojrzeniem.
- Stepowa pizda. - Rozwydrzony bachor splunął, a Jai odwrócił się gwałtownie, gdy ślina zwilżyła mu twarz.
Szlachcic ruszył przed siebie, a Jai, sparaliżowany i zszokowany, został w miejscu.
Gdzieś z przodu usłyszał wysoki kwik i ryk radości Tytusa. Nie widział praktycznie nic, bo widok zasłaniały mu krzewy.
- Przewodniku - syknął głos.
Jai odwrócił się i zobaczył przyboczną, która zeskoczyła z konia i zbliżyła się do niego niepostrzeżenie.
- Chcę zobaczyć - powiedziała, a jej akcent wcale nie brzmiał silniej niż u członków rodziny królewskiej, której służyła. Chłopaka trochę zdziwiło, że tak swobodnie posługiwała się mową Sabinów, ale w zasadzie nie było w tym nic szokującego.
Wysokocesarskim od dawna mówiono na wielu dworach, jeszcze zanim Leonid podbił połowę znanego świata. Niektórzy twierdzili, że tak zwany Król Feniks na dalekim wschodzie władał nim płynnie. Koniec końców był to język Kaszmirowego Szlaku, a więc język każdego liczącego się kupca czy posła.
- Oni też - dodała przyboczna, kiwając przez ramię.
Jai gapił się na nią; jej osobliwe piękno zbiło go z tropu. Znalazła się tak blisko, że prawie go to zestresowało. Ona zaś wpatrywała się w niego; dopiero po chwili zrozumiał, że było to złośliwe spojrzenie.
- Moja pani mówi, że tutaj są... żmije w trawie - podsunęła.
- Jasne - wyszeptał Jai. - Przepraszam. Pójdę przodem.
Z jakiegoś powodu uznał, że nie najlepszym pomysłem byłoby wyjaśnianie jej, że sam nie ma pojęcia, co robi. Uznała, że Jai jest taki jak jego bracia. Choć naprawdę w zasadzie przed momentem on zrobił to samo z jej towarzyszami, zakładając, że dziewczyna nie mówi w jego języku. To znaczy w języku, którym się posługiwał.
- Za mną - powiedział Jai, próbując naśladować przykucnięty, posuwisty chód, który podpatrzył u swoich braci sunących w trawie.
Usłyszawszy śmiech z tyłu, zatrzymał się i poczuł, jak robi mu się gorąco, a kark zapłonął czerwienią.
- Nie mamy czasu do stracenia - rzucił, siląc się na odwagę. - Szybko.