PRZEBUDZENIE
Był sobie malutki smoczuś o smoczym imieniu Fifcio. Urodził się dokładnie w Nowy Rok. I zaraz potem się okazało, że jego ogonek umie mówić, dlatego Fifcio jest z tych wyjątkowych smoków, które trafiają się raz na sto lat. A takim smokom wciąż się coś przydarza. I rzeczywiście, przygody nie omijały Fifcia, on zaś zawsze witał je z radością.
Fifcio właśnie rozpoczął drugi rok życia. Był tym tak przejęty, że obudził się przed świtem. W smoczej jaskini wszyscy spali: i mama Frunia, i tata Fuki. Spał również gadający ogonek smoczka. Jednak Fifcio, jak to Fifcio, nie przejmował się wygodą własnego ogonka. Wyskoczył z łóżka, wcisnął czapkę na ziewający ogon i już był na dworze.
- Gdzie mnie ciągniesz? Chcę spać. - Ogonek, gdy poczuł chłód, ocknął się na dobre.
Smoczuś nie zwracał uwagi na jego protesty. Był przekonany, że wszyscy mieszkańcy Smoczej Puszczy spali wystarczająco długo i pora ich obudzić.
- Hop! hop! Pora wstawać! - zawołał donośnie.
Odpowiedziała mu cisza.
- Zimno, biało, nikogo nie ma - mruknął ogonek.
Zmarznięty śnieg chrzęścił pod smoczymi łapkami. Drzewa pokryte białym puchem śniły o słońcu. Na gałęziach drzemały nastroszone mysikróliki. Lasem rządziła zima, zaspana i zmarznięta jak smoczy ogonek. Fifcio z podziwem patrzył na ośnieżone drzewa, ich gałęzie z trudem dźwigały ciężkie czapy śniegu.
- Zimowa ta zima - stwierdził zadowolony. I znów powtórzył: - Hop! hop! Pora wstawać! Hop! hop!
Zgrzytnęły drzwi jaskini. Z niedźwiedziej gawry wystawił nos miś Bim.
- Wiosna? - zapytał sennie, otwierając jedno oko.
- Jaka wiosna?! Mroźna zima, że hej! - zawołał uradowany Fifcio.
- To po co mnie budzisz? - Niezadowolony miś z hałasem zamknął drzwi.
Fifcio byłby się zmartwił, ale wydało się mu, że słyszy jakieś wołanie, więc wytężył słuch.
- Na pomoc! - krzyczał ktoś z głębi puszczy.
Smoczuś, nie zwlekając, rozpostarł skrzydła i skierował się tam, skąd dobiegał głos.
- Ojoj! - zawołał nagle, bo to, co zobaczył, wprawiło go w ogromne zdumienie.
Na szczycie bardzo wysokiej i bardzo stromej góry w skorupce po smoczym jaju siedział mały, zmarznięty smoczek. Jeszcze mniejszy od Fifcia. Wiatr szarpał nim w różne strony, targał i tarmosił. W każdej chwili mógł go zepchnąć z pochyłego wierzchołka.
- Czy to ty potrzebujesz pomocy? - zapytał Fifcio, aby się upewnić.
- Nie ja! - odparł bez namysłu mały, ponieważ był przekonany, że "nie" brzmi o wiele ładniej od słowa "tak".
Znienacka powiał silny wiatr. Smoczek usadowiony w skorupce jaja byłby runął w dół, ale szczęściem gadający ogonek Fifcia chwycił malca w ostatniej chwili. Fifcio machnął skrzydłami i przeniósł malucha w bezpieczne miejsce.
- Jeszcze raz! Jeszcze raz! - piszczał z uciechy smoczek, wskakując zdziwionemu Fifciowi na kark.