Smocze proroctwo. Księga 1 Sagi Skrzydła ognia. Skrzydła ognia. Księga 1 - Tui T. Sutherland

Kup ebooka

23.70 zł
20.15 zł (19,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Prolog

Smok próbował ukryć się w burzy.

Błyskawice migotały wśród ciemnych chmur. Lecąc, Hvitur mocniej chwycił trzymany kurczowo delikatny ładunek. Jeśli przeleci nad górami, będzie bezpieczny. Nikt nie widział, jak wymknął się z pałacu smoków nieba. A sekretna jaskinia znajdowała się tak blisko...

Jednakże czarne jak obsydian oczy już obserwowały go z dołu.

Smoczyca na górskiej półce miała bladozłote łuski, które drżały od żaru jak horyzont na pustyni. Zmrużyła czarne oczy, obserwując błysk srebrnych skrzydeł wysoko w chmurach.

Machnęła ogonem i dwa smoki za jej plecami wzbiły się w niebo, po czym zanurkowały w serce burzy. Przeszywający krzyk rozległ się echem wśród gór, kiedy ich szpony pochwyciły jasnego jak księżyc lodowego smoka.

- Zwiążcie mu paszczę - rozkazała smoczyca, widząc, jak jej żołnierze rzucają Hvitura na śliską, mokrą półkę przed nią.

Już nabierał powietrza, szykując się do ataku.

- Szybko!

Jeden z żołnierzy chwycił łańcuch ze stosu żarzących się węgli. Zarzucił go na pysk lodowego smoka, zatrzaskując mu szczęki. Poniósł się smród przypalanych, skwierczących łusek. Hviturowi wyrwał się stłumiony krzyk.

- Za późno. - Rozwidlony język wysuwał się i znikał w paszczy smoczycy w kolorze piasku. - Nie posłużysz się przeciwko nam śmiercionośnym, zamrażającym oddechem, lodowy smoku.

- Oto, co niósł, królowo Pożogo - powiedział jeden z żołnierzy, podając jej smocze jajo.

Pożoga zerknęła na jajo w strugach ulewy.

- To nie jest Lodoskrzydłe jajo - syknęła. - Ukradłeś je z pałacu Nieboskrzydłych.

Lodoskrzydły spojrzał na nią. Sycząca para kłębiła się wokół jego paszczy, gdzie gorące łańcuchy stykały się z zimnymi, srebrnymi łuskami.

- Myślałeś, że wymkniesz się niepostrzeżenie? - spytała Pożoga. - Moja Nieboskrzydła sojuszniczka nie jest głupia. Królowa Czerwień wie o wszystkim, co dzieje się w jej królestwie. Jej zwiadowcy zgłosili, że widziano uciekającego Lodoskrzydłego złodzieja, a ja postanowiłam sprawdzić, czy nie ubarwisz odrobiną przemocy mojej nudnej wizyty.

Pożoga podniosła wielkie jajo do światła ognia i obróciła je powoli.

Czerwień i złoto migotały pod bladą, gładką powierzchnią...

- Tak, to Nieboskrzydłe jajo, z którego niedługo wykluje się smoczę - dumała na głos. - Dlaczego moja siostra wysłałaby cię, żebyś ukradł Nieboskrzydłę smoczę? Iskra nienawidzi wszystkich smoków, które są od niej młodsze i ładniejsze.

Zamyśliła się. Deszcz bębnił o skalną półkę wokół nich.

- Chyba że... Jutro jest najjaśniejsza noc...

Machnęła ogonem jak skorpion i trujący kolec zatrzymał się kilka cali przed oczami Hvitura.

- Nie należysz do armii Iskry, co? Należysz do tych nudnych podziemnych pokojowych podżegaczy.

- Do Szponów Pokoju? - zdumiał się jeden z żołnierzy. - To znaczy, że one naprawdę istnieją?

Pożoga parsknęła.

- Parę jaszczurek płaczących nad kroplą krwi. Usuńcie łańcuchy. Nie będzie w stanie nas zamrozić, dopóki nie wystygną mu łuski. - Ogromna piaskowa smoczyca przysunęła się do Hvitura, kiedy jej żołnierze usunęli łańcuchy. - Powiedz mi, lodowy smoku, naprawdę wierzysz w tę napuszoną starą przepowiednię Nocoskrzydłego?

- Czy nie dość smoków zginęło w waszej wojnie? - warknął Hvitur, krzywiąc się z powodu bólu w szczękach. - Cała Pyrria cierpi od co najmniej dwunastu lat. Przepowiednia mówi...

- Nic mnie to nie obchodzi. Żadne proroctwo nie będzie decydować o moim losie - przerwała mu Pożoga. - Nie pozwolę, żeby garstka słów albo małe smoczki zdecydowały o chwili mojej śmierci albo dyktowały mi, przed czym mam skłonić głowę. Możemy zacząć żyć w pokoju, kiedy moje siostry umrą, a ja zostanę królową Piaskoskrzydłych. - Jej jadowity ogon wygiął się mocniej nad srebrnym smokiem.

Deszcz uderzał o łuski Hvitura, który spiorunował wzrokiem smoczycę.

- Smoczęta nadchodzą, czy ci się to podoba, czy nie. I one zdecydują, kto powinien zostać następną królową Piaskoskrzydłych.

- Naprawdę? - Pożoga cofnęła się i powoli obróciła jajo w szponach. Jej rozwidlonych język wysunął się i schował, kiedy się uśmiechnęła. - A zatem, Lodoskrzydły, czy to jajo stanowi część twojej żałosnej przepowiedni?

Hvitur zamarł.

Pożoga popukała lekko w skorupę jaja długim szponem.

- Halo?! - zawołała. - Czy w środku znajduje się smoczę przeznaczenia? Gotowe wyjść i zakończyć wielką złą wojnę?

- Zostaw je w spokoju - wykrztusił Hvitur.

- Powiedz mi - mówiła Pożoga - co się stanie z twoją bezcenną przepowiednią, jeśli jedno z pięciorga smocząt nigdy się nie narodzi?

- Nie zrobiłabyś tego. Nikt nie skrzywdziłby smoczego jaja.

Rozpaczliwie wpatrywał się niebieskimi oczami w jej szpony.

- Nie będzie "skrzydeł nieba", by ocalić świat - powiedziała Pożoga. - Jaka smutna, smutna historia. - Zaczęła przerzucać jajo z łapy do łapy. - To chyba znaczy, że trzeba zachować wielką ostrożność w kontakcie z tym straszliwie ważnym małym... O rety!

Szarpnęła się przesadnym gestem do przodu, udając, że mokre jajo wyślizguje się z jej szponów... A potem pozwoliła, żeby jajo spadło ze skalnej półki w skalistą ciemność na dole.

- Nie! - wrzasnął Hvitur.

Odepchnął dwóch żołnierzy i rzucił się ku krawędzi urwiska. Pożoga uderzyła potężnymi łapami w jego szyję, nim zdążył rzucić się za jajem.

- To tyle, jeśli idzie o przeznaczenie - zaszydziła. - Tyle, jeśli idzie o twój tragiczny błahy ruch pokojowy.

- Jesteś potworem - wykrztusił Lodoskrzydły, wijąc się pod jej szponami. Głos mu się łamał z rozpaczy. - Nigdy się nie poddamy. Smoczęta... Smoczęta nadejdą i przerwą wojnę.

Pożoga pochyliła się i syknęła mu do ucha:

- Nawet jeśli nadejdą, dla ciebie będzie już zdecydowanie za późno.

Szponami rozdarła na strzępy skrzydła srebrnego smoka. Hvitur wrzeszczał z bólu. Szybkim ruchem wbiła jadowity kolec na ogonie w jego czaszkę i zrzuciła długie srebrne ciało z krawędzi urwiska.

Krzyki srebrnego smoka ucichły na długo przed tym, jak echo przyniosło odgłosy uderzenia jego ciała o skały na dole.

Piaskoskrzydła skierowała spojrzenie czarnych oczu na żołnierzy.

- Doskonale - powiedziała. - To powinien być ostatni raz, kiedy usłyszymy o tej głupiej przepowiedni. - Wystawiła szpony na deszcz, żeby zmyć lśniącą smoczą krew. - Poszukajmy czegoś innego, co można by zabić.

Trzy smoki rozłożyły skrzydła i odleciały ku ciemnym chmurom.

* * *

Jakiś czas potem daleko w dole wielgachna smoczyca w kolorze zachodzącego słońca wpełzła na skały i zbliżyła się do połamanego ciała lodowego smoka. Szturchnęła jego ogon i wyjęła spod niego odłamek skorupy jaja, a potem wślizgnęła się z powrotem do labiryntu jaskiń pod urwiskiem. Kamienne ściany ocierały się o jej skrzydła. Wypuszczała z paszczy pióropusz ognia, żeby oświetlić sobie ciemne przejście głęboko pod górami.

- Służę Szponom Pokoju - syknął ktoś w mroku. - Pustułko? To ty?

- Czekamy na skrzydła ognia - odpowiedziała czerwona smoczyca.

Niebieskozielony Morskoskrzydły wynurzył się z bocznej jaskini, a ona rzuciła mu skorupę jaja pod nogi.

- Chociaż teraz na niewiele nam się to zda - warknęła. - Hvitur nie żyje.

Morskoskrzydły spojrzał na skorupę jaja.

- Ale... Nieboskrzydłe jajo...

- Stłuczone. Przepadło. To koniec, Płetwonogu.

- To niemożliwe - odpowiedział. - Jutro jest najjaśniejsza noc. Wszystkie trzy księżyce będą w pełni po raz pierwszy w tym stuleciu. Smoczęta z przepowiedni muszą wykluć się jutro.

- Cóż, jedno z nich już nie żyje - odrzekła Pustułka. Gniew rozbłysnął w jej oczach. - Wiedziałam, że sama powinnam wykraść Nieboskrzydłe jajo. Znam Królestwo Nieba. Drugi raz by mnie nie złapali.

Płetwonóg się skrzywił, drapiąc się szponem po skrzelach na szyi.

- Asza też nie żyje.

- Asza? - Z nozdrzy Pustułki buchnął płomień. - Jak?

- W drodze tutaj natrafiła na bitwę między siłami Iskry i Żagwi. Dotarła z czerwonym jajem Błotoskrzydłych, ale wkrótce potem zmarła na wskutek odniesionych ran.

- Zatem zostaliśmy tylko ty, ja i Barchan, żeby wychować te małe jaszczurki - warknęła Pustułka. - Dla przepowiedni, która nigdy się nie spełni. Stłuczmy od razu te przeklęte jaja i skończmy z tym. Znikniemy bez śladu, zanim Szpony Pokoju wrócą po smoczęta.

- Nie! - syknął Płetwonóg. - Utrzymanie przy życiu smocząt przez następne osiem lat to najważniejsze zadanie. Jeśli nie chcesz brać w tym udziału...

- Och, zamknij się - warknęła Pustułka. - Jestem najsilniejszym smokiem wśród Szponów Pokoju. Potrzebujecie mnie. Nieważne, co myślę o tych paskudnych małych smokach. - Spojrzała na skorupę jaja na podłodze, pocierając pobliźnione przednie łapy. - Chociaż myślałam, że przynajmniej jedno z nich będzie Nieboskrzydłe.

- Znajdę nam piąte smoczę. - Płetwonóg przepchnął się obok niej, szorując łuskami o skałę.

- Nie masz szansy wrócić do Królestwa Nieba, durniu - powiedziała smoczyca. - Teraz będą pilnie strzegli wylęgarni.

- To zdobędę jajo skądinąd - odparł ponuro. - Deszczoskrzydłe nawet nie liczą swoich jaj. Mogę zabrać jedno z lasu deszczowego i nikt nawet niczego nie zauważy.

- To najpotworniejszy z pomysłów - odrzekła Pustułka z drżeniem. - Deszczoskrzydłe to żałosne stworzenia. Daleko im do Nieboskrzydłych.

- Musimy coś zrobić - odparł Płetwonóg. Syknął, trącając ogonem kawałek skorupy, który przeleciał po podłodze. - Za osiem lat Szpony Pokoju zjawią się po pięcioro smocząt. Przepowiednia mówi o piątce i piątkę będziemy mieli... Za wszelką cenę.

 

Rozdział 1

Łupek nie uważał, że jest smokiem o Wielkim Heroicznym Przeznaczeniu.

Och, chciał takim być. Chciał być wielkim zbawcą smoczego świata, wspaniałym i odważnym. Chciał dokonać tych wszystkich cudownych rzeczy, jakich się po nim spodziewano. Chciał spojrzeć na świat, zorientować się, co jest zepsute, i to naprawić.

Jednakże nie wykluł się jako bohater. Nie miał żadnych legendarnych przymiotów. Bardziej lubił spać niż się uczyć i wiecznie gubił kurczaki w jaskiniach podczas nauki polowania, bo więcej uwagi zwracał na przyjaciół niż na pióra.

Przyzwoicie radził sobie w walce. Niestety, "przyzwoicie" nie wystarczy, żeby zakończyć wojnę i ocalić smocze plemiona. Musiał być nadzwyczajny. Był największy ze smocząt, więc powinien być tym przerażającym i twardym. Opiekunowie chcieli, żeby był przerażająco niebezpieczny.

Łupek czuł, że jest mniej więcej równie niebezpieczny jak kalafior.

- Walcz! - zawyła jego przeciwniczka, rzucając się na niego przez jaskinię.

Łupek wpadł na skalną ścianę i z trudem się podniósł, próbując rozłożyć skrzydła w kolorze błota dla złapania równowagi. Czerwone szpony omal nie przeorały mu pyska, ale zdążył się uchylić.

- Dalejże! - szydziła czerwona smoczyca. - Przestań się powstrzymywać. Musisz być bezwzględny. Znajdź w sobie zabójcę i go uwolnij.

- Staram się! - odpowiedział Łupek. - Może, gdybyśmy przestali walczyć i porozmawiali o tym...

Znowu go zaatakowała.

- Zamarkuj atak w lewo i przeturlaj się na prawo! Wykorzystaj ogień!

Łupek spróbował uskoczyć pod jej skrzydło, żeby zaatakować ją od dołu, ale oczywiście przeturlał się w niewłaściwą stronę. Przyszpiliła go do ziemi łapą i Łupek zaskamlał z bólu.

- W które lewo skoczyłeś, niezguło?! - ryknęła mu do ucha Pustułka. - Wszystkie Błotoskrzydłe są takie głupie? Czy po prostu jesteś głuchy?!

Cóż, jeśli dalej będziesz tak wrzeszczeć, to z pewnością wkrótce ogłuchnę, pomyślał Łupek.

Nieboskrzydła uniosła łapę, żeby mógł się podnieść.

- Niby skąd miałbym wiedzieć, jakie są inne Błotoskrzydłe? - zaprotestował, oblizując obolałe szpony. - Może moglibyśmy powalczyć bez tego całego wrzasku i przekonać się...

Urwał, słysząc znajomy syk, który zawsze rozlegał się przed ogniowym atakiem Pustułki.

Osłonił głowę skrzydłami, schował długą szyję i przeturlał się w gąszcz stalagmitów wyrastających z podłoża jaskini w jednym kącie.

Płomienie rozlały się po skałach wokół niego, przypalając mu czubek ogona.

- Tchórz! - ryknęła stara smoczyca.

Roztrzaskała jedną ze skalanych kolumn, sypiąc gradem ostrych czarnych kamyków. Łupek zakrył oczy i niemal natychmiast poczuł, że przydepnęła mu z całej siły ogon.

- Auć! - wrzasnął. - Mówiłaś, że przydeptywanie ogonów jest nieuczciwe!

Złapał się najbliższego stalagmitu szponami i wdrapał się na niego. Spod sklepienia jaskini spiorunował wzrokiem ogromną Nieboskrzydłą.

- Jestem twoją nauczycielką - warknęła Pustułka. - Każde moje zagranie jest uczciwe. Złaź tu i walcz jak Nieboskrzydły.

Tyle że ja nie jestem Nieboskrzydły, zbuntował się w myślach Łupek. Jestem Błotoskrzydły! Nie lubię niczego podpalać ani latać w kółko i wgryzać się w smocze szyje.

Zęby nadal go bolały po tym, jak próbował wgryźć się w twarde jak klejnoty łuski Pustułki.

- Nie mogę walczyć z którymś z pozostałych? - spytał. - Wtedy o wiele lepiej sobie radzę.

Pozostałe smoczęta były jego rozmiarów (prawie) i nie oszukiwały (przeważnie). Walkę z nimi naprawdę lubił. Chociaż nigdy nie udawało mu się wygrać, gdy obserwowała go Pustułka. W jej obecności za bardzo się denerwował.

- Tak? A na którego przeciwnika miałbyś ochotę? Karłowatą Piaskoskrzydłą czy leniwą Deszczoskrzydłą? - spytała Pustułka. - Bo jestem pewna, że będziesz mógł wybierać na polu bitwy.

Jej ogon jarzył się jak czerwone węgielki, kiedy machała nim w tę i z powrotem.

- Gloria nie jest leniwa - lojalnie bronił przyjaciółki Łupek. - Po prostu nie jest zbudowana do walki. Płetwonóg mówi, że w lesie deszczowym nie ma specjalnie o co walczyć, bo Deszczoskrzydłe mają tyle jedzenia, ile zechcą. Mówi, że to dlatego do tej pory trzymały się z dala od wojny. Zresztą żadna z rywalizujących królowych nie chce Deszczoskrzydłych w swojej armii. Mówi...

- Przestań pytlować i złaź tutaj! - ryknęła Pustułka.

Uniosła się na tylnych łapach i rozłożyła skrzydła, przez co wyglądała na trzy razy większą.

Przerażony Łupek próbował z krzykiem przeskoczyć na sąsiedni stalagmit, ale za wolno rozwinął skrzydła i tylko uderzył w skalny naciek. Posypały się iskry, kiedy, zjeżdżając w dół, przeszorował szponami po poszarpanej skale. Znowu zawył z bólu, gdy Pustułka wsunęła głowę między skalne kolumny, złapała go zębami za ogon i wyciągnęła z powrotem na otwarty teren.

Zacisnęła szpony na jego szyi i syknęła mu do ucha:

- Gdzie ten mały agresywny potwór, którego widziałam, kiedy się wyklułeś? Takiego smoka potrzebujemy do przepowiedni.

- Jejku - pisnął Łupek, szarpiąc się w jej chwycie.

Wyczuwał dziwne blizny po oparzeniach na jej przednich łapach.

Tak zawsze kończyła się nauka walki z Pustułką - Łupek tracił przytomność, a potem chodził obolały albo kulał przez kilka następnych dni. Odpowiedz atakiem, zagrzewał siebie w myślach. Oszalej! Zrób coś! Chociaż był największym ze smocząt, wszystkim im brakowało roku do osiągnięcia pełnych rozmiarów i Pustułka zdecydowanie nad nim górowała.

Próbował przywołać trochę pomocnej agresji, wściekłości, ale jedyne, o czym myślał, to że wkrótce to się skończy i będzie mógł iść na kolację. Nie był to najbardziej heroiczny tok myślenia.

Nagle czerwona smoczyca ryknęła i go wypuściła. Ogień buchnął nad głową Łupka, który uderzył z hukiem o podłogę.

Pustułka obróciła się błyskawicznie. Za nią, dysząc wyzywająco, stała młodziutka Morskoskrzydła smoczyca, Tsunami. Czerwonozłota łuska utkwiła między jej ostrymi białymi zębami. Wypluła ją i zgromiła wzrokiem nauczycielkę.

- Przestań znęcać się na Łupkiem - warknęła - bo znowu cię ugryzę.

W świetle pochodni jej ciemnoniebieskie łuski lśniły jak szkło kobaltowe. Skrzela na długiej szyi pulsowały jak zawsze, gdy była rozgniewana.

Pustułka przysiadła i podwinęła ogon, żeby sprawdzić ślad po ugryzieniu. Wyszczerzyła zęby na Tsunami.

- Ależ ty jesteś słodka. Bronisz smoka, który próbował cię zabić, kiedy jeszcze siedziałaś w jajku.

- Na całe szczęście, wy, wielkie smoki, byłyście na miejscu, żeby ocalić nam życie - odparła z przekąsem Tsunami - i bez wątpienia doceniamy to teraz, bo bez przerwy o tym słyszymy.

Obeszła Pustułkę dumnym krokiem i stanęła między nią a Łupkiem.

Łupek się skrzywił. Nie cierpiał słuchać tej historii. Nie rozumiał jej. Nigdy nie chciał skrzywdzić pozostałych smocząt. Dlaczego więc zaatakował ich jaja w czasie wylęgu? Naprawdę gdzieś w jego wnętrzu krył się zabójczy potwór?

Pozostali opiekunowie, Płetwonóg i Barchan, powiedzieli, że był naprawdę zajadły w czasie wylęgu; musieli wrzucić go do rzeki, żeby chronić przed nim pozostałe jaja. Pustułka chciała, żeby odnalazł w sobie tego potwora i posłużył się nim w czasie walki. Bał się jednak, że gdyby to zrobił, znienawidziłby siebie i znienawidziliby go pozostali. Myśl, że o mały włos nie zamordował swoich przyjaciół, sprawiała, że czuł się, jakby uszedł z niego cały ogień.

Nieszczególnie chciał się stać maszyną do zabijania, nawet jeśli Pustułka uznałaby to za zdecydowaną poprawę.

A może to był jedyny sposób, żeby wypełnić przepowiednię?

- W porządku - rzuciła lekceważąco Pustułka. - Zresztą i tak na dziś skończyliśmy. Zaznaczę kolejną porażkę na twoim zwoju, Błotoskrzydły.

Wypuściła płomyk ognia w powietrze, odwróciła się i dostojnie wymaszerowała z jaskini.

Łupek sfrunął na podłogę, kiedy tylko jej czerwony ogon zniknął mu z oczu. Miał wrażenie, że pali go od poparzeń każda łuska na ciele.

- Jutro w czasie treningu będzie dla ciebie wyjątkowo wredna - powiedział do Tsunami.

- O rety! - Morskoskrzydłej wyrwał się słaby okrzyk. - Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby Pustułka była wredna! To byłoby takie nieoczekiwane i zupełnie do niej niepodobne!

- Jejku - jęknął Łupek. - Nie rozśmieszaj mnie. Mam chyba połamane żebra.

- Nie masz połamanych żeber - powiedziała Tsunami, szturchając go w bok nosem. - Smocze kości są prawie tak twarde jak diamenty. Nic ci nie będzie. Wstawaj i skocz do rzeki.

- Nie! - Łupek schował głowę pod skrzydłem. - Woda jest za zimna!

"Skocz do rzeki" - to była odpowiedź Tsunami na każdy kłopot. Nudzisz się? Bolą cię kości? Masz suche łuski? Głowa ci pęka od wkuwania historii wojny? "Skocz do rzeki!" - wykrzykiwała, kiedy tylko któreś z pięciorga smocząt narzekało. Z pewnością nie przejmowała się tym, że jako jedyna z nich potrafiła oddychać pod wodą i że większość smoczych plemion nie cierpi się moczyć.

Łupek nie miał nic przeciwko, ale nie cierpiał marznąć, a podziemna rzeka, która płynęła przez ich jaskinię, była zawsze lodowata.

- Wskakuj - rozkazała Tsunami. Złapała jego ogon w przednie łapy i zaczęła go ciągnąć do rzeki. - Od razu lepiej się poczujesz.

- Nieprawda! - krzyknął Łupek, drapiąc szponami gładką skałę, żeby się zatrzymać. - Będzie mi zimniej! Przestań! Puszczaj! Aj!

Jego protesty zamieniły się w chmurę bąbelków, kiedy Tsunami wrzuciła go do lodowatej wody.

Gdy się wynurzył, Tsunami dryfowała obok niego, zanurzając głowę i opryskując wodą łuski niczym piękna, przerośnięta ryba. Łupek czuł się przy niej jak niezdarna brązowa klucha.

Z pluskiem przelazł na płyciznę i położył się na zatopionej skalnej półce, opierając głowę na brzegu rzeki. Nie przyznałby się do tego, ale Tsunami miała rację: poparzenia i otarcia mniej mu dokuczały w wodzie. Prąd pomagał wymyć dymiący skalny pył spomiędzy wysuszonych łusek.

Niemniej było mu zimno. Łupek podrapał skałę pod sobą. Dlaczego nie ma tu nawet odrobiny błota?

- Pustułka pożałuje pewnego dnia, kiedy zostanę królową Morskoskrzydłych - powiedziała Tsunami, podpływając, a potem odpływając wąskim korytem.

- Myślałem, że tylko córka królowej może rzucić jej wyzwanie, żeby zająć tron - powiedział Łupek.

Tsunami pływała naprawdę szybko. Żałował, że nie ma jak ona błon pławnych między szponami, skrzeli ani jej ogona - tak silnego, że niemal wychlapywała całą wodę z rzeki jednym uderzeniem.

- Cóż, może Morskoskrzydła królowa rzeczywiście jest moją matką, a ja jestem zaginioną księżniczką - odrzekła. - Jak w tej opowieści.

Wszystko, co smoczęta wiedziały o zewnętrznym świecie, pochodziło ze zwojów zebranych przez Szpony Pokoju. Ulubiona opowieść Tsunami nosiła tytuł "Zaginiona księżniczka" i była to legenda o młodziutkiej Morskoskrzydłej smoczycy, która uciekła z domu, a jej królewska rodzina przetrząsała całe morze w jej poszukiwaniu. Ostatecznie smoczyca znalazła drogę do domu i rodzice powitali ją z otwartymi skrzydłami, a potem radowano się i ucztowano.

Łupek zawsze pomijał środek opowieści - przygody księżniczki. Podobała mu się tylko końcówka - szczęśliwa matka i szczęśliwy ojciec. I ucztowanie. Ucztowanie też brzmiało naprawdę fantastycznie.

- Ciekawe jacy są moi rodzice - powiedział.

- Ciekawe, czy którekolwiek z naszych rodziców jeszcze żyje - dodała Tsunami.

Łupek nie lubił o tym myśleć. Wiedział, że smoki codziennie giną w wojnie - Pustułka i Płetwonóg wracali z wieściami o krwawych bitwach, wypalonej ziemi i płonących stosach smoczych ciał. Musiał jednak wierzyć, że jego rodzice nadal żyją i są bezpieczni.

- Myślisz, że czasem za nami tęsknią?

- Na pewno. - Tsunami machnęła ogonem i opryskała go wodą. - Założę się, że moi oszaleli z niepokoju, kiedy Płetwonóg ukradł moje jajo. Jak w tej historii.

- A moi przetrząsnęli całe moczary - dodał Łupek.

Odkąd byli małymi smoczętami, wszyscy wyobrażali sobie sceny z rodzicami, którzy rozpaczliwie ich szukają. Łupkowi podobała się myśl, że ktoś tam w świecie go szukał... Że ktoś za nim tęsknił i chciał go odzyskać.

Tsunami obróciła się na grzbiet i zapatrzyła się w kamienne sklepienie półprzezroczystymi zielonymi oczami.

- Cóż, Szpony Pokoju wiedziały, co robią - rzuciła z goryczą. - Tutaj nikt nas nigdy nie znajdzie.

Przez chwilę słuchali, jak rzeka bulgocze, a pochodnie trzaskają.

- Nie będziemy wiecznie siedzieć pod ziemią - powiedział Łupek, próbując pocieszyć Tsunami. - Znaczy, jeśli Szpony Pokoju chcą, żebyśmy zakończyli wojnę, to kiedyś muszą nas wypuścić. - Podrapał się w zamyśleniu za uchem. - Gwiezdny Lotnik mówi, że zostały nam tylko dwa lata.

Dwa lata zniewag i ataków. Tylko tyle musiał jeszcze wytrzymać.

- A potem będziemy mogli wrócić do domu i zjeść tyle krów, ile zechcemy.

- Najpierw musimy ocalić świat - zauważyła Tsunami. - A potem możemy wrócić do domu.

- Racja.

To, w jaki właściwie sposób mieli ocalić świat, było dość mgliste, ale najwyraźniej wszyscy uważali, że dojdą do tego we właściwym czasie.

Łupek wyszedł z rzeki. Jego mokre skrzydła były ciężkie i oklapnięte. Powlekł się pod ścianę i rozłożył je przed pochodnią, wyginając szyję i próbując się rozgrzać. Słabe fale ciepła przepłynęły po jego łuskach.

- Chyba że... - zaczęła Tsunami.

Łupek pochylił głowę, żeby na nią spojrzeć.

- Chyba że co?

- Chyba że odejdziemy wcześniej.

Obróciła się i wyszła z wody jednym płynnym ruchem.

- Odejdziemy? - powtórzył zdumiony Łupek. - Jak? Sami?

- A czemu nie? Gdybyśmy zdołali znaleźć wyjście z jaskiń, to czemu mielibyśmy czekać kolejne dwa lata? Jestem gotowa ratować świat. A ty nie?

Łupek nie był pewien, czy kiedykolwiek będzie gotowy ratować świat. Myślał, że Szpony Pokoju powiedzą im, co trzeba zrobić. Tylko trójka smoczych opiekunów - Pustułka, Płetwonóg i Barchan - wiedziała, gdzie ukryto smoczęta, ale istniała cała siatka Szponów szykujących się do wypełnienia proroctwa.

- Nie zdołamy sami zakończyć wojny - powiedział. - Nie wiedzielibyśmy od czego zacząć.

Tsunami ze złością zatrzepotała skrzydłami, opryskując go zimnymi kropelkami wody.

- Możemy też sami zakończyć wojnę - obstawała. - O to właśnie chodzi w przepowiedni.

- Może za dwa lata - powiedział Łupek.

Może do tego czasu odnajdę swoją niebezpieczną naturę. Może do tej pory stanę się zajadłym wojownikiem, jakiego chce Pustułka.

- A może wcześniej - upierała się Tsunami. - Zastanów się tylko nad tym, dobrze?

Przestąpił z nogi na nogę.

- W porządku, zastanowię się.

Przynajmniej dzięki temu mógł zakończyć tę sprzeczkę.

Tsunami przekrzywiła głowę.

- Słyszę obiad!

Słaby dźwięk przerażonego muczenia rozlegał się echem w tunelu za nimi. Szturchnęła wesoło Łupka.

- Kto pierwszy, ten lepszy!

Obróciła się i pognała przed siebie, nie czekając na jego reakcję.

Pochodnie w sali do walk jakby przygasły, a spod łusek Łupka sączyła się zimna woda. Złożył skrzydła i przesunął ogonem po rumoszu ze strzaskanej skalnej kolumny.

Tsunami oszalała. Ich piątka nie była gotowa, żeby zakończyć wojnę. Nie zdołaliby nawet samodzielnie przetrwać. Może Tsunami była dostatecznie odważna i twarda, jak prawdziwy bohater, ale Słonko, Gloria i Gwiezdny Lotnik... Łupek pomyślał o wszystkim, co mogło wyrządzić im krzywdę, i żałował, że nie może oddać im własnych łusek, szponów i zębów, żeby mieli dodatkową ochronę.

Poza tym nie było jak uciec z jaskiń. Szpony Pokoju już o to zadbały.

Mimo to jakaś cząstka jego istoty wbrew wszystkiemu zastanawiała się, jak to by było wrócić do domu, zamiast czekać jeszcze dwa lata. Nigdy nie poznał niczego poza jaskiniami, w których się wykluł, ale dostatecznie często wyobrażał sobie świat na zewnątrz. Wróciłby na moczary, na bagna, do plemienia Błotoskrzydłych, które było podobne do niego i myślało jak on... Z powrotem do rodziców, kimkolwiek byli...

A gdyby im się udało?

Gdyby smoczęta zdołały uciec, przetrwać i ocalić świat... po swojemu?