ROZDZIAŁ 7
Alt'ar otworzył jedno oko i napotkał karcące spojrzenie Rodian. Od czasu owego tragicznego w skutkach pojedynku czarownica robiła co mogła, żeby nie zapadł w śpiączkę. Pełna regeneracja trwała znacznie dłużej, niż się spodziewał. Minął pełen tydzień zanim nabrał na tyle sił, by przybrać ludzką postać. Kolejny dzień zajęło mu uczenie się na nowo ludzkich zachowań. Do tej pory częściej warczał niż mówił.
- Król Oddon żąda, audięcji - rzekła Rodian, jej mina nie wróżyła nic dobrego.
- Dlaczego nie porozmawia z Gaenorem? - zapytał głosem, który mimo najszczerszych chęci nadal przypominał ochrypłe warczenie.
- Sam go spytaj - odrzekła czarownica. - Czeka na zewnątrz i sądząc po tym, co słyszałam, nie jest w nastroju na kolejną odmowę.
Alt'ar wstał powoli rozprostowując kości. Tak naprawdę nie czuł się w nastroju na wizytę króla Earden, niestety jako oficjalny przywódca Wyzwoleńców nie mógł odmówić. Zwłaszcza, że po niedawnym buncie panowały mieszane nastroje. Pozorny spokój przypominał ciszę przed burzą, tak samo jak tuż przed odejściem Drasana. Wiedział, że pół-smok miał na pieńku z Oddonem.
Upewniwszy się, że przywódca Gildii sobie poradzi, Rodian odsunęła zasłaniające wejście do namiotu płótno, aby król Eardeńczyków mógł wejść do środka. Miał na sobie lekką zbroję, zaś przy biodrze przypasany miecz. Wyglądał jakby wybierał się na wojnę.
- W czym mogę służyć Wasza Wysokość? - zapytał Alt'ar markując krótki ukłon.
- Myślę, że obaj to wiemy, kundlu - rzekł Oddon, dość sugestywnie gładząc rękojeść miecza. - Moi ludzie mają dość tego chowania się po lasach, głodu i zimna. My... zamierzamy rozwiązać łączący nas sojusz - zawahał się tylko na chwilę, ale nawet na moment nie spuścił wzroku z twarzy wilkołaka, rzucał mu wyzwanie.
Zabójca dawno zdążył się przyzwyczaić do takich zaczepek, dlatego skwitował tę wypowiedź jedynie pobłażliwym uśmiechem.
- Nie zamierzam cię zatrzymywać, Wasza Wysokość - rzekł chłodno. - Miej tylko na uwadze, iż nie ma już neutralności i trzeba opowiedzieć się po którejś ze stron. Jeśli rezygnujesz z sojuszu z nami jasne jest, że prędzej czy później Bal'zar zażąda od ciebie korony.
Oddon nie odpowiedział, zdawał się nieco zbity z tropu tym, że Alt'ar nie zareagował na obelgę. Zabójca siedział naprzeciwko niego zupełnie swobodnie, ale w jego oczach czaiły się delikatne rubinowe błyski. Pod cienką ludzką maską wyraźnie czuło się obecność bestii, gotowej w każdej chwili zerwać wiążące ją łańcuchy woli.
Ale król Earden o tym nie wiedział. Nie zdawał sobie sprawy z bliskości grożącego mu niebezpieczeństwa. Dlatego posunął się o krok za daleko przekraczając magiczną barierę oddzielającą go od dyszącego żądzą mordu potwora, czającego się tuż pod skórą siedzącego naprzeciw zabójcy.
- A zatem jesteś tchórzem tak, jak tamten smarkacz, który ostatecznie i tak skazał nas wszystkich na zagładę! - wrzasnął opryskując swojego rozmówcę śliną. - Ale ja na to nie pozwolę, słyszysz?! Nie pozwolę, aby moi ludzie umierali w imię jakiś wyssanych z palca historii! Nie będę słuchał rozkazów plugawego zwierzęcia, bez względu na to kim się mieni!
Twarz Alt'ara nie wyrażała niczego, jedynie oczy zalał rubinowy blask a wydobywający się z gardła, głos zaczął przypominać warczenie rozwścieczonego wilka.
- Uważaj starcze, bo posuwasz się za daleko. Ostatecznie to wciąż ja jestem tu głównodowodzącym, odejdź jeśli chcesz i dopóki masz okazję.
Oddon nadal pozostawał ślepy i głuchy, co gorsza jego głos przesycała pogarda.
- Śmiesz mi grozić, ty najplugawsze z wszystkich stworzeń? Kiedy zawiązywałem sojusz z twoim poprzednikiem nie było mowy o tym, że stanę do walki u boku takich jak ty odmieńców. O nie, mam dość służenia tobie i twojemu gadziemu towarzyszowi. Owszem, odejdę dopóki mam dokąd.
- Więc idź, zejdź mi z oczu, dopóki mam jeszcze resztki cierpliwości. Wynoś się, idź skamleć do Bal'zara, a może w geście łaski pozwoli ci żyć.
Król Earden położył dłoń na rękojeści miecza, ale Alt'ar okazał się szybszy. Zanim tamten zdołał wyjąć ostrze do połowy już trzymał w rękach swój długi miecz, zaś koniec klingi znalazł się ledwie cal od gardła Oddona.
- Wynoś się stąd, śmierdzący tchórzu - warknął głosem, który do reszty zatracił ludzkie brzmienie. - Wynoś się, nim splugawię wnętrze tego namiotu twoją krwią.
Oddon zrobił się purpurowy na twarzy, ale najwidoczniej zrozumiał, że tym razem nie ma innego wyjścia. Odtrącił wycelowane w niego ostrze, schował własny miecz do pochwy i wymaszerował na zewnątrz.
Po jego wyjściu Alt'ar odetchnął głęboko i opadł z powrotem na swoje posłanie. Jeszcze nigdy tak szybko nie utracił kontroli. Niewiele brakowało, a rozszarpałby tego starca na strzępy. Dotąd nie udało mu się opanować do tego stopnia, żeby tęczówki jego oczu nabrały zwykłej niebieskiej barwy. Coś się z nim stało po walce, przekroczył jakąś niewidzialną barierę, która do tej pory oddzielała człowieka jakim był od drzemiącego w jego wnętrzu potwora. Dotąd znacznie różnił się od większości swoich pobratymców właśnie tym, że potrafił nad sobą zapanować. Wykorzystywał swoje wilcze zmysły, kiedy pracował jako zabójca i udawało mu się stłumić mordercze instynkty. Dzisiaj okazało się, iż to nad czym pracował przez wiele lat zdawało się daremnym wysiłkiem.
Czyżby z wiekiem stawał się tym, kim były te wszystkie bestie, uznające go za swego alfę? Bezmyślnym potworem kierującym się pierwotnymi instynktami? Nie, bez względu na to, ile będzie go to kosztowało, musi odzyskać kontrolę. Nie może więcej pozwolić sobie na podobne zachowanie w obecności ludzi.
Większość młodych samców odeszła z Garonem, kilku starszych zdecydowało się zostać ze względu na swoje partnerki. Wilcza natura miała bowiem decydujący wpływ na ich zachowanie, a instynkt nakazywał im związek na całe życie. W rezultacie pozostało ich zaledwie dwanaścioro. Wilkołaki miały dość gwałtowną naturę, a jeśli już zdecydowały się utworzyć watahę, rządziła się ona brutalnymi prawami polegającymi na ciągłych walkach o dominację. Awantura, która się wywiązała między nim a Garonem mogła stanowić dopiero jedną z pierwszych. Aby zachować pozycję należną alfie, musiał wykonać coś określonego mianem pokazu siły. Nie obawiał się ataku ze strony samic, problem stanowiło wyłącznie kilku samców. Zdecydowanie musiał pokazać im, że nadal jest śmiertelnie niebezpieczny.
* * *
- Drasanie... - ten głos poznałby wszędzie.
Otworzył oczy w płonnej nadziei, że to co wydarzyło się wcześniej, to tylko bardzo długi koszmarny sen. Niestety spotkało go rozczarowanie.
Znajdował się w lochu, przykuty łańcuchami do sufitu w taki sposób, że zwisał kilka cali nad podłogą. Teraz nareszcie wiedział skąd to rwanie w stawach. Nie licząc dwóch wychudłych szczurów był zupełnie sam... ale czy na pewno...
- Drasanie...
Skoro pozostawiono go samego, to kto szeptał?
Rozejrzał się na tyle, na ile pozwalała mu niewygodna pozycja w której się znajdował.
Pusto.
Zatem skąd dochodził ten głos?
- Kim jesteś? - wysłał to pytanie w przestrzeń w nadziei, że usłyszy odzew.
Odpowiedziała mu cisza.
Po chwili jego uszy złowiły odgłos cichego chrząknięcia wydobywającego się z celi obok. Zamarł w oczekiwaniu, nasłuchując czy dźwięk się powtórzy. Dopiero po chwili dobiegł go szczęk łańcuchów i ochrypły szept:
- Rozmawianie z własną głową to pierwszy etap szaleństwa...
Książę milczał. Nie wiedział czy znowu nie ma omamów słuchowych.
Jego rozmówca zaśmiał się, co zabrzmiało bardziej jak ochrypłe szczekanie psa.