Koniec
Włączyłem komputer. Śmiesznobury skoczył na biurko i jak zwykle usiadł obok laptopa, mając zamiar pomagać mi w pracy. Jego chęci zawsze kończą się na tym, że po jakimś czasie usypia na siedząco. Jednak kiedy głowa zaczyna mu opadać, na chwilę się budzi. Spogląda na mnie z miną przełożonego kontrolującego postęp w pracy. Kiedy już się upewni, że nie biorę z niego przykładu na dobre zapada w spokojną drzemkę.
Dziś nim zabrałem się do pisania książki, wywołałem portal internetowy, ciekawy informacji z kraju i ze świata.
W dziale depesz zagranicznych agencji informacyjnych na pierwszym miejscu wybijała się wiadomość wieszcząca zbliżający się koniec świata.
Skłamałbym mówiąc, że wiadomość ta mnie nie poruszyła. Obudziłem przyjaciela. Śmiesznobury również się tym przejął. Spojrzeliśmy po sobie, zadając nieme pytanie, co powinniśmy zrobić, żeby zapobiec katastroficznej prognozie?
- Siedząc w domu z pewnością nie znajdziemy odpowiedzi - zdecydowałem.
Śmiesznobury zgodził się ze mną. Wyłączyłem laptopa i ruszyłem do przedpokoju, gdzie ubrałem się do wyjścia.
Nim otworzyłem drzwi, kot wskoczył mi na ramię. Najwyraźniej nie miał zamiaru puścić mnie samego. Byłem mu wdzięczny, że chce uczestniczyć w tak trudnej misji, jaką jest ratowanie świata. W końcu szukając sposobu zapobieżenia tragedii, mógłbym przeoczyć coś bardzo istotnego. Co dwie głowy, to nie jedna!
Wyszedłem na ulicę. Maszerowałem ze Śmiesznoburym na ramieniu, ale nikt nie zwracał na nas uwagi. Wszyscy pędzili przed siebie w wielkim pospiechu, spoglądając wokół niewidzącymi oczyma. Najwyraźniej nie tylko my dwaj przejęliśmy się przeczytaną wiadomością.
- Wiesz, gdzie idziemy i co chcemy znaleźć? - Kot otarł się policzkiem o moje ucho.
Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. Czy powinniśmy iść w prawo? A może skręcić za rogiem w uliczkę w lewo? Na co należy zwracać uwagę? Jak zidentyfikujemy nieznaną przyczynę nadciągającej katastrofy?
Godzinę później usiadłem na ławce zrezygnowany. Śmiesznobury zajął miejsce obok. Byliśmy obaj sfrustrowani bezowocnym krążeniem po mieście. Na twarzach mijających nas przechodniów malowała się podobna bezradność i zmęczenie.
Postanowiliśmy wrócić do domu, by po szybkim obiedzie podjąć przerwane poszukiwania.
Po przejściu kilku przecznic zobaczyliśmy dziewczynkę. Mała grała na skrzypcach. Przed nią na chodniku leżał rozłożony pusty futerał na datki. Zrobiło mi się ciężko na duszy. Pomyślałem, że wygrywająca sonatę dziesięciolatka zamiast prosić o wsparcie, powinna teraz bawić się z rówieśniczkami. Sięgnąłem do portmonetki. Wyjąłem dwa złote. Śmiesznobury spojrzał na mnie z wyraźną naganą.
- Niestety - westchnąłem - jak wiesz ostatnimi czasy nie jesteśmy zbyt zasobni.
Kot jednak nie ustępował. Cóż było robić? Wyjąłem dwie monety pięciozłotowe i wrzuciłem do futerału dziewczynki.
Wróciliśmy do domu zamyśleni. Nim zabrałem się za przygotowania posiłku, włączyłem komputer. Miałem nadzieję, że pojawiły się bardziej precyzyjne informacje o przyczynie zbliżającej się światowej katastrofy. Śmiesznobury usiadł koło laptopa i również zerkał niespokojny na ekran. Ku naszej radości złowieszcza wiadomość zniknęła z czołówki serwisu.
Spojrzeliśmy po sobie z radością.
- Myślisz, że ta dziewczynka...?
Nie dokończyłem, gdyż Śmiesznobury kiwnął poważnie głową. Z jego miny wywnioskowałem, że myśli podobnie co ja. Po chwili zadumy westchnąłem zadowolony.
- Okazuje się, że uratowanie świata wcale nie jest aż tak trudną sprawą.