Śmiesznobury i ja - Paweł Szlachetko

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Niespodzianka

Byliśmy dziś ze Śmiesznoburym w parku na spacerze. Po przejściu ulubionymi alejkami zatrzymaliśmy się przy ulubionej ławce, stojącej w cieniu ulubionego dębu. Miejsce to darzymy nieukrywanym sentymentem. Oto bowiem od co najmniej piętnastu lat jesteśmy świadkami płomiennej miłości, której wzloty i upadki notowane są na starym pniu drzewa.

Pierwszy, niewyraźny i niemal zatarty przez czas, napis głosi: "Kocham cię, Sabinko". Piękne wyznanie, zgodziliśmy się obaj - czyste i uczynione w najszczerszym porywie serca. Drugi zapis, nieco "młodszy", był już mniej radosny. Najwyraźniej poczyniono go w chwili wielkiej rozterki i uczuciowego zawodu: "Sabina jest głupia".

Przez kilka lat nie odnajdowaliśmy kolejnych notatek. Dopiero pięć lat temu zobaczyliśmy następną miłosną depeszę. W starannie wyciętym na korze sercu przeczytaliśmy: "Należy do ciebie, jedyna". W ciągu kolejnych tygodni, miesięcy i lat pojawiły się następne adnotacje: "Kocham, kocham, kocham"; "Tęsknię"; "Szaleję z miłości"; "Proszę, zostań moją żoną". Co prawda charaktery pisma poszczególnych notatek były różne, niemniej uznałem ze Śmiesznoburym, że sposób wycinania liter wraz z dorastaniem ma prawo się zmieniać. Tak też musiało być w przypadku naszego nadrzewnego depeszowca.

Ostatnie błaganie było już nieco sczerniałe, co sugerowało, że darzona uczuciem dziewczyna, a dziś już z pewnością kobieta, musiała pozostać obojętna na tak jednoznacznie wyrażoną deklarację.

Kiedy dziś usiedliśmy na ulubionej ławce, Śmiesznobury zwrócił uwagę na najświeższy zapis. Ten jednoznacznie i tragicznie informował: "Umieram z miłości".

Jak pomóc nieszczęśnikowi? Sam w przeszłości nie raz kochając, wiedziałem, jak rozpaczliwie bolesne jest uczucie, gdy wybranka serca pozostaje obojętna na nasze wyznania.

Bezradny spojrzałem na Śmiesznoburego. Ten miast podzielić mój smutek, wskazał na scyzoryk leżący obok na ławce. Najwidoczniej targany rozpaczą desperat zapomniał swojego miłosnego pióra.

Zdecydowaliśmy, że nie możemy pozostać obojętni i musimy pomóc nieszczęśnikowi, który z pewnością sądził, że los wydał już na niego okrutny wyrok obojętności ukochanej. Rozłożyłem ostrze i zacząłem wycinać na pniu: "Ten Pan rzeczywiście Panią kocha od lat. Proszę powiedzieć 'Tak'".

Niestety, napis był tak długi, a wycinanie liter zajęło tyle czasu, że w pewnym momencie zjawiła się obok straż miejska. W pobliskim komisariacie zostałem ukarany mandatem za niszczenie przyrody. Kara pochłonęła niemal wszystkie pieniądze, które pozostały nam do końca miesiąca.

Wracaliśmy z przyjacielem przez park w minorowych nastrojach. Jedyną pociechą, jak sądziliśmy, było to, że funkcjonariusz nie zwrócił uwagi na Śmiesznoburego. W tym bowiem wypadku zapłacilibyśmy podwójnie. A na to zupełnie nie było nas stać.

Myliliśmy się jednak sądząc, że przyjdzie nam spędzić niezbyt wesoły wieczór. Oto bowiem na ławce pod naszym ulubionym dębem zobaczyliśmy przytuloną do siebie parę. Przechodząc obok dobiegło nas wypowiedziane przez dziewczynę zdenerwowane: "Więc dobrze. Jeśli już tak się upierasz... Niech ci będzie".

Spojrzałem na siedzącego mi na ramieniu kota niepewny, czy się nie przesłyszałem. Śmiesznobury rozwiał moje wątpliwości. Jego mina najwyraźniej mówiła, że nie ma mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Przyspieszyłem raźniej kroku.

W końcu cóż znaczy kilkusetzłotowy mandat, jeśli dzięki naszej skromnej pomocy ona wreszcie uczyniła go najszczęśliwszym człowiekiem na świecie?

Wysiłek

Minęło popołudnie. Włączyłem komputer. Przeczytałem ostatnie zdanie rozdziału powieści, które wczoraj napisałem. A potem patrzyłem na ekran, czekając, aż nadejdzie poprzednia niecierpliwość budowania kolejnych zdań.

Śmiesznobury otarł się o moją nogę.

- Ty też chcesz się czymś zająć?

Kot spojrzał na mnie zielonkawymi ślepiami, jakby odpowiedź była aż nazbyt oczywista.

Kiedy się ociągałem, zaczął drapać pazurkami nogawkę moich spodni.

- Jeśli tak bardzo nalegasz...

Sięgnąłem po czystą kartkę papieru i położyłem obok siebie na biurku. Narysowałem na niej ścianę naszego pokoju. Potem tuż przy podłodze półkolisty owal wejścia do norki myszek. Żeby wiatr nie hulał rysunkowym lokatorom po małym mieszkanku, dodałem ładne drzwi zamknięte na klamkę.

Śmiesznobury wskoczył na biurko i ciekawie zerknął na obrazek.

- Spójrz, wystarczy, że myszki nacisną klamkę i...

Odwróciłem się niespokojnie, jakby po podłodze przemknęło coś szarego w stronę szafy.

Chcąc uspokoić moje obawy, kot ułożył się na kartce i zwinął w szary kłębuszek.

Mogłem wreszcie zająć się swoją pracą.

W trakcie pisania czasem zerkałem na Śmiesznoburego. Ten jednak nie raczył na mnie nawet rzucić okiem, pilnując we śnie wyjścia z norki.

Praca często bywa bardzo męcząca - przebiegło mi przez myśl - ale żeby aż tak...?

Zegar wybił północ. Odsunąłem komputer i przeciągnąłem się zmęczony.

Śmiesznobury również się obudził. Wygiął grzbiet i po chwili zeskoczył na podłogę.

- Ja jeszcze nie skończyłem - zawołałem.

Kot jednak nawet nie myślał odwrócić się w moją stronę, jakby on zrobił już wszystko, co do niego należało. Chwilę później zmęczony ułożył się na tapczanie.

Zmęczony? Przecież, kiedy ja pisałem, on...

Zerkam na kartkę. Na drzwiczkach prowadzących do mysiej norki tkwi zawieszona... duża solidna kłódka.

Koniec

Włączyłem komputer. Śmiesznobury skoczył na biurko i jak zwykle usiadł obok laptopa, mając zamiar pomagać mi w pracy. Jego chęci zawsze kończą się na tym, że po jakimś czasie usypia na siedząco. Jednak kiedy głowa zaczyna mu opadać, na chwilę się budzi. Spogląda na mnie z miną przełożonego kontrolującego postęp w pracy. Kiedy już się upewni, że nie biorę z niego przykładu na dobre zapada w spokojną drzemkę.

Dziś nim zabrałem się do pisania książki, wywołałem portal internetowy, ciekawy informacji z kraju i ze świata.

W dziale depesz zagranicznych agencji informacyjnych na pierwszym miejscu wybijała się wiadomość wieszcząca zbliżający się koniec świata.

Skłamałbym mówiąc, że wiadomość ta mnie nie poruszyła. Obudziłem przyjaciela. Śmiesznobury również się tym przejął. Spojrzeliśmy po sobie, zadając nieme pytanie, co powinniśmy zrobić, żeby zapobiec katastroficznej prognozie?

- Siedząc w domu z pewnością nie znajdziemy odpowiedzi - zdecydowałem.

Śmiesznobury zgodził się ze mną. Wyłączyłem laptopa i ruszyłem do przedpokoju, gdzie ubrałem się do wyjścia.

Nim otworzyłem drzwi, kot wskoczył mi na ramię. Najwyraźniej nie miał zamiaru puścić mnie samego. Byłem mu wdzięczny, że chce uczestniczyć w tak trudnej misji, jaką jest ratowanie świata. W końcu szukając sposobu zapobieżenia tragedii, mógłbym przeoczyć coś bardzo istotnego. Co dwie głowy, to nie jedna!

Wyszedłem na ulicę. Maszerowałem ze Śmiesznoburym na ramieniu, ale nikt nie zwracał na nas uwagi. Wszyscy pędzili przed siebie w wielkim pospiechu, spoglądając wokół niewidzącymi oczyma. Najwyraźniej nie tylko my dwaj przejęliśmy się przeczytaną wiadomością.

- Wiesz, gdzie idziemy i co chcemy znaleźć? - Kot otarł się policzkiem o moje ucho.

Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. Czy powinniśmy iść w prawo? A może skręcić za rogiem w uliczkę w lewo? Na co należy zwracać uwagę? Jak zidentyfikujemy nieznaną przyczynę nadciągającej katastrofy?

Godzinę później usiadłem na ławce zrezygnowany. Śmiesznobury zajął miejsce obok. Byliśmy obaj sfrustrowani bezowocnym krążeniem po mieście. Na twarzach mijających nas przechodniów malowała się podobna bezradność i zmęczenie.

Postanowiliśmy wrócić do domu, by po szybkim obiedzie podjąć przerwane poszukiwania.

Po przejściu kilku przecznic zobaczyliśmy dziewczynkę. Mała grała na skrzypcach. Przed nią na chodniku leżał rozłożony pusty futerał na datki. Zrobiło mi się ciężko na duszy. Pomyślałem, że wygrywająca sonatę dziesięciolatka zamiast prosić o wsparcie, powinna teraz bawić się z rówieśniczkami. Sięgnąłem do portmonetki. Wyjąłem dwa złote. Śmiesznobury spojrzał na mnie z wyraźną naganą.

- Niestety - westchnąłem - jak wiesz ostatnimi czasy nie jesteśmy zbyt zasobni.

Kot jednak nie ustępował. Cóż było robić? Wyjąłem dwie monety pięciozłotowe i wrzuciłem do futerału dziewczynki.

Wróciliśmy do domu zamyśleni. Nim zabrałem się za przygotowania posiłku, włączyłem komputer. Miałem nadzieję, że pojawiły się bardziej precyzyjne informacje o przyczynie zbliżającej się światowej katastrofy. Śmiesznobury usiadł koło laptopa i również zerkał niespokojny na ekran. Ku naszej radości złowieszcza wiadomość zniknęła z czołówki serwisu.

Spojrzeliśmy po sobie z radością.

- Myślisz, że ta dziewczynka...?

Nie dokończyłem, gdyż Śmiesznobury kiwnął poważnie głową. Z jego miny wywnioskowałem, że myśli podobnie co ja. Po chwili zadumy westchnąłem zadowolony.

- Okazuje się, że uratowanie świata wcale nie jest aż tak trudną sprawą.