Śmiertelny żart - Krzysztof Jóźwik

Kup ebooka

49.90 zł
38.42 zł (35,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tego sa­mego dnia, wcze­śniej

Cze­rwiec to bo­daj naj­przy­jem­niej­szy mie­siąc w roku. Po­czą­tek praw­dzi­wie cie­płych dni i krót­kich nocy, moż­li­wość po­czu­cia smaku zbli­ża­ją­cego się lata, czas bez­tro­skiego od­po­czynku i re­laksu. Przy­naj­mniej dla tych mło­dych lu­dzi, któ­rzy, wciąż cho­dząc do szkoły lub stu­diu­jąc, mogą cie­szyć się nad­cho­dzą­cymi wa­ka­cjami i dłu­gim okre­sem wol­no­ści od na­uki. Nie ina­czej było w przy­padku na­szej paczki przy­ja­ciół, stu­den­tów ostat­niego roku Wy­działu Nauk Eko­no­micz­nych Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, dla któ­rych dłu­gie i mę­czące stu­dia na wy­ma­ga­ją­cym kie­runku wła­śnie się koń­czyły. Część osób z sied­mio­oso­bo­wej grupy zdała ma­gi­ster­ski eg­za­min koń­cowy, a po­zo­stali mieli do niego na dniach pod­cho­dzić. Ja mia­łem już dy­plom w kie­szeni, z czego nie­zmier­nie się cie­szy­łem. Ci, któ­rzy eg­za­min mieli jesz­cze przed sobą, trak­to­wali go jako czy­stą for­mal­ność i za­kła­da­jąc z góry suk­ces za­koń­cze­nia stu­diów, jed­no­gło­śnie zgo­dzili się uczcić tę oka­zję sza­lo­nym week­en­dem za mia­stem.

Wy­bra­li­śmy bli­ską oko­licę War­szawy z szyb­kim do­jaz­dem i kom­for­to­wym miej­scem, w któ­rym mo­gli­śmy nie tylko urzą­dzić dziką im­prezę, ale też sko­rzy­stać ze słońca, spor­tów wod­nych i pla­żo­wa­nia. Wy­na­jęta, w pełni wy­po­sa­żona willa, ogro­dzona i od­da­lona od in­nych za­bu­do­wań i ho­teli, z wła­sną plażą i doj­ściem do wody Za­lewu Ze­grzyń­skiego, to był strzał w dzie­siątkę.

Przy­je­cha­li­śmy trzema sa­mo­cho­dami, przy­wo­żąc tony je­dze­nia i za­pas al­ko­holu, mo­gący ob­słu­żyć we­sele na co naj­mniej sto osób. Rzu­ci­li­śmy nie­dbale torby i wa­lizki z rze­czami oso­bi­stymi i od razu za­bra­li­śmy się za urzą­dza­nie ba­langi.

- Mi­chał! - krzyk­nął w kie­runku za­par­ko­wa­nych przed chwilą sa­mo­cho­dów Se­we­ryn. - Przy­nieś z ba­gaż­nika grill, to za­czniemy roz­pa­lać, je­stem już strasz­nie głodny!

Tam­ten ski­nął tylko głową i za­głę­bił się w ob­szer­nym ba­gaż­niku du­żego bia­łego SUV-a. Po chwili wy­tasz­czył stam­tąd spo­rych roz­mia­rów ruszt, na któ­rym za chwilę miały za­skwier­czeć kieł­ba­ski, szasz­łyki i kar­kówki.

Wszyst­kie trzy dziew­czyny - Marta, Eliza i Aneta - za­jęły się przy­go­to­wa­niem wę­dlin i mięs na grill oraz ogni­sko. W ruch po­szły sa­la­terki i mi­ski, a przy­go­to­wane szybko sa­łatki wy­peł­niły szklane na­czy­nia po brzegi. Mi­chał z Se­we­ry­nem pod­jęli się roz­pa­le­nia ognia, a Krzy­siek, wzięty ama­tor­ski DJ, wła­śnie pod­łą­czał przy­wie­zio­nego bo­om­boxa, z któ­rego miała buch­nąć głę­bo­kim ba­sem ak­tu­alna mu­zyka klu­bowa.

Z ko­lei ja w tym sa­mym cza­sie za­wzię­cie wal­czy­łem z za­rdze­wiałą kłódką spi­na­jącą dwa ka­wałki łań­cu­cha przy­trzy­mu­jące ra­zem z ma­łym drew­nia­nym po­mo­stem dość le­ciwe, ale wciąż sprawne ro­wery wodne i ka­jaki bu­ja­jące się te­raz na ła­god­nych fa­lach za­lewu. W końcu udało mi się od­cze­pić wszystko od plat­formy. Kiedy upo­ra­li­śmy się ze swo­imi za­da­niami, wsko­czy­li­śmy z dzi­kim ry­kiem do za­lewu. Zimna woda do­brze nam zro­biła i po kilku mi­nu­tach pły­wa­nia by­li­śmy go­towi na roz­po­czę­cie week­endu.

Pół go­dziny póź­niej ba­langa trwała już w naj­lep­sze. Zdą­żyło się ściem­nić, słońce za­szło i po­ja­wił się lekki, chłodny wie­trzyk, choć wcale nie prze­szka­dzało to na­szej roz­ba­wio­nej grupce ze­bra­nej wo­kół ja­sno pa­lą­cego się ogni­ska, nad któ­rym na za­tknię­tych w ziemi pa­ty­kach skwier­czały na­dziane na nie­rdzewne kije ka­wałki kieł­basy. Dwa kon­te­nery piwa sto­jące nie­opo­dal pu­sto­szały w za­stra­sza­ją­cym tem­pie.

- Kurde. - Ku­ca­jący nad skrzyn­kami Mi­chał nie krył zdzi­wie­nia. - Za­raz bro­war nam się skoń­czy.

- Nie bój nic. - Uśmiech­nięty od ucha do ucha Krzy­siek wska­zał na pę­katą torbę, która stała oparta o drzewo. - Mamy prze­cież cały za­pas ły­chy i coli. Wy­star­czy do rana.

Od strony willi na­de­szła Eliza, trzy­ma­jąc w rę­kach ogromną mi­skę sa­łatki.

- Komu wi­ta­min? - za­ga­iła we­soło, sta­wia­jąc na­czy­nie na tu­ry­stycz­nym, pla­sti­ko­wym sto­liku.

- Weź nie py­taj i na­kła­daj, dziew­czyno! - Se­we­ryn żar­to­bli­wie pu­ścił oko i po­dał Eli­zie swój pu­sty już ta­lerz. - Dzi­siaj ro­bi­łem tre­ning na masę, to mu­szę po­rząd­nie zjeść.

Mu­zyka z przy­nie­sio­nego przez Krzyśka sprzętu tłu­kła nie­mi­ło­sier­nie in­ten­syw­nym bi­tem i kla­wi­szo­wymi ryt­mami, ide­al­nie wpa­so­wu­jąc się w kli­mat im­prezy ogni­sko­wej. Część osób de­li­kat­nie plą­sała, trzy­ma­jąc w dło­niach ostat­nie już bu­telki piwa, omia­tana po­ma­rań­czo­wymi re­flek­sami pło­ną­cego ognia. Ktoś tam opo­wia­dał dow­cipy, ktoś inny plot­ko­wał o tym i o tam­tym, co chwilę wszy­scy za­no­sili się śmie­chem. Ba­wi­li­śmy się, pi­li­śmy, je­dli­śmy. Ko­rzy­sta­li­śmy z ży­cia, mło­do­ści i bez­tro­ski.

Na­gle stało się coś bar­dzo złego.

W pew­nym mo­men­cie Se­we­ryn się za­krztu­sił, upu­ścił ta­le­rzyk z je­dze­niem i zła­pał się za gar­dło. Prze­wró­cił bła­gal­nie oczami, pro­sząc w ten spo­sób o po­moc. Marta, która stała naj­bli­żej, na­tych­miast do niego do­pa­dła i za­częła in­ten­syw­nie ude­rzać dło­nią po ple­cach, by po­móc mu w od­krztu­sze­niu.

- Po­móż­cie! - krzyk­nęła z roz­pa­czą w gło­sie. - On się dusi!

Roz­mowy na­tych­miast za­mil­kły. Wszy­scy jak na za­wo­ła­nie rzu­ci­li­śmy trzy­mane przed chwilą bu­telki i ta­le­rze. Do­bie­gli­śmy w gwał­tow­nym prze­ra­że­niu do dwójki przy­ja­ciół. Se­we­ryn wciąż nie mógł zła­pać po­wie­trza. Jego twarz zro­biła się czer­wona z wy­siłku. Trzy­ma­jąc się obu­rącz za gar­dło, wal­czył z nie­wi­dzialną pę­tlą, która za­ci­skała się co­raz bar­dziej i sku­tecz­nie blo­ko­wała moż­li­wość od­de­chu.

- Zrób­cie coś, do cho­lery! - wrza­snęła spa­ni­ko­wana Aneta.

- Złap go za prze­ponę i na­ci­śnij! - Eliza po­pa­trzyła wiel­kimi ze stra­chu oczami na sil­niej­szych od sie­bie chło­pa­ków.

Mi­chał, jako naj­spraw­niej­szy z ekipy, chwy­cił moc­nym ob­ję­ciem czer­wie­nie­ją­cego Se­we­ryna i gwał­tow­nie na­ci­snął na prze­ponę, by od­blo­ko­wać układ od­de­chowy. Nic to nie dało. Wręcz od­wrot­nie, wy­da­wało się, że Se­we­ryn za­czął tra­cić przy­tom­ność. Osu­nął się bez­wład­nie. Mi­chał, nie wie­dząc, co po­wi­nien zro­bić, po­ło­żył go na ziemi i od­sko­czył prze­stra­szony.

- Do kurwy nę­dzy! Róbmy coś! - krzyk­ną­łem. Opa­dłem na ko­lana obok ko­legi i za­czą­łem ro­bić nie­po­radny ma­saż serca.

- Zo­staw! Prze­cież on się dusi! To nie za­wał! - Marta była co­raz bar­dziej roz­hi­ste­ry­zo­wana. - Ra­tuj­cie go!!!

- Dzwo­nię po ka­retkę! - za­wo­łała Aneta i się­gnęła po smart­fon.

- Za­nim przy­jadą, bę­dzie za późno! Róbmy coś! Krzy­siek, po­móż! - za­wo­dziła bła­gal­nie Marta.

Krzy­siek stał jak wro­śnięty w zie­mię i z otwar­tymi ustami bez­rad­nie ob­ser­wo­wał ago­nię przy­ja­ciela. Ko­lejne ner­wowe próby ra­to­wa­nia, uci­ska­nie brzu­cha, ma­saże. Wi­dzia­łem prze­ra­że­nie na twa­rzach mo­ich to­wa­rzy­szy, ich trzę­sące się ręce, płacz i za­wo­dze­nie Marty klę­czą­cej nad ko­legą. Mimo tych wy­sił­ków Se­we­ryn nie da­wał znaku ży­cia. Marta wyła nie­mi­ło­sier­nie, szar­piąc przy­ja­ciela za bluzkę.

- On nie żyje!!! - ryk­nęła dra­ma­tycz­nie w pew­nym mo­men­cie.

Po­zo­stałe osoby stały jak za­mie­nione w ka­mie­nie i ogar­nięte ja­kimś za­mro­cze­niem wpa­try­wały się z nie­do­wie­rza­niem w od­by­wa­jącą się scenę. Dziew­czyny za­częły pła­kać. My, fa­ceci, nie przyj­mu­jąc do świa­do­mo­ści tego, co do­cie­rało do na­szych oczu, pa­trzy­li­śmy bez­sil­nie na le­żą­cego na ziemi, nie­da­ją­cego oznak ży­cia przy­ja­ciela i klę­czącą nad nim Martę. Ryt­miczna mu­zyka klu­bowa gło­śno dud­niła, roz­no­sząc dźwięki po oko­licy. Pa­lące się ogni­sko mi­go­tli­wie omia­tało re­flek­sami świa­tła na­sze za­sty­głe twa­rze.

Marta pod­nio­sła wolno głowę znad piersi Se­we­ryna, przy­sia­dła ciężko i prze­tarła dłońmi spo­coną i za­pła­kaną twarz. Po­tem po­pa­trzyła prze­cią­gle na na­sze zdru­zgo­tane ob­li­cza.

Wszy­scy za­marli. Z prze­ra­że­nia i nie­do­wie­rza­nia. Nikt nie wa­żył się ode­zwać.

Na na­szych oczach wła­śnie umarł przy­ja­ciel i nikt nie był w sta­nie mu po­móc.

* * *

Na­gle Marta wy­buch­nęła gło­śnym śmie­chem.

Dziew­czyna nie mo­gła prze­stać re­cho­tać. Wy­cią­gnęła rękę w na­szą stronę i wska­zała na nas pal­cem. W końcu zła­pała od­dech i prze­tarła drugą ręką łzy, które po­cie­kły jej z oczu przez spa­zma­tyczny śmiech.

- Ale.... Ale da­li­ście się na­brać! - Znów za­nio­sła się nie­kon­tro­lo­wa­nym chi­cho­tem. - Ale ma­cie miny!

Nikt na­wet się nie ru­szył. Nikt się nie ode­zwał.

- Se­we­ryn. - Marta szturch­nęła ręką le­żą­cego chło­paka. - Już mo­żesz wstać, zro­bi­li­śmy ich w ba­lona.

Ten po­de­rwał się na­gle na pro­ste nogi i też ryk­nął śmie­chem, po­ka­zu­jąc pal­cem wska­zu­ją­cym na zdu­mio­nych ko­le­gów, któ­rzy dali się na­brać na taki pro­sty nu­mer.

- Ale jazda! - za­wo­łał. - Ale da­li­ście się zro­bić! Prze­cież nic mi nie jest!

Pierw­szy ock­nął się Mi­chał. Do­padł do Se­we­ryna i zła­pał go za ra­miona.

- Ty kre­ty­nie! - wrza­snął. - My­śle­li­śmy, że na­prawdę coś ci się stało!

Krzy­siek, zre­zy­gno­wany, ode­tchnął głę­boko.

- Ha, ha, ha... - stwier­dził kwa­śno. - Ale się uśmia­li­śmy...

Dziew­czyny, które chyba naj­bar­dziej prze­stra­szyły się ca­łej sy­tu­acji, nie kryły obu­rze­nia:

- Kurwa! Po­gięło was do reszty?! - Eliza aż za­klęła, co przy­da­rzało się jej nie­zwy­kle rzadko. - Chce­cie, żeby ktoś tu na za­wał przez was padł? De­bile!

Po dłuż­szej chwili po­tworne na­pię­cie ze­szło już ze wszyst­kich i po­woli wra­ca­li­śmy do ży­wych.

- No do­bra - stwier­dzi­łem znie­sma­czony. - Good joke. Ale już nie rób­cie ta­kich nu­me­rów, do­brze? - Po­pa­trzy­łem, jak mi się wy­da­wało, bar­dzo su­rowo na oboje na­szych przy­ja­ciół, cały czas za­do­wo­lo­nych z do­sko­na­łego dow­cipu, który udało się im przed chwilą wy­krę­cić. - Swoją drogą - mruk­ną­łem już tro­chę mniej su­rowo - do­brzy z was ak­to­rzy. Może po­win­ni­ście pójść do Aka­de­mii Te­atral­nej, a nie na eko­no­mię? Długo tre­no­wa­li­ście ten nu­mer?

Marta otrze­pała Se­we­ry­nowi plecy z pia­chu i li­ści, które przy­cze­piły się do jego bluzki. Na­gle oboje po­czuli kon­ster­na­cję i wstyd.

- Wy­bacz­cie nam ten ka­wał - za­czął chło­pak. - Fak­tycz­nie głupi po­mysł przy­szedł nam do głowy. No już! Nie gnie­waj­cie się! Ba­wimy się da­lej. - Se­we­ryn się­gnął po wcze­śniej upusz­czoną bu­telkę piwa i wy­cią­gnął ją w górę. - Za ko­niec stu­diów i nowe ży­cie! - za­in­to­no­wał, wzno­sząc to­ast.

Po kilku mi­nu­tach nikt z nas już nie pa­mię­tał o tym dra­ma­tycz­nym in­cy­den­cie. Im­preza roz­krę­ciła się na nowo i za­po­wia­dała się ca­ło­nocna biba na naj­wyż­szym po­zio­mie.

- Jak ci się układa z Krzyś­kiem? - Uchwy­ci­łem ką­tem ucha, jak Eliza za­gad­nęła Anetę, która wła­śnie przy­nio­sła z domu ko­lejną por­cję sa­łatki w du­żej, czer­wo­nej mi­sce.

Ta czuj­nie spoj­rzała na ko­le­żankę, wę­sząc pod­stęp w tym py­ta­niu, ale za chwilę uśmiech­nęła się sze­roko.

- Ide­al­nie - od­po­wie­działa. - My­ślę, że to jest ten je­dyny, na całe ży­cie.

- Oooo. - Eliza tro­chę się zdzi­wiła, a tro­chę szcze­rze ucie­szyła. - No to gra­tu­la­cje! Po­bie­rze­cie się?

- No pew­nie tak... - Aneta skrom­nie spu­ściła wzrok. - Mu­simy tylko uzbie­rać tro­chę kasy. Wiesz, we­sele dużo kosz­tuje. I jesz­cze mamy do spła­ce­nia kre­dyt za stu­dia... No i trzeba gdzieś za­miesz­kać. A to są nie­małe pie­nią­dze. - Dziew­czyna wes­tchnęła ciężko.

Jej roz­mów­czyni ze zro­zu­mie­niem po­ki­wała głową.

- Tak, wiem, wszystko dro­żeje - stwier­dziła tylko. - Ja z ko­lei nie wiem, kiedy spo­tkam ko­goś na­prawdę in­te­re­su­ją­cego...

Eliza nie zdą­żyła do­koń­czyć zda­nia, bo w pew­nym mo­men­cie wszy­scy, sto­jąc wo­kół ogni­ska, ryk­nę­li­śmy ogłu­sza­jąco je­den przez dru­giego:

- Trzy!

- Dwa!

- Je­den!

- Start!!!

Na tę ko­mendę pod­nie­śli­śmy jed­no­cze­śnie do ust ostat­nie pełne bu­telki piwa i za­czę­li­śmy pić dusz­kiem w sza­leń­czym wy­ścigu. Po chwili do mety pierw­szy do­tarł Se­we­ryn i gło­śnym bek­nię­ciem oznaj­mił zwy­cię­stwo w kon­kur­sie. Po­zo­stała trójka chło­pa­ków z tru­dem do­piła swoje bu­telki i już wszy­scy ra­zem bek­nę­li­śmy ob­le­śnie, pie­czę­tu­jąc ko­niec ry­wa­li­za­cji.

- Co za świ­nie. - Marta z obu­rze­nia aż się wzdry­gnęła, pa­trząc na nas spod byka.

- Fa­ceci... - Aneta wes­tchnęła z dez­apro­batą. - Trzeba się z tym po­go­dzić. Choć mają też swoje za­lety. - Uśmiech­nęła się i z ko­miczną miną po­ka­zała ru­chem bio­drami cha­rak­te­ry­styczny gest sym­bo­li­zu­jący ko­pu­la­cję.

Dziew­czyny wy­buch­nęły ser­decz­nym i nie­skrę­po­wa­nym śmie­chem.

- Kurde, mu­szę coś zjeść, bo mnie to piwo wy­chło­dziło. - Se­we­ryn do­padł do mi­ski z sa­łatką i na­ło­żył so­bie wielką por­cję na pla­sti­kowy ta­le­rzyk.

- Jedz, jedz - za­żar­to­wała Eliza. - W końcu zmar­twych­wsta­łeś. Na pewno umie­rasz z głodu.

Po raz ko­lejny ryk­nę­li­śmy grom­kim śmie­chem, który do­rów­ny­wał swoją mocą ryt­micz­nej mu­zyce do­cho­dzą­cej z gło­śni­ków.

Se­we­ryn wci­nał, aż uszy mu się trzę­sły, mu­zyka grała, ba­langa osią­gała swoje apo­geum. To­wa­rzy­stwo było co­raz bar­dziej pi­jane, bo prze­szli­śmy już na cięż­sze al­ko­hole i się­ga­li­śmy do za­pa­sów sto­ją­cych pod drze­wem, roz­le­wa­jąc whi­sky i wódkę do pla­sti­ko­wych kub­ków.

Wy­da­wało się, że już nic złego się nie sta­nie.

Jed­nak by­li­śmy w kosz­mar­nym błę­dzie.

* * *

W pew­nej chwili wszystko dia­me­tral­nie się zmie­niło. Nie­spo­dzie­wa­nie do­zna­li­śmy nie­przy­jem­nego uczu­cia déja vu.

Se­we­ryn na­gle prze­stał jeść, upu­ścił ta­lerz i w te­atral­nym ge­ście zła­pał się za gar­dło. Na­tych­miast po­czer­wie­niał na twa­rzy. Nie mo­gąc zła­pać po­wie­trza, za­czął prze­wra­cać oczami i da­wać znaki rę­kami, że po­trze­buje po­mocy. Oczy wy­szły mu z or­bit.

Reszta ekipy spoj­rzała na niego z obo­jęt­no­ścią.

- Nie no, już bez ta­kich! - obu­rzył się Mi­chał. - Drugi raz nie na­bie­rzemy się na ten sam nu­mer, stary! - do­dał wy­raź­nie już pod­pity, trzy­ma­jąc sporą szklankę wy­peł­nioną po brzegi bur­bo­nem.

- Chyba was po­krę­ciło! - Eliza po­stu­kała się w czoło. - Nu­dzi­cie się?!

Nikt poza mną nie zwró­cił uwagi na Martę, która stała jak słup soli i z sze­roko otwar­tymi oczami pa­trzyła na krztu­szą­cego się przy­ja­ciela. Za­in­te­re­so­wało mnie to, ale jesz­cze nie wie­dzia­łem, skąd ta­kie za­cho­wa­nie u na­szej ko­le­żanki.

- Nie! - krzyk­nęła. - Nie uma­wia­li­śmy się na drugi żart! Se­we­ryn! Znów uda­jesz?

Ten spoj­rzał z wy­sił­kiem na dziew­czynę i po­krę­cił prze­cząco głową. Twarz miał już pra­wie fi­le­tową z wy­siłku i braku tlenu.

Marta mo­men­tal­nie do niego do­bie­gła.

- Se­we­ryn! Co ci jest?! - za­py­tała dra­ma­tycz­nie. - Utknęło ci coś?!

Ten opadł ciężko na ko­lana. Za­char­czał bez sił.

- Ra­tuj­cie go!!! - Marta pró­bo­wała go pod­nieść, ale nie dała rady. Se­we­ryn po­woli za­czął tra­cić przy­tom­ność. Osu­nął się bez­wład­nie na jej ręce.

Po­zo­stali pod­chmie­leni człon­ko­wie grupy wró­cili do swo­ich roz­mów i za­jęć, kom­plet­nie igno­ru­jąc od­by­wa­jącą się scenę. Prze­cież wi­dzie­li­śmy to już kil­ka­na­ście mi­nut temu. Nikt nie na­biera się drugi raz na taki sam nu­mer. Na­wet ja wró­ci­łem do ogni­ska i wzią­łem do ręki długi ba­dyl z za­cze­pioną na jego końcu kieł­basą, kie­ru­jąc ją w stronę ognia.

- Bła­gam was!!! - krzy­czała Marta przez pły­nące sze­ro­kim stru­mie­niem łzy. - On nie udaje!!! Coś mu się stało!!!

- Na­prawdę są nie­źli. - Z po­dzi­wem po­krę­ci­łem głową, zer­ka­jąc na Se­we­ryna i Martę. - Po­winni się za­sta­no­wić nad ka­rierą ak­tor­ską. - Czu­łem, że kręci mi się w gło­wie od wy­pi­tego al­ko­holu.

- Tak - pod­su­mo­wał Krzy­siek lekko już beł­ko­czą­cym gło­sem. - Role dra­ma­tyczne mają ob­cy­kane.

Po raz ko­lejny wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem, do­brze się ba­wiąc. I od razu wy­chy­li­li­śmy ko­lejną por­cję al­ko­holu.

- Po­móż­cie! - za­wo­dziła Marta co­raz ci­szej, trzy­ma­jąc w dło­niach głowę uda­ją­cego nie­przy­tom­nego Se­we­ryna. - On umiera! On na­prawdę umiera...

Mi­chał rzu­cił spoj­rze­niem na le­żą­cego na ziemi ko­legę i wtedy za­uwa­ży­łem, że coś go tknęło. Odłą­czył się od nas i pod­szedł nie­pew­nie. Kuc­nął przy pła­czą­cej Mar­cie i trą­cił ostroż­nie w ra­mię le­żą­cego na ziemi ko­legę.

- Hej! Wsta­waj już - po­wie­dział. - Drugi raz ten ka­wał się nie uda.

Se­we­ryn nie za­re­ago­wał.

- No wsta­waj! - po­wtó­rzył gło­śniej. - Bo się prze­zię­bisz!

Marta pod­nio­sła na Mi­chała za­czer­wie­nione oczy i wy­szep­tała:

- On już nie żyje. Za­bi­li­ście go.

Mi­chał spoj­rzał na nią co­raz bar­dziej zdzi­wiony i w pew­nym mo­men­cie na­gle coś do niego do­tarło. Szarp­nął Se­we­ryna moc­niej. Po­tem znów.

- To nie żart? - za­py­tał sła­bym gło­sem.

Marta roz­pła­kała się hi­ste­rycz­nie i po­krę­ciła prze­cząco głową.

- Hej, czło­wieku!!! Wsta­waj!!! - wrza­snął dra­ma­tycz­nie chło­pak. - Wsta­waj, kurwa!!!

Na­gle roz­mowy uci­chły.

Za­cie­ka­wieni od­by­wa­jącą się sceną po­de­szli­śmy w stronę przy­ja­ciół.

- Co się tu dzieje? - za­in­te­re­so­wał się Krzy­siek, mru­ga­jąc in­ten­syw­nie za­mglo­nymi od al­ko­holu oczami.

- No wła­śnie - za­wtó­ro­wa­łem. - Przed­sta­wie­nie trwa da­lej czy co?

Marta sko­czyła na równe nogi.

- Żadne, kurwa, przed­sta­wie­nie! - ryk­nęła na mnie i roz­cza­pie­rzyła palce rąk, jakby chciała mi się rzu­cić do gar­dła. - On na­prawdę nie żyje! Nie chcie­li­ście mu po­móc! Dra­nie!!!

- Za­raz, za­raz! - Eliza, naj­mniej za­mro­czona al­ko­ho­lem, szybko przedarła się przez sto­ją­cych bier­nie ko­le­gów. Kuc­nęła przy le­żą­cym kum­plu. - Se­we­ryn! Sły­szysz mnie?! -Ner­wowo przy­ło­żyła rękę do czoła nie­przy­tom­nego, a drugą dło­nią chwy­ciła za jego nad­gar­stek. Z wy­ra­zem kon­ster­na­cji na twa­rzy szu­kała pulsu. Po chwili wy­raź­nie zde­ner­wo­wana pu­ściła rękę Se­we­ryna i gwał­tow­nie przy­ło­żyła ucho do jego ust, na­słu­chu­jąc nie­cier­pli­wie.

- Słu­chaj­cie! - krzyk­nęła roz­dzie­ra­jąco. - On nie ma pulsu! Nie od­dy­cha!

- Jak to, kurwa?! - Już mocno prze­stra­szony przy­pa­dłem do niego na ko­la­nach i od­trą­ci­łem bru­tal­nie Elizę. Spraw­dzi­łem do­kład­nie to samo, co ona przed chwilą. Na­gle wrza­sną­łem prze­ra­żony: - Fak­tycz­nie!!! Szybko! Ra­tujmy go!!! - Nie za­sta­na­wia­jąc się na­wet, czy ma to w tej sy­tu­acji ja­kiś sens, za­czą­łem ro­bić ma­saż serca. Pięt­na­ście uci­sków, po­tem dwa wde­chy. Do ak­cji mo­men­tal­nie włą­czyła się Aneta. Te same szyb­kie, ner­wowe czyn­no­ści. I znów po­wtó­rze­nie.

- Szyb­ciej!!! - Usły­sza­łem czyjś dra­ma­tyczny głos zza ple­ców.

- Wy­łącz­cie tę mu­zykę, do cho­lery!!! - znie­cier­pli­wiła się Eliza.

Ktoś do­tarł do sprzętu i bez­ce­re­mo­nial­nie wy­cią­gnął wtyczkę z prądu. Za­pa­dła nie­zno­śna ci­sza prze­ry­wana chli­pa­niem Marty oraz na­szymi ner­wo­wymi od­de­chami, kiedy pró­bo­wa­li­śmy przy­wró­cić do przy­tom­no­ści na­szego przy­ja­ciela. Ogni­sko we­soło trza­skało, rzu­ca­jąc na nas po­ma­rań­czowe, cie­płe re­fleksy.

- Je­den, dwa, trzy, cztery... - sa­pa­łem już mocno zmę­czony.

Po­zo­stałe osoby stały bez­czyn­nie, nie wie­dząc, jak się za­cho­wać.

- Zmień­cie mnie! Już nie mam siły! - po­pro­si­łem w końcu resztę grupy.

Mi­chał, wy­rwany w końcu z osłu­pie­nia, za­stą­pił mnie i do­łą­czył do Anety, po­dej­mu­jąc dal­szy ciąg czyn­no­ści ra­tow­ni­czych. Co chwilę spraw­dzali puls i od­dech. I znów ten sam ze­staw uci­sków i od­de­chów. Ale oni też szybko tra­cili siły. Po­woli do­cie­rała do nas prze­ra­ża­jąca prawda. W tej chwili sza­lony im­pre­zowy na­strój za­stę­po­wały mro­żący krew w ży­łach strach i prze­ra­że­nie.

- Nie! Nie! Nie! To się nie dzieje na­prawdę! - Eliza pró­bo­wała za­ne­go­wać rze­czy­wi­stość. - To tylko sen. Za chwilę się obu­dzimy i wszystko bę­dzie do­brze. Tylko spo­koj­nie, od­dy­chaj!

Wy­raź­nie za­częła pa­ni­ko­wać. Jej od­dech przy­spie­szył i wy­glą­dało na to, że za chwilę ze­mdleje z emo­cji. Mi­chał z Anetą, już co­raz bar­dziej zre­zy­gno­wani i zmę­czeni, w końcu się pod­dali, prze­rwali re­ani­ma­cję i opa­dli bez­sil­nie na zie­mię.

Mi­chał ze łzami w oczach spoj­rzał na na­szą grupę wpa­trzoną niemo w bez­wład­nego kum­pla.

- On nie żyje. Już nic mu nie po­może. Prze­pra­szam... - wy­szep­tał.

Marta po­now­nie roz­darła ci­szę gło­śnym, wstrzą­sa­ją­cym pła­czem.

Sta­li­śmy w osłu­pie­niu, nie mo­gąc uwie­rzyć w to, co przed chwilą za­szło. Wciąż nie do­cie­rało to do nas, mimo że wi­dzie­li­śmy wszystko na wła­sne oczy.

- Ja pier­dolę! - Aneta ukryła twarz w dło­niach. - Ja pier­dolę!

Mi­chał po­woli do­cho­dził do sie­bie. W końcu wstał z klę­czek. Spoj­rza­łem na niego nie­przy­tom­nie.

- I co my te­raz zro­bimy? - za­py­ta­łem słabo.

- Cho­lera, nie wiem - od­po­wie­dział rów­nie głu­pio.

Eliza po­de­szła do ro­ze­dr­ga­nej Marty i ob­jęła ją mocno.

- Ma ktoś ja­kieś środki uspa­ka­ja­jące? - za­py­tała nas przez łzy. - Trzeba jej coś dać, bo jest cała roz­dy­go­tana.

- Dzwoń­cie po po­li­cję i po ka­retkę - za­pro­po­no­wał Krzy­siek, który już otrzeź­wiał na tyle, by zdać so­bie sprawę z tego, co się stało.

- I po chuja? - od­po­wie­dział za­czep­nie Mi­chał. - Co im po­wiesz? Że ola­li­śmy kum­pla, który za­czął się du­sić, bio­rąc to za żart? Jesz­cze oskarżą nas o brak udzie­le­nia po­mocy i nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci. Chcesz za to bek­nąć?

Spoj­rze­li­śmy na niego, kom­plet­nie nie wie­dząc, co mu od­po­wie­dzieć. Ani co da­lej mamy zro­bić.

- Ale jak do tego w ogóle do­szło? - za­py­tała drżą­cym gło­sem Aneta. - Co mu się stało? Za­krztu­sił się czy co?

- Cho­lera, nie wiem... - od­po­wie­dział Mi­chał. - Może był na coś uczu­lony?

Jak na ko­mendę wszy­scy spoj­rze­li­śmy na Martę, która w ob­ję­ciach Elizy drżała i pła­kała. Za­uwa­żyła spoj­rze­nia po­zo­sta­łych.

- Co? - za­py­tała, po­chli­pu­jąc.

Wszy­scy wbi­li­śmy w nią wzrok, wy­cze­ku­jąc od­po­wie­dzi.

- Czy był na coś uczu­lony? - po­wtó­rzyła jak echo. - Chyba na orzeszki ziemne. Ale mó­wił wam prze­cież, prawda?

Tym ra­zem jak na ko­mendę po­pa­trze­li­śmy na Elizę.

- W mordę! - Pierw­szy ode­zwał się Mi­chał. - W ży­ciu o tym nie sły­sza­łem. Mó­wił wam coś na ten te­mat?

Bez­wied­nie wzru­szy­łem ra­mio­nami.

- Ale ja­kie to ma te­raz zna­cze­nie! Prze­cież nie je­dli­śmy orze­chów! - par­sk­ną­łem.

Mi­chał na­gle się oży­wił. Zła­pał się za brodę, jakby coś mu przy­szło do głowy.

- Co on jadł? - za­py­tał, ale nikt mu nie od­po­wie­dział.

Wszy­scy by­li­śmy cały czas w szoku, więc ta­kie przy­ziemne py­ta­nie kom­plet­nie do nas nie do­tarło.

- No co on jadł, do cho­lery!? - krzyk­nął do dziew­czyn.

Eliza spoj­rzała na zie­mię, tam, gdzie le­żał po­rzu­cony ta­lerz Se­we­ryna.

- Sa­łatkę, tak jak wszy­scy - stwier­dziła spo­koj­nie.

- Kto ją ro­bił?! - Mi­chał był co­raz bar­dziej zde­ner­wo­wany.

- Aneta przy­go­to­wała żar­cie. - Eliza spoj­rzała na swoją ko­le­żankę, która te­raz z na­ra­sta­ją­cym zdzi­wie­niem roz­glą­dała się po ko­le­gach.

- No ale ja tam żad­nych orze­chów nie da­wa­łam - wy­ja­śniła roz­bra­ja­jąco. - Były po­mi­dory, ogó­rek, sa­łata, pa­pryka, pestki dyni...

- Co?! - Mi­chał prze­rwał jej bez­ce­re­mo­nial­nie i pod­szedł szybko do dziew­czyny. - Pestki dyni??? - Zła­pał ją za ra­miona, jakby chciał nią po­trzą­snąć.

- Tak, pestki dyni! No ale to nie są orze­chy, do dia­bła! - od­pa­ro­wała gwał­tow­nie Aneta. - Od­czep się!

- Gdzie jest opa­ko­wa­nie po tych pest­kach?! - rzu­cił wście­kle Mi­chał. - No mów, ko­bieto!!

Aneta strą­ciła dło­nie ko­legi i wy­raź­nie ob­ra­żona skrzy­żo­wała ręce na pier­siach.

- W ko­szu! A gdzie ma być?!

Mi­chał, jakby do­stał za­strzyk ener­gii, po­gnał w stronę willi. Po chwili wró­cił, trzy­ma­jąc w dło­niach szary kosz na śmieci. Ze wście­kło­ścią wy­sy­pał całą za­war­tość na zie­mię i za­czął ner­wowo roz­gar­niać resztki. W końcu zna­lazł po­szar­pane fo­liowe opa­ko­wa­nie po pest­kach. Za­czął czy­tać:

- "...może za­wie­rać śla­dowe ilo­ści orze­chów, w tym orzesz­ków ziem­nych". - Mor­der­cze spoj­rze­nie, ja­kim w tym mo­men­cie ob­rzu­cił Anetę, spo­wo­do­wało, że dziew­czyna w mgnie­niu oka po­bla­dła. Dało się to za­uwa­żyć na­wet przy mi­go­tli­wym świe­tle ogni­ska. - Prze­czy­ta­łaś to, co było na opa­ko­wa­niu?! - wrza­snął na nią. - Prze­czy­ta­łaś?!

- Od­wal się! Skąd mo­głam wie­dzieć?! - od­gry­zła się cała wście­kła na niego.

- Ty idiotko!!! - Gwał­tow­nie ru­szył w jej stronę.

Krzy­siek na­gle za­stą­pił mu drogę.

- Zo­staw ją! - Za­dzi­wia­jąco mocno ode­pchnął Mi­chała, aż ten stra­cił rów­no­wagę i upadł na zie­mię.

Ra­zem z Elizą do­sko­czy­łem do przy­ja­ciół, za­po­bie­ga­jąc dal­szej eska­la­cji emo­cji.

- Uspo­kój­cie się! Prze­cież to był wy­pa­dek! Nikt nie chciał ce­lowo zro­bić mu krzywdy! - krzyk­nęła Eliza.

Sie­dzący na ziemi Mi­chał wal­nął z wście­kło­ścią pię­ścią w piach.

- Kurwa!!! - za­klął gło­śno.

- Uspo­kójmy się... - za­czą­łem, bo chcia­łem wy­ci­szyć emo­cje. - Za­sta­nówmy się, co te­raz zro­bić.

- Już mó­wi­łem, dzwońmy po po­li­cję i po ka­retkę - po­wtó­rzył z upo­rem Krzy­siek.

Za­pa­dła ci­sza. Na­wet Marta sie­działa w mil­cze­niu na prze­wró­co­nym ko­na­rze drzewa. Wy­da­wało się, że wy­pła­kała już wszyst­kie łzy. Wi­dać było, że z bez­sil­no­ści i żalu nie jest w sta­nie wy­du­sić z sie­bie słowa.

- Nie - po­wie­dział ci­cho Mi­chał.

Wszy­scy na niego spoj­rzeli.

Nasz ko­lega po­woli wstał z ziemi i otrze­pał spodnie.

- Nie dzwońmy. - Spoj­rzał na nas smutno.

Po­czu­łem, że sy­tu­acja wy­myka się nam spod kon­troli. Co gor­sza, cały czas by­łem pod wpły­wem al­ko­holu. Cały świat wi­ro­wał mi przed oczami.

- Co pro­po­nu­jesz? - za­py­ta­łem po­dejrz­li­wie, bo nie spodo­bało mi się to, co przed chwilą od niego usły­sza­łem.

W od­po­wie­dzi Mi­chał wcią­gnął ze świ­stem po­wie­trze.

- Mu­simy po­zbyć się ciała - wy­szep­tał.

* * *

- Chyba Cię po­je­bało, czło­wieku!!! - wrza­sną­łem na Mi­chała, prze­wra­ca­jąc oczami. - Co ty? Fil­mów się na­oglą­da­łeś? Prze­cież to nasz przy­ja­ciel!!!

- Jak to po­zbyć się ciała? - Eliza nie wie­rzyła w to, co przed chwilą usły­szała.

Mi­chał pod­szedł do nas spo­koj­nie. Był te­raz nie­zwy­kle opa­no­wany. Mó­wił trzeźwo i rze­czowo.

- Za­sta­nów­cie się - wy­ja­śnił. - Jemu już nie po­mo­żemy, ale so­bie mo­żemy mocno za­szko­dzić. Gdzie znaj­dziesz do­brą pracę - zwró­cił się pro­sto do mnie - je­śli przy­kleją ci łatkę po­li­cyj­nego do­cho­dze­nia? My­ślisz, że tak ła­two się z tego wy­śli­zgamy?

- Lu­dzie, ale o czym my mó­wimy?! - Marta na­gle ze­rwała się na równe nogi. - Chyba nie chce­cie tak tego za­ła­twić?! Prze­cież to Se­we­ryn. To nasz przy­ja­ciel, a nie ka­wa­łek mięsa!

Za­pa­dła ci­sza. Krzy­siek zro­bił krok do przodu i po­pa­trzył na nas uważ­nie.

- Mi­chał ma ra­cję - ode­zwał się w końcu. - To je­dyne bez­pieczne roz­wią­za­nie. Nie będę ry­zy­ko­wał ka­riery za­wo­do­wej. Od­wo­łuję mój po­mysł z po­li­cją i ka­retką. Ukryjmy ciało.

Marta aż pod­sko­czyła.

- Nie no, czy wy w ogóle się sły­szy­cie?! Prze­cież to ja­kiś kosz­mar!!! Kurwa!!! Lu­dzie!!! - Znów za­częła hi­ste­rycz­nie pła­kać, cała się trzę­sąc.

Aneta po­de­szła do Marty, wy­cią­gnęła do niej ręce i po­pa­trzyła jej pro­sto w oczy.

- Oni mają ra­cję. Nic już nie mo­żemy zro­bić. Se­we­ryn nie żyje i to w do­datku przez nasz błąd. Wszy­scy je­ste­śmy winni. Te­raz mu­simy my­śleć o so­bie.

Ja sam by­łem w szoku i nie wie­dzia­łem, co o tym są­dzić. Zo­sta­łem za­głu­szony gło­sem roz­sądku po­zo­sta­łych. Na­wet nie pró­bo­wa­łem się ode­zwać, by za­ne­go­wać po­mysł Mi­chała. Ja i Marta nie mie­li­śmy wy­star­cza­ją­cej siły prze­bi­cia, po­trzeb­nej do za­we­to­wa­nia tego, co usta­liła reszta.

Mi­chał ode­tchnął głę­boko, spoj­rzał na na­sze spa­ni­ko­wane twa­rze i wtedy prze­jął ini­cja­tywę.

- No do­bra! Nie ma co de­ba­to­wać! Zbie­ramy wszyst­kie rze­czy! Po­móż­cie mi uprząt­nąć te­ren! - za­rzą­dził nie­zno­szą­cym sprze­ciwu gło­sem. - Dziew­czyny, spa­kuj­cie wszyst­kie rze­czy i po­zbie­raj­cie śmieci. My zaj­miemy się zwło­kami. No już! Nie ma czasu! Za pięt­na­ście mi­nut ma nas tu­taj nie być!

Marta pró­bo­wała pro­te­sto­wać. Krzy­czała hi­ste­rycz­nie, że tak nie można, że to nie po ludzku. Po­zo­stałe dwie dziew­czyny nie dały jej jed­nak żad­nej szansy na dal­szy sprze­ciw. Nie­malże siłą za­brały ją do willi.

Przy­tasz­czy­li­śmy spo­rych roz­mia­rów ka­mień i z nie­ma­łym tru­dem przy­wią­za­li­śmy go za po­mocą liny ho­low­ni­czej do mar­twego już ciała. Po­tem za­cią­gnę­li­śmy ob­cią­żone zwłoki na po­most. Z wy­sił­kiem do­szli­śmy do końca drew­nia­nej, trzesz­czą­cej kon­struk­cji i na trzy wrzu­ci­li­śmy z gło­śnym chlu­po­tem nie­ży­ją­cego przy­ja­ciela do za­lewu. Po chwili ob­cią­żone zwłoki znik­nęły pod wodą. Sta­li­śmy jesz­cze przez chwilę, dy­sząc ciężko i pa­trząc, jak czarna woda uspa­kaja się pod na­szymi sto­pami.

- Że­gnaj. - To jedno słowo, wy­po­wie­dziane bar­dzo ci­cho przez któ­re­goś z nas, wy­star­czyło za całe po­że­gna­nie.

Po­tem spoj­rze­li­śmy na sie­bie nie­pewni i prze­ra­żeni tra­gicz­nym za­koń­cze­niem tej im­prezy.

- Do­ga­śmy ogni­sko i spie­przajmy stąd.

Pięć mi­nut póź­niej trzy sa­mo­chody ru­szyły gwał­tow­nie spod willi, sy­piąc pia­skiem spod kół i wzno­sząc tu­many ku­rzu.

Po chwili już nas tam nie było.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki