ROZDZIAŁ 2
Utarczki między tym dwojgiem zaczęły mi działać na nerwy. Poprosiłem Sebastiana, żeby mi pokazał szafę z bronią. Zaprowadził mnie do małego gabinetu, stanowiącego częściowo bibliotekę, a częściowo pomieszczenie na broń.
W mahoniowej szafie, za szybą, stał rząd lekkich i ciężkich strzelb. Puste miejsce w stojaku wskazywało na brak dubeltówki. Półki pod ścianą były wypełnione w większości bestsellerami i wydaniami klubów książkowych, a tylko na jednej stały nieefektownie wyglądające podręczniki ekonomii i psychologii reklamy.
- Pracuje pan w reklamie?
- W biurze informacyjnym. Jestem szefem biura w Centennial Savings and Loan. Powinienem być teraz w firmie. Pracujemy nad programem na przyszły rok.
- Czy to może poczekać jeden dzień?
- Nie wiem.
Odwróciwszy się ode mnie, otworzył szafę z bronią, a potem dolną szufladę, gdzie były naboje. Obie otwierały się tym samym mosiężnym kluczem.
- Gdzie przechowywał pan ten klucz?
- W górnej szufladzie mojego biurka. - Otworzył szufladę i pokazał mi, w którym miejscu leżał. - Sandy wiedziała gdzie.
- Mógł go łatwo znaleźć ktoś inny.
- To prawda, ale jestem pewny, że to ona.
- Skąd ta pewność?
- Czuję to.
- Czy broń ją fascynuje?
- Na pewno nie. Jeśli ktoś umie obchodzić się z bronią, nie musi to oznaczać, że staje się jej miłośnikiem.
- Kto ją tego nauczył?
- Oczywiście ja. Jestem jej ojcem.
Podszedł do szafy i pogłaskał lufę ciężkiej strzelby. Potem zamknął starannie oszklone drzwi i przekręcił klucz. Musiało mu mignąć odbicie własnej twarzy w szybie, bo cofnął się, obejmując dłonią podbródek.
- Wyglądam jak dzikus. Nic dziwnego, że Bernice się mnie czepia.
Przeprosił mnie i poszedł doprowadzić się do porządku. Spojrzałem na własne odbicie w szybie. Nie promieniowałem zadowoleniem z życia. Wczesne godziny ranne nie były porą mojej największej lotności umysłu, mimo to uświadomiłem sobie niewygodę mego położenia, gdyż podobnie jak Sandy, którą wydzierali sobie wzajemnie skłóceni rodzice, w tym momencie znalazłem się w tej samej sytuacji.
Pani Sebastian weszła cicho do pokoju i stanęła obok mnie przy szafie.
- Wyszłam za mąż za skauta.
- Bywają większe nieszczęścia.
- Wymienię pierwsze. Matka zawsze przestrzegała mnie przed związkiem z przystojnym mężczyzną. "Wyjdź za inteligenta" - radziła. Ale nie posłuchałam jej. Powinnam była pozostać przy zawodzie modelki. Przynajmniej zależałabym jedynie od własnego ciała. - Poklepała się po biodrze.
- Ma pani dobre ciało. W dodatku jest pani szczera.
- Myślałam o tym wszystkim dziś w nocy.
- Proszę pokazać mi pamiętnik córki.
- Nie pokażę go panu.
- Czy jest w nim coś wstydliwego?
- Wstydzę się za siebie - odparła. - Co takiego chce pan znaleźć w pamiętniku, na co sama nie mogłabym odpowiedzieć?
- Na przykład, czy pani córka sypiała z tym chłopakiem.
- Oczywiście, że nie - odparła z nutą złości w głosie.
- Albo z kimś innym.
- To nonsens. - Jej twarz przybrała ziemistą barwę.
- Mówi pani prawdę?
- Ależ tak! Sandy jak na swój wiek jest dość niewinna.
- Albo była. Miejmy nadzieję, że nic się nie zmieniło.
Pani Sebastian odwróciła wzrok.
- Ja... my nie zaangażowaliśmy pana po to, żeby pan kwestionował prowadzenie się mojej córki.
- Przede wszystkim jeszcze nie zostałem zaangażowany. W sprawach loteryjnych, takich jak ta, zwykle pobieram zaliczkę.
- Co pan nazywa loteryjną sprawą?
- Córka może w każdej chwili wrócić do domu. Pani, bądź mąż, możecie zmienić zdanie...
Przerwała mi niecierpliwym gestem ręki.
- W porządku, ile pan chce?
- Honorarium za dwa dni plus koszty. Powiedzmy dwieście pięćdziesiąt.
Usiadła przy biurku, wyjęła z drugiej szuflady książeczkę czekową i wypisała czek.
- Co jeszcze?
- Parę ostatnich zdjęć córki.
- Proszę usiąść. Przyniosę panu.
Kiedy wyszła, sprawdziłem książeczkę czekową. Po zapłaceniu mi zaliczki, Sebastianom zostało na koncie niecałe dwieście dolarów. Ten szykowny nowy dom, stojący na skraju urwiska, stanowił doskonałe odzwierciedlenie ich sytuacji życiowej.
Bernice Sebastian wróciła z plikiem zdjęć. Sandy była poważnie wyglądającą dziewczyną, ciemną karnacją przypominającą swoją matkę. Większość zdjęć przedstawiała ją w akcji: na koniu lub na rowerze, na trampolinie przed skokiem do wody albo w pozycji strzeleckiej. Strzelba kalibru 0.22 wyglądała na jedną z arsenału spoczywającego w oszklonej szafie. Sposób, w jaki ją trzymała, świadczył, iż jest z nią obznajomiona.
- Skąd to zdjęcie z bronią, pani Sebastian? Czy to był pomysł Sandy?
- Nie, Keitha. Jego ojciec zaszczepił w nim pasję do myślistwa, a Keith przeniósł rodzinną tradycję na córkę - odparła drwiąco.
- To wasze jedyne dziecko?
- Tak. Nie mamy syna.
- Mogę przeszukać jej pokój?
Kobieta zawahała się.
- Co pan spodziewa się tam znaleźć? Ślady transwestytyzmu? Narkotyki?
Jej głos nadal brzmiał szyderczo, lecz nie robiło to na mnie wrażenia. Widywałem bardziej szokujące rzeczy w pokojach młodych ludzi.
Pokój Sandy był słoneczny, pełen świeżych, słodkich zapachów. Znalazłem w nim to, czego można się spodziewać po sypialni niewinnej, poważnej uczennicy ostatniej klasy szkoły średniej. Mnóstwo swetrów, spódniczek i książek, zarówno podręczników szkolnych, jak i powieści - kilka dobrych, między innymi Huragan na Jamajce. Menażeria szmacianych zwierzątek. Proporczyki uniwersytetów, przeważnie Ivy League . Ozdobiona różową falbanką toaletka z ułożonymi w geometryczny wzorek kosmetykami. Na ścianie, w srebrnej ramce, fotografia uśmiechniętej młodej dziewczyny.
- Kto to?
- Heidi Gensler, najlepsza przyjaciółka Sandy.
- Chciałbym z nią porozmawiać.
Pani Sebastian zawahała się. Jej namysły były krótkie, ale głębokie i poważne, jak u kogoś biorącego pod uwagę kolejne posunięcia w grze o wysoką stawkę.
- Genslerowie nie wiedzą o tym - powiedziała.
- W jaki sposób zamierzacie szukać córki, utrzymując to jednocześnie w tajemnicy? Czy Genslerowie są waszymi przyjaciółmi?
- To nasi sąsiedzi. Dziewczyny są dobrymi przyjaciółkami. - Podjęła szybką decyzję. - Poproszę Heidi, żeby przed pójściem do szkoły do nas wpadła.
- Czemu nie zaraz?
Kiedy wyszła z pokoju, przejrzałem pośpiesznie miejsca, w których można byłoby coś ukryć: pod różowym dywanikiem z owczej wełny, między materacem i sprężynami, na wysokiej ciemnej półce w szafie, pod rzeczami w komódce i za nimi. Przetrząsnąłem niektóre z książek. Z jednej z nich, noszącej tytuł Sonety portugalskie, wypadł świstek papieru.
Podniosłem go z dywanika. Była to część kartki z notesu, na której ktoś napisał starannym czarnym pismem:
Kochanie, ból mi sprawiasz, gdy mej krwi tętnienie
Nocą każdą rozbudza zdrożną myśl o tobie
Żyły sobie otworzę, by duszy cierpienie
Umarło razem z ciałem, kiedy spocznie w grobie.
Pani Sebastian stała na progu, obserwując mnie.
- Jest pan bardzo skrupulatny, panie Archer. Co to jest?
- Wierszyk. Zastanawiam się, czy napisał go Davy.
Wyjęła mi z ręki kartkę i przeczytała wiersz.
- Nie widzę w tym żadnego sensu.
- Ja również. - Odebrałem jej kartkę i schowałem w portfelu. - Czy Heidi przyjdzie?
- Za chwilę tu będzie. Kończy śniadanie.
- To dobrze. Ma pani jakieś listy Davy'ego?
- Oczywiście, że nie.
- Mam na myśli listy do Sandy. Chciałbym skonfrontować charakter jego pisma z tym, którym został napisany ten wiersz.
- Nie wiem, czy to jego charakter.
- Założę się, że tak. Ma pani zdjęcie Davy'ego?
- Skąd mogłabym je wziąć?
- Z tego samego miejsca, co pamiętnik córki.
- Nie musi mi pan tego wypominać.
- Nie miałem zamiaru. Po prostu chciałbym go przeczytać. To by mi bardzo pomogło.
Znów popadła w jedno ze swoich chłodnych zamyśleń, wpatrując się niewidzącymi oczami w perspektywę przyszłego czasu.
- Gdzie jest pamiętnik, pani Sebastian?
- Już nie istnieje - powiedziała ostrożnie. - Zniszczyłam go.
Byłem pewny, że kłamie, i nie starałem się tego ukryć.
- W jaki sposób?
- Jeśli chce pan koniecznie wiedzieć, to przeżułam go i połknęłam. Muszę pana teraz przeprosić. Mam potworny ból głowy.
Poczekała na korytarzu, aż wyjdę z pokoju, po czym zamknęła drzwi i przekręciła klucz w zamku. Zamek był niedawno założony.
- Czyj to był pomysł z tym zamkiem?
- Sandy. W ostatnich miesiącach chciała mieć więcej prywatności. Więcej, niż mogła wykorzystać.
Poszła do innej sypialni i zamknęła za sobą drzwi. Znalazłem Sebastiana w kuchni. Zdążył się umyć i ogolić, wyszczotkował swoje brązowe, kędzierzawe włosy, włożył krawat i marynarkę. Pił kawę w znacznie lepszym nastroju niż ten, w którym go poznałem.
- Napije się pan kawy?
- Nie, dziękuję. - Wyjąłem mały czarny notes i usiadłem obok Sebastiana. - Proszę mi opisać Davy'ego.
- Wygląda jak młody zbir.
- Zbiry mają kształty i wymiary. Jakiego jest wzrostu?
- Mniej więcej mojego. Ja w butach mam sześć stóp.
- Ile waży?
- Jest raczej ciężki. Może ważyć dwieście funtów.
- Mocno zbudowany?
- Można tak powiedzieć. - W głosie Sebastiana zabrzmiała nuta rywalizacji. - Ale dałbym mu radę.
- Bez wątpienia. Proszę opisać jego twarz.
- Jest dość przystojny. Ale patrzy ponuro... tak jak oni wszyscy.
- Patrzył tak po obietnicy, że pan go zastrzeli, czy już wcześniej?
Sebastian zrobił ruch, jakby chciał wstać.
- Słuchaj pan, jeżeli chcesz ze mnie kpić, to za co twoim zdaniem ci płacę?
- Za to, co teraz robię - odparłem. - I za mnóstwo dalszych mało zabawnych pytań z mojej strony. Sądzi pan, że to jest mój wymarzony sposób spędzania czasu?
- Mój też nie.
- To już pańska sprawa. Jakie ma włosy?
- Blond.
- Długie czy krótkie?
- Krótkie. Prawdopodobnie obcięli mu w więzieniu.
- Niebieskie oczy?
- Chyba tak.
- Wąsy albo broda?
- Nie.
- Jak chodzi ubrany?
- Zwyczajnie. Obcisłe spodnie biodrówki, spłowiała niebieska koszula, buty.
- Jak się wysławia?
- Ustami. - Zaczęło go zawodzić opanowanie.
- Wykształcony czy nie? Hipis? Cymbał?
- Z tego, co mówił, trudno było się zorientować. Był rozwścieczony. Obaj byliśmy.
- Jak można go określić?
- Próżniak. Niebezpieczny próżniak. - Odwrócił się w moją stronę nienaturalnie szybkim ruchem i spojrzał mi w twarz szeroko otwartymi oczami, jakbym to ja wypowiedział te słowa. - Słuchaj pan, muszę jechać do biura. Mamy ważną naradę nad programem działania na przyszły rok, a potem jestem umówiony na lunch z panem Hackettem.
Zanim wyszedł, wydobyłem z niego szczegółowy opis samochodu córki. Był to jednoroczny dwudrzwiowy seledynowy dart, zarejestrowany na niego. Nie zgodził się, by go wciągnąć na oficjalną listę poszukiwanych samochodów ani na powiadomienie policji o sprawie.
- Nie zna pan specyfiki mojego zawodu - powiedział. - Muszę prezentować nieskazitelne oblicze. Jeśli mi się nie uda, wypadam z gry. Podstawą sukcesu w branży oszczędnościowo-budowlanej jest zaufanie.
Odjechał nowym oldsmobilem, który - jak wskazywały wypłaty w książeczce czekowej - kosztował go sto dwadzieścia dolarów miesięcznie.