Śmiertelna zemsta - Nora Roberts

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Ktoś albo porwał słońce, albo posta­no­wił zre­zy­gno­wać z okupu i zwy­czaj­nie roz­pra­wił się z nim na dobre.

Przez dwa cudowne tygo­dnie, nim zostało porwane albo uni­ce­stwione, słało cie­pło i świa­tło, więc morze u stóp willi w Gre­cji skrzyło się, jakby ktoś roz­sy­pał bry­lanty wśród sza­fi­rów. Wypa­liło cały stres, zosta­wia­jąc mnó­stwo miej­sca na sen, seks, wino, wygrze­wa­nie się w jego pro­mie­niach i jesz­cze wię­cej seksu.

Według Eve nie było lep­szego spo­sobu na spę­dze­nie czę­ści let­niego urlopu w 2061 roku.

Porucz­nik Eve Dal­las, poli­cjantka od zabójstw, od wielu dni nie myślała o mor­der­stwach ani umyśl­nych oka­le­cze­niach. Już samo to ozna­czało waka­cje. Jeśli do tego dodać willę z nagrza­nego słoń­cem zło­tego kamie­nia, widoki morza i wzgórz, gajów oliw­nych i win­nic, roz­ta­cza­jące się za wszyst­kimi oknami, a na dokładkę pełny relaks u boku uko­cha­nego, czyż można było wyma­gać cze­goś wię­cej?

Fan­ta­styczny spo­sób uczcze­nia trze­ciej rocz­nicy ich ślubu.

Cza­sami na­dal ją zdu­mie­wało, jak poli­cjantka i prze­stępca (były), dwie zagu­bione dusze, nie szczę­dząc sił ani nie prze­bie­ra­jąc w środ­kach, wyrwały się z życia peł­nego bólu i cier­pie­nia, by się odna­leźć. I jak im się udało razem stwo­rzyć dobry, szczę­śliwy zwią­zek.

Bez względu na to, co się zmie­niało, ewo­lu­owało, to pozo­stało nie­wzru­szone.

I było to ich wspólne dzieło.

Teraz, po dwóch tygo­dniach abso­lut­nego doga­dza­nia sobie -?cho­ciaż Roarke wcale nie uwa­żał, że sobie na to nie zasłu­żyli -?dotarli do zala­nej desz­czem Irlan­dii, z nie­bem zasnu­tym chmu­rami.

Może to Irland­czycy są zabój­cami słońca.

A jed­nak zie­leń tutaj była taka soczy­sta na roz­le­głych polach, w oddali wzno­siły się wzgó­rza, a kamienne mury lśniły od desz­czu. Wąska droga, którą jechali, wiła się, a po obu stro­nach oka­lały ją, niczym żywe ściany, żywo­płoty kapiące krwi­sto­czer­wo­nymi fuk­sjami.

Eve zasta­no­wiła się. Może odczu­wała odro­binę stresu, ale tylko dla­tego, że Irland­czycy poza tym, że podej­rzani o zabi­cie słońca, posta­no­wili jeź­dzić po złej stro­nie krę­tych, wąskich dróg, a Roarke pędził nimi, jakby bie­gły pro­sto jak strzała.

Był cho­ler­nie szczę­śliwy, a jego szczę­ście udzie­lało się Eve. Nie uwa­żała podzie­la­nia takiego rado­snego nastroju za jedną z zasad mał­żeń­skich, ale uznała to za plus.

Przy­glą­dała mu się przez chwilę -?znacz­nie przy­jem­niej­szy widok niż owce, krowy, cza­sami konie i inne czwo­ro­nożne stwo­rze­nia, widoczne w lukach mię­dzy żywo­pło­tami.

Co za twarz! Te sza­lone, nie­bie­skie irlandz­kie oczy, te ide­al­nie wykro­jone usta, te jedwa­bi­ste czarne włosy.

Spoj­rzaw­szy na Eve, roz­cią­gnął usta w uśmie­chu, prze­zna­czo­nym wyłącz­nie dla niej.

-?Już nie­da­leko.

-?Tak, wiem. Pamię­tam.

Ści­gali płat­nego zabójcę, kiedy ostat­nim razem odwie­dzili farmę jego krew­nych w Clare -?krew­nych, o któ­rych ist­nie­niu nie miał poję­cia ani pod­czas lat swo­jego kosz­mar­nego dzie­ciń­stwa, ani póź­niej, gdy był odno­szą­cym suk­cesy zło­dzie­jem, prze­myt­ni­kiem, (w miarę) uczci­wym biz­nes­me­nem, który stwo­rzył praw­dziwe impe­rium.

Lor­can Cobbe, zde­mo­ra­li­zo­wany wyro­stek w cza­sach, kiedy Roarke był dziec­kiem, wyrósł na zde­mo­ra­li­zo­wa­nego czło­wieka pra­gną­cego śmierci Roarke'a.

Ale stało się ina­czej, pomy­ślała. I teraz Cobbe sie­dzi w beto­no­wej klatce, gdzieś poza Zie­mią, i pozo­sta­nie tam do końca swo­jego nik­czem­nego życia.

-?Przed nami widać niebo zza chmur.

Spoj­rzała na oło­wiane skle­pie­nie. Jeśli zmru­żyć oczy, być może uda­łoby się dostrzec mniej szary frag­men­cik.

-?Uwa­żasz to za niebo zza chmur?

-?Ow­szem. -?W jego gło­sie sły­chać było irlandzki akcent. Wycią­gnął rękę, by poło­żyć dłoń na jej dłoni. -?Dużo dla nich zna­czy nasza wizyta, to, że spę­dzimy z nimi nieco czasu. Dla mnie naj­waż­niej­sze jest, że na to przy­sta­łaś.

-?Przy­je­cha­łam tu z przy­jem­no­ścią. Lubię wszyst­kich tych sza­leń­ców. I miło pobyć z nimi tro­chę bez towa­rzy­szą­cej nam bandy gli­nia­rzy.

-?Masz rację. Cho­ciaż koniec koń­ców tamta wizyta była wielce satys­fak­cjo­nu­jąca.

-?Ponie­waż sta­nę­łam z boku i pozwo­li­łam ci sko­pać tyłek Cobbe'owi.

Znów się uśmiech­nął, sły­sząc to "pozwo­li­łam ci".

-?Moja poli­cjantka mnie rozu­mie, a poza tym mnie kocha. Spójrz teraz, widać tam, że się prze­ja­śnia.

Nie mogła zaprze­czyć, że tam, gdzie według niego się prze­ja­śniło, rze­czy­wi­ście można się było dopa­trzyć odro­biny błę­kitu.

-?"Prze­ja­śnia" to za mocne słowo.

Poko­nał jeden zakręt, potem drugi i Eve ujrzała pole, na któ­rym kie­dyś wylą­do­wali odrzu­to­wym śmi­głow­cem -?pośród prze­klę­tych krów -?bo była potrzebna swo­jemu mężowi. Gdzie pierw­szy raz ujrzała Sinead Brody Lan­ni­gan, sio­strę-bliź­niaczkę matki Roarke'a.

Szary kamienny dom, zabu­do­wa­nia gospo­dar­cze, bujne ogrody.

Jak tylko Roarke skrę­cił na pod­jazd, drzwi fron­towe otwo­rzyły się na całą sze­ro­kość. Sean, pie­go­waty wnuk Sinead, wybiegł z domu.

-?W końcu jeste­ście! Cze­ka­li­śmy na was całą wiecz­ność. Bab­cia i mama przy­go­to­wały powi­talną ucztę. Nie­mal umie­ram z głodu, bo nie pozwa­lały mi nic tknąć.

Stał, jasno­włosy i jasno­oki, nie zwa­ża­jąc na pada­jący deszcz.

-?Pomogę wnieść bagaże.

-?Dobry z cie­bie chło­pak. Co sły­chać, Seanie?

-?Wszystko w porządku. Masz przy sobie broń? -?zwró­cił się do Eve. - Mogę ją zoba­czyć?

-?Odpo­wiedź na oba pyta­nia brzmi "nie".

-?No cóż. -?Zarzu­cił na ramię torbę, którą podał mu Roarke. -?Może póź­niej. Nie mie­li­śmy żad­nych kło­po­tów, nawet naj­mniej­szych, od waszej ostat­niej wizyty. Ale może teraz coś się zmieni.

-?Przy­nieś tu tę torbę! -?zawo­łała od progu Sinead, mio­do­wo­blond włosy zaplo­tła w gładki war­kocz, ręce poło­żyła na wąskich bio­drach. -?I prze­stań zawra­cać głowę swoim kuzy­nom. Witaj­cie, witaj­cie oboje. Stę­sk­ni­li­śmy się za wami. Nie, nie, nie zaprzą­taj­cie sobie głowy baga­żem.

Objęła Roarke'a, a następ­nie Eve.

-?Jest tu dość sil­nych męż­czyzn, żeby zabrać torby z samo­chodu i wnieść do waszego pokoju.

W środku cze­kały ich kolejne słowa powi­ta­nia i uści­ski. Eve przy­pusz­czała, że w ciągu pię­ciu minut na far­mie Bro­dych objęła wię­cej osób niż w ciągu paru ostat­nich lat.

Ktoś podał jej kie­li­szek wina.

Blaty sza­fek kuchen­nych zasta­wione były potra­wami, w powie­trzu uno­sił się zapach świeżo upie­czo­nego chleba i kur­cza­ków z rożna.

Kur­czaki mogły jesz­cze tego ranka gda­kać w kojcu, ale Eve nie zamie­rzała o tym myśleć.

Ktoś wrę­czył jej talerz, na któ­rym pię­trzyło się dość jedze­nia dla trzech umie­ra­ją­cych z głodu osób. Obok niej prze­bie­gły dwa psy, a potem parę dzie­cia­ków.

Sinead odcią­gnęła ją na bok.

-?Scho­wa­łam pre­zent, który wcze­śniej przy­sła­łaś. Daj mi znać, kiedy ci go przy­nieść.

-?Chyba po tym wszyst­kim.

-?Czyli mamy go zanieść do waszego pokoju?

-?Och, nie. Powi­nien go dostać tutaj. W obec­no­ści wszyst­kich. Przy­naj­mniej wydaje mi się, że są wszy­scy.

-?Wszy­scy co do jed­nego. Nie wie­dzia­łam, czy nie zechcesz go wrę­czyć, kiedy będzie­cie sami.

-?Nie, to... To coś, co powi­nien dostać w obec­no­ści krew­nych.

Sinead cmok­nęła ją w poli­czek, jej zie­lone oczy zła­god­niały.

-?Dzię­kuję Bogu za cie­bie, Eve. Jeśli tego nie powie­dzia­łam wcze­śniej, wiedz, że jestem wdzięczna Bogu za cie­bie. A teraz znaj­dziemy ci miej­sce, żebyś mogła usiąść i coś zjeść. Liam, prze­suń się, nasza Eve ma dłuż­sze nogi niż ty.

Eve usia­dła, dłu­go­noga poli­cjantka o lekko wzbu­rzo­nych, brą­zo­wych wło­sach i oczach koloru whi­sky. Wkoło roz­le­gały się hałas i har­mi­der dorów­nu­jące tym, jakie panują pod­czas kor­ków ulicz­nych w Nowym Jorku.

Kie­dyś nie wie­działa, co to rodzina, zaznała tylko mal­tre­to­wa­nia i prze­mocy. Zbu­do­wała swoją karierę zawo­dową, sta­jąc w obro­nie pokrzyw­dzo­nych. Teraz miała rodzinę -?rodzinę, którą stwo­rzyła, czę­sto wbrew sobie, w Nowym Jorku.

I rodzinę tutaj, na irlandz­kiej far­mie.

W panu­ją­cym zamie­sza­niu odna­la­zła wzrok Roarke'a. Kiedy wzniósł kie­li­szek w toa­ście, zro­biła to samo.

*

Jesz­cze sobie nie zapla­no­wała, jak mu wrę­czy pre­zent na ich rocz­nicę ślubu. Nie do końca była pewna, jak to zro­bić, odkąd wpa­dła na pomysł, co mu poda­ro­wać.

Ale roz­wa­ża­jąc wrę­cze­nie mu pre­zentu w Gre­cji, gdy byli tylko we dwoje, uznała to za nie­wła­ściwe.

Po posiłku, gdy cała rodzina roz­sia­dła się w salo­nie, jadalni i kuchni, pies chra­pał, nie­mowlę ssało pierś, a cio­teczna babka Roarke'a coś dzier­gała na dru­tach, Eve uznała, że nade­szła odpo­wied­nia chwila.

-?Jesteś tego pewna? -?spy­tała Sinead, pro­wa­dząc ją do salonu, gdzie stał kre­dens. -?Nie widzia­łam pre­zentu od cie­bie ani nie ule­głam poku­sie, żeby zer­k­nąć, co to takiego, cho­ciaż muszę przy­znać, że dużo mnie to kosz­to­wało. Ale znam samą ideę i wiem, że nie obę­dzie się bez łez. Przy­pusz­czam, że sama kilka uro­nię.

-?Sądzę, że jeśli go teraz dosta­nie, będzie to dla niego wię­cej zna­czyło.

Przy­naj­mniej miała taką nadzieję.

Zanio­sła pre­zent zawi­nięty w brą­zowy papier tam, gdzie Roarke pro­wa­dził ze swoim wujem roz­mowę doty­czącą owiec.

-?Daję ci go z kil­ku­dnio­wym opóź­nie­niem, ale nie myśl, że zapo­mnia­łam o naszej rocz­nicy.

Widziała, że go zasko­czyła -?co nale­żało do rzad­ko­ści -?wrę­cza­jąc mu długi, sze­roki paku­nek.

-?Roz­pa­kuj to, dobrze? -?popro­sił Sean. -?Bab­cia ani słów­kiem nie pisnęła, co to takiego.

-?W takim razie prze­ko­najmy się.

Kiedy Roarke odwi­jał papier i usu­wał zabez­pie­cze­nia, wokół niego zgro­ma­dziło się wię­cej człon­ków rodziny.

By ujrzeć rodzinę jak żywą.

Obraz przed­sta­wiał wiej­ski dom, wzgó­rza, pola w głębi. A z przodu stali wszy­scy -?cała ich sza­lona zgraja, mło­dzi, sta­rzy, nie­mow­lęta na rękach, z Eve i Roar­kiem w samym środku.

Sinead stała za Roar­kiem po pra­wej stro­nie, matka Roarke'a, od tak dawna nie­obecna wśród nich, po lewej.

-?To my wszy­scy. Bab­ciu, czy to moja cio­teczna bab­cia Sio­bhan?

-?Tak. Tak, to nasza Sio­bhan. Ach, jest śliczny. Wspa­niały. -?Odwró­ciła się, wtu­liła twarz w ramię męża. -?No i wzru­szy­łam się, Rob­bie.

-?To jest... Eve. -?Roarke spoj­rzał na żonę, w jego sza­lo­nych nie­bie­skich oczach malo­wała się miłość. -?Wprost bra­kuje mi słów. -?Ujął jej dłoń. - Kaza­łaś tu umie­ścić Sum­mer­seta.

-?No cóż. -?Wzru­szyła ramio­nami. -?To dzieło Yancy'ego.

-?Widzę jego pod­pis. To dla mnie nie­zwy­kle cenny pre­zent. Jak to zor­ga­ni­zo­wa­łaś?

-?Sinead przy­słała zdję­cia, a reszta to zasługa Yancy'ego.

-?Daj mi to, chłop­cze. -?Rob­bie wziął od niego obraz. -?I uca­łuj swoją żonę.

-?Zro­bię to. Kocham cię nad życie.

Kiedy ją poca­ło­wał, wszy­scy zaczęli wiwa­to­wać. A potem pode­szli bli­żej, by lepiej przyj­rzeć się pre­zen­towi.

*

Zarówno mło­dzi, jak i sta­rzy impre­zo­wali do póź­nej nocy. Przy muzyce - co ozna­czało śpiewy i tańce -?dużej ilo­ści piwa, wina, whi­sky oraz natu­ral­nie jedze­nia. Ponie­waż niebo się roz­po­go­dziło, roz­ocho­cone towa­rzy­stwo wyszło na dwór, by bawić się w bla­sku księ­życa i gwiazd. Kiedy Eve udało się na chwilę usiąść -?wystar­cza­jąco daleko, by nikt jej nie porwał do kolej­nego tańca -?Sean roz­siadł się obok niej z tale­rzem cia­stek.

-?Podo­bało mi się to śledz­two o porwa­nych dziew­czy­nach, które zamknięto w tej okrop­nej szkole. Zna­czy się nie to, że trzy­mano je pod klu­czem - spro­sto­wał -?tylko jak je uwol­ni­łaś.

-?Skąd o tym wiesz?

-?Och, z Inter­netu -?rzu­cił od nie­chce­nia i ugryzł her­bat­nik. -?Gadali o tym nawet w Tulli. Sły­sza­łem, jak mój ojciec mówił, jaki jest dumny, że nasza Eve ura­to­wała te biedne dziew­czyny przed okrop­nym losem i dopil­no­wała, by ci, któ­rzy je skrzyw­dzili, dostali za swoje.

-?Nie doko­na­łam tego wszyst­kiego bez pomocy innych.

-?To się rozu­mie. Jesteś sze­fem poli­cji i czy nie było miło poznać two­ich ludzi, kiedy tu byłaś ostat­nim razem? No więc powiedz, czy jak dopa­dłaś tych ban­dy­tów, potrak­to­wa­łaś ich para­li­za­to­rem?

A co mi tam, pomy­ślała Eve, czę­stu­jąc się cia­stecz­kiem.

-?Prawdę mówiąc, tak.

-?I bar­dzo dobrze, bo sobie na to zasłu­żyli. A mia­łaś oka­zję... - zamach­nął się pię­ścią w powie­trzu -?porząd­nie któ­re­muś przy­wa­lić?

-?Tak, i to nie jed­nemu.

-?Nie wąt­pię, że nie gorzej od Roarke'a. A wszy­scy mówią, że wal­czy jak zawo­do­wiec.

-?Nie pod­daje się.

-?Ten, który poja­wił się tu wio­sną, chciał skrzyw­dzić moją bab­cię i każ­dego z nas, kogo zdo­łałby dopaść. -?Jego jasne oczy pociem­niały z wście­kło­ści, którą Eve nie tylko rozu­miała, ale rów­nież sza­no­wała. - Poja­wił się, żeby skrzyw­dzić bab­cię, bo zabo­la­łoby to Roarke'a.

-?Ni­gdy nie tknie ani two­jej babci, ani nikogo z was.

-?Wiem, bo go wsa­dzi­łaś za kratki. Chyba nie zostanę far­me­rem, cho­ciaż kocham pracę w gospo­dar­stwie. Myślę sobie, że będę wsa­dzał ludzi za kratki -?natu­ral­nie tych złych.

-?To nie takie pro­ste, mój chłop­cze.

-?Jasne, że nie. Trzeba odbyć szko­le­nie, żeby wie­dzieć, jak bro­nić ludzi, i zło­żyć przy­sięgę. Wła­śnie dla­tego lubię czy­tać o two­ich śledz­twach. Widzia­łem też film o tobie, Roarke'u i klo­nach.

Spoj­rzał na swo­ich bli­skich tymi zie­lo­nymi oczami Bro­dych.

-?Tulla to spo­kojne miej­sce, ale jej miesz­kańcy i tak potrze­bują ochrony, prawda? W zeszłym roku widzia­łem mar­twą dziew­czynę, nie zapew­niono jej na czas bez­pie­czeń­stwa. Tutaj też zda­rzają się różne złe rze­czy. Więc chyba zostanę gli­nia­rzem, który kocha pracę na far­mie.

-?Dosko­nały pomysł.

Skwa­pli­wie ski­nął głową, jakby to zała­twiało sprawę.

-?Tak to sobie wykom­bi­no­wa­łem.

Kiedy się nad tym zasta­no­wiła, przy­po­mniała sobie, że była w jego wieku, a może nawet młod­sza, kiedy posta­no­wiła zostać gliną. Kie­ro­wały nią inne pobudki, ale przy­świe­cał ten sam cel.

-?Może kiedy przy­je­dziesz do Nowego Jorku na Święto Dzięk­czy­nie­nia, uda mi się poka­zać ci komendę główną.

Roz­ja­śniła mu się nie tylko twarz.

-?Naprawdę?

-?To będzie zale­żało od tego, czy będę aku­rat pro­wa­dziła jakieś śledz­two i...

-?Nie będę spra­wiał naj­mniej­szego kło­potu. Roz­ma­wia­łem z kapi­ta­nem Feeneyem, kiedy tu był, może uda mi się rów­nież zaj­rzeć do wydziału infor­ma­tyki śled­czej? Na fil­mie wszystko pre­zen­to­wało się nie­zwy­kle impo­nu­jąco.

Za dużo wina, za dużo wylu­zo­wa­nia, pomy­ślała Eve i powie­działa ostroż­nie:

-?Spró­bu­jemy to zała­twić.

-?Muszę powie­dzieć tacie!

Zosta­wił ją samą, a jego miej­sce zajął Roarke.

-?O czym roz­ma­wia­li­ście? Wyglą­dało to, jak­byś z wyprze­dze­niem poda­ro­wała mu coś na Gwiazdkę.

-?Nie wiem, jak to się stało, ale zapro­po­no­wa­łam, że zabiorę go do komendy, kiedy przy­jadą na Święto Dzięk­czy­nie­nia.

Roarke wybuch­nął śmie­chem i cmok­nął ją w poli­czek, a Eve pokrę­ciła głową.

-?Jest nie­głupi. Wszy­scy oni są nie­głupi, jak przyj­dzie co do czego. - Wzięła swoje wino, znów pomy­ślała sobie "a co mi tam", pocią­gnęła kolejny łyk. -?Przy­po­mina mi mnie, tylko bez całego tego bagażu. Tak czy owak... -?Wzru­szyła ramio­nami. -?Śle­dzi w Inter­ne­cie moje docho­dze­nia.

-?Cóż, to zro­zu­miałe. Jesteś w jego oczach boha­terką.

-?Jeśli chce zostać gli­nia­rzem, musi zro­zu­mieć, jaka jest róż­nica mię­dzy gli­nia­rzem a boha­te­rem.

-?Ja nie widzę żad­nej. -?Ujął jej dłoń. -?Ten obraz, Eve.

Uśmiech­nęła się zado­wo­lona z sie­bie.

-?Czyli udało mi się.

-?Wprost mnie zamu­ro­wało. Jak wpa­dłaś na taki pomysł?

-?Trzeba sobie zadać pyta­nie, co można poda­ro­wać czło­wie­kowi, który jeśli jesz­cze cze­goś nie ma, to tylko dla­tego, że do tej pory tego cze­goś nie wymy­ślono. Potem kom­bi­nuje, jak to stwo­rzyć, i będzie to miał. Poza tym musi to być coś oso­bi­stego. Więc chro­no­lo­gicz­nie rzecz bio­rąc, Sum­mer­set zna­lazł cie­bie, my zna­leź­li­śmy się nawza­jem, ty zna­lazłeś ich wszyst­kich.

Poło­żyła głowę na jego ramie­niu.

-?Kiedy w komen­dzie dosta­łam pre­zent od cie­bie, magiczne kami­zelki dla moich ludzi, też mnie zamu­ro­wało. Mamy sie­bie nawza­jem i obda­ro­wu­jemy się nawza­jem tym, co jest dla nas ważne.

-?Póź­niej będzie­cie mieli czas się mig­da­lić. -?Rob­bie pod­szedł do nich i zwró­cił się do Eve. -?Chcę zatań­czyć z sio­strze­nicą mojej żony.

Trzeci raz tego wie­czoru Eve pomy­ślała "a co mi tam" i poszła zatań­czyć.

*

Kiedy się obu­dziła, była sama, padał na nią stru­mień per­li­stego świa­tła sło­necz­nego. Na sto­liku przy łóżku stała przy­po­mi­najka. Kiedy ją włą­czyła, roz­legł się głos Roarke'a.

Wygląda na to, że jestem w polu. Kiedy już się obu­dzisz i zechcesz wstać, w kuchni na dole czeka na cie­bie kawa i śnia­da­nie.

Skoro w grę wcho­dziła kawa, Eve była gotowa natych­miast wstać i się ubrać.

Prysz­ni­cowi daleko było do tego w ich domu, w któ­rym gorąca woda try­skała z licz­nych dysz, czy do tego w luk­su­so­wej willi w Gre­cji, ale speł­niał swoje zada­nie.

Wcią­gnęła spodnie, koszulę i, wciąż jesz­cze nie do końca roz­bu­dzona, machi­nal­nie się­gnęła po szelki na broń. Potrze­bo­wała chwili, żeby sobie uprzy­tom­nić, że scho­wała je w bagażu.

Wkoło pano­wała cisza, jeśli nie zwra­cać uwagi na mucze­nie krów i becze­nie owiec (co oczy­wi­ście nie uszło uwa­dze Eve).

Zeszła po skrzy­pią­cych scho­dach i skie­ro­wała się do kuchni. Powie­trze już pach­niało bosko -?a w tej sym­fo­nii zapa­chów naj­wspa­nial­szy był aro­mat kawy.

-?Dzień dobry, Eve. Sły­sza­łam, że się krzą­ta­łaś na górze, więc zapa­rzy­łam dla cie­bie świe­żej kawy.

-?Dzię­kuję. -?Eve zła­pała kubek, a Sinead w far­tu­chu, zało­żo­nym na koszulę i spodnie, z rudo­zło­tymi wło­sami zebra­nymi do góry, posta­wiła patel­nię na kuchni.

-?To kawa Roarke'a, więc możesz pić bez obaw. Powie­dział mi, że kawa była jego pierw­szym pre­zen­tem dla cie­bie.

-?Taa. Pod­stępny spo­sób poko­na­nia mojego oporu.

-?Chy­tra sztuka z naszego Roarke'a. Czy dasz radę zjeść pełne irlandz­kie śnia­da­nie?

-?Po wczo­raj­szej uczcie myśla­łam, że naja­dłam się na tydzień. Ale może.

-?Wszystko spa­li­łaś w tańcu, tak jak ja. Pro­po­nuję, żebyś zaczęła od kawałka chleba sodo­wego -?ma mnó­stwo rodzyn­ków, upie­kłam go dziś rano.

-?To on tak pach­nie. Pamię­tam go z naszego pobytu tutaj w zeszłym roku.

Teraz do poprzed­nich woni dołą­czył zapach sma­żo­nego mięsa.

Eve zajęła miej­sce za kuchen­nym sto­łem. Dziw­nie się czuła, sie­dząc, kiedy Sinead szy­ko­wała śnia­da­nie. Nie korzy­stała z auto­ku­cha­rza. Ale wła­śnie tak było natu­ral­nie.

-?Roarke w polu?

-?Wycią­gnęli go. Cho­ciaż sam jest sobie winien, skoro taki z niego ranny pta­szek. Ale to typowa cecha Bro­dych.

-?Naprawdę? Pra­wie codzien­nie wstaje przed świ­tem. Tele­kon­fe­ren­cje, spo­tka­nia holo­gra­ficzne z ludźmi na dru­gim końcu świata.

-?No tak. Chyba wszy­scy mamy coś z far­me­rów.

-?Trudno mi dopa­trzyć się w Roarke'u far­mera.

Sinead posłała jej uśmiech przez ramię.

-?Prze­cież orze, sieje i zbiera plony.

-?Można tak powie­dzieć. -?Eve napiła się wię­cej kawy. -?Taa, można tak powie­dzieć.

-?A ty strze­żesz pól i tych, któ­rzy na nich pra­cują, trzy­masz dra­pież­niki na dystans. Two­rzy­cie zgraną parę.

Wkrótce posta­wiła przed Eve talerz.

-?Wciąż widzę jego twarz, kiedy pierw­szy raz zapu­kał do moich drzwi. Smu­tek w jego oczach -?oczach mojej sio­stry. Natu­ral­nie Sio­bhan miała zie­lone oczy, jak ja, ale ich wyraz, ich kształt. Mój sio­strze­niec. I widzę jego twarz, tak pełną nadziei, gdy cię zoba­czył, jak wylą­do­wa­łaś na pobli­skim polu. Kiedy spoj­rzał na cie­bie, wie­dzia­łam, że zna­lazł miłość, jaka nie była dana jego matce.

Odło­żyła ście­reczkę do naczyń.

-?Zasta­na­wiam się, czy mogę poroz­ma­wiać z tobą o czymś, co nie daje mi spo­koju.

-?Jasne. Jakieś kło­poty?

-?Nie cho­dzi o teraz, tylko o kie­dyś. Zapa­rzę sobie her­baty i usiądę, gdy ty będziesz jadła.

Sinead nie spie­szyła się i Eve się zorien­to­wała, że kobieta jest pode­ner­wo­wana.

-?Pomy­śla­łam sobie, że to odpo­wied­nia chwila, kiedy jeste­śmy tylko we dwie, żeby ci powie­dzieć, co mnie trapi. -?Usia­dła, wes­tchnęła. - Widzisz, nie wal­czy­li­śmy o niego, o naszego Roarke'a. Był taki malutki, a zosta­wi­li­śmy go z tym łobu­zem, Patric­kiem Roar­kiem. Był synem mojej sio­stry, a nie wal­czy­li­śmy o niego.

Eve nie prze­rwała jedze­nia, bo uznała, że to pomoże na zde­ner­wo­wa­nie Sinead.

-?Sły­sza­łam co innego. Patrick Roarke nie­mal zabił two­jego brata, kiedy ten poje­chał do Dublina, by spró­bo­wać się dowie­dzieć, co się stało z twoją sio­strą.

-?Racja, naj­słod­szy Jezu, tak było. I zagro­ził, że wszyst­kich nas poza­bija, jeśli któ­reś z nas znów się pokaże w Dubli­nie. W tam­tych cza­sach, w tam­tych cięż­kich cza­sach Patrick Roarke trzy­mał w gar­ści gli­nia­rzy i nie tylko, a oni sie­dzieli mu w kie­szeni. Ale prze­cież wie­dzie­li­śmy o tym maleń­stwie i zosta­wi­li­śmy je na łasce losu. Synka Sio­bhan. Mijał czas, a my myśle­li­śmy -?co ja mówię, wie­rzy­li­śmy -?że Roarke wie­dział o nas, o swo­jej matce. Upły­wały kolejne lata, dowie­dzie­li­śmy się -?z pew­nym opóź­nie­niem -?że Patrick Roarke nie żyje. Pomy­śla­łam o swo­ich dzie­ciach, nie­wiele młod­szych od synka mojej sio­stry.

-?Myśla­łaś, że wie -?powie­działa Eve, kiedy Sinead utkwiła wzrok w her­ba­cie. -?I że gdyby chciał się skon­tak­to­wać, dotarłby do rodziny swo­jej matki, bo Patrick Roarke nie zdo­łałby go powstrzy­mać. Myśla­łaś - bo czemu mia­ła­byś tak nie myśleć? -?że może jest nie­odrod­nym synem swo­jego ojca, a ty musisz chro­nić wła­sne dzieci.

W oczach Sinead zakrę­ciły się łzy, ale nie poto­czyły się po jej policz­kach, kiedy kobieta ski­nęła głową. Napiła się tro­chę her­baty i zebrała się w sobie, by jesz­cze coś powie­dzieć.

-?W miarę upływu czasu stało się to swego rodzaju pocie­sze­niem. Sły­szało się o Roarke'u -?mło­dym czło­wieku, który zbił for­tunę, sły­szało się o jego ciem­nych inte­re­sach, plotki o nim. O jego życiu w Nowym Jorku. O swego rodzaju impe­rium, prawda?

-?Wcale nie "swego rodzaju".

-?Zasta­na­wia­łam się, kiedy sobie na to pozwo­li­łam, jakim jest czło­wie­kiem. Takim, jak jego ojciec? Bez­li­to­snym mor­dercą pozba­wio­nym serca? Widy­wa­łam jego zdję­cia w ele­ganc­kich miej­scach, z pięk­nymi kobie­tami uwie­szo­nymi jego ramie­nia. I myśla­łam sobie: gdzie jest Sio­bhan, gdzie jest moja sio­stra w tym czło­wieku? Bo widzisz, nie potra­fi­łam się jej dopa­trzyć w nim. Dostrzec choćby krztyny podo­bień­stwa. Więc tym łatwiej było mi odwró­cić się od niego, nie przej­mo­wać się nim.

Znów wes­tchnęła.

-?A potem zoba­czy­łam jego zdję­cie z tobą, poli­cjantką o poważ­nym spoj­rze­niu. Nie tak efek­towną, jak tamte kobiety, ale według mnie bar­dziej zapa­da­jącą w pamięć. I kiedy spoj­rza­łam na niego, sto­ją­cego z tobą, pomy­śla­łam: ejże, tak, jed­nak ma w sobie coś z mojej sio­stry. Kim jest ta kobieta, która wydo­była z niego cechy Sio­bhan?

-?Zawsze w nim były, Sinead.

Jej zie­lone oczy Bro­dych błysz­czały od łez.

-?Teraz to wiem. Myślę, że wie­dzia­łam to w chwili, kiedy otwo­rzy­łam mu drzwi. Ale...

-?Otwo­rzy­łaś mu drzwi -?prze­rwała jej Eve. -?Wpu­ści­łaś go do środka. Dałaś mu rodzinę. Żale w tym wypadku nie tylko są nie­po­trzebne, są czymś nie­wła­ści­wym.

-?Zosta­wi­li­śmy go.

-?Przy­ję­li­ście go -?popra­wiła ją Eve -?kiedy was potrze­bo­wał, otwo­rzy­li­ście drzwi do domu, o któ­rego ist­nie­niu nawet nie wie­dział. Drzwi, które, jak sądził, zatrza­śnie­cie mu przed nosem. Ukształ­to­wały go lata spę­dzone w Dubli­nie z tym łobu­zem Patric­kiem Roar­kiem, a także póź­niej­sze. Spra­wiły, że jest jaki jest. Żało­wać, że coś zro­bi­łaś albo cze­goś nie zro­bi­łaś? To jak­byś żało­wała tego, kim się stał.

Sinead sta­ra­jąc się powstrzy­mać łzy, roz­sia­dła się na krze­śle.

-?Mówisz jak praw­dziwa Irlandka.

-?Naprawdę? -?Eve wzru­szyła ramio­nami i dokoń­czyła jeść śnia­da­nie. - Według mnie to logiczne.

-?Bar­dzo go kochasz.

-?Jest skom­pli­ko­wa­nym, iry­tu­ją­cym, aro­ganc­kim, fascy­nu­ją­cym, wiel­ko­dusz­nym czło­wie­kiem. Bar­dzo go kocham, nawet kiedy mnie wku­rza. Co zda­rza się dość regu­lar­nie. A jed­nak... Wiesz, co mi poda­ro­wał na naszą rocz­nicę ślubu?

Sinead się uśmiech­nęła, otarła łzę, która spły­nęła jej na poli­czek.

-?Mia­łam nadzieję, że mi powiesz albo poka­żesz. Wyobra­żam sobie, że to coś wyjąt­ko­wego.

-?Dla mnie tak. Zapro­jek­to­wał, stwo­rzył i pro­du­kuje coś, co nazwał Lekką Tar­czą. To cienka, ela­styczna tka­nina kulo­od­porna, którą można wyko­rzy­stać jako pod­szewkę kurtki, mary­narki, kami­zelki, mun­duru. Poda­ro­wał wszyst­kim moim ludziom kami­zelki z tej tka­niny. Kolejne par­tie tra­fią do wszyst­kich nowo­jor­skich poli­cjan­tów.

Przez chwilę Sinead mil­czała.

-?Bar­dzo cię kocha.

-?Tak, i wiesz co? Ni­gdy nie zro­zu­miem, dla­czego, więc nauczy­łam się to akcep­to­wać. Sinead, ni­gdy się nie dowiesz, co by było, gdyby, więc żale są bez­u­ży­teczne. I ozna­czają brak sza­cunku dla Roarke'a takiego, jaki jest. A jest synem Sio­bhan.

-?To święte słowa. Dzięki tobie spadł mi kamień z serca.

-?I bar­dzo dobrze, bo nie­po­trzeb­nie dźwi­ga­łaś ten kamień.

-?Słu­cha­jąc cie­bie, wszystko zoba­czy­łam w innym świe­tle. Powie­rzy­łaś go nam.

Nagle zro­biła wiel­kie oczy, a po chwili uśmiech­nęła się sze­roko, kiwa­jąc pal­cem w powie­trzu.

-?Ach, rozu­miem. Spraw­dzi­łaś nas.

-?Jestem gliną -?odparła Eve. -?I miej­cie się na bacz­no­ści, bo Sean też zamie­rza zostać poli­cjan­tem.

-?Na to wygląda. Zebra­łaś wia­do­mo­ści o nas?

-?Uwierz mi, że was spraw­dzi­łam. Wszyst­kich bez wyjątku. A jest was cho­ler­nie dużo. -?Eve odsu­nęła talerz. -?Two­rzy­cie wyjąt­kową rodzinę.

-?Teraz jesz­cze bar­dziej niż wcze­śniej. Powiem to jesz­cze raz. - Wycią­gnęła rękę i ści­snęła dłoń Eve. -?Jestem wdzięczna tobie i za cie­bie, Eve.

-?Roarke jest w polu, praw­do­po­dob­nie wdep­nął w kro­wie łajno w swo­ich butach za pięć tysięcy dola­rów.

-?O Jezu, z pew­no­ścią nie kosz­to­wały aż tyle.

-?Skrom­nie licząc. -?Wstała i dolała sobie kawy. -?I ta myśl naprawdę mnie ucie­szyła. Więc też jestem ci wdzięczna.

-?Mam ochotę wyjść, uciąć kilka kwia­tów. Dzięki naszej roz­mo­wie czuję się lekko i jestem szczę­śliwa. Pój­dziesz ze mną?

-?Czy wybie­rasz się gdzieś w pobliże krów?

-?Och, będziemy się trzy­mać z dala od nich.

-?W takim razie pójdę z tobą.

*

Eve była zasko­czona, jak bar­dzo podo­bał jej się ten kil­ku­dniowy pobyt na far­mie na irlandz­kiej wsi, nie­opo­dal dzi­kiego, irlandz­kiego wybrzeża. A źró­dłem tego zado­wo­le­nia byli ludzie. Nato­miast obec­ność licz­nych psów i kotów uznała za coś zwy­czaj­nego, nawet mile widzia­nego.

Krowy i owce w odle­gło­ści rzutu kamie­niem od domu? Nie za bar­dzo. Ale nauczyła się spać mimo upo­rczy­wego pia­nia koguta i nie zbli­żała się do pozo­sta­łych zwie­rząt gospo­dar­skich.

Z kolei Roarke był w swoim żywiole, prze­mie­rzał pola w butach za pięć tysięcy dola­rów -?już ni­gdy nie będą takie, jak daw­niej -?jeź­dził na dziw­nie wyglą­da­ją­cych maszy­nach.

Poważ­nie się zasta­na­wiała, czy nie prze­sa­dził, kiedy posta­no­wił wydoić krowę.

Wszyst­kie prace wyko­ny­wały maszyny, jed­nak trzeba je było obsłu­gi­wać. Ale ponie­waż Roarke chciał się prze­ko­nać, jak się to robiło kie­dyś, wuj speł­nił jego prośbę.

Eve stała w spo­rej odle­gło­ści w drzwiach obory, obser­wu­jąc, jak chyba naj­bo­gat­szy czło­wiek w zna­nej czę­ści wszech­świata sie­dzi na trój­noż­nym zydlu obok olbrzy­miego kro­wiego zadu. Zwie­rzę prze­żu­wało siano.

Włosy zwią­zał z tyłu, jak miał w zwy­czaju, kiedy pra­co­wał, zręcz­nymi, zadba­nymi dłońmi pocią­gał za kro­wie wymiona. Olbrzy­mie kro­wie wymiona, dla któ­rych według Eve nie było miej­sca w cywi­li­zo­wa­nym świe­cie.

Kiedy mleko try­snęło z nich pro­sto do cebrzyka, z tru­dem się powstrzy­mała, żeby się nie wzdry­gnąć. Nato­miast Roarke uśmiech­nął się sze­roko, nie prze­ry­wa­jąc swo­jego zaję­cia.

-?Spró­bu­jesz, Eve? Nasza Ger­tie jest łagodna jak bara­nek.

-?Wyklu­czone. Nie. Za nic. -?Poza tym sły­szała, jakie odgłosy wydają baranki i wcale ich nie uwa­żała za łagodne stwo­rze­nia.

-?To daje dużo satys­fak­cji -?prze­ko­ny­wał ją Roarke.

-?Taa, nie wąt­pię. Jaki facet nie chciałby doty­kać takich wiel­kich cyc­ków?

Kiedy Roarke wybuch­nął śmie­chem, cof­nęła się.

-?Zosta­wię was samych.

Po upły­wie trzech tygo­dni uznała, że zro­bili wszystko, a nawet wię­cej. Zarówno w spo­koj­nej, ską­pa­nej w słońcu Gre­cji, jak i w spo­koj­nej, zie­lo­nej Irlan­dii.

I mimo obec­no­ści krów, nie żało­wała ani jed­nej spę­dzo­nej tu chwili.

Rozdział 2

2

Powrót do Nowego Jorku ozna­czał zgiełk, upał i duchotę, korki uliczne i tłumy ludzi, prze­ta­cza­jące się chod­ni­kami.

Ide­alne powi­ta­nie w domu. Eve kochała każdy cen­ty­metr kwa­dra­towy tego mia­sta, brudny i wypu­co­wany, obce­sowy i sym­pa­tyczny, wytworny i pospo­lity.

-?Było dobrze -?powie­działa. -?Wszę­dzie jest dobrze. Tutaj też.

-?Ale w domu naj­le­piej.

Roarke jechał zakor­ko­wa­nymi uli­cami, to hamu­jąc, to przy­spie­sza­jąc z taką samą łatwo­ścią, z jaką doił tamtą prze­klętą krowę. Wysłali bagaż wcze­śniej, więc jesz­cze przez jakiś czas mogli korzy­stać z peł­nej swo­body.

-?Powrót do domu w nie­dzielę ozna­cza, że żadne z nas do jutra nie musi iść do pracy. Gło­suję za pizzą, dużą ilo­ścią wina, potem za fil­mem i popcor­nem, a na koniec -?mnó­stwem seksu.

-?Serio?

-?Muszę wyko­rzy­stać urlop do ostat­niej jego minuty.

-?Cał­ko­wi­cie się z tobą zga­dzam.

Prze­je­chali przez bramę, spoj­rzała na wieże i wie­życzki impo­nu­ją­cej rezy­den­cji wznie­sio­nej przez Roarke'a, na traw­niki, zie­lone drzewa, barwne kwiaty i krzewy.

-?Taa, w domu naj­le­piej.

Mimo wszystko naj­le­piej, pomy­ślała, kiedy w holu ujrzała cze­ka­ją­cego na nich Sum­mer­seta, jak zwy­kle w żałob­nej czerni. Obok niego przy­cup­nął Gala­had. Ale zamiast bez­sze­lest­nie przy­drep­tać do nich, by ich powi­tać, spoj­rzał na nich hardo.

Eve przy­kuc­nęła.

-?Daj spo­kój, wiem, że za mną tęsk­ni­łeś.

Celowo odwró­cił wzrok, po chwili znów na nią spoj­rzał i pod­szedł wol­nym kro­kiem, jakby robił jej łaskę.

Ale kiedy go pogła­skała, zamru­czał, a potem otarł się swoim pęka­tym ciel­skiem o jej kolana.

-?Witam w domu -?powie­dział Sum­mer­set. -?Oboje wyglą­da­cie, jakby czas spę­dzony z dala od domu dosko­nale wam zro­bił.

-?Bo to prawda. A tu wszystko w porządku?

-?Tak. Mam nadzieję, że krewni w Irlan­dii mają się dobrze.

-?Ow­szem i kazali cie­bie pozdro­wić.

-?Bagaże, któ­rymi mia­łem się zająć, już roz­pa­ko­wane, pozo­stałe na górze. Z wyjąt­kiem pre­zentu pani porucz­nik dla cie­bie. -?Sum­mer­set wska­zał w stronę salonu. -?Zgod­nie z instruk­cjami.

Roarke ujął Eve za rękę i razem z nią wszedł do salonu.

Obraz wisiał na hono­ro­wym miej­scu nad komin­kiem.

Eve, zasko­czona, odwró­ciła się do Roarke'a. Spo­dzie­wała się, że zawiesi go w swoim gabi­ne­cie, może w biblio­tece.

-?Tutaj? Jesteś tego pewny?

-?To oso­bi­ste, ale nie pry­watne. Przed­sta­wia rodzinę, więc tak, jestem tego pewny.

-?To wyjąt­kowy pre­zent. Czuję się zaszczy­cony, że zosta­łem uwzględ­niony na obra­zie -?wtrą­cił Sum­mer­set.

Eve tylko wzru­szyła ramio­nami.

-?Wła­ści­wie ty jesteś ojcem Roarke'a, więc... -?Wzięła kota na ręce. - Widzisz? Też nie zosta­łeś pomi­nięty.

Na obra­zie Gala­had sie­dział mię­dzy Eve i Roar­kiem, tłu­sty, pełen dosto­jeń­stwa.

-?Pójdę na górę i się roz­pa­kuję. -?Została jed­nak jesz­cze chwilkę. - Dobrze się tu pre­zen­tuje.

Posta­wiła kota na pod­ło­dze, więc wbiegł po scho­dach razem z nią. W chwili, kiedy weszła do sypialni, skie­ro­wał się pro­sto do łóżka, wsko­czył na nie i się na nim umo­ścił.

Naj­wy­raź­niej wszystko jej wyba­czył.

Usia­dła obok niego, podra­pała go po brzu­chu.

-?Ja też za tobą tęsk­ni­łam. Praw­do­po­dob­nie spodo­ba­łoby ci się w willi w Gre­cji -?lubisz luk­susy. Ale uwierz mi, farma nie przy­pa­dłaby ci do gustu. Po pierw­sze zbyt duża kon­ku­ren­cja -?aż roi się tam od psów i kotów. I na dwo­rze też -?krowy o wiel­kich zadach i owce o dziw­nym spoj­rze­niu. Jesteś miesz­czu­chem, kolego. Swój zawsze pozna swego.

-?Wszy­scy jeste­śmy miesz­czu­chami -?oświad­czył Roarke. -?Nie wyobra­żam sobie, że dzień w dzień miał­bym zaj­mo­wać się tym, czym zaj­mują się moi krewni. Przez krótki czas z przy­jem­no­ścią pra­co­wa­łem w gospo­dar­stwie, ale życie far­mera nie dla mnie. Jest cięż­kie, a jed­nak je kochają.

Kiedy usiadł, Gala­had zapo­mniał o Eve.

Roz­pa­ko­wali się i przy mil­czą­cej zgo­dzie żadne z nich nie zaj­rzało do swo­ich gabi­ne­tów. Pizzę zje­dli na patio w bla­sku zacho­dzą­cego słońca.

-?Może zre­zy­gnu­jemy z filmu i popcornu. -?Roz­sia­dła się wygod­nie, napiła się tro­chę wię­cej wina. -?Dopiero dzie­wiąta, a odno­szę wra­że­nie, że jest znacz­nie póź­niej.

-?To znowu przez Zie­mię, obra­ca­jącą się wokół wła­snej osi i Słońca.

-?Taa, powi­nie­neś zna­leźć jakiś spo­sób, żeby coś z tym zro­bić. Możemy przejść od razu do seksu.

-?Jak mógł­bym się temu sprze­ci­wić?

-?Przy­pusz­cza­łam, że nie będziesz opo­no­wał. -?Zamknęła oczy, skie­ro­wała twarz w stronę noc­nego nieba. -?Jutro będę musiała nad­ro­bić zale­gło­ści w pracy. Podob­nie jak ty.

-?To cena, jaką trzeba zapła­cić za urlop.

-?Ale warto było. Tęsk­ni­łam za kotem i za nowo­jor­ską pizzą, ale warto było. O któ­rej godzi­nie masz pierw­sze spo­tka­nie?

Uśmiech­nął się do niej.

-?Będziesz jesz­cze spała.

-?Domy­śli­łam się tego. W takim razie chodźmy god­nie zwień­czyć nasze waka­cje.

Weszli do środka, udali się na górę do sypialni, gdzie kot już leżał w poprzek łóżka.

-?Nie­które rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają -?stwier­dziła Eve.

Zwró­cili się w swoją stronę i w tym momen­cie zabrzę­czał pager leżący na toa­letce.

-?Kurde, tylko nie to.

-?Co do dia­bła? Roz­po­czy­nam zmianę o ósmej zero zero.

Zła­pała pager.

-?Dal­las.

Dys­po­zy­tor do porucz­nik Eve Dal­las. Ofi­cjalna prośba o pomoc, zgło­szona przez porucz­nika Donalda Webstera. Przy­pa­dek nagłej śmierci, ulica Leonarda 14, miesz­ka­nia 321. Stawi się pani jako kie­ru­jąca śledz­twem?

-?Kurde. Potwier­dzam. Zaraz się udam pod podany adres. Dal­las się roz­łą­cza.

Obej­rzała się na Roarke'a.

-?Jestem pewna, że nie wystą­piłby z taką prośbą, gdyby to nie było coś waż­nego.

-?To oczy­wi­ste. Ja popro­wa­dzę. I nie myśl sobie, że jadę z tobą, ponie­waż kie­dyś pró­bo­wał się do cie­bie przy­sta­wiać, i to w naszym domu. Tamto to już prze­szłość. Uznajmy to za alter­na­tywny spo­sób zakoń­cze­nia naszych waka­cji.

-?Świet­nie. -?Przy­pa­sała broń, którą zdą­żyła już na noc odło­żyć na toa­letkę. -?Co, u dia­bła, robi Biuro Spraw Wewnętrz­nych Poli­cji tam, gdzie zna­le­ziono trupa?

-?Chyba wkrótce się dowiemy.

Zła­pała odznakę, tele­fon, resztę dro­bia­zgów, które nosiła w kie­szeni.

-?Po dro­dze spraw­dzę, kto tam miesz­kał -?i praw­do­po­dob­nie nie żyje.

Zosta­wili kota na łóżku i wyszli przed dom, gdzie już cze­kał samo­chód, który Roarke zdal­nie wypro­wa­dził z garażu. Wycią­gnęła palm­top i zaczęła na nim szu­kać infor­ma­cji, kiedy wóz, pro­wa­dzony przez Roarke'a, pędził pod­jaz­dem do bramy.

-?Kurde. Kurde. Miesz­ka­nie należy do Mar­tina i Eli­za­beth Gre­en­le­afów. Mar­tin Gre­en­leaf jest eme­ry­to­wa­nym kapi­ta­nem Biura Spraw Wewnętrz­nych Poli­cji. Tro­chę go znam... a raczej zna­łam. Jest guru czy men­to­rem Webstera, który trak­to­wał go jak ojca. Wiem, że byli ze sobą zżyci. Webster utrzy­my­wał bli­skie rela­cje z Gre­en­leafem i jego żoną.

-?Popro­sił o cie­bie, bo, jak powie­dzia­łaś, to ważne. Zakła­dam, że nie zadzwo­nił bez­po­śred­nio do cie­bie, bo chciał to zała­twić ofi­cjal­nie?

-?Taa, taa. Cho­ciaż to tro­chę nacią­gane. A nie zde­cy­do­wałby się na coś takiego, jeśli to śmierć z przy­czyn natu­ral­nych lub w wyniku nie­szczę­śli­wego wypadku albo na taką wygląda. Cho­ciaż kto wie. - Zasta­no­wiła się. -?Byli ze sobą bli­sko i stąd jego prze­sadna reak­cja.

-?Usta­lisz to.

-?Taa. -?Znów na niego spoj­rzała. -?Witaj w domu.

-?No cóż, to nasz dom i nasze życie tutaj, prawda? Tym się zaj­mu­jemy, tacy jeste­śmy. I za nic nie chciał­bym tego zmie­nić. A ty?

-?Też nie. -?Odpo­wiedź na to pyta­nie była łatwa. -?Ale nie spo­dzie­wa­łam się, że od razu będę się musiała zająć jakimś zabój­stwem. A nie popro­siłby o mnie, szcze­gól­nie w taki spo­sób, jeśli nie podej­rzewa, że cho­dzi o zabój­stwo. Lecz nie mogę dywa­go­wać, co wpły­nęło na to, że tak sądzi czy czuje.

-?Wie­działby o tym, prawda?

-?Powi­nien. Kurde, kurde, kapi­tan Gre­en­leaf albo jego żona. Albo ktoś, kto zna­lazł się w ich miesz­ka­niu. Cho­ciaż to mało praw­do­po­dobne.

-?Dla­czego?

-?Z tego, co wiem o Gre­en­le­afie, ści­śle trzy­mał się prze­pi­sów, uwa­żał je za święte. Żad­nych odstępstw. A muszę o tym zapo­mnieć, by zacho­wać obiek­ty­wizm. Nie mam innego wyj­ścia.

-?Webster sporo czasu spę­dza poza Zie­mią -?dodała po chwili.

-?Nic mi o tym nie wia­domo.

-?Gówno prawda. Prze­bywa na Olym­pu­sie z Dar­cią Angelo. Olym­pus prak­tycz­nie należy do cie­bie, a ona jest tam głów­nym stró­żem porządku. Wie­dzia­łeś o nich.

-?Angelo dobrze wywią­zuje się ze swo­ich obo­wiąz­ków. Nie inte­re­suje mnie, co pora­bia w wol­nym cza­sie. I ow­szem, Webster dość czę­sto ją odwie­dza. Coś mię­dzy nimi zaiskrzyło -?sami byli­śmy tego świad­kami.

-?Cho­ler­nie szybko mię­dzy nimi zaiskrzyło.

Roz­ba­wiony, rzu­cił jej spoj­rze­nie.

-?A mię­dzy nami nie?

Wzru­szyła ramio­nami.

-?Być może. No dobrze, tak. Słu­chaj, będziesz mi musiał zastą­pić Peabody -?oświad­czyła Eve, mając na myśli swoją part­nerkę. -?Albo poma­ga­jąc mi, jeśli cię o to popro­szę, albo trzy­ma­jąc Webstera z daleka ode mnie. Czy potra­fisz zro­bić to dru­gie bez zdzie­le­nia go pię­ścią po gębie?

-?Minęło tro­chę czasu, odkąd zdzie­li­łem go pię­ścią -?odparł swo­bod­nym tonem Roarke. -?Osią­gnę­li­śmy poro­zu­mie­nie.

-?Świet­nie. -?Kiedy skrę­cił w ulicę Leonarda, poczuła falę ulgi. - Wezwał mun­du­ro­wych. To roz­sądny krok. Dzia­łać zgod­nie z pro­ce­durą, zabez­pie­czyć miej­sce wyda­rze­nia.

-?Wyjmę z bagaż­nika twój zestaw pod­ręczny i wcielę się w Peabody.

Dobry, solidny budy­nek, stwier­dziła, wznie­siony z cegły w latach przed woj­nami miej­skimi. Przy­zwo­ita oko­lica, porządne zabez­pie­cze­nia w wej­ściu. Teraz stał w nim mun­du­rowy.

Mignęła mu odznaką, kiedy weszli po kilku stop­niach pro­wa­dzą­cych do drzwi.

-?Pani porucz­nik.

-?Mel­duj, co wiesz.

-?Razem z moim part­ne­rem poja­wi­li­śmy się tutaj po tym, jak porucz­nik Webster zadzwo­nił pod dzie­więć­set jede­na­ście. Wezwał też pogo­to­wie ratun­kowe, ale ofiara już nie żyła. Porucz­nik Webster roz­ka­zał mi, żebym pil­no­wał drzwi wej­ścio­wych, a mojemu part­ne­rowi, żeby razem z nim pozo­stał na miej­scu wyda­rze­nia, by je zabez­pie­czyć. Denat to męż­czy­zna po sie­dem­dzie­siątce. Poniósł śmierć, sie­dząc za biur­kiem w swoim gabi­ne­cie. Brak wyraź­nych śla­dów wła­ma­nia.

-?Zostań tutaj.

Weszła do holu, rzu­ciła okiem na dwie windy i skie­ro­wała się ku scho­dom.

-?Postą­pił roz­sąd­nie, pro­sząc mun­du­ro­wego, żeby został razem z nim na miej­scu -?powie­działa. -?Byłoby bar­dziej roz­sądne, gdyby wezwał poli­cję, a potem się wyco­fał, ale i tak zacho­wał się w miarę roz­sąd­nie.

-?I w miarę roz­sąd­nie, że popro­sił o cie­bie, jeśli podej­rzewa jakąś nie­czy­stą grę.

-?Wkrótce się prze­ko­namy.

Na trze­ciej kon­dy­gna­cji skie­ro­wała się do miesz­ka­nia. Nad jego wej­ściem zain­sta­lo­wano kamerę -?ale osta­tecz­nie Gre­en­leaf był gliną -?a w drzwiach kom­plet solid­nych zam­ków. Naci­snęła guzik dzwonka.

Otwo­rzył jej Webster i na jego widok Eve pomy­ślała: cho­lera, nie­do­brze.

W jego jasno­nie­bie­skich oczach malo­wały się tylko smu­tek i roz­pacz, jego mowa ciała zdra­dziła Eve, że ze wszyst­kich sił stara się nie zała­mać. Brą­zowe włosy nie tyle wień­czyły jego szczu­płą twarz, ile wyglą­dały, jakby prze­cią­gnął po nich ogro­do­wymi gra­biami.

Zauwa­żyła, że jest ubrany na spor­towo -?czyli prze­brał się po pracy, nim tu przy­szedł.

-?Dal­las. Wybacz mi, ale potrze­buję kogoś naj­lep­szego. Mar­tin zasłu­guje na kogoś naj­lep­szego.

-?Okej. Cof­nij się, Webster.

-?Wybacz mi -?powtó­rzył. -?Roarke, dzię­kuję, że przy­sze­dłeś. Dal­las, wiem, że nie byłaś na służ­bie, lecz... Wygląda to na samo­bój­stwo, ale to wyklu­czone. Abso­lut­nie wyklu­czone. Muszę ci powie­dzieć...

-?Wstrzy­maj się na razie -?prze­rwała mu, nie zwa­ża­jąc na jego stan. Musiała. -?Ani słowa. Chcę, żebyś mi nie wcho­dził w drogę. Poroz­ma­wiam z tobą, jak obej­rzę zwłoki i miej­sce zda­rze­nia.

-?Pozwól mi tylko...

-?Nie. Pro­szę pozo­stać ze świad­kiem -?zwró­ciła się do mun­du­ro­wego. - Gdzie zwłoki?

Mun­du­rowy wystą­pił krok do przodu, wska­zał drzwi.

-?Tam, pani porucz­nik. Ratow­nicy medyczni zba­dali denata, ale niczego nie ruszali. Razem z moim part­ne­rem przy­by­li­śmy tu jakieś cztery minuty po tym, jak zadzwo­niono pod dzie­więć­set jede­na­ście.

Krótki hol ze sto­li­kiem na róż­no­ści łączył się z poko­jem dzien­nym. Na sto­liku zauwa­żyła torbę, a w niej sze­ścio­pak mar­ko­wego piwa.

-?Chcia­łem...

-?Nie teraz -?powie­działa Webste­rowi i prze­szła do pokoju dzien­nego z kanapą i podusz­kami, roz­kła­da­nym fote­lem, ekra­nem ścien­nym, kil­koma gra­fi­kami przed­sta­wia­ją­cymi kwiaty, parą pan­to­fli obok fotela.

Schlud­nie, ale bez prze­sady. Czuć było, że korzy­stano z tego pomiesz­cze­nia, i to od lat.

Kuch­nia znaj­do­wała się za niskim mur­kiem po lewej stro­nie, razem z kąci­kiem jadal­nym. Nie­wąt­pli­wie lśniły czy­sto­ścią, ale według Eve też widać było, że korzy­stano z nich, i to od lat. Na bla­cie stała misa z owo­cami. Kubki na otwar­tej półce nad sta­rym auto­ku­cha­rzem, a obok niego płyta kuchenna i pie­kar­nik.

Ktoś przy­pusz­czal­nie goto­wał na niej.

A na prawo od kuchni, kiedy Eve prze­szła głę­biej, coś, co kie­dyś mogło być małą sypial­nią, a teraz peł­niło funk­cję gabi­netu.

I wła­śnie tu za poma­lo­wa­nym na czarno biur­kiem znaj­do­wały się zwłoki kapi­tana Gre­en­le­afa.

-?Chcia­łem...

-?Póź­niej, Webster. Muszę doko­nać oglę­dzin miej­sca i zwłok, a ty musisz stąd wyjść.

Roarke podał Eve zestaw pod­ręczny.

-?Może przejdźmy się -?zwró­cił się do Webstera -?i wszystko mi opo­wiesz. Pozwo­limy pani porucz­nik zro­bić, co w jej mocy, dla two­jego przy­ja­ciela.

-?Jesz­cze się nie skon­tak­to­wa­łem z Beth... jego żoną. Nie chcia­łem...

Eve odwró­ciła się, sły­sząc te słowa.

-?Gdzie ona jest?

-?Na spo­tka­niu z przy­ja­ciół­kami. Regu­lar­nie je orga­ni­zują. Przy­pusz­czam, że wyszła z domu koło wpół do dzie­wią­tej.

-?No dobrze, zostawmy to na razie. Idź się przejść.

-?Dal­las, pozwól mi powie­dzieć to jedno, do jasnej cho­lery. Wiem, jak to wygląda, ale to nie to. -?Prze­peł­niał go żal. Twarz, głos, całą postać. -?To nie to.

-?Pozwól, że sama się prze­ko­nam, jak to wygląda, a potem poroz­ma­wiamy. A na razie trzy­maj się z dala od tego miej­sca. Chcesz, żebym sta­nęła w jego obro­nie? Pozwól mi na to.

Weszła do gabi­netu i żeby unie­moż­li­wić wszel­kie dal­sze uwagi, zamknęła za sobą drzwi.

Gre­en­leaf sie­dział pochy­lony w fotelu za biur­kiem, jakby się zdrzem­nął - cho­ciaż z tej drzemki już się nie obu­dzi. Na pod­ło­dze obok fotela leżał poli­cyjny para­li­za­tor, na szyi ofiary widziała pozo­sta­wione przez niego ślady.

Wyraźne ślady, stwier­dziła. Skóra była prze­cięta i popa­rzona.

Na ścien­nym ekra­nie zma­gały się dru­żyny Met­sów i Pira­tów. W dogra­niu siód­mej rundy przy wyniku 0 -?1 Piraci mieli zawod­nika na pierw­szej bazie. Ponie­waż fotel znaj­do­wał się przo­dem do ekranu, logicz­nym zało­że­niem wyda­wało się, że Gre­en­leaf obej­rzał przy­naj­mniej część meczu albo miał taki zamiar.

Na biurku stał kom­pu­ter, wciąż włą­czony. Na moni­to­rze można było prze­czy­tać:

Beth, wybacz mi, ale nie mogę tak dłu­żej. Życie zbyt wielu uczci­wych gli­nia­rzy zostało znisz­czone, ich rodziny ucier­piały. To moja wina. Wybacz mi, bo ja nie potra­fię sobie wyba­czyć.

-?Taa, Webster, widzę, jak to wygląda.

Otwo­rzyła zestaw pod­ręczny, żeby doko­nać ofi­cjal­nej iden­ty­fi­ka­cji zwłok, przy­ci­snęła do urzą­dze­nia kciuk lewej dłoni Gre­en­le­afa.

-?Ofiara to Mar­tin Gre­en­leaf, eme­ry­to­wany kapi­tan Biura Spraw Wewnętrz­nych nowo­jor­skiej poli­cji. Sie­dem­dzie­siąt sześć lat, zamiesz­kały pod tym adre­sem.

Wycią­gnęła mier­niki.

-?Zgon nastą­pił o godzi­nie dwu­dzie­stej pierw­szej osiem­na­ście.

Przy­kuc­nęła, skie­ro­wała kamerę na broń.

-?Na pod­ło­dze na prawo od fotela znaj­duje się poli­cyjny para­li­za­tor. Usu­nięto z niego kod iden­ty­fi­ka­cyjny.

Spraw­dziła broń -?była nasta­wiona na pełną moc -?umie­ściła pierw­szy znacz­nik dla tech­ni­ków.

-?Ofiara sie­działa tyłem do drzwi pro­wa­dzą­cych do pokoju dzien­nego, przo­dem do ekranu ścien­nego. Zarówno ekran ścienny, jak i kom­pu­ter włą­czone. Brak widocz­nych śla­dów walki, brak widocz­nych śla­dów sto­so­wa­nia prze­mocy na ciele ofiary poza opa­rze­niami pozo­sta­wio­nymi przez para­li­za­tor, świad­czą­cymi o tym, że został przy­tknięty do szyi. Para­li­za­tor usta­wiono na pełną moc.

Zmie­niła pozy­cję, żeby nagry­wać pod innym kątem.

-?Ofiara ma zega­rek na prze­gu­bie lewej ręki i ślubną obrączkę na palcu ser­decz­nym lewej dłoni.

Ostroż­nie spraw­dziła zawar­tość kie­szeni Gre­en­le­afa.

-?W pra­wej przed­niej kie­szeni spodni port­fel, a w nim... -?Zaj­rzała do środka. -?Doku­ment toż­sa­mo­ści, prawo jazdy, karta kre­dy­towa, cztery zdję­cia i... trzy­dzie­ści sześć dola­rów w gotówce. Tele­fon zabez­pie­czony hasłem -?powie­działa, spraw­dziw­szy to. -?I szklanka nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego płynu z kost­kami lodu... -?Nachy­liła się niżej, pową­chała. -?Pach­nie jak her­bata, do potwier­dze­nia przez labo­ra­to­rium. Na prawo od kom­pu­tera. Szklanka jest wypeł­niona do połowy, stoi na pod­kładce.

Może dodał coś do her­baty dla kurażu, pomy­ślała. Ale...

Czemu eme­ry­to­wany gli­niarz, zamie­rza­jący popeł­nić samo­bój­stwo, zro­bił sobie mro­żoną her­batę, włą­czył tele­wi­zor, by obej­rzeć mecz, i sko­rzy­stał z kom­pu­tera, żeby napi­sać list poże­gnalny, skoro na biurku leżały dłu­go­pis i blok listowy?

-?Na moni­to­rze kom­pu­tera coś, co wygląda na list samo­bójcy. Według obec­nie posia­da­nych infor­ma­cji denat w chwili śmierci był sam w miesz­ka­niu.

Nie jest pierw­szym ani ostat­nim gli­nia­rzem, który zakoń­czył życie, przy­ty­ka­jąc sobie para­li­za­tor do szyi, pomy­ślała Eve.

A jed­nak wszystko wyglą­dało podej­rza­nie schlud­nie. List, który wła­ści­wie niczego nie wyja­śnia, i denat, który pod nie­obec­ność żony posta­no­wił skoń­czyć ze sobą. Byli mał­żeń­stwem od wielu lat, pomy­ślała. Czy chciałby, żeby po powro­cie do domu zna­la­zła jego zwłoki?

Zależy od tego, jakim byli mał­żeń­stwem, doszła do wnio­sku Eve, więc spraw­dzi to.

Zamknięte okno -?zamknięte i zablo­ko­wane, prze­sta­rzały regu­la­tor tem­pe­ra­tury tro­chę hała­so­wał. Do tego docho­dził głos spra­woz­dawcy komen­tu­ją­cego mecz.

Sie­dział ple­cami do drzwi. Mecz w tele­wi­zji. Lód roz­pusz­cza­jący się w szklance, praw­do­po­dob­nie her­baty.

Zaj­rzała do biurka, zna­la­zła ter­mi­narz. Spo­tka­nia, zapla­no­wane na kilka tygo­dni naprzód, uwaga, by nie zapo­mnieć kupić kwia­tów dla żony -?za dzie­sięć dni rocz­nica ślubu, kola­cja zare­zer­wo­wana w ele­ganc­kim lokalu w pobliżu.

Wiel­kie serce, a w nim 47 lat!

Eve opu­ściła gabi­net, prze­szła przez miesz­ka­nie, zaj­rzała do sypialni. Też pano­wał w niej porzą­dek, cho­ciaż widać było, że ktoś pospiesz­nie się ubie­rał -?albo parę razy zmie­niał zda­nie, bo nie wie­dział, w co się ubrać.

Tro­chę kosme­ty­ków do pie­lę­gna­cji twa­rzy i przy­bo­rów toa­le­to­wych na bla­cie w łazience, kolejna porzu­cona para butów -?tym razem dam­skich - tuż obok drzwi do gar­de­roby.

I dwa okna wycho­dzące na schody poża­rowe. Jedno zablo­ko­wane, dru­gie - nie. Zain­try­go­wana, Eve prze­szła się po miesz­ka­niu, spraw­dziła pozo­stałe okna. Wszyst­kie były zablo­ko­wane z wyjąt­kiem tego jed­nego w sypialni.

Wró­ciła do sypialni, otwo­rzyła okno, spoj­rzała w górę, w dół.

We wspól­nej gar­de­ro­bie zna­la­zła ubra­nia Gre­en­le­afa, bar­dzo sta­ran­nie roz­miesz­czone. I -?jak przy­pusz­czała -?jego żony, tro­chę mniej sta­ran­nie.

Bab­ski wie­czór, pomy­ślała. Wybór stroju.

W szu­fla­dach podob­nie. W szaf­kach noc­nych tro­chę sprzętu elek­tro­nicz­nego, jakiś krem na noc, butelka table­tek na wspo­mo­że­nie erek­cji, jakiś śro­dek nawil­ża­jący.

Ponie­waż oba opa­ko­wa­nia były do połowy opróż­nione, Eve uznała, że para na­dal aktyw­nie upra­wiała seks.

W kuchni kar­teczka na drzwiach lodówki.

? W środku coś do prze­ką­sze­nia dla cie­bie i Dona, skar­bie. Do zoba­cze­nia za parę godzin. Nie pij za dużo piwa! ?

Na początku i na końcu wia­do­mo­ści wid­niało ser­duszko.

Eve wró­ciła do gabi­netu.

-?No dobrze, panie kapi­ta­nie.

Zadzwo­niła do tech­ni­ków, do kost­nicy -?popro­siła o głów­nego leka­rza sądo­wego Mor­risa. Doszła do wnio­sku, że nie ma sensu infor­mo­wać Peabody. Wystar­czy, jak zrobi to rano.

Wysłała SMS do Roarke'a.

Przy­pro­wadź go tu.

Cze­ka­jąc, spraw­dziła, o któ­rej godzi­nie napi­sano list samo­bójcy. Minutę przed zgo­nem.

Wró­ciła do kuchni, przej­rzała zapisy auto­ku­cha­rza. Wyglą­dało na to, że mał­żon­ko­wie razem zje­dli maka­ron wstążki w sosie śmie­ta­no­wym i sałatę. W lodówce -?dobrze zaopa­trzo­nej -?zoba­czyła pół­mi­sek prze­ką­sek. Sery, pikle, sta­ran­nie pokro­jone pla­sterki jakichś wędlin, dip, salsa.

Na bla­cie obok lodówki stały kra­kersy, miska chip­sów, leżał stos ser­we­tek.

Nie­wąt­pli­wie spo­dzie­wali się Webstera.

Niech Webster mnie znaj­dzie, wszystko zała­twi przed powro­tem Beth.

Albo ktoś nie spo­dzie­wał się wizyty gli­nia­rza dosłow­nie kilka minut po zgo­nie Gre­en­le­afa.

Na razie nie skre­śliła żad­nej z tych ewen­tu­al­no­ści.

Kiedy usły­szała, jak otwie­rają się drzwi, wyszła naprze­ciw obu męż­czy­znom.

-?Sia­daj, Webster. -?Wska­zała miej­sce, z któ­rego nie widać było zwłok. - I mów, co wiesz.

-?Zacznę od początku, dobrze?

Zauwa­żyła, że jest spo­koj­niej­szy, wie­działa, że to zasługa Roarke'a.

-?Jasne.

-?Dziś po połu­dniu Mar­tin wpadł do mnie. Przez tydzień prze­by­wa­łem poza Zie­mią, więc pra­co­wa­łem w week­end. Myślał, że zjemy razem lunch, poga­damy, ale byłem zawa­lony robotą. Napi­li­śmy się tylko kawy przy moim biurku.

-?W jakim był nastroju?

-?Dobrym. Bar­dzo dobrym. Tro­chę poroz­ma­wia­li­śmy o wystę­pie jego wnuczki w meczu Małej Ligi, zapy­tał, co nowego u mnie. Chcia­łem z nim poru­szyć kilka spraw, a ponie­waż w ciągu dnia nie mia­łem czasu, zapro­po­no­wał, żebym wpadł do niego koło dzie­wią­tej. Beth wybie­rała się na bab­skie spo­tka­nie, więc będziemy mogli napić się piwa -?jeśli je przy­niosę - poga­dać o tym i owym.

-?Spo­dzie­wał się cie­bie.

-?Zga­dza się. Dotar­łem tutaj koło wpół do dzie­sią­tej. Mia­łem dużo do zro­bie­nia w komen­dzie, chcia­łem się prze­brać, kupić piwo.

-?Jak dosta­łeś się do miesz­ka­nia?

-?Mam kartę magne­tyczną i kod dostępu. Nie zadzwo­ni­łem z dołu, ale kiedy zapu­ka­łem, nie otwo­rzył mi. Więc wsze­dłem, pomy­śla­łem, że nie usły­szał puka­nia. Od roku miał kło­poty ze słu­chem. Z gabi­netu dobie­gła mnie trans­mi­sja meczu. Zawo­ła­łem Mar­tina.

Umilkł na chwilę, by zebrać siły.

-?Odsta­wi­łem piwo i zoba­czy­łem go, kiedy zaj­rza­łem do gabi­netu.

-?Doty­ka­łeś cze­goś?

-?Jego ramie­nia. Lewego ramie­nia. Nie dotkną­łem broni, moni­tora ani niczego innego. Poło­ży­łem dłoń na jego ramie­niu, ponie­waż nie mogłem uwie­rzyć... Jezu.

Webster ukrył twarz w dło­niach.

-?Daj mi chwilkę -?popro­sił.

-?Odczy­ta­łeś tekst na moni­to­rze.

Ski­nął głową, wciąż zakry­wa­jąc twarz rękami. A kiedy je opu­ścił, jego oczy pałały ogniem.

-?To bzdura. Jedna wielka bzdura, Dal­las. Ni­gdy nie zro­biłby tego Beth, swoim dzie­ciom, wnu­kom. Nie zro­biłby tego mnie. Ni­gdy nie zde­cy­do­wałby się na taki krok.

-?Wiesz, czy miał jakieś kło­poty ze zdro­wiem poza pro­ble­mami ze słu­chem?

Webster pokrę­cił głową, prze­su­nął dłońmi po wło­sach.

-?Żad­nych. Nie, żeby kie­dy­kol­wiek się skar­żył. Ale Beth by mi powie­działa, gdyby on tego nie zro­bił. Mawiał, że musi zwol­nić tempo, co go tro­chę wku­rzało. To bzdura z tymi uczci­wymi gli­nia­rzami, jego wina. Sza­no­wał odznakę, rozu­miesz mnie?

Na chwilę umilkł, a kiedy znów prze­mó­wił, jego głos był twardy.

-?Taa, był twar­dzie­lem i wyjąt­ko­wym służ­bi­stą. Jeśli jakiś gli­niarz coś kom­bi­no­wał, nie odpu­ścił. Nauczył mnie tego samego. Nie zdo­bywa się w taki spo­sób powszech­nej sym­pa­tii, ale taka to już praca.

-?To zostało upo­zo­ro­wane, Dal­las -?oświad­czył z mocą. -?Mar­tin by tego nie zro­bił. Jestem tego stu­pro­cen­towo pewny.

W tej chwili, pomy­ślała, potrzebne mi fakty, nie odczu­cia.

-?Powie­dzia­łeś, że zapu­ka­łeś. Ile razy? Jak długo cze­ka­łeś pod drzwiami, nim zde­cy­do­wa­łeś się wejść?

-?Zapu­ka­łem dwa razy. Nie poru­szał się już tak szybko, jak daw­niej, jasne? Więc chcia­łem mu dać tro­chę czasu. Minutę, może tro­chę mniej, nim posłu­ży­łem się kartą. Nie dłu­żej niż minutę.

-?Sły­sza­łeś jakieś odgłosy, dobie­ga­jące z miesz­ka­nia?

-?Nie. Poza trans­mi­sją meczu. Sły­sza­łem trans­mi­sję meczu z jego gabi­netu, więc pomy­śla­łem sobie, że dla­tego nie usły­szał mojego puka­nia.

-?Kto wie­dział o tym, że dziś wie­czo­rem go odwie­dzisz?

-?Nie wiem. Z pew­no­ścią powie­dział Beth.

Uniósł ręce, by po chwili je opu­ścić. Złą­czył dło­nie, jakby nie wie­dział, co zro­bić z rękami.

-?Nie wiem, czy powie­dział komu­kol­wiek poza nią, ani czemu miałby to zro­bić.

-?Opisz mi wasze rela­cje.

-?Był moim sze­fem, kiedy zaczą­łem pracę w Biu­rze Spraw Wewnętrz­nych, aż do odej­ścia na eme­ry­turę. I był mi bli­ski jak ojciec. Moi rodzice się roz­stali, kiedy byłem dziec­kiem, ojciec nie­zbyt się mną inte­re­so­wał. W prze­ci­wień­stwie do Mar­tina i Beth. Co roku spę­dza­łem z nimi święta Bożego Naro­dze­nia. Kocha­łem go i chcę dorwać tego, kto mu to zro­bił.

-?Jak na razie nie stwier­dzi­łam, by doszło do zabój­stwa. Popro­si­łam, żeby sek­cję zwłok prze­pro­wa­dził Mor­ris, tech­nicy już są w dro­dze. Nie bie­rzesz udziału w tym śledz­twie. Nie możesz. Wiesz o tym.

Unio­sła dłoń, nim się ode­zwał.

-?Będę cię na bie­żąco infor­mo­wała. Mogę to zro­bić, ale to wszystko. Nie wchodź mi w drogę.

-?Wiem, że nie­spe­cjal­nie go lubi­łaś.

Eve patrząc na niego bez­na­mięt­nie, ode­zwała się chłodno:

-?Uwa­żasz, że to jakoś mi prze­szko­dzi pro­wa­dzić śledz­two w spra­wie jego śmierci?

-?Nie. Skądże znowu. Dla­tego popro­si­łem wła­śnie o cie­bie. Dal­las, muszę być teraz z Beth. To będzie... Naprawdę bar­dzo się kochali. Beth potrze­buje teraz kogoś, kto go kochał. Nie chcę do niej zadzwo­nić, ścią­gnąć jej do domu. Nie chcę, żeby go zoba­czyła w takim sta­nie ani przy­glą­dała się, jak go wyno­szą w worku na zwłoki.

-?Muszę mieć jej oświad­cze­nie. Muszę ją prze­słu­chać. Naj­praw­do­po­dob­niej jest ostat­nią osobą, która widziała go żywego.

-?Powie­dział, że Beth wróci do domu przed pół­nocą, raczej wcze­śniej. Raz w mie­siącu spo­tyka się z przy­ja­ciół­kami, piją wino, spę­dzają ze sobą dwie godziny.

-?Czy powie­dzia­łeś komuś, że dziś wie­czo­rem wybie­rasz się do niego?

-?Wysła­łem wia­do­mość do Dar­cii. Kiedy Mar­tin wpadł do mnie do pracy, drzwi były otwarte. Ktoś mógł usły­szeć, jak się uma­wia­li­śmy, ale nikomu nic kon­kret­nego nie powie­dzia­łem na ten temat.

-?Roarke, czy mógł­byś się posta­rać o nagra­nia z kamer moni­to­ringu w budynku oraz z kamery nad drzwiami do miesz­ka­nia Gre­en­le­afów?

Zacze­kała, aż wyszedł.

-?Jeśli jest coś, jakiś szcze­gół, cokol­wiek, co prze­mil­cza­łeś, co prze­krę­ci­łeś, powiedz to teraz, Webster, albo przy­się­gam na Boga, że kiedy się o tym dowiem -?a dowiem się -?pokroję cię na kawałki.

Zamknąw­szy oczy ski­nął głową. A potem spoj­rzał na nią.

-?Wła­śnie dla­tego chcia­łem, żebyś to ty pokie­ro­wała tym śledz­twem. Wła­śnie dla­tego. Nie. Niczego nie prze­mil­cza­łem ani nie prze­ina­czy­łem. Też przy­się­gam na Boga. O któ­rej godzi­nie nastą­pił zgon? Obie­ca­łaś, że będziesz mnie infor­mo­wała na bie­żąco.

-?O dwu­dzie­stej pierw­szej osiem­na­ście.

-?Chry­ste, Chry­ste, praw­do­po­dob­nie wcho­dzi­łem do budynku albo byłem w dro­dze na górę pięć, dzie­sięć minut póź­niej. Gdy­bym poja­wił się kilka minut wcze­śniej...

I zoba­czyła, dosłow­nie zoba­czyła, jak Webster traci opa­no­wa­nie. Więc powie­działa szybko:

-?Gdy­ba­nie na nic się nie zda, więc odpuść to sobie. Czy wspo­mniał ci, że ktoś mu gro­ził?

-?Nie... -?Webster mach­nął ręką w powie­trzu, wyco­fu­jąc się z tej wypo­wie­dzi. -?Zna­czy się, pew­nie, zanim odszedł na eme­ry­turę. Gli­nia­rze z Biura Spraw Wewnętrz­nych cią­gle dostają pogróżki, to nie­od­łączna część naszej pracy. Słowne znie­wagi, ręko­czyny. Na ogół nic poważ­nego, więc spi­suje się notatkę i zapo­mina o spra­wie. Tak samo, jak w twoim przy­padku, Dal­las, czy każ­dego innego gli­nia­rza. Jedyna róż­nica polega na tym, że te pogróżki i ręko­czyny zwy­kle są ze strony innych gli­nia­rzy.

-?Nie jeste­śmy lubiani -?dodał, wzru­sza­jąc ramio­nami. -?I tyle.

-?A ostat­nio coś kon­kret­nego?

-?Nie. Słu­chaj, nie musiał odejść na eme­ry­turę. To był jego wybór. Powie­dział mi, że nade­szła pora, by prze­ka­zać pałeczkę. I chciał mieć wię­cej czasu na bycie mężem, ojcem, dziad­kiem. Podo­bało mu się na eme­ry­tu­rze -?cią­gnął. -?Beth prze­szła na eme­ry­turę kilka lat po nim, tro­chę podró­żo­wali razem. Wspo­mi­nali, że prze­pro­wa­dzą się na połu­dnie, nad ocean, kupią łódź, ale rodzinę mają tutaj, więc ni­gdy nie wpro­wa­dzili tych pla­nów w życie. Kwe­stia pogró­żek wypły­wała tylko wtedy, kiedy roz­ma­wia­li­śmy o spra­wach zawo­do­wych. Zazwy­czaj było to coś w rodzaju: "Pamię­tasz tego dupka, który powie­dział, że wykroi ci tępym nożem to twoje szczu­rze serce i rzuci innym szczu­rom na pożar­cie?".

-?Dla niego to było jak wczo­raj, Dal­las, poświę­cał tej pracy wiele czasu -?dodał Webster.

Usły­szaw­szy puka­nie, Eve wstała, wpu­ściła tech­ni­ków. Zdą­żyła im wyja­śnić, co jest naj­pil­niej­sze, nim przy­była ekipa z kost­nicy.

-?Może zacze­kasz w kuchni?

Webster pokrę­cił głową.

-?Zasłu­guje na to, żeby był przy nim ktoś, kto go znał, trosz­czył się o niego. -?Odwró­cił się w jej stronę. -?Powie­dzia­łaś, że to zabój­stwo.

-?W tej chwili to przy­pa­dek podej­rza­nej śmierci. Gdzie trzy­mał swoją broń służ­bową?

-?Zdał ją, prze­cho­dząc na eme­ry­turę. Wiem o tym, bo byłem przy tym obecny.

-?A zapa­sowa broń?

-?Dal­las, Mar­tin ostat­nie pięt­na­ście lat służby w poli­cji spę­dził za biur­kiem. Nie miał zapa­so­wej broni. A ten para­li­za­tor nie jest jego.

-?A jeśli jest?

-?To zna­czy, że ktoś zna­lazł spo­sób, by spra­wić, żeby wyglą­dał, jakby nale­żał do niego.

Stał w mil­cze­niu, kiedy ekipa z kost­nicy zabie­rała zwłoki.

-?Muszę się napić. Cze­goś moc­niej­szego. W kuchni trzyma butelkę whi­sky.

-?Ja ją przy­niosę -?powie­działa Eve, kiedy się tam skie­ro­wał. - Zabez­pie­czy­łam ręce i buty, a ty nie.

Wró­cił Roarke, ski­nął głową do Eve.

-?Gdzie jest butelka?

-?W szafce pod oknem. A kie­liszki w szafce na prawo od zle­wo­zmy­waka.

-?Wyrazy współ­czu­cia, Webster -?powie­dział Roarke, kiedy Eve poszła do kuchni. -?Naj­szczer­sze wyrazy współ­czu­cia z powodu two­jej straty.

-?Dzię­kuję. -?Znów usiadł, przy­ci­snął palce do powiek. -?Znaj­dzie tego, kto to zro­bił. A ty jej w tym pomo­żesz.

-?Na wszel­kie moż­liwe spo­soby. Ale znaj­dzie tego, kto to zro­bił. Czy to wystar­czy?

-?To zawsze jest za mało, ale musi wystar­czyć.

Wziął od Eve szkla­neczkę z whi­sky na dwa palce.

-?Kiedy ostatni raz byłeś w tym miesz­ka­niu?

-?Trzy... nie, cztery tygo­dnie temu. Cztery tygo­dnie temu. Na obie­dzie z oka­zji uro­dzin jego córki.

-?Czyli nie znajdę ni­gdzie two­ich odci­sków pal­ców?

-?Uwzględ­nia­jąc to, jak Beth sprząta? Wyklu­czone. -?Wypił whi­sky. -?Masz nagra­nia z kamer. Chciał­bym je obej­rzeć.

-?Jutro -?powie­działa mu Eve. -?Chcę, żebyś w połu­dnie zja­wił się w komen­dzie.

-?Ale...

-?Muszę zło­żyć raport Whit­ney­owi, spo­tkać się z Mor­ri­sem, zro­bić co trzeba. Potem znów wszystko omó­wimy. Jeśli będę zado­wo­lona z naszej roz­mowy, pozwolę ci obej­rzeć nagra­nia. Zostań w miesz­ka­niu -?dodała, zanim mógł się sprze­ci­wić -?żebyś tu był, kiedy wróci wdowa po kapi­ta­nie. Nie wtrą­caj się, kiedy będę ją prze­słu­chi­wać, Webster. Nie utrud­niaj mi pracy.

-?Kochała go. Kochali się nawza­jem, rodzina była całym ich świa­tem.

-?W takim razie będzie chciała, żebym zro­biła to, co do mnie należy.

-?Tak. -?Spoj­rzał na zega­rek. -?Wkrótce powinna wró­cić. Pozwól, że ja ją poin­for­muję. Pro­szę. Pozwól, żebym ja jej powie­dział o tym, że Mar­tin odszedł z tego świata. Nie będę ci wcho­dził w drogę.

Zawsze naj­trud­niej jest, pomy­ślała Eve, powie­dzieć komuś, że jego świat się roz­padł.

-?Zrób to bez owi­ja­nia w bawełnę -?pora­dziła mu Eve.

Rozdział 3

3

Eve dała znak Roarke'owi, żeby został z Webste­rem, i wró­ciła do gabi­netu poroz­ma­wiać z tech­ni­kami.

-?Brak odci­sków pal­ców na klamce okien­nej w sypialni -?poin­for­mo­wała ją główna tech­niczka. -?Na żad­nym z okien w tym pokoju też, ani od środka, ani na zewnątrz. Są czy­ściut­kie. Zabez­pie­czy­li­śmy szklankę i jej zawar­tość. Na szklance są odci­ski pal­ców denata i jego mał­żonki.

-?Przy­nio­sła mu ją.

-?Tak, logicz­nie rzecz bio­rąc. Na kom­pu­te­rze denata i jego tele­fo­nie są tylko jego odci­ski pal­ców. To samo, jeśli cho­dzi o broń zna­le­zioną na pod­ło­dze. Ale chcę się im bli­żej przyj­rzeć w labo­ra­to­rium.

-?Dla­czego?

-?Są ide­alne. Kciuka i palca wska­zu­ją­cego pra­wej dłoni. -?Kobieta zagięła palce tak, jakby poło­żyła je na spu­ście. -?Tylko te dwa odci­ski. Poza tym broń jest czy­sta.

-?No dobrze. -?Eve ski­nęła głową. -?Kiedy facet posta­nowi w taki spo­sób ze sobą skoń­czyć, praw­do­po­dob­nie kilka razy bie­rze broń do ręki. Chce ją spraw­dzić, upew­nić się, że jest nasta­wiona na pełną moc. Praw­do­po­dob­nie waha się, bez względu na to, jak bar­dzo jest zde­ter­mi­no­wany.

-?No wła­śnie.

-?Inne odci­ski w sypialni, w gabi­ne­cie?

-?Należą do Eli­za­beth Gre­en­leaf. Kilka na drzwiach do gar­de­roby w sypialni, na toa­let­kach, noc­nych szaf­kach, lampce na prawo od łóżka. Kilka na fra­mu­dze drzwi do gabi­netu. Kilka wło­sów na pod­ło­dze sypialni, pasu­ją­cych do wło­sów na szczotce leżą­cej na toa­letce.

Sze­fowa tech­ni­ków rozej­rzała się.

-?Nie­wiele tu znaj­dziemy, Dal­las. Miesz­ka­nie jest porząd­nie wysprzą­tane. Zna­leź­li­śmy ślady środka nabłysz­cza­ją­cego do mebli oraz ogól­nie dostęp­nych pły­nów czysz­czą­cych, czyli ktoś nie­dawno robił porządki. Nie­mniej spraw­dzimy wszystko.

-?Znaj­dzie­cie odci­ski pal­ców Webstera na drzwiach fron­to­wych. Poin­for­muj mnie, jeśli natra­fi­cie na nie jesz­cze gdzieś.

-?Jasne.

-?Zna­łaś ofiarę?

- Tylko ze sły­sze­nia. Podobno twarda była z niego sztuka.

-?Taa.

Wcho­dząc do pokoju dzien­nego, usły­szała kobiecy śmiech dobie­ga­jący z kory­ta­rza, szczęk zamka w drzwiach. Webster zerwał się na nogi.

-?Pro­szę, pozwól mi.

Ski­nęła głową, skie­ro­wał się do wej­ścia do miesz­ka­nia. Znów roz­le­gły się śmie­chy, kiedy drzwi się otwie­rały.

-?Zapła­ci­ła­bym dwa razy tyle, powie­działa. Nie mogę w to uwie­rzyć. Don! Ty wciąż tutaj?

Beth Gre­en­leaf była niską, zadbaną kobietą o popie­la­to­blond wło­sach, zacze­sa­nych na policzki. W jej jasno­nie­bie­skich oczach wciąż malo­wało się roz­ba­wie­nie, kiedy zarzu­ciła mu ręce na szyję.

-?Stę­sk­ni­łam się za wido­kiem two­jej facjaty!

-?Beth...

-?Chyba jesz­cze nie pozna­łeś mojej przy­ja­ciółki Elvy Arnez. Elva i Den­zel miesz­kają dwa pię­tra wyżej. Odpro­wa­dziła star­szą panią do samych drzwi.

-?Nie widzę tutaj żad­nej star­szej pani. -?Elva, ślicz­notka pod trzy­dziestkę, zatrzy­mała się krok za Beth.

Kobieta mie­sza­nej rasy, ape­tycz­nie zaokrą­glona, w czar­nych, obci­słych spodniach i bia­łej koszulce bez ręka­wów, się­ga­ją­cej do bio­der, uśmiech­nęła się, mówiąc te słowa. Potem spoj­rzała nad ramie­niem Webstera, dostrze­gła Eve i Roarke'a.

-?Masz gości -?powie­działa. -?Pójdę sobie.

-?Don to nie gość, tylko czło­nek rodziny. -?Beth cof­nęła się, zoba­czyła Eve i w jej jasno­nie­bie­skich oczach poja­wiło się zmie­sza­nie, kiedy ją roz­po­znała.

A potem strach, gdy w polu widze­nia poja­wił się jeden z tech­ni­ków.

-?Co... Don? Co to zna­czy? Gdzie Mar­tin?

-?Usiądźmy.

-?Co oni tu robią? Co się stało? Mar­tin! -?zawo­łała, pró­bu­jąc omi­nąć Webstera. Ale zła­pał ją mocno.

-?Beth, bar­dzo mi przy­kro. Bar­dzo mi przy­kro i okrop­nie się czuję. Mar­tin nie żyje.

-?Nie mów takich rze­czy! Nie mów takich rze­czy! Nic mu nie jest, nic mu nie jest. Nie było mnie w domu tylko parę godzin. Nic mu nie jest.

Pró­bo­wała się uwol­nić od jego uści­sku.

-?Zna­la­złem go, kiedy tu przy­sze­dłem. -?Mówiąc to, koły­sał ją. - Odszedł. Odszedł, nim się poja­wi­łem.

Prze­stała mu się wyry­wać. Eve zoba­czyła, jak opu­ściły ją siły, kiedy to do niej w pełni dotarło -?do umy­słu, ciała, serca, duszy. Z jej ust wyrwał się jeden prze­cią­gły jęk. Webster wziął Beth na ręce jak dziecko, zaniósł na fotel i objął, gdy zanio­sła się pła­czem.

-?Co powin­nam zro­bić? -?Elva stała na progu, ręce przy­ci­snęła do piersi. -?Mogę jakoś pomóc? Czy powin­nam wyjść? O Boże.

-?Pro­szę zamknąć drzwi -?powie­działa jej Eve. -?I usiąść. -?Eve wycią­gnęła odznakę. -?Porucz­nik Dal­las z nowo­jor­skiej poli­cji. A pani nazywa się Elva Arnez. Mieszka pani dwa pię­tra wyżej?

-?Ja... tak... ja... razem z moim part­ne­rem miesz­kamy dwa pię­tra wyżej. Nic mu nie było. Czuł się dosko­nale. To Mar­tin wpu­ścił mnie, kiedy przy­szłam po Beth.

-?Była pani dziś w ich miesz­ka­niu?

-?Tak. Zna­czy się wstą­pi­łam po Beth, żeby razem z nią spo­tkać się z kil­koma wspól­nymi zna­jo­mymi.

-?O któ­rej godzi­nie pani tu przy­szła? I kiedy pani wyszła?

-?Hmm, Boże. Koło wpół do dzie­wią­tej. Może kilka minut po. Mia­ły­śmy wyjść o wpół do dzie­wią­tej, ale Beth na ogół się spóź­nia. Ja też byłam tro­chę spóź­niona, więc może za dwa­dzie­ścia pięć dzie­wiąta lub coś koło tego. Mar­tin wpu­ścił mnie do środka, czuł się świet­nie. Zażar­to­wał, że Beth wciąż jest zajęta nakła­da­niem odpo­wied­niej maski, czy coś w tym rodzaju. A ona popro­siła, żebym zaj­rzała do niej.

-?Do sypialni?

-?Tak. Nie mogła się zde­cy­do­wać, które kol­czyki wło­żyć. Czy buty. To w jej stylu. -?Łzy zaczęły jej pły­nąć z oczu. -?I... i... i... -?Elva umil­kła, zamknęła oczy, unio­sła w górę rękę, wzięła parę głę­bo­kich odde­chów. - Prze­pra­szam. To takie straszne. Pomo­głam jej wybrać. Dzie­sięć minut? Naprawdę nie wiem. Potem poszła poże­gnać się z Mar­ti­nem.

-?Gdzie?

-?Och, do jego małego gabi­netu. Zawo­łał do mnie "Pa!" i "Baw się dobrze". Nie rozu­miem, co się stało. Czy uległ jakie­muś wypad­kowi? Czy ktoś się wła­mał i coś mu zro­bił?

-?Jesz­cze tego nie usta­li­li­śmy. Dokąd panie poszły?

-?Do Bistro, małego, sym­pa­tycz­nego baru jakieś trzy prze­cznice stąd. Czy mogę coś dla niej zro­bić? Dla Beth?

-?Tak -?powie­działa Eve. -?Wła­śnie pani robi. Z kim się tam spo­tka­ły­ście?

-?Okej. Okej. -?Znów zamknęła oczy i podała Eve trzy nazwi­ska.

-?Czy któ­raś z was wyszła mię­dzy dzie­wiątą a wpół do dzie­sią­tej?

-?Nie, wszyst­kie zosta­ły­śmy chyba do jede­na­stej.

-?Czy któ­raś z was ode­szła od sto­lika?

-?Tak, do toa­lety. Wszyst­kie dobrze się bawi­ły­śmy. Zamó­wi­ły­śmy coś do picia, jakieś barowe prze­ką­ski, nic poza tym. Czy to był wypa­dek? Cho­ciaż jest tyle poli­cji, że nie...

-?Pro­wa­dzimy czyn­no­ści śled­cze. Dzię­kuję za pomoc, pani Arnez. Pro­szę ni­gdzie nie wyjeż­dżać, bo mogę mieć jesz­cze jakieś pyta­nia.

-?Ja... Tak. Natu­ral­nie. Miesz­kamy dwa pię­tra wyżej.

-?Jest pani wolna.

-?Dobrze, ale... -?Wsta­jąc, obej­rzała się na Beth. -?Pro­szę, bar­dzo pro­szę powie­dzieć jej, że może na mnie liczyć, gdyby cze­go­kol­wiek potrze­bo­wała. Tak mi przy­kro.

Po jej wyj­ściu Eve zwró­ciła się do Webstera.

-?Beth -?wymam­ro­tał, przy­ci­snął usta do jej skroni. -?Porucz­nik Dal­las musi ci zadać kilka pytań.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki