Śmiertelna Gałka - Mark Twain

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Było to za czasów Oliwera Cromwell'a. Pułkownik Mayfair był najmłodszym oficerem swej rangi w całej armii Rzeczypospolitej, miał bowiem zaledwie trzydzieści lat. Pomimo to, był doświadczonym żołnierzem, bo wojskowe swe życie rozpoczął jako siedmnastoletni chłopak. W wielu bitwach brał udział, i wysokie swe stanowisko zawdzięczał jedynie swej dzielności na polu walki. Teraz jednak czarna zawisła nad nim chmura.

Zapadł zimowy wieczór, i na dworze burza się srożyła, z wichrem i ulewą, w domu zaś smutne panowało milczenie. Pułkownik opowiedział już żonie o swoim zmartwieniu, razem odczytali rozdział z Biblii i odmówili wieczorne modlitwy, i nic im nie pozostało, jak siedzieć ręka w rękę spoglądając w ogień, myśląc - i oczekując. Że długiem czekanie to nie będzie, o tem wiedzieli oboje i pułkownikową dreszcz przebiegł, kiedy o tem wspomniała. Mieli oni jedno dziecko, siedmioletnią Abby, którą ubóstwiali. Wkrótce miała nadejść, by oddać dobranoc, to też pułkownik rzekł do swej żony: - Obetrzyj łzy i udawajmy przed nią wesołość, zapomnijmy przez tę chwilę o tem, co nas ma spotkać. - Dobrze. Zamknę to w mojem sercu, chociaż bliskiem jest ono pęknięcia. - A jednak wszystko z pokorą znieść należy, bo On wie co czyni. - Niech się jego święta wola spełni. Mówią to moje usta - oby Bóg dał by powtórzyć mogły i serce. - Cicho, kochanie, oto już ona nadchodzi. Złoto-włosa dzieweczka wbiegła do pokoju i objęła ojca za szyję. Ten ją przycisnął do piersi i ucałował kilka razy. - Ależ papo, nie powinieneś mnie tak mocno całować; rozpuścisz mi włosy! - Przepraszam cię moje dziecko! Czy mi przebaczysz? Tak mi to przykro! - Ależ naturalnie, papo! Ale czy ci naprawdę przykro? - Sama osądź, Abby! - i zakrywszy twarz rękami pułkownik udał że szlocha. Dziecko, przejęte skruchą, samo płakać zaczęło, ciągnąc go za rękaw. - Oh! Papo, nie płacz! Abby tylko żartowała, Abby nigdy już tego nie zrobi! Proszę cię papo! - I szarpiąc go za palec, spostrzegła spłatanego jej figla. - Ach! ty brzydki papo, ty wcale nie płaczesz! kiedy tak, to Abby pójdzie do mamy. Ale pułkownik objął ją ramieniem. - Nie, dziecko, zostań ze mną. Papa był niegrzeczny, i przyznaje to. Prosi Abby o przebaczenie, wszystkie łezki jej zcałuje - ot, tak - i za karę uczyni, co tylko Abby mu rozkaże. W jednej chwili twarzyczka się rozpogodziła, i klepiąc ojca po policzku dziecko zawołało: - Bajeczkę opowiedz! bajeczkę! - A jaką? wesołą? - Nie papo, straszną. Ojciec wolałby wesołą, ale Abby stała przy swoim, a danego raz słowa purytański żołnierz nie mógł przecież złamać. - Wszak nie możemy zawsze słuchać wesołych bajeczek, - tłomaczyła Abby, - niania mówiła, że mamy teraz wesołe czasy; czy to prawda papo? - Prawda kochanie. Musi czasem przyjść i zmartwienie. Smutne to, ale prawdziwe. - Opowiedz więc papo taką smutną bajeczkę, taką straszną, żeby aż nas dreszcz przechodził, i żebyśmy aż myśleli, że to o nas chodzi. Mamo, przysuń się tu bliżej, i weź Abby za rączkę, tak - teraz łatwiej będzie strach wytrzymać. Możesz już zaczynać, papo! - A więc było razu pewnego trzech pułkowników... - Oh! jak to dobrze! I ty jesteś pułkownikiem więc tak wyglądają. - Którzy podczas bitwy złamali dyscyplinę. Nieznane słowo mile połechtało uszy dziewczynki. Podniosła z podziwem oczy i spytała: - Czy to co dobrego do zjedzenia? Rodzice prawie się uśmiechnęli, a ojciec odpowiedział: - Nie dziecko, to zupełnie co innego. Przekroczyli oni przepisy. - Czy to coś.... Nie, i to nie jest do jedzenia. Wydano im rozkaz, aby udali atak na pewnym silnym punkcie, tak, aby nieprzyjaciela do tego punktu ściągnąć i w ten sposób ułatwić wojskom Rzeczypospolitej cofnięcie się w porządku. Tymczasem, uniesieni zapałem, zapomnieli iż atak miał być tylko udanym, i rzuciwszy się naprawdę na nieprzyjaciela, wszystko szturmem wzięli. Bitwa została wygraną a Lord generał bardzo się rozgniewał, obsypał ich pochwałami, i odesłał ich przed sąd wojenny do Londynu, aby ich na śmierć skazali. - Czy to był generał Cromwell, papo? - Tak. - Oh! ja jego widziałam! Jak on tak przejeżdża na swoim wielkim koniu, wygląda tak - tak - niewiem jak, ale tak, jakby był niekontent, i widać, że wszyscy się go boją. Ale ja go się nie boję, bo on raz bardzo ładnie na mnie spojrzał. - Oh! ty szczebiotko! Otóż, gdy pułkownicy do Londynu przybyli, wzięto od nich słowo honoru, i pozwolono im odwiedzić rodziny po raz ostatni. W tej chwili dały się słyszeć kroki; nie stanęły jednak przed domem, lecz oddaliły się, a matka ukryła swą twarz na ramieniu ojca, aby dziecko nie zauważyło jej bladości. - Przyjechali dziś rano. - Jakto, papo! czy to prawdziwa bajka?

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI