Śmiertelna ekstaza - Nora Roberts

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Ciemna ulica cuch­nęła moczem i wymio­ci­nami. Miesz­kały tu szyb­ko­no­gie szczury i polu­jące na nie chude koty o wygłod­nia­łym spoj­rze­niu. W ciem­no­ści czer­wo­nym bla­skiem jarzyły się rów­nie dzi­kie ludz­kie oczy.

Serce Eve lekko zadrżało, gdy wśli­znęła się w wil­gotny śmier­dzący mrok zaułka. Miała pew­ność, że wszedł wła­śnie tutaj. Jej zada­niem było odna­leźć go i wycią­gnąć stam­tąd. W dłoni trzy­mała broń, a dłoń miała pewną.

- Hej, lalu­niu, chcesz to ze mną zro­bić? Chcesz?

Z ciem­no­ści dobie­gały ochry­płe głosy, cięż­kie od nar­ko­ty­ków albo taniego piwa. Jęki wyklę­tych za życia i śmie­chy sza­leń­ców. Szczury i koty nie były tu jedy­nymi loka­to­rami. Towa­rzy­stwo ludz­kiego śmie­cia, pod­pie­ra­ją­cego wil­gotne mury, nie sta­no­wiło jed­nak żad­nej pocie­chy.

Trzy­ma­jąc broń w pogo­to­wiu, usko­czyła w bok, by unik­nąć zde­rze­nia z poobi­ja­nym recy­kle­rem, który, sądząc z wydo­by­wa­ją­cego się odoru, nie dzia­łał od dobrych dzie­się­ciu lat. W wil­got­nym powie­trzu uno­sił się duszący, gęsty smród zepsu­tego jedze­nia.

Ktoś cicho zakwi­lił. Zoba­czyła pra­wie nagiego chłopca w wieku około trzy­na­stu lat. Jego twarz pokry­wały ropie­jące rany; z oczu biły strach i roz­pacz. Natych­miast cof­nął się jak rak pod brudny mur.

Poczuła wzbie­ra­jącą w sercu litość. Ona też była kie­dyś prze­ra­żo­nym dziec­kiem, ukry­wa­ją­cym się na ulicy.

- Nie zro­bię ci nic złego - powie­działa to cicho, pra­wie szep­tem; opu­ściła broń i popa­trzyła dzie­cia­kowi w oczy.

I wtedy tam­ten zaata­ko­wał.

Zaszedł ją od tyłu, wyda­jąc z sie­bie gniewne pomruki. Przy­go­to­wy­wał się do zada­nia śmier­tel­nego ciosu, wywi­ja­jąc grubą rurą. Ostry świst prze­szył jej uszy; odwró­ciła się i usko­czyła. Zdą­żyła led­wie skląć się w myślach za to, że na chwilę pozwo­liła sobie na dekon­cen­tra­cję, zapo­mi­na­jąc o swoim celu, gdy ponad sto dwa­dzie­ścia kilo­gra­mów żywego mięsa rzu­ciło nią o ceglaną ścianę. Broń wypa­dła jej z ręki i ze stu­ko­tem wylą­do­wała gdzieś w mroku.

W jego oczach zoba­czyła mor­der­czy błysk, spo­tę­go­wany jaki­miś pro­chami - pew­nie wziął zeusa. Dostrze­gła unie­sioną rurę i zdo­łała się w porę uchy­lić, uni­ka­jąc ciosu, który tra­fił w mur. Mocno odbiła się nogami od ziemi i zaata­ko­wała go głową w brzuch. Zachar­czał, zato­czył się i zła­pał za gar­dło - wtedy wymie­rzyła mu w pod­bró­dek potężny cios, który pora­ził bólem ramię napast­nika.

Ludzie krzy­czeli, roz­pacz­li­wie szu­ka­jąc schro­nie­nia w wąskim zaułku, gdzie nikt nie był bez­pieczny. Eve obró­ciła się gwał­tow­nie i wyko­rzy­stała impet, by potrak­to­wać prze­ciw­nika kop­nia­kiem, który wylą­do­wał na jego nosie. Try­snęła krew, dołą­cza­jąc się do cuch­ną­cych wyzie­wów ulicy.

Wzrok miał wście­kły, lecz nawet nie drgnął od cio­sów. Ból został zneu­tra­li­zo­wany przez boga pro­chów. Mimo że po twa­rzy ście­kała mu krew, wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. Ude­rzył rurą w otwartą dłoń.

- Zabiję cię, poli­cyjna suko. - Obszedł ją wokół, ze świ­stem wywi­ja­jąc rurą jak batem. Potworny uśmiech nie zni­kał. - Roz­walę ci łeb i zeżrę mózg.

Wie­działa, że mówił poważ­nie i poziom adre­na­liny gwał­tow­nie jej pod­sko­czył. Ona albo on. Oddech Eve stał się ury­wany, lepki pot spły­wał jej po ple­cach. Uchy­liła się przed następ­nym cio­sem, opa­da­jąc na kolana. Dotknęła cho­lewy buta i też się uśmiech­nęła.

- Lepiej zeżryj to, skur­czy­synu. - W jej dło­niach bły­snęła awa­ryjna broń. Nie zamie­rzała go nawet obez­wład­niać - zresztą dla stu dwu­dzie­stu kilku kilo­gra­mów tego ciel­ska byłoby to pew­nie nie­win­nym łasko­ta­niem. Musiała po pro­stu z nim skoń­czyć.

Ruszył gwał­tow­nie w jej stronę i w tym momen­cie wypa­liła. Naj­pierw zga­sły mu oczy. Widziała to już przed­tem - stały się szklane jak u lalki, choć nie prze­rwał ataku. Usko­czyła, przy­go­to­wu­jąc się do następ­nego strzału, ale rura wysu­nęła mu się z dłoni, a jego ciało roz­po­częło kon­wul­syjny taniec.

Upadł u jej stóp: bez­kształtna masa ludzka, któ­rej się zda­wało, że jest bogiem.

- Nie będziesz już nikomu skła­dał dzie­wic w ofie­rze, skur­wielu - mruk­nęła. Otarła twarz, czu­jąc odpływ ener­gii. Ręka z bro­nią opa­dła.

Usły­szała ciche skrzyp­nię­cie skó­rza­nych butów na beto­nie i natych­miast stała się czujna. Zanim zdą­żyła się odwró­cić, uno­sząc instynk­tow­nie broń, czy­jeś ręce zła­pały ją za ramiona.

- Zawsze pil­nuj tyłów, pani porucz­nik - szep­nął jakiś głos i poczuła, jak czy­jeś zęby lekko sku­bią jej ucho.

- Roarke, niech cię dia­bli. Mało cię nie rąb­nę­łam.

- Ależ skąd, nawet się nie zło­ży­łaś. - Ze śmie­chem obró­cił ją twa­rzą ku sobie i przy­ci­snął usta do jej warg. - Uwiel­biam patrzeć na cie­bie w akcji - dodał cicho, szu­ka­jąc ręką jej piersi. - To takie... pod­nie­ca­jące.

- Daj spo­kój. - Lecz serce zabiło jej gwał­tow­nie i odmowa nie zabrzmiała zbyt prze­ko­nu­jąco. - To nie miej­sce na romanse.

- Wprost prze­ciw­nie. Mamy mie­siąc mio­dowy, a to tra­dy­cyjny czas i miej­sce na romanse. - Odsu­nął ją od sie­bie, trzy­ma­jąc ręce na jej ramio­nach. - Zasta­na­wia­łem się, gdzie mogłaś się podziać. Powi­nie­nem się domy­ślić. - Rzu­cił okiem na leżące ciało. - Co zro­bił?

- Lubił roz­bi­jać głowy mło­dym kobie­tom i zja­dać ich mózgi.

- Och! - Roarke skrzy­wił się i potrzą­snął głową. - Eve, naprawdę nie mogłaś wymy­ślić nic mniej odra­ża­ją­cego?

- Kilka lat temu w Kolo­nii Terra był facet, który paso­wał do opisu i pomy­śla­łam... - urwała, marsz­cząc brwi. Stali na cuch­ną­cej ulicy, u ich stóp leżały zwłoki. Roarke, wspa­niały czarny anioł Roarke, miał na sobie smo­king, w któ­rego klapę wpiął bry­lan­tową spinkę. - Czemu się tak wystro­iłeś?

- Mie­li­śmy pewne plany - przy­po­mniał jej. - Zapo­mnia­łaś o kola­cji?

- Zapo­mnia­łam - przy­znała, cho­wa­jąc broń. - Nie sądzi­łam, że zaj­mie mi to tyle czasu. - Ode­tchnęła głę­boko. - Chyba powin­nam się tro­chę ogar­nąć.

- Podo­basz mi się taka. - Przy­su­nął się jesz­cze bli­żej i oto­czył ją ramio­nami. - Dajmy spo­kój kola­cji. - Uśmiech­nął się do niej kusząco. - Ale lepiej zmie­nić oto­cze­nie na nieco bar­dziej este­tyczne. Koniec pro­gramu - zarzą­dził.

W mgnie­niu oka znik­nęła śmier­dząca ulica ze zbitą masą ciał pod murem. Teraz zna­leźli się w wiel­kim, pustym pokoju, gdzie wbu­do­wano w ściany mru­ga­jący świa­tłami sprzęt. Sufit i pod­łoga przy­po­mi­nały ciemne, szklane lustra, by holo­gra­ficzne sceny dostępne w tym pro­gra­mie mogły być uka­zy­wane lepiej. Była to jedna z naj­now­szych i naj­bar­dziej wymyśl­nych zaba­wek Roarke'a.

- Począ­tek pro­gramu Kra­jo­braz Tro­pi­kalny 4-B. Podwójne ste­ro­wa­nie.

W odpo­wie­dzi usły­szeli szum fal i ujrzeli odbi­ja­jący się w wodzie gwiezdny blask. Pod ich sto­pami poja­wił się biały jak śnieg pia­sek, a palmy koły­sały się niczym egzo­tyczne tan­cerki.

- O wiele lepiej - uznał Roarke i zaczął roz­pi­nać koszulę Eve. - Będzie cudow­nie, gdy cię roz­biorę.

- Od pra­wie trzech tygo­dni roz­bie­rasz mnie, kiedy tylko zamknę oczy.

Uniósł brew.

- Przy­wi­lej męża. Jakieś zastrze­że­nia?

Mąż. Cią­gle nie mogła ochło­nąć ze zdu­mie­nia. Ten męż­czy­zna o rysach poety i irlandz­kich, nie­bie­skich oczach, z grzywą czar­nych wło­sów, które upodob­niały go do wojow­nika, był jej mężem. Ni­gdy się nie przy­zwy­czai do tej myśli.

- Nie, tylko... - na moment zabra­kło jej tchu, bo jego dłoń o dłu­gich pal­cach zna­la­zła się nagle na jej piersi - ...takie spo­strze­że­nie.

- Ech, te gliny. - Z uśmie­chem roz­pi­nał jej dżinsy. - Zawsze takie spo­strze­gaw­cze. Nie jest pani na służ­bie, pani porucz­nik Dal­las.

- Sta­ram się nie zapo­mi­nać o pra­wi­dło­wych odru­chach. Po trzech tygo­dniach bez pracy mogły się stę­pić.

Wsu­nął rękę mię­dzy nagie uda Eve i obser­wo­wał, jak z jękiem wygięła się do tyłu.

- Twoje odru­chy są cał­kiem pra­wi­dłowe - powie­dział cicho i pocią­gnął ją na miękki pia­sek.

Jego żona. Roarke lubił tak o niej myśleć, gdy wiła się pod nim albo leżała obok wyczer­pana. Ta fascy­nu­jąca kobieta, poli­cjantka z krwi i kości, znę­kana dusza, była jego żoną.

Obser­wo­wał ją w ciągu całego pro­gramu - widział uliczkę i odu­rzo­nego nar­ko­ty­kami mor­dercę. Wie­dział też, że w real­nym świe­cie Eve potrafi sta­wić czoło wszyst­kim nie­bez­pie­czeń­stwom z równą deter­mi­na­cją i odwagą, co w świe­cie ilu­zji.

Mimo że prze­żył z tego powodu wiele złych chwil, podzi­wiał ją za to. Za kilka dni mieli wra­cać do Nowego Jorku i Eve znów będzie musiała dzie­lić swój czas mię­dzy niego a pracę. A on nie miał ochoty dzie­lić się nią z niczym. Ani z nikim.

Mroczne zaułki, zaśmie­cone i pełne ludzi, któ­rzy dawno stra­cili nadzieję, nie były mu obce. Wycho­wał się na jed­nej z takich ulic, czę­sto ucie­kał, szu­ka­jąc kry­jówki w jej ciem­nych zaka­mar­kach, aż wresz­cie odszedł stam­tąd. Zmie­nił swoje życie, a potem zja­wiła się Eve, sta­now­cza i ostra jak wystrze­lona z łuku strzała, i także odmie­niła jego los.

Kie­dyś gli­nia­rze byli jego wro­gami, póź­niej go tylko bawili, teraz zaś sam zwią­zał się z poli­cjantką.

Nie­spełna dwa tygo­dnie temu patrzył, jak szła ku niemu w dłu­giej, brą­zo­wej sukni, z bukie­tem kwia­tów w dłoni. Sińce na twa­rzy - ślady po spo­tka­niu ze zło­czyńcą zale­d­wie kilka godzin wcze­śniej - zdo­łała jakoś ukryć pod maki­ja­żem. W jej wiel­kich, mio­do­wych oczach zoba­czył zde­ner­wo­wa­nie, ale i szczyptę roz­ba­wie­nia.

"No i widzisz, Roarke", nie­mal usły­szał, gdy podała mu rękę. "Biorę cię na dobre i złe. Niech Bóg ma nas w swo­jej opiece".

Teraz oboje nosili obrączki. Upie­rał się przy tym, choć ta tra­dy­cja nie była zbyt modna w poło­wie dwu­dzie­stego pierw­szego wieku. Chciał po pro­stu mieć nama­calny dowód ich związku, dla wszyst­kich widoczny sym­bol.

Ujął rękę żony i uca­ło­wał palec tuż nad ozdobną złotą obrączką, którą od niego dostała. Eve nie otwo­rzyła oczu. Przez chwilę przy­glą­dał się ostrym rysom jej twa­rzy, tro­chę za sze­ro­kim ustom i krót­kim wło­som, roz­sy­pa­nym teraz w nie­ła­dzie.

- Kocham cię, Eve.

Na jej policz­kach poja­wił się lekki rumie­niec. Nie­ła­two ją czymś wzru­szyć, pomy­ślał Roarke. Zasta­na­wiał się, czy ona zdaje sobie sprawę z tego, jak wiel­kie ma serce.

- Wiem. - Otwo­rzyła oczy. - Powoli zaczy­nam się przy­zwy­cza­jać do tej myśli.

- To dobrze.

Słu­cha­jąc cichego plu­sku wody na mięk­kim pia­sku i szumu bryzy w liściach palm, Eve wycią­gnęła rękę i odgar­nęła mężowi włosy z czoła. Taki męż­czy­zna jak on, pomy­ślała, bogaty, silny a jed­no­cze­śnie bar­dzo spon­ta­niczny, potrafi w mgnie­niu oka prze­no­sić ją do takiego świata. I teraz zro­bił to dla niej.

- Jestem z tobą szczę­śliwa.

Bły­snął zębami w uśmie­chu. Poczuła przy­jemne ukłu­cie w żołądku.

- Wiem.

Z łatwo­ścią uniósł ją lekko i posa­dził na sobie. Leni­wie prze­su­nął dło­nie wzdłuż jej szczu­płego musku­lar­nego ciała.

- Czyż­byś wresz­cie zamie­rzała się przy­znać, że teraz w końcu cie­szysz się z tego, że siłą zabra­łem cię z pla­nety na koniec mio­do­wego mie­siąca?

Skrzy­wiła się na wspo­mnie­nie popło­chu, w jaki wpa­dła i swego oślego uporu, gdy nie chciała wejść na pokład cze­ka­ją­cego na nich waha­dłowca; przy­po­mniała sobie, jak Roarke wybuch­nął śmie­chem, prze­rzu­cił ją sobie przez ramię i nie zwa­ża­jąc na to, że Eve szar­pała się i prze­kli­nała, wniósł ją spo­koj­nie na pokład.

- Podo­bało mi się w Paryżu - powie­działa, pocią­ga­jąc nosem. - Tydzień na wyspie też był cudowny. Nie rozu­mia­łam, po co mamy jechać do jakiejś nie­do­koń­czo­nej bazy gdzieś w prze­strzeni, skoro i tak więk­szość czasu zamie­rza­li­śmy spę­dzić w łóżku.

- Bar­dzo się bałaś. - Wyda­wał się zachwy­cony fak­tem, że per­spek­tywa podróży poza­ziem­skiej napeł­niła ją takim stra­chem. W związku z tym przez więk­szą część drogi ze wszyst­kich sił sta­rał się zająć czas i uwagę żony.

- Nie­prawda, wcale się nie bałam. - Trzę­słam się jak gala­reta, pomy­ślała. - Byłam tylko zła, że nie raczy­łeś uzgod­nić swo­ich pla­nów ze mną.

- Zdaje się, że przy­po­mi­nam sobie kogoś, kto mi mówił, że powi­nie­nem zawsze wszystko zapla­no­wać. Byłaś piękną panną młodą.

Uśmiech­nęła się z zakło­po­ta­niem.

- To sukienka.

- Nie, to ty byłaś piękna. - Dotknął jej twa­rzy. - Eve Dal­las. Moja Eve.

Wez­brała w niej miłość. Uczu­cie do Roarke'a zawsze przy­cho­dziło do niej nie­ocze­ki­wa­nie, wiel­kimi falami i była wobec niego bez­silna.

- Kocham cię. - Pochy­liła się i zbli­żyła usta do jego ust. - Wygląda na to, że ty też jesteś mój.

*

Do kola­cji zasie­dli już po pół­nocy. Taras na szczy­cie przy­po­mi­na­ją­cego włócz­nię wyso­kiego budynku, ukoń­czo­nego hotelu Grand Olimp, tonął w świe­tle księ­życa. Eve jadła nadzie­wa­nego homara i podzi­wiała roz­po­ście­ra­jący się przed nią widok.

Jeśli Roarke na­dal będzie pil­no­wał tu wszyst­kiego, cen­trum może być gotowe na przy­ję­cie gości już za rok. Teraz jed­nak mieli cały ośro­dek tylko dla sie­bie - nie licząc ekipy budow­la­nej, archi­tek­tów, pilo­tów i innych spe­cja­li­stów, z któ­rymi dzie­lili wielką sta­cję kosmiczną.

Z miej­sca, gdzie stał ich niski szklany sto­lik, mogła doj­rzeć cen­trum bazy. Świa­tła pło­nęły jasnym bla­skiem, aby mogła pra­co­wać nocna zmiana, a cichy szum maszy­ne­rii infor­mo­wał, że praca wre tu całą dobę. Eve wie­działa, że fon­tanny, sztuczne pochod­nie i wie­lo­barwne tęcze two­rzące się wokół try­ska­ją­cych stru­mieni wody są tylko dla niej.

Roarke chciał jej poka­zać, co buduje, a może nawet dać do zro­zu­mie­nia, że jako jego żona jest teraz czę­ścią tego wszyst­kiego.

Żona. Dmuch­nęła w grzywkę, odgar­nia­jąc z czoła włosy i upiła mały łyk schło­dzo­nego szam­pana z kie­liszka, który napeł­nił. Chyba jed­nak upły­nie tro­chę czasu, zanim zro­zu­mie, że ona, porucz­nik Eve Dal­las, detek­tyw z wydziału zabójstw, została żoną kogoś, kto zda­niem wielu miał wię­cej pie­nię­dzy i wła­dzy niż sam Pan Bóg.

- Jakiś pro­blem?

Spoj­rzała na niego i lekko się uśmiech­nęła.

- Nie. - Z uwagą zanu­rzyła kawa­łek homara w roz­to­pio­nym maśle - praw­dzi­wym maśle, bo na stole Roarke'a wszystko musiało być praw­dziwe - i spró­bo­wała. - Zasta­na­wiam się, jak zdo­łam po powro­cie prze­łknąć te tro­ciny, które ser­wują w sto­łówce, wma­wia­jąc nam, że to jedze­nie.

- I tak w pracy jesz przede wszyst­kim bato­niki. - Napeł­nił jej kie­li­szek szam­pa­nem i pyta­jąco uniósł brwi, gdy Eve zmie­rzyła go podejrz­li­wym spoj­rze­niem.

- Pró­bu­jesz mnie upić?

- Oczy­wi­ście.

Roze­śmiała się. Zauwa­żył, że ostat­nio robiła to chęt­niej i czę­ściej niż kie­dyś. Wzru­szyła ramio­nami i wzięła do ręki kie­li­szek.

- A co tam. Zro­bię ci tę przy­jem­ność. Kiedy się upiję - prze­łknęła bez­cenne wino jed­nym hau­stem, jakby to była woda - dam ci taki wycisk, że długo tego nie zapo­mnisz.

Pożą­da­nie, które, jak sądził, już nasy­cił, natych­miast dało o sobie znać.

- W takim razie... - napeł­nił po brzegi swój kie­li­szek - upijmy się razem.

- Podoba mi się tutaj - oświad­czyła. Z kie­lisz­kiem w dłoni wstała od stołu i pode­szła do balu­strady z rzeź­bio­nego kamie­nia. Pew­nie przy­wie­zie­nie go tutaj z kamie­nio­ło­mów kosz­to­wało for­tunę, ale prze­cież był to hotel Roarke'a.

Prze­chy­liła się, patrząc na migo­ta­nie świa­teł i wody, na wieże i kopuły poły­sku­ją­cych budyn­ków, które miały stać się azy­lem dla wytwor­nych, boga­tych ludzi, a także miej­scem ich ele­ganc­kich zabaw.

Kasyno zostało już ukoń­czone i błysz­czało w ciem­no­ści niczym wielka złota kula. Jeden z kil­ku­na­stu base­nów był rzę­si­ście oświe­tlony i woda poły­ski­wała głę­bo­kim, kobal­to­wym błę­ki­tem. Mię­dzy budyn­kami bie­gły zyg­za­kami dłu­gie kory­ta­rze dla pie­szych, przy­po­mi­na­jące srebrne nitki. Teraz są puste, ale Eve wyobra­ziła sobie, jak będą wyglą­dać za pół roku, za rok: zatło­czone ludźmi w dro­gich ubra­niach, błysz­czą­cymi od klej­no­tów. Będą przy­jeż­dżać, by ich roz­piesz­czano w mar­mu­ro­wych wnę­trzach uzdro­wi­ska i kąpano w bło­cie, by kato­wać swe ciała na urzą­dze­niach do ćwi­czeń i korzy­stać z rad doświad­czo­nych kon­sul­tan­tów oraz usług tro­skli­wych andro­idów. Będą tra­cić for­tuny w kasy­nie, popi­jać szla­chetne trunki w klu­bach i kochać się z licen­cjo­no­wa­nymi auto­ma­tami do seksu.

Roarke zaofe­ruje im cały świat, a oni zaczną tu przy­by­wać z ochotą. Wtedy jed­nak nie będzie to już jej świat. Eve lepiej się czuła na mrocz­nych uli­cach, w ciem­nych zaka­mar­kach życia, gdzie prawo ści­gało zbrod­nię. Sądziła, że Roarke to rozu­mie, ponie­waż sam stam­tąd pocho­dził. Poka­zał jej więc ten świat wtedy, gdy nale­żał jesz­cze tylko do nich dwojga.

- Zro­bisz tu coś naprawdę wiel­kiego - stwier­dziła, opie­ra­jąc się o balu­stradę.

- Taki mam plan.

- Nie. - Potrzą­snęła głową, czu­jąc z przy­jem­no­ścią, jak zaczyna w niej szu­mieć szam­pan. - Chcę powie­dzieć, że zro­bisz coś, o czym ludzie będą mówić i marzyć przez całe wieki. Jak na kogoś, kto w mło­do­ści był zło­dzie­jasz­kiem w ciem­nych ulicz­kach Dublina, wcale nie­źle, Roarke.

Jego uśmiech stał się odro­binę chy­try.

- Nie­wiele się zmie­niło, pani porucz­nik. Dalej opróż­niam ludziom kie­sze­nie, tylko teraz robię to już cał­kiem legal­nie. W końcu oże­ni­łem się z gliną, więc musia­łem ogra­ni­czyć pewne sfery dzia­ła­nia.

Zmarsz­czyła brwi.

- Nie chcę nic o nich sły­szeć.

- Kochana Eve. - Wstał z butelką w ręku. - Zawsze taka pra­wo­rządna. I wciąż pełna wyrzu­tów sumie­nia, że bez pamięci zako­chała się w szem­ra­nym typie. - Ponow­nie napeł­nił jej kie­li­szek, po czym odsta­wił butelkę. - I to takim, który jesz­cze kilka mie­sięcy wcze­śniej zna­lazł się na liście podej­rza­nych o mor­der­stwo.

- Nie podoba ci się taka podejrz­li­wość?

- Ow­szem, podoba. - Prze­su­nął pal­cem po jej policzku, gdzie jesz­cze nie­dawno wid­niał siniak. Ślad po ude­rze­niu już znik­nął, lecz Roarke wciąż miał go w pamięci. - Tro­chę też boję się o cie­bie. - Bar­dzo się boję, dodał w myśli.

- Jestem dobrym gli­nia­rzem.

- Wiem. Jedy­nym, któ­rego szcze­rze podzi­wiam. Cóż za iro­nia losu, że poko­cha­łem kobietę oddaną bez reszty spra­wie­dli­wo­ści.

- A ja zwią­za­łam się z czło­wie­kiem, który może sprze­da­wać i kupo­wać pla­nety, gdy mu tylko przyj­dzie ochota.

- Wyszłaś za mnie za mąż! - Zaśmiał się Roarke. Odwró­cił ją i wtu­lił nos w jej szyję. - No, powiedz to. Jeste­śmy mał­żeń­stwem. Wykrztuś to z sie­bie wresz­cie.

- Wiem, czym jeste­śmy. - Roz­luź­niła się z pew­nym tru­dem i oparła o niego ple­cami. - Ale pozwól mi się z tym oswoić. Cie­szę się, że jestem tu z tobą, tak daleko od tam­tego wszyst­kiego.

- W takim razie cie­szysz się też, że wymu­si­łem na tobie te trzy tygo­dnie.

- Wcale nie wymu­si­łeś.

- Ale długo musia­łem nudzić. - Chwy­cił zębami jej ucho. - Stra­szyć. - Jego dło­nie ześli­znęły się na jej piersi. - Bła­gać.

Eve prych­nęła.

- Ni­gdy o nic nie bła­ga­łeś. Może za bar­dzo nudzi­łeś. Nie mia­łam trzech tygo­dni wol­nego od... wła­ści­wie ni­gdy nie mia­łam.

Chciał jej przy­po­mnieć, że każ­dego dnia włą­czała jakiś pro­gram, w któ­rym mogła wal­czyć ze zbrod­nią, lecz ugryzł się w język.

- Może prze­dłu­żymy sobie mio­dowy mie­siąc o tydzień?

- Roarke...

Zachi­cho­tał.

- Chcia­łem cię tylko spraw­dzić. Napij się szam­pana. Nie jesteś dość wsta­wiona, bym mógł prze­pro­wa­dzić plan, który mi cho­dzi po gło­wie.

- Och? - Krew w jej żyłach popły­nęła szyb­ciej. - Co to takiego?

- Lepiej, żeby to była nie­spo­dzianka - odrzekł. - Powiem ci tylko tyle, że będziesz miała co robić przez ostat­nie czter­dzie­ści osiem godzin, jakie nam zostały.

- Czter­dzie­ści osiem godzin? - Ze śmie­chem osu­szyła kie­li­szek. - Kiedy zaczy­namy?

- Kon­kret­nie nie... - urwał i gniew­nie zmarsz­czył brwi, gdyż nagle ode­zwał się sygnał u drzwi. - Mówi­łem tym z obsługi, żeby dali sobie spo­kój ze sprzą­ta­niem. Zostań tu. - Popra­wił jej sukienkę, którą przed chwilą poroz­pi­nał. - Ode­ślę ich jak naj­da­lej stąd.

- Skoro wycho­dzisz, przy­nieś następną butelkę. - Eve wytrzą­snęła ostat­nie kro­ple szam­pana do kie­liszka. Uśmiech­nęła się pro­mien­nie. - Ktoś już całą opróż­nił.

Roz­ba­wiony wszedł do środka i prze­ciął wysłany puszy­stym dywa­nem pokój ze szkla­nym sufi­tem. Tak, na począ­tek ta miękka pod­łoga może być dobra - nad ich gło­wami będą wiro­wać zimne gwiazdy. Wycią­gnął z por­ce­la­no­wego naczy­nia długą lilię, wyobra­ża­jąc sobie, że pokaże Eve, co zdolny facet może zro­bić kobie­cie płat­kami kwiatu.

Z uśmie­chem skie­ro­wał się do holu o pozła­ca­nych ścia­nach i sze­ro­kich, mar­mu­ro­wych scho­dach. Włą­czył ekran wizjera, gotowy wysłać czło­wieka z obsługi do wszyst­kich dia­błów za to, że im prze­szko­dził.

Ze zdzi­wie­niem zoba­czył, że za drzwiami stoi jeden z jego inży­nie­rów.

- Car­ter? Jakieś kło­poty?

Car­ter otarł ręką twarz; był blady i zlany potem.

- Oba­wiam się, że tak, pro­szę pana. Muszę z panem poroz­ma­wiać. Koniecz­nie.

- W porządku, chwi­leczkę. - Roarke wes­tchnął, wyłą­czył wizjer i otwo­rzył drzwi. Car­ter, młody jak na swoje wyso­kie sta­no­wi­sko - miał około dwu­dzie­stu pię­ciu lat - był geniu­szem pro­jek­to­wa­nia i reali­za­cji naj­bar­dziej kar­ko­łom­nych pomy­słów. Jeśli poja­wił się jakiś pro­blem na budo­wie, naj­le­piej będzie od razu temu zara­dzić.

- Cho­dzi o tę plat­formę w salo­nie? - zapy­tał Roarke, sto­jąc w otwar­tych drzwiach. - Myśla­łem, że udało ci się już usu­nąć usterki.

- Nie. To zna­czy, tak, pro­szę pana, udało mi się. Wszystko działa dosko­nale.

Roarke zauwa­żył, że chło­pak się trzę­sie i natych­miast zapo­mniał o zło­ści.

- Zda­rzył się jakiś wypa­dek? - Wziął Car­tera za ramię, wpro­wa­dził do pokoju i posa­dził na krze­śle. - Ktoś jest ranny?

- Nie wiem... wypa­dek? - Tam­ten spoj­rzał przed sie­bie szkla­nym wzro­kiem. - Pani... pani porucz­nik - powie­dział, gdy weszła Eve. Chciał wstać, lecz zaraz opadł bez­wład­nie, ponie­waż popchnęła go lekko z powro­tem na krze­sło.

- Jest w szoku - powie­działa do Roarke'a, bły­ska­wicz­nie zorien­to­waw­szy się w sytu­acji. - Nalej mu brandy. - Kuc­nęła, tak że ich twa­rze zna­la­zły się na tym samym pozio­mie. Jego źre­nice przy­po­mi­nały maleń­kie otworki, jak po ukłu­ciu szpilką. - Car­ter, prawda? Spró­buj się uspo­koić.

- Ja chyba... - jego twarz stała się biała jak kreda - będę...

Zanim zdą­żył dokoń­czyć, Eve szyb­kim ruchem pochy­liła mu głowę i wci­snęła mię­dzy jego kolana.

- Oddy­chaj, po pro­stu głę­boko oddy­chaj. Dawaj tę brandy, Roarke. - Wycią­gnęła rękę i wzięła od męża kie­li­szek.

- Weź się w garść, Car­ter. - Roarke łagod­nie uniósł mu głowę. - Napij się.

- Tak, pro­szę pana.

- Na litość boską, daj spo­kój z tym "pro­szę pana", bo ci coś zro­bię.

Policzki Car­tera poró­żo­wiały - albo pod wpły­wem brandy, albo ze wstydu. Ski­nął głową, napił się i ode­tchnął.

- Prze­pra­szam. Przy­sze­dłem od razu do pana. Nie wie­dzia­łem... nie wie­dzia­łem, co robić. - Zakrył twarz dło­nią gestem prze­ra­żo­nego dziecka z hor­roru. Nabrał w płuca powie­trza i powie­dział szybko: - To Drew, Drew Mathias, ten, który ze mną mieszka. Nie żyje.

Wypu­ścił ze świ­stem powie­trze, po czym znów wyko­nał głę­boki wdech. Upił jesz­cze jeden łyk i zakrztu­sił się.

Oczy Roarke'a zma­to­wiały. Przy­po­mniał sobie Mathiasa: młody, pełen zapału, pie­go­waty rudzie­lec, świetny elek­tro­nik, spe­cja­li­sta od auto­tro­niki.

- Gdzie? Jak to się stało?

- Pomy­śla­łem, że powi­nien pan dowie­dzieć się pierw­szy. - Zie­mi­ste policzki Car­tera pałały teraz ogni­stym rumień­cem. - Od razu przy­sze­dłem powie­dzieć panu... i pań­skiej żonie. Ona jest z poli­cji i mogłaby coś zro­bić.

- Car­ter, uwa­żasz, że to sprawa dla poli­cji? - Eve wyjęła kie­li­szek z jego drżą­cej dłoni. - Dla­czego?

- On chyba... sam się zabił, pani porucz­nik. Wisiał tam, po pro­stu zwi­sał z sufitu w pokoju. A jego twarz... O, Boże!

Car­ter ukrył twarz w dło­niach, a Eve odwró­ciła się do Roarke'a.

- Kto tu odpo­wiada za takie wypadki?

- Mamy stan­dar­dową ochronę, w więk­szo­ści zauto­ma­ty­zo­waną. - Skło­nił przed nią głowę. - Przej­mu­jesz dowo­dze­nie, pani porucz­nik.

- W porządku, spró­buj mi zor­ga­ni­zo­wać kom­plet narzę­dzi. Potrzebny mi będzie rekor­der - audio i wideo, kilka par ochra­nia­czy na ręce i nogi, woreczki na dowody rze­czowe, pęseta, pędzelki...

Syk­nęła, prze­gar­nia­jąc ręką włosy. Prze­cież Roarke nie mógł mieć tu przy­rzą­dów, za pomocą któ­rych zdo­ła­łaby usta­lić tem­pe­ra­turę ciała i okre­ślić czas śmierci. Nie można nawet marzyć o ska­ne­rze i zesta­wie polo­wym, jaki zawsze zabie­rała ze sobą na miej­sce zbrodni.

Cóż, będą musieli jakoś sobie pora­dzić bez tego.

- Jest tu lekarz, prawda? Wystąpi w roli pato­loga. Pójdę się ubrać.

*

Więk­szość tech­ni­ków miesz­kała w wykoń­czo­nych skrzy­dłach hotelu. Car­ter i Mathias naj­wy­raź­niej przy­pa­dli sobie do gustu, ponie­waż w cza­sie swo­jego pobytu i pracy w bazie zaj­mo­wali wspól­nie dwu­po­ko­jowy apar­ta­ment. Kiedy w trójkę zjeż­dżali windą na dzie­siąte pię­tro, Eve wrę­czyła Roarke'owi mały ręczny rekor­der.

- Umiesz to obsłu­gi­wać?

Uniósł kpiąco brew. Takie dro­bia­zgi pro­du­ko­wała jedna z nale­żą­cych do niego firm.

- Chyba sobie pora­dzę.

- Świet­nie. - Posłała mu słaby uśmiech. - Będziesz nale­żał do ekipy śled­czej. Jak tam, Car­ter? Trzy­masz się?

- Tak - odparł młody męż­czy­zna, lecz wyszedł z windy dość chwiej­nym kro­kiem, jak pijany, któ­remu kazano iść pro­sto. Dwa razy musiał wycie­rać o spodnie spo­cone dło­nie, by zadzia­łał czyt­nik linii papi­lar­nych. Kiedy drzwi się roz­su­nęły, cof­nął się na bok.

- Wolał­bym już tam nie wcho­dzić.

- Zostań tu - powie­działa do niego Eve. - Może będę cię potrze­bo­wać.

Weszła do pokoju. Świa­tła paliły się ośle­pia­ją­cym bla­skiem, nasta­wione na mak­si­mum. Z apa­ra­tury w ścia­nie grzmiały jazgo­tliwe dźwięki ostrego rocka. Ochry­pły głos woka­listki przy­wo­dził Eve na myśl jej przy­ja­ciółkę, Mavis. Pod­łoga była wyło­żona płyt­kami w kolo­rze mor­skiej zie­leni i błę­kitu, aby miesz­kańcy mieli złu­dze­nie, że stą­pają po falach.

Wzdłuż pół­noc­nej i połu­dnio­wej ściany cią­gnęły się rzędy kom­pu­te­rów. Sta­no­wi­ska robo­cze, pomy­ślała Eve, pełne elek­tro­nicz­nych pul­pi­tów i prze­róż­nych gadże­tów.

Zoba­czyła stertę ubrań rzu­co­nych byle jak na kanapę. Na małym sto­liku leżały gogle do pro­gra­mów wir­tu­al­nych i trzy puszki azja­tyc­kiego piwa, dwie już zgnie­cione i zwi­nięte, gotowe do wrzu­ce­nia w pasz­czę recy­klera. Poza tym stała tu wielka miska pikant­nych precli.

Wresz­cie ujrzała nagie ciało Drew Mathiasa wiszące na zwią­za­nych prze­ście­ra­dłach. Zaim­pro­wi­zo­wana lina była zacze­piona o ramię żyran­dola z nie­bie­skiego szkła.

- Niech to szlag - powie­działa, wzdy­cha­jąc. - Ile miał lat, Roarke, dwa­dzie­ścia?

- Nie­wiele wię­cej. - Zaci­snął usta i przy­glą­dał się chło­pię­cej twa­rzy Mathiasa. Była pur­pu­rowa; miał wyba­łu­szone oczy, a usta roz­chy­lone w maka­brycz­nym uśmie­chu. Przez jakiś zło­śliwy kaprys śmierci, umarł uśmiech­nięty.

- Dobrze, róbmy co do nas należy. Porucz­nik Eve Dal­las, Depar­ta­ment Sta­nowy Poli­cji Nowego Jorku, obecna na miej­scu przed przy­by­ciem odpo­wied­nich orga­nów. Śmierć w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach. Drew Mathias, Grand Hotel Olimp, pokój tysiąc trzy­dzie­ści sześć, pierw­szy sierp­nia dwa tysiące pięć­dzie­sią­tego ósmego roku, godzina pierw­sza w nocy.

- Chciał­bym go zdjąć - ode­zwał się Roarke. Nie zdzi­wiło go, jak gładko i szybko prze­obra­ziła się z kobiety w poli­cjanta.

- Jesz­cze nie. To i tak bez róż­nicy dla niego, a ja muszę mieć zapis sytu­acji, zanim cokol­wiek zosta­nie ruszone. - Odwró­ciła się w stronę drzwi. - Doty­ka­łeś cze­goś, Car­ter?

- Nie. - Otarł usta grzbie­tem dłoni. - Otwo­rzy­łem drzwi, tak jak przed chwilą, i wsze­dłem. Od razu go zoba­czy­łem, tak jak... teraz go pani widzi. Sta­łem tam może minutę. Wie­dzia­łem, że nie żyje. Widzia­łem jego twarz.

- Może wej­dziesz do sypialni przez dru­gie drzwi. - Wska­zała na lewo. - Poło­żysz się na chwilę. Potem będę musiała z tobą poroz­ma­wiać.

- Dobrze.

- Nie kon­tak­tuj się z nikim - pole­ciła.

- Nie będę się z nikim kon­tak­to­wał.

Znów się odwró­ciła, zamy­ka­jąc drzwi. Spoj­rzała prze­lot­nie na Roarke'a i ich oczy się spo­tkały. Chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu i Eve zro­zu­miała, że mąż odgadł jej myśli - tacy jak ona ni­gdy nie uciekną od śmierci.

- Zaczy­najmy - powie­działa.

Rozdział 2

2

Dok­tor Wang był stary. W więk­szo­ści cen­trów pla­ne­tar­nych nie było ostat­nio eta­tów dla leka­rzy i mógł przejść na eme­ry­turę w wieku dzie­więć­dzie­się­ciu lat, ale podob­nie jak inni w jego fachu, krą­żył od sta­cji do sta­cji, lecząc sińce i zadra­pa­nia, prze­pi­su­jąc leki na cho­robę kosmiczną i kło­poty z gra­wi­ta­cją, cza­sem odbie­ra­jąc jakiś poród oraz prze­pro­wa­dza­jąc bada­nia.

Potra­fił jed­nak roz­po­znać ciało nie­bosz­czyka.

- Nie żyje - mówił szybko, z lekko egzo­tycz­nym akcen­tem. Miał per­ga­mi­nowo żółtą skórę, pomarsz­czoną niczym stara mapa. Jego oczy były czarne, o kształ­cie mig­da­łów, a gładka i poły­sku­jąca głowa upodob­niała go do zabyt­ko­wej, nieco sfa­ty­go­wa­nej kuli bilar­do­wej.

- Tyle już wiem. - Eve potarła czoło. Ni­gdy nie miała do czy­nie­nia z leka­rzami ze sta­cji kosmicz­nych, lecz sporo o nich sły­szała. Nie lubili, gdy im prze­szka­dzano w ruty­no­wych dzia­ła­niach. - Chcę, żeby okre­ślił pan przy­czynę i czas śmierci.

- Udu­sze­nie. - Wang wska­zał dłu­gim pal­cem widoczne ślady na szyi Mathiasa. - Samo­bój­stwo. Śmierć nastą­piła moim zda­niem mię­dzy dwu­dzie­stą drugą a dwu­dzie­stą trze­cią, dziś, bie­żą­cego mie­siąca i roku.

Uśmiech­nęła się krzywo.

- Dzię­kuję, dok­to­rze. Na ciele nie ma żad­nych innych śla­dów prze­mocy, mogę się więc zgo­dzić z pań­ską dia­gnozą. Chcia­ła­bym jed­nak znać wyniki testu na obec­ność leków. Zmarły leczył się na coś u pana?

- Nie potra­fię powie­dzieć, ale nie wygląda zna­jomo. Oczy­wi­ście, mam go w kar­to­tece. Po przy­jeź­dzie musiał u mnie być na ruty­no­wym bada­niu.

- Chcia­ła­bym rzu­cić okiem na dia­gnozę.

- Jak pani sobie życzy, pani Roarke.

Eve zmru­żyła oczy.

- Dal­las, porucz­nik Dal­las. Pro­szę się z tym pospie­szyć, dok­to­rze Wang. - Ponow­nie spoj­rzała na ciało. Drobny chło­pak, pomy­ślała, chudy i blady. Mar­twy.

Zaci­snęła usta i przyj­rzała się badaw­czo jego rysom. Zda­wała sobie sprawę z tego, jak dzi­waczny wyraz może nadać ludz­kiej twa­rzy śmierć, zwłasz­cza śmierć gwał­towna, lecz ni­gdy jesz­cze nie spo­tkała się z podob­nie maka­brycz­nym uśmie­chem. Wzdry­gnęła się.

Nie­po­trzebny i żało­sny koniec tak mło­dego życia prze­peł­nił ją głę­bo­kim smut­kiem.

- Pro­szę zabrać go ze sobą, Wang. I przy­go­to­wać infor­ma­cje. Doku­men­ta­cję Mathiasa może pan prze­słać do wide­okomu w moim pokoju. Muszę usta­lić, kto jest jego naj­bliż­szym krew­nym.

- Natu­ral­nie. - Lekarz uśmiech­nął się. - Pani porucz­nik Roarke.

Odwza­jem­niła uśmiech, uzna­jąc, że nie ma ochoty bawić się dłu­żej w pre­cy­zo­wa­nie nazwi­ska. Poło­żyła ręce na bio­drach, gdy Wang instru­ował swo­ich dwóch asy­sten­tów, jak wynieść ciało.

- Wydaje ci się, że to zabawne? - mruk­nęła do Roarke'a.

Zamru­gał powie­kami, robiąc nie­winną, zdu­mioną minę.

- Co takiego?

- Porucz­nik Roarke.

- Czemu nie? Obojgu nam potrzeba jakie­goś odprę­że­nia. - Dotknął jej twa­rzy.

- Tak, weso­łek z tego two­jego Wanga. - Przy­glą­dała się dok­to­rowi, który szedł do drzwi, przed spo­czy­wa­ją­cym na wózku cia­łem Mathiasa. - Wku­rzyło mnie to. Cho­ler­nie wku­rzyło.

- To wcale nie takie złe nazwi­sko.

- Nie. - Pra­wie się roze­śmiała, ocie­ra­jąc ręką twarz. - Nie to. Mówię o chło­paku. Dzie­ciak ot tak sobie pozba­wia się ze stu lat życia. To mnie wku­rza.

- Wiem. - Objął ją. - Jesteś pewna, że to samo­bój­stwo?

- Nie zna­la­złam żad­nych śla­dów walki. Żad­nych innych zna­ków na ciele. - Wzru­szyła ramio­nami. - Prze­słu­cham Car­tera i poroz­ma­wiam z innymi, ale moim zda­niem wszystko odbyło się tak, że Drew Mathias wró­cił do sie­bie, zapa­lił świa­tła i włą­czył muzykę. Wypił kilka piw, może odbył małą wycieczkę w cyber­prze­strzeni, zjadł parę precli. Potem poszedł do sypialni, ścią­gnął z łóżka prze­ście­ra­dła, zwią­zał je razem w sznur i zro­bił bar­dzo fachowy stry­czek.

Odwró­ciła się w stronę pokoju, wyobra­ża­jąc sobie scenę, jaka mogła się tu roze­grać.

- Zdjął ubra­nie, rzu­cił je na kanapę. Wszedł na stół - są tu ślady jego stóp. Przy­wią­zał sznur do lampy, być może szarp­nął ze dwa razy, żeby się upew­nić, że wytrzyma. Póź­niej wło­żył głowę w pętlę, pilo­tem nasta­wił świa­tło na pełną moc i zaci­snął pętlę na szyi.

Wzięła do ręki pilota, który spo­czy­wał już w woreczku jako dowód rze­czowy.

- Wcale nie musiało się to odbyć szybko. Nie spie­szył się i śmierć nie nastą­piła od razu, ale nie sza­mo­tał się, nie zmie­nił decy­zji. Gdyby tak było, miałby ślady paznokci na szyi i gar­dle.

Roarke zmarsz­czył brwi.

- Prze­cież zro­biłby tak instynk­tow­nie, bez­wied­nie, nie sądzisz?

- Nie wiem. To zależy od tego, jak bar­dzo chciał umrzeć. I dla­czego. Może był pod wpły­wem nar­ko­ty­ków, nie­długo się dowiemy. Jakaś mie­szanka środ­ków odu­rza­ją­cych mogła spra­wić, że w ogóle nie czuł bólu, a nawet mogło mu się to podo­bać.

- Przy­znaję, że pew­nie krążą tu jakieś nie­le­galne spe­cy­fiki. Nie spo­sób prze­cież kon­tro­lo­wać zwy­cza­jów i upodo­bań całej ekipy. - Roarke wzru­szył ramio­nami, spo­glą­da­jąc na ogromny żyran­dol. - Ale Mathias nie spra­wiał wra­że­nia, że nało­gowo lub nawet od czasu do czasu może ule­gać takim poku­som.

- Ludzie dostar­czają nam wciąż nowych nie­spo­dzia­nek. Zdzi­wił­byś się, co sobie pakują do żył. - Eve w odpo­wie­dzi także wzru­szyła ramio­nami. - Moim zda­niem jest tutaj tyle samo nar­ko­ty­ków co w każ­dym innym miej­scu. Zoba­czę, co uda mi się wycią­gnąć od Car­tera. - Odgar­nęła z czoła włosy. - Może wró­cisz na górę i tro­chę się prze­śpisz?

- Nie, zostanę z tobą - powie­dział i zanim zdą­żyła zaopo­no­wać, dodał: - Jestem prze­cież człon­kiem ekipy śled­czej.

Uśmiech­nęła się z przy­mu­sem.

- Każdy przy­zwo­ity asy­stent już dawno by się zorien­to­wał, że chęt­nie napi­ła­bym się kawy.

- W takim razie zaraz będziesz ją miała. - Ujął w dło­nie twarz żony. - Chcia­łem, żebyś na chwilę prze­stała o tym myśleć. - Puścił ją i ruszył do przy­le­ga­ją­cej do pokoju kuchni.

Eve zaj­rzała do sypialni. W przy­tłu­mio­nym świe­tle, na brzegu łóżka sie­dział Car­ter z twa­rzą ukrytą w dło­niach. Kiedy usły­szał, jak wcho­dzi Eve, natych­miast się wypro­sto­wał.

- Spo­koj­nie, Car­ter, jesz­cze cię nie aresz­to­wa­łam. - Chło­pak zbladł, gdy przy nim usia­dła. - Prze­pra­szam, poli­cjanci mają spe­cy­ficzne poczu­cie humoru. Będę nagry­wać naszą roz­mowę, dobrze?

- Tak. - Prze­łknął ślinę. - W porządku.

- Porucz­nik Eve Dal­las, prze­słu­cha­nie Car­tera... Jak ci na imię?

- Jack, Jack Car­ter.

- Prze­słu­cha­nie Jacka Car­tera w spra­wie samo­bój­czej śmierci Drew Mathiasa. Car­ter, miesz­ka­łeś w apar­ta­men­cie tysiąc trzy­dzie­ści sześć razem ze zmar­łym.

- Tak, przez ostat­nie pięć mie­sięcy. Byli­śmy przy­ja­ciółmi.

- Opo­wiedz mi o wczo­raj­szym wie­czo­rze. O któ­rej wró­ci­łeś do hotelu?

- Nie wiem. Chyba o wpół do pierw­szej. Mia­łem randkę. Spo­tka­łem się z Lisą Car­de­aux, pro­jek­tantką kra­jo­bra­zów. Chcie­li­śmy spraw­dzić kom­pleks roz­ryw­kowy. Wła­śnie poka­zy­wali nowe wideo. Potem poszli­śmy do klubu Atena. Jest czynny dla człon­ków ekipy. Wypi­li­śmy parę drin­ków, słu­cha­li­śmy muzyki. Lisa musiała wcze­śnie wstać, więc nie sie­dzie­li­śmy tam długo. Odpro­wa­dzi­łem ją do domu. - Uśmiech­nął się słabo. - Pró­bo­wa­łem u niej zostać, ale się nie zgo­dziła.

- W porządku, nie udało ci się z Lisą. Potem wró­ci­łeś od razu do apar­ta­mentu?

- Tak. Ona mieszka w bun­ga­lo­wie dla inży­nie­rów. Podoba jej się tam. Mówi, że nie chce zamy­kać się w pokoju hote­lo­wym. To tylko kilka minut stąd. Wró­ci­łem tutaj. - Nabrał w płuca powie­trza i przy­ło­żył dłoń do serca, jakby chciał je uspo­koić. - Drew zamknął drzwi. Miał bzika na tym punk­cie. Nie­któ­rzy zosta­wiali drzwi otwarte, ale Drew bał się o swój sprzęt i nie chciał, żeby kto­kol­wiek go doty­kał.

- Czyt­nik linii papi­lar­nych był zapro­gra­mo­wany tylko na was dwóch?

- Tak.

- Dobrze. Co było potem?

- Zoba­czy­łem Drew. I posze­dłem od razu do pani.

- Rozu­miem. Kiedy ostatni raz widzia­łeś go przy życiu?

- Dzi­siaj rano. - Car­ter potarł oczy, pró­bu­jąc przy­wo­łać tam­ten obraz - świa­tła, nor­mal­nej roz­mowy, jedze­nia. - Jedli­śmy razem śnia­da­nie.

- I jak wyglą­dał? Na przy­bi­tego, zde­ner­wo­wa­nego?

- Nie. - Oczy mło­dego męż­czy­zny oży­wiły się po raz pierw­szy tego wie­czoru. - Tego wła­śnie nie potra­fię zro­zu­mieć. Zacho­wy­wał się cał­kiem nor­mal­nie. Żar­to­wał i pod­śmie­wał się ze mnie, że jesz­cze nie zali­czy­łem Lisy. Prze­ko­ma­rza­li­śmy się, jak zwy­kle. Odpo­wie­dzia­łem, że sam dawno nie zali­czył nikogo i że powi­nien pode­rwać jakąś panienkę albo iść ze mną, żeby zoba­czyć, jak to się robi.

- Spo­ty­kał się z kimś?

- Nie. Cią­gle mówił o swo­jej dziew­czy­nie. Nie było jej w bazie. Chciał ją odwie­dzić, gdy będzie miał wolne. Mówił, że jest inte­li­gentna, ładna i sek­sowna. Po co się miał zada­wać z jaki­miś przy­pad­ko­wymi panien­kami, kiedy miał ideał?

- Nie wiesz, jak się nazy­wała?

- Nie, mówił o niej "moja dziew­czyna". Szcze­rze mówiąc, sądzi­łem, że ją sobie wymy­ślił. Drew nie był kimś, kto by się zada­wał z dziew­czynami. Był nie­śmiały, stale sie­dział w tej swo­jej auto­tro­nice i grach fan­tasy. Cią­gle nad czymś pra­co­wał.

- Miał innych przy­ja­ciół?

- Nie­wielu. Raczej trzy­mał się z dala od ludzi.

- Uży­wał jakichś środ­ków che­micz­nych?

- Kiedy zamie­rzał sie­dzieć całą noc, brał środki pobu­dza­jące

- Ale czy uży­wał nar­ko­ty­ków?

- Drew? - Jego oczy zro­biły się okrą­głe ze zdzi­wie­nia. - Nie­moż­liwe. Abso­lut­nie nie­moż­liwe. Był czy­sty jak łza. Nie uży­wał żad­nych nar­ko­ty­ków, pani porucz­nik. Miał nie­zwy­kły umysł i chciał go zacho­wać w dobrym sta­nie. Chciał utrzy­mać tę pracę, awan­so­wać. Może pani zapo­mnieć o tym gów­nie, oszczę­dzi sobie pani czasu.

- Jesteś pewien, że zauwa­żył­byś, gdyby z czymś eks­pe­ry­men­to­wał?

- Po pię­ciu mie­sią­cach można poznać czło­wieka. - Oczy Car­tera posmut­niały. - Tak łatwo się przy­zwy­czaić do czy­ichś nawy­ków i w ogóle. Jak mówię, raczej nie widy­wał się z innymi ludźmi. Szczę­śliw­szy był sam, kiedy się bawił swoim sprzę­tem i tkwił po uszy w pro­gra­mach inte­rak­tyw­nych.

- A więc intro­wer­tyczny samot­nik.

- Tak, można tak powie­dzieć. Ale wcale nie był smutny ani przy­gnę­biony. Mówił, że pra­cuje nad czymś dużym, nad jakąś nową zabawką, jak to nazy­wał - cią­gnął cicho Car­ter. - W zeszłym tygo­dniu powie­dział, że tym razem zbije na tym for­tunę i będzie się mógł rów­nać z Roar­kiem.

- Z Roar­kiem?

- Nie miał na myśli nic złego - odrzekł szybko Car­ter, pró­bu­jąc bro­nić zmar­łego. - Musi pani wie­dzieć, że Roarke dla wielu z nas jest grubą rybą, przy­kła­dem czło­wieka suk­cesu. Gościem, który zdo­był wszystko. Opływa w pie­nią­dze, nosi dro­gie ubra­nia, ma piękne domy, wła­dzę i sek­sowną żonę... - urwał i zaru­mie­nił się. - Prze­pra­szam.

- Nie ma za co. - Zde­cy­do­wała, że póź­niej się zasta­nowi, czy bar­dziej ją bawi czy dziwi fakt, że dwu­dzie­sto­letni chło­pak uważa ją za sek­sowną.

- Po pro­stu wielu z nas, z ekipy tech­nicz­nej - w ogóle wielu tutaj - ma duże aspi­ra­cje. Roarke jest dla nich wzo­rem do naśla­do­wa­nia. Drew też go podzi­wiał. Był ambitny, pani Ro... pani porucz­nik. Snuł plany, miał jakieś cele. Dla­czego to zro­bił? - Nagle oczy mu zwil­got­niały. - Dla­czego?

- Nie wiem, Car­ter. Cza­sem tak jest, że nikt nie wie.

Zadała mu jesz­cze kilka pytań doty­czą­cych ich zna­jo­mo­ści, aż w końcu uzy­skała w miarę skry­sta­li­zo­wany por­tret Drew Mathiasa. Godzinę póź­niej nie pozo­stało jej nic innego, jak tylko zło­żyć z tych kawał­ków sen­sowny raport dla kogoś, kto się tym będzie zaj­mo­wał i zamknie sprawę.

Oparła się o lustrzaną ścianę windy, gdy razem z Roar­kiem wra­cali do sie­bie na górę.

- To był dobry pomysł, żeby prze­nieść Car­tera na noc do innego pokoju na inne pię­tro. Może będzie lepiej spał.

- Będzie lepiej spał, jeżeli weź­mie jakieś proszki nasenne. A co z tobą? Nie będziesz miała kło­po­tów ze snem?

- Nie. Wszystko byłoby prost­sze, gdy­bym zna­la­zła choć drobną wska­zówkę, co go mogło tak zgnę­bić i popchnąć do samo­bój­stwa. - Wyszła na kory­tarz, cze­ka­jąc, aż Roarke wyłą­czy sys­tem zabez­pie­czeń i otwo­rzy drzwi. - Z mojej roz­mowy z Car­te­rem wyło­nił się obraz prze­cięt­nego fachowca, pra­co­ho­lika o wiel­kich aspi­ra­cjach. Nie­śmia­łego wobec kobiet i ucie­ka­ją­cego w świat fan­ta­zji. Zado­wo­lo­nego z tego, co robi. - Wzru­szyła ramio­nami. - Nie było zare­je­stro­wa­nych połą­czeń, żad­nych wysła­nych ani ode­bra­nych wia­do­mo­ści w poczcie elek­tro­nicz­nej, zabez­pie­cze­nie wej­ścia włą­czył o szes­na­stej Mathias, a wyłą­czył Car­ter trzy­dzie­ści trzy minuty po pół­nocy. Nie miał żad­nych gości, ni­gdzie nie wycho­dził. Po pro­stu został na cały wie­czór w domu i się powie­sił.

- A więc to nie zabój­stwo.

- Nie, to nie zabój­stwo. - Zasta­na­wiała się, czy to lepiej, czy gorzej. - Nie ma kogo winić ani karać. Chło­pak nie żyje, to wszystko. - Odwró­ciła się gwał­tow­nie i zarzu­ciła mu ręce na szyję. - Roarke, zmie­ni­łeś moje życie.

Zdu­miony, uniósł twarz Eve. Nie, oczy miała suche, lecz pałały zło­ścią.

- O co cho­dzi?

- Zmie­ni­łeś moje życie - powtó­rzyła. - A w każ­dym razie jego część. Sporą część. Chcę, żebyś o tym wie­dział i pamię­tał, kiedy wró­cimy i zaczniemy żyć naszymi codzien­nymi spra­wami. To na wypa­dek, gdy­bym zapo­mniała ci powie­dzieć, jak wiele dla mnie zna­czysz.

Wzru­szony, musnął ustami brew Eve.

- Nie pozwolę ci o tym zapo­mnieć. Chodź do łóżka, jesteś zmę­czona.

- To prawda. - Odgar­nęła z czoła włosy i ruszyła w stronę sypialni. Zostało im mniej niż czter­dzie­ści osiem godzin, przy­po­mniała sobie. Nie można pozwo­lić, by tamta nie­po­trzebna śmierć zepsuła im ostat­nie godziny mie­siąca mio­do­wego. - Prze­krzy­wiła głowę i zatrze­po­tała rzę­sami. - Wiesz, Car­ter uważa, że jestem sek­sowna.

Roarke zatrzy­mał się i spoj­rzał na nią podejrz­li­wie.

- Słu­cham?

Och, uwiel­biała, kiedy w jego śpiew­nym, irlandz­kim gło­sie poja­wiała się ostrzej­sza nuta.

- Poza tym jesteś grubą rybą - cią­gnęła, przy­glą­da­jąc się mężowi spod oka i roz­pi­na­jąc koszulę.

- Doprawdy? Ja?

- Bar­dzo grubą rybą, albo, jak by powie­działa Mavis, mega­go­ściem. A gdy­byś się zasta­na­wiał dla­czego, jedną z przy­czyn jest to, że masz sek­sowną żonę.

Roze­brana do pasa, usia­dła na brzegu łóżka i zsu­nęła buty. Kiedy na niego popa­trzyła, stał z rękami w kie­sze­niach i szcze­rzył zęby w uśmie­chu. Ona też się uśmiech­nęła i zauwa­żyła, że od razu poczuła się lepiej.

- Co więc zamie­rzasz zro­bić ze swoją sek­sowną żoną, mega­go­ściu? - spy­tała, odrzu­ca­jąc w tył głowę i uno­sząc brwi.

Roarke obli­zał wargi i postą­pił krok naprzód.

- Może ci po pro­stu udo­wod­nię, jaki ze mnie mega­fa­cet?

*

Mając w per­spek­ty­wie powrót, sądziła, że tym razem lepiej znie­sie podróż z szyb­ko­ścią wystrze­lo­nej w prze­strzeń piłeczki. Myliła się.

Prze­ko­ny­wała Roarke'a, uży­wa­jąc bar­dzo logicz­nych jej zda­niem argu­men­tów, że nie wsią­dzie do jego pry­wat­nego statku.

- Nie chcę się zabić.

Roze­śmiał się tylko, co okrop­nie roz­zło­ściło Eve, po czym wziął ją na ręce i po pro­stu wniósł na pokład.

- Nie zamie­rzam tu zostać. - Serce zabiło jej z nie­po­koju, kiedy wszedł do luk­su­sowo urzą­dzo­nej kabiny. - Mówię poważ­nie. Będziesz mnie musiał obez­wład­nić, żebym nie ucie­kła z tej lata­ją­cej pułapki.

- Mhm. - Usiadł na sze­ro­kim, pła­skim fotelu z gład­kiej, ciem­nej skóry, wziął ją na kolana i szyb­kim ruchem przy­piął pasami, przy­trzy­mu­jąc mocno za ręce, żeby się nie wyrwała.

- Hej, prze­stań. - W panice zaczęła się sza­mo­tać i rzu­cać. - Puść mnie w tej chwili, sły­szysz?

Czu­jąc zgrabny tyłe­czek Eve wier­cący się na jego kola­nach, wie­dział już, jak spę­dzą pierw­sze godziny podróży.

- Star­tuj, gdy tylko dosta­niesz pozwo­le­nie - roz­ka­zał pilo­towi. Uśmiech­nął się do ste­war­desy. - Niczego na razie nie będziemy potrze­bo­wać - oznaj­mił i gdy dys­kret­nie opu­ściła kabinę, zamknął drzwi.

- Zro­bię ci coś złego - zagro­ziła Eve. Kiedy usły­szała pomruk włą­czo­nych sil­ni­ków i poczuła pod sto­pami lekką wibra­cję, zapo­wia­da­jącą rychły start, przez chwilę pomy­ślała o prze­gry­zie­niu trzy­ma­ją­cych ją pasów. - Nie ma mowy, ni­gdzie nie lecę - oświad­czyła sta­now­czo. - Powiedz mu, żeby wyłą­czył sil­niki.

- Za późno. - Objął ją i wtu­lił nos w jej szyję. - Roz­luź­nij się. Zaufaj mi. Jesteś tu bez­piecz­niej­sza niż w samo­cho­dzie w środku mia­sta.

- Gówno prawda. O, Boże! - Zaci­snęła powieki, gdy sil­nik wydał z sie­bie gło­śny ryk. Miała wra­że­nie, że waha­dło­wiec rusza pio­nowo w górę, wtła­cza­jąc jej żołą­dek w trze­wia. Przy­spie­sze­nie ude­rzyło ją w plecy i przy­kle­iło do Roarke'a.

Dopóki tor lotu się nie wyrów­nał, nie śmiała ode­tchnąć. Po chwili zorien­to­wała się, że wstrzy­my­wa­nie odde­chu jest powo­dem sil­nego uci­sku, jaki czuje w pier­siach, toteż z ulgą wypu­ściła powie­trze, po czym nabrała nowy haust, jak nurek wynu­rza­jący się z głę­biny na powierzch­nię.

Na­dal żyła, a to już było coś. Teraz mogła się zemścić. Nagle zauwa­żyła, że ma nie tylko roz­pięty pas, ale i koszulę, a na pier­siach poczuła ręce Roarke'a.

- Jeśli sądzisz, że po tym wszyst­kim możemy się kochać...

W odpo­wie­dzi obró­cił ją twa­rzą do sie­bie. W jego oczach zauwa­żyła błysk roz­ba­wie­nia i pożą­da­nia, a po chwili jego wargi zamknęły się wokół jej piersi.

- Ty dra­niu. - Ale zaraz się roze­śmiała, czu­jąc, jak prze­szywa ją roz­koszny dresz­czyk. Przy­trzy­mała głowę Roarke'a.

Ni­gdy nie była obo­jętna na to, co jej robił, co robił dla niej. Zawsze ogar­niała ją fala pod­nie­ce­nia, nad­cho­dząca wolno, lecz nie­ubła­ga­nie, od któ­rej drżała z nie­cier­pli­wo­ści. Przy­lgnęła do niego i zapo­mniała o wszyst­kim - ist­niały tylko jego wargi, zęby i język.

To ona pocią­gnęła go na gruby, miękki dywan i przy­cią­gnęła jego usta do swo­ich.

- Chcę - szep­nęła, szar­piąc go za koszulę, pra­gnąc poczuć dotyk twar­dego, musku­lar­nego ciała. - Chcę cię poczuć w sobie.

- Mamy mnó­stwo czasu. - Znów pochy­lił się nad jej pier­siami, drob­nymi i twar­dymi, które zdą­żyły się już ogrzać od jego dłoni. - Chcę poczuć twój smak.

Zaczął jej kosz­to­wać, pró­bu­jąc całej palety sub­tel­nych sma­ków: od ust, przez szyję, ramiona, do piersi. Robił to deli­kat­nie i czule, z fine­zją kone­sera i w sku­pie­niu, kon­cen­tru­jąc się na przy­jem­no­ści, którą dawał i brał.

Poczuł, jak pod jego ustami i dłońmi ciało Eve zaczyna drżeć.

Jej skóra zwil­got­niała, gdy zawę­dro­wał ustami do jej brzu­cha i pomógł jej zsu­nąć dżinsy. Lekko skub­nął zębami wewnętrzną stronę jej uda, draż­niąc ją języ­kiem, aż z ust Eve wydo­był się jęk. Wygięła bio­dra w łuk, a on uniósł ją lekko i otwo­rzył. Gdy jego język leni­wie wśli­znął się w jej gorące wnę­trze, poczuła prze­ni­ka­jącą ją falę pierw­szego orga­zmu.

- Jesz­cze. - Ruchy Roarke'a stały się bar­dziej gwał­towne. Przy nim Eve umiała się wyzbyć wszel­kich zaha­mo­wań, zrzu­cić wszyst­kie maski. Zatra­cała się w tym, co robili.

Wstrzą­snął nią dreszcz i jej ręce opa­dły bez­wład­nie na dywan. Roarke prze­su­nął się wyżej i łagod­nie w nią wszedł. Posiadł ją.

Otwo­rzyła oczy i napo­tkała jego spoj­rze­nie. Wzrok miał sku­piony, opa­no­wany. Chciała zbu­rzyć ten jego spo­kój, tak jak on wstrzą­snął nią.

- Jesz­cze - bła­gała, opla­ta­jąc go w pasie nogami, by poczuć go głę­biej. W jego oczach ujrzała ciemny błysk, błysk namięt­no­ści, która żyła w nim przy­cza­jona. Eve przy­cią­gnęła do sie­bie jego głowę i musnęła zębami pięk­nie wykro­jone wargi. Zaczęła się pod nim poru­szać.

Wplótł palce w jej włosy, oddy­cha­jąc coraz szyb­ciej i wbi­ja­jąc się w nią coraz moc­niej, do końca, w peł­nym zapa­mię­ta­nia ryt­mie. Wyda­wało mu się, że za chwilę jego serce wybuch­nie. Eve nie pozo­sta­wała mu dłużna, odda­jąc cios za cios, pchnię­cie za pchnię­cie, dra­piąc mu paznok­ciami plecy, ramiona, bio­dra. Sto­pili się razem w słod­kim, prze­szy­wa­ją­cym bólu.

Poczuł, że Eve ma drugi orgazm - jej mię­śnie zaci­snęły się jak żela­zne klesz­cze. Jesz­cze raz, zdo­łał tylko pomy­śleć. Jesz­cze i jesz­cze raz, bez wytchnie­nia nacie­rał na nią, wchła­nia­jąc w sie­bie jej jęki i zdy­szane skargi, słu­cha­jąc z dresz­czem dźwięku, jaki przy każ­dym zetknię­ciu wyda­wały ich wil­gotne ciała.

Ciało Eve znów naprę­żyło się kon­wul­syj­nie. Roarke wtu­lił twarz w jej włosy, wbił się w nią ostatni raz i skoń­czył.

Opadł na nią. W gło­wie miał mętlik, w skro­niach mu huczało. Eve leżała pod nim wyczer­pana i czuł tylko osza­lałe bicie jej serca.

- Nie możemy tak dalej - zdo­łała powie­dzieć po dłu­giej chwili. - Kie­dyś się poza­bi­jamy.

Roarke zła­pał oddech i cicho się zaśmiał.

- I tak kie­dyś umrzemy. Wiesz, chcia­łem, żeby było bar­dziej roman­tycz­nie - jakieś wino i dys­kretna muzyka lepiej by zakoń­czyły mie­siąc mio­dowy. - Uniósł głowę i uśmiech­nął się do Eve. - Ale to też było nie­złe.

- Co wcale nie zna­czy, że już nie jestem na cie­bie wku­rzona.

- Oczy­wi­ście. Kiedy jesteś na mnie wku­rzona, zawsze kocha­nie wycho­dzi nam naj­le­piej. - Zła­pał ją zębami za pod­bró­dek, prze­su­nął języ­kiem po drob­nym dołeczku. - Uwiel­biam cię, Eve.

Cze­ka­jąc, aż przyj­mie do wia­do­mo­ści jego słowa, co zwy­kle zabie­rało tro­chę czasu, zsu­nął się z niej, wstał i nagi pod­szedł do sto­ją­cej mię­dzy krze­słami oszklo­nej szafki. Poło­żył na niej dłoń i drzwiczki się otwo­rzyły.

- Mam coś dla cie­bie.

Spoj­rzała podejrz­li­wie na aksa­mitne pude­łeczko.

- Nie musisz mi dawać pre­zen­tów. Wiesz, że na to nie cze­kam.

- Wiem. Czu­jesz się skrę­po­wana i zakło­po­tana. - Uśmiech­nął się. - Może wła­śnie dla­tego to robię. - Usiadł obok niej na dywa­nie i podał Eve pudełko. - Otwórz.

Pomy­ślała, że to pew­nie jakaś biżu­te­ria. Cza­sem odno­siła wra­że­nie, że Roarke czer­pie jakieś pro­fity z obsy­py­wa­nia ją klej­no­tami: bry­lan­tami, szma­rag­dami i zło­tem, które wpra­wiały ją w osłu­pie­nie i zaże­no­wa­nie. Kiedy jed­nak otwo­rzyła pude­łeczko, zoba­czyła zwy­kły biały kwiat.

- Kwiat?

- Z two­jego ślub­nego bukietu. Kaza­łem go spre­pa­ro­wać.

- To petu­nia. - Wyjęła kwiat z pudełka i poczuła, że ze wzru­sze­nia wil­got­nieją jej oczy. Naj­zwy­klej­szy kwia­tek, który rósł w pra­wie każ­dym ogro­dzie. Miał mięk­kie i wil­gotne świeże płatki.

- Jedno z moich przed­się­biorstw pra­cuje nad nowym pro­ce­sem zabez­pie­cze­nia roślin. Zacho­wują się bez zmian struk­tury wewnętrz­nej. Chcia­łem, żebyś go miała. - Objął dłońmi jej ręce. - Żeby­śmy oboje go mieli i pamię­tali, że pewne rze­czy mogą prze­trwać.

Unio­sła oczy. Oboje doświad­czyli kie­dyś biedy, pomy­ślała, i udało im się ją prze­trzy­mać. Prze­ży­wali tra­giczne chwile, mieli do czy­nie­nia z prze­mocą i ją także zdo­łali poko­nać. Szli tak róż­nymi dro­gami, by wresz­cie się spo­tkać i dalej podą­żać razem.

Pewne rze­czy, pomy­ślała. Tak, pewne zwy­kłe rze­czy mogą prze­trwać. Takie jak miłość.

Rozdział 3

3

Trzy tygo­dnie nie zmie­niły niczego w cen­trali poli­cji. Kawa w auto­ma­cie wciąż wyda­wała się tru­ci­zną, pano­wał tu na­dal okropny zgiełk, a widok z jej małego okna był tak samo ponury.

Eve wcho­dziła do sie­bie z biją­cym z emo­cji ser­cem.

Cze­kała na nią wia­do­mość od kole­gów z wydziału. Mru­gała na jej moni­to­rze, Eve domy­śliła się więc, że to stary Feeney, spec od elek­tro­niki, zła­mał jej kod.

Witamy z powro­tem zako­chaną panią porucz­nik. Bara-bara.

Bara-bara? Par­sk­nęła krót­kim śmie­chem. Humor być może tro­chę sztu­backi, ale od razu poczuła się jak w domu.

Rzu­ciła okiem na bała­gan na biurku. Nie miała czasu posprzą­tać mię­dzy nie­ocze­ki­wa­nym zamknię­ciem ostat­niej sprawy, swoim wie­czo­rem panień­skim i wese­lem. Na szczy­cie sta­rych papie­rów zauwa­żyła jed­nak sta­ran­nie opa­ko­wany i opi­sany dysk.

Doszła do wnio­sku, że to robota Peabody. Wło­żyła dysk do sto­ją­cego na biurku kom­pu­tera i z prze­kleń­stwem na ustach wal­nęła urzą­dze­nie, które dostało napadu czkawki. Po chwili zoba­czyła, że nie­za­wodna funk­cjo­na­riuszka Peabody napi­sała raport z aresz­to­wa­nia i zdą­żyła go zalo­go­wać.

Eve pomy­ślała, że tej dziew­czy­nie pew­nie nie było teraz łatwo. Zwłasz­cza że spała z oskar­żo­nym.

Rzu­ciła okiem na stertę zale­głej pracy i skrzy­wiła się. Kilka następ­nych dni miała zapcha­nych roz­pra­wami w sądzie. Sztuczki, jakich musiała doko­ny­wać w swoim pla­nie zajęć, by mogli wyje­chać z Roar­kiem na całe trzy tygo­dnie, miały swoją cenę. Teraz przy­szedł czas zapłaty.

Przy­po­mniała sobie, że on też musiał doko­ny­wać cudów w swoim roz­kła­dzie zajęć. Ale wró­cili już do rze­czy­wi­sto­ści i do pracy. Jed­nak zamiast przej­rzeć zale­głe sprawy, w któ­rych wkrótce będzie musiała zezna­wać, włą­czyła wide­okom i wywo­łała funk­cjo­na­riuszkę Peabody.

Na ekra­nie moni­tora zami­go­tała zna­joma, poważna twarz, oto­czona heł­mem ciem­nych wło­sów.

- Witamy w pracy, pani porucz­nik.

- Dzię­kuję, Peabody. Przyjdź do mojego biura. Natych­miast.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wyłą­czyła moni­tor i uśmiech­nęła się do sie­bie. Sama posta­rała się o to, żeby Peabody prze­nie­siono do wydziału zabójstw. Teraz zamie­rzała uczy­nić następny krok. Znów włą­czyła wide­okom.

- Porucz­nik Dal­las. Czy szef jest wolny?

- Witam, pani porucz­nik. - Sekre­tarka komen­danta roz­pro­mie­niła się. - Jak się udał mie­siąc mio­dowy?

- Dosko­nale. - Zda­wało się jej, że dostrze­gła jakieś cie­pło w oczach kobiety. "Bara-bara" ją roz­ba­wiło. Poczuła się skrę­po­wana roz­ma­rzo­nym spoj­rze­niem sekre­tarki. - Dzię­kuję.

- Była pani uro­czą panną młodą, pani porucz­nik. Widzia­łam zdję­cia, poza tym sły­sza­łam tro­chę. Na róż­nych kana­łach było pełno plo­tek. Widzie­li­śmy kilka miga­wek z panią w Paryżu. Wyglą­dało to bar­dzo roman­tycz­nie.

- Tak. - Cena sławy, pomy­ślała Eve. I Roarke'a. - Było bar­dzo... miło. Mogę roz­ma­wiać z komen­dan­tem?

- Ach, tak, oczy­wi­ście. Chwi­leczkę.

Moni­tor zami­go­tał, a Eve wznio­sła oczy do sufitu. Musiała się pogo­dzić z tym, że jest w cen­trum uwagi, ale na pewno ni­gdy jej się to nie spodoba.

- Dal­las. - Uśmiech komen­danta Whit­neya wypeł­niał pra­wie całą sze­ro­kość ekranu. Jego ciemna twarz miała jakiś nie­okre­ślony wyraz. - Wygląda pani... bar­dzo dobrze.

- Dzię­kuję, panie komen­dan­cie.

- Jak się udał mie­siąc mio­dowy?

Chry­ste, pomy­ślała. Kto jesz­cze będzie ją pytać, jak bar­dzo podo­bało się jej pie­prze­nie w róż­nych miej­scach świata?

- Wspa­niale, panie komen­dan­cie. Dzię­kuję. Przy­pusz­czam, że czy­tał pan już raport Peabody o zamknię­ciu sprawy Pan­dory.

- Ow­szem, jest dość szcze­gó­łowy. Oskar­że­nie wobec Casto jest nie do pod­wa­że­nia. Pre­cy­zyjna robota, porucz­nik Dal­las.

Dosko­nale wie­działa, że przez tę pre­cy­zyjną robotę omal się nie spóź­niła na wła­sny ślub i cudem uszła z życiem.

- Musia­łam się spie­szyć - powie­działa. - Led­wie zdą­ży­łam zło­żyć wnio­sek o stałe prze­nie­sie­nie funk­cjo­na­riuszki Peabody do mojego wydziału. Jej pomoc w tej spra­wie i wielu innych była nie­oce­niona.

- Jest dobrą poli­cjantką - zgo­dził się Whit­ney.

- Rów­nież tak myślę. Komen­dan­cie, mam do pana prośbę.

Pięć minut póź­niej, kiedy do pokoju weszła Delia, Eve sie­działa z powro­tem przy biurku i prze­glą­dała dane na moni­to­rze.

- Za godzinę muszę być w sądzie - ode­zwała się bez zbęd­nych wstę­pów. - W spra­wie Salva­to­riego. Co wiesz na ten temat, Peabody?

- Prze­ciw Vito Salva­to­riemu toczy się sprawa o wie­lo­krotne mor­der­stwo połą­czone z tor­tu­ro­wa­niem ofiar. Poza tym ist­nieje przy­pusz­cze­nie, że roz­pro­wa­dza nie­le­galne spe­cy­fiki, oskar­żono go o zamor­do­wa­nie trzech zna­nych deale­rów zeusa i TRL... Ofiary spa­lono żyw­cem w małym domu z poko­jami do wyna­ję­cia na Wschod­nim Wybrzeżu, zeszłej zimy. Przed­tem odcięto im języki i wyłu­piono oczy. Pani pro­wa­dziła śledz­two.

Peabody recy­to­wała dane obo­jęt­nym tonem, sto­jąc na bacz­ność w nie­na­gan­nie zapię­tym mun­du­rze.

- Bar­dzo dobrze. Czy­ta­łaś mój raport z aresz­to­wa­nia?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki