Rozdział 1
1
Ciemna ulica cuchnęła moczem i wymiocinami. Mieszkały tu szybkonogie
szczury i polujące na nie chude koty o wygłodniałym spojrzeniu. W ciemności czerwonym blaskiem jarzyły się równie dzikie ludzkie oczy.
Serce Eve lekko zadrżało, gdy wśliznęła się w wilgotny śmierdzący mrok
zaułka. Miała pewność, że wszedł właśnie tutaj. Jej zadaniem było
odnaleźć go i wyciągnąć stamtąd. W dłoni trzymała broń, a dłoń miała
pewną.
- Hej, laluniu, chcesz to ze mną zrobić? Chcesz?
Z ciemności dobiegały ochrypłe głosy, ciężkie od narkotyków albo taniego
piwa. Jęki wyklętych za życia i śmiechy szaleńców. Szczury i koty nie
były tu jedynymi lokatorami. Towarzystwo ludzkiego śmiecia,
podpierającego wilgotne mury, nie stanowiło jednak żadnej pociechy.
Trzymając broń w pogotowiu, uskoczyła w bok, by uniknąć zderzenia z poobijanym recyklerem, który, sądząc z wydobywającego się odoru, nie
działał od dobrych dziesięciu lat. W wilgotnym powietrzu unosił się
duszący, gęsty smród zepsutego jedzenia.
Ktoś cicho zakwilił. Zobaczyła prawie nagiego chłopca w wieku około
trzynastu lat. Jego twarz pokrywały ropiejące rany; z oczu biły strach i rozpacz. Natychmiast cofnął się jak rak pod brudny mur.
Poczuła wzbierającą w sercu litość. Ona też była kiedyś przerażonym
dzieckiem, ukrywającym się na ulicy.
- Nie zrobię ci nic złego - powiedziała to cicho, prawie szeptem;
opuściła broń i popatrzyła dzieciakowi w oczy.
I wtedy tamten zaatakował.
Zaszedł ją od tyłu, wydając z siebie gniewne pomruki. Przygotowywał się
do zadania śmiertelnego ciosu, wywijając grubą rurą. Ostry świst
przeszył jej uszy; odwróciła się i uskoczyła. Zdążyła ledwie skląć się w myślach za to, że na chwilę pozwoliła sobie na dekoncentrację,
zapominając o swoim celu, gdy ponad sto dwadzieścia kilogramów żywego
mięsa rzuciło nią o ceglaną ścianę. Broń wypadła jej z ręki i ze
stukotem wylądowała gdzieś w mroku.
W jego oczach zobaczyła morderczy błysk, spotęgowany jakimiś prochami -
pewnie wziął zeusa. Dostrzegła uniesioną rurę i zdołała się w porę
uchylić, unikając ciosu, który trafił w mur. Mocno odbiła się nogami od
ziemi i zaatakowała go głową w brzuch. Zacharczał, zatoczył się i złapał
za gardło - wtedy wymierzyła mu w podbródek potężny cios, który poraził
bólem ramię napastnika.
Ludzie krzyczeli, rozpaczliwie szukając schronienia w wąskim zaułku,
gdzie nikt nie był bezpieczny. Eve obróciła się gwałtownie i wykorzystała impet, by potraktować przeciwnika kopniakiem, który
wylądował na jego nosie. Trysnęła krew, dołączając się do cuchnących
wyziewów ulicy.
Wzrok miał wściekły, lecz nawet nie drgnął od ciosów. Ból został
zneutralizowany przez boga prochów. Mimo że po twarzy ściekała mu krew,
wyszczerzył zęby w uśmiechu. Uderzył rurą w otwartą dłoń.
- Zabiję cię, policyjna suko. - Obszedł ją wokół, ze świstem wywijając
rurą jak batem. Potworny uśmiech nie znikał. - Rozwalę ci łeb i zeżrę
mózg.
Wiedziała, że mówił poważnie i poziom adrenaliny gwałtownie jej
podskoczył. Ona albo on. Oddech Eve stał się urywany, lepki pot spływał
jej po plecach. Uchyliła się przed następnym ciosem, opadając na kolana.
Dotknęła cholewy buta i też się uśmiechnęła.
- Lepiej zeżryj to, skurczysynu. - W jej dłoniach błysnęła awaryjna
broń. Nie zamierzała go nawet obezwładniać - zresztą dla stu dwudziestu
kilku kilogramów tego cielska byłoby to pewnie niewinnym łaskotaniem.
Musiała po prostu z nim skończyć.
Ruszył gwałtownie w jej stronę i w tym momencie wypaliła. Najpierw
zgasły mu oczy. Widziała to już przedtem - stały się szklane jak u lalki, choć nie przerwał ataku. Uskoczyła, przygotowując się do
następnego strzału, ale rura wysunęła mu się z dłoni, a jego ciało
rozpoczęło konwulsyjny taniec.
Upadł u jej stóp: bezkształtna masa ludzka, której się zdawało, że jest
bogiem.
- Nie będziesz już nikomu składał dziewic w ofierze, skurwielu -
mruknęła. Otarła twarz, czując odpływ energii. Ręka z bronią opadła.
Usłyszała ciche skrzypnięcie skórzanych butów na betonie i natychmiast
stała się czujna. Zanim zdążyła się odwrócić, unosząc instynktownie
broń, czyjeś ręce złapały ją za ramiona.
- Zawsze pilnuj tyłów, pani porucznik - szepnął jakiś głos i poczuła,
jak czyjeś zęby lekko skubią jej ucho.
- Roarke, niech cię diabli. Mało cię nie rąbnęłam.
- Ależ skąd, nawet się nie złożyłaś. - Ze śmiechem obrócił ją twarzą ku
sobie i przycisnął usta do jej warg. - Uwielbiam patrzeć na ciebie w akcji - dodał cicho, szukając ręką jej piersi. - To takie... podniecające.
- Daj spokój. - Lecz serce zabiło jej gwałtownie i odmowa nie zabrzmiała
zbyt przekonująco. - To nie miejsce na romanse.
- Wprost przeciwnie. Mamy miesiąc miodowy, a to tradycyjny czas i miejsce na romanse. - Odsunął ją od siebie, trzymając ręce na jej
ramionach. - Zastanawiałem się, gdzie mogłaś się podziać. Powinienem się
domyślić. - Rzucił okiem na leżące ciało. - Co zrobił?
- Lubił rozbijać głowy młodym kobietom i zjadać ich mózgi.
- Och! - Roarke skrzywił się i potrząsnął głową. - Eve, naprawdę nie
mogłaś wymyślić nic mniej odrażającego?
- Kilka lat temu w Kolonii Terra był facet, który pasował do opisu i pomyślałam... - urwała, marszcząc brwi. Stali na cuchnącej ulicy, u ich
stóp leżały zwłoki. Roarke, wspaniały czarny anioł Roarke, miał na sobie
smoking, w którego klapę wpiął brylantową spinkę. - Czemu się tak
wystroiłeś?
- Mieliśmy pewne plany - przypomniał jej. - Zapomniałaś o kolacji?
- Zapomniałam - przyznała, chowając broń. - Nie sądziłam, że zajmie mi
to tyle czasu. - Odetchnęła głęboko. - Chyba powinnam się trochę
ogarnąć.
- Podobasz mi się taka. - Przysunął się jeszcze bliżej i otoczył ją
ramionami. - Dajmy spokój kolacji. - Uśmiechnął się do niej kusząco. -
Ale lepiej zmienić otoczenie na nieco bardziej estetyczne. Koniec
programu - zarządził.
W mgnieniu oka zniknęła śmierdząca ulica ze zbitą masą ciał pod murem.
Teraz znaleźli się w wielkim, pustym pokoju, gdzie wbudowano w ściany
mrugający światłami sprzęt. Sufit i podłoga przypominały ciemne, szklane
lustra, by holograficzne sceny dostępne w tym programie mogły być
ukazywane lepiej. Była to jedna z najnowszych i najbardziej wymyślnych
zabawek Roarke'a.
- Początek programu Krajobraz Tropikalny 4-B. Podwójne sterowanie.
W odpowiedzi usłyszeli szum fal i ujrzeli odbijający się w wodzie
gwiezdny blask. Pod ich stopami pojawił się biały jak śnieg piasek, a palmy kołysały się niczym egzotyczne tancerki.
- O wiele lepiej - uznał Roarke i zaczął rozpinać koszulę Eve. - Będzie
cudownie, gdy cię rozbiorę.
- Od prawie trzech tygodni rozbierasz mnie, kiedy tylko zamknę oczy.
Uniósł brew.
- Przywilej męża. Jakieś zastrzeżenia?
Mąż. Ciągle nie mogła ochłonąć ze zdumienia. Ten mężczyzna o rysach
poety i irlandzkich, niebieskich oczach, z grzywą czarnych włosów, które
upodobniały go do wojownika, był jej mężem. Nigdy się nie przyzwyczai do
tej myśli.
- Nie, tylko... - na moment zabrakło jej tchu, bo jego dłoń o długich
palcach znalazła się nagle na jej piersi - ...takie spostrzeżenie.
- Ech, te gliny. - Z uśmiechem rozpinał jej dżinsy. - Zawsze takie
spostrzegawcze. Nie jest pani na służbie, pani porucznik Dallas.
- Staram się nie zapominać o prawidłowych odruchach. Po trzech
tygodniach bez pracy mogły się stępić.
Wsunął rękę między nagie uda Eve i obserwował, jak z jękiem wygięła się
do tyłu.
- Twoje odruchy są całkiem prawidłowe - powiedział cicho i pociągnął ją
na miękki piasek.
Jego żona. Roarke lubił tak o niej myśleć, gdy wiła się pod nim albo
leżała obok wyczerpana. Ta fascynująca kobieta, policjantka z krwi i kości, znękana dusza, była jego żoną.
Obserwował ją w ciągu całego programu - widział uliczkę i odurzonego
narkotykami mordercę. Wiedział też, że w realnym świecie Eve potrafi
stawić czoło wszystkim niebezpieczeństwom z równą determinacją i odwagą,
co w świecie iluzji.
Mimo że przeżył z tego powodu wiele złych chwil, podziwiał ją za to. Za
kilka dni mieli wracać do Nowego Jorku i Eve znów będzie musiała dzielić
swój czas między niego a pracę. A on nie miał ochoty dzielić się nią z niczym. Ani z nikim.
Mroczne zaułki, zaśmiecone i pełne ludzi, którzy dawno stracili
nadzieję, nie były mu obce. Wychował się na jednej z takich ulic, często
uciekał, szukając kryjówki w jej ciemnych zakamarkach, aż wreszcie
odszedł stamtąd. Zmienił swoje życie, a potem zjawiła się Eve, stanowcza
i ostra jak wystrzelona z łuku strzała, i także odmieniła jego los.
Kiedyś gliniarze byli jego wrogami, później go tylko bawili, teraz zaś
sam związał się z policjantką.
Niespełna dwa tygodnie temu patrzył, jak szła ku niemu w długiej,
brązowej sukni, z bukietem kwiatów w dłoni. Sińce na twarzy - ślady po
spotkaniu ze złoczyńcą zaledwie kilka godzin wcześniej - zdołała jakoś
ukryć pod makijażem. W jej wielkich, miodowych oczach zobaczył
zdenerwowanie, ale i szczyptę rozbawienia.
"No i widzisz, Roarke", niemal usłyszał, gdy podała mu rękę. "Biorę cię
na dobre i złe. Niech Bóg ma nas w swojej opiece".
Teraz oboje nosili obrączki. Upierał się przy tym, choć ta tradycja nie
była zbyt modna w połowie dwudziestego pierwszego wieku. Chciał po
prostu mieć namacalny dowód ich związku, dla wszystkich widoczny symbol.
Ujął rękę żony i ucałował palec tuż nad ozdobną złotą obrączką, którą od
niego dostała. Eve nie otworzyła oczu. Przez chwilę przyglądał się
ostrym rysom jej twarzy, trochę za szerokim ustom i krótkim włosom,
rozsypanym teraz w nieładzie.
- Kocham cię, Eve.
Na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec. Niełatwo ją czymś
wzruszyć, pomyślał Roarke. Zastanawiał się, czy ona zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie ma serce.
- Wiem. - Otworzyła oczy. - Powoli zaczynam się przyzwyczajać do tej
myśli.
- To dobrze.
Słuchając cichego plusku wody na miękkim piasku i szumu bryzy w liściach
palm, Eve wyciągnęła rękę i odgarnęła mężowi włosy z czoła. Taki
mężczyzna jak on, pomyślała, bogaty, silny a jednocześnie bardzo
spontaniczny, potrafi w mgnieniu oka przenosić ją do takiego świata. I teraz zrobił to dla niej.
- Jestem z tobą szczęśliwa.
Błysnął zębami w uśmiechu. Poczuła przyjemne ukłucie w żołądku.
- Wiem.
Z łatwością uniósł ją lekko i posadził na sobie. Leniwie przesunął
dłonie wzdłuż jej szczupłego muskularnego ciała.
- Czyżbyś wreszcie zamierzała się przyznać, że teraz w końcu cieszysz
się z tego, że siłą zabrałem cię z planety na koniec miodowego miesiąca?
Skrzywiła się na wspomnienie popłochu, w jaki wpadła i swego oślego
uporu, gdy nie chciała wejść na pokład czekającego na nich wahadłowca;
przypomniała sobie, jak Roarke wybuchnął śmiechem, przerzucił ją sobie
przez ramię i nie zważając na to, że Eve szarpała się i przeklinała,
wniósł ją spokojnie na pokład.
- Podobało mi się w Paryżu - powiedziała, pociągając nosem. - Tydzień na
wyspie też był cudowny. Nie rozumiałam, po co mamy jechać do jakiejś
niedokończonej bazy gdzieś w przestrzeni, skoro i tak większość czasu
zamierzaliśmy spędzić w łóżku.
- Bardzo się bałaś. - Wydawał się zachwycony faktem, że perspektywa
podróży pozaziemskiej napełniła ją takim strachem. W związku z tym przez
większą część drogi ze wszystkich sił starał się zająć czas i uwagę
żony.
- Nieprawda, wcale się nie bałam. - Trzęsłam się jak galareta,
pomyślała. - Byłam tylko zła, że nie raczyłeś uzgodnić swoich planów ze
mną.
- Zdaje się, że przypominam sobie kogoś, kto mi mówił, że powinienem
zawsze wszystko zaplanować. Byłaś piękną panną młodą.
Uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
- To sukienka.
- Nie, to ty byłaś piękna. - Dotknął jej twarzy. - Eve Dallas. Moja Eve.
Wezbrała w niej miłość. Uczucie do Roarke'a zawsze przychodziło do niej
nieoczekiwanie, wielkimi falami i była wobec niego bezsilna.
- Kocham cię. - Pochyliła się i zbliżyła usta do jego ust. - Wygląda na
to, że ty też jesteś mój.
*
Do kolacji zasiedli już po północy. Taras na szczycie przypominającego
włócznię wysokiego budynku, ukończonego hotelu Grand Olimp, tonął w świetle księżyca. Eve jadła nadziewanego homara i podziwiała
rozpościerający się przed nią widok.
Jeśli Roarke nadal będzie pilnował tu wszystkiego, centrum może być
gotowe na przyjęcie gości już za rok. Teraz jednak mieli cały ośrodek
tylko dla siebie - nie licząc ekipy budowlanej, architektów, pilotów i innych specjalistów, z którymi dzielili wielką stację kosmiczną.
Z miejsca, gdzie stał ich niski szklany stolik, mogła dojrzeć centrum
bazy. Światła płonęły jasnym blaskiem, aby mogła pracować nocna zmiana,
a cichy szum maszynerii informował, że praca wre tu całą dobę. Eve
wiedziała, że fontanny, sztuczne pochodnie i wielobarwne tęcze tworzące
się wokół tryskających strumieni wody są tylko dla niej.
Roarke chciał jej pokazać, co buduje, a może nawet dać do zrozumienia,
że jako jego żona jest teraz częścią tego wszystkiego.
Żona. Dmuchnęła w grzywkę, odgarniając z czoła włosy i upiła mały łyk
schłodzonego szampana z kieliszka, który napełnił. Chyba jednak upłynie
trochę czasu, zanim zrozumie, że ona, porucznik Eve Dallas, detektyw z wydziału zabójstw, została żoną kogoś, kto zdaniem wielu miał więcej
pieniędzy i władzy niż sam Pan Bóg.
- Jakiś problem?
Spojrzała na niego i lekko się uśmiechnęła.
- Nie. - Z uwagą zanurzyła kawałek homara w roztopionym maśle -
prawdziwym maśle, bo na stole Roarke'a wszystko musiało być prawdziwe -
i spróbowała. - Zastanawiam się, jak zdołam po powrocie przełknąć te
trociny, które serwują w stołówce, wmawiając nam, że to jedzenie.
- I tak w pracy jesz przede wszystkim batoniki. - Napełnił jej kieliszek
szampanem i pytająco uniósł brwi, gdy Eve zmierzyła go podejrzliwym
spojrzeniem.
- Próbujesz mnie upić?
- Oczywiście.
Roześmiała się. Zauważył, że ostatnio robiła to chętniej i częściej niż
kiedyś. Wzruszyła ramionami i wzięła do ręki kieliszek.
- A co tam. Zrobię ci tę przyjemność. Kiedy się upiję - przełknęła
bezcenne wino jednym haustem, jakby to była woda - dam ci taki wycisk,
że długo tego nie zapomnisz.
Pożądanie, które, jak sądził, już nasycił, natychmiast dało o sobie
znać.
- W takim razie... - napełnił po brzegi swój kieliszek - upijmy się razem.
- Podoba mi się tutaj - oświadczyła. Z kieliszkiem w dłoni wstała od
stołu i podeszła do balustrady z rzeźbionego kamienia. Pewnie
przywiezienie go tutaj z kamieniołomów kosztowało fortunę, ale przecież
był to hotel Roarke'a.
Przechyliła się, patrząc na migotanie świateł i wody, na wieże i kopuły
połyskujących budynków, które miały stać się azylem dla wytwornych,
bogatych ludzi, a także miejscem ich eleganckich zabaw.
Kasyno zostało już ukończone i błyszczało w ciemności niczym wielka
złota kula. Jeden z kilkunastu basenów był rzęsiście oświetlony i woda
połyskiwała głębokim, kobaltowym błękitem. Między budynkami biegły
zygzakami długie korytarze dla pieszych, przypominające srebrne nitki.
Teraz są puste, ale Eve wyobraziła sobie, jak będą wyglądać za pół roku,
za rok: zatłoczone ludźmi w drogich ubraniach, błyszczącymi od
klejnotów. Będą przyjeżdżać, by ich rozpieszczano w marmurowych
wnętrzach uzdrowiska i kąpano w błocie, by katować swe ciała na
urządzeniach do ćwiczeń i korzystać z rad doświadczonych konsultantów
oraz usług troskliwych androidów. Będą tracić fortuny w kasynie, popijać
szlachetne trunki w klubach i kochać się z licencjonowanymi automatami
do seksu.
Roarke zaoferuje im cały świat, a oni zaczną tu przybywać z ochotą.
Wtedy jednak nie będzie to już jej świat. Eve lepiej się czuła na
mrocznych ulicach, w ciemnych zakamarkach życia, gdzie prawo ścigało
zbrodnię. Sądziła, że Roarke to rozumie, ponieważ sam stamtąd pochodził.
Pokazał jej więc ten świat wtedy, gdy należał jeszcze tylko do nich
dwojga.
- Zrobisz tu coś naprawdę wielkiego - stwierdziła, opierając się o balustradę.
- Taki mam plan.
- Nie. - Potrząsnęła głową, czując z przyjemnością, jak zaczyna w niej
szumieć szampan. - Chcę powiedzieć, że zrobisz coś, o czym ludzie będą
mówić i marzyć przez całe wieki. Jak na kogoś, kto w młodości był
złodziejaszkiem w ciemnych uliczkach Dublina, wcale nieźle, Roarke.
Jego uśmiech stał się odrobinę chytry.
- Niewiele się zmieniło, pani porucznik. Dalej opróżniam ludziom
kieszenie, tylko teraz robię to już całkiem legalnie. W końcu ożeniłem
się z gliną, więc musiałem ograniczyć pewne sfery działania.
Zmarszczyła brwi.
- Nie chcę nic o nich słyszeć.
- Kochana Eve. - Wstał z butelką w ręku. - Zawsze taka praworządna. I wciąż pełna wyrzutów sumienia, że bez pamięci zakochała się w szemranym
typie. - Ponownie napełnił jej kieliszek, po czym odstawił butelkę. - I to takim, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej znalazł się na liście
podejrzanych o morderstwo.
- Nie podoba ci się taka podejrzliwość?
- Owszem, podoba. - Przesunął palcem po jej policzku, gdzie jeszcze
niedawno widniał siniak. Ślad po uderzeniu już zniknął, lecz Roarke
wciąż miał go w pamięci. - Trochę też boję się o ciebie. - Bardzo się
boję, dodał w myśli.
- Jestem dobrym gliniarzem.
- Wiem. Jedynym, którego szczerze podziwiam. Cóż za ironia losu, że
pokochałem kobietę oddaną bez reszty sprawiedliwości.
- A ja związałam się z człowiekiem, który może sprzedawać i kupować
planety, gdy mu tylko przyjdzie ochota.
- Wyszłaś za mnie za mąż! - Zaśmiał się Roarke. Odwrócił ją i wtulił nos
w jej szyję. - No, powiedz to. Jesteśmy małżeństwem. Wykrztuś to z siebie wreszcie.
- Wiem, czym jesteśmy. - Rozluźniła się z pewnym trudem i oparła o niego
plecami. - Ale pozwól mi się z tym oswoić. Cieszę się, że jestem tu z tobą, tak daleko od tamtego wszystkiego.
- W takim razie cieszysz się też, że wymusiłem na tobie te trzy
tygodnie.
- Wcale nie wymusiłeś.
- Ale długo musiałem nudzić. - Chwycił zębami jej ucho. - Straszyć. -
Jego dłonie ześliznęły się na jej piersi. - Błagać.
Eve prychnęła.
- Nigdy o nic nie błagałeś. Może za bardzo nudziłeś. Nie miałam trzech
tygodni wolnego od... właściwie nigdy nie miałam.
Chciał jej przypomnieć, że każdego dnia włączała jakiś program, w którym
mogła walczyć ze zbrodnią, lecz ugryzł się w język.
- Może przedłużymy sobie miodowy miesiąc o tydzień?
- Roarke...
Zachichotał.
- Chciałem cię tylko sprawdzić. Napij się szampana. Nie jesteś dość
wstawiona, bym mógł przeprowadzić plan, który mi chodzi po głowie.
- Och? - Krew w jej żyłach popłynęła szybciej. - Co to takiego?
- Lepiej, żeby to była niespodzianka - odrzekł. - Powiem ci tylko tyle,
że będziesz miała co robić przez ostatnie czterdzieści osiem godzin,
jakie nam zostały.
- Czterdzieści osiem godzin? - Ze śmiechem osuszyła kieliszek. - Kiedy
zaczynamy?
- Konkretnie nie... - urwał i gniewnie zmarszczył brwi, gdyż nagle odezwał
się sygnał u drzwi. - Mówiłem tym z obsługi, żeby dali sobie spokój ze
sprzątaniem. Zostań tu. - Poprawił jej sukienkę, którą przed chwilą
porozpinał. - Odeślę ich jak najdalej stąd.
- Skoro wychodzisz, przynieś następną butelkę. - Eve wytrząsnęła
ostatnie krople szampana do kieliszka. Uśmiechnęła się promiennie. -
Ktoś już całą opróżnił.
Rozbawiony wszedł do środka i przeciął wysłany puszystym dywanem pokój
ze szklanym sufitem. Tak, na początek ta miękka podłoga może być dobra -
nad ich głowami będą wirować zimne gwiazdy. Wyciągnął z porcelanowego
naczynia długą lilię, wyobrażając sobie, że pokaże Eve, co zdolny facet
może zrobić kobiecie płatkami kwiatu.
Z uśmiechem skierował się do holu o pozłacanych ścianach i szerokich,
marmurowych schodach. Włączył ekran wizjera, gotowy wysłać człowieka z obsługi do wszystkich diabłów za to, że im przeszkodził.
Ze zdziwieniem zobaczył, że za drzwiami stoi jeden z jego inżynierów.
- Carter? Jakieś kłopoty?
Carter otarł ręką twarz; był blady i zlany potem.
- Obawiam się, że tak, proszę pana. Muszę z panem porozmawiać.
Koniecznie.
- W porządku, chwileczkę. - Roarke westchnął, wyłączył wizjer i otworzył
drzwi. Carter, młody jak na swoje wysokie stanowisko - miał około
dwudziestu pięciu lat - był geniuszem projektowania i realizacji
najbardziej karkołomnych pomysłów. Jeśli pojawił się jakiś problem na
budowie, najlepiej będzie od razu temu zaradzić.
- Chodzi o tę platformę w salonie? - zapytał Roarke, stojąc w otwartych
drzwiach. - Myślałem, że udało ci się już usunąć usterki.
- Nie. To znaczy, tak, proszę pana, udało mi się. Wszystko działa
doskonale.
Roarke zauważył, że chłopak się trzęsie i natychmiast zapomniał o złości.
- Zdarzył się jakiś wypadek? - Wziął Cartera za ramię, wprowadził do
pokoju i posadził na krześle. - Ktoś jest ranny?
- Nie wiem... wypadek? - Tamten spojrzał przed siebie szklanym wzrokiem. -
Pani... pani porucznik - powiedział, gdy weszła Eve. Chciał wstać, lecz
zaraz opadł bezwładnie, ponieważ popchnęła go lekko z powrotem na
krzesło.
- Jest w szoku - powiedziała do Roarke'a, błyskawicznie zorientowawszy
się w sytuacji. - Nalej mu brandy. - Kucnęła, tak że ich twarze znalazły
się na tym samym poziomie. Jego źrenice przypominały maleńkie otworki,
jak po ukłuciu szpilką. - Carter, prawda? Spróbuj się uspokoić.
- Ja chyba... - jego twarz stała się biała jak kreda - będę...
Zanim zdążył dokończyć, Eve szybkim ruchem pochyliła mu głowę i wcisnęła
między jego kolana.
- Oddychaj, po prostu głęboko oddychaj. Dawaj tę brandy, Roarke. -
Wyciągnęła rękę i wzięła od męża kieliszek.
- Weź się w garść, Carter. - Roarke łagodnie uniósł mu głowę. - Napij
się.
- Tak, proszę pana.
- Na litość boską, daj spokój z tym "proszę pana", bo ci coś zrobię.
Policzki Cartera poróżowiały - albo pod wpływem brandy, albo ze wstydu.
Skinął głową, napił się i odetchnął.
- Przepraszam. Przyszedłem od razu do pana. Nie wiedziałem... nie
wiedziałem, co robić. - Zakrył twarz dłonią gestem przerażonego dziecka
z horroru. Nabrał w płuca powietrza i powiedział szybko: - To Drew, Drew
Mathias, ten, który ze mną mieszka. Nie żyje.
Wypuścił ze świstem powietrze, po czym znów wykonał głęboki wdech. Upił
jeszcze jeden łyk i zakrztusił się.
Oczy Roarke'a zmatowiały. Przypomniał sobie Mathiasa: młody, pełen
zapału, piegowaty rudzielec, świetny elektronik, specjalista od
autotroniki.
- Gdzie? Jak to się stało?
- Pomyślałem, że powinien pan dowiedzieć się pierwszy. - Ziemiste
policzki Cartera pałały teraz ognistym rumieńcem. - Od razu przyszedłem
powiedzieć panu... i pańskiej żonie. Ona jest z policji i mogłaby coś
zrobić.
- Carter, uważasz, że to sprawa dla policji? - Eve wyjęła kieliszek z jego drżącej dłoni. - Dlaczego?
- On chyba... sam się zabił, pani porucznik. Wisiał tam, po prostu zwisał
z sufitu w pokoju. A jego twarz... O, Boże!
Carter ukrył twarz w dłoniach, a Eve odwróciła się do Roarke'a.
- Kto tu odpowiada za takie wypadki?
- Mamy standardową ochronę, w większości zautomatyzowaną. - Skłonił
przed nią głowę. - Przejmujesz dowodzenie, pani porucznik.
- W porządku, spróbuj mi zorganizować komplet narzędzi. Potrzebny mi
będzie rekorder - audio i wideo, kilka par ochraniaczy na ręce i nogi,
woreczki na dowody rzeczowe, pęseta, pędzelki...
Syknęła, przegarniając ręką włosy. Przecież Roarke nie mógł mieć tu
przyrządów, za pomocą których zdołałaby ustalić temperaturę ciała i określić czas śmierci. Nie można nawet marzyć o skanerze i zestawie
polowym, jaki zawsze zabierała ze sobą na miejsce zbrodni.
Cóż, będą musieli jakoś sobie poradzić bez tego.
- Jest tu lekarz, prawda? Wystąpi w roli patologa. Pójdę się ubrać.
*
Większość techników mieszkała w wykończonych skrzydłach hotelu. Carter i Mathias najwyraźniej przypadli sobie do gustu, ponieważ w czasie swojego
pobytu i pracy w bazie zajmowali wspólnie dwupokojowy apartament. Kiedy
w trójkę zjeżdżali windą na dziesiąte piętro, Eve wręczyła Roarke'owi
mały ręczny rekorder.
- Umiesz to obsługiwać?
Uniósł kpiąco brew. Takie drobiazgi produkowała jedna z należących do
niego firm.
- Chyba sobie poradzę.
- Świetnie. - Posłała mu słaby uśmiech. - Będziesz należał do ekipy
śledczej. Jak tam, Carter? Trzymasz się?
- Tak - odparł młody mężczyzna, lecz wyszedł z windy dość chwiejnym
krokiem, jak pijany, któremu kazano iść prosto. Dwa razy musiał wycierać
o spodnie spocone dłonie, by zadziałał czytnik linii papilarnych. Kiedy
drzwi się rozsunęły, cofnął się na bok.
- Wolałbym już tam nie wchodzić.
- Zostań tu - powiedziała do niego Eve. - Może będę cię potrzebować.
Weszła do pokoju. Światła paliły się oślepiającym blaskiem, nastawione
na maksimum. Z aparatury w ścianie grzmiały jazgotliwe dźwięki ostrego
rocka. Ochrypły głos wokalistki przywodził Eve na myśl jej przyjaciółkę,
Mavis. Podłoga była wyłożona płytkami w kolorze morskiej zieleni i błękitu, aby mieszkańcy mieli złudzenie, że stąpają po falach.
Wzdłuż północnej i południowej ściany ciągnęły się rzędy komputerów.
Stanowiska robocze, pomyślała Eve, pełne elektronicznych pulpitów i przeróżnych gadżetów.
Zobaczyła stertę ubrań rzuconych byle jak na kanapę. Na małym stoliku
leżały gogle do programów wirtualnych i trzy puszki azjatyckiego piwa,
dwie już zgniecione i zwinięte, gotowe do wrzucenia w paszczę recyklera.
Poza tym stała tu wielka miska pikantnych precli.
Wreszcie ujrzała nagie ciało Drew Mathiasa wiszące na związanych
prześcieradłach. Zaimprowizowana lina była zaczepiona o ramię żyrandola
z niebieskiego szkła.
- Niech to szlag - powiedziała, wzdychając. - Ile miał lat, Roarke,
dwadzieścia?
- Niewiele więcej. - Zacisnął usta i przyglądał się chłopięcej twarzy
Mathiasa. Była purpurowa; miał wybałuszone oczy, a usta rozchylone w makabrycznym uśmiechu. Przez jakiś złośliwy kaprys śmierci, umarł
uśmiechnięty.
- Dobrze, róbmy co do nas należy. Porucznik Eve Dallas, Departament
Stanowy Policji Nowego Jorku, obecna na miejscu przed przybyciem
odpowiednich organów. Śmierć w tajemniczych okolicznościach. Drew
Mathias, Grand Hotel Olimp, pokój tysiąc trzydzieści sześć, pierwszy
sierpnia dwa tysiące pięćdziesiątego ósmego roku, godzina pierwsza w nocy.
- Chciałbym go zdjąć - odezwał się Roarke. Nie zdziwiło go, jak gładko i szybko przeobraziła się z kobiety w policjanta.
- Jeszcze nie. To i tak bez różnicy dla niego, a ja muszę mieć zapis
sytuacji, zanim cokolwiek zostanie ruszone. - Odwróciła się w stronę
drzwi. - Dotykałeś czegoś, Carter?
- Nie. - Otarł usta grzbietem dłoni. - Otworzyłem drzwi, tak jak przed
chwilą, i wszedłem. Od razu go zobaczyłem, tak jak... teraz go pani widzi.
Stałem tam może minutę. Wiedziałem, że nie żyje. Widziałem jego twarz.
- Może wejdziesz do sypialni przez drugie drzwi. - Wskazała na lewo. -
Położysz się na chwilę. Potem będę musiała z tobą porozmawiać.
- Dobrze.
- Nie kontaktuj się z nikim - poleciła.
- Nie będę się z nikim kontaktował.
Znów się odwróciła, zamykając drzwi. Spojrzała przelotnie na Roarke'a i ich oczy się spotkały. Chwilę patrzyli na siebie w milczeniu i Eve
zrozumiała, że mąż odgadł jej myśli - tacy jak ona nigdy nie uciekną od
śmierci.
- Zaczynajmy - powiedziała.
Rozdział 2
2
Doktor Wang był stary. W większości centrów planetarnych nie było
ostatnio etatów dla lekarzy i mógł przejść na emeryturę w wieku
dziewięćdziesięciu lat, ale podobnie jak inni w jego fachu, krążył od
stacji do stacji, lecząc sińce i zadrapania, przepisując leki na chorobę
kosmiczną i kłopoty z grawitacją, czasem odbierając jakiś poród oraz
przeprowadzając badania.
Potrafił jednak rozpoznać ciało nieboszczyka.
- Nie żyje - mówił szybko, z lekko egzotycznym akcentem. Miał
pergaminowo żółtą skórę, pomarszczoną niczym stara mapa. Jego oczy były
czarne, o kształcie migdałów, a gładka i połyskująca głowa upodobniała
go do zabytkowej, nieco sfatygowanej kuli bilardowej.
- Tyle już wiem. - Eve potarła czoło. Nigdy nie miała do czynienia z lekarzami ze stacji kosmicznych, lecz sporo o nich słyszała. Nie lubili,
gdy im przeszkadzano w rutynowych działaniach. - Chcę, żeby określił pan
przyczynę i czas śmierci.
- Uduszenie. - Wang wskazał długim palcem widoczne ślady na szyi
Mathiasa. - Samobójstwo. Śmierć nastąpiła moim zdaniem między dwudziestą
drugą a dwudziestą trzecią, dziś, bieżącego miesiąca i roku.
Uśmiechnęła się krzywo.
- Dziękuję, doktorze. Na ciele nie ma żadnych innych śladów przemocy,
mogę się więc zgodzić z pańską diagnozą. Chciałabym jednak znać wyniki
testu na obecność leków. Zmarły leczył się na coś u pana?
- Nie potrafię powiedzieć, ale nie wygląda znajomo. Oczywiście, mam go w kartotece. Po przyjeździe musiał u mnie być na rutynowym badaniu.
- Chciałabym rzucić okiem na diagnozę.
- Jak pani sobie życzy, pani Roarke.
Eve zmrużyła oczy.
- Dallas, porucznik Dallas. Proszę się z tym pospieszyć, doktorze Wang.
- Ponownie spojrzała na ciało. Drobny chłopak, pomyślała, chudy i blady.
Martwy.
Zacisnęła usta i przyjrzała się badawczo jego rysom. Zdawała sobie
sprawę z tego, jak dziwaczny wyraz może nadać ludzkiej twarzy śmierć,
zwłaszcza śmierć gwałtowna, lecz nigdy jeszcze nie spotkała się z podobnie makabrycznym uśmiechem. Wzdrygnęła się.
Niepotrzebny i żałosny koniec tak młodego życia przepełnił ją głębokim
smutkiem.
- Proszę zabrać go ze sobą, Wang. I przygotować informacje. Dokumentację
Mathiasa może pan przesłać do wideokomu w moim pokoju. Muszę ustalić,
kto jest jego najbliższym krewnym.
- Naturalnie. - Lekarz uśmiechnął się. - Pani porucznik Roarke.
Odwzajemniła uśmiech, uznając, że nie ma ochoty bawić się dłużej w precyzowanie nazwiska. Położyła ręce na biodrach, gdy Wang instruował
swoich dwóch asystentów, jak wynieść ciało.
- Wydaje ci się, że to zabawne? - mruknęła do Roarke'a.
Zamrugał powiekami, robiąc niewinną, zdumioną minę.
- Co takiego?
- Porucznik Roarke.
- Czemu nie? Obojgu nam potrzeba jakiegoś odprężenia. - Dotknął jej
twarzy.
- Tak, wesołek z tego twojego Wanga. - Przyglądała się doktorowi, który
szedł do drzwi, przed spoczywającym na wózku ciałem Mathiasa. - Wkurzyło
mnie to. Cholernie wkurzyło.
- To wcale nie takie złe nazwisko.
- Nie. - Prawie się roześmiała, ocierając ręką twarz. - Nie to. Mówię o chłopaku. Dzieciak ot tak sobie pozbawia się ze stu lat życia. To mnie
wkurza.
- Wiem. - Objął ją. - Jesteś pewna, że to samobójstwo?
- Nie znalazłam żadnych śladów walki. Żadnych innych znaków na ciele. -
Wzruszyła ramionami. - Przesłucham Cartera i porozmawiam z innymi, ale
moim zdaniem wszystko odbyło się tak, że Drew Mathias wrócił do siebie,
zapalił światła i włączył muzykę. Wypił kilka piw, może odbył małą
wycieczkę w cyberprzestrzeni, zjadł parę precli. Potem poszedł do
sypialni, ściągnął z łóżka prześcieradła, związał je razem w sznur i zrobił bardzo fachowy stryczek.
Odwróciła się w stronę pokoju, wyobrażając sobie scenę, jaka mogła się
tu rozegrać.
- Zdjął ubranie, rzucił je na kanapę. Wszedł na stół - są tu ślady jego
stóp. Przywiązał sznur do lampy, być może szarpnął ze dwa razy, żeby się
upewnić, że wytrzyma. Później włożył głowę w pętlę, pilotem nastawił
światło na pełną moc i zacisnął pętlę na szyi.
Wzięła do ręki pilota, który spoczywał już w woreczku jako dowód
rzeczowy.
- Wcale nie musiało się to odbyć szybko. Nie spieszył się i śmierć nie
nastąpiła od razu, ale nie szamotał się, nie zmienił decyzji. Gdyby tak
było, miałby ślady paznokci na szyi i gardle.
Roarke zmarszczył brwi.
- Przecież zrobiłby tak instynktownie, bezwiednie, nie sądzisz?
- Nie wiem. To zależy od tego, jak bardzo chciał umrzeć. I dlaczego.
Może był pod wpływem narkotyków, niedługo się dowiemy. Jakaś mieszanka
środków odurzających mogła sprawić, że w ogóle nie czuł bólu, a nawet
mogło mu się to podobać.
- Przyznaję, że pewnie krążą tu jakieś nielegalne specyfiki. Nie sposób
przecież kontrolować zwyczajów i upodobań całej ekipy. - Roarke wzruszył
ramionami, spoglądając na ogromny żyrandol. - Ale Mathias nie sprawiał
wrażenia, że nałogowo lub nawet od czasu do czasu może ulegać takim
pokusom.
- Ludzie dostarczają nam wciąż nowych niespodzianek. Zdziwiłbyś się, co
sobie pakują do żył. - Eve w odpowiedzi także wzruszyła ramionami. -
Moim zdaniem jest tutaj tyle samo narkotyków co w każdym innym miejscu.
Zobaczę, co uda mi się wyciągnąć od Cartera. - Odgarnęła z czoła włosy.
- Może wrócisz na górę i trochę się prześpisz?
- Nie, zostanę z tobą - powiedział i zanim zdążyła zaoponować, dodał: -
Jestem przecież członkiem ekipy śledczej.
Uśmiechnęła się z przymusem.
- Każdy przyzwoity asystent już dawno by się zorientował, że chętnie
napiłabym się kawy.
- W takim razie zaraz będziesz ją miała. - Ujął w dłonie twarz żony. -
Chciałem, żebyś na chwilę przestała o tym myśleć. - Puścił ją i ruszył
do przylegającej do pokoju kuchni.
Eve zajrzała do sypialni. W przytłumionym świetle, na brzegu łóżka
siedział Carter z twarzą ukrytą w dłoniach. Kiedy usłyszał, jak wchodzi
Eve, natychmiast się wyprostował.
- Spokojnie, Carter, jeszcze cię nie aresztowałam. - Chłopak zbladł, gdy
przy nim usiadła. - Przepraszam, policjanci mają specyficzne poczucie
humoru. Będę nagrywać naszą rozmowę, dobrze?
- Tak. - Przełknął ślinę. - W porządku.
- Porucznik Eve Dallas, przesłuchanie Cartera... Jak ci na imię?
- Jack, Jack Carter.
- Przesłuchanie Jacka Cartera w sprawie samobójczej śmierci Drew
Mathiasa. Carter, mieszkałeś w apartamencie tysiąc trzydzieści sześć
razem ze zmarłym.
- Tak, przez ostatnie pięć miesięcy. Byliśmy przyjaciółmi.
- Opowiedz mi o wczorajszym wieczorze. O której wróciłeś do hotelu?
- Nie wiem. Chyba o wpół do pierwszej. Miałem randkę. Spotkałem się z Lisą Cardeaux, projektantką krajobrazów. Chcieliśmy sprawdzić kompleks
rozrywkowy. Właśnie pokazywali nowe wideo. Potem poszliśmy do klubu
Atena. Jest czynny dla członków ekipy. Wypiliśmy parę drinków,
słuchaliśmy muzyki. Lisa musiała wcześnie wstać, więc nie siedzieliśmy
tam długo. Odprowadziłem ją do domu. - Uśmiechnął się słabo. -
Próbowałem u niej zostać, ale się nie zgodziła.
- W porządku, nie udało ci się z Lisą. Potem wróciłeś od razu do
apartamentu?
- Tak. Ona mieszka w bungalowie dla inżynierów. Podoba jej się tam.
Mówi, że nie chce zamykać się w pokoju hotelowym. To tylko kilka minut
stąd. Wróciłem tutaj. - Nabrał w płuca powietrza i przyłożył dłoń do
serca, jakby chciał je uspokoić. - Drew zamknął drzwi. Miał bzika na tym
punkcie. Niektórzy zostawiali drzwi otwarte, ale Drew bał się o swój
sprzęt i nie chciał, żeby ktokolwiek go dotykał.
- Czytnik linii papilarnych był zaprogramowany tylko na was dwóch?
- Tak.
- Dobrze. Co było potem?
- Zobaczyłem Drew. I poszedłem od razu do pani.
- Rozumiem. Kiedy ostatni raz widziałeś go przy życiu?
- Dzisiaj rano. - Carter potarł oczy, próbując przywołać tamten obraz -
światła, normalnej rozmowy, jedzenia. - Jedliśmy razem śniadanie.
- I jak wyglądał? Na przybitego, zdenerwowanego?
- Nie. - Oczy młodego mężczyzny ożywiły się po raz pierwszy tego
wieczoru. - Tego właśnie nie potrafię zrozumieć. Zachowywał się całkiem
normalnie. Żartował i podśmiewał się ze mnie, że jeszcze nie zaliczyłem
Lisy. Przekomarzaliśmy się, jak zwykle. Odpowiedziałem, że sam dawno nie
zaliczył nikogo i że powinien poderwać jakąś panienkę albo iść ze mną,
żeby zobaczyć, jak to się robi.
- Spotykał się z kimś?
- Nie. Ciągle mówił o swojej dziewczynie. Nie było jej w bazie. Chciał
ją odwiedzić, gdy będzie miał wolne. Mówił, że jest inteligentna, ładna
i seksowna. Po co się miał zadawać z jakimiś przypadkowymi panienkami,
kiedy miał ideał?
- Nie wiesz, jak się nazywała?
- Nie, mówił o niej "moja dziewczyna". Szczerze mówiąc, sądziłem, że ją
sobie wymyślił. Drew nie był kimś, kto by się zadawał z dziewczynami.
Był nieśmiały, stale siedział w tej swojej autotronice i grach fantasy.
Ciągle nad czymś pracował.
- Miał innych przyjaciół?
- Niewielu. Raczej trzymał się z dala od ludzi.
- Używał jakichś środków chemicznych?
- Kiedy zamierzał siedzieć całą noc, brał środki pobudzające
- Ale czy używał narkotyków?
- Drew? - Jego oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. - Niemożliwe.
Absolutnie niemożliwe. Był czysty jak łza. Nie używał żadnych
narkotyków, pani porucznik. Miał niezwykły umysł i chciał go zachować w dobrym stanie. Chciał utrzymać tę pracę, awansować. Może pani zapomnieć
o tym gównie, oszczędzi sobie pani czasu.
- Jesteś pewien, że zauważyłbyś, gdyby z czymś eksperymentował?
- Po pięciu miesiącach można poznać człowieka. - Oczy Cartera
posmutniały. - Tak łatwo się przyzwyczaić do czyichś nawyków i w ogóle.
Jak mówię, raczej nie widywał się z innymi ludźmi. Szczęśliwszy był sam,
kiedy się bawił swoim sprzętem i tkwił po uszy w programach
interaktywnych.
- A więc introwertyczny samotnik.
- Tak, można tak powiedzieć. Ale wcale nie był smutny ani przygnębiony.
Mówił, że pracuje nad czymś dużym, nad jakąś nową zabawką, jak to
nazywał - ciągnął cicho Carter. - W zeszłym tygodniu powiedział, że tym
razem zbije na tym fortunę i będzie się mógł równać z Roarkiem.
- Z Roarkiem?
- Nie miał na myśli nic złego - odrzekł szybko Carter, próbując bronić
zmarłego. - Musi pani wiedzieć, że Roarke dla wielu z nas jest grubą
rybą, przykładem człowieka sukcesu. Gościem, który zdobył wszystko.
Opływa w pieniądze, nosi drogie ubrania, ma piękne domy, władzę i seksowną żonę... - urwał i zarumienił się. - Przepraszam.
- Nie ma za co. - Zdecydowała, że później się zastanowi, czy bardziej ją
bawi czy dziwi fakt, że dwudziestoletni chłopak uważa ją za seksowną.
- Po prostu wielu z nas, z ekipy technicznej - w ogóle wielu tutaj - ma
duże aspiracje. Roarke jest dla nich wzorem do naśladowania. Drew też go
podziwiał. Był ambitny, pani Ro... pani porucznik. Snuł plany, miał jakieś
cele. Dlaczego to zrobił? - Nagle oczy mu zwilgotniały. - Dlaczego?
- Nie wiem, Carter. Czasem tak jest, że nikt nie wie.
Zadała mu jeszcze kilka pytań dotyczących ich znajomości, aż w końcu
uzyskała w miarę skrystalizowany portret Drew Mathiasa. Godzinę później
nie pozostało jej nic innego, jak tylko złożyć z tych kawałków sensowny
raport dla kogoś, kto się tym będzie zajmował i zamknie sprawę.
Oparła się o lustrzaną ścianę windy, gdy razem z Roarkiem wracali do
siebie na górę.
- To był dobry pomysł, żeby przenieść Cartera na noc do innego pokoju na
inne piętro. Może będzie lepiej spał.
- Będzie lepiej spał, jeżeli weźmie jakieś proszki nasenne. A co z tobą?
Nie będziesz miała kłopotów ze snem?
- Nie. Wszystko byłoby prostsze, gdybym znalazła choć drobną wskazówkę,
co go mogło tak zgnębić i popchnąć do samobójstwa. - Wyszła na korytarz,
czekając, aż Roarke wyłączy system zabezpieczeń i otworzy drzwi. - Z mojej rozmowy z Carterem wyłonił się obraz przeciętnego fachowca,
pracoholika o wielkich aspiracjach. Nieśmiałego wobec kobiet i uciekającego w świat fantazji. Zadowolonego z tego, co robi. - Wzruszyła
ramionami. - Nie było zarejestrowanych połączeń, żadnych wysłanych ani
odebranych wiadomości w poczcie elektronicznej, zabezpieczenie wejścia
włączył o szesnastej Mathias, a wyłączył Carter trzydzieści trzy minuty
po północy. Nie miał żadnych gości, nigdzie nie wychodził. Po prostu
został na cały wieczór w domu i się powiesił.
- A więc to nie zabójstwo.
- Nie, to nie zabójstwo. - Zastanawiała się, czy to lepiej, czy gorzej.
- Nie ma kogo winić ani karać. Chłopak nie żyje, to wszystko. -
Odwróciła się gwałtownie i zarzuciła mu ręce na szyję. - Roarke,
zmieniłeś moje życie.
Zdumiony, uniósł twarz Eve. Nie, oczy miała suche, lecz pałały złością.
- O co chodzi?
- Zmieniłeś moje życie - powtórzyła. - A w każdym razie jego część.
Sporą część. Chcę, żebyś o tym wiedział i pamiętał, kiedy wrócimy i zaczniemy żyć naszymi codziennymi sprawami. To na wypadek, gdybym
zapomniała ci powiedzieć, jak wiele dla mnie znaczysz.
Wzruszony, musnął ustami brew Eve.
- Nie pozwolę ci o tym zapomnieć. Chodź do łóżka, jesteś zmęczona.
- To prawda. - Odgarnęła z czoła włosy i ruszyła w stronę sypialni.
Zostało im mniej niż czterdzieści osiem godzin, przypomniała sobie. Nie
można pozwolić, by tamta niepotrzebna śmierć zepsuła im ostatnie godziny
miesiąca miodowego. - Przekrzywiła głowę i zatrzepotała rzęsami. -
Wiesz, Carter uważa, że jestem seksowna.
Roarke zatrzymał się i spojrzał na nią podejrzliwie.
- Słucham?
Och, uwielbiała, kiedy w jego śpiewnym, irlandzkim głosie pojawiała się
ostrzejsza nuta.
- Poza tym jesteś grubą rybą - ciągnęła, przyglądając się mężowi spod
oka i rozpinając koszulę.
- Doprawdy? Ja?
- Bardzo grubą rybą, albo, jak by powiedziała Mavis, megagościem. A gdybyś się zastanawiał dlaczego, jedną z przyczyn jest to, że masz
seksowną żonę.
Rozebrana do pasa, usiadła na brzegu łóżka i zsunęła buty. Kiedy na
niego popatrzyła, stał z rękami w kieszeniach i szczerzył zęby w uśmiechu. Ona też się uśmiechnęła i zauważyła, że od razu poczuła się
lepiej.
- Co więc zamierzasz zrobić ze swoją seksowną żoną, megagościu? -
spytała, odrzucając w tył głowę i unosząc brwi.
Roarke oblizał wargi i postąpił krok naprzód.
- Może ci po prostu udowodnię, jaki ze mnie megafacet?
*
Mając w perspektywie powrót, sądziła, że tym razem lepiej zniesie podróż
z szybkością wystrzelonej w przestrzeń piłeczki. Myliła się.
Przekonywała Roarke'a, używając bardzo logicznych jej zdaniem
argumentów, że nie wsiądzie do jego prywatnego statku.
- Nie chcę się zabić.
Roześmiał się tylko, co okropnie rozzłościło Eve, po czym wziął ją na
ręce i po prostu wniósł na pokład.
- Nie zamierzam tu zostać. - Serce zabiło jej z niepokoju, kiedy wszedł
do luksusowo urządzonej kabiny. - Mówię poważnie. Będziesz mnie musiał
obezwładnić, żebym nie uciekła z tej latającej pułapki.
- Mhm. - Usiadł na szerokim, płaskim fotelu z gładkiej, ciemnej skóry,
wziął ją na kolana i szybkim ruchem przypiął pasami, przytrzymując mocno
za ręce, żeby się nie wyrwała.
- Hej, przestań. - W panice zaczęła się szamotać i rzucać. - Puść mnie w tej chwili, słyszysz?
Czując zgrabny tyłeczek Eve wiercący się na jego kolanach, wiedział już,
jak spędzą pierwsze godziny podróży.
- Startuj, gdy tylko dostaniesz pozwolenie - rozkazał pilotowi.
Uśmiechnął się do stewardesy. - Niczego na razie nie będziemy
potrzebować - oznajmił i gdy dyskretnie opuściła kabinę, zamknął drzwi.
- Zrobię ci coś złego - zagroziła Eve. Kiedy usłyszała pomruk włączonych
silników i poczuła pod stopami lekką wibrację, zapowiadającą rychły
start, przez chwilę pomyślała o przegryzieniu trzymających ją pasów. -
Nie ma mowy, nigdzie nie lecę - oświadczyła stanowczo. - Powiedz mu,
żeby wyłączył silniki.
- Za późno. - Objął ją i wtulił nos w jej szyję. - Rozluźnij się. Zaufaj
mi. Jesteś tu bezpieczniejsza niż w samochodzie w środku miasta.
- Gówno prawda. O, Boże! - Zacisnęła powieki, gdy silnik wydał z siebie
głośny ryk. Miała wrażenie, że wahadłowiec rusza pionowo w górę,
wtłaczając jej żołądek w trzewia. Przyspieszenie uderzyło ją w plecy i przykleiło do Roarke'a.
Dopóki tor lotu się nie wyrównał, nie śmiała odetchnąć. Po chwili
zorientowała się, że wstrzymywanie oddechu jest powodem silnego ucisku,
jaki czuje w piersiach, toteż z ulgą wypuściła powietrze, po czym
nabrała nowy haust, jak nurek wynurzający się z głębiny na powierzchnię.
Nadal żyła, a to już było coś. Teraz mogła się zemścić. Nagle zauważyła,
że ma nie tylko rozpięty pas, ale i koszulę, a na piersiach poczuła ręce
Roarke'a.
- Jeśli sądzisz, że po tym wszystkim możemy się kochać...
W odpowiedzi obrócił ją twarzą do siebie. W jego oczach zauważyła błysk
rozbawienia i pożądania, a po chwili jego wargi zamknęły się wokół jej
piersi.
- Ty draniu. - Ale zaraz się roześmiała, czując, jak przeszywa ją
rozkoszny dreszczyk. Przytrzymała głowę Roarke'a.
Nigdy nie była obojętna na to, co jej robił, co robił dla niej. Zawsze
ogarniała ją fala podniecenia, nadchodząca wolno, lecz nieubłaganie, od
której drżała z niecierpliwości. Przylgnęła do niego i zapomniała o wszystkim - istniały tylko jego wargi, zęby i język.
To ona pociągnęła go na gruby, miękki dywan i przyciągnęła jego usta do
swoich.
- Chcę - szepnęła, szarpiąc go za koszulę, pragnąc poczuć dotyk
twardego, muskularnego ciała. - Chcę cię poczuć w sobie.
- Mamy mnóstwo czasu. - Znów pochylił się nad jej piersiami, drobnymi i twardymi, które zdążyły się już ogrzać od jego dłoni. - Chcę poczuć twój
smak.
Zaczął jej kosztować, próbując całej palety subtelnych smaków: od ust,
przez szyję, ramiona, do piersi. Robił to delikatnie i czule, z finezją
konesera i w skupieniu, koncentrując się na przyjemności, którą dawał i brał.
Poczuł, jak pod jego ustami i dłońmi ciało Eve zaczyna drżeć.
Jej skóra zwilgotniała, gdy zawędrował ustami do jej brzucha i pomógł
jej zsunąć dżinsy. Lekko skubnął zębami wewnętrzną stronę jej uda,
drażniąc ją językiem, aż z ust Eve wydobył się jęk. Wygięła biodra w łuk, a on uniósł ją lekko i otworzył. Gdy jego język leniwie wśliznął
się w jej gorące wnętrze, poczuła przenikającą ją falę pierwszego
orgazmu.
- Jeszcze. - Ruchy Roarke'a stały się bardziej gwałtowne. Przy nim Eve
umiała się wyzbyć wszelkich zahamowań, zrzucić wszystkie maski.
Zatracała się w tym, co robili.
Wstrząsnął nią dreszcz i jej ręce opadły bezwładnie na dywan. Roarke
przesunął się wyżej i łagodnie w nią wszedł. Posiadł ją.
Otworzyła oczy i napotkała jego spojrzenie. Wzrok miał skupiony,
opanowany. Chciała zburzyć ten jego spokój, tak jak on wstrząsnął nią.
- Jeszcze - błagała, oplatając go w pasie nogami, by poczuć go głębiej.
W jego oczach ujrzała ciemny błysk, błysk namiętności, która żyła w nim
przyczajona. Eve przyciągnęła do siebie jego głowę i musnęła zębami
pięknie wykrojone wargi. Zaczęła się pod nim poruszać.
Wplótł palce w jej włosy, oddychając coraz szybciej i wbijając się w nią
coraz mocniej, do końca, w pełnym zapamiętania rytmie. Wydawało mu się,
że za chwilę jego serce wybuchnie. Eve nie pozostawała mu dłużna,
oddając cios za cios, pchnięcie za pchnięcie, drapiąc mu paznokciami
plecy, ramiona, biodra. Stopili się razem w słodkim, przeszywającym
bólu.
Poczuł, że Eve ma drugi orgazm - jej mięśnie zacisnęły się jak żelazne
kleszcze. Jeszcze raz, zdołał tylko pomyśleć. Jeszcze i jeszcze raz, bez
wytchnienia nacierał na nią, wchłaniając w siebie jej jęki i zdyszane
skargi, słuchając z dreszczem dźwięku, jaki przy każdym zetknięciu
wydawały ich wilgotne ciała.
Ciało Eve znów naprężyło się konwulsyjnie. Roarke wtulił twarz w jej
włosy, wbił się w nią ostatni raz i skończył.
Opadł na nią. W głowie miał mętlik, w skroniach mu huczało. Eve leżała
pod nim wyczerpana i czuł tylko oszalałe bicie jej serca.
- Nie możemy tak dalej - zdołała powiedzieć po długiej chwili. - Kiedyś
się pozabijamy.
Roarke złapał oddech i cicho się zaśmiał.
- I tak kiedyś umrzemy. Wiesz, chciałem, żeby było bardziej romantycznie
- jakieś wino i dyskretna muzyka lepiej by zakończyły miesiąc miodowy. -
Uniósł głowę i uśmiechnął się do Eve. - Ale to też było niezłe.
- Co wcale nie znaczy, że już nie jestem na ciebie wkurzona.
- Oczywiście. Kiedy jesteś na mnie wkurzona, zawsze kochanie wychodzi
nam najlepiej. - Złapał ją zębami za podbródek, przesunął językiem po
drobnym dołeczku. - Uwielbiam cię, Eve.
Czekając, aż przyjmie do wiadomości jego słowa, co zwykle zabierało
trochę czasu, zsunął się z niej, wstał i nagi podszedł do stojącej
między krzesłami oszklonej szafki. Położył na niej dłoń i drzwiczki się
otworzyły.
- Mam coś dla ciebie.
Spojrzała podejrzliwie na aksamitne pudełeczko.
- Nie musisz mi dawać prezentów. Wiesz, że na to nie czekam.
- Wiem. Czujesz się skrępowana i zakłopotana. - Uśmiechnął się. - Może
właśnie dlatego to robię. - Usiadł obok niej na dywanie i podał Eve
pudełko. - Otwórz.
Pomyślała, że to pewnie jakaś biżuteria. Czasem odnosiła wrażenie, że
Roarke czerpie jakieś profity z obsypywania ją klejnotami: brylantami,
szmaragdami i złotem, które wprawiały ją w osłupienie i zażenowanie.
Kiedy jednak otworzyła pudełeczko, zobaczyła zwykły biały kwiat.
- Kwiat?
- Z twojego ślubnego bukietu. Kazałem go spreparować.
- To petunia. - Wyjęła kwiat z pudełka i poczuła, że ze wzruszenia
wilgotnieją jej oczy. Najzwyklejszy kwiatek, który rósł w prawie każdym
ogrodzie. Miał miękkie i wilgotne świeże płatki.
- Jedno z moich przedsiębiorstw pracuje nad nowym procesem
zabezpieczenia roślin. Zachowują się bez zmian struktury wewnętrznej.
Chciałem, żebyś go miała. - Objął dłońmi jej ręce. - Żebyśmy oboje go
mieli i pamiętali, że pewne rzeczy mogą przetrwać.
Uniosła oczy. Oboje doświadczyli kiedyś biedy, pomyślała, i udało im się
ją przetrzymać. Przeżywali tragiczne chwile, mieli do czynienia z przemocą i ją także zdołali pokonać. Szli tak różnymi drogami, by
wreszcie się spotkać i dalej podążać razem.
Pewne rzeczy, pomyślała. Tak, pewne zwykłe rzeczy mogą przetrwać. Takie
jak miłość.
Rozdział 3
3
Trzy tygodnie nie zmieniły niczego w centrali policji. Kawa w automacie
wciąż wydawała się trucizną, panował tu nadal okropny zgiełk, a widok z jej małego okna był tak samo ponury.
Eve wchodziła do siebie z bijącym z emocji sercem.
Czekała na nią wiadomość od kolegów z wydziału. Mrugała na jej
monitorze, Eve domyśliła się więc, że to stary Feeney, spec od
elektroniki, złamał jej kod.
Witamy z powrotem zakochaną panią porucznik.
Bara-bara.
Bara-bara? Parsknęła krótkim śmiechem. Humor być może trochę sztubacki,
ale od razu poczuła się jak w domu.
Rzuciła okiem na bałagan na biurku. Nie miała czasu posprzątać między
nieoczekiwanym zamknięciem ostatniej sprawy, swoim wieczorem panieńskim
i weselem. Na szczycie starych papierów zauważyła jednak starannie
opakowany i opisany dysk.
Doszła do wniosku, że to robota Peabody. Włożyła dysk do stojącego na
biurku komputera i z przekleństwem na ustach walnęła urządzenie, które
dostało napadu czkawki. Po chwili zobaczyła, że niezawodna
funkcjonariuszka Peabody napisała raport z aresztowania i zdążyła go
zalogować.
Eve pomyślała, że tej dziewczynie pewnie nie było teraz łatwo. Zwłaszcza
że spała z oskarżonym.
Rzuciła okiem na stertę zaległej pracy i skrzywiła się. Kilka następnych
dni miała zapchanych rozprawami w sądzie. Sztuczki, jakich musiała
dokonywać w swoim planie zajęć, by mogli wyjechać z Roarkiem na całe
trzy tygodnie, miały swoją cenę. Teraz przyszedł czas zapłaty.
Przypomniała sobie, że on też musiał dokonywać cudów w swoim rozkładzie
zajęć. Ale wrócili już do rzeczywistości i do pracy. Jednak zamiast
przejrzeć zaległe sprawy, w których wkrótce będzie musiała zeznawać,
włączyła wideokom i wywołała funkcjonariuszkę Peabody.
Na ekranie monitora zamigotała znajoma, poważna twarz, otoczona hełmem
ciemnych włosów.
- Witamy w pracy, pani porucznik.
- Dziękuję, Peabody. Przyjdź do mojego biura. Natychmiast.
Nie czekając na odpowiedź, wyłączyła monitor i uśmiechnęła się do
siebie. Sama postarała się o to, żeby Peabody przeniesiono do wydziału
zabójstw. Teraz zamierzała uczynić następny krok. Znów włączyła
wideokom.
- Porucznik Dallas. Czy szef jest wolny?
- Witam, pani porucznik. - Sekretarka komendanta rozpromieniła się. -
Jak się udał miesiąc miodowy?
- Doskonale. - Zdawało się jej, że dostrzegła jakieś ciepło w oczach
kobiety. "Bara-bara" ją rozbawiło. Poczuła się skrępowana rozmarzonym
spojrzeniem sekretarki. - Dziękuję.
- Była pani uroczą panną młodą, pani porucznik. Widziałam zdjęcia, poza
tym słyszałam trochę. Na różnych kanałach było pełno plotek. Widzieliśmy
kilka migawek z panią w Paryżu. Wyglądało to bardzo romantycznie.
- Tak. - Cena sławy, pomyślała Eve. I Roarke'a. - Było bardzo... miło.
Mogę rozmawiać z komendantem?
- Ach, tak, oczywiście. Chwileczkę.
Monitor zamigotał, a Eve wzniosła oczy do sufitu. Musiała się pogodzić z tym, że jest w centrum uwagi, ale na pewno nigdy jej się to nie spodoba.
- Dallas. - Uśmiech komendanta Whitneya wypełniał prawie całą szerokość
ekranu. Jego ciemna twarz miała jakiś nieokreślony wyraz. - Wygląda
pani... bardzo dobrze.
- Dziękuję, panie komendancie.
- Jak się udał miesiąc miodowy?
Chryste, pomyślała. Kto jeszcze będzie ją pytać, jak bardzo podobało się
jej pieprzenie w różnych miejscach świata?
- Wspaniale, panie komendancie. Dziękuję. Przypuszczam, że czytał pan
już raport Peabody o zamknięciu sprawy Pandory.
- Owszem, jest dość szczegółowy. Oskarżenie wobec Casto jest nie do
podważenia. Precyzyjna robota, porucznik Dallas.
Doskonale wiedziała, że przez tę precyzyjną robotę omal się nie spóźniła
na własny ślub i cudem uszła z życiem.
- Musiałam się spieszyć - powiedziała. - Ledwie zdążyłam złożyć wniosek
o stałe przeniesienie funkcjonariuszki Peabody do mojego wydziału. Jej
pomoc w tej sprawie i wielu innych była nieoceniona.
- Jest dobrą policjantką - zgodził się Whitney.
- Również tak myślę. Komendancie, mam do pana prośbę.
Pięć minut później, kiedy do pokoju weszła Delia, Eve siedziała z powrotem przy biurku i przeglądała dane na monitorze.
- Za godzinę muszę być w sądzie - odezwała się bez zbędnych wstępów. - W sprawie Salvatoriego. Co wiesz na ten temat, Peabody?
- Przeciw Vito Salvatoriemu toczy się sprawa o wielokrotne morderstwo
połączone z torturowaniem ofiar. Poza tym istnieje przypuszczenie, że
rozprowadza nielegalne specyfiki, oskarżono go o zamordowanie trzech
znanych dealerów zeusa i TRL... Ofiary spalono żywcem w małym domu z pokojami do wynajęcia na Wschodnim Wybrzeżu, zeszłej zimy. Przedtem
odcięto im języki i wyłupiono oczy. Pani prowadziła śledztwo.
Peabody recytowała dane obojętnym tonem, stojąc na baczność w nienagannie zapiętym mundurze.
- Bardzo dobrze. Czytałaś mój raport z aresztowania?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki