Śmierć za 300 tysięcy - Piotr Pytlakowski, Sylwester Latkowski

-
Proszę czekać

WSTĘP

1.

Jest chłodna październikowa noc, księżyc ukryty za chmurami. W osadzie Świerczynek, w istocie na przedmieściu Drobina, ciemno choć oko wykol. Tylko na terenie zakładów mięsnych Olewnika palą się latarnie. Dom Krzysztofa Olewnika stoi za murem masarni, w cieniu. To ostatnia posesja przy drodze, dalej już tylko pola.

Wszystko, co wydarzyło się tej nocy, mogło przebiegać następująco.

W panującym mroku nawet jasny samochód marki Polonez jest niewidoczny dla postronnych. Siedzi w nim kilku mężczyzn. Obserwują drogę, na coś czekają. Tuż przed północą nadjeżdża dodge caravan. Wjeżdża przez bramę posesji, parkuje. Wysiada młody mężczyzna, wchodzi do domu.

Pasażerowie poloneza rozglądają się czujnie. Wokół nadal spokój, ani żywej duszy. Opuszczają auto. Dowodzi nimi najstarszy - zwalisty, łysiejący, gruby kark, potężne pięści. Przez bramę przedostają się bez kłopotów, ma uszkodzony zamek i oni o tym wiedzą. Obchodzą dom, po kolei ostrożnie sprawdzają wszystkie drzwi. Wreszcie trafiają na te właściwe, od tarasu. Są jedynie przymknięte, wystarczy pchnąć, aby się uchyliły. Za nimi pomieszczenie z basenem. Idą gęsiego, jeden spluwa do wody, drugi lekko się zatacza, w pewnej chwili niemal wpada do basenu. Przed upadkiem ratuje go kolega, chwyta za łokieć, podtrzymuje.

Wchodzą do salonu. Przed włączonym telewizorem siedzi ten, którego szukają. Słyszy jakieś odgłosy, odwraca się, widzi całą grupę. Zrywa się, chce uciekać. Próbują go obezwładnić, ale to nie takie proste, bo mężczyzna jest bardzo sprawny, gibki, broni się, sam próbuje atakować. Trwa walka, lecą krzesła, spadają przedmioty ze stołu, oberwane żaluzje lądują na podłodze. Napastnicy już wiedzą, że nie pójdzie im łatwo. Facet miał być słaby i przestraszony, a jest odwrotnie, to oni ciężko dyszą i zaczynają się bać, że stróż z pobliskiej masarni usłyszy hałasy. Czatując w polonezie, zażyli trochę amfy, dla odwagi. Teraz to się mści, bo narkotyk na dłuższą metę odbiera im siły.

Do akcji wkracza sam szef. Nie brał narkotyku, panuje nad sobą. Uderza ofiarę kolbą karabinka skorpion. Trafia w nos, słychać chrzęst kości, leje się krew. Mężczyzna osuwa się na ziemię. Napastnicy chwytają go, krępują mu ręce, zalepiają plastrem usta. Zabierają się do plądrowania pomieszczeń, ale herszt ponagla: - Spierdalamy!

Wynoszą jeńca i wpychają go do stojącego na terenie posesji samochodu marki BMW. Jeden z nich próbuje odjechać polonezem, ale wpada do rowu. Przez kilka minut piłuje silnikiem, koła buksują i maszyna zakopuje się w błocie. Ten najstarszy każe mu przestać. Podczepia do poloneza linkę, drugi koniec mocuje do beemki. Po chwili oba samochody odjeżdżają.

Ale wydarzenia w domu Krzysztofa Olewnika mogły przebiegać według innego scenariusza. Taką wersję równie poważnie jak poprzednią badali później śledczy.

Krzysztof po powrocie do domu uchyla drzwi balkonowe prowadzące z basenu na taras. Zasiada przed telewizorem, czeka. Faceci z poloneza wpadają do domu i wspólnie z rzekomą ofiarą robią bałagan jak po przejściu tornada. Tylko krew jest prawdziwa, bo Krzysztof dostaje cios w twarz. Krwotok z nosa jest wystarczająco obfity, by można było wysmarować na czerwono ściany, aby ci, którzy rano będą to oglądać, nabrali przekonania, że walka była autentyczna, a sprawcy bezwzględni. Napastnicy i ich rzekoma ofiara zgodnie wychodzą z domu, wsiadają do BMW. Krzysztof sam wyłącza zabezpieczenia w samochodzie. Odjeżdżają.

Według tej wersji porwanie jest inscenizacją. Krzysztof wynajmuje bandytów i pozoruje własne uprowadzenie, bo boi się zazdrosnego męża jednej ze swoich licznych wtedy partnerek i dochodzi do wniosku, że bezpieczniej będzie zniknąć na jakiś czas. Przy okazji chce też odegrać się na ojcu za upokorzenia, jakich od niego doznał. Po jakimś czasie, po zapłaceniu przez rodzinę okupu, Krzysztof ma zamiar wrócić do domu.

Jest też wersja trzecia.

Krzysztof i jego przyjaciel Jacek mają kłopoty finansowe. Ich firma wpada w długi, Włodzimierz Olewnik zapowiada ostrą kontrolę, podejrzewa, że jego pieniądze zainwestowane w ten interes ulatniają się. 25-latkowie postanawiają zemścić się na starym. Najpierw miała być inscenizacja, pozorowane uprowadzenie zaplanowane przez Krzysztofa i jego przyjaciela Jacka. Ale później wszystko wymyka się spod kontroli. Wynajęci do spektaklu bandyci przejmują inicjatywę. Na koniec mordują.

Część sprawców schwytano i osądzono, ale śledztwo wciąż trwa. W czasie kiedy piszemy te słowa, codziennie pojawiają się nowe rewelacje. Aresztowano Jacka, przyjaciela Krzysia. Postawiono mu zarzut udziału w grupie porywaczy. W kolejce za kraty czekają następne osoby.

Nadal nie wiadomo, czy było to zwykłe kryminalne uprowadzenie syna bogatego człowieka dla okupu, czy też przemyślna akcja mająca na celu nie tylko uzyskanie pieniędzy z okupu, ale też zemstę na Włodzimierzu Olewniku i w perspektywie przejęcie jego potężnej firmy mięsnej.

2.

Historia porwania i śmierci Krzysztofa Olewnika już na zawsze pozostanie wyrzutem sumienia. Winni są ci, którzy nie potrafili go uratować, ale też ci, którzy przez kilka lat oganiali się od zrozpaczonej rodziny ofiary, jakby przepędzali natrętne muchy. W gruncie rzeczy ta sprawa ciąży wszystkim: policjantom, prokuratorom, politykom, dziennikarzom i milionom obywateli, którzy nagle spostrzegli, że to nie jedno ze zwykłych zdarzeń kryminalnych, ale dramatyczny przykład bierności potężnego aparatu państwa wobec tragedii jednostki. Kiedy w Sejmie siostra Krzysztofa, Danuta Olewnik-Cieplińska powiedziała: "Ja już nie wierzę w to państwo!", wielu uznało, że też już nie wierzy.

Ale wcześniej przez kilka lat Olewnikowie i ich dramat nie skupiali większej uwagi. Ot, sprawa jakich wiele. Ktoś zaginął, rodzina go szuka - zwykła rzecz. W tych czasach co kilka dni w Polsce uprowadzano kogoś dla okupu, a z enigmatycznych komunikatów policyjnych wcale nie wynikało, że dzieje się coś nadzwyczajnego. Panowała opinia, że wzajemne porwania to forma rozliczeń między gangsterami i lepiej się w to nie mieszać. W policyjno-bandyckim slangu uprowadzenie nazywano zawinięciem. Ci z mafii pruszkowskiej zawinęli tego z mafii wołomińskiej albo na odwrót. Zawinąć kogoś znaczyło to samo, co w języku bankowym negocjacje finansowe. Nic groźnego, po prostu forma rozliczenia. W takiej atmosferze, kiedy znikał kolejny zawinięty, policja, owszem, robiła swoje, ale bez entuzjazmu.

Tak działo się w Olsztynie, gdzie w 2000 r. doszło do niebywałej serii ponad 20 aktów kidnapingu. Ofiarami padali miejscowi biznesmeni i członkowie ich rodzin, a policja rozkładała ręce. Zastraszone środowisko ludzi biznesu postanowiło samo się bronić, powołano Warmińsko-Mazurskie Stowarzyszenie na Rzecz Bezpieczeństwa, którego dyrektorem został emerytowany policjant, były komendant miejski w Olsztynie. Delegacje członków stowarzyszenia wydeptały ścieżki do Komendy Głównej Policji, CBŚ, MSWiA, resortu sprawiedliwości, do parlamentarzystów i ministrów. Ich problem w końcu przestano bagatelizować, powołano specjalną grupę do walki z olsztyńskimi porwaniami. To wtedy sławę zyskał młody, 28-letni prokurator Piotr Jasiński. Rozpracował gang porywaczy, postawił kilkunastu bandytów przed sądem i doprowadził do ich skazania na wieloletnie wyroki więzienia. Stowarzyszenie biznesmenów z Olsztyna i prokurator Jasiński w naszej opowieści odegrają jeszcze ważną rolę, wrócimy do nich w dalszej części.

3.

O porwaniu syna przedsiębiorcy z Drobina pod Płockiem media donosiły wstrzemięźliwie. Kilka razy wrócił do tej sprawy Michał Fajbusiewicz w swoim programie telewizyjnym "997", pojawiło się też trochę informacji prasowych. Jedna z niemieckich stacji telewizyjnych nakręciła o tym porwaniu reportaż, ale jego głównym bohaterem był prywatny detektyw Krzysztof Rutkowski, zaangażowany przez Włodzimierza Olewnika już następnego dnia po porwaniu jego syna. Zasadniczo jednak w mediach panowała cisza.

Wydawcy telewizyjni i redaktorzy prasowi nie czuli potencjału tej historii. Dziennikarze, którzy chcieli drążyć dalej temat, słyszeli, że sprawa jest już skonsumowana. O czym tu jeszcze pisać, to nudne! Dzisiaj to zabrzmi jak anegdota, chociaż gorzka: kiedy na kolegium redakcyjnym jednej z gazet reporter zgłaszał chęć opisania porwania Krzysztofa Olewnika, usłyszał od szefa działu, że to temat przechodzony i żeby zajął się czymś ciekawszym. Po latach, gdy Olewnikowie byli już na ustach całej Polski, ten sam szef grzmiał w telewizji, że to skandal, że sprawę tego porwania lekceważono i nawet media nie dostrzegły jej wagi.

Zainteresowanie wzrosło, kiedy schwytano sprawców, a w październiku 2006 r. znaleziono ciało zamordowanego. Potem przed płockim sądem odbył się proces gangu porywaczy, zapadły wyroki.

Rodzina ofiary wciąż przekonywała, że na ławie oskarżonych nie zasiadają wszyscy winni zbrodni, że ktoś odpowiada za błędy w śledztwie, a ktoś inny mógł porwanie zaplanować i teraz kryje się w cieniu. Olewnikowie opowiadali o bezdusznych politykach, których bezskutecznie błagali o pomoc, sugerowali, że osoby z ważnych gabinetów też w jakiejś mierze uczestniczyły w spisku na życie ich syna i brata. Ich wynurzenia traktowano z dystansem. Przeżyli dramat i teraz wszędzie wietrzą spisek. Opinia publiczna nadal nie wykazywała szczególnego zainteresowania tą historią.

4.

Wszystko zmieniło się, kiedy w płockim areszcie popełnił samobójstwo Sławomir Kościuk, jeden z morderców Krzysztofa. To było już drugie samobójstwo w tej sprawie. Rok wcześniej w areszcie w Olsztynie pozbawił się życia Wojciech Franiewski uznany przez śledczych za szefa gangu. A do tej listy na początku 2009 r. dołączył trzeci główny sprawca - Robert Pazik. Powiesił się w płockim więzieniu. Taka seria działa na wyobraźnię. Spowodowała, że nagle wybuchło niebywałe zainteresowanie Olewnikami i ich tragedią.

Temat podjęły wszystkie media. Sprawę komentowali politycy od lewej do prawej. Olewników zapraszano do Sejmu, gościli w gabinetach ważnych ministrów, nawet ich adwokaci stali się rozpoznawalni, bo pokochały ich kamery. Prawo i Sprawiedliwość nawoływało do ustanowienia specjalnej sejmowej komisji śledczej, która... i tu był kłopot, bo według pomysłodawców, powinna była nie tylko wskazać zaniedbania w śledztwie, ale też ujawnić polityczne tło zbrodni i zdemaskować autorów spisku zawiązanego przeciwko rodzinie Olewników. Bez aprobaty przeważającej w Sejmie Platformy Obywatelskiej taka inicjatywa nie miała szans. Ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski nie był entuzjastą komisji. Twierdził, że wszystko trzeba zostawić prokuraturze, która prowadzi śledztwo w sprawie zaniedbań. Ale po samobójstwie Roberta Pazika nastąpił przełom. Ćwiąkalski oddał się do dyspozycji premiera, ten dymisję przyjął i obwieścił, że komisję trzeba powołać. Nowy minister sprawiedliwości Andrzej Czuma już obiekcji nie zgłaszał... w czasie kiedy piszemy te słowa, komisja śledcza ds. porwania Krzysztofa Olewnika jest już po pierwszych posiedzeniach. Czy coś wyjaśni - nie wiemy, ale jedno jest pewne, politycy zrozumieli, że na tragedii Olewników można wiele ugrać, bo ta sprawa jest wyjątkowa i niesłychanie ważna dla opinii publicznej.

5.

Nagły wybuch ogólnonarodowej fascynacji sprawą Olewników to prawdziwy fenomen społeczny. Łzy ojca, drżący głos siostry i ich przejmująca opowieść o walce i bezradności spowodowały, że utożsamiono się z nimi. Ich ból stał się bólem powszechnym. Reakcją na ich płacz był ogólny szloch. Zadawane przez nich pytania powtarzano jako własne. Dlaczego nie uratowaliście naszego syna i brata? Dlaczego zlekceważyliście nasze prośby? Dlaczego nie chcieliście w porę schwytać bandytów?

Dla wszystkich stało się jasne, że oto w majestacie państwa, pod okiem organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości popełniono straszną zbrodnię. Od chwili porwania upływały godziny, dni i tygodnie, szanse na uratowanie ofiary topniały, a śledczy wciąż brnęli w ślepe zaułki. Czas w tej sprawie miał pierwszorzędne znaczenie. Uciekał nieubłaganie, przelewał się przez palce, wreszcie go zabrakło. Po prawie 22 miesiącach Krzysztofa zamordowano. Po 55 miesiącach znaleziono jego ciało i ujawniono bezpośrednich sprawców. Dzisiaj już wiemy na pewno, że uczyniono bardzo niewiele, aby uratować Krzysztofa. A może, jak twierdzą niektórzy, nie uczyniono nic. Wykonano, co prawda, setki czynności śledczych, rozpytywano, przesłuchiwano, analizowano i badano ślady w laboratoriach, ale wciąż błądzono w labiryncie fałszywych tropów, mylnych hipotez i błędnych wersji.

Ta sprawa pozostanie w zbiorowej świadomości Polaków i będzie przywoływana jako przykład złego funkcjonowania systemu bezpieczeństwa. To tylko jedna śmierć, ale urosła do rangi symbolu. I chociaż bezpośrednich sprawców schwytano i osądzono, to wciąż panować będzie przeświadczenie, że ktoś jeszcze kryje się w cieniu, uniknął kary.

Do dzisiaj trwają dyskusje, czy w latach 30. XX wieku słynna guwernantka Rita Gorgonowa zabiła córkę swego chlebodawcy, czy też posądzono ją niesłusznie. Dyskusje o winnych śmierci Krzysztofa Olewnika także będą toczone przez dziesiątki następnych lat.

6.

Polski wymiar sprawiedliwości poniósł już wiele klęsk. Nie wiadomo, kto zabił byłego premiera Piotra Jaroszewicza i jego żonę, kto zlecił zabójstwo generała policji Marka Papały. Nieznane są kulisy wielu ciężkich zbrodni, bo w śledztwach popełniano błędy, gubiono dowody, zadeptywano ślady. Śledztwo w sprawie uprowadzenia Olewnika to, według adwokatów rodziny ofiary, błąd na błędzie, pomyłka na pomyłce. W tej książce opowiemy o rodzinie Olewników, dla których czas dzieli się na ten szczęśliwy, sprzed porwania Krzysia, i ten straszny, po porwaniu. O kulisach zbrodni i jej konsekwencjach. O tajemnicach śledztwa. O ludziach, którzy pomagali, ale i o tych, którzy żerowali na nieszczęściu. O bandytach i o policjantach. A także o błędach popełnionych przez pokrzywdzoną rodzinę i próbach wykorzystania tych obolałych, przytłoczonych nieszczęściem ludzi do celów innych niż dążenie do prawdy.

Opowiemy o historii, która już zawsze będzie pamiętana jako sprawa Olewnika.

ROZDZIAŁ I 

PRZED PORWANIEM

1. OD ROLNIKA DO BIZNESMENA

Drobin, trzy tysiące mieszkańców, charakterystyczny, prostokątny rynek z kamieniczkami pamiętającymi XIX wiek, gotycki kościół Matki Bożej Różańcowej. Sklepy, knajpy, szkoła podstawowa i gimnazjum, liceum ogólnokształcące, urząd miasta i gminy - typowe mazowieckie, trochę zapomniane miasteczko. Rytm życia wyznaczają dni targowe. Monotonię burzą jedynie samochody mknące przecinającymi Drobin szosami. Tu rozchodzą się szlaki na Toruń, Ciechanów, Płock i Warszawę. Do powiatowego Sierpca kilkanaście kilometrów.

W Drobinie każdy zna każdego. Wiadomo kto, z kim i kiedy. Kto pije i kto bije. Kto jest robotny, a kto ma dwie lewe ręce. A już rodzinę Olewników znają tu szczególnie dobrze. Trochę podziwiają, trochę zazdroszczą.

Zakłady Mięsne "Olewnik" w Świerczynku przylegającym do Drobina to potentat nie tylko na lokalną skalę. Największy pracodawca w powiecie (około tysiąca zatrudnionych). Największy płatnik podatków. Najhojniejszy sponsor i darczyńca. A sam właściciel Włodzimierz Olewnik to swojak. Nie wywyższa się, nie zadziera nosa. Mówi językiem prostym, każdy go zrozumie. Mieszka w skromnym, jak na wyobrażenia o luksusach, w jakie opływają bogaci biznesmeni, domu. Od zakładów dzieli go jedynie lokalna droga. Dom jego syna, Krzysztofa Olewnika, stoi kilkaset metrów dalej. Wybudowano go rok przed porwaniem. Basen, salka gimnastyczna, luksusowe wyposażenie. W Drobinie to chyba najwystawniejsza willa.

Za czasów PRL Włodzimierz był rolnikiem. Do 1976 r. mieszkał w Raciążu, potem już w Drobinie. Kupił gospodarstwo rolne, uprawiał warzywa (głównie cebulę), później hodował świnie, wzbogacił się. W 1989 r. otworzył w Świerczynku masarnię. Interes kręcił się nadspodziewanie dobrze, dlatego kiedy Olewnik dowiedział się, że można tanio kupić upadające zakłady mięsne w Sierpcu, wszedł w to bez wahania. Dzisiaj rodzina Olewników posiada imperium. W Sierpcu ubojnia, w Świerczynku produkcja mięsa i wyszukanych wędlin, w 1000-hektarowym gospodarstwie rolnym hodowla świń i uprawa roślin. Jest spółka-matka i spółki-córki, np. Olewnik-Serwis, specjalizująca się w transporcie. Na czele zakładów mięsnych ("Olewnik-Bis") stoi dzisiaj starsza córka Włodzimierza, Anna (39 l.), wcześniej właścicielka sieci firmowych sklepów mięsnych. Młodsza Danuta (36 l.) zarządza własną szkołą języka angielskiego. Obie zamężne. Pierwsza z Lechem - kierującym spółką Olewnik-Serwis (obsługa transportowa zakładów mięsnych), druga z Klaudiuszem - ginekologiem. W czasie kiedy uprowadzono jej brata, Danuta szykowała się właśnie do ślubu z Klaudiuszem. Miał być wystawny, uroczystości kościelne, potem bogate weselisko. Wszystko potoczyło się inaczej. Po zaginięciu Krzysia Danuta przełożyła ślub kościelny do czasu, kiedy brat zostanie odnaleziony. Z Klaudiuszem zawarła związek cywilny, a kościelny dopiero latem 2008 roku. Mają dwoje dzieci, które przyszły na świat w złym dla rodziny momencie. Za kilka lat dzieciaki dowiedzą się, że miały wujka, którego nigdy nie poznały, bo zamordowali go bandyci. Teraz jeszcze nie rozumieją, dlaczego mama chodzi ubrana na czarno, a babcia tak często płacze.

Żona Włodzimierza, Ewa, od zawsze zajmowała się domem, dziećmi, teraz dodatkowo wnukami. Jej twarz naznaczyła rozpacz. Pojawiła się 27 października 2001 r. i już chyba nigdy nie zniknie.

2. SYNUŚ I JACO

Krzysztof, najmłodszy z dzieci Ewy i Włodzimierza, rocznik 1976, był, co tu kryć, maminym synkiem. Matka go rozpieszczała, ojciec wymagał. Wymarzył sobie, że kiedyś to Krzysio przejmie po nim schedę. Ale syn nie wykazywał uzdolnień biznesowych. Ojciec żalił się nawet znajomym, że chłopakowi wciąż w głowie śpiewają skowronki, nie chce się uczyć. Ganił go za to, a wtedy mama skrycie syna pocieszała. Ale Włodzimierz miał też powody do radości. Krzyś od dziecka interesował się rolnictwem. Podobno w wieku siedmiu lat nauczył się jeździć na traktorze. I lubił pracować w gospodarstwie.

Krzysztof najlepiej czuł się w towarzystwie Danusi. Starszej o trzy lata siostrze mógł powierzać swoje dziecięce sekrety, radzić się, żalić. Zawsze trzymała jego stronę, kiedy trzeba pocieszała albo chwaliła. A kiedy dorósł, nadal traktował Danusię jako powiernicę swoich, teraz już męskich, tajemnic. Miał powodzenie u dziewczyn, siostra rosła w dumę, kiedy koleżanki zachwycały się jego urodą. Często razem chodzili na imprezy. Krzysztof super tańczył. Na zdjęciach z tego okresu zachowały się ujęcia, kiedy tańczyli razem. Krzysztof uśmiechnięty, Danusia wpatrzona w niego z miłością. Ich bliskie relacje tłumaczą, dlaczego po porwaniu to głównie Danuta Olewnik, a nie najstarsza z rodzeństwa Anna, tak walczyła o ratunek dla Krzysia. Chodziła z ojcem do ministrów, czekała na audiencje udzielane łaskawie przez prokuratorów. I tak zostało do dzisiaj. To Danuta z ojcem, a nie jej mama i siostra, występują publicznie, domagają się ukarania winnych zaniedbań.

Od podstawówki Krzysztof przyjaźnił się z Jackiem Krupińskim 1. Siedzieli w jednej ławce, a po szkole też byli nierozłączni, grali w piłkę, chodzili do cukierni i podrywali koleżanki. Krzysztof nazywał przyjaciela "Jaco", a ten rewanżował się ksywką "Synuś" (w znaczeniu: maminsynek).

Mama Jacka była kucharką, ojciec pracował w warsztacie. W latach 80. status społeczny obu rodzin był mniej więcej równy, chociaż Olewnikom powodziło się nieco lepiej, rolnictwo dawało dochody, a szczególnie chów trzody. Ale później, po otwarciu pierwszej masarni, finansowo to już była przepaść. Jaco schował się w cieniu Synusia, ale to go nie urażało. Ambitny, planował, że kiedyś też dojdzie do forsy.

Skończyli podstawówkę i poszli do szkół zawodowych. Jeszcze nie mieli wtedy parcia na karierę. Zawodówki były skrojone na ich miarę.

Trochę krótkowzrocznie zaplanowali sobie przyszłość, bo kiedy po trzech latach szkoły ukończyli, upomniało się o nich wojsko. Bardziej z obawy przed kamaszami niż z pędu do wiedzy obaj zdecydowali się na dalszą naukę w płockim technikum mechanicznym. Krzysiek od małego miał smykałkę do dłubania w silnikach. Skończył "mechanika", ale Jacek odpadł. Nie chciało mu się uczyć, a może proza życia wymusiła, że zamiast do szkoły poszedł do roboty.

Rodzicom Krzysztofa, tak przynajmniej dzisiaj twierdzą, przyjaźń syna z młodym Krupińskim nie przypadła do gustu. W tym chłopaku było coś dziwnego, nie ufali mu, obawiali się, że ma zły wpływ na Krzysia. Być może podejrzewali, że o ile ze strony Krzysia intencje były szczere, o tyle Jackiem kierowało wyrachowanie. Ale otwarcie nigdy nie sprzeciwili się tej znajomości, przyjaźń przetrwała. Dzisiaj Jacek Krupiński usłyszał od prokuratora zarzut udziału w gangu porywaczy, miał uczestniczyć w uprowadzeniu Krzysia. Nie przyznaje się do winy.

W obszernym liście napisanym w areszcie Jacek opowiada o swoim życiu i relacjach z Synusiem. Ujawnia, że on i jego rodzice pracowali u Olewników. Zaczął zarabiać w wieku 14 lat. Malował płoty, mył samochody firmowe. To były marne grosze, ale dla nastolatka z ubogiej rodziny niewyobrażalne kokosy. Mama zatrudniła się w masarni Olewnika, a tata najął się za stróża nocnego w jednej z firm pana Włodzimierza (Pek-Mont - Olewnik był tam jednym z udziałowców). W tej samej firmie Jacek, już dorosły, dostał pierwszy w życiu etat, był zaopatrzeniowcem. Jego kolegą z pracy był w tamtym czasie Irek Piotrowski, zwany Bokserem, skazany później za udział w porwaniu Krzysia.

"Wszystko, co miałem, zawdzięczałem Krzysztofowi" - pisze Jacek z aresztu. Dzięki tej przyjaźni korzystał z pomocy całej rodziny Olewników. Jeździł z nimi na wakacje, z Krzysiem wypuszczał się za granicę. Danka dała mu pieniądze na prawo jazdy i pożyczyła na kupno pierwszego w życiu samochodu - starego malucha. Zapamiętał wspólne sylwestry w Zakopanem z Krzyśkiem i Danusią. W końcu, jak twierdzi, za radą Krzysia otworzył własną firmę. Dostarczał materiały budowlane do zakładów Olewnika. Potem wziął się za obrót stalą. Wspomina słowa, jakie usłyszał od pana Włodzimierza: "Wierzę, że będą z ciebie ludzie". Kłamie? Chyba nie, bo przecież to sam Olewnik senior żyrował mu wtedy 100 tys. zł kredytu, jaki wziął na rozwój firmy. A potem nie chciał zwrotu pieniędzy. W zamian jednak zażądał, aby Jacek dopuścił do spółki Krzysia. Krup-Stal miał więc dwóch udziałowców, ale to nie założyciel firmy posiadał większość udziałów. Z akt prokuratorskich wynika, że 90 proc. należało do Krzysia Olewnika.

W Krup-Stalu, handlującym stalą, tak naprawdę rządził Jacek, ale czujne baczenie nad firmą miał Olewnik senior. Zapewne chciał mieć pewność, że jego pieniądze ulokowane w udziałach Krzysztofa są dobrze inwestowane. Sfinansował też budowę magazynów na stal i maszyny rolnicze. Podsyłał do Krup-Stalu swoich audytorów, co Jacka drażniło. Już po porwaniu pojawiła się informacja, że firma zajmowała się jakoby nielegalnym obrotem, handlowała lewymi fakturami. Ale jak dotąd żadna kontrola tego nie potwierdziła.

Jacek i Krzysio - chociaż już w roli poważnych biznesmenów - wciąż uchodzili w Sierpcu i Płocku za używających życia wesołków. Krzysiowi wypadało, był przecież kawalerem, ale Jacek, który w 1999 r. ożenił się z Iwoną, dziewczyną z Pruszkowa, jak na młodego męża i tatusia (szybko urodziło się im dziecko) trochę zbyt lekko podchodził do życia. Pasją obu przyjaciół były skutery wodne. Pływali po Wiśle, ścigali się, baraszkowali, cały Płock im zazdrościł. Często towarzyszył im znajomy z Płocka, Krzysztof W. zwany Panelem - lokalny król życia: drogi samochód, złoty sygnet, piękne dziewczyny. Po zaginięciu młodego Olewnika Panel wyprowadził się z Płocka. Podobno zajmuje się teraz handlem samochodami i skuterami wodnymi. Mieszka w okolicach Warszawy. Wspominamy o nim, bo to charakterystyczna postać. Krąg przyjaciół i znajomych Krzysia Olewnika składał się z wielu podobnych mu osób. Z jednymi ścigał się po Wiśle skuterami, z innymi imprezował w nocnych lokalach, z niektórymi rywalizował na strzelnicy sportowej.

Był dobrym strzelcem, podobnie jak Jacek, ale tylko Krzysio z pasją oddawał się strzelectwu. Obaj mieli legalną broń i bezterminowe zezwolenia. Grzegorz Korytowski, lokalny działacz SLD i były wicestarosta z Sierpca, dzisiaj przedstawiany jako czarny charakter i oskarżany przez Włodzimierza Olewnika o wyłudzanie pieniędzy za rzekomą pomoc w poszukiwaniu syna, a nawet o udział w spisku na jego życie, miał z Krzysztofem wspólne hobby: - W gruncie rzeczy łączyło nas zamiłowanie do broni, lubiliśmy strzelać. Jestem członkiem klubu sportowego. Krzyś strzelał tak bardziej rekreacyjnie. Pamiętam, że kiedyś jego tato zorganizował grilla na terenie obok zakładów mięsnych w Świerczynku. Miał tam coś w rodzaju strzelnicy, taki kulochwyt. I strzelaliśmy sobie do celu. Był Krzysio, Jacek Krupiński i zięć pana Włodzimierza, Lech Mikołajewski. Pytają panowie, czy to legalna strzelnica. Szczerze mówiąc, nie wiem.

Jest mało prawdopodobne, aby nieistniejąca już strzelnica w Świerczynku była legalna, ale to nie miało większego znaczenia. Na grillach u pana Włodzimierza bywali policjanci i też zabawiali się strzelaniem z ostrej amunicji do kulochwytu. Pozycja Olewnika seniora była niepodważalna. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, aby dopytywać, czy ma pozwolenie na prowadzenie strzelnicy sportowej.

Żona Jacka, Iwona, nie lubiła Krzysia. Prawdopodobnie uważała, że to on wyciąga jej męża z domu, namawia do grzechu. Krzysztof też za nią nie przepadał. Iwona była o Jacka zazdrosna. Do tego stopnia, że kiedy w domu Krzysztofa odbywało się męskie przyjęcie, to ostatnie poprzedzające uprowadzenie, przyjechała wieczorem tylko po to, aby sprawdzić, czy mąż faktycznie tam jest. Nawet nie weszła do środka. Iwona też znalazła się potem na liście podejrzanych. Pochodziła przecież z Pruszkowa, znała osoby powiązane z tamtejszym słynnym na cały kraj gangiem. Jedna z jej przyjaciółek, Dorota, była dziewczyną gangstera. Jacek spotkał się z Dorotą kilka razy. Brał namiary na gangsterów. Podczas rewizji w domu Iwony i Jacka znaleziono notes z telefonami. Był wśród nich numer do Krzysztofa M., ps. Fragles, byłego antyterrorysty z jednostki na Okęciu, który po odejściu ze służby przeszedł na drugą stronę, przystał do bandytów. Uważano go za członka gangu Mutantów specjalizującego się w napadach na tiry i porwaniach dla okupu. To Mutanci dokonali słynnego porwania syna przedsiębiorcy mięsnego z Wyszkowa. Jacek Krupiński tłumaczy w liście, że pojechał kiedyś z Dorotą nad Zalew Zegrzyński: - Mówiła mi, że ma jakiegoś gościa, który może pomóc. Jeździliśmy po przystaniach, szukaliśmy jakiejś łodzi. Dorota dzwoniła gdzieś z mojego telefonu. Później dowiedziałem się, że chodziło o Fraglesa. O wszystkim, jak pisze, powiadamiał natychmiast rodzinę Olewników. Konsultował z nimi każdy swój wyjazd w sprawie Krzysia.

Małżeństwo Iwony i Jacka nie przetrwało próby czasu. Rozwiedli się. Iwona z dzieckiem wyjechała z Drobina.

3. KRZYSZTOF I DZIEWCZYNY

Przystojniak, szczupły, wysportowany, włosy na żel, modne markowe ubranie, zawsze przy gotówce - trudno się dziwić, że u dziewczyn miał wzięcie. Z jego łatwością nawiązywania kontaktów właściwie nie było najmniejszych problemów, kiedy chciał umówić się z nieznaną dziewczyną na randkę. Dzisiaj już wiemy, że właśnie w jego życiu osobistym kolejne ekipy śledcze szukały motywów, dla których został uprowadzony. W jednym z pierwszych zeznań Olewnik senior ujawnił, że w porwaniu mógł maczać palce niejaki Paweł M., zwany Mordziatym, niebezpieczny typek z Płocka. To on bowiem groził Krzysiowi, że go załatwi. Miał pretensje, bo Krzysztof upatrzył sobie dziewczynę Mordziatego. Wziął nawet od niej numer telefonu. Podobnych zdarzeń było znacznie więcej.

W listopadzie 2005 r. warszawska Prokuratura Apelacyjna na zlecenie Ministerstwa sprawiedliwości dokonała kwerendy w aktach zgromadzonych w tej sprawie. Powstała prokuratorska analiza dokonanych ustaleń. Oto fragment dotyczący życia prywatnego Krzysztofa w ostatnim okresie przed porwaniem (analiza, podobnie jak inne dokumenty cytowane w tej książce, nie jest opatrzona klauzulą tajności):

Krzysztof Olewnik przed uprowadzeniem utrzymywał szereg kontaktów towarzyskich z kobietami. Od końca 1999 r. spotykał się z Mileną S. Formalnie znajomość trwała do maja 2001 r. Z zeznań Mileny S. wynika, iż powodem rozstania był wyjazd świadka do Japonii. W ocenie Mileny S. Krzysztof przejawiał zbyt wielkie zainteresowanie innymi kobietami. Dowiedziała się, że po jej wyjeździe w domu Krzysztofa bywały Beata S. oraz Magdalena P.

Z zeznań Jacka Krupińskiego wynika, że spotykał się z kobietą o imieniu Andżelika, z którą spotykał się najczęściej raz w tygodniu potajemnie u niego w domu lub w jakimś mieszkaniu przy ul. Kochanowskiego w Płocku. Andżelika mówiła, że jej mąż jest bardzo o nią zazdrosny i jeśliby dowiedział się o Krzysztofie to poleciałyby głowy. (...) Ustalono, że opisywana kobieta nazywa się Aneta Andżelika Sz. Leszek S. zeznał, że 2-3 miesiące przed uprowadzeniem Krzysiek mówił, że poznał jakąś mężatkę i ma z tego tytułu jakieś problemy ze strony jej faceta. Był zdenerwowany i bał się o siebie. Andżelika Sz. zeznała, że jej mąż nie wie o znajomości z Krzysztofem. Mąż przebywa w Niemczech, a wyjazdy do Niemiec są związane z jego pracą. Świadek potwierdziła, że spotykała się z Krzysztofem u Agnieszki P.

Przesłuchany w dniu 30.11.2004 r. Marek G. zeznał, że Krzysztof przed uprowadzeniem utrzymywał kontakty z dwiema poznanymi w Warszawie dziewczynami o imionach Iza i Kaśka - ustalono, że chodzi o kobiety: Izabelę L. i Katarzynę B. W toku uzupełniających zeznań Marek G. podał, że wiadomo mu także o kolejnej znajomej o imieniu Magda ze Szczecina, w związku z którą ktoś miał grozić Krzysztofowi.

Izabela L. potwierdziła, iż w okresie 1999-2001 r. spotykała się z Krzysztofem Olewnikiem, którego zapoznała przez Katarzynę B. Podała, iż zna mężczyznę o nazwisku Rafał K. z "grupy mokotowskiej" (jeden z najgroźniejszych stołecznych gangów specjalizujący się w handlu narkotykami i porwaniach dla okupu - przyp. aut.), którego poznała przez Agnieszkę B. Przed tym, jak Rafał poszedł siedzieć to mówił, że Krzysztof to dobra partia, że można wyrwać od niego parę złotych. Po wyjściu z więzienia w 2001 r. Rafał zadzwonił do świadka Izabeli L. Pytał o Krzysztofa. Izabela L. nie posiada informacji na temat możliwości zemsty przez Rafała K. na Olewniku. Do zemsty bardziej skłonny mógł być Sebastian W., którego świadek odwiedzała w Zakładzie Karnym w Warszawie przy ul. Kłobudzkiej. O uprowadzeniu K. Olewnika świadek rozmawiała z Markiem J., który wiedział kim jest Krzysztof Olewnik, ale raczej nie znał się z nim.

Z zeznań Krzysztofa W. z dnia 28.10.2001 r. wynika, że około roku przed datą składania zeznań Krzysztof Olewnik zapoznał się z Magdą P., dziewczyną piłkarza ręcznego M., który odgrażał się Krzysztofowi. Nadto Krzysztof poznał dziewczynę z Gór (miejscowość pod Płockiem - przyp. aut.), która była mężatką. W marcu 2001 r. Krzysztof poznał dziewczynę o imieniu Magda ze Szczecina, którą gościł u siebie w domu. Chłopak tej dziewczyny groził Krzysztofowi. Co do Mileny S. to Krzysztof odbił ją mężczyźnie o nazwisku K., który jest człowiekiem wybuchowym, impulsywnym. Na trzy tygodnie przed uprowadzeniem Krzysztof mówił świadkowi, że ściga go chłopak o ps. Mordziaty, który chciał go pobić. W trakcie zeznań uzupełniających Krzysztof W., podając informacje o dziewczynach Izie i Katarzynie, stwierdził, że chłopak jednej z nich jest związany ze światem przestępczym, miał przebywać w zakładzie karnym. Gdy dowiedział się, że Iza spotyka się z Krzysztofem zaczął mu się odgrażać. Iza zerwała wszystkie kontakty z Krzysztofem niedługo przed uprowadzeniem. Wiązało się to z opuszczeniem więzienia przez tego mężczyznę. Świadkowi wiadomo także o kobiecie o imieniu Magda ze Szczecina. Wyżej wymieniona przez ok. tydzień zamieszkiwała w domu Krzysztofa. O tej znajomości dowiedział się chłopak Magdy, który miał telefonicznie grozić Krzysztofowi. Ustalono, że Magda ze Szczecina to Magdalena S. Lech M. (zeznanie z dnia 10.01.2003 r.) podał, że wyszła sytuacja z Magdą ze Szczecina, która przyjeżdżała do Krzysztofa. Podpuszczała ona podobno młodych chłopaków, a potem wyciągano od nich pieniądze, ponieważ przespali się z dziewczyną.

Z zeznań Jacka Krupińskiego z dnia 27.10.2001 r. wynika, że pod koniec lutego 2001 r. na telefon Krzysztofa zadzwonił mężczyzna o pseudonimie Georgio - Andrzej B. - umówił się na spotkanie, podczas którego stwierdził, że ktoś wie, że Krzysztof sypia z jakąś kobietą i może go uciszyć za 1 tys. zł. Nadto w październiku 2001 r. Krzysztof mówił świadkowi, że szuka go Mordziaty i chce go pobić, za to, że poznał jego dziewczynę, a nadto, że jest bogaty. W lutym 2001 r. Krzysztof poinformował świadka, że na jego dom planowany jest napad - włamanie (w tym zakresie była organizowana zasadzka policyjna, ale nic się nie wydarzyło).

W latach 1995-1997 Krzysztof Olewnik spotykał się z Beatą M. Wyżej wymieniona bywała w domu jego rodziców w Świerczynku.

W oparciu o treść przywołanych relacji świadków uzasadnione jest twierdzenie, iż Krzysztof Olewnik przed uprowadzeniem utrzymywał liczne kontakty towarzyskie z wieloma kobietami, w tym z: Mileną S., Anetą Andżeliką Sz., Beatą M., Katarzyną B., Magdaleną P., Magdaleną S. i Izabelą L. (...)

Prokurator spisująca tę relację używała suchego języka protokołów przesłuchań. Nie interesowały jej emocje, chyba że zazdrosnych mężów odgrażających się Krzysztofowi. Psycholog Jolanta Świerczewska patrzy na to inaczej: - Musiał przeżywać problemy natury emocjonalnej. Miał już 25 lat, w tym wieku młodzi mężczyźni zaczynają szukać stabilizacji. Lokują swoje uczucia u tej jedynej, wybranej. On wyraźnie wybrać jeszcze nie chciał. Może to reakcja wywołana jakimś zawodem miłosnym. To że spotykał się z mężatkami nie dziwi, to naturalne zachowanie młodego mężczyzny, kawalera.

Zakładając, że prawdą jest, iż podrywał dziewczyny z półświatka, związane z gangsterami, trudno nie zauważyć, że wyraźnie igrał z losem. Może motywował go właśnie taki rodzaj adrenaliny, może chciał pokazać, że nikogo się nie boi?

4. KŁÓTNIA Z OJCEM

Na około dwóch tygodni przed uprowadzeniem Krzysztof przyszedł do swojej znajomej, Katarzyny Ch. Powiedział, że ma kłopoty. Dał jej na przechowanie dyskietkę i oświadczył, że w razie gdyby mu się coś stało, ma ją przekazać rodzinie. "Widać było, że się boi" - zeznała potem Katarzyna Ch. Krzysztof nie wtajemniczył jej, kogo się obawia. Powiedział natomiast coś, co zapamiętała. Gdyby jechali razem samochodem i ktoś próbował ich zatrzymać, ona ma uciekać jak najdalej od samochodu i nie interesować się, co się z nim dzieje. Po kilku dniach dyskietkę odebrał. Katarzyna Ch. nie wie, co było na niej zapisane, nie odważyła się sprawdzić.

Z dokumentacji śledztwa wynika, że dyskietki nie odnaleziono, a nawet, że wcale jej nie szukano. Nie sprawdzono nawet komputerów używanych przez Krzysztofa (w firmie Krup-Stal), a przecież było prawdopodobne, że treść tajemniczej dyskietki pochodziła z danych zgromadzonych w jego komputerze (uczyniono to dopiero w 2005 r., ale niczego już nie znaleziono).

Podejrzane, a przynajmniej dziwne było zachowanie Iwony i Jacka Krupińskich. Katarzyna Ch. opowiedziała bowiem o dyskietce Iwonie. Ta zareagowała bardzo gwałtownie, dopytywała, czy Kasia na pewno nie wie, co zawierała dyskietka. Iwona natychmiast powiadomiła męża i oboje tego samego dnia przyjechali do Katarzyny Ch. Tym razem Jacek kilkakrotnie pytał, czy otwierała dyskietkę, czy zna treść zapisu.

Mniej więcej 16 października Krzysio miał scysję z ojcem. Pan Włodzimierz żywił podejrzenia, że w Krup-Stalu prowadzona jest podwójna księgowość. Dowiedział się też, że syn i Jacek Krupiński zamierzają wziąć w banku kredyt w wysokości 1 mln zł, chociaż nie spłacili jeszcze poprzednich kredytów. W sumie byli winni bankom około 1 mln zł. Dlatego zamierzał wysłać do Krup-Stalu swoich pracowników, aby dokonali kontroli finansów tej firmy.

Rozmowa Krzysia z ojcem przebiegała burzliwie. Olewnik junior sprzeciwił się seniorowi. Miał oświadczyć, że po co ta kontrola, sami z Jackiem mogą się przecież skontrolować. Doszło do kłótni, ojciec podniósł głos, syn nie pozostał dłużny. Świadkiem rozmowy była Danuta Olewnik i to na jej zeznania powołuje się autorka prokuratorskiej analizy akt z 2005 r. Przez dwa dni Krzysio nie odzywał się do ojca, ale potem przyszedł i przeprosił. Z relacji siostry wynikało, że nawet ukląkł przed Włodzimierzem. Obiecał, że sami z Jackiem dokonają kontroli, a jej wyniki przedstawią najpóźniej w sobotę 27 października. Nie wiemy, czy dokonali obiecanego audytu. Jedno jest pewne, wyników ojciec nie poznał, bo w nocy z piątku na sobotę Krzysztof zniknął.

Prokuratorzy zwrócili też uwagę na fakt, że dwa dni przed uprowadzeniem Krzysztof zrobił sobie zdjęcia paszportowe w zakładzie fotograficznym pana Malanowskiego w Płocku. Paszport kończył mu się w lutym 2002 r. i nie było szczególnego powodu, aby już w październiku składać papiery na wyrobienie nowego. W przeddzień porwania, 25 października, odebrał zdjęcia. Potwierdziła to pracownica zakładu fotograficznego. Tego samego dnia pojechał z Jackiem i swoją siostrą cioteczną do Terespola. Planowali uruchomienie przy granicy składu celnego. Potem w pośpiechu wracali do domu. Następnego dnia miał się odbyć grill dla policjantów. Krzysztof nie wiedział jeszcze, że impreza będzie u niego, a nie u ojca, jak początkowo planowano.