Śmierć wiarołomnym. Oblicza śmierci. Tom 52 - Nora Roberts

Kup ebooka

44.00 zł
34.89 zł (30,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Praca papier­kowa może zabić.

Według Eve Dal­las nic nie dorów­ny­wało śmier­tel­nej nudzie pracy papier­ko­wej.

I jeśli nie zabije czło­wieka nuda, dopro­wa­dzi do tego fru­stra­cja.

Nie dopu­ści do tego. Jako porucz­nik, kie­ru­jąca wydzia­łem zabójstw nowo­jor­skiej poli­cji, nie dopu­ści do tego.

Cho­ciaż było abso­lut­nie oczy­wi­ste, myślała, sie­dząc za biur­kiem w swoim mikro­sko­pij­nym gabi­ne­cie w komen­dzie głów­nej, że do tej pory - a była wio­sna dwa tysiące sześć­dzie­sią­tego pierw­szego roku - ktoś z całą pew­no­ścią powi­nien zna­leźć na to jakieś roz­wią­za­nie.

Czyż nie zasłu­żyła sobie na to, skoro przy­szła wcze­śnie, pełna dobrej woli, by się z tym upo­rać? Wie­działa, że będzie gorzej niż zwy­kle, ale oka­zało się, że nie doce­niła wagi pro­blemu.

Nie codzien­nie anga­żo­wała całą swoją ekipę do pościgu za zabójcą na zle­ce­nie. Pościgu pro­wa­dzo­nego na dwóch kon­ty­nen­tach. Nie doszłoby do tego, pomy­ślała, zma­ga­jąc się z cyfer­kami, całym mnó­stwem cyfe­rek, gdyby wspo­mniany zbir nie obrał sobie za cel jej męża.

Oraz jej samej.

Ponie­waż zagiął na nich parol, jej pod­władni, a także znaczna część glin z wydziału infor­ma­tyki śled­czej oraz komen­dant zwarli sze­regi, sta­wili mu czoło i nie spo­częli, póki go nie dopa­dli.

Musiała przy­znać, że Roarke zała­twił waha­dło­wiec, któ­rym wyle­cieli z Nowego Jorku, więc nie musiała się gło­wić nad tym, jak uwzględ­nić w rapor­cie ten budzący grozę wyda­tek w budże­cie jed­nostki.

Bo tak się zło­żyło, że poślu­biła upar­tego Irland­czyka, do tego obrzy­dli­wie boga­tego.

No i nalot miał miej­sce na far­mie w Clare, gdzie jego ciotka i reszta krew­nych przy­go­to­wali na poże­gna­nie tyle żar­cia, że star­czy­łoby go do wykar­mie­nia armii. Odpa­dły więc rachunki za posiłki.

Ale nad­go­dziny... Ow­szem, sam komen­dant Whit­ney awan­sem wszyst­kie akcep­to­wał, lecz na rany Chry­stusa, na arku­szu kal­ku­la­cyj­nym nad­go­dziny wpra­wiały w osłu­pie­nie. No i jesz­cze prze­pisy, doty­czące płat­no­ści z tytułu docho­dze­nia pro­wa­dzo­nego poza gra­ni­cami kraju, które musiała uwzględ­nić.

Praca papier­kowa nie tylko zabija, pomy­ślała Eve, pijąc kawę, ale zabija wolno, spra­wia­jąc dotkliwy ból.

Raz pod­czas tego żmud­nego zaję­cia jej part­nerka, detek­tyw Peabody, prze­szła kory­ta­rzem, pro­wa­dzą­cym do gabi­netu Eve, gło­śno tupiąc różo­wymi kow­boj­kami. I poka­zała swoje rado­sne obli­cze.

Wystar­czyło jedno wark­nię­cie Eve, by się wyco­fała.

Osiem­dzie­siąt sie­dem minut po tym, jak Eve usia­dła za biur­kiem, robota była skoń­czona - każdy rachu­nek, każda nad­go­dzina, każdy wyda­tek zostały roz­li­czone.

Prze­słała zesta­wie­nie - i biada każ­demu pie­przo­nemu buchal­te­rowi z księ­go­wo­ści, który coś zakwe­stio­nuje. Poło­żyła głowę na biurku i na chwilę zamknęła zmę­czone oczy.

- Ani jed­nej cyferki wię­cej - mruk­nęła. - W imię ludz­ko­ści, ani jed­nej cyferki wię­cej.

Usia­dła pro­sto, prze­su­nęła dłońmi po kan­cia­stej twa­rzy i gęstych, wzbu­rzo­nych, brą­zo­wych wło­sach. Wstała i pode­szła do auto­ku­cha­rza, bo - psia­krew - zasłu­żyła sobie na jesz­cze jedną kawę.

Piła ją, sto­jąc przed wąskim oknem, za któ­rym roz­cią­gał się Nowy Jork. Wysoka, szczu­pła kobieta w mar­ko­wych bot­kach, popie­la­tych jak jej spodnie, w kami­zelce na bia­łej koszulce i szel­kach na broń.

Z biżu­te­rii widać było jedy­nie ślubną obrączkę na palcu, ale pod koszulką miała jesz­cze wielki bry­lant na łań­cuszku. Jedno i dru­gie dostała od Roarke'a, jedno i dru­gie darzyła takim samym sen­ty­men­tem.

Obser­wo­wała tram­waje powietrzne sunące na tle błę­kit­nego nieba. Bogo­wie od pogody obda­ro­wali mia­sto ide­al­nym, majo­wym dniem. Sło­necz­nym i cie­płym.

Nie­szczę­śnicy, zmie­rza­jący do swo­ich dziu­pli w któ­rymś z wie­żow­ców ze stali, być może nie­wiele z niego sko­rzy­stają. Lecz nie zmie­niało to postaci rze­czy. I skoro wywi­nęła się śmierci przy zesta­wia­niu ponie­sio­nych kosz­tów, mogła się nim cie­szyć.

Przy­jemny dzień, pomy­ślała, i nieco uchy­liła okno.

Do pokoju wpadł doda­jący ener­gii wie­trzyk. Eve wró­ciła do biurka, żeby zoba­czyć, co jesz­cze się na nim nagro­ma­dziło od ostat­niej zmiany.

Zabrzę­czał jej komu­ni­ka­tor.

Zoba­czyła na wyświe­tla­czu, że to dys­po­zy­tor.

- Dal­las.

Dys­po­zy­tor do porucz­nik Eve Dal­las. Poten­cjalne zabój­stwo. Sta­wić się...

Słu­cha­jąc szcze­gó­łów, zła­pała żakiet wiszący na opar­ciu fotela i skie­ro­wała się do sali wydziału po swoją part­nerkę.

Dla kogoś ten majowy dzień nie oka­zał się ide­alny.

- Potwier­dzam odbiór. Dal­las i detek­tyw Delia Peabody udają się na miej­sce prze­stęp­stwa. Peabody - rzu­ciła, nie zatrzy­mu­jąc się. - Mamy kolejną sprawę.

Jej mia­rowy krok uległ chwi­lo­wemu zabu­rze­niu, kiedy spoj­rzała na kra­wat Jen­kin­sona. Do tej pory powin­nam już przy­wyk­nąć do zwa­rio­wa­nych kra­watów detek­tywa Jen­kin­sona, pomy­ślała, ale czy można się przy­zwy­czaić do gru­bych, żół­tych trzmieli o wyłu­pia­stych oczach, krą­żą­cych nad neo­nowo poma­rań­czo­wym polem?

Nie. W żad­nym wypadku.

Peabody chwy­ciła płaszcz i pospie­szyła, żeby dogo­nić Eve. Dziś miała na gło­wie loki, ciemne włosy z czer­wo­nymi pasem­kami poru­szały się przy każ­dym kroku.

Jesz­cze jedna rzecz, do któ­rej Eve ni­gdy nie przy­wyk­nie.

- Co się nam tra­fiło?

- Trup na Zachod­niej Czwar­tej, dwoje mun­du­ro­wych na miej­scu prze­stęp­stwa. Co cie­kawe, zadzwo­niono pod dzie­więć­set jede­na­ście z Upper East Side. Wysłano tam dodat­kowo dwóch mun­du­ro­wych, by prze­pro­wa­dzili roz­mowę z kobietą, która doko­nała zgło­sze­nia.

- Skąd ktoś z Upper East Side wie o tru­pie w West Vil­lage? - zasta­na­wiała się Peabody, kiedy Eve odwró­ciła się na pię­cie na widok windy peł­nej gli­nia­rzy, tech­ni­ków i cywil­nych pra­cow­ni­ków jadą­cych na dół.

Sko­rzy­stały z rucho­mych scho­dów.

- Dys­po­zy­tor nie miał infor­ma­cji na ten temat.

- Wcze­śnie dzi­siaj przy­szłaś.

- Mia­łam robotę papier­kową. Upo­ra­łam się z nią. Nie chcę o tym mówić.

- Razem z McNa­bem wyszli­śmy na tyle wcze­śnie, by móc przyjść do pracy na pie­chotę. Trzeba korzy­stać z takiego dnia, jak dziś.

- Bo, jak prze­ko­nała się denatka przy Zachod­niej Czwar­tej, może to być twój ostatni dzień w życiu.

Pełna nadziei, Eve znów skie­ro­wała się do windy. Stwier­dziła, że jest tylko w poło­wie tak zatło­czona, jak ta, która zatrzy­mała się na kon­dy­gna­cji, gdzie się mie­ści wydział zabójstw, więc wci­snęła się do niej.

- Głów­nie myśle­li­śmy o tym, że to naprawdę przy­jemny ranek na spa­cer.

Wydo­stały się z windy na pozio­mie garażu. Ich kroki odbi­jały się echem, kiedy szły do samo­chodu Eve.

- Dużo cho­dzimy, kiedy pra­cu­jemy w tere­nie - cią­gnęła Peabody, gdy wsia­dały do wozu. - Ale to nie to samo, co, no wiesz, prze­chadzka. Nowy Jork wio­sną jest zwy­czaj­nie mega­fajny.

Eve włą­czyła się do ruchu, kosz­mar­nego o tej porze dnia, kako­fo­nii gniew­nych klak­so­nów, krzy­kli­wych balo­nów rekla­mo­wych i pier­dzą­cych mak­si­bu­sów. Dla niej to był Nowy Jork wio­sną.

Ale do dia­bła, według Eve był mega­fajny o każ­dej porze roku.

- Ach, razem z Mavis i Bellą spę­dzi­ły­śmy dwie cudowne godziny w miej­skim ogro­dzie. Mamy tam nie­złą grządkę.

Eve pomy­ślała o Mavis, swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółce - arty­stce, matce, zwa­rio­wa­nej iko­nie stylu, znów cię­żar­nej Mavis. Potra­fiła sobie wyobra­zić Mavis wyko­nu­jącą wiele rze­czy, dziw­nych rze­czy, ale nie grze­biącą w ziemi.

- Naprawdę zaj­muje się czymś takim?

- Ow­szem, i jest w tym świetna - oświad­czyła Peabody. - Dobre ręce, dobre oko. Jako wyznaw­czyni Wol­nego Wieku dora­sta­łam na far­mie. Ona ma to we krwi. A Bella wygląda tak słodko w stroju małej ogrod­niczki. Och, i ma chło­paka.

- Mavis ma chło­paka? Prze­cież jest mężatką, do tego znów zacią­żyła.

- Nie, Bella ma chło­paka. Na imię mu Ned. Ma dwa­dzie­ścia dwa... mie­siące. Krę­cone, rude wło­ski, masę pie­gów. Mavis prze­zwała go Cudow­niutki, bar­dzo traf­nie. Razem wyglą­dają naprawdę słodko. Jego rodzice, Jem i Linc, dopiero się uczą ogrod­nic­twa. Jem jest blog­ge­rem, a Linc bio­che­mi­kiem.

- To kółko miło­śni­ków ogrod­nic­twa czy klub towa­rzy­ski?

- Jedno i dru­gie. I w tym tkwi jego urok. - Zwró­ciła twarz w stronę Eve i uśmiech­nęła się do niej. - Tobie by się to nie spodo­bało.

Z całą pew­no­ścią, pomy­ślała Eve, polu­jąc na miej­sce do zapar­ko­wa­nia. A prze­cież...

- Zasa­dzi­łam drzewo.

- Co takiego? - Ciemne oczy Peabody zro­biły się wiel­kie jak nadmu­chane balony. - Mów!

- Razem z Roar­kiem zasa­dzi­li­śmy drzewo. To był jego pomysł, ale wspól­nie go zre­ali­zo­wa­li­śmy. Pra­wie bez niczy­jej pomocy. Facet od archi­tek­tury kra­jo­brazu wyko­pał dół, ale my umie­ści­li­śmy w nim drzewo, zasy­pa­li­śmy go zie­mią i tak dalej.

- Co to za drzewo?

- Tam! - Eve dostrze­gła wolne miej­sce, włą­czyła świa­tła, naci­snęła dźwi­gnię pio­no­wego wzno­sze­nia i kiedy Peabody zamknęła wyba­łu­szone oczy, prze­mknęła na drugą stronę ulicy. Nie­malże na styk osa­dziła wóz mię­dzy odra­pa­nym mini i przy­sa­dzi­stą tere­nówką.

- Udało się.

- Zamie­rza­łam powie­dzieć, że powin­naś mnie ostrzec, ale wtedy chyba byłoby gorzej. - Szczę­śliwa, że wyszła bez szwanku, Peabody wysia­dła, zacze­kała, aż Eve wyj­mie z bagaż­nika ich zestawy pod­ręczne. - No więc, co to za drzewo?

Eve wska­zała na połu­dnie, gdzie było przej­ście dla pie­szych.

- Jakieś drzewo zawo­dzące, coś zawo­dzącego. Może brzo­skwi­nia.

- Brzo­skwi­nia pła­cząca?

- Pła­cząca, zawo­dząca, jeden czort. Cho­ciaż ani nie pła­cze, ani nie zawo­dzi. Teraz cała obsy­pana jest malut­kimi kwiat­kami, czyli nie zabi­li­śmy jej.

- Dobrze wie­dzieć, ale dla­czego zasa­dzi­li­ście drzewo? Dla­czego poli­cjantka i kre­zus zasa­dzili drzewo?

- Roarke cza­sami... - Bywa sen­ty­men­talny, pomy­ślała, kiedy dołą­czyły do potoku ludzi prze­cho­dzą­cych przez jezd­nię. - Ma różne pomy­sły. Zro­bi­li­śmy ten staw, więc...

- Zro­bi­li­ście to? Jest skoń­czony? Wspo­mnia­łaś, że przy­mie­rza się do stawu.

- Tak, staw już gotów. I nawet jest ładny. Pływa w nim takie coś.

- Lilie wodne? - Peabody wes­tchnęła.

- Tak, i ma kamienne obmu­ro­wa­nie, są jakieś rośliny i ławka. Roarke uznał, że sami powin­ni­śmy zasa­dzić drzewo.

- Łał!

- Zamy­kam klub towa­rzy­ski - oświad­czyła Eve i zatrzy­mała się przed czte­ro­kon­dy­gna­cyj­nym budyn­kiem, by mu się przyj­rzeć.

Na pozio­mie ulicy był jakiś lokal o nazwie Poeci i Mala­rze, i sklep Zie­larka. Oba miały sze­ro­kie okna od ulicy, podob­nie jak pomiesz­cze­nia na wyż­szych pię­trach.

Brak żalu­zji, brak krat, są tylko szyby, zauwa­żyła.

Pode­szła do drzwi koloru wina, znaj­du­ją­cych się mię­dzy skle­pem a kawiar­nią i gale­rią, przez które można się było dostać do lokali miesz­kal­nych.

Brak kamery moni­to­ru­ją­cej, stan­dar­dowe zamki.

- Można się wła­mać za pomocą wyka­łaczki - mruk­nęła, otwie­ra­jąc drzwi klu­czem uni­wer­sal­nym.

Meta­lowe schody pro­wa­dziły na pierw­sze pię­tro, gdzie drzwi po pra­wej stro­nie miały przy­zwo­ity sys­tem alar­mowy, a podwójne drzwi po lewej - solidne zamki.

- Zwłoki są pię­tro wyżej - powie­działa do Peabody.

Weszły na górę, gło­śno stu­ka­jąc butami.

Poli­cjantka cze­kała w otwar­tych drzwiach po pra­wej stro­nie. Podwójne drzwi po lewej stro­nie też były sze­roko otwarte. Eve rzu­ciła przez nie okiem i zoba­czyła szta­lugi, stołki, blaty robo­cze, narzę­dzia, więk­sze i mniej­sze bryły kamie­nia i kloce drewna.

Z pomiesz­cze­nia za ple­cami poli­cjantki dobie­gały dźwięki muzyki.

Eve poka­zała odznakę, włą­czyła nagry­warkę.

- Pani porucz­nik. - Poli­cjantka, koło pięć­dzie­siątki, z krót­kimi, krę­co­nymi wło­sami scho­wa­nymi pod czapką, zro­biła Eve przej­ście. - Mel­duje się funk­cjo­na­riuszka Mil­ler. Mój part­ner, funk­cjo­na­riusz Getz, jest na górze, pil­nuje zwłok.

- Mów, co wie­cie.

- Wła­śnie zakoń­czy­li­śmy inter­wen­cję w tym kwar­tale i szy­ko­wa­li­śmy się do domu, kiedy otrzy­ma­li­śmy infor­ma­cję od dys­po­zy­tora. O ósmej trzy­dzie­ści trzy. Ten sam kwar­tał, kazali nam się tu udać. Nie otwo­rzył nam żaden z loka­to­rów tego pię­tra, zza drzwi dobie­gała muzyka.

Ostra muzyka, pomy­ślała Eve. Sporo basów, sporo per­ku­sji.

- Lokal nie jest wytłu­miony - cią­gnęła funk­cjo­na­riuszka. - Obu­dzi­li­śmy loka­torkę miesz­ka­jącą pię­tro niżej, na wypa­dek gdyby miała dostęp do tego pomiesz­cze­nia. Oka­zało się, że ma. Nie­jaka Het­tie Brown­stone. Ona i denatka są jedy­nymi loka­tor­kami budynku, pomi­ja­jąc lokale usłu­gowe na pozio­mie ulicy, które były zamknięte, kiedy tu dotar­li­śmy. Pani Brown­stone dała nam karty magne­tyczne do obu lokali wynaj­mo­wa­nych i użyt­ko­wa­nych przez Ariel Byrd. Zgo­dziła się nie opusz­czać swo­jego miesz­ka­nia. Uprze­dzi­li­śmy, że wcho­dzimy do środka, weszli­śmy. Mój part­ner udał się na wyż­szy poziom, a ja spraw­dzi­łam ten. On zna­lazł zwłoki.

Mil­ler spoj­rzała w kie­runku scho­dów. Przez sze­roki otwór wej­ściowy Eve zoba­czyła dru­giego gli­nia­rza w posta­wie "spo­cznij" na tle sze­rokiego okna z pół­kami po obu stro­nach.

- To pra­cow­nia arty­styczna, pani porucz­nik. Rzeź­biar­ska. Denatka ma roz­trza­skaną poty­licę. Obok niej leży spory mło­tek, widać na nim krew i frag­menty mózgu. Na pod­ło­dze u szczytu scho­dów jest torba z Café Delish, kafejki jedną prze­cznicę na wschód stąd. Wygląda, jakby ktoś ją upu­ścił, roz­lała się wyszu­kana kawa. W tor­bie są dwie muf­finki.

- Zabez­pie­czy­li­śmy miej­sce, zamel­do­wa­li­śmy, co tu zasta­li­śmy - cią­gnęła poli­cjantka. - Zeszłam na dół, żeby poin­for­mo­wać panią Brown­stone i prze­pro­wa­dzić wstępne prze­słu­cha­nie.

Mil­ler spoj­rzała na notatki trzy­mane w dłoni.

- Zna ofiarę od trzech lat, czyli odkąd ta tutaj zamiesz­kała. Pro­wa­dzi stu­dio taneczne w lokalu naprze­ciwko swo­jego miesz­ka­nia. Zeznała, że ostat­nie zaję­cia skoń­czyła o dzie­wią­tej i udała się do sie­bie. Ma pię­cio­let­nią córkę. Nie opusz­czała miesz­ka­nia, nic nie sły­szała, nikogo nie widziała. Twier­dzi, że poło­żyła dziecko spać kwa­drans po dzie­wią­tej, wzięła prysz­nic, nalała sobie kie­li­szek wina i oglą­dała tele­wi­zję do około wpół do jede­na­stej.

Mil­ler unio­sła wzrok znad nota­tek.

- Była zde­ner­wo­wana, pani porucz­nik, ale chętna do pomocy poli­cji. Oświad­czyła, że poroz­ma­wia z funk­cjo­na­riu­szami pro­wa­dzą­cymi śledz­two, kiedy się tu poja­wią, ale naj­pierw musi odpro­wa­dzić córeczkę do szkoły. Wróci przed dzie­wiątą.

- Rozu­miem. Zba­damy miej­sce prze­stęp­stwa. Ode­ślę two­jego part­nera na dół. Chcę, żeby­ście spraw­dzili tę kawiar­nię i gale­rię Poeci. Lokal był czynny wczo­raj wie­czo­rem. Przed wej­ściem do kawiarni i sklepu zie­lar­skiego są kamery. Chcę mieć nagra­nia z ich obu.

- Tak jest, pani porucz­nik.

- Ustal­cie, co się da, w kawiarni, skon­tak­tuj­cie się z Brown­stone, kiedy wróci do domu. Poin­for­muj­cie ją, że poroz­ma­wiamy z nią naj­szyb­ciej, jak to tylko będzie moż­liwe.

- Tak jest, pani porucz­nik. Pani porucz­nik, chcia­łam dodać, że kiedy spraw­dza­łam pomiesz­cze­nia na tym pozio­mie, stwier­dzi­łam, że korzy­stano z łóżka, chyba że ofiara nie miała zwy­czaju go słać. Pomy­śla­łam tak, bo na obu szaf­kach noc­nych stoją kie­liszki do wina, a na bla­cie w kuchni pra­wie pusta butelka shi­raz.

- Dobrze wie­dzieć. Dzię­kuję, Mil­ler.

Eve pode­szła do scho­dów - nie były meta­lowe, tylko drew­niane. Stare, może ory­gi­nalne.

Gli­niarz, z pięt­na­ście lat młod­szy od swo­jej part­nerki, dyżu­ro­wał na górze.

Na pod­ło­dze na prawo od niego w kałuży kre­mowo-brą­zo­wego płynu leżała torba z jedze­niem na wynos.

- Pani porucz­nik, Mil­ler powie­działa, żeby nie wyłą­czać muzyki. Że będzie pani chciała, by wszystko, nawet to, zostało tak, jak w chwili, kiedy tu dotar­li­śmy.

- Zga­dza się.

- Nie usły­szał­bym, że przy­je­cha­li­ście. Wie­dzia­łem, że tu jeste­ście, tylko dla­tego, że spoj­rza­łem na dół i zoba­czy­łem was z Mil­ler.

Muzyka nie roz­dzie­rała uszu, pomy­ślała Eve, ale była wystar­cza­jąco gło­śna, by zagłu­szyć odgłosy kro­ków.

- Dzię­kuję, Getz. Teraz my zaj­miemy się miej­scem prze­stęp­stwa.

Eve rozej­rzała się wkoło, otwo­rzyła zestaw pod­ręczny. Obie z Peabody zabez­pie­czyły dło­nie i buty.

- Wyłą­czyć muzykę.

W ciszy, która nastała, spoj­rzała na ofiarę, niską kobietę w spodniach dre­so­wych, ucię­tych na wyso­ko­ści kolan, i blu­zie dre­so­wej z obcię­tymi ręka­wami.

Krew poskle­jała krót­kie, atra­men­to­wo­czarne włosy z jaskra­wo­nie­bie­skimi pasem­kami.

- Sądząc po ranie, ude­rzono ją nieco z pra­wej strony i upa­dła na lewo. Napast­nik zaszedł ją od tyłu, to nie ulega wąt­pli­wo­ści - stwier­dziła Eve. - Stała przy bla­cie robo­czym, przo­dem do okna i obra­biała tę bryłę kamie­nia.

- Zdaje mi się, że to mar­mur.

- Niech ci będzie. Miała obok sie­bie narzę­dzia. Dłuto, mło­tek, na stole i na pod­ło­dze widać okru­chy kamie­nia. Włą­czyła muzykę, zapa­liła świa­tło. Trudno byłoby ją dostrzec z ulicy, ponie­waż blat robo­czy jest zbyt odda­lony od okna. Ale sama mogła przez nie wyglą­dać, jeśli chciała.

- Brak śla­dów walki. Torba z kawą... - Peabody spoj­rzała na nią, zmarsz­czyw­szy czoło. - Ktoś zaczął wcho­dzić na górę, naj­praw­do­po­dob­niej osoba, która zadzwo­niła pod dzie­więć­set jede­na­ście, no nie? Widzi ciało, wypusz­cza torbę z ręki. Plask.

- Na to wygląda. Brak śla­dów wła­ma­nia na dole, nie widać, by cokol­wiek skra­dziono. Masa rzeźb - ukoń­czo­nych, nieukoń­czo­nych. Masa kamieni, drewna i narzę­dzi. Zabójca wcho­dzi do środka... Przyj­rzyjmy się dobrze drzwiom, czy nikt przy nich nie maj­stro­wał. Wspina się po scho­dach. Bie­rze mło­tek, dużo podob­nych znaj­duje się tuż obok, na dru­gim bla­cie robo­czym. Łup.

Pod­nio­sła palec w górę, okrą­żyła zwłoki.

- Nie można wyklu­czyć, że piła z kimś wino, upra­wiała seks. Wszedł z nią na górę. Pokłó­cili się... Może zaczęli się kłó­cić na dole. Ma tego dosyć, włą­cza muzykę, bie­rze narzę­dzia do ręki. I w takiej chwili, kiedy ludziom zwy­czaj­nie odbija, on chwyta mło­tek i roz­bija jej czaszkę. Praw­do­po­dob­nie ude­rzył ją parę razy. A potem mruk­nął: O, cho­lera. Albo: Zasłu­żyła sobie na to. I bie­rze nogi za pas.

- Jej sąsiadka może wie­dzieć, czy spo­ty­kała się z kimś.

- Tak, spraw­dzimy to. - Trzy­ma­jąc zestaw pod­ręczny, Eve ukuc­nęła, sta­ra­jąc się nie wdep­nąć w kałużę krwi. Korzy­sta­jąc z urzą­dze­nia iden­ty­fi­ku­ją­cego, potwier­dziła toż­sa­mość ofiary, wyre­cy­to­wała dane do mikro­fonu.

- Ofiarę ofi­cjal­nie ziden­ty­fi­ko­wano jako Ariel Byrd, zamiesz­kałą pod tym adre­sem, kobietę rasy mie­sza­nej, lat dwa­dzie­ścia sie­dem. Ja zajmę się zwło­kami, Peabody. Ty idź na dół, zacznij od sypialni. Zoba­czymy, czy uda nam się zdjąć z kie­lisz­ków odci­ski pal­ców lub uzy­skać próbki DNA.

Nie potrze­bo­wała mikro­go­gli, żeby zba­dać ranę.

- Przy­naj­mniej dwa ude­rze­nia, sądząc po kształ­cie i sze­ro­ko­ści rany. A ponie­waż zabójca zosta­wił narzę­dzie zbrodni, łatwo je ziden­ty­fi­ko­wać. Umiesz­czam je w tor­bie na dowody.

Wsa­dziła mło­tek do torby, zapie­czę­to­wała ją, opi­sała, odło­żyła na bok.

- Ofiara ma ręka­wice i buty robo­cze oraz oku­lary ochronne.

Eve nachy­liła się, prze­chy­liła głowę, by spoj­rzeć przez oku­lary w ciemne oczy ofiary - już zmęt­niałe. Potem wyjęła mier­nik, żeby usta­lić godzinę zgonu.

- Śmierć nastą­piła o dwu­dzie­stej dru­giej czter­dzie­ści osiem. Przy­czyna śmierci - roz­bi­cie czaszki tępym narzę­dziem. Do potwier­dze­nia przez leka­rza sądo­wego.

Ofiara mie­rzyła metr sześć­dzie­siąt i ważyła może czter­dzie­ści pięć kilo­gra­mów, Eve bez pomocy Peabody prze­krę­ciła zwłoki na plecy.

- Tak, prze­chy­liła się w lewą stronę, ma uszko­dzoną prawą kość policz­kową, ude­rzyła twa­rzą w pod­łogę. Twarde lądo­wa­nie. - Zadarła jej bluzę. - Naj­pierw wal­nęła w stół, założę się, że ma zła­mane żebro. Parę moc­nych ude­rzeń zada­nych od tyłu. Ofiara upa­dła do przodu. Stół jest przy­mo­co­wany do pod­łogi, więc się nie prze­su­nął. Następ­nie osu­nęła się w lewo. Uwa­żam, że drugi cios, zadany przez zabójcę, spo­wo­do­wał obrót głowy, więc ude­rzyła w pod­łogę prawą stroną twa­rzy. Ale nie żyła już, zanim zna­la­zła się na pod­ło­dze.

Eve się cof­nęła, pamię­ta­jąc o kałuży krwi. Potem się wypro­sto­wała, wyjęła komórkę, by wezwać ambu­lans i tech­ni­ków.

Znów przy­kuc­nęła, przyj­rzała się papie­ro­wej tor­bie z kawiarni, uci­snęła pal­cem muf­finkę.

Wciąż świeża, stwier­dziła, czyli kupiona dziś rano.

Ozna­ko­wała torbę i jej zawar­tość do zba­da­nia przez tech­ni­ków.

Obe­szła całe pomiesz­cze­nie prze­zna­czone do pracy. Narzę­dzia, plan­deki, miniau­to­ku­charz i malutka lodówka, w któ­rej była woda i parę napo­jów ener­ge­tycz­nych. W kącie stały szta­lugi z serią szki­ców.

Natu­ral­nie drewno i kamień. Według Eve nie­które prace były ukoń­czone - część z nich fili­gra­nowa, część - masywna, chro­pawa. Twa­rze wykute w kamie­niu, naga kobieta, nagi męż­czy­zna, obej­mu­jąca się para nie­okre­ślo­nej płci.

A w drew­nie smok, zwi­nięty w kłę­bek, jakby pogrą­żony we śnie, kobieta sto­jąca na pal­cach, roz­ga­łę­zione drzewo z zary­sem twa­rzy na pniu.

Naj­praw­do­po­dob­niej, pomy­ślała Eve, odnio­sła pewien suk­ces. Eve nie znała się na sztuce, ale w tych rzeź­bach było coś, co do niej prze­ma­wiało.

Albo odnio­sła suk­ces, roz­wa­żała, scho­dząc po stop­niach, albo ktoś wspie­rał ją finan­sowo. Wyna­ję­cie takiej pra­cowni w West Vil­lage nie było tanie.

Rozej­rzała się po pokoju dzien­nym.

Żad­nego śladu jakie­goś gwał­tow­nego zaj­ścia.

Ekran ścienny, zapad­nięta kanapa, wyglą­da­jąca na wygodną, w ciem­no­ró­żowe, jaskra­wo­nie­bie­skie i zie­lone pasy. Duży, gruby dywan - przy­pusz­czal­nie przez wzgląd na sąsiadkę z dołu - pokry­wał pra­wie całą pod­łogę. Kącik jadalny z kwa­dra­to­wym, ciem­no­ró­żo­wym sto­li­kiem, cztery krze­sła - dwa nie­bie­skie i dwa zie­lone. Kwiaty w kamien­nym... Mar­mu­ro­wym? Wazo­nie.

Kwiaty wyglą­dały na bar­dzo świeże.

Pokój nie jest zagra­cony, pomy­ślała, chyba żeby uwzględ­nić dzieła sztuki gęsto pokry­wa­jące ściany. Prace wszel­kiego rodzaju, nie­które w ramach, inne - jedy­nie szkice, przy­mo­co­wane pine­skami.

Zaj­rzała do kuchni. Blat robo­czy, butelka czer­wo­nego wina, w któ­rej zostało może z pół kie­liszka. Ozna­ko­wała ją dla tech­ni­ków.

W lodówce, słu­żą­cej od paru dzie­się­cio­leci, wię­cej wina, tro­chę sera, jogurt, napoje ener­ge­tyczne. Stary auto­ku­charz - spraw­dziła ostat­nią zapro­gra­mo­waną potrawę.

Żad­nych brud­nych naczyń w zle­wie.

Wyszła z kuchni i zatrzy­mała się przed otwar­tymi drzwiami do gabi­netu, peł­nią­cego rów­nież funk­cję pokoju gościn­nego. Schludny, nie­za­gra­cony, kolo­rowy, stwier­dziła Eve, łóżko zasłane, poduszki strzep­nięte.

Ktoś - może ofiara - nama­lo­wał mural na jed­nej ścia­nie, uliczną scenę, przed­sta­wia­jącą arty­stów przy szta­lu­gach, z szybko prze­my­ka­ją­cymi samo­cho­dami w tle.

Ozna­ko­wała malut­kie cen­trum komu­ni­ka­cyjne na stole pod oknem do spraw­dze­nia przez wydział infor­ma­tyki śled­czej, nim prze­szła dalej.

Łazienka czy­sta, pro­sto urzą­dzona. Otwo­rzyła szafkę z lustrem nad umy­walką, zna­la­zła tam kilka leków dostęp­nych bez recepty, pogru­po­wa­nych według rodza­jów. Poświę­ciła chwilę na spraw­dze­nie szu­flad i szafki pod umy­walką, nim dołą­czyła do Peabody w głów­nej sypialni.

Peabody stała z rękami na bio­drach i ze zmarsz­czo­nym czo­łem roz­glą­dała się po pokoju.

Po obu stro­nach nie­za­sła­nego łóżka stały nocne szafki, na każ­dej z nich lampka i kie­li­szek do wina. Jedyne niskie i dłu­gie okno wypo­sa­żone było w żalu­zje - teraz pod­nie­sione.

Peabody odwró­ciła się do Eve.

- Chcia­łam, żebyś to zoba­czyła, nim umiesz­czę kie­liszki w tor­bach na dowody. Na obu są odci­ski. Ofiary na tym na prawo od łóżka. Tych na dru­gim nie ma w bazie. Labo­ra­to­rium znaj­dzie DNA na kie­lisz­kach i pościeli.

- Taak, łóżko nie jest zasłane do snu. Spraw­dzi­łaś szu­flady w szaf­kach noc­nych?

- W tej na prawo tablet, komórka ofiary, szki­cow­nik i ołówki w piór­niku. W tej na lewo nic. Na komórce od popo­łu­dnia żad­nych roz­mów, SMS-ów przy­cho­dzą­cych czy wycho­dzą­cych. A potem tylko wia­do­mo­ści tek­stowe. Zapi­sa­łam numer, zare­je­stro­wany na nie­jaką Gwen­do­lyn Huf­f­man.

- Jaka jest treść SMS-u?

- Tylko: "Już się nie mogę docze­kać sesji". Ofiara odpo­wie­działa, że ona też nie, na co ta pierw­sza napi­sała, że już wkrótce się zoba­czą, i że nie przyj­dzie z pustymi rękami.

- Brak godziny. Niech zba­dają to w wydziale infor­ma­tyki śled­czej. Żad­nych pre­zer­wa­tyw, żad­nych gadże­tów ero­tycz­nych - dodała Eve. - Ani tutaj, ani w łazience. A w sza­fie?

- Tylko ubra­nia, buty, dwie torebki - jedna na co dzień, druga wie­czo­rowa. Dwie walizki na kół­kach, mniej­sza umiesz­czona w więk­szej. Ofiara nie była stroj­ni­sią - dodała Peabody, kiedy Eve pode­szła do szafy, żeby do niej zaj­rzeć.

- Ale widać, że to, co w niej prze­cho­wy­wała, jest pogru­po­wane. Ubra­nia do pracy, na co dzień, jedna czarna sukienka, dwie kre­acje na wie­czorne wyj­ścia. Podob­nie buty. W komo­dzie trzyma bie­li­znę dzienną i nocną, strój do ćwi­czeń i temu podobne - też wszystko pogru­po­wane. W jed­nej małej szu­fla­dzie biżu­te­ria - arty­styczna, zabawna. Wszystko w naj­więk­szym porządku, Dal­las, nic nie wska­zuje na to, by ktoś tu grze­bał, szu­ka­jąc cze­goś.

- Zga­dza się. Ani tu, ani w innych pomiesz­cze­niach.

- Jedno mi nie pasuje.

No wła­śnie, pomy­ślała Eve, ale odwró­ciła się do Peabody.

- Mów.

- No więc roz­glą­damy się po jej miesz­ka­niu - pra­cowni na górze, pomiesz­cze­niach miesz­kal­nych na dole, wszę­dzie jest czy­sto, naprawdę czy­sto i schlud­nie. Nie licząc dzieł sztuki na ścia­nach, ofiara była mini­ma­listką, naj­wy­raź­niej lubiła, jak wszystko było na swoim miej­scu.

- Zga­dza się.

- Żad­nej koszuli porzu­co­nej na krze­śle tu czy tam, żad­nych butów zosta­wio­nych w jakimś kącie, by je póź­niej wło­żyć na nogi czy scho­wać do szafy.

- Żad­nych brud­nych naczyń z wyjąt­kiem kie­lisz­ków - dodała Eve. - Narzuta, sta­ran­nie zło­żona, leży na ławie w nogach łóżka, ale pościel jest sko­tło­wana, sko­pana. Nie tak, jakby ktoś w niej spał, tylko jakby upra­wiał seks.

- Potra­fię sobie wyobra­zić, że zosta­wia łóżko w nie­ła­dzie - zaściele je, kiedy wróci, by poło­żyć się spać. Cho­ciaż to tro­chę nacią­gane, uwzględ­nia­jąc, jaka jest porząd­nicka. Ale zupeł­nie do niej nie pasuje pozo­sta­wie­nie w sypialni brud­nych kie­lisz­ków.

- Korzy­stała z auto­ku­cha­rza w kuchni wczo­raj o osiem­na­stej dzie­sięć, zamó­wiła jedną por­cję kur­czaka z ryżem, do tego bruk­selkę. Naczy­nia po kola­cji, podob­nie jak po wczo­rajszym śnia­da­niu, zamó­wio­nym o ósmej dwa­dzie­ścia, i obie­dzie o trzy­na­stej trzy­dzie­ści pięć, są w zmy­warce, czy­ste. Zapro­gra­mo­wała ją o osiem­na­stej dwa­dzie­ścia osiem.

- Może nie chciało jej się opróż­nić zmy­warki, by umie­ścić w niej kie­liszki do wina, ale nie pasuje mi, że je zosta­wiła tutaj.

- To sprzeczne z jej typo­wym zacho­wa­niem - zgo­dziła się z nią Eve.

- Piła z kimś wino, upra­wiała seks, wszystko wska­zuje na to, że za obo­pólną zgodą. Ale w pew­nej chwili doszło do kłótni. Na tyle poważ­nej, że ofiara wstała, narzu­ciła na sie­bie jakieś robo­cze ciu­chy, ale nie posprzą­tała, jak to miała w zwy­czaju. Jakby dawała do zro­zu­mie­nia: ni­gdy wię­cej tego z tobą nie zro­bię. Koniec z nami. Ubie­raj się i wynoś stąd. Ja idę popra­co­wać.

- Cią­gnąc dalej w tym duchu - powie­działa Eve - wzgar­dzony kocha­nek nie chciał, żeby to już był koniec, nie chciał się wynieść. I zakoń­czył awan­turę, waląc ofiarę młot­kiem.

- Zbrod­nia w afek­cie - wycią­gnęła wnio­sek Peabody. - "Pokażę ci, z kim będzie koniec, ty dziwko!".

- Wszystko to jest dość praw­do­po­dobne. Ludzie z kost­nicy i tech­nicy już są w dro­dze. Rzućmy okiem na drzwi wej­ściowe. I ozna­kuj pościel do zba­da­nia. Tech­nicy mogą ją zabrać razem z kie­lisz­kami i całą resztą.

- Znajdą DNA - oświad­czyła Peabody. - Ale skoro w bazie brak odci­sków pal­ców...

- Jesz­cze mniej praw­do­po­dobne, że będzie DNA kochanka, któ­rego toż­sa­mo­ści jesz­cze nie udało się usta­lić - dokoń­czyła za nią Eve. Otwo­rzyła drzwi fron­towe, przy­kuc­nęła. Wło­żyła mikro­go­gle, by przyj­rzeć się zam­kowi, szpa­rze na kartę magne­tyczną.

- Tania tan­deta - mruk­nęła - ale nie widzę, by ktoś przy tym maj­stro­wał. Wezwijmy ludzi z wydziału infor­ma­tyki śled­czej, niech to spraw­dzą. Może uda im się usta­lić, ile razy wczo­raj odblo­ko­wy­wano drzwi. Mogą też spraw­dzić główne wej­ście na dole. Moż­liwy sce­na­riusz: pierw­szy kocha­nek wypada jak burza. "Pieprz się, Ariel". Kobieta jest na górze, pra­cuje przy włą­czo­nej muzyce. Przy­cho­dzi drugi kocha­nek. Trudno sobie wyobra­zić kogoś bez żad­nych gadże­tów ero­tycz­nych czy pod­sta­wo­wych środ­ków zabez­pie­cza­ją­cych, zaba­wia­ją­cego się z dwoma part­ne­rami w łóżku, ale załóżmy, że tak mogło być. Drugi kocha­nek widzi roz­grze­bane łóżko, kie­liszki. A to dziwka! Wcho­dzi na górę, wali ją młot­kiem. "To cię oduczy sypia­nia z innymi".

- To, że była schludna i zor­ga­ni­zo­wana, nie zna­czy, że nie mogła być pusz­czal­ska, nie tarzała się w pościeli z wie­loma kocha­siami. - Ale Peabody i tak wes­tchnęła. - Szkoda, gdyby się oka­zało, że krę­ciła z kil­koma face­tami, bo naprawdę podo­bają mi się jej prace.

Eve usły­szała tupot kro­ków, scho­wała gogle do zestawu pod­ręcz­nego.

- To z pew­no­ścią ludzie z kost­nicy albo tech­nicy. Tak czy owak, niech przy­stą­pią do pracy, a my zej­dziemy i poroz­ma­wiamy z sąsiadką. Może wie, z kim ofiara lubiła się tarzać w pościeli.

Rozdział 2

2

Wysoka, szczu­pła i wyraź­nie przy­gnę­biona Het­tie Brown­stone wpu­ściła je do miesz­ka­nia pach­ną­cego wani­lią z pło­ną­cej świecy, sto­ją­cej nad małym, elek­trycz­nym komin­kiem. W prze­ci­wień­stwie do miesz­ka­nia Byrd, temu było daleko do mini­ma­li­zmu.

Zabawki wysy­py­wały się z trzech okrą­głych pojem­ni­ków w kącie pokoju, na kana­pie pię­trzyły się poduszki. W schowku obok drzwi wej­ścio­wych widać było buty, botki, kurtki i czapki w roz­mia­rach dzie­cię­cych i dla doro­słych.

Pełno tu było dur­no­sto­jek.

- Czy to prawda? Nie doszło do jakiejś pomyłki?

- Nie­stety nie, pro­szę pani.

Do oczu napły­nęły jej łzy, ale potrzą­snęła głową, zapro­siła je do środka.

- Pro­szę usiąść. Nie wstą­pi­łam do sklepu... Mia­łam taki zamiar po odpro­wa­dze­niu córki do szkoły, ale... Mam her­batę i soki w pusz­kach.

- Dzię­ku­jemy, pro­szę nie robić sobie kło­potu - uspo­ko­iła ją Eve.

- Czy mogą mi panie powie­dzieć, co się stało? To okropne nie mieć poję­cia, co się wyda­rzyło pię­tro wyżej, nad sypial­nią mojej córeczki.

- Pro­wa­dzimy docho­dze­nie.

Brown­stone klap­nęła w fotelu, wzięła poduszkę, która na nim leżała, przy­ci­snęła ją do piersi.

- Poli­cjanci, z któ­rymi roz­ma­wia­łam, niczego mi nie powie­dzieli, ale odnio­słam wra­że­nie, że to nie był nie­szczę­śliwy wypa­dek.

- Nie, pro­szę pani, to nie był nie­szczę­śliwy wypa­dek.

Mocno zaci­snęła powieki.

- Zupeł­nie nie przy­wią­zy­wała wagi do kwe­stii bez­pie­czeń­stwa. Wła­ści­ciel kom­plet­nie nie przej­muje się zabez­pie­cze­niami, ulep­sze­niami. Nawet naprawy cią­gną się bez końca. Sama zain­sta­lo­wa­łam kamerę i porządne zamki w drzwiach do miesz­ka­nia, musia­łam się nauczyć pod­sta­wo­wych napraw hydrau­licz­nych. Prawdę mówiąc, Ariel mi poka­zała, jak zmie­nić uszczelkę i prze­pchać rury. Wła­śnie w taki spo­sób się pozna­ły­śmy.

- A jak dobrze się panie znały?

- Jeste­śmy jedy­nymi loka­tor­kami, obie jeste­śmy samot­nymi kobie­tami. Ale ona była bar­dzo skryta, a ja, będąc samotną matką, do tego pra­cu­jącą samotną matką, jestem na ogół strasz­li­wie zajęta. Znamy... Zna­ły­śmy się - popra­wiła się - ale wła­ści­wie nie utrzy­my­wa­ły­śmy kon­tak­tów towa­rzy­skich ani nie spę­dza­ły­śmy razem czasu. Uczę tańca przez sześć dni w tygo­dniu, no i wycho­wuję Tashę. Moje życie towa­rzy­skie ogra­ni­cza się do kin­der­bali, wypraw do parku, poran­ków fil­mo­wych. Ariel udziela lek­cji i ciężko pra­cuje jako rzeź­biarka.

- Miała pani dostęp do jej miesz­ka­nia.

- Tak. Ariel miała kota Rodina. Cza­sami wyjeż­dżała na festi­wale sztuki, kie­dyś spy­tała mnie, czy mogę zaopie­ko­wać się Rodi­nem, zaj­rzeć do jej miesz­ka­nia, upew­nić się, że Rodin ma co jeść i pić, tro­chę się z nim poba­wić pod jej nie­obec­ność. Zmarł zeszłej zimy. Kom­plet­nie zapo­mnia­łam zwró­cić jej kartę magne­tyczną. A ona o to nie popro­siła, więc wyle­ciało mi to z głowy. Dałam ją poli­cjan­tom.

- Tak, prze­ka­zali nam ją. Czy może nam pani powie­dzieć, co pani robiła wczo­raj wie­czo­rem?

- Natu­ral­nie. - Prze­su­nęła dłońmi po gęstych, zwi­chrzo­nych, czar­nych, krę­co­nych wło­sach. - Jak już powie­dzia­łam tam­tym poli­cjan­tom, ode­bra­łam Tashę ze szkoły i wró­ci­ły­śmy do domu. Przy­go­to­wa­łam jej coś do jedze­nia i Tasha usnęła, a ja mia­łam zaję­cia w swoim stu­diu po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. Korzy­stam z niani elek­tro­nicz­nej, więc widzę i sły­szę, kiedy Tasha się obu­dzi. Zabez­pie­cze­nia w drzwiach fron­to­wych są moim zda­niem nic nie­warte, ale nie stać mnie na ich wymianę. Zamy­kam miesz­ka­nie na klucz, kiedy Tasha śpi, a ja udzie­lam lek­cji, no i mam nia­nię elek­tro­niczną.

- Wie pani, że córeczka jest bez­pieczna - wtrą­ciła Peabody.

- No wła­śnie. - Brown­stone unio­sła dłoń do gór­nego guzika koszuli, zaczęła nim krę­cić. - Nie chcę, żeby panie pomy­ślały, że ją zanie­dbuję. Ale jeste­śmy tylko we dwie. Jej ojciec się ulot­nił jesz­cze zanim Tasha przy­szła na świat. Jego wybór. Na pierw­sze sześć mie­sięcy posta­ra­łam się o sta­tus zawo­do­wej matki, ale...

- Musi pani pra­co­wać - dokoń­czyła za nią Eve.

- Tak. Chcę, żeby wie­działa, że nas utrzy­muję, ucząc tańca. Tak czy owak mamy usta­lony rytm dnia. Tasha na ogół śpi, gdy mam zaję­cia o trze­ciej, potem przy­no­simy do stu­dia tro­chę jej zaba­wek, żeby mogła się bawić pod­czas kolej­nych zajęć. Następ­nie zja­damy posi­łek, idziemy do parku, jeśli jest ładna pogoda, albo robimy to, na co mamy ochotę. Potem mam zaję­cia o ósmej z uczniami od trzy­na­stego do sie­dem­na­stego roku życia. Tasha lubi tań­czyć z nimi, a im to nie prze­szka­dza. Póź­niej zamy­kam miesz­ka­nie na klucz i kładę ją spać. Cza­sami zasy­pia od razu, cza­sami trwa tro­chę dłu­żej, nim uśnie.

Uśmiech­nęła się lekko.

- Wczo­raj poszło szybko i gładko, kwa­drans po dzie­wią­tej już spała, więc wzię­łam prysz­nic. Nala­łam sobie wina i oglą­da­łam tele­wi­zję, ale ponie­waż morzył mnie sen, poło­ży­łam się spać.

- Czy dobie­gały panią jakieś odgłosy z góry, sły­szała pani, by ktoś wcho­dził do budynku albo z niego wycho­dził? Schody są gło­śne - pod­kre­śliła Eve.

- Nie musi mi pani tego mówić. Wła­śnie dla­tego zain­we­sto­wa­łam w wytłu­mie­nie miesz­ka­nia. Czy któ­raś z pań ma dziecko?

- Nie.

- No cóż, mogę panie zapew­nić, że kiedy czło­wiek ner­wowo cho­dzi tam i z powro­tem z ząb­ku­ją­cym nie­mow­lę­ciem na rękach i w końcu uda mu się je uśpić, a po chwili ktoś je budzi, wcho­dząc po tych prze­klę­tych scho­dach i gło­śno tupie, czło­wiek ma ochotę go zamor­do­wać.

Gwał­tow­nie się cof­nęła.

- Nie mia­łam tego na myśli...

- Rozu­miemy - uspo­ko­iła ją Peabody.

- Wła­ści­ciel nie chciał zapła­cić za wyci­sze­nie, ale powie­dział, że jeśli chcę wydać na to pie­nią­dze, to on nie ma nic prze­ciwko temu. Prawdę mówiąc, sfi­nan­so­wali to moi rodzice. Miesz­kają na pół­nocy stanu.

- Co pani wie o zna­jo­mych pani Byrd, o jej związ­kach uczu­cio­wych?

- Och, nie­wiele, jeśli w ogóle cokol­wiek. Wiem, że we wtorki i środy wie­czo­rem i w co drugą sobotę po połu­dniu przy­cho­dzą do niej stu­denci. Jeśli mia­łam zaję­cia albo wcho­dzi­łam do budynku lub z niego wycho­dzi­łam, cza­sami mija­li­śmy się na klatce scho­do­wej. Ni­gdy nie mówiła mi o tym, czy się z kimś spo­tyka.

Znów pokrę­ciła głową.

- Zapa­li­łam tę świecę dla niej. Przy­pusz­czam, że to głu­pie, ale chcia­łam... Gdy­bym zna­la­zła wię­cej czasu, wło­żyła wię­cej wysiłku w to, żeby ją lepiej poznać, może mogła­bym teraz pomóc.

- Pomo­gła pani - zapew­niła ją Peabody.

- Z jed­nej strony mam ochotę zli­kwi­do­wać tu wszystko i wró­cić na pół­noc stanu. Miesz­kam tu od sie­dem­na­stego roku życia, mia­łam oka­zję uczyć się w zespole bale­to­wym. Marzy­łam o tym, żeby zostać pri­ma­ba­le­riną. Udało mi się awan­so­wać na pierw­szą solistkę - powie­działa z uśmie­chem. - A potem uro­dzi­łam Tashę. Ni­gdy nie żało­wa­łam, że wybra­łam ją zamiast mojego marze­nia. Ona jest moim marze­niem. I dziś po raz pierw­szy pomy­śla­łam o wyjeź­dzie. Ale nie mogę tego zro­bić.

Unio­sła ręce, a potem pozwo­liła im opaść.

- Tutaj zbu­do­wa­ły­śmy nasze życie, dobre życie. Lecz mam nadzieję, że znaj­dzie­cie tego, który to zro­bił Ariel, nie tylko dla­tego, żebym mogła spo­koj­nie spać w nocy, ale dla­tego, że nie zasłu­żyła sobie na coś takiego. Na tyle, na ile ją pozna­łam, mogę panie zapew­nić, że była dobrym czło­wie­kiem, uta­len­to­waną rzeź­biarką i uprzejmą sąsiadką.

Na ulicy, idąc do samo­chodu, Peabody wsu­nęła dło­nie do kie­szeni ład­nego, różo­wego płasz­cza, ponie­waż wtedy bar­dziej przy­po­mi­nało to spa­cer.

- Bycie rodzi­cem nie jest łatwe - stwier­dziła. - Bycie samot­nym rodzi­cem, kiedy drugi rodzic się nie anga­żuje, musi być bar­dzo trudne. Ale w tym miesz­ka­niu pano­wała atmos­fera szczę­ścia. Czuło się to.

- Zapa­nuje tam atmos­fera jesz­cze więk­szego szczę­ścia, kiedy znaj­dziemy tego, kto zabił jej sąsiadkę.

- Z całą pew­no­ścią.

- Co wiemy, Peabody?

- Mar­twa kobieta, zaata­ko­wana od tyłu, która wcze­śniej naj­praw­do­po­dob­niej piła wino i upra­wiała seks. Wydział infor­ma­tyki śled­czej potwier­dzi, czy ktoś maj­stro­wał przy zamku, bo oglę­dziny zdają się świad­czyć, że nie.

Scho­wały zestawy pod­ręczne, wsia­dły do samo­chodu.

- Znamy czas i przy­pusz­czalną przy­czynę śmierci. Brown­stone spra­wia wra­że­nie osoby uczci­wej i wia­ry­god­nej, stąd wiemy, że ofiara nie roz­ma­wiała o swoim życiu oso­bi­stym, poważ­nie trak­to­wała pracę. Dora­biała, ucząc dwa czy trzy razy w tygo­dniu i nie przy­wią­zy­wała wagi do środ­ków bez­pie­czeń­stwa.

- Wiemy - dodała Eve - że kocha­nek albo kochan­ko­wie ofiary zacho­wy­wali się na tyle dys­kret­nie, że Brown­stone nie potrafi potwier­dzić, czy ofiara w ogóle kogoś miała. Nie można wyklu­czyć, że był nim jeden, lub kilku, z jej uczniów. Zosta­wał po zaję­ciach, prze­le­ciał ją, a potem wycho­dził. W kom­pu­te­rze z pew­no­ścią znaj­dziemy plan zajęć i listę ich uczest­ni­ków. Zwróć się do infor­ma­ty­ków, żeby przy­słali nam ich kopię.

Jadąc, Eve zadzwo­niła, żeby uzy­skać dane osoby, która zawia­do­miła poli­cję, i popro­siła o nagra­nie zgło­sze­nia.

- Gwen­do­lyn Huf­f­man.

- Ta sama, która wczo­raj po połu­dniu wysłała jej SMS.

Eve postu­kała pal­cami w kie­row­nicę, roz­my­śla­jąc nad tym.

- No pro­szę, pro­szę. Odsłu­chajmy roz­mowę.

- Tu numer dzie­więć­set jede­na­ście. Czego doty­czy zgło­sze­nie?

- O Boże, o Boże, ona nie żyje! Nie żyje! Widzę krew. Ariel! To Ariel. Musi­cie pomóc, przy­słać pomoc.

Głos ope­ra­tora tele­fonu alar­mo­wego pozo­stał spo­kojny i wyraźny, ale dzwo­niąca kobieta wpa­dała w coraz więk­szą histe­rię, dyk­tu­jąc adres.

- Pospiesz­cie się, pospiesz­cie, pro­szę pospiesz­cie się. Boże, Boże, chyba zwy­mio­tuję.

Połą­cze­nie zostało prze­rwane.

- Nie podała swo­jego nazwi­ska - zauwa­żyła Eve. - Usta­lono je na pod­sta­wie numeru tele­fonu, z któ­rego zadzwo­niła.

- Od początku do końca była roz­hi­ste­ry­zo­wana.

- Jeśli rze­czy­wi­ście zoba­czyła zwłoki w West Vil­lage, upu­ściła torbę z tym, co kupiła rano na wynos, a potem wró­ciła do domu w Upper East Side, miała czas, żeby tro­chę ochło­nąć. A jeśli nie widziała zwłok, skąd, u dia­bła, o nich wie­działa? Prze­ko­najmy się, czy wyko­rzy­stała ten czas, by uło­żyć sobie odpo­wie­dzi.

Budy­nek ze stali i szkła w Upper East Side był wysoki i smu­kły, na gór­nych pię­trach umiesz­czono obszerne tarasy. Dwóch odźwier­nych w czar­nych libe­riach, sza­me­ro­wa­nych sre­brem, stało po obu stro­nach sze­ro­kich, szkla­nych drzwi.

Żaden z nich nie miał zado­wo­lo­nej miny na widok mało repre­zen­ta­cyj­nego wozu Eve, pod­jeż­dża­ją­cego do kra­węż­nika.

Ten sto­jący z lewej strony pod­szedł do Eve, która wysia­dła z samo­chodu i mignęła mu odznaką.

- Ma zostać tu, gdzie go zapar­ko­wa­łam.

- Ależ pro­szę pani...

Dźgnęła pal­cem odźwier­nego, a potem odznakę.

- Czy tu jest napi­sane PANI? Nie. Jest napi­sane PORUCZ­NIK. Porucz­nik poli­cji nowo­jor­skiej. Mój wóz ma zostać tam, gdzie go zapar­ko­wa­łam.

Minęła go, poko­nała sze­ro­kość chod­nika i prze­szła przez szklane drzwi, które roz­su­nęły się, gdy się do nich zbli­żyła. Pomy­ślała sobie: po kiego czorta zatrud­niają odźwier­nych?

Oto­czyła je ele­gan­cja, którą Eve uznała za obse­syjną. Domi­no­wały złoto i sre­bro, do któ­rych dorzu­cono nieco sza­fi­ro­wego w postaci kilku wygod­nych foteli klu­bo­wych. Świa­tło spły­wało ze zło­tych żyran­doli; w wąskich, srebr­nych pojem­ni­kach uło­żono arty­stycz­nie powy­gi­nane gałę­zie w złote ciapki.

W powie­trzu uno­sił się dys­kretny zapach per­fum, wszystko tutaj świad­czyło o bogac­twie i uprzy­wi­le­jo­wa­niu.

Dwoje recep­cjo­ni­stów w sza­fi­ro­wych uni­for­mach sie­działo za zaokrą­glo­nym, lustrza­nym kon­tu­arem. Kobieta nie prze­rwała pracy na kom­pu­te­rze. Męż­czy­zna rzu­cił Eve wyuczony uśmiech.

- Dzień dobry, witam w House Roy­ale. Co mogę dziś dla pań zro­bić?

Może było to małost­kowe, ale Eve poczuła drobną satys­fak­cję, kiedy poka­zała odznakę i obser­wo­wała, jak uśmiech znika z jego twa­rzy.

- Przy­szły­śmy, żeby poroz­ma­wiać z Gwen­do­lyn Huf­f­man.

- Feli­city? - Rzu­cił spoj­rze­nie swo­jej towa­rzyszce, która prze­rwała pracę i poło­żyła dło­nie na kon­tu­arze.

- Sprawdź ich toż­sa­mość, Jona­tha­nie.

- Och tak, natu­ral­nie. Czy mogę prze­ska­no­wać odznaki pań?

Uru­cho­mił ska­ner, spraw­dził odznaki. Feli­city ski­nęła głową.

- Pół godziny temu pozwo­li­li­śmy wejść na górę dwojgu funk­cjo­na­riu­szy poli­cji. Musieli tro­chę zacze­kać, ponie­waż pani Huf­f­man nie życzyła sobie nikogo widzieć. Narze­czony pani Huf­f­man poja­wił się jakiś kwa­drans przed tym, nim wyda­li­śmy zezwo­le­nie poli­cji. Ponie­waż dys­po­zy­cja pani Huf­f­man, doty­cząca odwie­dzin, go nie doty­czy, pan Caine udał się pro­sto na górę.

- Czyli kaza­li­ście gli­nia­rzom cze­kać, ale wpu­ści­li­ście na górę narze­czo­nego?

Feli­city pozo­stała nie­wzru­szona.

- Naj­moc­niej prze­pra­szam, pani porucz­nik. Jed­nak z wyjąt­kiem sytu­acji, kiedy został wydany nakaz poli­cji lub ist­nieje zagro­że­nie życia lub zdro­wia miesz­kań­ców budynku, jeste­śmy zobo­wią­zani do hono­ro­wa­nia zakazu wpusz­cza­nia kogo­kol­wiek, o ile takie jest życze­nie loka­tora.

- O któ­rej godzi­nie zaczęła pani dziś pracę? - spy­tała ją Eve.

- O ósmej trzy­dzie­ści. Jak już poin­for­mo­wa­łam poli­cjan­tów, dziś rano nie widzia­łam pani Huf­f­man.

- Potrzebne nam nagra­nie kamer moni­to­ru­ją­cych z ostat­nich dwu­dzie­stu czte­rech godzin - Eva zro­biła zna­czącą prze­rwę. - Mogę uzy­skać nakaz.

- To nie będzie konieczne. Z naj­więk­szą chę­cią oka­żemy naj­da­lej idącą pomoc. Jona­tha­nie, idź do ochrony budynku i uzy­skaj nagra­nia, o które prosi pani porucz­nik.

- Z holu - powie­działa Eve. - Wind, kory­ta­rza na pię­trze Huf­f­man.

Nie­mal zerwał się do biegu.

- Zaraz je przy­niosę.

- Odbie­rzemy je przed opusz­cze­niem budynku - Eve zwró­ciła się do Feli­city. - Pro­szę nam pozwo­lić wejść.

- Już zała­twione. Pani Huf­f­man mieszka na czter­dzie­stej ósmej kon­dy­gna­cji, lokal numer 4800, wschod­nia część budynku.

- Dzię­kuję. - Eve razem z Peabody skie­ro­wały się do wind. Dwie złote obsłu­gi­wały zachod­nią część budynku, dwie srebrne - wschod­nią.

- Oto, co mi przy­szło do głowy. - Eve weszła do kabiny, która miała złoto żył­ko­wane ściany, wyło­żone sre­brzy­stymi lustrami. - Huf­f­man wró­ciła tutaj, by zadzwo­nić pod dzie­więć­set jede­na­ście. Zgło­sze­nie zare­je­stro­wano o tej samej godzi­nie, o któ­rej Feli­city roz­po­częła pracę w recep­cji. Czyli Huf­f­man była na górze. Pole­ciła, żeby jej nie prze­szka­dzać, by kupić sobie tro­chę czasu.

- Musiała wie­dzieć, że poja­wią się tu gli­nia­rze - zauwa­żyła Peabody.

- Tak, o ile nie jest idiotką. Wciąga w sprawę narze­czo­nego, by mieć pewne wspar­cie, może opo­wiada mu, co się jej przy­da­rzyło. Jak na razie nie tra­fiła na moją listę spry­cia­rza tygo­dnia.

- W recep­cji poin­for­mo­wano nas, że wpu­ścili narze­czo­nego na górę, czyli nie mieszka z nią.

- Udała się do odle­głej dziel­nicy, do tego wcze­snym ran­kiem, po dro­dze kupiła kawę i muf­finki dla dwóch osób. Dla­czego?

- W SMS-ie wspo­mniano o pozo­wa­niu.

- Tak... W wia­do­mo­ści nie ma żad­nych imion, brak jakich­kol­wiek szcze­gó­łów. Czyli z samego rana udaje się do Vil­lage. Albo drzwi do miesz­ka­nia ofiary nie były zamknięte, albo Huf­f­man ma do niego dostęp. Jeśli ma dostęp, dla­czego? Wcho­dzi do środka, idzie na górę, upusz­cza torbę z kawą i muf­fin­kami, a potem nie tylko wycho­dzi, ale wraca do sie­bie i dopiero wtedy dzwoni na poli­cję.

- Dla­czego?

Eve wysia­dła z windy i zna­la­zła się w sze­ro­kim kory­ta­rzu, wyło­żo­nym sre­brzy­stym dywa­nem.

- Prze­ko­najmy się, co nam odpo­wie.

Do apar­ta­mentu numer 4800 pro­wa­dziły podwójne drzwi wypo­sa­żone w czyt­nik dłoni, kamerę moni­to­ru­jącą i podwójne zamki z ate­stem. Eve naci­snęła guzik dzwonka.

Loka­tor nie przyj­muje obec­nie gości - roz­legł się kom­pu­te­rowo gene­ro­wany głos - pro­szę...

- Porucz­nik Dal­las, detek­tyw Peabody z nowo­jor­skiej poli­cji. - Pod­su­nęła odznakę do prze­ska­no­wa­nia.

Po lek­kim waha­niu i prze­ska­no­wa­niu odznaki kom­pu­ter poin­for­mo­wał:

Pro­szę zacze­kać.

Po chwili otwo­rzyło się prawe skrzy­dło drzwi. Oce­niła, że męż­czy­zna liczy sobie około trzy­dzie­stu pię­ciu lat. Miał blond włosy z pasem­kami roz­ja­śnio­nymi słoń­cem, złotą opa­le­ni­znę i surową męską urodę, co świad­czyło, że lubi spę­dzać czas wolny na pie­szych wyciecz­kach, żeglu­jąc, gra­jąc w tenisa lub odda­jąc się innym zaję­ciom na świe­żym powie­trzu.

Teraz miał na sobie trzy­czę­ściowy, gra­na­towy gar­ni­tur w prążki i ide­al­nie zawią­zany szaro-gra­na­towy kra­wat.

- Pani porucz­nik, pani detek­tyw. - Ski­nął im krótko głową, jego oczy, pra­wie tego samego koloru co gar­ni­tur, pozo­stały poważne. - Pro­szę wejść. Merit Caine, narze­czony pani Huf­f­man.

Popro­wa­dził je przez mały hol ozdo­biony drzew­kami w doni­cach. Z gałęzi zwie­szały się minia­tu­rowe poma­rań­cze. Po chwili zna­leźli się w prze­stron­nym pokoju dzien­nym.

Hol wej­ściowy do budynku ude­rzył Eve swoją obse­syjną ele­gan­cją, tutaj ujrzała ele­gan­cję wystu­dio­waną.

Wszystko jest ele­ganc­kie i per­fek­cyj­nie dobrane, pomy­ślała. Sto­no­wane kolory i łagodne linie mebli, wielki, stary dywan - sto­sow­nie wypło­wiały - wywa­żone dzieła sztuki, same kra­jo­brazy lub mar­twe natury mię­dzy lustrami róż­nych kształ­tów, zapach róż i lilii umiesz­czo­nych w krysz­ta­ło­wych wazo­nach, i ide­alny widok rzeki za prze­szkloną ścianą. Obszerny taras umoż­li­wiał spę­dza­nie czasu na świe­żym powie­trzu - stały na nim szklany sto­lik, mięk­kie fotele, kwiaty w donicz­kach.

I wszystko to paso­wało do kobiety, zwi­nię­tej w kłę­bek w kącie jasno­nie­bie­skiej kanapy. Eve oce­niła, że jest dobre dzie­sięć lat młod­sza od swo­jego narze­czo­nego. Wystar­cza­jąco młoda, pomy­ślała, by obejść się bez zabie­gów upięk­sza­ją­cych na twarz - albo na tyle bie­gła w ich sto­so­wa­niu, by były nie­wi­doczne.

Ścią­gnęła blond włosy w ogon, więc nie oka­lały kla­sycz­nego owalu twa­rzy. Oczy - jasno­nie­bie­skie jak kanapa - nosiły ślady pła­czu. Dys­kretne.

Miała na sobie białe spodnie z leją­cej się tka­niny i luźną, białą koszulę. Wszystko świad­czyło o jej kru­cho­ści.

Dwóch mun­du­ro­wych wstało z foteli, odsta­wiw­szy fili­żanki z kawą.

- Pani detek­tyw, pro­szę przejść z funk­cjo­na­riu­szami do holu, wysłu­chać ich raportu. Od tej chwili my się zaj­miemy docho­dze­niem - wyja­śniła im. - Pani Huf­f­man, jestem porucz­nik Dal­las.

- Wiem - głos jej zadrżał. - Razem z Meri­tem widzie­li­śmy film. Sprawę Icove'ów. Nie mogę uwie­rzyć, że to się dzieje naprawdę. - Wycią­gnęła rękę, by ująć dłoń Merita. - Powie­dzia­łam... Powie­dzia­łam poli­cjan­tom, co się stało. Tylko że nie wiem, co się stało. Zwy­czaj­nie nie wiem.

- Uspo­kój się, Gwen. - Merit usiadł obok niej, nie wypusz­cza­jąc jej dłoni. Na palcu lewej błysz­czał masywny, kwa­dra­towy bry­lant. - Wszystko będzie dobrze.

Zabój­czy Przy­stoj­niak poznał Deli­katną Pięk­ność, pomy­ślała Eve. Ide­alna para.

Spoj­rzał na Eve.

- Pro­szę usiąść, pani porucz­nik. Czy życzy pani sobie cze­goś?

- Tylko odpo­wie­dzi - powie­działa i usia­dła.

- Zanim pani zacznie, chcia­łem poin­for­mo­wać, że jestem rów­nież peł­no­moc­ni­kiem praw­nym Gwen.

- Jest pan praw­ni­kiem, panie Caine?

- Tak, pra­cuję w kan­ce­la­rii Caine, Boswell i Caine. Cho­ciaż Gwen chce mak­sy­mal­nie pomóc w docho­dze­niu, rozu­mie pani, że doznała szoku.

- Jakiego szoku pani doznała, pani Huf­f­man?

- Ja... Cóż... Ja... Zna­la­złam Ariel. Była... - Gwen wtu­liła twarz w ramię Merita. - Tyle krwi.

- Była pani w jej miesz­ka­niu?

- Tak, dziś rano.

- O któ­rej godzi­nie?

- Wcze­śnie. Nie jestem pewna, ale musiało być koło wpół do ósmej. Może tro­chę wcze­śniej? Nie jestem pewna.

- Jak dostała się pani do miesz­ka­nia?

Gwen zwró­ciła twarz w stronę Eve, ale wciąż wspie­rała głowę na ramie­niu Merita.

- Drzwi były uchy­lone. Sły­sza­łam muzykę... Lubi słu­chać muzyki, kiedy pra­cuje... Więc weszłam do środka. Zawo­ła­łam, że już jestem, a potem zaczę­łam wcho­dzić do jej pra­cowni. Przy­nio­słam kawę i muf­finki z żura­winą. Chyba powie­dzia­łam, że jestem tro­chę wcze­śniej, może wspo­mnia­łam, że nie powinna zosta­wiać otwar­tych drzwi.

- Kiedy weszłam na górę - cią­gnęła - zoba­czy­łam ją. Na pod­ło­dze, i całą tę krew. Zoba­czy­łam jej twarz, jej oczy. Chyba krzyk­nę­łam. Nie wiem. Nie mogłam oddy­chać, zemdliło mnie, zakrę­ciło mi się w gło­wie, byłam prze­ra­żona. Wybie­głam. Och, Meri­cie, nie powin­nam była tak uciec.

- Byłaś w szoku.

- Czy doty­kała pani cze­goś?

- Nie wiem. Drzwi, porę­czy. Nie wiem.

- Jak pani tu wró­ciła?

- Zatrzy­ma­łam tak­sówkę. Nawet nie wiem, gdzie. Tro­chę bie­głam, tro­chę szłam. Nie czu­łam się sobą. - Przy­ci­snęła do serca dłoń z ośle­pia­ją­cym bry­lan­tem. - Wyda­wało mi się, że to się nie dzieje naprawdę. To się nie mogło dziać naprawdę.

Eve wska­zała fotel, kiedy wró­ciła Peabody.

- Jak długo zna pani panią Byrd?

- Pozna­ły­śmy się ostat­niej jesieni... Chyba we wrze­śniu. To musiał być wrze­sień, bo Merit wyje­chał w podróż służ­bową. Poszłam na otwar­cie wystawy sztuki. Poka­zy­wano mię­dzy innymi prace Ariel. Bar­dzo mi się spodo­bały.

Jedna łza poto­czyła się dość malow­ni­czo po policzku Gwen.

- Kupi­łam jedną z jej prac, roz­ma­wia­ły­śmy. Od razu się polu­bi­ły­śmy. Podzi­wia­łam jej ogromne odda­nie sztuce, ale była rów­nież rado­sna, jeśli rozu­mie pani, co mam na myśli. Zaprzy­jaź­ni­ły­śmy się.

- Na tyle się panie zaprzy­jaź­niły, żeby udała się pani do jej miesz­ka­nia o wpół do ósmej rano?

- Przy­szłam wcze­śniej, jak już wspo­mnia­łam. Mia­łam być o ósmej, ale byłam taka prze­jęta. Zle­ci­łam jej wyko­na­nie rzeźby w mar­mu­rze w pre­zen­cie ślub­nym dla Merita. Mia­łam jej pozo­wać.

- Czę­sto zosta­wiała otwarte drzwi?

- Nie... Nie wiem. Nie­zbyt czę­sto ją odwie­dza­łam w domu. Zwy­kle uma­wia­ły­śmy się na mie­ście, żeby się cze­goś napić, albo pójść do gale­rii, zjeść obiad. Natu­ral­nie byłam w jej miesz­ka­niu, widzia­łam jej pra­cow­nię, ale nie przy­po­mi­nam sobie, by wcze­śniej drzwi do niej były otwarte.

- Bywała nie­fra­so­bliwa - dodała Gwen. - Kiedy myślała o swo­jej pracy, bywała nie­fra­so­bliwa.

- No dobrze. Przy­jaź­ni­ły­ście się. Poznała pani jej zna­jo­mych?

- Wła­ści­wie nie. Nie, żeby była osobą nie­sym­pa­tyczną, ale nie pro­wa­dziła buj­nego życia towa­rzy­skiego.

- A jeśli cho­dzi o kochan­ków?

- Ni­gdy nie wspo­mniała nikogo szcze­gól­nego. Mówi­łam jej, że Merit ma cza­ru­ją­cego kuzyna, że mogę ich umó­wić. - Uśmiech­nęła się lekko i spoj­rzała na swo­jego narze­czo­nego. - Henry'ego. Ale dwa lata temu doświad­czyła trud­nego roz­sta­nia, powie­działa, że chce się sku­pić na pracy. Że miłość może zacze­kać.

- Czy wspo­mniała, jak się nazy­wał jej były?

- Nie.

- No dobrze, pro­szę nam opo­wie­dzieć, jak spę­dziła pani wie­czór.

Te łagodne i załza­wione oczy zro­biły się okrą­głe.

- Jak spę­dzi­łam wie­czór?

- Gdzie jadła pani kola­cję, o któ­rej godzi­nie, z kim.

- Nie rozu­miem. - Znów spoj­rzała na Merita.

- Poli­cja usta­liła czas zgonu - powie­dział.

- Ow­szem. Chcę mieć to z głowy, by wię­cej nie zakłó­cać spo­koju pani Huf­f­man.

- Myślą, że ja mogłam jej to zro­bić? - Oczy miała wiel­kie, usta jej drżały. Chwy­ciła się Merita. - Komu­kol­wiek?

Eve rzu­ciła spoj­rze­nie Peabody, jej part­nerka nachy­liła się, pełna zro­zu­mie­nia.

- Pani Huf­f­man, to dla pani bar­dzo trudne chwile. Doznała pani szoku, stra­ciła pani przy­ja­ciółkę. Wszystko, co nam pani powie, pomoże nam usta­lić, co ją spo­tkało, kto ją skrzyw­dził. Roz­ma­wiała pani z nią wczo­raj wie­czo­rem?

- Nie... A może tak? Nie. Pisa­ły­śmy SMS -y! Tak jest, po połu­dniu. Wysła­łam do niej SMS, żeby potwier­dzić, że będę jej pozo­wać, ona mi odpi­sała, że już nie może się docze­kać. Spo­tka­łam się z Mar­jo­rie, kon­sul­tantką ślubną. W lipcu pobie­ramy się z Meri­tem.

- Moje gra­tu­la­cje. - Peabody się uśmiech­nęła.

- Potem wró­ci­łam do domu. Merit przy­go­to­wuje się do roz­prawy w sądzie, więc miał pra­co­wać do późna. A mnie coś nosiło. Był taki śliczny dzień. Więc wyszłam z domu, oglą­da­łam wystawy skle­powe. Chyba koło szó­stej? Wpół do siód­mej? Nie jestem pewna. Na koniec prze­spa­ce­ro­wa­łam się po parku. Nie pamię­tam, o któ­rej godzi­nie wró­ci­łam. O ósmej? Dzie­wią­tej? Zja­dłam sałatkę, wypi­łam kie­li­szek wina. Dwa kie­liszki - popra­wiła się. - I popra­co­wa­łam nad tym, o czym roz­ma­wia­ły­śmy z Mar­jo­rie. Po winie i dłu­gim spa­ce­rze o jede­na­stej już spa­łam.

- Czy spo­tkała pani kogoś pod­czas spa­ceru? Kupiła pani coś, oglą­da­jąc wystawy skle­powe? - spy­tała Eve.

- Nie. Och, Merit i ja wymie­ni­li­śmy się SMS-ami. Koło wpół do dzie­sią­tej?

- Mniej wię­cej. Wysła­łem Gwen wia­do­mość, że zamó­wi­li­śmy wię­cej jedze­nia i że praw­do­po­dob­nie posie­dzimy jesz­cze ze dwie, trzy godziny. Ponie­waż zro­bi­li­śmy sobie prze­rwę w pracy, przez kilka minut wymie­nia­łem się z Gwen SMS-ami.

- Pani Huf­f­man, z tego, co nam pani powie­działa, wynika, że zadzwo­niła pani pod dzie­więć­set jede­na­ście mniej wię­cej sześć­dzie­siąt minut po tym, jak zna­la­zła pani zwłoki pani Byrd.

- Wiem. Prze­pra­szam. Bar­dzo prze­pra­szam. Ni­gdy w swoim życiu nie widzia­łam... Zaczę­łam jasno myśleć dopiero po powro­cie do domu, cho­ciaż nie do końca. Wtedy to do mnie dotarło. Zosta­wi­łam ją tam. Po pro­stu zosta­wi­łam. Zamie­rza­łam połknąć tabletkę na sen. Wprost nie mogę uwie­rzyć, że pra­wie połknę­łam śro­dek nasenny, żeby to wszystko znik­nęło. Znów zaczę­łam się cała trząść, zadzwo­ni­łam na poli­cję. Ale nie mogłam prze­stać dygo­tać.

- Pole­ciła pani, żeby nikogo nie wpusz­czać, nie łączyć żad­nych roz­mów.

- Tak, kiedy posta­no­wi­łam zażyć tabletkę. Nie­mal ją połknę­łam po tele­fo­nie na poli­cję, ale osta­tecz­nie wypi­łam tylko śro­dek uspo­ka­ja­jący, bo dotarło do mnie, że poli­cja zechce ze mną poroz­ma­wiać. I chcia­łam mieć przy sobie Merita. Chcia­łam mieć przy sobie Merita.

Roz­pła­kała się, łzy wolno spły­wały po jej policz­kach, kiedy wtu­liła się w narze­czo­nego.

- Powin­nam zostać z nią. - Unio­sła ku niemu swoją śliczną, zapła­kaną twarz. - Powin­nam zostać z Ariel i od niej zadzwo­nić na poli­cję. Do końca życia będę sobie wyrzu­cała, że tego nie zro­bi­łam.

- Nie obwi­niaj się. - Musnął ustami jej czoło. - Był­bym wdzięczny, gdy­by­śmy mogli teraz to zakoń­czyć, pani porucz­nik, pani detek­tyw. To ponad jej siły.

- Dzię­ku­jemy za pomoc - powie­działa Eve, wsta­jąc. - I przy­kro nam, że stra­ciła pani przy­ja­ciółkę. Same tra­fimy do wyj­ścia.

W dro­dze do windy Eve spy­tała:

- Czy mun­du­rowi usta­lili coś wię­cej?

- Wła­ści­wie nie. Dopiero co zaczęli. Powie­dzieli, że natra­fili na mur - nie wpusz­czano ich na górę, ponie­waż Huf­f­man poin­for­mo­wała, że nikogo nie przyj­muje do czasu poja­wie­nia się jej adwo­kata. Potem był płacz i uspo­ka­ja­nie.

Wsia­dły do windy, zaczęły zjeż­dżać.

- Udało im się usta­lić, co je łączyło, kolej­ność wyda­rzeń, a potem my się poja­wi­ły­śmy.

- No tak, ich wstępne prze­słu­cha­nie nie trwało na tyle długo, żeby dostrze­gli wiel­kie luki w jej opo­wie­ści.

- Nie wspo­mnieli o tym - odparła Peabody. - Chyba zary­zy­kuję twoje nie­za­do­wo­le­nie i powiem, że jej opo­wieść wydała mi się tro­chę nie­spójna. Poza tym zawsze odno­szę się podejrz­li­wie do osób, które potra­fią pła­kać i wyglą­dać przy tym olśnie­wa­jąco. Ale może to zwy­kła zazdrość. Lecz nie dostrze­głam wiel­kich luk.

- Zacze­kaj na nie. - Eve skie­ro­wała się pro­sto do recep­cji. Nie musiała nic mówić, bo Feli­city wrę­czyła jej paku­nek, zapie­czę­to­wany i opi­sany.

- Kopia, o którą pani pro­siła, pani porucz­nik. Jeśli będziemy mogli jesz­cze jakoś pomóc...

- Ow­szem. Od kiedy pani Huf­f­man tu mieszka?

- Od pra­wie czte­rech lat, o ile mnie pamięć nie myli.

- A czy może pamięta pani, od jak dawna spo­tyka się z panem Caine'em?

- Mogę powie­dzieć tylko w przy­bli­że­niu. Od około roku, tro­chę póź­niej pole­ciła, by wpusz­czać go bez ogra­ni­czeń.

- Dzię­kuję. Jesz­cze jedno. - Wyjęła swój palm­top, wyświe­tliła zdję­cie Ariel Byrd. - Czy zna pani tę kobietę?

- Nie, przy­kro mi.

- No dobrze, jesz­cze jedna rzecz. Potrzebne mi są nazwi­ska i namiary osób pra­cu­ją­cych na innych zmia­nach w recep­cji.

- Natu­ral­nie. Jona­tha­nie, pro­szę wydru­kuj te dane.

Kiedy Eve je otrzy­mała, jesz­cze raz podzię­ko­wała Feli­city i wyszła razem z Peabody na ulicę.

Peabody zacze­kała, aż zna­la­zły się w samo­cho­dzie.

- Czyli nasza świad­czyni jest podej­rzaną. Rozu­miem, to ruty­nowe postę­po­wa­nie. Ale nie rozu­miem, dla­czego od samego początku sku­pi­łaś się na niej.

- Po pierw­sze, wku­rza mnie, kiedy ktoś mnie okła­muje. - Eve oce­niła sytu­ację na jezdni, po czym bły­ska­wicz­nie włą­czyła się do ruchu.

- Jeśli cho­dzi o zakupy na wynos, wszystko się zga­dza. Mun­du­rowi potwier­dzili, oglą­da­jąc nagra­nia kamery moni­to­ru­ją­cej, że Huf­f­man przy­nio­sła kawę i muf­finki o siód­mej dwa­dzie­ścia. Nie musimy już korzy­stać z pro­gramu roz­po­zna­wa­nia twa­rzy.

- Tak, to się zga­dza. I to spo­tka­nie z kon­sul­tantką ślubną też okaże się prawdą. Spraw­dzimy to, ale z pew­no­ścią się potwier­dzi. Może będą pewne roz­bież­no­ści, doty­czące godziny, ale zasad­ni­czo wszystko będzie się zga­dzało. Podob­nie jak to, że narze­czony praw­nik pra­co­wał do późna. Cała reszta to stek bzdur.

Skrę­ciła na zachód, a potem poje­chała Lexing­ton na połu­dnie.

Peabody się zasta­no­wiła.

- Mój detek­tor bzdur jest dość dobry, ale przy­pusz­czam, że twój jest lep­szy.

- Roz­ma­wia o przy­go­to­wa­niach do ślubu, potem wraca do sie­bie. Godzinę póź­niej docho­dzi do wnio­sku: nudzi mi się. Wybiera się na dwu- czy trzy­go­dzinną prze­chadzkę do parku, ogląda wystawy skle­powe. Czy według cie­bie wygląda na kobietę, która lubi spa­ce­ro­wać po mie­ście, Peabody? Albo na taką, która ogląda wystawy i niczego nie kupuje?

- Teraz, kiedy o tym wspo­mnia­łaś, rze­czy­wi­ście nie. Zna­czy się, to praw­do­po­dobne. Spa­cer po mie­ście, w jej przy­padku z głową pełną pla­nów doty­czą­cych ślubu. Chciała się prze­wie­trzyć. No i tak, przez długi czas była sama. Lecz powie­działa, że była w domu, kiedy popeł­niono mor­der­stwo.

- Spraw­dzimy to, ale praw­do­po­dob­nie nagra­nie to potwier­dzi. Albo weszła głów­nym wej­ściem, a wyszła inną drogą. Jed­nak i tak kła­mie. Gdzie­kol­wiek była w ciągu tych trzech godzin, nie była to prze­chadzka po mie­ście. Do tego samotna.

- Zdra­dza narze­czo­nego.

- Tak, też mi to przy­szło do głowy. Uwzględ­nij jesz­cze jedno. - Rzu­ciła spoj­rze­nie Peabody. - Taka kobieta nie uma­wia się, żeby pozo­wać, na ósmą rano. Nie poja­wia się trzy­dzie­ści minut wcze­śniej. To inni cze­kają na nią.

- Nic a nic jej nie lubisz.

- Kła­mie, moż­liwe, że zdra­dza narze­czo­nego. Jesz­cze za wcze­śnie roz­strzy­gać, czy mamy do czy­nie­nia z zabój­czy­nią, ale dokład­nie ją spraw­dzimy.

Znów skrę­ciła na zachód, pogrą­żona w myślach, prze­dzie­ra­jąc się przez ruch uliczny.

- Jak gdyby ni­gdy nic wcho­dzi do miesz­ka­nia ofiary - a kiedy wypy­tamy pozo­sta­łych pra­cow­ni­ków recep­cji, usta­limy czy ofiara, jej dobra przy­ja­ciółka, kie­dy­kol­wiek weszła jak gdyby ni­gdy nic do jej miesz­ka­nia - i udaje się na górę do pra­cowni.

- A wcze­śniej już zdą­żyła kupić kawę i muf­finki na wynos. Tak, teraz, kiedy to przed­sta­wi­łaś w takim świe­tle, też dziw­nie to wygląda. To naprawdę wcze­sna pora.

- Widzi zwłoki, upusz­cza torbę. Plask. Być może naprawdę jest zasko­czona, a rów­nie dobrze chciała spra­wić takie wra­że­nie. Potem wycho­dzi. Kobieta, którą stać na taki apar­ta­ment, korzy­sta zazwy­czaj z auta z kie­rowcą. Ale ona tak nie zro­biła. Twier­dzi, że szła w sta­nie bli­skim amne­zji, a potem zatrzy­mała tak­sówkę.

- Musimy odszu­kać tę tak­sówkę - dodała Eve. - Wraca do sie­bie, idzie na górę. Roz­waża połknię­cie tabletki nasen­nej. Bie­daczka! W końcu, ponad godzinę po tym, jak zoba­czyła swoją przy­ja­ciółkę w kałuży krwi, wykręca dzie­więć­set jede­na­ście.

- Przy­znaję, że to dużo czasu - powie­działa Peabody. Eve prze­je­chała na żół­tym świe­tle i znów skie­ro­wała się na połu­dnie. - Ale doznała szoku, ludzie róż­nie w takich sytu­acjach reagują. Nie ma w tym nic dziw­nego.

- Wzięła prysz­nic, prze­brała się, wysu­szyła włosy, bar­dzo sta­ran­nie się uma­lo­wała. Uwzględ­nia­jąc, ile czasu zajął jej powrót do domu, przy­naj­mniej część z tego zro­biła po tele­fo­nie na poli­cję. Przy­go­to­wała się. Wyklu­czone, by wyszła dziś rano bez moc­niej­szego maki­jażu i wło­sów uło­żo­nych bar­dziej fan­ta­zyj­nie. I ubrała się na biało - to sym­bol nie­win­no­ści. Ani kro­pli kawy na ubra­niu. Na doda­tek skon­tak­to­wała się ze swoim narze­czo­nym praw­ni­kiem. Zabro­niła kogo­kol­wiek wpusz­czać do sie­bie, żeby mieć wię­cej czasu na przy­go­to­wa­nie się, na roz­mowę z nim, na zadba­nie o to, żeby mieć go przy sobie, kiedy będziemy ją prze­słu­chi­wać.

- Wszystko sobie wykal­ku­lo­wała - zgo­dziła się Peabody. - Było to aż nadto oczy­wi­ste, szcze­gól­nie kiedy roniła łzy. Ale czemu wró­ciła tam dziś rano? Czemu wró­ciła, wcze­śniej kupu­jąc kawę i muf­finki, czemu poja­wiła się na miej­scu zabój­stwa?

- Nie­któ­rzy lubią sku­piać na sobie uwagę. Założę się, że ona do nich należy. Co wię­cej, na miej­scu zabój­stwa znaj­dziemy jej odci­ski pal­ców. Tak czy owak, baju, baju, będziesz w pięk­nym raju.

Rozdział 3

3

Eve naj­pierw poje­chała do kost­nicy. Ruszyła dłu­gim, bia­łym tune­lem. Dwóch tech­ni­ków stało koło auto­matu, sior­biąc luro­watą kawę i prze­ży­wa­jąc na nowo wczo­raj­szy mecz base­bal­lowy.

Zmie­rzała pro­sto do kró­le­stwa głów­nego leka­rza sądo­wego.

Mor­ris, z zabez­pie­czo­nymi dłońmi wyma­za­nymi krwią, stał nad zwło­kami Ariel Byrd. Miał na sobie prze­zro­czy­sty far­tuch ochronny, a pod nim gar­ni­tur, który przy­wiódł jej na myśl doj­rzałe brzo­skwi­nie. Naj­wy­raź­niej będąc w wio­sen­nym nastroju, dobrał do niego koszulę w naj­ja­śniej­szym odcie­niu zie­leni i kra­wat ide­al­nie dopa­so­wany do gar­ni­turu. Dłu­gie, ciemne włosy zaplótł w war­ko­czyki, które zwią­zał jasno­zie­lo­nym rze­my­kiem.

Zawsze ją zdu­mie­wało i ni­gdy nie prze­sta­nie zdu­mie­wać, jak komuś udaje się tak ide­al­nie zesta­wić poszcze­gólne czę­ści gar­de­roby.

Zdjął mikro­go­gle.

- Młoda, zdrowa, ponio­sła śmierć w śliczny, majowy dzień.

- Nie byłam pewna, jak dużo będziesz już o niej wie­dział.

- Zoba­czy­łem nie tylko twoje nazwi­sko na przy­wieszce, ale rów­nież roz­po­zna­łem kim ona jest.

Natych­miast stała się czujna, spoj­rzała w ciemne oczy Mor­risa.

- Zna­łeś ją.

- Nie oso­bi­ście, co to to nie. Podzi­wia­łem jej prace, w zeszłym mie­siącu roz­ma­wia­łem z nią na festi­walu Sztuka w Parku. Wybra­łem się tam na parę godzin z Gar­net i jej córką.

Gar­net DeWin­ter, pomy­ślała Eve, spe­cja­listka od kości, ikona mody i przy­ja­ciółka Mor­risa - pla­to­niczna.

- Gar­net wzięła jej wizy­tówkę i odwie­dziła jej pra­cow­nię.

- Naprawdę?

- Kupiła gar­gulca na ścianę w ogro­dzie. Jest uro­czy.

- Czy posze­dłeś z nią do pra­cowni?

- Nie. - Mor­ris prze­niósł wzrok z powro­tem na zwłoki. - To moje dru­gie spo­tka­nie z artystką. Kobietą uta­len­to­waną.

Eve pode­szła bli­żej, żeby przyj­rzeć się uważ­nie uta­len­to­wa­nej kobie­cie leżą­cej z otwartą klatką pier­siową na stole sek­cyj­nym.

- Co jesz­cze możesz mi o niej powie­dzieć?

- Zdrowa, jak już wspo­mnia­łem. Odpo­wied­nia waga do wzro­stu i budowy ciała, mię­śnie wła­ści­wie napięte. W dzie­ciń­stwie zła­ma­nie podo­kost­nowe lewego nad­garstka. Dość czę­sto spo­ty­kane, dobrze zago­jone. Brak śla­dów nad­uży­wa­nia alko­holu czy sub­stan­cji zaka­za­nych. Peabody. - Uśmiech­nął się do niej. - Może weź­miesz z lodówki coś zim­nego dla sie­bie i Dal­las?

- Chęt­nie. Pepsi? - spy­tała Peabody swoją part­nerkę.

- Może być. - A Peabody zaj­mie się czymś, bo nie lubiła asy­sto­wać przy sek­cji zwłok.

- Brak ran obron­nych, brak innych obra­żeń poza raną szar­paną i stłu­cze­niem twa­rzy, wywo­ła­nym upad­kiem, oraz żebrem pęk­nię­tym od ude­rze­nia.

- O blat stołu.

- Tak, po zapo­zna­niu się z twoim nagra­niem z miej­sca prze­stęp­stwa zga­dzam się. No i natu­ral­nie ude­rze­nia, które spo­wo­do­wały śmierć.

- Wię­cej niż jedno.

- Trzy, cho­ciaż zabi­łoby ją już pierw­sze bez szyb­kiej pomocy lekar­skiej, dru­gie przy­pie­czę­to­wa­łoby jej zgon. Mocne ude­rze­nia, nieco z góry i z pra­wej, więc pole­ciała przed sie­bie i tro­chę na lewo, pro­sto na stół. Ma tylko metr sześć­dzie­siąt wzro­stu, czyli jest niska, drob­nej budowy ciała. Zde­rze­nie ze sto­łem - solid­nym, przy­krę­co­nym do pod­łogi - spo­wo­do­wało pęk­nię­cie dol­nego pra­wego żebra. Stra­ciła przy­tom­ność jesz­cze przed dru­gim ude­rze­niem, wymie­rzo­nym, kiedy odbiła się od stołu, prze­chy­liła się w lewo. Trze­cie dosię­gnęło ją, gdy upa­dła.

- Miała sporo sta­ran­nie uło­żo­nych narzę­dzi. Młotki, dłuta, pil­niki. Wygląda mi na to, że zabójca wziął narzę­dzie zbrodni z dru­giego stołu, za ofiarą, na prawo od scho­dów pro­wa­dzą­cych na górę. Leży na nim duży blok kamie­nia i dłuto. Brak młotka.

Machi­nal­nie otwo­rzyła puszkę pepsi, którą wrę­czyła jej Peabody.

- Wcze­śniej była z kimś, albo z zabójcą, albo z kimś innym. Piła z nim wino i upra­wiała seks.

- Tak, w jej żołądku stwier­dzi­łem obec­ność około trzy­stu pięć­dzie­się­ciu mili­li­trów czer­wo­nego wina shi­raz. Wypi­tego na trzy do jed­nej godziny przed śmier­cią. Jakieś cztery, cztery i pół godziny przed śmier­cią zja­dła kur­czaka z ryżem i bruk­selką.

- Nie piła wina do kola­cji. Zosta­wiła je, by się napić z towa­rzy­szem łoża. A seks? Ewen­tu­alne DNA?

- Labo­ra­to­rium otrzy­mało płyny ustro­jowe, żeby ziden­ty­fi­ko­wać DNA. Nie stwier­dzono obec­no­ści spermy ani w jej ciele, ani na skó­rze.

- Czyli korzy­stał z pre­zer­wa­tywy. Ale nie miała pre­zer­wa­tyw w miesz­ka­niu. - Eve wzru­szyła ramio­nami, znów okrą­żyła zwłoki. - Nie wszyst­kie kobiety je trzy­mają. Żad­nych ero­tycz­nych gadże­tów, żad­nych pre­zer­wa­tyw. Żad­nych table­tek anty­kon­cep­cyj­nych. Czy sto­so­wała jakieś mecha­niczne środki anty­kon­cep­cyjne?

- Jak do tej pory nie zna­la­złem żad­nych. Ni­gdy nie rodziła.

- No cóż, dobry począ­tek. Dzię­kuję, że szybko się nią zają­łeś.

- Przy­kro mi, że uni­ce­stwiono taki młody talent - powie­dział Mor­ris. - Kto wie, co by stwo­rzyła, gdyby pożyła dłu­żej.

- Wiem, co sobie myślisz - oświad­czyła Peabody, kiedy wyszły.

- No, co sobie myślę?

- Że Gwen Huf­f­man zdra­dzała swo­jego narze­czo­nego z ofiarą.

- Cał­kiem moż­liwe. Mieć kogoś na boku daleko od domu. Z dala od krę­gów towa­rzy­skich, w któ­rych się zwy­kle obraca. Wie, że narze­czony będzie zajęty przez cały wie­czór i część nocy. Pozo­wa­nie mogło być ich taj­nym okre­śle­niem na bara-bara. Nie poja­wiła się z pustymi rękami. Przy­nio­sła wino, kwiaty. Huf­f­man jest ostrożna. Po spo­tka­niu z kon­sul­tantką ślubną wró­ciła do domu. Założę się, że na nagra­niach z kamer moni­to­ringu stwier­dzimy, że się prze­brała. Potem nie pole­ciła odźwier­nemu, by wezwał dla niej tak­sówkę, ani nie zamó­wiła auta w fir­mie prze­wo­zo­wej. Nie chciała zosta­wić żad­nych dowo­dów, że wybrała się do West Vil­lage.

- Prze­szła dwa kwar­tały, zła­pała tak­sówkę. Może wysia­dła parę prze­cznic przed domem Byrd.

- No wła­śnie - zgo­dziła się z nią Eve. - Wino i kwiaty. Każemy mun­du­ro­wym to spraw­dzić, bo zro­biła zakupy bli­sko domu Byrd.

- Napiły się wina - cią­gnęła Eve, kiedy wsia­dły do wozu. - Tro­chę poba­rasz­ko­wały, znów napiły się wina, może jesz­cze tro­chę poba­rasz­ko­wały.

- I wtedy narze­czony przy­syła SMS! - Peabody, nakrę­cona, unio­sła rękę w górę. - Jak się czu­jesz, kiedy tulisz się do part­nerki, a ona dostaje SMS od narze­czo­nego?

- Jestem poiry­to­wana. A potem nie tylko poiry­to­wana, ale wprost wku­rzona, gdy moja kochanka nie tylko odpi­suje na SMS, ale wymie­nia się wia­do­mo­ściami tuż pod moim nosem.

- Podoba mi się to. Widzę to teraz wyraź­nie. - Ponie­waż była to prawda, Peabody aż zaczęła się wier­cić w fotelu. - Byrd mówi: "To miał być czas tylko dla nas, a ty z nim teraz flir­tu­jesz. Mam tego dosyć, nie chcę być twoją zabawką".

- Awan­tura przy­biera na sile. Może Byrd nawet zagro­ziła, że wszystko powie narze­czo­nemu.

- Ale jeśli Huf­f­man była w domu, kiedy ofiara ponio­sła śmierć...

- To świetne alibi. Lecz to nie zna­czy, że Huf­f­man nie zna innego wyj­ścia z budynku. Schody ewa­ku­acyjne, wyj­ście dla per­so­nelu. Spraw­dzimy to. Jest zde­ner­wo­wana - kon­ty­nu­owała opo­wieść Eve. - Jeśli Byrd pój­dzie do Caine'a, wszystko skoń­czone. Może uda się go prze­ko­nać, że to wie­rutne kłam­stwo, albo że to była pomyłka. Ale może narze­czony odwoła ślub, rzuci ją. Wraca do domu, upew­nia się, że kamery to zare­je­stro­wały, znaj­duje takie wyj­ście z budynku, o któ­rym nie pomy­ślimy albo któ­rego nie będzie nam się chciało szu­kać. Wraca, wcho­dzi - bo ma kartę magne­tyczną, z całą pew­no­ścią ją ma. Wali Byrd w głowę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki