Śmierć w walentynki - Adrianna Ewa Stawska

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Ewa Lewicka leniwie przeciągnęła się w skotłowanej pościeli. Przez chwilę przyglądała się drewnianemu sufitowi nad łóżkiem rozespana. Bielone deski odbijały światło wpadające przez wielkie okna. W tym blasku jej nagie ciało wydawało się bielsze, wręcz rozświetlone i gładsze niż w rzeczywistości. "To wszystko przez ten śnieg" - pomyślała. - "Zrobiło się tak czysto i widno". Przekręciła się na bok i oparła głowę na dłoni. Przyjrzała się twarzy mężczyzny, który cichutko pochrapywał obok niej. Ciepły, mocny i spokojny. Opuszkiem palca wygładziła jego gęste czarne brwi. Powoli przejechała palcem po grzbiecie nosa. Mężczyzna sapnął i poruszył nozdrzami. Nie obudził się jednak. Lewicka odczekała chwilę i delikatnie obrysowała kształt ust mężczyzny. Pochyliła się i pocałowała miękko jego wargi. "Wciąż mną pachnie". - Uśmiechnęła się na samo wspomnienie ich miłosnych igraszek.

Niedawno w ulubionym miesięczniku przeczytała artykuł zatytułowany Pięćdziesiątka na karku i wciąż udany seks? To da się zrobić. "Pewnie, że tak" - pomyślała rozbawiona. - "Pięćdziesiątka to nowa czterdziestka, czyż nie?".

Zjechała palcami niżej i pod długimi paznokciami zaszeleścił starannie przycięty trzydniowy zarost, tuszujący zbyt obfity podbródek mężczyzny. Lewicka znowu się uśmiechnęła i przycisnęła usta do dołka w jego brodzie.

Wstała, przeciągając się, i podeszła do okna. Przed nią, jak okiem sięgnąć, rozciągała się absolutna biel. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała tyle śniegu. Może w dzieciństwie? Wtedy lubiła zimę. Potem już mniej. Zimowy czas był zawsze uciążliwym okresem rozjeżdżonego błota, śliskich chodników, ciężkich ubrań i wiecznie spóźniających się autobusów. Ciemnym, brudnym i przygnębiającym okresem, który trzeba przeczekać.

Spojrzała na mężczyznę śpiącego na łóżku wielkości lotniska. Kilka lat temu pojechała z nim - z Darkiem Banasikiem - w Alpy. Czas w śnieżnych okowach zwolnił. Wieczory przy ogniu buzującym w kominku, wspólne noce pod grubą kołdrą, niespieszne śniadania, odkopywanie się z zasp, żeby pojechać do miasta na dobry obiad - to wszystko było czarowne. Nie musiała się nigdzie spieszyć. Niczego więcej nie potrzebowała, bo to, co najważniejsze, miała na wyciągnięcie ramienia. Czuła bliskość jest wciąż niedocenianą przyprawą życia.

Lewicka poznała komisarza Banasika piętnaście lat temu podczas urlopu nad Wigrami. Była wtedy mężatką. Krótko przed wyjazdem na wypoczynek Lewicka odkryła, że mąż ją zdradza. Nie był to pierwszy raz, ale teraz zabolało bardziej. Pobyt w pokamedulskim klasztorze zamienionym na luksusowy hotel stał się nieodwracalnie ostatnim urlopem z niewiernym mężem. Lewicka oznajmiła mu, że długi weekend jest końcem ich małżeństwa. Podczas wspólnego wypoczynku małżonków w hotelu doszło do morderstwa. Śledztwo prowadził Banasik, który służył wtedy w komendzie w Suwałkach. Lewicka - jako starszy rangą oficer śledczy oraz świadek tragicznych zdarzeń - została poproszona o dołączenie do ekipy dochodzeniowej. Wspólnie prowadzone śledztwo zbliżyło Lewicką i Banasika.

Rozwód zakończył się po dwóch rozprawach bez orzekania o winie. Właściwie ograniczył się do zatwierdzenia ugody przygotowanej przez ich prawników. Nie mieli dzieci, więc ugoda dotyczyła podziału wspólnego majątku. Jemu spieszyło się, bo spodziewał się dziecka z inną. Lewicka miała swoje plany. Wszystko przebiegło w chłodnej, lecz pełnej zrozumienia atmosferze. W miarę szybko i bezboleśnie.

Świeżo rozwiedziona Lewicka nie miała nic przeciwko temu, żeby czym prędzej skonsumować znajomość z Banasikiem. Jednak odległość i praca nie sprzyjały spontanicznym randkom. W jej życiu pojawili się również inni mężczyźni. Lewicka uważała, że do udanego seksu niepotrzebna jest miłość. Wystarczy, że para kochanków lubi się, jest dla siebie atrakcyjna i ma wspólny cel - wzajemną przyjemność. Lewicka była wręcz przekonana, że miłość może przeszkadzać w osiągnięciu pełni satysfakcji seksualnej. Zakochanym za bardzo zależy, by wypaść dobrze, za bardzo się starają, chcą kontrolować sytuację. Tracą spontaniczność i zaczynają odgrywać role, nie pozwalając sobie na puszczenie wszystkich hamulców. Dawniej lubiła łatwych mężczyzn, którzy szybko dawali jej seksualne spełnienie. Doświadczenie ją jednak nauczyło, że faceci z szybkim zapłonem niestety nie zawsze spełniają pokładane w nich oczekiwania. Jako wytrawna kochanka umiała sobie poradzić z wieloma sytuacjami awaryjnymi. Przypadkowy partner to jednak spore ryzyko rozczarowania pod każdym względem, nie wspominając o przykrych konsekwencjach zdrowotnych. Lewickiej hazard nie pociągał. Za to od tamtego weekendu nad Wigrami pociągał ją Banasik. Krępy brunet ze śladami przedwczesnej siwizny na skroniach przypominał jej mrukliwego borsuka. Już wtedy czuła, że pozorna ociężałość to tylko fasada, pod którą kryje się energiczny i pewny siebie mężczyzna. Miał kwadratową, mocno zarysowaną szczękę, świadczącą o stanowczej sile. Jednak obfity podbródek smakosza, dołek w brodzie, śmiechowe zmarszczki wokół oczu i wydatne, zmysłowe wargi pokazywały, że ten silny mężczyzna jest wystarczająco zdystansowany wobec siebie samego oraz doczesnych spraw tego świata, by dobrze bawić się w każdych okolicznościach. Tembr jego niskiego głosu, z charakterystycznym poświstem powietrza wypuszczanego przez diastemę między jedynkami, wprowadzał Lewicką w stan ekstazy. Banasik miał jednak tę najważniejszą zaletę, że na równi kochał jeść i uwielbiał się kochać. Hedonista w każdym calu, celebrował wszystkie przyjemności z ogromnym zaangażowaniem.

Był parę lat od niej młodszy. Do tego był o dwa stopnie oficerskie i sześć grup zaszeregowania niżej w policyjnych strukturach. Mimo różnicy wieku przejawiał nieustające zainteresowanie ciałem Lewickiej i zachwyt nad jej intelektem. To wystarczyło, by wzmocnić ich relację, a przede wszystkim zwiększyć jej nadszarpnięte rozstaniem z mężem poczucie własnej atrakcyjności. Ceniła to sobie na równi z wolnością i niezależnością, które mogła przy Banasiku zachować.

Banasik nie był łatwy i nie uległ jej na pierwszej randce. Za to podczas pierwszego zbliżenia była mu wdzięczna, że nie musi gorączkowo przeszukiwać własnej torebki w poszukiwaniu prezerwatywy. Nim wylądowali w łóżku, wyjął talię kondomów i masek oralnych. Bezceremonialnie spytał ją, jaki smak lubi. On uwielbiał smak coli. Lewicka - truskawek. Uwiódł ją swoją troską. Gdyby chciała i mogła mieć jeszcze dzieci, Banasik zostałby ich ojcem.

Przez te piętnaście minionych lat ich romans rozkwitł, trwał, przygasał i rozjarzył się na nowo. Czasem spędzali razem urlop, czasem tylko jeden weekend raz na kwartał. Pasowało to obojgu. Jednak odkąd Banasik awansował na inspektora i dostał przeniesienie służbowe do Olsztyna, coraz częściej napomykał o emeryturze i wspólnym domu. Domu, który budował nad jeziorem. Lewicka na żadną emeryturę się nie wybierała, a wręcz przeciwnie - miała nadzieję na gładkie przejście ze struktur polskiej policji do Europolu, na wyższe i ambitniejsze stanowisko. Wiedziała, że coraz częstsze opowieści Banasika o spokojnej starości we dwoje były tematem, który koniecznie powinni przepracować. Dlaczego zwlekała z rozmową? Pocieszała się, że mogłaby żyć tak jak teraz, na dwa domy, a nawet trzy. W Hadze, Warszawie i w chałupie nad jeziorem, gdzie Banasik będzie czekał na nią z bigosem. Teraz od ilości ważniejsza była jakość. I to w każdym aspekcie. To była relacja dobra dla obu stron, pełna bliskości, szanującej wzajemną autonomię. Bezbolesny związek wnoszący mnóstwo pozytywnej energii do życia obojga. Związek, w którym każde z nich mogło być bardziej sobą. Nic ze szkodliwego romantyzmu, wiele z solidnej pragmatyki.

Uśmiechnęła się do swojego odbicia w tafli okna. I pomyślała z żalem, że dzisiaj nie tylko nie pobiega, ale nawet nie wyjdzie na spacer. Ogromne zaspy utrudniały jakąkolwiek aktywność. Na szczęście w hotelu był basen. Jak zawsze po udanym seksie rozpierała ją energia i musiała ją gdzieś rozładować.

Odwróciła się i rozejrzała po obszernym pokoju hotelowym. Urządzono go w stylu skandynawskim w wersji de luxe. Wystudiowana skromność robiła wrażenie. Proste komody z woskowanego drewna, marmurowe stoliczki, szare welwetowe obicia i złote detale lamp tworzyły przytulną atmosferę niewymuszonego komfortu za duże pieniądze. Idealną przestrzeń zakłócały jedynie rozrzucone części ubrania, które godzinę temu w pośpiechu nawzajem z siebie zrywali.

Pomyślała, że Darek miał świetny pomysł. Walentynki w luksusowym SPA na Mazurach. Może to oklepane, ale nadal działa. Obdarzyła czułym spojrzeniem pochrapującego mężczyznę.

Nim weszła pod prysznic, przyjrzała się swojemu odbiciu w wielkiej lustrzanej tafli, wypełniającej przestrzeń od blatu umywalek do sufitu. Jej nagie ciało nadal było kuszące i zmysłowe. Może już nie tak gładkie, jak w młodości, nadal jednak pod zadbaną miękką skórą prężyło się i tętniło. Dla Lewickiej nagość była jak dobrze skrojona suknia. Poruszała się z bezwstydną gracją, świadomie czerpiąc radość z każdego ruchu. Uniosła ramiona. Jej piersi zdecydowanie tak wyglądały lepiej. Objęła je czule. Zważyła w otwartych dłoniach. Nie były tak jędrne, jak kiedyś. Ziemskie ciążenie nieubłaganie czyniło je coraz bardziej wiotkimi. Nie była to jednak skaza. Stały się inne. To wszystko. Piersi stworzone tylko do pieszczoty. Nie karmiły żadnego dziecka. Nie do niej należała decyzja. Natura wybrała inaczej. Ona zaakceptowała. Nie każda kobieta stworzona jest do macierzyństwa, tak jak nie każdy mężczyzna powinien zostać ojcem. Zacisnęła palce. Zabolało. W tej sekundzie czuła, że dobrze jej we własnym ciele. Czuła się świetnie sama ze sobą. Była spełniona i szczęśliwa. Przepełniona mocą władczyni wszechświata. Mogła się nią dzielić ze wszystkimi.

Przekroczyła próg prysznica i kaskada chłodnej wody spadła na nią, ostatecznie zmywając zapach cielesnych przyjemności.

Jakiś czas później owinięta puszystym szlafrokiem Lewicka próbowała niepostrzeżenie przemknąć się z basenu przez hotelowy hol na górę do swojego pokoju. Intensywne pływanie, a potem relaks w jacuzzi rozleniwiły ją. Czuła się senna i marzyła tylko o tym, by wślizgnąć się pod kołdrę i przytulić do Banasika.

- Pani inspektor Ewa Lewicka! - dogonił ją donośny głos właściciela hotelu. Zatrzymała się w pół kroku i obejrzała za siebie. - Proszę pamiętać o naszym powitalnym drinku o siedemnastej.

W drzwiach prowadzących do salonu stał hotelarz w towarzystwie monstrualnej postaci. Lewicka na dźwięk jego głosu w duchu zaklęła szpetnie. "Inspektor? Skąd on wie?". Zazwyczaj się nie afiszowała, że służy w policji. Tak było lepiej. Trochę kryjąc się ze swoim zawodem, unikała animozji lub bezczelnych próśb o pomoc. Niestety tym razem nie była tu anonimowo. Mogła się tego spodziewać po Banasiku. To nie jest wyłącznie spontaniczny weekend we dwoje, to są również jego interesy. "Nie, nie interesy. Jak on to mówi? To raczej niewinne przysługi. On coś komuś, ktoś coś jemu. Ach, te jego małomiasteczkowe konszachty!". I zaraz sama skarciła się w myślach, że nieważne: Olsztyn, Łomża czy Warszawa - wszędzie panuje ta sama sieć zależności. Tylko że w stolicy sieć jest gęstsza, a mentalna małomiasteczkowość przybiera większą skalę.

- Oczywiście, że pamiętam. Właśnie idę się przebrać - odpowiedziała, uśmiechając się do własnych myśli, ale Paciorek wziął to za przychylność i uznanie dla hotelowych atrakcji.

- Widzę, że basen spełnił pani oczekiwania - powiedział hotelarz, uśmiechając się szeroko.

Lewicka zauważyła już przy pierwszym spotkaniu, gdy z trudem dotarli tu w południe, że hotelarz jest na swój sposób atrakcyjny. Ledwo przekroczyli próg podwójnych drzwi, szeroko uśmiechnięty i pewny siebie mężczyzna powitał ich:

- Eugeniusz Paciorek, właściciel tej perły hotelarstwa. - Szerokim gestem ręki zakreślił łuk w powietrzu, wskazując na otaczający ich budynek w stylu polskiego dworku. Tylko skala budynku była większa. W głosie właściciela hotelu, gdy stawiał akcent na słowo "tej", pobrzmiewała nieskrywana duma z doniosłego dzieła życia.

Wręczył im klucze do apartamentu, wyliczając wszystkie atrakcje swej "perły".

Ubrany był w modny kardigan z szalowym kołnierzem i dwurzędowym zapięciem oraz w granatowe dżinsy. Melanż brązowo-śliwkowej dzianiny i fioletowego golfu podkreślał silną opaleniznę, mocno kontrastującą z niezwykle jasnymi włosami. Zapewne sztuczna opalenizna wspomagana była częstymi odwiedzinami w solarium oraz wypiciem hektolitrów soku z marchwi. Miał proste, bardzo jasne włosy, gładko zaczesane do tyłu. Gdy mówił, gwałtownie poruszał głową, a długie pasma włosów opadały mu w nieładzie na oczy. Natychmiast zaczesywał je palcami do tyłu. Lewicka podejrzewała, że słomiany odcień włosów był efektem starannego rozjaśniania, które miało ukryć oznaki siwizny. Mimo wszystko Paciorek przypominał bardziej właściciela alpejskiego pensjonatu niż mazurskiej ostoi harmonii i spokoju.

Lewicka uznała wtedy, że hotelarz wygląda najwyżej na czterdzieści lat, ale jego imię wskazywałoby na kogoś starszego. W latach osiemdziesiątych nikt nie dawał swojemu dziecku na imię Eugeniusz, tylko Jan, Paweł lub Karol. Wiadomo po kim.

Lewicka była zdania, że w obecnych czasach demokratyzacji odzieży Sherlock Holmes niewiele by wyczytał ze stroju obserwowanej osoby. Na pewno nie rodzaj wykonywanego zawodu. Wszyscy tak bardzo chcą się do siebie upodobnić. Również w kwestii mody. Zarówno hydraulik, jak i prezes banku noszą te same proletariackie dżinsy. Może ten rodzaj spodni czasem różni się ceną, ale nigdy wyglądem. Legendarne? Jak dla kogo. Lewicka sama miała kilka par, bo to praktyczne spodnie. Uważała, że dżinsy zawsze będą roboczymi wycieruchami z farbowanego diagonalu. Mocna tkanina i solidne podwójne szwy czynią je niezniszczalnymi. Co same dżinsy mówią o ich właścicielu? Niewiele. Ktoś, kto nosi dżinsy, może być światoburczy, bezkompromisowy, niezważający na konwenanse albo wręcz przeciwnie - ślepo podążający za modą. Może być też po prostu spolegliwy i wygodny. Lub zwyczajnie mieć tylko jedną parę spodni i nosić ją do wszystkiego na każdą okazję. Więcej o człowieku mówi kontekst. Albo jego szafa. Hydraulik może mieć sześć par dżinsów i jedne spodnie garniturowe. Bankowiec ma sześć par spodni garniturowych i trzy pary markowych dżinsów. W każdym razie Lewicka w swojej pracy policyjnego śledczego widziała nie jedną szafę, lecz setki, z których próbowała odczytać, jakie ich właściciel wiódł życie. Zazwyczaj w chwili rozpoznawania zawartości szafy jej posiadacz był już martwy. Ubrania przechowywane w meblu dostarczały cząstkowych odpowiedzi na pytania, na które sam zainteresowany nie mógł już odpowiedzieć.

Hotelarz był wysokim, barczystym mężczyzną, lecz towarzysząca mu w holu postać była jeszcze wyższa i szersza do niego, wręcz kolosalna. Ze względu na bajeczną kreację do ziemi Lewicka uznała, że ma do czynienia z dużą kobietą. Pleczysta i brzuchata postać spowita była w obszerną, kwiecistą suknię z falbanami. Na głowie nieznajomej pysznił się imponujących rozmiarów egzotyczny kwiat połyskujący brokatem. Całości dopełniał przesadny makijaż oczu z firankami sztucznych rzęs oraz karmin ust skrzywionych w cynicznym półuśmieszku. Odważnie. Krzepka postać mogła być niemłodą śpiewaczką operową, a nawet słynną drag queen Europy Środkowo-Wschodniej, która w przelocie między średniej wielkości stolicami zaszczyciła swoją obecnością cichą mazurską przystań.

Obfite ciało kobiety, pozbawione szyi, wieńczyła idealnie okrągła głowa. Jasne, cienkie włosy były ulizane, rozdzielone asymetrycznym przedziałkiem i zebrane w niski kok z tyłu głowy, jak u tancerek flamenco. Kremowy odcień włosów zlewał się z jasną karnacją skóry. W pierwszej chwili Lewickiej wydawało się, że kobieta postawiła na odważny krok i zupełnie zgoliła włosy. Bo właściwie czemu nie? Dzisiaj fryzura jest formą wyrazu osobowości bardziej niż ubranie. Jedni farbują włosy, żeby zamanifestować swoją odrębność, inni, żeby zamaskować upływający czas. Jeszcze inni nic nie robią z włosami, obojętni na wszelkie mody. Dziś nie wypada mieć nadwagi, zmarszczek ani siwizny. I co z tego? Lewicka od razu poczuła sympatię do olbrzymki, która spod na wpół przymkniętych powiek uważnie przyglądała się policjantce.

- Proszę korzystać ze wszystkich zabiegów SPA do woli - zakląskał Paciorek. - Polecam peeling i masaż stopioną czekoladą. Cudownie rozgrzewa i relaksuje. Jeśli pani ma jakieś życzenie, zaraz zadzwonię po naszą masażystkę. Mieszka niedaleko. Ze względu na trudne warunki pogodowe niestety pozwoliłem pracownikom wcześniej wyjść do domu. Jednak osobiście jestem do pani dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę i spełnię każde życzenie - zaoferował właściciel perły Mazur i zaraz dodał smutno, wykazując nieznaczny niepokój: - Ten weekend jest wyjątkowo kameralny. Na walentynkowej kolacji będzie tylko pięć par, więc zwolniłem nawet kelnerkę, szefowa kuchni da radę sama nas obsłużyć, resztą zajmę się ja. Większość gości niestety nie dojedzie ze względu na śnieżycę. Droga z Warszawy do Olsztyna była ciężka, ale teraz jest praktycznie nieprzejezdna. Podobno samochody utknęły w zaspach, tworząc wielokilometrowe korki.

Pod wpływem jego słów twarz towarzyszącej mu kobiety zmieniała się jak w kalejdoskopie. Zaciekawienie malujące się na jej obliczu płynnie ustąpiło osłupieniu, by w jedną sekundę przeobrazić się w absolutny sceptycyzm.

- Doprawdy? To chyba istny cud. Od niepamiętnych czasów nikt nigdy nie widział takiego śniegu. - Olbrzymka nie kryła zwątpienia. Jej monumentalny głos diwy operowej zabrzmiał spiżem, a kwiatowa ozdoba włosów zakołysała się w niemym zaprzeczeniu ogólnie znanym faktom.

- Pani jest zbyt młoda - zaszczebiotał Eugeniusz Paciorek, zwracając się z kurtuazją do damy w egzotycznej kreacji - ale ja pamiętam zimę stulecia.

Lewicka pomyślała, że jednak się nie pomyliła. Właściciel hotelu musiał mieć co najmniej pięćdziesiąt lat, jeśli cokolwiek pamiętał z zimy 1979 roku. "Ale trzyma się nieźle" - stwierdziła.

- Wtedy też zaczęło się tak niewinnie. Prószyło, śnieżyło, nieprzerwanie i skutecznie. Potem świat wyhamował, zatrzymał w śnieżnych okowach ludzi, wagony z węglem oraz dostawy chleba. Brakowało ogrzewania i jedzenia. W radiu ogłoszono dwudziesty stopień zasilania. Świat pogrążył się w ciszy i ciemności. Kto mógł, chował się pod pierzynę. Dziewięć miesięcy później urodziło się więcej dzieci niż kiedykolwiek wcześniej. Szczęśliwie się składa, że teraz mamy walentynki. - Zaśmiał się rubasznie. Żart nie znalazł jednak uznania ani u Lewickiej, ani u matrony w kwiecistej sukni. Nieco zmieszany odchrząknął i zaraz dodał poważnym tonem: - Nadciąga wielka śnieżyca z zachodu. Francja i Niemcy już sparaliżowane. Wielkopolska tonie w śniegu. Niedługo i my zostaniemy odcięci od świata.

- Niech pan nas nie straszy - prychnęła jego towarzyszka. - Mam nadzieję, że przynajmniej lodówki są pełne, a kucharka trzeźwa. Nie jak ostatnio - dodała cierpko.

Na jej słowa twarz Paciorka spurpurowiała. Zaśmiał się nerwowo i powiedział z udawaną beztroską:

- Ach, jaka gapa ze mnie. Panie pozwolą. - Szybko dokonał prezentacji: - Blogerka i krytyk kulinarny, Dagmara Chęcińska. Kobieta, która rządzi, jeśli nie trzęsie, polską gastronomią. - Z jej opinią liczą się wszyscy. Nawet ja. Z niecierpliwością czekam, Dagmaro, na pani ocenę talentu naszej niezrównanej szefowej kuchni.

Kobieta nieznacznie skinęła głową, rozciągając usta w łaskawym półuśmiechu. Lewickiej nazwisko krytyczki nie było obce. Nie śledziła bloga Dagmary Chęcińskiej, co to, to nie. Jedyne, co inspektor Lewicka śledziła w necie, to komunikaty policyjne, listy gończe i tweety jej zwierzchników. Miała jednak mały kompleks dziewczyny z demoludów, dla której kolorowe magazyny, a i tak nie wszystkie, były dostępne tylko w klubach międzynarodowej prasy i książki. Odkąd w 2018 roku powstała polska redakcja najważniejszego pisma o modzie kobiecej, Lewicka prenumerowała "Vogue'a". Właśnie w tym miesięczniku publikowano dowcipne, inteligentne i pełne drobnych złośliwości recenzje Chęcińskiej.

- Inspektor policji, Ewa Lewicka. - Hotelarz wskazał na Lewicką i dodał, konfidencjonalnie zniżając głos: - Zupełnie prywatnie.

Chęcińska obdarzyła Lewicką czujnym spojrzeniem:

- Myślałam, że służbowo. Czyżby była pani na tropie zbrodni wobec tradycyjnej gościnności i dobrej kuchni? - Zaśmiała się tubalnie ze swojego żartu. Zdaniem Lewickiej - raczej nietrafionego.

Kwiat na głowie krytyczki zadrżał szyderczo.

- I gdzie ten drink powitalny? Mam nadzieję, że nie będzie to tylko kieliszek taniego spumante - dodała złośliwie.

Paciorek zaczął się mgliście tłumaczyć, że on przecież nigdy by do tego nie dopuścił. Wyraźnie było widać, że nagle stracił cały rezon i oklapł w sobie.

- Państwo pozwolą, pójdę się przebrać. - Lewicka odwróciła się na pięcie, nie czekając, jak skończy się ta wymiana zdań. Szybko zaczęła wchodzić po schodach. Po drodze na górę przez głowę przeleciała jej myśl, że ten weekend może obfitować w interesujące zdarzenia.