Śmierć w La Fenice - Donna Leon

Kup ebooka

34.00 zł
27.20 zł (20,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na­kła­dem wy­daw­nic­twa Noir sur Blanc uka­zały sięna­stę­pu­jące po­wie­ści Donny Leon:

ŚMIERĆ W LA FE­NICE

1998

2006 (se­ria kie­szon­kowa)

ŚMIERĆ NA OB­CZYŹ­NIE

1999

STRÓJ NA ŚMIERĆ

1999

ŚMIERĆ I SĄD

1999

ACQUA ALTA

1999

2011 (se­ria kie­szon­kowa)

CI­CHO, WE ŚNIE

2001

2009 (se­ria kie­szon­kowa)

SZLA­CHETNY BLASK

2002

ZGUBNE ŚRODKI

2003

2007 (se­ria kie­szon­kowa)

ZNA­JOMI NA STA­NO­WI­SKACH

2004

2008 (se­ria kie­szon­kowa)

MO­RZE NIE­SZCZĘŚĆ

2005

2007 (se­ria kie­szon­kowa)

PER­FIDNA GRA

2006 (se­ria kie­szon­kowa)

SŁOWO OFI­CERA

2007 (se­ria kie­szon­kowa)

FAŁ­SZYWY DO­WÓD

2008 (se­ria kie­szon­kowa)

KREW Z KA­MIE­NIA

2009 (se­ria kie­szon­kowa)

MĘTNE SZKŁO

2010 (se­ria kie­szon­kowa)

OKROPNA SPRA­WIE­DLI­WOŚĆ

2010 (se­ria kie­szon­kowa)

DZIEW­CZYNA Z JEGO SNÓW

2011 (se­ria kie­szon­kowa)

UKRYTE PIĘKNO

2012 (se­ria kie­szon­kowa)

KWE­STIA WIARY

2013 (se­ria kie­szon­kowa)

PO NITCE DO KŁĘBKA

2014 (se­ria kie­szon­kowa)

DZIKA ZA­CHŁAN­NOŚĆ

2015 (se­ria kie­szon­kowa)

ZŁOTE JAJO

2016 (se­ria kie­szon­kowa)

GRA PO­ZO­RÓW

2017 (se­ria kie­szon­kowa)

WODA WIECZ­NEJ MŁO­DO­ŚCI

2018 (se­ria kie­szon­kowa)

ZA­URO­CZE­NIE

2019 (se­ria kie­szon­kowa)

DO­CZE­SNE SZCZĄTKI

2020 (se­ria kie­szon­kowa)

PO­KUSA PRZE­BA­CZE­NIA

2021 (se­ria kie­szon­kowa)

AD­OP­CJA

2022 (se­ria kie­szon­kowa)

PIER­WIASTKI ŚLA­DOWE

2023 (se­ria kie­szon­kowa)

ULOTNE PRA­GNIE­NIA

2024

Roz­dział 1

Trzeci dzwo­nek, za­po­wia­da­jący ry­chłe roz­po­czę­cie ostat­niego aktu spek­ta­klu, roz­brzmie­wał dys­kret­nie w foyer i ba­rach te­atru La Fe­nice. Pu­blicz­ność w od­po­wie­dzi ga­siła pa­pie­rosy, do­pi­jała drinki, koń­czyła roz­mowy, a na­stęp­nie za­częła wcho­dzić na wi­dow­nię. Salę, ja­rzącą się bla­skiem świa­teł w prze­rwie mię­dzy ak­tami, wy­peł­nił szmer roz­mów pro­wa­dzo­nych przez wi­dzów, któ­rzy po­wra­cali na swoje miej­sca. Tu za­lśniła bi­żu­te­ria, tam ktoś po­pra­wił osła­nia­jącą na­gie ra­miona etolę z no­rek lub strzą­snął le­dwo wi­doczny py­łek z atła­so­wej klapy. Naj­pierw wy­peł­niły się bal­kony, po­tem par­ter, a na ko­niec trzy rzędy lóż.

Przy­ga­sły świa­tła, mrok okrył wi­dow­nię i wzro­sło na­pię­cie pu­blicz­no­ści cze­ka­ją­cej na dal­szy ciąg spek­ta­klu i po­nowne po­ja­wie­nie się dy­ry­genta na po­dium. Z wolna ucichł szmer gło­sów, mu­zycy prze­stali wier­cić się na krze­słach, za­le­gła ni­czym nie­zmą­cona ci­sza, świad­cząca o tym, że wszy­scy są go­towi wy­słu­chać trze­ciego, i ostat­niego, aktu opery.

Ci­sza prze­dłu­żała się i tę­żała. Na pierw­szym bal­ko­nie ktoś za­niósł się kasz­lem, ktoś inny upu­ścił na pod­łogę pro­gram, a może to­rebkę, lecz drzwi pro­wa­dzące na ko­ry­tarz, znaj­du­jący się za ka­na­łem dla or­kie­stry, wciąż były za­mknięte.

Jako pierwsi wdali się w roz­mowę mu­zycy. Drugi skrzy­pek po­chy­lił się ku sie­dzą­cej obok niego ko­bie­cie i spy­tał, czy ma już plany wa­ka­cyjne. Fa­go­ci­sta oznaj­mił obo­iście, że na­stęp­nego dnia roz­po­czyna się wy­prze­daż u Be­net­tona. Wi­dzo­wie, któ­rzy sie­dzieli w naj­niż­szych lo­żach i mieli naj­lep­szy wi­dok na mu­zy­ków, za­raz wzięli z nich przy­kład i za­częli pro­wa­dzić przy­ci­szone roz­mowy. W ich ślady wstą­piła wi­dow­nia na bal­ko­nach, a na ko­niec sie­dzący na par­te­rze, jakby na do­wód tego, że lu­dzie za­możni jako ostatni po­zwa­lają so­bie na tego ro­dzaju za­cho­wa­nie.

To­czone szep­tem roz­mowy prze­szły w szmer. Mi­jały mi­nuty. Na­gle roz­chy­liły się fałdy gru­bej zie­lo­nej kur­tyny z ak­sa­mitu i przez wą­ską szcze­linę wszedł nie­pew­nie na scenę Ama­deo Fa­sini, dy­rek­tor ar­ty­styczny te­atru. Ope­ra­to­rzy świa­tła, sie­dzący w ka­bi­nie nad dru­gim bal­ko­nem, nie wie­dząc, co się dzieje, skie­ro­wali silny biały re­flek­tor na męż­czy­znę sto­ją­cego po­środku sceny. Ośle­piony bla­skiem Fa­sini gwał­tow­nym ru­chem uniósł rękę, żeby za­kryć oczy. Nie opusz­cza­jąc ręki, jakby chciał osło­nić się od ciosu, po­wie­dział:

- Pa­nie i pa­no­wie - po czym prze­rwał i za­czął go­rącz­kowo wy­ma­chi­wać lewą ręką w stronę tech­ni­ków, któ­rzy zdali so­bie sprawę z po­myłki i wy­łą­czyli re­flek­tor. Od­zy­skaw­szy wzrok, sto­jący na sce­nie męż­czy­zna roz­po­czął na nowo: - Pa­nie i pa­no­wie, z przy­kro­ścią chciał­bym pań­stwa za­wia­do­mić, że ma­estro Wel­lauer nie jest w sta­nie pro­wa­dzić or­kie­stry. - Na wi­downi roz­le­gły się szepty i py­ta­nia, oraz sze­lest je­dwabi, gdy pu­blicz­ność zwró­ciła głowy w stronę dy­rek­tora, któ­rego głos prze­bił się po­nad szum. - Jego miej­sce zaj­mie ma­estro Lon­ghi. - Nie chcąc do­pu­ścić, by za­głu­szył go na­ra­sta­jący gwar, do­dał, si­ląc się na spo­kój: - Czy na wi­downi jest le­karz?

Po tym py­ta­niu za­pa­dła długa ci­sza, a wi­dzo­wie za­częli roz­glą­dać się wo­koło, cie­kawi, kto się zgłosi. Upły­nęła pra­wie mi­nuta. Wresz­cie unio­sła się ręka i z miej­sca wśród pierw­szych rzę­dów par­teru wstała ko­bieta. Fa­sini kiw­nął w stronę umun­du­ro­wa­nych bi­le­te­rów, któ­rzy stali w głębi sali, i młody czło­wiek pod­biegł do ko­biety cze­ka­ją­cej już na końcu rzędu.

- Pani dok­tor ze­chce pójść z bi­le­te­rem za ku­lisy - po­wie­dział Fa­sini ta­kim to­nem, jakby miał bo­le­ści i sam po­trze­bo­wał le­ka­rza.

Uniósł wzrok i ob­jął spoj­rze­niem wciąż po­grą­żoną w mroku salę w kształ­cie pod­kowy. Chciał się uśmiech­nąć, a gdy mu się to nie udało, zre­zy­gno­wał z dal­szych prób.

- Prze­pra­szamy pań­stwa za te trud­no­ści. Za­raz bę­dziemy kon­ty­nu­ować spek­takl.

Od­wró­cił się i przez chwilę ob­ma­cy­wał kur­tynę, nie mo­gąc zna­leźć szcze­liny, przez którą wszedł na scenę. Czy­jeś ręce roz­su­nęły od tyłu fałdy tka­niny i dy­rek­tor wśli­zgnął się za kur­tynę; zna­lazł się w pu­stej man­sar­dzie, gdzie wkrótce miała umrzeć Vio­letta. Zza kur­tyny do­szły go nie­zde­cy­do­wane okla­ski, któ­rymi pu­blicz­ność wi­tała wy­stę­pu­ją­cego w za­stęp­stwie dy­ry­genta, gdy zaj­mo­wał miej­sce na po­dium.

Ze wszyst­kich stron po­de­szli do Fa­si­niego śpie­wacy, chó­rzy­ści i pra­cow­nicy tech­niczni, tak jak pu­blicz­ność za­in­try­go­wani, ale dużo bar­dziej wy­mowni. Choć za­zwy­czaj jego sta­no­wi­sko chro­niło go przed kon­tak­tami z człon­kami ze­społu, któ­rzy zaj­mo­wali tak ni­ską po­zy­cję, to tym ra­zem nie mógł uciec przed nimi, przed ich py­ta­niami i szep­tami.

- To nic po­waż­nego - po­wie­dział, nie ad­re­su­jąc swo­ich słów do kon­kret­nej osoby, po czym mach­nię­ciem ręki dał znak wszyst­kim, któ­rzy stło­czyli się na sce­nie, aby ją opu­ścili. Uwer­tura zbli­żała się ku koń­cowi. Kur­tyna miała się za­raz roz­su­nąć, uka­zu­jąc he­ro­inę wie­czoru, która sie­działa zde­ner­wo­wana na skraju ko­zetki sto­ją­cej na środku sceny. Fa­sini mach­nął ręką ze zdwo­joną siłą i śpie­wacy wraz z pra­cow­ni­kami tech­nicz­nymi prze­su­nęli się w stronę ku­lis, gdzie da­lej wy­mie­niali szep­tem uwagi. Roz­złosz­czony Fa­sini wark­nął: - Si­len­zio! - i cze­kał na efekt. Kiedy za­uwa­żył, że kur­tyna za­czyna się roz­chy­lać, a za nią uka­zuje się scena, po­spiesz­nie do­łą­czył do in­spi­cjenta, który znaj­do­wał się za ku­li­sami po pra­wej stro­nie, obok le­karki. Ni­ska, ciem­no­włosa ko­bieta stała tuż pod ta­bliczką za­ka­zu­jącą pa­le­nia i trzy­mała w ręku nie­za­pa­lo­nego pa­pie­rosa.

- Do­bry wie­czór, pani dok­tor - po­wi­tał ją Fa­sini, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu. Wsu­nęła pa­pie­rosa do kie­szeni ża­kietu i po­dała mu rękę.

- Co się stało? - spy­tała po dłuż­szej chwili, gdy za ich ple­cami Vio­letta za­częła czy­tać list od Ger­monta, ojca.

Fa­sini ner­wowo za­tarł ręce, jakby miało mu to po­móc w do­bo­rze słów.

- Ma­estro Wel­lauer jest... - roz­po­czął, ale nie wie­dział, jak do­koń­czyć zda­nie w spo­sób za­do­wa­la­jący.

- Jest chory? - spy­tała le­karka ze znie­cier­pli­wie­niem.

- O nie, nie jest chory - od­parł i za­bra­kło mu słów. Znowu za­czął za­cie­rać ręce.

- Może po­win­nam go zo­ba­czyć - po­wie­działa py­ta­ją­cym to­nem. - Czy jest tu­taj, w te­atrze?

Wi­dząc, że Fa­sini wciąż nie może nic po­wie­dzieć, spy­tała: - Czy za­brano go stąd?

Pod wpły­wem py­ta­nia Fa­sini oprzy­tom­niał.

- Nie, nie - od­rzekł. - Jest w gar­de­ro­bie.

- W ta­kim ra­zie chyba po­win­ni­śmy tam pójść.

- Tak, oczy­wi­ście, dot­to­ressa - chęt­nie przy­stał na tę pro­po­zy­cję. Po­pro­wa­dził ją na prawo, obok for­te­pianu i harfy na­kry­tej ma­to­wo­zie­lo­nym po­krow­cem, i da­lej w dół wą­skim ko­ry­ta­rzem. Za­trzy­mał się na końcu, przed za­mknię­tymi drzwiami, przy któ­rych stał wy­soki męż­czy­zna.

- Ma­teo... - po­wie­dział Fa­sini i od­wró­cił się w stronę le­karki. - To jest pani dok­tor...

- Zo­rzi - wtrą­ciła su­cho. Nie­wąt­pli­wie nie była to od­po­wied­nia chwila na kon­wen­cjo­nalne uprzej­mo­ści.

Po na­dej­ściu prze­ło­żo­nego oraz osoby, którą przed­sta­wiono mu jako le­karkę, Ma­teo, asy­stent in­spi­cjenta, był nad wy­raz chętny, żeby odejść od drzwi. Fa­sini mi­nął go, uchy­lił drzwi, spoj­rzał przez ra­mię i pu­ścił le­karkę przo­dem, by we­szła do ma­łego po­koju.

Śmierć znie­kształ­ciła rysy męż­czy­zny, który wpół­sie­dział w klu­bo­wym fo­telu usta­wio­nym na środku po­koju. Oczy wpa­try­wały się w pustkę, a usta roz­cią­gnęły się w bo­le­snym gry­ma­sie. Ciało było mocno prze­chy­lone na jedną stronę; głowa opa­dła do tyłu na opar­cie fo­tela. Strużka ciem­nego płynu za­pla­miła wy­kroch­ma­lony, lśniący gors ko­szuli. Le­karka po­cząt­kowo są­dziła, że to krew, ale gdy po­de­szła krok bli­żej, ra­czej po za­pa­chu niż po wi­doku po­znała, że to kawa. Za­pach kawy mie­szał się z inną, rów­nie wy­raźną wo­nią, ostrą, przy­po­mi­na­jącą za­pach gorz­kich mig­da­łów, którą znała je­dy­nie z ksią­żek.

Dla osoby tak oby­tej ze śmier­cią szu­ka­nie pulsu było zby­teczną czyn­no­ścią, mimo to le­karka przy­ło­żyła palce pra­wej ręki pod spód unie­sio­nej brody. Nic nie wy­czuła, je­dy­nie to, że skóra jest jesz­cze cie­pła. Od­su­nęła się od ciała i ro­zej­rzała po po­miesz­cze­niu. Przed męż­czy­zną, na pod­ło­dze, le­żał spode­czek i fi­li­żanka po ka­wie, któ­rej ślady było wi­dać na gor­sie ko­szuli. Le­karka uklę­kła i wierz­chem pal­ców do­tknęła boku fi­li­żanki - na­czy­nie było zimne.

Wstała i zwró­ciła się do sto­ją­cych przy drzwiach męż­czyzn, ra­dych, że sprawy zwią­zane ze śmier­cią mogą po­zo­sta­wić jej.

- Czy pa­no­wie za­wia­do­mili po­li­cję? - spy­tała.

- Tak, tak - wy­mam­ro­tał Fa­sini, wła­ści­wie nie sły­sząc py­ta­nia.

- Pro­szę pana - po­wie­działa wy­raź­nym, do­no­śnym gło­sem, aby mieć pew­ność, że jej słowa do­tarły do niego. - Nie je­stem tu po­trzebna. To sprawa dla po­li­cji. We­zwa­li­ście ją?

- Tak - po­wtó­rzył ta­kim to­nem, że nie wia­domo było, czy usły­szał i zro­zu­miał, co po­wie­działa. Stał, pa­trząc w dół na zmar­łego i sta­ra­jąc się ogar­nąć ogrom okrop­no­ści, a także skan­dalu, zwią­za­nych z tym, co wi­dział.

Le­karka prze­szła obok niego szyb­kim kro­kiem i wy­szła na ko­ry­tarz. Asy­stent in­spi­cjenta ru­szył za nią.

- Pro­szę we­zwać po­li­cję - po­le­ciła mu.

Gdy kiw­nął głową i od­szedł, żeby wy­ko­nać po­le­ce­nie, wsu­nęła rękę do kie­szeni, szu­ka­jąc wło­żo­nego tam pa­pie­rosa, wy­pro­sto­wała go w pal­cach i za­pa­liła. Głę­boko za­cią­gnęła się dy­mem i spoj­rzała na ze­ga­rek. Lewa ręka Myszki Miki znaj­do­wała się mię­dzy dzie­siątą a je­de­na­stą, a prawa wska­zy­wała do­kład­nie siódmą. Oparła się o ścianę i cze­kała na przy­jazd po­li­cji.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki