Śmierć w klasztorze - Adrianna Ewa Stawska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Stalowa winda mknęła bezszelestnie na ósme piętro. Jedną ze ścian wypełniało lustro o złotawej tafli, w którym przeglądała się kobieta. Widok pozostawiał wiele do życzenia: sine worki pod oczami trudno było ukryć, cienie pogłębione zostały przez drobinki tuszu w kształcie ponurych półksiężyców. Napluła na chusteczkę i spróbowała je wytrzeć. Tusz ustępował opornie. Nie powinna zarywać nocy. "Nie ma co się oszukiwać, dawno skończyłam czterdzieści lat i najwyższy czas zacząć dbać o siebie" - pomyślała.

Łagodny gong obwieścił dotarcie na wybrane piętro. Drzwi otworzyły się posłusznie. Jednym pociągnięciem poprawiła usta i wrzuciła szminkę do małej wieczorowej torebki.

W głowie wciąż huczał klubowy gwar. Nie pamiętała już, kiedy tak dobrze się bawiła. Pożegnanie kumpla przeciągnęło się do białego rana. Kiedyś tworzyli nierozłączną paczkę. Z czterech par dwie przetrwały do dzisiaj, pozostali wciąż zmieniali partnerów. Anka, Witek, Paweł i Monika wiecznie w pogoni za nowymi zdobyczami. Tylko ona i Marek wciąż byli razem, bo Piotr i Kaśka to teraz już tylko przeszłość.

I chociaż życie rozdzieliło ich skutecznie, starali się utrzymywać kontakt, przynajmniej telefoniczny, i spotykać się, jeśli tylko była okazja.

Brakowało jej dawnych wypadów do kina, wspólnego odkrywania muzycznych nowych kontynentów, gorących dyskusji do rana o polityce, o miłości, o życiu. Wtedy wszystko wydawało się prostsze. Czarne lub białe, no i czerwone, wyraźne podziały i jasne sytuacje jak w czarno-białym slapstickowym filmie. Byli wtedy święcie przekonani, że ich przyszłe życie nigdy nie będzie szare. A już na pewno nie takie jak życie ich starych. A teraz Piotr, ten stateczny, poukładany Piotr, rozwiódł się z Kaśką i wyjeżdża do Irlandii zaczynać nowe życie. Co za ironia losu. Nie minęło nawet ćwierć wieku od tamtej gorącej atmosfery, gdy Piotr jako jedyny z ich paczki oznajmił z grobową miną, że on nigdy nie wyemigruje, bo tu jest jego miejsce.

Jednak wczorajszy wieczór nie był powrotem do wspomnień. Po prostu znowu świetnie się bawili. Jeszcze przed dwudziestą porzucili zaciszny pub i pognali do Club '70, gdzie zdążyli na darmową lekcję boogie. Potem była dyskoteka w stylu filmu Grease. Ale zabawa na dobre rozkręciła się dopiero przy przebojach z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.

Telefon o trzeciej nad ranem wyrwał ją z tanecznego transu. Zostawiła męża w ramionach narzeczonej Piotra. Na szczęście Marek nie miał już kondycji sprzed lat, a narzeczona była zbyt wychudzona jak na jego gust. O upodobaniach swego męża wiedziała przecież wszystko. Przynajmniej tak się jej zdawało.

- Wychodzisz? - spytał kwaśno i demonstracyjnie przytulił się do kościstego ramienia tancerki.

- Przecież wiesz.

Mogła sobie darować podróż na drugi koniec miasta; miała wolny dzień i pełne zaufanie do swoich współpracowników, wiedziała, że sobie poradzą, ale nie chciała zrezygnować - i nie umiała. Jeśli odniosła w życiu sukces zawodowym, to właśnie dlatego że zawsze chciała zobaczyć miejsce zdarzeń na własne oczy i samej wyrobić sobie zdanie o tym, co tam zaszło. To nie była zwykła praca, to był jej sposób na życie, który wybrała świadomie, wiedząc, że tylko idąc tą drogą, podąża za swoim przeznaczeniem. Jedni stworzeni są do pracy od ósmej do osiemnastej, inni - do łamania prawa, a ona - do węszenia. Zbieranie okruchów i odtwarzanie zdarzeń było jej żywiołem. "Gdybym nie została policjantką, pewnie byłabym dzisiaj archeolożką" - myślała o sobie.

Ten weekend mieli spędzić razem, tylko ona i Marek, po raz pierwszy od lat. Ostatnio jej praca stanowiła temat porannych kłótni, i tych nocnych - gdy przychodził do domu przed północą, a ona czekała na niego w domu - również. Zawsze pozostawiali sobie dużo swobody. Wystarczył fakt, że wracali do wspólnego mieszkania i łóżka. Bank, w którym Marek pracował, był równie zaborczy jak służba w policji: pochłaniał wszystkie wolne popołudnia, soboty i niedziele. Nigdy nie miała o to pretensji, uważając, że są małżeństwem prawie idealnym. Wyrozumiali dla siebie nawzajem, inteligentni i ambitni, pracowici i absolutnie zaangażowani w swoje zajęcia, nie stawali sobie nigdy na drodze.

- Nie chcę wiedzieć. - Przytknął usta do cienkiej szyi partnerki i okręcając się w tańcu, powirował w głąb sali.

Po dusznej od oparów alkoholu i zapachu rozgrzanych ciał atmosferze klubu rześkie powietrze wielkomiejskiej nocy wydawało się czyste i wyjątkowo dotlenione.

Samochód już na nią czekał. Cicho mknęli wyludnionymi ulicami. Uśpione miasto budziło się do życia. Krótka nocna przerwa na wielkomiejski sen dobiegła końca. Ruch się nasilał, by apogeum osiągnąć koło siódmej i trzymać miasto w kleszczach do osiemnastej. Na poboczach zalegały szare bryły lodu zgarniętego z ulic i chodników, podobniejszego teraz do skały niż do białego puchu, jakim był jeszcze niedawno. Sól i piasek połączone brudną wodą nie ustępowały pod ostrymi promieniami wiosennego słońca, nieco zamglonego siarkowo-węglowymi wyziewami miasta.

Przed drzwiami stał policjant w mundurze. Odruchowo machnęła blachą. Wymienili zdawkowe uśmiechy. Spojrzał na jej szpilki i wystającą spod płaszcza kolorową falbanę spódnicy. Mrugnął porozumiewawczo i przepuścił ją, szeroko otworzywszy drzwi do mieszkania.

W holu kręcili się mrukliwi mężczyźni w wierzchnich okryciach. Ich szare ubrania i mundury wyglądały tu obco, nie pasowały do wyrafinowanej elegancji, z jaką urządzono obszerny westybul. Bambusowa tapeta na ścianach, kamienna podłoga i pozłacany budda na prostej konsoli z egzotycznego drewna miały przypominać, że oto wkraczamy do zacisza domowego, miejsca wręcz świętego, schronienia dla zmęczonego cywilizacją współczesnego bohatera. Wejścia broniły czarne - zapewne specjalnie postarzone, a może rzeczywiście antyczne - chińskie lwy, które jednak dzisiaj poniosły sromotną porażkę.

Drogę zastąpił jej młody mężczyzna w cywilu.

- Kto tu panią wpuścił? Proszę wyjść, tu nie wolno wchodzić! - Przyjrzał się krytycznie resztkom wieczorowego makijażu i włosom obsypanym brokatem. Zreflektował się, że może wygania właśnie ważnego świadka, i spytał nerwowo: - Kim pani jest? Proszę okazać dowód.

- Podinspektor Ewa Lewicka. - Klapnęły skórzane okładki legitymacji.

Policjant zbladł i wyprężył się jak struna.

- Najmocniej przepraszam. Młodszy aspirant Krystian Adamczyk melduje się na służbie.

- Spocznij. Niech się pan nie wygłupia. - Machnęła lekceważąco dłonią. Krwistoczerwone paznokcie miały ten sam kolor co szminka. - Gdzie Czesio?

- W sypialni denata. - Młodszy aspirant Adamczyk nadal prężył pierś, nie śmiejąc nawet spojrzeć na swoją szefową.

- Prowadź - rozkazała. - I witaj w naszym zespole. - Podała mu dłoń w suchym, krótkim uścisku.

Pokój na końcu korytarza rozświetlały błyskawice fleszy. Snopy światła odbite i zwielokrotnione przez lustrzane szafy porażały wzrok zgromadzonych. Wszystko, z wyjątkiem satynowej pościeli w kolorze zakrzepłej krwi, tonęło w oślepiającej bieli.

Na środku obszernego łóżka leżał nagi mężczyzna. Woskowy odcień jego skóry wyraźnie kłócił się z głębokim burgundem prześcieradła. Bujnie owłosione nogi nie sięgały nawet do krawędzi materaca. Był niski i otyły. Brzuch rozlewał się na boki miękkimi fałdami. Rozkrzyżowane ręce były unieruchomione w obszytych różowym futerkiem kajdankach. Na kostki bezwstydnie rozrzuconych nóg ktoś założył pętle z pończoch i przywiązał ich końce do szczebli pod materacem. Sine usta nadal obejmowały różową kulkę, skórzane paski knebla wrzynały się w zwiotczałe policzki. Facet został skutecznie unieruchomiony.

Można by pomyśleć, że to sam środek wartkiej akcji filmu klasy B, gdyby nie dziwna obojętność głównego bohatera. Nie było widać żadnych śladów walki, jeśli nie liczyć skotłowanej i zmiętej pościeli, na której spoczywał grubasek.

- Co ty tu robisz? - Potężny mężczyzna odwrócił się zaskoczony. Krótko ostrzyżone włosy srebrzyły się na skroniach. Rozwodnione alkoholem niebieskie oczka spoglądały na świat spod na wpół przymkniętych powiek, dobrotliwie i nieco sennie. Poruszał się powoli, ale zdecydowanie, jak ktoś świadomy niezwykłej siły swych mięśni. Pozornie misiowaty i niezgrabny, w chwilach zagrożenia był zaskakująco szybki.

Czesia Witułę poznała na początku swojej służby w policji. Był jednym z tych facetów, którzy zawsze traktowali ją normalnie. Nie poklepywał po plecach, nie zapraszał na piwo, nie komentował krótkich spódnic. Był najlepszym wywiadowcą, a potem najlepszym śledczym, z jakim miała okazję pracować. Skrupulatny i dociekliwy, zawsze robił swoje. Gdy awansowała i kompletowała grupę dochodzeniową, Czesio był jednym z pierwszych, którzy się w niej znaleźli. Zawsze mogła na niego liczyć.

- Wydawało mi się, że masz dzień wolny. A może się mylę?

- Mam. Ale dyżurny z przyzwyczajenia zawiadomił mnie pierwszą. Wpadłam na chwilkę zobaczyć, jak sobie radzicie.

Mężczyźni, z wyjątkiem techników pochylonych nad ciałem, rozstąpili się, robiąc miejsce dla przybyłej.

- Poznałaś już naszą nową siłę fachową, czyli tak zwane posiłki? - Kwaśno uśmiechnął się pod nosem, wskazując brodą młodego.

- Wszyscy kiedyś zaczynaliśmy. - Uśmiechnęła się pogodnie do Adamczyka.

- Widzę, że pani prosto z balu, panno lalu, a tu mamy ładny klops. - Wituła potarł dłonią niedogolony podbródek. - Dziany facio w średnim wieku. Viagra na stoliku nocnym. Różowy balecik miał w planie, ale zdaje się, że serducho nie wytrzymało.

Pochyliła się nad ciałem i przyjrzała skórze denata. Tam, gdzie wypełniał ją tłuszcz, była napięta i gładka, w zgięciach sfałdowana i pomarszczona, jak dawno nieprasowany jedwab. Żadnych widocznych zmian, żadnych siniaków, żadnych otarć. Zresztą one nie interesowały Lewickiej, to była działka patologa, który powie jej na ich temat więcej, niż mogłaby sama zobaczyć. Ważniejsze było przyjrzeć się ofierze, by zrozumieć kim była i jak żyła, bo w tym mieścił się klucz do znalezienia mordercy.

Ciemne włosy pokrywające szczelnie klatkę piersiową były starannie przycięte przy linii szyi, dzięki czemu nie wystawały ponad kołnierzyk. Dłonie miał pulchne, zadbane, z krótkimi paznokciami. Na serdecznym palcu nadal widniał ślad po szerokiej obrączce, być może sygnecie. Stopy nie sprawiały najlepszego wrażenia. O żółte, zmienione grzybicą paznokcie nikt się nie troszczył. Pięty były zgrubiałe i spękane, jak zawsze u ludzi, którzy całe dnie spędzają w butach i niewiele dbają o higienę.

- Więc to nie uduszenie?

- Lekarz mówi, że nie. Według niego - zajrzał do małego notatnika - przyczyną był ostry zespół wieńcowy wywołany spożyciem - podniósł pomazaną karteczkę bliżej oczu - jednej z pochodnych piperazyny, czyli viagry lub czegoś o podobnym działaniu. Facet prawdopodobnie cierpiał na niedokrwienność mięśnia sercowego. I to by się zgadzało: w łazience znaleźliśmy odpowiednie leki. Tego niebieskiego gówna na pewno nie przepisał mu żaden normalny lekarz. Laboratorium sprawdzi, czy to oryginał, czy podróba i czy nie było w tym czegoś jeszcze. Ale w jego stanie jedna tabletka wystarczyła, by go usztywnić na zawsze. - Zamilkł na chwilę, wsunął notatnik do tylnej kieszeni wypchanych na kolanach dżinsów i dodał obojętnie: - Aha, reszta jak zwykle po sekcji.

- Nieszczęśliwy przypadek? Jakieś ślady?

- Nic. Mieszkanko wyczyszczone do cna. Nie ma butelki po winie, ale jest korek za koszem na śmieci. Kieliszki umyte i ustawione na półce. Brak portfela, dokumentów. Powinien być sprzęt grający, ale go nie ma, zostały tylko ślady kurzu. Ktoś niezbyt starannie odkurzał ten skromniutki - nie krył ironii - przybytek rozpusty. Dzięki temu wiemy, że coś takiego tu było. W salonie powinien znajdować się obraz, ale go nie ma. Jest komputer, ale nie ma w nim twardego dysku, bebechy tam jeszcze leżą. Po laptopie została tylko torba. W domu praktycznie nie ma niczego cennego, a zdaje się, że coś było. Nie ma też kluczyków ani samochodu, który denat zawsze trzymał na podziemnym parkingu.

- Skąd takie przypuszczenie?

- Powtarzam po sąsiadce. Trochę go znała. To ona zawiadomiła policję. Wydawało się jej dziwne, że mieszkanie stoi otworem. Wyprowadzała koło pierwszej psa i zobaczyła światło w niedomkniętych drzwiach. Wchodź, kto chcesz, bierz, co chcesz. Uchyliła drzwi i zawołała sąsiada. Nie odpowiedział. Weszła do środka i dopiero wtedy go zobaczyła. Teraz jest u siebie. Nadal nie może wyjść z szoku po tym, co widziała. Według jej zeznań to był spokojny facet. Jak się tylko wprowadził, było coś w rodzaju parapetówy, ale goście wyszli przed północą. Chyba koledzy z pracy. Kobiet nigdy nie widziała. Wszyscy lokatorzy mieszkają tu od niedawna. Budynek oddano do użytku zaledwie sześć miesięcy temu. I to by było na tyle.

Przenieśli się na korytarz, by nie przeszkadzać ekipie zabierającej ciało.

- Łazienka i kuchnia już załatwione.

- W takim razie rozejrzę się po mieszkaniu.

Łazienka wyłożona płytkami z trawertynu robiła wrażenie. Ogromne lustro nad podwójną umywalką kryło przepastną szafkę na kosmetyki. Nie było ich zbyt wiele. Dobra woda kolońska. Popularny krem do golenia. Jednorazowe nożyki. Najwięcej miejsca zajmowały buteleczki i słoiczki pełne kolorowych drażetek. Większości z nich trudno było przypisać jakieś konkretne działanie lecznicze: witaminy, wyciągi z ziół, mikroelementy, tabletki przeciwbólowe, wszystko to, co można bez trudności kupić bez recepty. Na najwyższej półce stały leki, o których mówił Czesio. Tylko te miały jakieś znaczenie. Reszta to "pacanea dla pacanów", jak mawiał znajomy lekarz. Widać właściciel mieszkania święcie wierzył w uzdrawiającą moc pigułek.

Kuchnia była zaraz przy wejściu. Wszystko sprawiało tu wrażenie drogiego i na wysoki połysk. Pośrodku stała wyspa tworząca z barem stylową całość. Z tyłu świetnie zorganizowana przestrzeń do pracy pod imponujących rozmiarów stalowym wyciągiem. Wielka lodówka o podwójnych drzwiach obudowana szafkami wypełniała wnękę w głębi kuchni. W jej obszernym wnętrzu samotnie królowały dwie butelki wina, ser pleśniowy z długim okresem przydatności do spożycia i nieco przywiędła sałata w woreczku. Wino nie było drogie, ale całkiem dobrej jakości. W supermarkecie można było takie kupić za dwadzieścia kilka złotych. W zamrażarce pojemniki z kostkami lodu, steki z kangura i mrożona pizza. "Interesujące zestawienie" - pomyślała Lewicka.

Ciemne szafki wykładane egzotycznym fornirem kryły jedynie szkło i porcelanę. W głębokich szufladach lśniły nowiutkie rondle. Niektóre nadal miały metki. Z głuchym puknięciem zamknęła szufladę.

W rogu stał ekspres do kawy z resztką burego płynu na dnie. Zajrzała do pojemnika na filtr. Albo facet usiłował dbać o swoje serce, albo był cholernym sknerą, bo fusów było tyle, co kot napłakał. "No cóż", pomyślała, "bogaci bogacą się siłą swej oszczędności".

Na szklanym blacie lśniącym pistacjową zielenią nadal leżał otwieracz do wina, jedyny dowód, że ktoś tu jednak żył i mieszkał. Takie kuchnie urządza się dla prestiżu, na wszelki wypadek, gdyby przyszło przyjąć w domowych pieleszach bardzo ważne osoby z korporacji lub branży lub zaimponować nowym znajomym. Tutaj nikt nie gotuje, co najwyżej parzy kawę i rozmraża gotowe dania. Kuchnia z żurnala, pod zdjęciem której można przeczytać "zapewni ci wiele miłych chwil spędzonych na wspólnym gotowaniu".

Usiadła na obitym welurem barowym stołku i rozejrzała się uważnie. Kim był denat? Nie zdążył się tu jeszcze zadomowić. Lubił otaczać się luksusem, ale miał stare przyzwyczajenia. Nie dbał specjalnie o siebie. Rano wypijał filiżankę lurowatej kawy i pędził do pracy. Pewnie dopiero tam, koło jedenastej, zjadał pospieszne śniadanie, a potem jakiś "obiad domowy", czyli dużo ziemniaków, kawałek mięsa i ociupinę czegoś zielonego. Wieczorem pizza i kieliszek wina, po którym pewnie czuł się jeszcze gorzej.

Zsunęła się z wysokiego stołka i podeszła do lśniącej nowością kuchenki mikrofalowej. Na górnej listwie odznaczał się ledwie widoczny cień. Dotknęła go ostrożnie. Czyżby sadza? Tłusta czerń rozmazała się na palcu, tworząc miękką smugę. Zwolnione drzwiczki otworzyły się płynnie. W środku czerniało małe pudełko. Srebrne, zaokrąglone rogi błysnęły w świetle żarówki. Pośrodku wieczka zionęła pustką postrzępiona dziura. Potężna eksplozja wyrwała krzemowe trzewia i rozsypała je wokół.

- Czesiu! - zawołała. - Chodź tu na chwilę.

- O kurde! - zaklął tuż za nią. - Ktoś tu miał profesjonalne zacięcie.

- To chyba dysk z jego komputera. Sprawdź to. - Odsunęła się, robiąc miejsce dla techników.

- Więc dlatego go zabili? - Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

- Myślę, że nie. - Zmarszczyła nos, jak zawsze, gdy się nad czymś zastanawiała. - Raczej zacierają ślady. Może tylko kontaktowali się z nim przez sieć.

- Oni?

- Dziewczyna na wabia i sprytny chłopak, a może nawet dwóch chłopaków. Myślę też, że to był kolejny wypadek przy pracy.

- Jak ten tłuścioch sprzed miesiąca?

- Tak. Wszystko wygląda bardzo podobnie. Ale mogę się mylić. - Ziewnęła rozdzierająco. Mimo kolejnej dawki adrenaliny zmęczenie zaczynało dawać się we znaki. Zresztą widziała już wszystko, co powinna. - Sprawdź służbowego kompa denata. Tam może być jakiś ślad.

Adamczyk niepewnie stanął w drzwiach.

- Sprawdźcie też, czy nie było zgłoszeń kradzieży. Szukajcie facetów w średnim wieku. Dzianych i na stanowiskach. Mogą być samotni lub tylko słomiani wdowcy. Zwróćcie uwagę na te zgłoszenia, które później zostały wycofane. W porywie rozpaczy mogli się zgłosić na policję, a potem przyszło otrzeźwienie, że wyjdą na głupków. Popytajcie na komisariatach w tej dzielnicy i w podobnych - tam gdzie stoją domy z ekskluzywnymi mieszkaniami.

- Słyszysz, młody? To zadanie dla ciebie - zwrócił się do Adamczyka Wituła. - Zrobimy, co się da - dodał, po czym zapytał Lewicką: - Dokąd wyjeżdżasz?

- Nad Wigry. - Uśmiechnęła się blado.

- Dziko i pięknie. Znam jedną fajną knajpę. Jadłem tam najlepsze golonki w moim życiu. - Oblizał pełne wargi i mlasnął z uznaniem.

- Jadę do klasztoru, więc nie wiem, czy będą tam takie smakołyki.

- No nie?! Naprawdę?! Właśnie miałem ci powiedzieć, że ta knajpa jest w klasztorze. Cudowne miejsce. - Czesio znowu się rozmarzył.

- Podobno cicho i spokojnie, w sam raz dla zmęczonych wielkomiejskim pędem mieszczuchów. - Szła już w stronę wyjścia. - Przynajmniej tak twierdzi Marek. Mamy tam odpocząć i wsłuchać się w rytm naszych serc. Do zobaczenia we wtorek, chłopaki. Cześć!

Płynnemu opadaniu windy towarzyszył cichy szum silników. Wiatr objął ją chłodnym ramieniem. Zadrżała, podniosła kołnierz i usiłowała ciaśniej okryć się płaszczem. Była zmęczona i głodna. Na szczęście droga do domu zajęła tylko kilkanaście minut.

Marek ubrany w garnitur, gotowy do wyjścia, siedział przy stole w kuchni. Między talerzykiem z okruchami grzanki a filiżanką z kawą leżały jakieś papiery.

- Wychodzisz? Mieliśmy przecież jechać. - Oparła głowę o framugę drzwi.

Spojrzał na nią znad filiżanki. Miał ściągniętą twarz, jak ktoś, kto chce zakomunikować niezbyt przyjemną prawdę. Była zbyt zmęczona, by domyślać się, o co chodzi tym razem. A może zbyt dobrze wiedziała, dokąd prowadzą coraz częstsze poranne sprzeczki.

- Zostawiłaś mnie samego i jak zwykle pognałaś do swoich trupów. Zawsze są dla ciebie najważniejsze. - Nie krył pretensji. - Ty też o czymś zapomniałaś. - W ciepły baryton Marka wkradł się napastliwy ton. Nie lubiła tego dźwięku: przypominał jej zrzędzenie matki, które wyganiało ojca na coraz dłuższe delegacje i zjazdy, aż któregoś dnia spakował walizkę i oświadczył, że nigdy nie wróci. Poczuła zimne ukłucie w żołądku. - Oboje coś sobie obiecaliśmy, prawda?

- Nie kłóćmy się teraz. Miałeś mieć wolny piątek. Co się stało? - spytała łagodnie.

- Muszę iść do pracy, przyjechał ktoś ważny z centrali. Mamy coś w rodzaju kontroli. Dobrze by było, gdybym pojawił się na kilka godzin.

- Mścisz się? - zapytała głucho.

- Nie wygłupiaj się. To tylko praca.

- Twoja praca, moje hobby. Wracamy do punktu wyjścia. - Niemiły jegomość ukryty w jej wnętrzu znowu przeszył żołądek długa igłą. Wyraźną radość sprawiało mu przedłużanie tej tortury.

- Możesz przecież na mnie zaczekać. Weekend nam nie ucieknie - zaczął ugodowo. - Jeśli tylko nadal chcesz jechać.

Czekał na odpowiedź. Nie zareagowała. Stała z przymkniętymi oczami i ściśniętą bólem twarzą. Podszedł do żony. Rozwiązał pasek jej płaszcza i zamknął dłonie wokół jej talii. Ciepło uścisku zwilżyło oczy Lewickiej.

- Potrzebujesz odpoczynku - dodał miękko. - Jedź sama, przyjadę do ciebie, jak tylko będę wolny. Dobrze?

- Dobrze - westchnęła, starając się nie wycierać resztek makijażu w granatową klapę marynarki. Niedające się powstrzymać łzy płynęły bezwiednie.

- Płaczesz? - W jego głosie czaiła się złość. Nie lubił scen zakrapianych łzami.

- Jestem po prostu zmęczona - powiedziała szybko. - Nie będę brała samochodu. Pojadę pociągiem. I zaczekam na ciebie. Idź już, bo się spóźnisz.

Na krótką chwilę jego usta przywarły do gładkiego czoła pokrytego drobnymi kropelkami zimnego potu.

- Jutro rano zjemy wspólnie śniadanie, dobrze? - zatrzymał się jeszcze w progu.

- Oczywiście, kochanie.

Łomot rozklekotanej windy zawtórował zatrzaśniętym z rozmachem drzwiom. Wzdrygnęła się. "Wszystko kiedyś mija" - pomyślała - "lub minąć musi. Tylko dlaczego teraz?"

Pod gorącym strumieniem wody ustąpiło napięcie ramion i pleców, grzanka z konfiturą ukoiła ból żołądka, jednak wciąż nie opuszczało jej dręczące poczucie, że od jakiegoś czasu w swoim małżeństwie drepcze w miejscu. "Wszyscy się zmieniają, to normalne" - pomyślała. - "Ale aż tak? To niemożliwe". Nagła zmiana poglądów Marka na jej pracę nie dawała jej spokoju. Coś w tym tkwiło. A raczej ktoś.

Usiadła przed komputerem i tępo wpatrzyła się w martwy ekran. Instynkt podpowiadał, żeby zajrzeć do poczty i potwierdzić złe przeczucia. Rozsądek mówił: lepiej tego nie rób. Resztka godność krzyczała: nie zniżaj się do poziomu szpiega z taniego melodramatu. Jeśli coś jest jeszcze do uratowania, lepiej nie dociekać, lepiej nie wiedzieć wszystkiego, prawda bywa zabójcza - wiedziała o tym zbyt dobrze. Ich małżeństwo wisiało na włosku, tak cienkim, że w każdej chwili mogło się zerwać na zawsze i pogrążyć w otchłani mroku spraw byłych i przeszłych.

Wygrała jednak niezawodna intuicja. Otworzyła szafę i zastanowiła się, co wziąć ze sobą na długi wiosenny weekend.