Rozdział 3
Bobo Macdonald - Margaret albo panna Macdonald dla wszystkich z wyjątkiem rodziny królewskiej - sama co prawda też doczekała się wąsika, jednak zdecydowanie nie należała do wąsaczy. Była garderobianą królowej, ale na tym nie kończyła się jej rola: we wczesnym dzieciństwie Elżbiety była jej nianią, a obecnie powierniczką. Stanowiła jedyną, oprócz siostry, osobę, która lata temu dzieliła pokój z księżniczką. Obecnie zaś tylko jej królowa ufała na tyle, by powierzyć zadanie doboru i przechowywania odzieży. Monarchini nigdzie nie ruszała się bez Bobo. Nawet na miesiąc miodowy garderobiana udała się razem z parą królewską.
Gdy Elżbieta szykowała się na ostatni wieczór we Francji, Bobo też trwała na posterunku.
- I co powiesz?
Królowa zerkała z obawą na swoje odbicie w lustrze. Obie panie przebywały w garderobie na terenie rezydencji ambasadora. Suknia, którą monarchini teraz przymierzała, będąca już trzecią kreacją, w jakiej zaprezentuje się w trakcie swojej francuskiej wizyty, miała zarazem stanowić pewne novum: po raz pierwszy królowa zdecydowała się na sukienkę kolumnową, w stylu preferowanym przez jej matkę, zamiast jednej z rozkloszowanych spódnic do kolan, które stały się jej znakiem rozpoznawczym.
Jedwab skrzył się w świetle lampy, liczne ponaszywane ręcznie kryształy migotały. Suknia niewątpliwie była efektowna, ale czy przypadkiem nie za bardzo? A może wręcz przeciwnie - niewystarczająco? Projektant, Hardy Amies, odpowiadał również za kreację w kolorze pawim, w której królowa wystąpiła poprzedniego wieczoru. Kiedy zaprezentował jej wstępny projekt, wyraziła powątpiewanie, czy aby na pewno dobrym pomysłem jest tak zdecydowany kolor. Projektant rozwiał jej wątpliwości, tłumacząc, że wybrał taką, a nie inną kolorystykę, ponieważ - jak to ujął: "Jest pani femme de trente ans". Czyli kobietą trzydziestoletnią. Był to najbardziej nieuprzejmy komentarz, na jaki się zdobył w stosunku do niej, o czym nie omieszkała go poinformować.
I być może, żeby zatrzeć złe wrażenie, pan Amies wystroił ją teraz w tę kolumnę migotliwego srebra. Przeglądając się w lustrze, królowa nie umiała oprzeć się myśli, że była to kreacja, po którą mogłaby sięgnąć Marilyn Monroe. Czy femme de trente ans nie wywoła skandalu, pokazując się w niej publicznie?
- Wyglądasz olśniewająco. To najlepsza z dotychczasowych kreacji. Ach, Lilibet, przecież sama wiesz. Spójrz na siebie!
Bobo suknia najwyraźniej przypadła do gustu, dobre i to. Królowa przez chwilę obracała się wokół własnej osi, sprawdzając, jak jej sylwetka prezentuje się z różnych stron. Brakowało jej swobody, jaką zapewniały ulubione spódnice z lekkich, zwiewnych materiałów. W listopadzie zeszłego roku, gdy na premierze filmowej poznała pannę Monroe, gwiazda miała na sobie obcisłą złotą sukienkę, w gruncie rzeczy niewiele się różniącą od kostiumu kąpielowego. Tamtego wieczoru królowa zaprezentowała się w czarnej aksamitnej sukni z krynoliną, zebranej w talii, a rozłożystej wszędzie indziej. W stroju takim czuła się pewnie, co wtedy bardzo jej się przydało. Nim obie panie uścisnęły sobie dłonie, biedna Marilyn, wciśnięta w tę swoją złotą kreację, tak mocno przygryzała usta ze zdenerwowania, że zjadła z nich całą szminkę.
Ale za to okazała się przeuroczą rozmówczynią. Jako że w tamtym czasie zatrzymała się niedaleko Windsoru, obie panie zgodziły się, że chętnie spotkałyby się również tam. Inna sprawa, że ani jedna, ani druga nie miały na to czasu. Na królowej aktorka zrobiła wrażenie śmiałej, lecz zarazem kruchej. Skojarzyła jej się z młodym koniem wyścigowym albo dziką łanią. Najchętniej pożyczyłaby jej swoje futro i szczelnie ją nim otuliła.
No ale to już przeszłość. Teraz to ona miała pójść między ludzi wystrojona w obcisłą suknię. I dlatego chciała zawczasu zasięgnąć drugiej opinii.
- Bobo, mogłabyś z łaski swojej zawołać księcia?
Bobo zamieniła parę słów z paziem czekającym za drzwiami, który poszedł do garderoby księcia Edynburga, żeby przekazać mu prośbę królowej. Filip odpowiedział, że przyjdzie za kilka minut. Elżbieta miała chwilę, żeby pomalować usta i założyć biżuterię, którą Bobo już dla niej przygotowała. Widząc, że królowa w zadumie bawi się kolczykami leżącymi na toaletce, garderobiana w mig pojęła, że monarchini przeżywa chwilę zwątpienia, i pospieszyła z pomocą.
- Widziałaś nagłówki prasowe? Francuzi określają się jako monarchiści! A w krajowych gazetach na pierwszych stronach piszą tylko o tobie i morderstwach w Chelsea.
- Morderstwach w Chelsea? - powtórzyła królowa, odwracając się do rozmówczyni. W dłoni trzymała lewy kolczyk.
- Ach, okropna historia. Dwa trupy znalezione w jednym z tych małych budynków stajenno-mieszkalnych przy Old Brompton Road. Rozpisywały się o tym "The Times" i "Daily Express".
- Skąd wiesz?
- Ambasador sprowadza bieżące wydania gazet z Londynu pocztą lotniczą. Gospodyni mi pokazała.
- Wiadomo, kim są zabici?
- Na razie nie. To mężczyzna i kobieta. Podobno dziewczyna nie wiodła zbyt cnotliwego życia. Najgorsze, że wszystko wskazuje na to, iż tych biedaków zamordował dziekan opactwa w Bath albo któryś z jego gości. - Bobo pokręciła głową z niedowierzaniem. - Dziekan wynajmuje ten dom na czas swoich wizyt w Londynie. Na zdjęciu wygląda na przyzwoitego mężczyznę. Ale podobno odsłużył swoje na wojnie, więc pewnie bez przesady z tą przyzwoitością.
- Czy to już przesądzone, że ktoś ich zamordował?
Tak się składało, że królowa trochę znała dziekana, o którym mówiła Bobo. Uchodził za przykładnego duchownego Kościoła anglikańskiego. Podczas okazjonalnych wizyt w Windsorze, gdzie zdarzało mu się spotkać z królową przy obiedzie, zawsze robił na niej wrażenie przemiłego człowieka.
- Tak. Podobno zginęli bardzo gwałtowną śmiercią. W dodatku w dość dwuznacznej sytuacji. Otóż dziewczyna miała na sobie tylko satynową bieliznę i diamenty. W gazecie pisali, że gdy ją znaleziono, leżała na łóżku niczym Królewna Śnieżka. Ale to akurat pewnie podkoloryzowali, żeby uatrakcyjnić tekst dla czytelników, prawda? I jakoś nie przypominam sobie, żeby Królewnę Śnieżkę przedstawiano w samej bieliźnie.
- Kogo przedstawiono w samej bieliźnie? - zainteresował się Filip, który akurat w tej chwili energicznym krokiem wszedł do garderoby królowej. Jego uwagę absorbował krnąbrny mankiet, w który bez powodzenia usiłował wsunąć spinkę.
- Martwą kobietę znalezioną w Chelsea, proszę pana - wyjaś-niła Bobo.
- Ach tak? - mruknął książę, nadal nie unosząc wzroku. Spinki do mankietu były ze złota, spięte razem cieniutkim łańcuszkiem. Całość wymagała nie lada biegłości w użyciu. - Jak zmarła?
- Jeśli wierzyć gazetom, obie ofiary zostały uduszone. Mężczyzna dodatkowo został dźgnięty w oko. Obrzydliwe, do czego zdolni są niektórzy ludzie. Aż wierzyć się nie chce.
- Prawdę mówiąc, są ludzie, po których wszystkiego można się spodziewać - odparł Filip. Unosząc spojrzenie znad mankietu na żonę, dodał: - Chciałaś mnie o coś spytać, Lilibet?
Królowa zdążyła już założyć kolczyki. Teraz jeszcze umieściła na czubku głowy tiarę i wstała. Nie powiedziała ani słowa, bo prawdę mówiąc, nie wiedziała, jak poprosić o to, na czym jej zależało.
Filip zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.
- Nowa suknia?
- Tak.
- Nigdy nie ubierałaś się w takim stylu.
- To prawda.
- Ta suknia różni się od tych, w których zazwyczaj się pokazujesz. Jest taka... migocząca.
- Aha.
Zapadło milczenie.
- Do twarzy jej, prawda? - pospieszyła z odsieczą Bobo. W jej głosie dał się teraz wyczuć charakterystyczny dla Szkotów mentorski ton.
Filip w końcu złapał aluzję.
- Kochanie, wyglądasz zachwycająco. - Wyszczerzył zęby w zawadiackim uśmiechu i podszedł do niej sprężystym krokiem. - Gdyby Ava Gardner była parę centymetrów niższa...
Ujął dłonie żony i złożył na nich pocałunek, najpierw na jednej, potem na drugiej. Królowa przypomniała sobie, jak zniewalająco szarmancki potrafił być jej mąż. I jak wielkie oddanie w niej budził. I to nie tylko ze względu na wygląd kojarzący się z blond Wikingiem. Ważniejsze było co innego: Filip umiał rozbawić ją do łez, a już chwilę później być śmiertelnie poważny. I właśnie teraz wyraz jego twarzy zdradzał, że zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest ta wizyta, jak dużo od niej wymaga i jak bardzo żona potrzebuje jego wsparcia.
- Świetnie. No dobrze, to mamy zatem załatwione - skwitowała Bobo. - Kochanie, tiara lekko się przekrzywiła. Nie zapomnij o naszyjniku. Ja przyniosę futro.
Na korytarzu, u szczytu schodów, zebrała się mała grupa składająca się z ambasadora, dwóch koniuszych, którzy pomagali parze królewskiej w pełnieniu oficjalnych obowiązków, a także sir Hugh i nowego osobistego sekretarza Filipa. Wszyscy panowie oczekiwali na parę królewską, by wspólnie zejść. Rozmowa toczona była przyciszonymi głosami, ale królowa zdołała wyłapać słowa "Cresswell Place".
- O co chodzi? - spytał Filip. - O czym rozmawiacie?
- O morderstwach w Chelsea - odparł ambasador. - Słyszałeś już?
- Owszem. Uduszenie i cios ostrym narzędziem - oświadczył Filip, gmerając przy drugim mankiecie. - O te wam chodzi?
- Właśnie o te. To raczej nie wygląda na metody działania typowe dla członków Klubu Artemidy.
- Co takiego? - Filip gwałtownie uniósł głowę.
- Podobno wieczorem tamtego dnia dziekan zjadł kolację na mieście, a po posiłku wrócił do domu w towarzystwie paru osób. Zamierzali pograć w karty. Nikt inny, z wyjątkiem ofiar, ani nie wchodził do domu, ani go nie opuszczał. Wniosek nasuwa się sam... - Ambasador nagle zamilkł i nerwowo odkaszlnął. - Czy przypadkiem pan też nie należy do Klubu Artemidy?
- Owszem - przyznał Filip. Twarz mu stężała.
Ambasador zaśmiał się nerwowo.
- Nie chciałbym, żeby powstało wrażenie, że sugeruję... Chodzimi o to, że znajomi, z którymi dziekan wrócił z kolacji, wydawali się w porządku. Przyzwoici ludzie o nieposzlakowanej opinii. Swoją drogą, jednemu z nich w zeszłym roku nadała pani tytuł arystokratyczny - dodał ambasador, zwracając się do królowej. Na razie żaden z obecnych nie skomentował w żaden sposób jej sukni. Ale ponieważ byli mężczyznami, nie należało niczego innego oczekiwać. - Ponoć zamierzali zagrać w kanastę.
Tu sir Hugh uznał za zasadne się wtrącić. Odkaszlnąwszy cicho, stwierdził:
- Tak w każdym razie utrzymują. Zastanawia mnie jedno: z artykułów w prasie wynika, że dziekan nazajutrz poprosił sprzątaczkę, żeby nie zmywała schodów, jak miała w zwyczaju. Sam wrócił potem do Somerset. Na zwłoki kobieta natknęła się dopiero po tygodniu, gdy poszła na piętro.
- Boże. Kiedy zatem zginęli? - zainteresowała się królowa.
Sir Hugh szybko policzył.
- Podejrzewam, że w niedzielę tydzień temu. Trzydziestego pierwszego marca. To wtedy towarzystwo zebrało się w domu, żeby grać w karty. Ciała musiały tam leżeć przez cały...
- Psiakrew. - Spojrzenia wszystkich skierowały się na Filipa. - Urwałem spinkę do mankietu. Ej, ty! - Zwrócił się do stojącego najbliżej młodego koniuszego, wciskając mu do ręki urwaną spinkę. - Skocz do mojego lokaja i każ mu poszukać zapasowych spinek. Tylko z życiem, bo inaczej się spóźnimy.
Na ułamek chwili spojrzenia królowej i męża się spotkały. Od razu się zorientowała, jak bardzo jest poirytowany. O ile wzrok jej nie mylił, były to spinki Britannia: osobiście zaprojektowane przez Filipa, stanowiły pamiątkę po jego niedawnych wojażach na półkuli południowej.
- W gazetach niewątpliwie będą dowodzić, że w jakiś sposób byłem zamieszany w te zbrodnie - burknął.
Osobisty sekretarz księcia odchrząknął.
- Już to robią. Przykro mi, ale nie miałem okazji wcześniej księcia o tym poinformować. Przed chwilą sam przeczytałem artykuł. Autor wspomina w nim, że tamtego wieczoru również książę bawił w tym samym klubie co dziekan.
Filip spiorunował go wzrokiem.
- A czy łaskawie zaznaczyli, że o dwudziestej trzeciej byłem już w łóżku?
- Nie.
- No oczywiście. - Wzruszył ramionami z pewną ostentacją, po czym zerknął na żonę. - Alibi zapewnić mi mogą jedynie pracownicy ochrony i Jej Wysokość.
W tym momencie pięć paru oczu skierowało się na królową i utkwiło w niej pytające spojrzenia. Królowa, odczekawszy ułamek chwili, uniosła brew i też lekko wzruszyła ramionami. Panowie zareagowali śmiechem.
- W prasie brak sugestii, jakoby książę znalazł się wśród osób towarzyszących tego wieczoru dziekanowi - zapewnił go osobisty sekretarz. - Mowa jest tylko o tym, że książę przebywał w tym samym lokalu.
- No jasne, że nie spędzałem go z dziekanem. A tak w ogóle to kim jest ten cały dziekan?
- To dziekan opactwa w Bath - wyjaśniła królowa.
- Ach, ten. Faktycznie znamy się, choć niezbyt blisko. Porządny facet. Pomagał przy kaplicy Świętego Jerzego. Nigdy się bliżej nie kolegowaliśmy.
- Są już spinki, proszę pana.
Różowy na twarzy koniuszy przybiegł z powrotem, podzwaniając ostrogami przy butach. Na wyciągniętej dłoni leżały zapasowe spinki, o które prosił Filip.
- No to chodźmy - odezwał się książę. - Uporam się z mankietami w samochodzie. Weź też gazety. Rozłożę je na kolanach i poczytam, nikt się nie zorientuje. Czas znowu wejść w rolę zwierząt w zoo.
Ukoronowaniem tego dnia miał być rejs Sekwaną, którego królowa wprost nie mogła się doczekać. Był kwiecień, a oni - ona z mężem - będą prześlizgiwać się pod mostami Paryża, za plecami mając wieżę Eiffla, a w oddali podświetlone wieże katedry Notre Dame. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej romantycznego?
W rojeniach tych królowa pominęła pewien istotny szczegół, na który powinna była zwrócić uwagę, ponieważ został wyłuszczony czarno na białym w rozpisce jej zajęć na ten dzień: otóż towarzyszyć miał im francuski prezydent. Nic dziwnego, wszak płynęli jego łodzią. Pan prezydent i Filip zostali usadzeni po obu stronach monarchini, na tyle jednak daleko od niej, że nie dało się prowadzić sensownej pogawędki z prezydentem, a już na pewno nie dość blisko, by Filip mógł jej wyznać, co naprawdę sądzi o tych wszystkich rekonstrukcjach historycznych w formie żywych obrazów, jakie zorganizowano specjalnie dla nich na brzegach Sekwany.
Zresztą możliwości podziwiania czegokolwiek były dla niej dość ograniczone, jako że przez cały czas świecił jej w twarz reflektor punktowy zainstalowany na pokładzie parę kroków od niej. Oślepiona królowa zarejestrowała jedynie, że na brzegach zgromadziło się więcej ludzi niż zwykle. Wszyscy wyciągali szyje, żeby lepiej widzieć. Tłum był naprawdę wielki, królowa momentami bała się, że ci stojący najbliżej zostaną zepchnięci z brzegu i powpadają do wody. W rezultacie był to najmniej romantyczny paryski wieczór, jaki tylko mogła sobie wyobrazić.
Przynajmniej jej nowa suknia posłusznie migotała w świetle reflektorów, a policzki miała odrętwiałe od ciągłego uśmiechania się. Filip chyba bawił się całkiem nieźle - zauważyła, że z uśmiechem ślizgał się spojrzeniem po rzęsiście oświetlonej rekonstrukcji ukazującej żołnierzy Napoleona niedaleko kompleksu Les Invalides. Zresztą on zawsze świetnie się bawił na wodzie.
W pewnym momencie królowa przypomniała sobie, co Bobo powiedziała na temat Klubu Artemidy i nocy, kiedy doszło do morderstw. Przed oczami stanął jej obraz uduszonej dziewczyny ubranej wyłącznie w jedwab i diamenty. W momencie śmierci dzieliła pokój z mężczyzną, którego praktycznie nie znała. Wyobrażenie to poskutkowało ukłuciem niepokoju, gdy monarchini zdała sobie sprawę, że sama też w tej chwili ma na sobie głównie jedwab i diamenty.
Cóż za okropna śmierć. Gdy to się działo, biedaczka zapewne czuła się bardzo samotna.
Królowa zorientowała się, że zatopiona w tych rozmyślaniach przestała zwracać uwagę na to, co się wokół niej dzieje. Jej spojrzenie padło na chórzystów pod katedrą Notre Dame, których subtelny śpiew wznosił się w wieczornym powietrzu. Kiedy łódź mijała wyspę Świętego Ludwika, ciemne niebo nagle roziskrzyło się od fajerwerków.
Królowa była zaskoczona, ale już po chwili pierwszy szok stopniowo ustąpił miejsca zachwytowi. Wyobraziła sobie parę nikomu nieznanych młodych ludzi stojących gdzieś w tłumie. Mężczyzna stał za kobietą, obejmował jej ramiona, a ona wyczuwała na plecach dotyk jego ciepłego twardego torsu. Ludzie ci z zadartymi głowami podziwiali pokaz fajerwerków, sami pozostając niewidzialni.
Tak byłoby pięknie.
Królowa odwróciła się do prezydenta i wygłosiła jakiś sympatyczny, i dyplomatyczny, komentarz. Rzecz jasna po francusku. Przez całą drogę powrotną reflektor nadal świecił jej prosto w twarz.