Śmierć w cieniu wulkanu - Przemysław Nowakowski

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (27,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Nazywają to pejzażem księżycowym. Paisaje lunar. Tak naprawdę przypomina raczej powierzchnię Marsa. Taką jak na zdjęciach z NASA: czerwona, żelazista ziemia, gdzieniegdzie upstrzona pojedynczymi kawałkami czarnego, wulkanicznego żużlu. Jesteśmy na zboczu gigantycznego czynnego wulkanu. Wprawdzie ostatni raz dał o sobie znać sto lat temu, ale powszechnie uważa się, że tylko czeka na odpowiedni moment.

"Oby nie nastąpił zbyt szybko..." - myśli Gloria, patrząc na swojego trzyletniego syna. Miguel lawiruje pomiędzy kawałkami zaschniętej lawy z gumową piłką, udającą prawdziwą futbolówkę. Grudy żużlu zastępują piłkarzy z przeciwnej drużyny. Miguel ogrywa ich, strzela gole. Głośno krzyczy, kiedy trafia do bramki. Gloria lubi to miejsce. Czerwona ziemia przypomina jej rodzinne Mali. Wyjechała stamtąd sześć lat temu. Na łodzi z Maroka - jak wielu jej podobnych. Morze było wzburzone, a upragniona hiszpańska wyspa wydawała się daleko. Ale się udało. Potem też miała szczęście. Spotkała jego. Urodził się Miguel. Jej syn już jest stąd. To jego miejsce. Gloria cieszy się, kiedy chłopiec krzyczy po hiszpańsku na swoich kamiennych piłkarzy. W języku ojca. Lubi też jasnobrązowy odcień skóry syna. Tak różny od jej czerni. Kolor, który jest kompromisem pomiędzy nimi.

"Życie w ogóle jest kompromisem i trzeba to zaakceptować..." - myśli Gloria, prowadząc samochód w górę wielkiego wulkanu Teide, po bardzo krętej drodze. Jedzie na spotkanie z nim. Będą razem oglądać gwiazdy. Nigdzie nie widać tak dobrze gwiaździstego nieba jak przed górskim hotelem El Parador, położonym u podnóża szczytu. Gloria kocha gwiazdy. Kiedyś chciała do nich sięgnąć. W ogóle chciała bardzo wiele. Dużo też dostała od losu. Jest piękna, zdolna. Ma cudowny głos, któremu zawdzięcza karierę muzyczną. Gloria zawsze kochała śpiewać. Niestety urodziła się w złej części świata. Wszystko się pomieszało. Musiała uciekać. I uciekła. Teraz już jest dobrze.

Zmęczony Miguel próbuje zasnąć na tylnym siedzeniu, z głową na piłce. Gloria zaczyna mu śpiewać jego ulubioną afrykańską kołysankę. Pięknie śpiewa. Miguel jak zawsze zasypia. Jest dobrze. Tutaj zacznie wszystko od nowa. Tylko zakręty tej drogi są jak zwoje gigantycznego pytona, który powoli zaciska się na swojej ofierze. Jest stromo i kręto. Gloria wyjeżdża zza zakrętu prosto w intensywnie zachodzące słońce. Nie ma ciemnych okularów. Zostawiła je gdzieś pomiędzy kamiennymi piłkarzami Miguela. Taka była szczęśliwa, myślała o różnych sprawach i zapomniała o nich. Jadący z przeciwnej strony samochód wziął zakręt zbyt dużym łukiem. Gloria jest pogrążona w myślach. Mimo to reaguje szybko. Odruchowo skręca kierownicę w lewo. I naciska hamulec. Ale samochód nie odpowiada. Jakby zapomniał. Zakręt jest zabezpieczony betonowymi pachołkami. Są potężne, ale niezbyt wysokie. Wytrzymają zderzenie czołowe, lecz na nic się zdadzą, jeśli samochód przekoziołkuje nad nimi i runie w przepaść, dachem do dołu. Przez głowę Glorii przelatuje jedna myśl. Właściwie to krótkie zdanie, i to nie w jej rodzimym języku, ale w tym nowym, hiszpańskim: "?Qué pena!". Jaka szkoda.

Na drodze zatrzymuje się szare Subaru. Wysiada z niego biały mężczyzna, około trzydziestki, w spranym brązowym podkoszulku i skórzanych, jakby robionych ręcznie, afrykańskich klapkach. Mężczyzna podbiega do betonowych pachołków i z przerażeniem spogląda w czeluść, gdzie przed chwilą zniknął samochód Glorii. Nic nie widać. Pojazd rozpłynął się w ciemności. On nie wie, jak to się stało. Odruchowo łapie telefon i wybiera numer policji. Nagranie z policyjnej centrali każe mu czekać. Jest zdezorientowany. Nie wie, co ma robić. Podchodzi do betonowych pachołków i spogląda jeszcze raz. Przez głowę przelatuje mu jedno zdanie, i to nie w jego rodzimym języku, ale po hiszpańsku. "?Qué pena!". Jaka szkoda.

Długi przeszklony korytarz wydaje się nie kończyć i nie zaczynać. Ruchomy chodnik wiezie ich, zmęczonych długim lotem. Dzieci biegają tam i z powrotem po sunącej taśmie. Oni milczą. Dokoła nie ma nikogo. Pozostali pasażerowie są albo daleko przed nimi, albo daleko za nimi. A oni są tu. Sami na tej wyspie u wybrzeża Afryki. Sami na Oceanie Atlantyckim, który widzieli z góry. Wielkim. Pustym. Może nawet sami na świecie? Rodzina z dwojgiem dzieci. Czego więcej potrzeba? Przylecieli do Puerto Rojo na Teneryfie na przedłużone wakacje. Właściwie na "zimowanie". Tak się mówi, kiedy przyjeżdża się zimą na dłużej niż dwa miesiące. Ale czy oni wiedzą, jak długo zostaną? Julia tego nie wie. I Wojtek tego nie wie. Ani ich dzieci: Kama i Lena, w wieku odpowiednio: sześć i trzy lata. Zobaczy się. To "zobaczy się" skrywa w sobie niewiadomą. Jakby zagadkę, ale też trochę niepewność.

"Nie wiadomo, jak to będzie z robotą Wojtka" - myśli Julia, jej umysł jest trochę ociężały po locie. Wojtek pracuje w IT. Dużo online, dużo również podróżuje. Szczególnie od kiedy został jakimś tam szefem zespołu czy coś... Często go nie ma. Pracuje. A chciałoby się po prostu odpocząć, bo w kraju zimno. Kiedyś trzeba będzie jednak wrócić. Przypomnieć o sobie tym, którzy zapomnieli. Julka ma te swoje projekty. Edukacyjne. Nie takie, jakie by chciała, oczywiście... Chciałaby robić sztukę. Normalnie, w teatrze. Ale nie robi. Ma to, co ma... I w sumie tego też nie robi. Dzieci okazały się bardziej czasochłonne, niż się spodziewała. One to dopiero są projektem! Praca na dwa etaty. Po jednym na każde dziecko. Kto by pomyślał... Robi się szybko. Szczególnie, jak się chce. A oni chcieli. Tylko potem... No tak... Jak to w ogóle będzie między nimi, także nie wiadomo. Czy to jest już kryzys, czy tylko zmęczenie? A może w ogóle już po wszystkim?

I tak sobie jadą tym ruchomym chodnikiem na lotnisku. Za przeszkloną ścianą zjawiskowy zachód słońca. Oni ciągle jeszcze w ciepłych ubraniach z Polski. Julka czuje na twarzy jakby dwie warstwy makijażu. Jedna to lodowaty wiatr, który żegnał ich, gdy maszerowali do samolotu na lotnisku Modlin. A druga to ciepły powiew zabarwionego pustynnym piaskiem wiatru calima, który przywitał ich przed chwilą, kiedy wysiadali z samolotu na lotnisku Tenerife Sur. "Ciekawe, że wiatry mają tu nazwy - pomyślała Julka. U nas nie mają. Jakoś szkoda nam czasu, żeby nazywać wiatr. Za bardzo jesteśmy zagonieni. A co to szkodzi nazwać wiatr? A nie, przepraszam! Jest halny!" Julka uśmiecha się do siebie. Nie wiadomo, dlaczego myśli o takich głupotach tu, na wyspie, na oceanie. W innym świecie. Chyba po prostu jest zmęczona. Sześć godzin w samolocie z małymi dziećmi to nie przelewki! A Wojtek siedział oddzielnie, bo tak wyszło z miejscami. I do tego z jakąś blond laską... Gadali cały czas. No dobra... jest zarobiony! Ale mógłby chociaż trochę zająć się dziećmi i poczytać im Misia Pracusia! Ale on wolał gadać z blondyną. W sumie trudno mu się dziwić. Julka też by wolała.

Spogląda na Wojtka, stojącego obok na ruchomym chodniku: wysoki, szczupły, wysportowany. W końcu surfer. I windsurfer. I kitesurfer. Jak jeszcze wymyślą nowy rodzaj surfu, to Wojtek na pewno go opanuje. I będzie surfował. A ona będzie na to patrzeć z brzegu. To ładnie wygląda. I wystarczy - jeśli o nią chodzi! Julka myśli, że powinna się do niego uśmiechać. W końcu są już parą prawie dziesięć lat. Mają dwoje dzieci. I nawet ślub, choć to akurat dla żadnego z nich nie miało większego znaczenia. Po prostu ułatwia życie z dziećmi. I tyle. A teraz Julka patrzy na Wojtka i myśli, że powinna się uśmiechać, ale z jakiejś dziwnej przyczyny tego nie robi. Zakłada tylko okulary przeciwsłoneczne, bo razi ją pięknie zachodzące słońce za szklaną ścianą lotniskowego korytarza, który ciągle się nie kończy. I tak sobie jadą. Niby przylecieli, przyjechali. Już są. Lecz ciągle jadą. "O co w tym chodzi?" - myśli sobie Julka. I nie wiadomo dlaczego, uśmiecha się do siebie. Wszystko jest dobrze. W końcu dojechali.

Rozdział 1

Orestes Delgado, inspector jefe wydziału kryminalnego Policía Nacional, przez chwilę zapatrzył się na - wciąż do połowy pełną - przezroczystą szklaneczkę, w której zwykło się podawać poranną kawę cortado. "Dlaczego właściwie piję taką kawę? - zapytał sam siebie w myślach. - Pijam ją rano całe życie i nigdy się nie zastanawiałem, że można inaczej. A przecież można! Na przykład Angole piją swoją herbatę. A ci wszyscy ludzie z Europy Wschodniej, których teraz tylu tu przyjechało? Pewnie też piliby herbatę, gdyby byli u siebie. Tu piją kawę, bo herbata to w Hiszpanii rzadkość. Może po prostu starają się dostosować? Tylko po co? Przecież i tak kiedyś wrócą do domu..."

Orestes siedział w swoim ulubionym barze w samym centrum Puerto Rojo z widokiem na miejską plażę, rozległy pusty plac i miejsce zabaw dla dzieci w formie dużego statku. Tu zawsze toczyło się gwarne i bujne życie. Orestes lubił mu się przyglądać. W końcu jego zawód polegał na tym, żeby je chronić. Dbać o nie. Eliminować tych, którzy mogą mu zaszkodzić. Orestes był przystojnym, smagłym mężczyzną tuż przed czterdziestką. Starannie wypielęgnowana u barbera hipsterska broda zdobiła jego twarz o szlachetnych, południowych rysach. Jedynie pojawiające się gdzieniegdzie srebrne nitki sprawiały, że ta sama broda, która zdobiła, dodawała mu również trochę lat. Albo - jak kto woli - powagi. Orestes był ubrany na sportowo: w dżinsy, adidasy i koszulkę polo w kolorze łososiowym. Na głowie miał zieloną czapkę z daszkiem, a na oczach - dość specyficzne okulary przeciwsłoneczne o owalnych czarnych szkłach. Trochę staromodne i niepasujące do czapki, ale za to pasujące do Orestesa. Przynajmniej on tak uważał.

Ukryty pod tymi okularami wzrok policjanta od dłuższego czasu spoczywał na innej czapce z daszkiem, wypatrzonej kilka metrów dalej na placu zabaw. Orestes patrzył na nią z dwóch powodów: po pierwsze, dlatego, że zdobiła ona głowę ładnej młodej kobiety, dyskretnie ukrywającej urodę pod eleganckimi ubraniami w odcieniach beżu; a po drugie, ponieważ na czapce dostrzegł wyzywający biały napis o treści: "CIA". Orestes lubił analizować ludzi i tym razem również to robił. Zawsze było to jednak uzasadnione, zwykle przez jakiś dysonans. Coś musiało nie pasować do czegoś. Jak w tym przypadku. Kobieta miała gustownie dobrane szorty i zwiewną koszulę. Na nogach tenisówki, nieskazitelnie białe - od razu było widać, że kupione na wyjazd. Biel tych butów w połączeniu z bielą jej skóry świadczyły o niedawnym przylocie. Pewne zmęczenie, delikatne opuchnięcie twarzy i opieszałość w ruchach sugerowały nawet bardzo niedawny. Zapewne przyleciała wczoraj wieczorem. Dwie dziewczynki, na które patrzyła kobieta, wyglądały na trochę oszołomione nową sytuacją. Kolorowy, wielojęzyczny tłumek kłębiący się na placu wyraźnie je onieśmielał.

Wyglądały na przybyszów z Europy Wschodniej, dlatego Orestes wcześniej pomyślał o tej herbacie. "Wszystko się ze sobą łączy - powiedział do siebie w myślach. - Co nie znaczy, że cokolwiek wyjaśnia cokolwiek!" - dodał z właściwym sobie, trochę zgryźliwym, sceptycyzmem. No i ta czapka! Ta czapka! To od niej wszystko się zaczęło! Kto nosi czapkę z napisem "CIA"? Zapewne ktoś, kto niedawno był w Stanach i kupił ją na straganie za kilka dolarów od nielegalnego uchodźcy z Meksyku. Sprzedając tanie podróbki czapek agencji rządowych, dokonuje on małej, subtelnej zemsty na kraju, do którego musiał przebijać się przez drut kolczasty wzdłuż Rio Grande. Mogło tak być, ale mogło tak nie być. Takie czapki można kupić na każdym bazarze świata: od Gwatemali po Afganistan. Zapewne nawet tutaj, w Puerto Rojo, na sobotnim bazarze, który rozstawia się na tym placu. Ale dlaczego ona? W tej czapce?

Po kolejnym łyku kawy Orestesowi zaświtała nagle zaskakująca myśl. "Może Ukrainka? Chce rzucić w twarz wszystkim Ruskim, których tu zresztą nie brakuje: CIA jest po mojej stronie! I co mi zrobisz?" Orestes upił jeszcze jeden łyk kawy. Po nim ciąg logiczny mu się rozsypał. Poprzednie rozumowanie mogło być słuszne, gdyby nie jeden szczegół. Delikatne okulary w cienkich metalowych oprawkach nadające - skądinąd ładnej kobiecej twarzy - jakiś akademicki rys. Orestes zaczął podsumowywać zebrane dane. Dlaczego ktoś, kto jest wykształcony, myśli, czyta, jest świadomy siebie i otaczającego go świata, potrafi się ubrać, zająć dziećmi zmęczonymi po długim locie, kto może nawet jest z Europy Wschodniej, ale raczej z dużego miasta o bogatej kulturze, takiego jak Praga czy Kraków, dlaczego ktoś taki wkłada na głowę czapkę z napisem "CIA"? "Czego tu nie rozumiem? - zapytał siebie Orestes, prawie na głos, dopijając cortado. - Może wszystkiego...?"

"I właśnie tych cholernych czapek musiałam zapomnieć!" - pomyślała Julka, siedząc na skalistym brzegu, tuż nad wodą. Przed nią rozciągał się błękitny bezkres Oceanu Atlantyckiego. Za nią fantazyjne skały, wyrzeźbione w wulkanicznym podłożu przez wiatr i wodę. Pod nogami plaża z ciemnoszarym piaskiem. I, co najważniejsze, dziewczynki zostały zapisane do przedszkola! No, powiedzmy... Julia nazywała tak prowadzoną przez dwie miłe Hiszpanki świetlicę dla dzieci mieszkańców sezonowych, pozwalającą rodzicom spędzić kilka godzin dziennie w pracy zdalnej albo na - bynajmniej nie zdalnej - bezczynności. Julia wybrała to drugie.

Wojtek siedział przy komputerze - bo wiatr akurat osłabł - i zarabiał na ich życie, wykonując jedną z tych abstrakcyjnych, ale bardzo dobrze płatnych prac, w ramach których coś tam się robiło w internecie, ale właściwie nie wiadomo co dokładnie. Przynajmniej Julka tego nie wiedziała. Wiedziała natomiast, że podczas chaotycznego pakowania w ich segmencie na warszawskich Bielanach, w środku polskiej zimy, zapomniała zabrać swoich nakryć głowy. W związku z tym musiała pożyczyć coś od Wojtka. A on miał dwie czapki z daszkiem. Pierwsza była brązowa i zdobiły ją napisy po angielsku reklamujące ważny kongres branży IT w New Delhi. Wojtek często tam bywał. Miało to coś wspólnego z jego firmą. Za pierwszym razem przywiózł Julii zielone sari i wirus grypy żołądkowej, którą leczyła przez tydzień. Potem już nic nie przywoził. Druga czapka była granatowa z napisem "CIA". Julka wybrała tę drugą, bo przynajmniej nie kojarzyła jej się z wizytami w toalecie. Ot i cała tajemnica. Będzie musiała szybko kupić jakąś inną czapkę z daszkiem - zapewne z napisem "Tenerife" - a starą cisnąć na dno walizki. Chyba że Wojtek czuje się z nią jakoś związany. Ale dlaczego miałoby tak być? Julka uświadomiła sobie, że w gruncie rzeczy niewiele wie o swoim mężu. Te dziesięć lat, które razem spędzili, wcale nie wystarcza, żeby kogoś poznać. Szczególnie jeśli cały czas ma się coś do roboty. Jedno dziecko, dom, drugie dziecko, praca i tak dalej. Kiedy to się kończy?

Powoli jednak umysł Julii uwalniał się od tej życiowej gonitwy i koncentrował na otaczającym ją pięknie. Z początku było to ogólne piękno krajobrazu, ale po chwili uwagę kobiety przykuł jeden specyficzny element. Kilka metrów od niej na drewnianej platformie - przezornie umieszczonej tu przez przyjazne wysiłkowi fizycznemu władze miasta - poruszała się młoda dziewczyna w obcisłym czarnym dresie. Ćwiczyła jogę i o ile Julka się na tym znała, wykonywała właśnie powitanie słońca. Dziewczyna była bardzo zgrabna, miała wyjątkowo jasne włosy i opaloną skórę. Wyglądała na zaawansowaną joginkę, bo jej ciało swobodnie układało się w poszczególne asany i zatrzymywało się w nich bez wysiłku. Julka sama trochę ćwiczyła, więc potrafiła docenić ten kunszt.

W pewnym momencie zdarzyło się coś, co trochę zaskoczyło obserwatorkę. Lekki wietrzyk zupełnie już osłabł i zrobiło się naprawdę gorąco. Dziewczyna dokończyła jedną z pozycji, po czym błyskawicznym ruchem zdjęła czarny strój. Poza niezwykle skąpymi czarnymi majtkami nie miała na sobie niczego. Kontynuowała ćwiczenie, przechodząc do bardziej skomplikowanych pozycji odwróconych. Stanęła na głowie i szeroko rozłożyła nogi, robiąc coś w rodzaju odwróconego szpagatu. Jej piękne ciało naprężyło się i trwała tak, nieruchomo, przez dłuższą chwilę. Julka poczuła się dziwnie. Jakiś rodzaj ciepła rozlał się po jej ciele. Z jednej strony uśmiechnęła się do siebie delikatnie. Z drugiej - poczuła się trochę zażenowana. Odruchowo odwróciła głowę. Przez jej umysł przebiegła myśl, że to może nieładnie: tak obserwować kogoś, kto ćwiczy. Po chwili jednak zmieniła zdanie. Skoro dziewczyna robi to na środku publicznej plaży, to pewnie chce, żeby ją oglądać. A przynajmniej jej to nie przeszkadza.

Julka pozazdrościła nieznajomej. Dlaczego ona nie ma w sobie takiej otwartości? Kiedy się tak zablokowała? Przy dzieciach? Po ich urodzeniu relacje intymne Julii i Wojtka już nigdy nie odzyskały dawnej spontaniczności. Zdarzało im się robić to od czasu do czasu, ale zawsze coś było nie tak. Julka nigdy nie czuła, że oboje są w to zaangażowani w takim samym stopniu. Albo on chciał, a ona akurat była myślami gdzie indziej, albo ona chciała, a on odrywał się od komputera jakby z łaski. Częściej ona chciała. Tyle że jego emocjonalna nieobecność w trakcie seksu była dla niej upokarzająca, więc z czasem przestała inicjować takie sytuacje. Co jej z faceta, który kiedy się z nią kocha, myślami jest na wiecznym kongresie w New Delhi? I właśnie zaraża się tam grypą żołądkową... To niestety nie było sexy i Julka nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić. Poruszała ten temat z koleżankami na facebookowej grupie wsparcia młodych matek i zawsze odpowiadano jej to samo: "Tak to jest w małżeństwie! Nie wiedziałaś? Ja z moim starym nie kochaliśmy się od roku! Ciesz się, że w ogóle to robicie!". Ale Julka się nie cieszyła. Nie była może przesadnie ambitna, lecz nie należała do osób, które zadowalają się byle czym. Chciała udanego i szczęśliwego życia. I prawie takie miała. Prawie...

Orestes niechętnie wracał z Puerto Rojo do Santa Cruz, dużego miasta, w którym mieszkał i pracował, szefując lokalnemu wydziałowi kryminalnemu Policía Nacional. Po pierwsze, wolał małe miasta od dużych. A po drugie, Puerto Rojo było jego rodzinną miejscowością. Tam się urodził, tam stał dom jego rodziny, właściwie: okazała stara kamienica w samym centrum, gdzie wciąż mieszkała jego matka, a duch dawno zmarłego ojca unosił się wśród wiekowych mebli. Orestes wywodził się z kanaryjskiej elity, której historia sięgała wielu pokoleń wstecz, lecz nie lubił tego podkreślać. Po prostu był tu u siebie. W domu rodzinnym bywał tylko w weekendy, a na stałe mieszkał w Santa Cruz. Bardzo cenił sobie ten układ. Wprawdzie Puerto Rojo należało do policyjnej jurysdykcji Orestesa, ale raczej nie musiał tam pracować. Wydział kryminalny nie miał wiele do roboty w tym miejscu. Od czasu do czasu jakaś kradzież czy awantura. Nic, czego nie mogłaby załatwić policía local. Poważnego morderstwa nie było tam od dawna.

Co innego w Santa Cruz. Zalewający miasto emigranci z Afryki przyczyniali się niestety do wyraźnego wzrostu przestępczości, i to zorganizowanej. Gangi przemytnicze, narkotyki, handel żywym towarem. Nielegalne kolonie i koczowiska zdezorientowanych, pozbawionych wsparcia i zdesperowanych ludzi stały się siedliskiem występku. Orestes pamiętał czasy, kiedy tego nie było, a największy problem stanowili pijani Anglicy rozwalający sobie głowy butelkami piwa Dorada. Policjant tęsknił za tymi czasami, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że już nie wrócą. "Świat się zmienia - pomyślał. - A nasza wyspa niestety jest jego częścią. Chociaż jest wyspą na oceanie, do cholery! I może powinna rządzić się innymi prawami!"

Właśnie tego rodzaju myśli towarzyszyły mu, gdy szedł korytarzem brzydkiego nowoczesnego budynku komendy policji. Władze postawiły ją w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, nie mogąc się zdecydować, czy ma być to cud nowoczesnej architektury, czy raczej ponury bunkier. Kilkadziesiąt lat i kilka remontów później było już wiadomo, że jednak chodziło o ponury bunkier i nie da się z tym nic zrobić. A z pewnością nie poradziła sobie z tym pojedyncza palma zasadzona przed wejściem. Ponieważ zarząd policji nie miał funduszy na ogrodnika dla tej jednej palmy, zaszczytny obowiązek doglądania, czy rurka doprowadzająca wodę do drzewa nie jest zatkana, przypadał z reguły któremuś z najmłodszych policjantów - ci oczywiście zawsze o nim zapominali w natłoku innych zadań. Dlatego palma wyglądała jak cała reszta komendy: sucha i spękana od morskiej soli przywianej oceaniczną bryzą. Orestes, nie wiadomo dlaczego, myślał właśnie o tej palmie, gdy jego zastępczyni, podinspektor Lucía Sánchez, przywitała go smutnym spojrzeniem.

- Wracasz pewnie z Puerto Rojo, jefe?

- Jak co tydzień, Lucío.

- Jak się czuje mama? - zapytała podinspektor.

- Dobrze. Jak na swoje lata, można powiedzieć, doskonale! - zapewnił Orestes.

- Przekaż jej moje pozdrowienia - powiedziała Lucía i dodała konspiracyjnym szeptem: - I podziękuj za tartę, którą podjadłam ci z lodówki w zeszłym tygodniu.

- To byłaś ty? Myślałem, że to ten nowy, Juanito.

- On by się w życiu nie odważył!

- Zapewne... No cóż, sprawa tarty zamknięta. Mamę pozdrowię za tydzień - skwitował Orestes.

Niezbyt ładna, ale za to przenikliwa twarz Lucíi wyrażała zaniepokojenie.

- Chyba będziesz musiał tam wrócić o wiele wcześniej...

- Coś się stało?

- Można tak powiedzieć... - Lucía się zawahała.

- Niech zgadnę... Ktoś zatruł się rybą i twierdzi, że to obcy wywiad usiłował go zabić? - próbował żartować Orestes.

- Nie, to było w zeszłym tygodniu. W tym mamy coś znacznie bardziej konkretnego.

- Konkretnego? U nas? - Inspektor wydawał się zaskoczony.

- Mamy trupa, jefe. Prawdziwego trupa...

"Jakie to drzewo? - pomyślała Julia. - Grube, mięsiste liście, poskręcane gałęzie wokół pnia. Wygląda jak rośliny, które w Polsce ludzie hodują w doniczce". Tyle że tu jest wielkości drzewa. Te liście od czasu do czasu schną i opadają na czerwony tartan, którym pokryta jest plenerowa siłownia. I leżą tam jak jakieś martwe zwierzęta. "Do tego przeszkadzają ludziom w ćwiczeniach" - dodała Julia w myślach, z trudem wyciskając ósmą pompkę. Niestety na dziewiątą zabrakło jej siły i ciężko dysząc, opadła twarzą prosto w zwiędły liść z drzewa, którego nazwy nie potrafiła ustalić. Zanim się podniosła, usłyszała męski głos dochodzący z bliska, jakby znad jej prawego ucha. Głos był miły, mówiący po angielsku z trudnym do określenia akcentem, typowym dla ludzi, którzy posługują się biegle wieloma językami.

- Może spróbujesz zrobić planka? To lepsze niż pompki!

Julia odwróciła głowę w stronę głosu i zobaczyła mężczyznę. Właściwie zobaczyła jego kontur, bo stał tak, że słońce miał dokładnie za plecami. Jego sylwetka była atletyczna, był niezbyt wysoki, ale smukły, z długimi włosami do ramion.

- To pokaż mi jak... - odparła Julia, sama siebie zaskakując spontanicznością. Może dlatego, że powiedziała to po angielsku?

Nie czekając na dodatkowe zaproszenie, Grajek znalazł się tuż obok niej. Ich ciała prawie się stykały. Teraz zobaczyła jego męską, opaloną twarz, którą łagodził szeroki uśmiech. I jego muskularne ramiona. Na jednym z nich widniał tatuaż. Julia od razu zwróciła na niego uwagę. Składał się z kilku hebrajskich liter. Grajek patrzył jej z uśmiechem w oczy, resztą ciała demonstrując prawidłowego planka.

- Zobacz... tak... Łokcie równolegle, nogi razem, tułów prosty...

Julia z trudem podniosła się na łokcie.

- No dobra... - powiedziała do siebie po polsku.

Po chwili spróbowała przyjąć pozycję, którą demonstrował Grajek. Ten znowu się uśmiechnął i usiadł na czerwonym tartanie, nie zważając na zwiędłe liście. "Co to za drzewo?" - pomyślała znowu Julia, żeby zbyt natarczywie nie gapić się na jego nagie od pasa w górę ciało i ten tatuaż z hebrajskich liter.

Wytrzymała w planku kilkadziesiąt sekund. Po czym opadła wyczerpana.

- Jak było? - spytał Grajek.

- Dobrze - odparła Julia. - Tylko krótko.

Grajek po raz kolejny zaśmiał się głośno.

- Następnym razem wytrzymasz dłużej...

- Obiecujesz?

Julia zwróciła uwagę na pewien dziwny szczegół. Kiedy Grajek się śmiał, cała twarz wyrażała tę emocję. Z wyjątkiem oczu. Pozostawały jakby trochę nieobecne. Nie tyle smutne, ile raczej... Julia przez chwilę szukała słowa. Puste?

- Jestem Havi. Ale nazywają mnie Grajkiem. - Podał jej rękę. Miał silną, szorstką dłoń.

- Julka. Dzieci nazywają mnie mamą, a mąż mówi Julia. Jeśli coś mówi...

Grajek nie zareagował. Dała mu do zrozumienia, że ma męża i dzieci, ale najwyraźniej mu to nie przeszkadzało. Z powrotem opadł na łokcie tuż obok niej.

- Poćwiczymy jeszcze?

Do Julii nagle dotarło, że może się z tym facetem czuć swobodnie. Nie wiadomo dlaczego. Po prostu tak było. Wskazała na jego tatuaż.

- Co tu jest napisane?

Grajek przez chwilę się zawahał. Wyraźnie nie spodziewał się takiej bezpośredniości.

- "Azazel".

- To twoje imię? - drążyła Julka.

- Nie. Nazywam się Havi. Mówiłem ci przed chwilą - powiedział z nutą nerwowego zniecierpliwienia w głosie.

- Mówiłeś też, że nazywają cię Grajek. Czy Azazel znaczy Grajek? - kontynuowała niezrażona jego reakcją.

- Azazel to imię biblijnego demona - stwierdził już opanowanym głosem Havi.

- Jakiego demona?

- Demona pustyni - doprecyzował i uśmiechnął się tajemniczo.

Julia przewróciła się na bok, wyraźnie nie mając ochoty na planka.

- Jesteś demonem pustyni? - zapytała wprost.

Grajek ponownie się uśmiechnął.

- Tak się nazywał zespół, w którym kiedyś grałem.

- Już nie grasz?

- Gram, ale nie metal. Wyrosłem z tego.

- Z tego się wyrasta? - dopytała, jakby rozczarowana.

- Albo się wyrasta, albo zdycha. To męczące zajęcie...

Havi zatopił się we wspomnieniu. Julka przyjrzała mu się uważnie. Taki zamyślony wyglądał interesująco.

- Dobrze się trzymasz jak na byłego metalowca...

Kolejny ujmujący uśmiech wyrwał go z chwilowego letargu.

- Robię dużo planków! - powiedział z trochę przesadnym entuzjazmem.

Tym razem to Julia głośno się zaśmiała.

- OK. Rozumiem.

Kobieta przekręciła się na łokcie i spróbowała ustawić w prawidłowej pozycji do planka.

- Jak długo mam tak wytrzymać? - zapytała niepewnie.

- Aż zaboli.

- Nie chcę, żeby bolało!

- Nikt nie chce. Ale skoro boli, to widocznie musi...

Jednak tu wrócił, i to jeszcze tego samego dnia. Puerto Rojo przywitało go jak zwykle silnym wiatrem, który rzadko tu ustawał. Właśnie ten wiatr czynił to miejsce ulubionym "spotem" dla surferów wszelkiego rodzaju. Ale Orestes nie interesował się tym sportem. Lubił biegać i uprawiał boks, surfing go jednak nie pociągał. Chociaż ubrany w obcisłą piankę, ze swoją hipsterską brodą i smukłą figurą idealnie wpasowałby się w świat ludzi czekających wyłącznie na jedno - odpowiedni wiatr. I rozmawiających o tym problemie w kilkunastu językach. Orestes często im się przyglądał i starał się znaleźć w tym zajęciu coś ciekawego. Przekonywał się na przykład, że w czasach wielkich wypraw zamorskich, kiedy w okolicy ich miasta zatrzymał się Magellan w trakcie pierwszej podróży dookoła świata, jego ludzie zapewne też tworzyli wielojęzyczną mieszankę. I zapewne również rozmawiali o wietrze. "Ale na tym podobieństwa się kończą - dumał Orestes, żeby nie musieć myśleć o tym, co za chwilę zobaczy. - Ludzie Magellana płynęli, żeby odkrywać świat. Mieli przed sobą cel. A surferzy pływają tam i z powrotem, zupełnie bez celu!" Ten sport wydał się policjantowi alegorią współczesnego świata. Wymaga dużo wysiłku i umiejętności, ale do niczego nie prowadzi. Jest jakby kręceniem się w kółko po własnych śladach. "Tak właśnie żyją teraz ludzie" - pomyślał Orestes, kiedy szedł po chrzęszczącym pod butami żwirze dzikiej plaży, odległej o kilka kilometrów od miasta i mało znanej.

Parę metrów od niego widać już było rozpięte na tyczkach wbitych w piach policyjne taśmy. A między nimi leżał ktoś, kogo rozważania na temat sensu pływania na windsurfingu zupełnie już nie dotyczyły. Orestes przestawił swój umysł na tryb roboczy. Była to młoda dziewczyna. O dosyć jasnej, ale mocno opalonej karnacji i rysach twarzy sugerujących pochodzenie z Europy Wschodniej. Leżała na plecach. Ułożenie ciała odpowiadało mniej więcej trajektorii upadku z wysokiego wulkanicznego klifu, który niczym gigantyczna muszla dominował nad tą dziką plażą, przytłaczając ją swoim ogromem. Orestes popatrzył w górę, potem na ciało i z powrotem w górę. Pracujący obok w białym kitlu technik kryminalistyczny Paco - ze względu na niski wzrost przezywany przez wszystkich Enano, czyli karzełkiem - od razu przeszedł do rzeczy.

- Skoczyła, jefe. Albo spadła - stwierdził jednym tchem.

- Tertium non datur, Enano - odparł Orestes, kierując łaciński cytat bardziej do siebie.

- Słucham, szefie? - zapytał technik, wyraźnie skonfundowany.

- Nic... - Orestes spojrzał jeszcze raz na klif. - Jak tam się wchodzi?

- Jest ścieżka bokiem. Stroma. - Enano ciężko westchnął. - Nieźle się napociłem, ale wlazłem.

- A od strony drogi?

- Niedostępne. Skały - stwierdził kategorycznie. - Musiała tędy wejść. Albo ktoś ją zmusił...

- Trudno jest zmusić kogoś, żeby wspiął się na klif.

Paco zastanowił się chwilę.

- Trudno, szefie - przyznał. - W każdym razie raczej żyła, kiedy spadała. To widać po obrażeniach. Więcej będzie można powiedzieć po sekcji.

- Núria będzie miała sporo roboty.

Orestes oczami wyobraźni zobaczył uśmiechniętą twarz jowialnej pani patolog, która w wolnych chwilach zajmowała się tańczeniem rumby.

- Na pewno się ucieszy, jefe - zauważył Paco trochę ironicznie. - Tak czy inaczej, wygląda to na samobójstwo. Niestety nie ma żadnych śladów. Ani tutaj, ani na górze.

- Telefon? Dokumenty? - Orestes dopytywał w pośpiechu, żeby niczego nie zaniedbać.

- Nic nie ma - skwitował Enano i bezradnie rozłożył ręce w przepraszającym geście.

Orestes nachylił się nad ciałem. Dziewczyna była bardzo ładna. Dziwną ironią losu przywitała śmierć ubrana w coś, co przypominało strój do golfa. Na nogach miała skarpetki. Zupełnie białe...

Orestes podumał.

- Gdzie są buty?

- Nie ma. Może zostawiła na plaży i zabrało je morze?

- I szła na górę w tych skarpetkach? - zapytał zniecierpliwiony Orestes. - Enano! Rusz głową! Przecież są białe jak kolumbijska koka!

- No tak, szefie... Racja - przyznał technik. - Przepraszam... jestem trochę... Wczoraj u nas w miasteczku była parada.

- No tak... karnawał... - Orestes pokiwał głową ze zrozumieniem. - Zapomniałem. Jesteś rozgrzeszony!

- Dziękuję. To co, szefie, z tymi skarpetkami?

- Nic. Jakoś musiała dotrzeć na górę i najwyraźniej nie zrobiła tego na własnych nogach.

- Może na rękach? - rzucił bez zastanowienia Paco. - Wczoraj na paradzie byli tacy... Gimnastycy. Cały plac przeszli na rękach...

Orestes spojrzał surowo.

- Enano, ile ty wczoraj wypiłeś chupitos?

- Szefie... Przecież jest karnawał!

Tym razem szef nie wykazał zrozumienia.

- Naprawdę myślisz, że wspięła się na ten klif na rękach?

- Ludzie w karnawale robią różne głupoty...

To akurat była prawda. Karnawał na wyspie był czasem niczym nieokiełzanego szaleństwa. Wszystko było dopuszczalne. Oczywiście w granicach karnawałowej normalności. Ale nie mieściło się w niej wejście na klif na rękach, żeby z niego skoczyć. Orestes zmienił ton na zdecydowanie poważniejszy.

- Myślę, Paco, że ktoś wniósł tę dziewczynę na klif. To możliwe po tej ścieżce?

- Trudne, ale możliwe... - potwierdził technik. - Czyli to nie samobójstwo, jefe?

- Nie. To nie samobójstwo ani karnawałowy żart. To jest morderstwo, Paco! Morderstwo.

Było już mocno po południu, kiedy Julia zasiadła w Rincón de Ángel, dwupoziomowym klimatycznym barze z widokiem na mały rybacki port. Ángel otwierał zawsze dwa razy dziennie: rano i pod wieczór, a wtedy przesiadywał tu do ostatniego klienta, którego miał ochotę oglądać. Julię akurat polubił natychmiast i kiedy zjawiła się w jego barze po raz drugi, przywitał ją jak stałą klientkę.

- ?Hola, guapa! Co ci podać?

Ángel wbrew pozorom wcale nie był Hiszpanem, tylko wytatuowanym i uroczo egzaltowanym gejem o proweniencji włosko-marokańskiej. Wrósł jednak w krajobraz Puerto Rojo, bo mieszkał tu od wielu lat, i jego bar stanowił popularne miejsce, do którego przychodzi się wieczorem. Inna sprawa, że pojawiali się tu głównie cudzoziemcy. Lokalni mieszkańcy, których wciąż trochę było w okolicy, woleli bardziej kameralne bary, z dala od oceanu, z widokiem na ulicę, z maszynami do gier losowych i tanią kawą. Tu było inaczej. Nie było tanio, za to z gustem i pomysłem. Drinki wymyślał sam Ángel, a miał do tego talent. Przychodziła tu bardzo ciekawa mieszanina ludzi: surferzy, bogaci emeryci, a przede wszystkim kolorowa młodzież, wyglądająca po hipisowsku, choć płaciła kartami kredytowymi rodziców zasuwających w korporacjach w Stuttgarcie czy Frankfurcie. Bywały też matki bez dzieci. Czyli takie, którym udało się na chwilę pozbyć swoich pociech. I do tej kategorii zaliczała się Julia.

Zapytana przez Ángela, czego się napije, przypomniała sobie, że tego wieczoru to Wojtek usypia dzieci, i zamówiła rum z Colą. Kiedy dostała swojego drinka, na dłuższą chwilę zastygła przy barze. Nie zobaczyła ich od razu. Na początku usłyszała, że ktoś gra na gitarze. Dziwnie gra. Zaczyna jakiś utwór, doprowadza do pierwszej muzycznej kulminacji i nagle urywa. Potem zobaczyła ją. Siedziała na podwyższeniu w tej bardziej ukrytej części baru. Wyglądała jak Szwedka i tak się zachowywała. Seksowna, spokojna, trochę flegmatyczna. Ale to była ona. Dziewczyna od jogi, którą Julia obserwowała na plaży. Chwilę potem zobaczyła jego. Grajka. Teraz to przezwisko pasowało idealnie. Siedział z gitarą obok nieznajomej. Jedną stopę oparł na metalowej balustradzie odgradzającej podwyższenie. Julia tym razem z jakiegoś powodu zwróciła uwagę na jego obuwie. Były to skórzane klapki wyglądające na ręczną robotę. Zapewne pochodziły z Afryki, pewnie z Maroka. Skóra tłoczona w mauretańskie wzory i trochę zużyta. Julia zastanawiała się przez chwilę, skąd Grajek wziął takie obuwie. Takimi myślami próbowała odegnać dziwne ukłucie zazdrości, które przez moment pojawiło się w jej głowie. To jego dziewczyna? On gra na gitarze, ona na niego patrzy i się uśmiecha. On potrafi grać, ale nigdy nie kończy zaczętej piosenki. W obojgu było coś, co Julię kompletnie uwiodło...

Wtedy zobaczył ją i do niej pomachał. Dał Julii znak, żeby przyszła. Pomyślała, że może powinna być nieco bardziej powściągliwa, ale szybko postanowiła nie marnować czasu.

- Cześć, jestem Klara! - powiedziała dziewczyna po angielsku, kiedy Julia z drinkiem w ręku usiadła przy ich stoliku.

- Julia. Skąd jesteś, Klaro?

Dziewczyna popatrzyła na nią z lekkim uśmiechem.

- Z Gdyni! - rzuciła po polsku.

Julia odwzajemniła uśmiech.

- Myślałam, że ze Szwecji.

- Często mi to mówią... - Klara zwróciła się do Grajka z powrotem po angielsku: - Julia mówi, że jestem ze Szwecji.

- A nie jesteś? - rzucił żartobliwym tonem Grajek. - To ja opowiadam kolegom, że poderwałem Szwedkę, a to nieprawda! Szok! Chyba się załamię!

Grajek zagrał dramatyczny akord na gitarze.

- Po pierwsze, to ja ciebie poderwałam! - oznajmiła Klara stanowczo. - A po drugie, to nikomu nie opowiadasz, bo nie masz kolegów! Prowadzasz się tylko z kobietami. Może masz kompleks matki?

- Może... - przyznał chętnie Grajek. - Zostaniesz moją matką?

- Na to już trochę za późno...

- Dlaczego?

Klara wzruszyła ramionami i spojrzała z uśmiechem na Julię.

- Może ty byś chciała zostać matką Grajka?

- Dziękuję. Jestem już matką dwojga...

Klara szybko odwróciła od niej wzrok.

- Widzisz, Havi! Ona nie chce! Zagraj coś wesołego, to może zmieni zdanie!

Grajek złapał za gitarę i zaczął grać Lambadę. Kilka osób w barze obejrzało się w ich kierunku z wyraźną zachętą. Ale mężczyzna nie skończył utworu.

- Jak zawsze. Przerywasz w najlepszym momencie! - narzekała Klara.

Grajek odłożył gitarę.

- Wiecie co... Nie chce mi się już grać! Nudno tu trochę... Chodźmy razem na plażę!

Julia była zaskoczona. Havi wstał i zrobił kilka kroków w stronę baru.

- Ángel! - zawołał. - Przechowasz mi gitarę na zapleczu? Futerał został w domu, a my idziemy na plażę!

Ángel przytaknął ruchem głowy. Grajek zniknął na chwilę na zapleczu, po czym wrócił już bez instrumentu, za to z promiennym uśmiechem skierowanym do Julii.

- Idziemy?

Kobieta była zaskoczona rozwojem sytuacji.

- Ale nawet nie dopiłam drinka...

- Nie szkodzi, Ángel przeleje ci do kubka. Ángel! Daj plastik! Idziemy na plażę.

Klara uśmiechnęła się do Julki tajemniczo.

- Pokażemy ci fajne miejsce. Trzeba trochę przejść, ale za to nikogo tam nie ma!

- W nocy ocean jest szalony... Jak się zanurzysz w fale... - Grajek rozłożył ręce.

- Chcecie się kąpać? Nie mam kostiumu...

Klara nieoczekiwanie położyła jej rękę na ramieniu. Julia poczuła dziwny dreszcz bliskości.

- Ja też nie...

Kiedy widziało się Núrię Ruiz w pracy - w zielonym kitlu, gumowych rękawiczkach i plastikowej osłonce na twarz, pochyloną nad pociętymi zwłokami leżącymi na metalowym stole - trudno było wyobrazić ją sobie w kostiumie z setek błyszczących cekinów i wielobarwnych piór sterczących w okolicy dołu pleców oraz w fantastycznym fantazyjnym nakryciu głowy przypominającym wielowarstwową koronę. A właśnie w takim stroju Núria wystąpiła na paradzie karnawałowej w zeszłym tygodniu, prowadząc swoją szkołę rumby do spektakularnego zwycięstwa w konkursie tanecznym. Karnawałowy blichtr zniknął, a pojawił się skupiony, rzetelny profesjonalizm. To właśnie Orestes cenił w Núrii. Niektórzy ludzie nie potrafili skutecznie oddzielić zabawy od pracy. Ona tak. "Może dlatego - pomyślał inspektor, pochylając się wraz z patolożką nad bladym ciałem dziewczyny - że jej praca po prostu nie jest zabawna!"

- Przyczyną śmierci były obrażenia organów wewnętrznych wywołane upadkiem z dużej wysokości. Na ciele nie widać śladów przemocy. Nie widać też oznak czynności seksualnych. Ale jest to... - Núria wskazała na małą siną plamkę na przegubie ręki denatki. - Nie jestem pewna, czy toksykologia będzie w stanie to wykryć, ale wygląda na to, że ktoś coś jej podał.

- Narkotyki?

- Może... Może po prostu jakiś środek nasenny.

- Sugerujesz, że była nieprzytomna, kiedy spadała? - drążył Orestes.

- Tak mi się wydaje. Wskazuje na to również możliwa trajektoria lotu ciała i jego ułożenie na piasku.

- Co masz na myśli? - zapytał inspektor, wyraźnie zaintrygowany.

Núria wzięła do ręki długopis i zademonstrowała mu sytuację, używając krawędzi stołu.

- Jeśli ktoś jest przytomny i skacze, to odruchowo macha rękami, jakby mu się wydawało, że dostanie skrzydeł i odleci - ciągnęła z właściwą sobie lekką ironią. - Przy dłuższym locie często umiera na zawał, kiedy już się zorientuje, że skrzydła mu nie wyrosły. Ale przy wysokości kilkunastu metrów raczej nie ma na to czasu. Ona natomiast wylądowała tak, jakby na klifie stanęła na głowie, a potem bezwładnie zrobiła obrót i spadła na piasek.

Núria zademonstrowała to długopisem. Orestes pokiwał głową.

- Czyli ktoś przyniósł ją na plecach i zrzucił głową w dół?

Lekarka zastanowiła się chwilę.

- Dziewczyna jest bardzo szczupła. Silny facet dałby radę - stwierdziła.

- Ścieżka na klif jest stroma, ale jest to wykonalne - podjął wątek Orestes. - Pytanie tylko: po co to robić? Przecież można pozbyć się ciała w mniej uciążliwy sposób. Na przykład utopić w morzu.

Núria uśmiechnęła się do Orestesa. Z pozoru nawet bez ironii.

- To na szczęście jest twój problem, a nie mój. Gdybym musiała zadawać sobie pytanie, dlaczego ludzie robią sobie to, co oglądam tu na stole, nie mogłabym chyba tańczyć rumby. A tak, skoro wiem, że inspektor Orestes Delgado zajmie się tym problemem, mogę spokojnie skupić się na stroju z piór. Słyszałeś, że wygrałyśmy?

- Tak. Gratuluję... - Orestes wyraźnie nie wkładał serca w te gratulacje. - Ale nie będę o tym gadał! Wiesz, co myślę o karnawale.

- O tym się nie myśli! To się przeżywa! - prawie wykrzyknęła pani patolog.

- Masz coś jeszcze?

Núria pomyślała.

- Jest jedna dziwna rzecz... Nie ma małego palca u stopy. - Wskazała ciało denatki.

Rzeczywiście brakowało małego palca na lewej stopie. Orestes nie zwrócił na to uwagi na plaży, bo dziewczyna była w skarpetkach.

- A mówiłaś, że nie było okaleczeń...

- To stara rana - wyjaśniła lekarka. - Ktoś... albo coś ucięło jej palec już dawno temu.

- Jak dawno?

- Trudno powiedzieć dokładnie. Rana jest zabliźniona od dłuższego czasu. Nie jest to jednak uraz z dzieciństwa, który zdążyłby całkowicie zarosnąć. Więc pewnie co najmniej rok... Blizna jest równa, raczej amputacja niż wypadek. Coś ci to daje?

Orestes wzruszył ramionami. Uśmiechnął się. Lubił Núrię, ale nie miał czasu z nią dyskutować. Myślami był już przy rozmowie telefonicznej, którą za chwilę odbędzie z Lucíą. Każe jej sprawdzić wszystkie przypadki amputacji małego palca u lewej stopy w głównych szpitalach na wyspie. Oraz interwencje na pogotowiu z podobnymi obrażeniami. Wyspa jest duża. Mieszka lub przemieszkuje tu prawie milion ludzi. Lecz może będą mieli szczęście...

Nocą w Puerto Rojo wiatr zwykle się wzmaga. Szczęśliwi użytkownicy rozległych tarasów na dachach, zwanych azotea, z których rozciąga się piękny widok na ocean i góry, z reguły nie mogą z nich korzystać po zmroku, bo gwałtowne podmuchy - przywiewające na wyspę tony saharyjskiego piasku - mogłyby z łatwością pozbyć się pianki z zimnego piwa, pieczołowicie przygotowanego na podziwianie gwiaździstego nieba.

Za to w naturalnych jaskiniach ukrytych nad dziką plażą u podnóża klifu jest inaczej. Tutaj nie czuje się wiatru i nic nie stoi na przeszkodzie, by podziwiać falistą powierzchnię oceanu i stapiające się z nią rozgwieżdżone równikowe niebo. Gdy się siedzi w takiej cueva - półotwartej jaskini wyrzeźbionej przez wiatr w wulkanicznej skale - wszystko, czego człowiek potrzebuje do szczęścia, to butelka wina rosado i dobry joint.

Julia, Klara i Grajek mieli to wszystko. Do tego Havi rozłożył na chropowatych skałach grubą marokańską bluzę z wielbłądziej wełny, na której mogli usiąść wygodnie koło siebie. Julia włożyła tylko krótkie, postrzępione dżinsowe szorty, więc gruby materiał bluzy Grajka delikatnie drażnił jej pośladki. Nie uciekała od tego uczucia. Przeciwnie. Rozluźniona jointem, powoli znajdowała w tym przyjemność. Nie mówili dużo. Głównie się śmiali. Klara siedziała obok Julii, dotykając jej swoim gładkim i silnym ciałem. Grajek co chwila wstawał i trochę błaznował. Śpiewał. Stawał na rękach. Potem coś opowiadał. Julia i Klara śmiały się, nie zwracając uwagi, czy to, co mówił, naprawdę było zabawne.

Julia poczuła nagle, że jest szczęśliwa. Dawno się tak nie czuła. Generalnie lubiła swoje życie. Tak jej się wydawało. A może raczej ceniła jego dającą poczucie bezpieczeństwa przewidywalność. Ale to było coś innego. Coś wyłącznie dla niej. Nie szczęście, którym można podzielić się z rodziną. Pokazać na zewnątrz. To było jej. Tu i teraz. Dlatego nie cofnęła się, kiedy poczuła, że Klara ją całuje. Chociaż nigdy wcześniej nie robiła tego z kobietą. I dlatego też, kiedy Grajek delikatnie zaczął masować jej kark szorstkimi dłońmi, szybko odrzuciła naturalny odruch obronny. Odrzuciła go, bo nie był jej potrzebny. Chciała tego. Nie zastanawiając się nad tym, czy to cokolwiek oznacza.

Nagle Havi przerwał delikatne pieszczoty. Wstał i szybkim ruchem zrzucił z siebie ubranie. Julia przyglądała się jego muskularnemu ciału. Klara też była naga, więc Julia również szybko pozbyła się ubrania. Poczuła całą skórą chropowatość wielbłądziej wełny pod plecami.

Wtedy Grajek zrobił coś dziwnego.

- Chodźmy do morza! - krzyknął, jakby z odrobiną wahania w głosie.

Julia chciała zaprotestować. Nie miała ochoty się podnosić. Dostrzegła jednak, że w ruchach i zachowaniu Grajka pojawił się nagle jakiś dystans. Jak gdyby zmienił zdanie, z niewiadomej przyczyny nie chciał, by posunęli się o krok dalej. Czy raczej: krok bliżej siebie. Julia nie rozumiała, o co chodzi. Zaskoczyło ją to.

Za to Klara szybko zareagowała na propozycję Haviego. Najwyraźniej również wyczuła tę zmianę i może podejrzewała, jaka jest jej przyczyna. Sprawnie poderwała się z wełnianego posłania i stanowczym głosem rzuciła do Julii:

- Chodź do wody! Chodź!

Nie czekając na jej odpowiedź, Grajek i Klara odwrócili się i pobiegli w stronę oceanu. Noc nie była zbyt jasna, więc zanim dotarli do wody, Julia właściwie straciła ich z oczu. Westchnęła odrobinę rozczarowana, po czym powoli i niechętnie podniosła się i ruszyła w kierunku spienionych fal.

Klary i Grajka nie było widać w pobliżu. Wydawało jej się, że ich słyszy, więc zawołała głośno parę razy. Nie odpowiedzieli. Poczuła się trochę nieswojo. Czyżby ją zostawili? Schowali się gdzieś za skałę, żeby zrobić to tylko we dwoje? Julia wzruszyła ramionami. "Ich sprawa - pomyślała. - I tak jest fajnie". Przeszła kilka kroków w miejsce, gdzie fale wciąż były długie i nie zdążyły się jeszcze załamać. Wyciągnęła się na wodzie. Była chłodna, ale Julia szybko się do niej przyzwyczaiła. Unosząc się jak korek, obserwowała gwiazdy. Z tej pozycji niebo było naprawdę piękne. Od razu rozpoznała Mały Wóz. I na tym jej wiedza astronomiczna się wyczerpała. Zresztą nie potrzebowała wiedzieć więcej.

Pływała tak kilkanaście minut, aż wreszcie zaczęła odczuwać zimno. Wróciła do brzegu i szybko ruszyła w stronę miejsca, gdzie Grajek i Klara ją zostawili. Wciąż ich nie było. Co gorsza, kiedy Julia dotarła do jaskini, okazało się, że ich rzeczy również tam nie było. Zniknęły ubrania Grajka i Klary. Jej ubrania też. Julia poczuła, że ten rodzaj dowcipu wcale jej się nie podoba. Zawołała ich głośno kilka razy, ale nikt nie odpowiedział. Stała tam: naga, zziębnięta i rozczarowana. Gdzie się podziali? Nie utopili się w morzu, bo zabrali ubrania. O co chodzi z tym sztubackim żartem? Naprawdę? Schować ubrania i obserwować, jak ktoś goły przekrada się ulicami? O dziwo, Julia nie miała nic przeciwko temu, żeby przejść nago przez miasto. Dzisiaj był wieczór przekraczania granic i w sumie mogła przekroczyć kolejną. Ale było jej zimno... A to zupełnie co innego.

Szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia z plaży. Trzeba było tylko wspiąć się na coś w rodzaju wydmy i dalej było już widać oświetlony parking. Potem droga przez osiedle, która po jakichś piętnastu minutach marszu doprowadzi ją do domu. Jest późno. Na ulicach nie ma prawie nikogo, więc nikt nie będzie miał przyjemności oglądania jej w stroju Ewy.

Przechodząc obok dużego głazu, Julia zauważyła dziwne zawiniątko. Podeszła. Okazało się, że była to bluza Grajka. Wyglądała na zgubioną przypadkowo lub porzuconą w pośpiechu. Julia pomyślała przez chwilę, że to miło z jego strony. Zostawił jej coś do ubrania. A może to był przypadek? Czym prędzej włożyła bluzę na wciąż mokre ciało. Tym razem dojmująca szorstkość wielbłądziej wełny nie sprawiała już tak przyjemnego wrażenia. Ale przynajmniej było jej ciepło. Julia otuliła się bluzą, czując męski zapach Grajka. "Zapłaci za to! - pomyślała. - A na pewno nie dostanie już tej bluzy z powrotem!"

Rozdział 2

Śniadania są trudne. Kama i Lena budzą się w wojowniczych nastrojach. Wojtek udaje, że go nie ma. Czasami rzeczywiście go nie ma, bo idzie po zakupy. Do śniadania zawsze czegoś brakuje. A to masła, a to chleba, a to kaszki! A najczęściej mleka owsianego, bo oni wszyscy mają oczywiście nietolerancję laktozy. Julia podejrzewa, że Wojtek tak naprawdę nie ma żadnej nietolerancji, tylko potrzebuje pretekstu, by wyjść w trakcie śniadania po mleko owsiane i wrócić, jak już będzie po wszystkim. To znaczy Kama i Lena będą ogarnięte, spakowane i gotowe, żeby iść do przedszkola. Na szczęście on je odprowadza. Przynajmniej tyle udało się Julii wywalczyć. Wojtek wychodzi, a ona z prawdziwą satysfakcją robi sobie kawę. Otwiera świeżo przyniesione mleko, wlewa do kawy i pije w samotności. Ma ten czas dla siebie. Potem on wraca i siada do roboty, a ona idzie gdzieś, żeby też się czymś zająć. Na przykład swoimi projektami. Ale różnie to wychodzi. Dzisiaj wyszło na przykład zupełnie inaczej. Julia czekała na Wojtka z zaparzoną kawą. Był tym tak zaskoczony, że początkowo nie wiedział, co powiedzieć. W końcu się jednak odezwał:

- Chodzi o nas? - zapytał wprost, trzymając kubek z parującym napojem.

Wojtkowi można było zarzucić wiele rzeczy, ale na pewno nie brakowało mu inteligencji i przenikliwości. Julia lubiła w nim te cechy. Kiedyś nawet kochała...

- Rzadko... się kochamy.

Wojtek wykonał jakby gest obronny.

- No może nie...

- W ogóle - ucięła Julia.

Skinął głową zrezygnowany. Usiadł na fotelu.

- Co proponujesz?

Julia pomilczała chwilę, chociaż od rana wiedziała, co chce mu powiedzieć. Tyle że kiedy już miała to zrobić, nagle okazało się to zbyt trudne. Ale mimo wszystko spróbowała.

- Chcę, żebyśmy mieli otwarty związek.

Na twarzy Wojtka pojawił się wyraz zaskoczenia. Wyraźnie nie tego się spodziewał.

- Otwarty? Co przez to rozumiesz? - zapytał.

- Chcę móc spotykać się z innymi ludźmi. I nie chcę się z tego przed tobą tłumaczyć! - wypaliła Julia.

Wojtek się zasępił. Wydawało się, że się nad czymś zastanawia, ale Julka nie była pewna, czy nad tym, co powiedziała. Może znowu wybył myślami na konferencję do New Delhi? Postanowiła trochę go zachęcić.

- To oczywiście działa w obie strony. - Myślała, że mąż czeka na to doprecyzowanie, ale nie. On po prostu uciekł myślami gdzie indziej.

- Dobrze. Skoro tego chcesz.

- Dobrze? - zapytała z niedowierzaniem. Może się przesłyszała.

- Powiedziałem: dobrze. I co teraz?

- Nic. Po prostu chciałam to ustalić.

- Ustalone.

Szybko dopił kawę i wstał.

- Przepraszam cię... muszę wracać do roboty.

- Jasne - odparła obojętnie, jakby rzeczywiście wszystko było jasne.

Wojtek wyszedł. Jego sylwetka zdradzała pewne napięcie. Jak gdyby złapał go skurcz całego ciała. Nie tak silny, żeby nie mógł się poruszać, ale robił to z bólem.

Julia poczuła nagle ogromną złość. Po chwili to uczucie przerodziło się w furię. Dlaczego zgodził się tak łatwo?! Jak on mógł! Zerwała się z miejsca i ruszyła za Wojtkiem. Poszła długim korytarzem do niewielkiego pokoju, którego okna wychodziły na małe patio i który służył za jego pracownię. Mąż siedział już ze słuchawkami na uszach przed ekranem.

Julia stanęła w drzwiach. Cała jej postać wyrażała wściekłość.

- Czy ty mnie jeszcze kochasz?

Wojtek dostrzegł ją, ale nie usłyszał. Zdjął słuchawki i spojrzał na nią pytająco.

- Co mówiłaś?

A z Julii uleciała nagle cała energia. Zadała to pytanie, ale wcale nie była ciekawa odpowiedzi.

- Pytałam, o której masz jutro lot.

- O dwunastej. Wezmę taksówkę - stwierdził Wojtek.

- A wiesz już, kiedy wrócisz?

- Nie wiem... Mam kilka ważnych spotkań. Chyba znowu polecę do Delhi... Jest parę tematów...

- OK. Rozumiem - rzuciła. - Tak tylko pytałam...

- Dam ci znać - powiedział i założył słuchawki.

Julia postała jeszcze chwilę w drzwiach. Przez głowę przelatywała jej wciąż ta sama myśl. Uporczywie, jak jakaś mantra. "Nic z tego nie będzie..."

- Jest, jefe! Znalazłam ją!

Orestes usłyszał głos Lucíi, gdy siedział w swoim gabinecie, jak zwykle zatopiony w myślach. Neurony w jego głowie nie od razu połączyły głos, przekaz i jego sens w integralną całość. Zanim to się stało, dość naturalnie zadał pytanie:

- Kogo?

- Dziewczynę z plaży. Nazywała się Natasza Kowalenko. Była Ukrainką.

Orestes już skupił się na temacie.

- Świetnie. Jak ci się to udało?

- Zrobiłam, jak kazałeś, jefe. Szpitale, pogotowia, pierwsza pomoc. Utrata palca u nogi, i to jeszcze u młodej kobiety, nie zdarza się często. Robotnicy na budowach, dokerzy w porcie to tak. Ale dziewczyna... Lekarz ze szpitala w San Isidro przypomniał sobie, że jakiś rok temu zjawiła się u niego taka bez palca u stopy. Rana była świeża i prowizorycznie zszyta. Dziewczyna nie mówiła zbyt dobrze po hiszpańsku ani po angielsku. Przynajmniej tak utrzymywała. Może po to, żeby uniknąć pytań - relacjonowała Lucía. - Doktor opatrzył ranę i próbował ustalić, jak powstała, ale dziewczyna powtarzała tylko w kółko: accident. Lekarz miał wątpliwości. Wyglądało to, jakby ktoś celowo usunął jej ten palec. Ale dziewczyna nie chciała pomocy i szybko zniknęła z ambulatorium. - Po chwili podinspektor dodała: - Odgrzebaliśmy jej kartotekę. Przepuściłam jej nazwisko przez naszą bazę danych paszportowych. Dobrze, że to my się tym zajmujemy, a nie Guardia...

Orestes kiwnął głową. Doskonale zdawał sobie sprawę z niechęci Lucíi do Guardii Civil, konkurencyjnej hiszpańskiej formacji policyjno-wojskowej. Kompetencje ich i policji często się przecinają, co prowadzi do licznych nieporozumień.

- Tak, Lucío - stwierdził uspokajającym tonem. - To prawdziwe szczęście. Ale skoro rząd właśnie nam powierzył ochronę granic, powiedz, co ci się udało ustalić.

- Wyskoczył jej paszport - ciągnęła podinspektor z wyraźnym entuzjazmem dla własnej przenikliwości. - Natasza Kowalenko. Była u nas już przed rokiem, a teraz przyleciała ponownie. Kilka dni temu, na wizę Schengen...

- Nie jako uchodźca? - dopytał Orestes.

- Nie. Przyleciała z Polski. Z jakiegoś dziwnego lotniska, które nazywa się Modlin.

- Dobrze, Lucío. Czyli coś wiemy.

- Myślisz, że to handel ludźmi? - zapytała, uprzedzając jego wnioski.

- Niewykluczone - zgodził się. - Ładna dziewczyna. To okaleczenie mogło być karą za niesubordynację. Potem dalej sprawiała kłopoty, no i się doigrała...

Policjantka pokręciła głową z wyraźnym niedowierzaniem.

- Tylko po co od razu zrzucać ją z klifu? Łatwiej przecież wywieźć na morze i posłać na dno z jakimś kawałem betonu przyczepionym do nogi.