Śmierć w cieniu dziesięciu wież - Tomasz Sobieraj

-
Proszę czekać

*

17 li­sto­pa­da 1923 roku na te­re­nie sta­cji nadaw­czej Trans­atlan­tyc­kiej Cen­tra­li Ra­dio­te­le­gra­ficz­nej1 miesz­czą­cej się w pod­war­szaw­skich Ba­bi­cach - zwa­nej po­tocz­nie "Ra­dio­sta­cją Ba­bi­ce" - od sa­me­go rana pa­no­wa­ło ogrom­ne po­ru­sze­nie. Pierw­si go­ście za­czę­li się zjeż­dżać oko­ło go­dzi­ny dzie­sią­tej. Na dro­dze rzę­dem usta­wia­ły się au­to­mo­bi­le, po­wo­zy i do­roż­ki. Wy­sia­da­li z nich ele­ganc­cy pa­no­wie z la­secz­ka­mi, w wy­glan­co­wa­nych pan­to­flach, dłu­gich płasz­czach i ka­pe­lu­szach. Nie­rzad­ko to­wa­rzy­szy­ły im damy w fu­trza­nych kre­acjach i ka­pe­lu­szach przy­stro­jo­nych fan­ta­zyj­ny­mi ozdo­ba­mi. Zja­wi­li się re­pre­zen­tan­ci pol­skie­go rzą­du, ge­ne­ra­ło­wie Woj­ska Pol­skie­go - wśród nich Bi­skup Po­lo­wy ksiądz bi­skup ge­ne­rał dy­wi­zji Sta­ni­sław Gall. Byli tak­że przed­sta­wi­cie­le kor­pu­su dy­plo­ma­tycz­ne­go, prze­my­słu, han­dlu. Po­mię­dzy zgro­ma­dzo­ny­mi oso­bi­sto­ścia­mi krę­ci­ła się spo­ra gru­pa dzien­ni­ka­rzy.

Oko­ło po­łu­dnia po­ja­wi­ła się czar­na li­mu­zy­na, z któ­rej wy­siadł sam pre­zy­dent Rze­czy­po­spo­li­tej Sta­ni­sław Woj­cie­chow­ski. Uchy­lił ka­pe­lu­sza i w asy­ście ofi­cje­li wszedł do bu­dyn­ku sta­cji.

Po in­au­gu­ra­cyj­nych prze­mó­wie­niach i po­świę­ce­niu kom­plek­su przez Bi­sku­pa Po­lo­we­go Woj­ska Pol­skie­go pre­zy­dent Sta­ni­sław Woj­cie­chow­ski do­ko­nał sym­bo­licz­ne­go otwar­cia Trans­atlan­tyc­kiej Cen­tra­li Ra­dio­te­le­gra­ficz­nej, wy­sy­ła­jąc in­au­gu­ra­cyj­ny te­le­gram do pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych Joh­na Ca­lvi­na Co­olid­ge'a. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach otrzy­mał życz­li­wą od­po­wiedź. Tym sa­mym nowy śro­dek łącz­no­ści po­mię­dzy od­ra­dza­ją­cym się pań­stwem pol­skim a prak­tycz­nie ca­łym świa­tem (Ame­ry­ką, Azją, Au­stra­lią) zo­stał ofi­cjal­nie uru­cho­mio­ny.

*

Pięt­na­ście lat póź­niej

Była pięk­na wrze­śnio­wa noc. Roz­gwież­dżo­ne nie­bo ni­czym ogrom­ny pa­ra­sol zda­wa­ło się przy­kry­wać całą po­łać roz­le­głych pól i łąk. Nie­co da­lej, tam gdzie w mil­cze­niu sta­ła czar­nym mu­rem ścia­na smu­kłych so­sen Pusz­czy Kam­pi­no­skiej, gwiaz­dy zda­wa­ły się do­ty­kać wierz­choł­ków drzew, a nie­któ­re z nich prze­świe­ca­ły na­wet w ich ko­ro­nach. Wi­dok iście ba­śnio­wy, z lek­ka ta­jem­ni­czy, na­stra­ja­ją­cy pod­nio­śle i skła­nia­ją­cy do ma­rzeń.

Sze­re­go­wy Igna­cy Ko­zie­luk, peł­nią­cy tej nocy służ­bę war­tow­ni­czą na te­re­nie Trans­atlan­tyc­kiej Cen­tra­li Ra­dio­te­le­gra­ficz­nej, zdjął z ra­mie­nia cią­żą­cy mu ka­ra­bin i oparł go o ścia­nę w ką­cie swo­jej "czu­waj­ki"2. Roz­po­starł sze­ro­ko ra­mio­na i roz­pro­sto­wał przy­gar­bio­ne ple­cy. Uśmiech­nął się, przy­po­mi­na­jąc so­bie prze­bieg od­pra­wy.

- Pa­mię­taj­cie, chłop­cy! - po­wie­dział wte­dy do­wód­ca war­ty sier­żant Gor­czy­ca. - Kie­dy gwer za­cznie wam cią­żyć, ale tak, że kark bę­dzie wam pę­kał od szyi aż do sa­mej dupy, mo­że­cie go zdjąć z ra­mie­nia i od­sta­wić. Nie na dłu­żej jed­nak niż na trzy mi­nu­ty i nie da­lej niż na wy­cią­gnię­cie ręki! Ja­sne?

- Tak jest, pa­nie sier­żan­cie! - od­po­wie­dzie­li chó­rem war­tow­ni­cy sto­ją­cy wy­prę­że­ni w ide­al­nie wy­rów­na­nym sze­re­gu.

- Są py­ta­nia? - Gor­czy­ca za­py­tał zwy­cza­jo­wo, spo­dzie­wa­jąc się, że rów­nież zwy­cza­jo­wo od­po­wie mu głu­cha ci­sza. Było bo­wiem przy­ję­te, że prze­ło­żo­ne­mu byle czym gło­wy się nie za­wra­ca. Aż tu na­gle...

- Sze­re­go­wy Za­wa­da z za­py­ta­niem, pa­nie sier­żan­cie!

- Wie­dzia­łem. Że też mi was dia­bli nada­li! - Sier­żant mruk­nął pod no­sem ja­kieś nie­miec­kie prze­kleń­stwa. Gdy skoń­czył mu się re­per­tu­ar, otarł wąsy i spo­koj­nym gło­sem rzekł.

- Bar­dzo pro­szę, Za­wa­da. Pro­szę, pro­szę. Py­taj­cie!

- Jak mam od­mie­rzyć te trzy mi­nu­ty, pa­nie sier­żan­cie?

- Nie ma­cie ze­gar­ka, sze­re­go­wy?

- Mia­łem, pa­nie sier­żan­cie, ale pod­czas ostat­niej prze­pust­ki wy­bra­łem się do War­sza­wy i...

- Okra­dli was w tram­wa­ju albo gdzie na uli­cy? Czy może za­mtuz od­wie­dza­li­ście i za­bra­kło wam ka­pi­ta­łu?

- Nie, prze­gra­łem w kar­ty pod mo­stem Kier­be­dzia.

- Do­brze, że cho­ciaż por­t­ki oca­li­li­ście! - par­sk­nął sier­żant.

War­tow­ni­cy gruch­nę­li śmie­chem.

- Spo­kój!!! - wrza­snął Gor­czy­ca, przy­wo­łu­jąc pod­wład­nych do po­rząd­ku. - Wo­bec tego za­rzą­dzam, co na­stę­pu­je. Ci, któ­rzy ze­gar­ki po­sia­da­ją, od­li­czą trzy mi­nu­ty na tar­czy. Ci, któ­rzy nie po­sia­da­ją, mają po­li­czyć do dwu­stu! I jesz­cze jed­no, pa­no­wie war­tow­ni­cy. Wol­no wam tak po­stą­pić tyl­ko raz pod­czas zmia­ny. I za­nim to zro­bi­cie, ma­cie się do­kład­nie upew­nić, że nikt was nie wi­dzi, a zwłasz­cza ja3! Od­pra­wa skoń­czo­na.

*

Sze­re­go­wy Ko­zie­luk ani my­ślał re­spek­to­wać za­rzą­dze­nia do­wód­cy. Nie dla­te­go, że go nie sza­no­wał - bo sza­no­wał bar­dzo - lecz kie­dy od­sta­wił swo­je­go mau­se­ra w kąt, po­czuł taką ulgę, że nie­spiesz­no mu było po­now­nie wrzu­cać na ple­cy pra­wie czte­ro­ki­lo­wy cię­żar. Ko­zie­luk ziew­nął prze­cią­gle. Te świ­to­we zmia­ny były naj­gor­sze. Cią­gnę­ły się w nie­skoń­czo­ność i za­wsze naj­bar­dziej chcia­ło się spać. War­tow­nik pod­szedł do okien­ka swo­jej czu­waj­ki, wy­sta­wił gło­wę na noc­ny chłód i wcią­gnął głę­bo­ko rześ­kie po­wie­trze prze­sy­co­ne za­pa­chem wrzo­sów, grzyb­ni i nie­da­le­kich mo­kra­deł. Gdzieś od pusz­czy do­le­ciał ba­so­wy po­mruk je­le­ni szy­ku­ją­cych się do ry­ko­wi­ska. Da­wa­ło się tak­że roz­róż­nić po­stę­ki­wa­nie łosi, któ­rych w pusz­czy nie bra­ko­wa­ło.

"Pew­nie nie­dłu­go za­czną się wy­kop­ki" - po­my­ślał Ko­zie­luk i za­darł gło­wę w górę. Mno­gość gwiazd, któ­rą zo­ba­czył, przy­tło­czy­ła go. Tak było za­wsze, kie­dy tyl­ko zdo­był się na od­wa­gę, by na nie spoj­rzeć. Jego myśl na­tych­miast ucie­ka­ła z Ukła­du Sło­necz­ne­go, bie­gła po­przez Mlecz­ną Dro­gę do in­nych ga­lak­tyk, za­głę­bia­ła się w nie­skoń­czo­ną prze­strzeń, nie znaj­du­jąc kre­su, opar­cia, aż na ko­niec tra­ci­ła sens. Wy­obraź­ni star­cza­ło bo­wiem je­dy­nie do pew­ne­go mo­men­tu, do gra­ni­cy ludz­kiej poj­mo­wal­no­ści. A co da­lej, da­lej i da­lej? Bóg?

Sze­re­go­wy po­czuł ból w szyi i opu­ścił gło­wę. W samą porę, gdyż nad la­sem po­ja­wi­ło się coś no­we­go. Naj­pierw bla­da po­świa­ta peł­ga­ją­ca w ro­ze­dr­ga­nym po­wie­trzu. Po­tem dziw­ny ró­żo­wo-żół­ty błysk, pod­świe­tla­ją­cy po­ran­ną mgłę wy­peł­za­ją­cą spo­mię­dzy drzew i osia­da­ją­cą na tra­wach i krze­wach. Ob­raz zmie­niał się z mi­nu­ty na mi­nu­tę, aż wresz­cie nad pusz­czą pod­niósł się rą­bek ja­śnie­ją­ce­go dys­ku i wko­ło roz­la­ło się ró­żo­we sre­bro. Wte­dy wszyst­ko sta­ło się ja­sne. Wsta­wał dzień.

Ko­zie­luk pa­trzył urze­czo­ny, jak w mia­rę przy­by­wa­nia sło­necz­nej po­świa­ty uby­wa­ło gwiazd. Urze­kał go ten cią­gły ruch, cią­głe zmia­ny na nie­bie. Ani chwi­li spo­czyn­ku, za­sto­ju, bez­czyn­no­ści. Zu­peł­nie tak, jak­by wszech­świat był ży­ją­cym or­ga­ni­zmem. Ale prze­cież, do cho­le­ry, nie jest! Chy­ba nie jest...

*

Pierw­sze za­wo­ła­nia bu­dzą­cych się pta­ków spro­wa­dzi­ły za­my­ślo­ne­go i roz­ma­rzo­ne­go war­tow­ni­ka na zie­mię. Ner­wo­wo spoj­rzał na ze­ga­rek. Owe trzy mi­nu­ty sier­żan­ta Gor­czy­cy daw­no mi­nę­ły. Co wię­cej, po­zo­sta­wa­ło nie­ca­łe pół go­dzi­ny do zmia­ny war­ty. Ko­zie­luk za­rzu­cił ka­ra­bin na ra­mię i wy­szedł z czu­waj­ki. Ukuc­nął i do­tknął ręką tra­wy. Była mo­kra od rosy.

"Bę­dzie ład­ny dzień. Naj­wyż­szy czas na spa­ce­rek" - po­my­ślał. Re­gu­la­min służ­by mó­wił, że na pięt­na­ście mi­nut przed na­dej­ściem zmia­ny każ­dy war­tow­nik po­wi­nien do­ko­nać ob­cho­du te­re­nu na­le­żą­ce­go do po­ste­run­ku i prze­ka­zać go zmien­ni­ko­wi z ru­ty­no­wą for­muł­ką: "W cza­sie peł­nie­nia służ­by nic waż­ne­go nie za­szło" - o ile rze­czy­wi­ście nie za­szło.

Sze­re­go­wy Igna­cy Ko­zie­luk szedł dro­gą pro­wa­dzą­cą wzdłuż wież an­te­ny nadaw­czej Trans­atlan­tyc­kiej Cen­tra­li Ra­dio­te­le­gra­ficz­nej, któ­rych było dzie­sięć4. Po­wo­li sta­wiał ko­lej­ne kro­ki, pa­trząc, jak wszyst­ko wo­kół sza­rze­je w brza­sku, pod­da­jąc się nie­zmien­ne­mu ryt­mo­wi na­tu­ry. Bę­dąc gdzieś w oko­li­cy wie­ży nu­mer czte­ry, przy­sta­nął. Za­darł gło­wę, żeby jesz­cze raz po­pa­trzeć, jak wsta­ją­cy dzień oświe­tla wy­nio­słą bu­dow­lę, i wte­dy zo­ba­czył coś, co wpra­wi­ło go w osłu­pie­nie. Kil­ka­na­ście me­trów od szczy­tu wie­ży zwi­sał spo­rych roz­mia­rów przed­miot, któ­ry z da­le­ka przy­po­mi­nał duży wo­rek. Bu­dzą­cy się po­ran­ny wiatr ma­je­sta­tycz­nie ki­wał przed­mio­tem, co spra­wia­ło, że coś doń przy­cze­pio­ne­go po­bły­ski­wa­ło w pierw­szych pro­mie­niach słoń­ca.

"Czyż­by od­pa­dła część kon­struk­cji albo urwał się izo­la­tor i dyn­dał na dru­cie?" - prze­mknę­ło przez myśl Ko­zie­lu­ko­wi. War­tow­nik przy­sło­nił oczy ręką i pró­bo­wał coś do­strzec. Na­gle za­marł w prze­ra­że­niu, a po krzy­żu prze­szedł mu dreszcz. Po­chy­lił się gwał­tow­nie, czu­jąc wzbie­ra­ją­ce tor­sje. Opa­no­wał jed­nak sła­bość. Wy­pro­sto­wał się i wziął kil­ka głę­bo­kich wde­chów, co po­zwo­li­ło mu dojść do sie­bie. I wte­dy po­sły­szał chrzęst kro­ków na ścież­ce i po­dzwa­nia­nie opo­rzą­dze­nia. Od­ru­cho­wo ze­rwał ka­ra­bin z ra­mie­nia i wy­ce­lo­wał przed sie­bie.

- Stój!!! Kto idzie?! - za­wo­łał grom­ko.

*

Nad­cho­dzą­cy war­tow­ni­cy sta­nę­li jak wry­ci. Cze­go jak cze­go, ale ta­kie­go za­wo­ła­nia nie spo­sób było zi­gno­ro­wać.

- Co się wy­głu­piasz, Ignac? Prze­cież wi­dzisz, że to my! - do­le­cia­ło z od­da­li.

- Stój!!! Kto idzie?! - po­wtó­rzył we­zwa­nie war­tow­nik.

- Zmia­na idzie, a ty się wy­dzie­rasz? Zo­sta­wił­byś to so­bie na lep­szą oka­zję - po­wie­dział z wy­rzu­tem sze­re­go­wy Bu­rzyń­ski, któ­ry miał ob­jąć po­ste­ru­nek.

- Halo, sze­re­go­wy Ko­zie­luk! Tu mówi roz­pro­wa­dza­ją­cy, ka­pral Ma­cie­jak. Czy wszyst­ko u cie­bie w po­rząd­ku? Od­po­wia­daj!

- Tak, w po­rząd­ku - drew­nia­nym gło­sem od­po­wie­dział Igna­cy.

- To co za wy­głu­py się cie­bie trzy­ma­ją? Tu nie miej­sce na ko­sza­ro­we bła­zeń­stwo! Peł­nisz służ­bę war­tow­ni­czą! Weź na­tych­miast broń na ra­mię i stań w po­sta­wie za­sad­ni­czej!

Ko­zie­luk wy­ko­nał po­le­ce­nie.

- Do­bra, stój spo­koj­nie. Pod­cho­dzi­my.

Kie­dy ostroż­nie zbli­ży­li się do war­tow­ni­ka, ka­pral uważ­nie po­pa­trzył mu w twarz.

- W po­rząd­ku Ko­zie­luk. Daj spo­cznij - po­wie­dział oj­cow­skim to­nem.

- No? Co z tobą? Coś taki wzbu­rzo­ny? Ga­daj, chło­pie!

- Sami zo­bacz­cie - drżą­cy­mi war­ga­mi wy­szep­tał Igna­cy.

- Co mamy zo­ba­czyć? Gdzie? - in­da­go­wał Ma­cie­jak.

- Tam! - war­tow­nik wska­zał wierz­cho­łek wie­ży nu­mer czte­ry.

Ka­pral po­pa­trzył we wska­za­nym kie­run­ku, a po chwi­li uniósł lor­net­kę do oczu.

- Je­zus Ma­ria... tam wisi czło­wiek... - jęk­nął.

W tym mo­men­cie Ko­zie­luk jak­by się uspo­ko­ił. Może zde­cy­do­wa­ła o tym świa­do­mość, że to, co mu się wy­da­wa­ło, oka­za­ło się praw­dą? Że nie wyj­dzie na dur­nia, bo inni też wi­dzą czło­wie­ka zwi­sa­ją­ce­go z wie­ży an­te­no­wej?

Przez ja­kiś czas pa­no­wa­ła ci­sza prze­ry­wa­na je­dy­nie gło­sa­mi pta­ków wi­ta­ją­cych dzień. Wresz­cie prze­rwał ją Ko­zie­luk.

- Pa­nie ka­pra­lu, da pan po­pa­trzeć? - po­pro­sił nie­śmia­ło. - Chcia­łem zo­ba­czyć, co tam się tak błysz­czy w słoń­cu.

Ma­cie­jak bez sło­wa zdjął lor­net­kę z szyi i po­dał Ko­zie­lu­ko­wi. Ten roz­po­czął dłu­gą, uważ­ną lu­stra­cję.

- Ależ to jest... ze­ga­rek na de­wiz­ce... - wy­szep­tał w koń­cu. - Mu­siał wy­su­nąć się z kie­sze­ni tego bie­da­ka.

- Wi­dzisz, Ignac, czy on żyje? - spy­tał sze­re­go­wy Bu­rzyń­ski.

- E, chy­ba nie. Nie ru­sza się, ręce ma roz­rzu­co­ne. Nogi też są bez­wład­ne.

- Po­zna­jesz, kto to jest? - spy­tał ka­pral Ma­cie­jak.

- Nie, stąd się nie da - od­rzekł Ko­zie­luk, od­da­jąc lor­net­kę.

- W po­rząd­ku - pod­su­mo­wał roz­pro­wa­dza­ją­cy.

- Bu­rzyń­ski! Czu­jesz się na si­łach ob­jąć war­tę na po­ste­run­ku?

- Tak jest, pa­nie ka­pra­lu!

- Tyl­ko mów mi praw­dę! Strach cię nie ob­le­ciał?

- Ob­le­ciał, pa­nie ka­pra­lu. Ale co ro­bić? Służ­ba, to służ­ba.

- Do­brze. Za­pa­mię­tam, że nie pę­ka­łeś w chwi­li pró­by. Wo­bec tego zo­sta­jesz i w ra­zie cze­go wal w górę. A my, Ko­zie­luk, bie­giem do war­tow­ni!

*

Sier­żant Sta­ni­sław Gor­czy­ca sie­dział w po­miesz­cze­niu zmia­ny czu­wa­ją­cej i przy ma­łej lamp­ce prze­glą­dał pod­ręcz­nik ra­dio­tech­ni­ki. Był czło­wie­kiem am­bit­nym i nie było mu w smak (po­mi­ja­jąc zwy­kły ludz­ki wstyd wy­wo­ła­ny nie­wie­dzą) peł­nić służ­bę przy Trans­atlan­tyc­kiej Cen­tra­li Ra­dio­te­le­gra­ficz­nej, nie ma­jąc o niej zie­lo­ne­go po­ję­cia. To­też kie­dy tyl­ko mógł, pró­bo­wał li­znąć nie­co tej ta­jem­nej wie­dzy, któ­ra po­zwa­la­ła wy­ja­śnić, ja­kim cu­dem sta­cja nadaw­cza w pod­war­szaw­skich Ba­bi­cach jest w sta­nie po­łą­czyć się z No­wym Jor­kiem, a pre­zy­dent Rze­czy­po­spo­li­tej może wy­mie­niać te­le­gra­my z pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Na­gle od lek­tu­ry ode­rwał go od­głos szyb­kich kro­ków. Sier­żant odło­żył książ­kę. Wstał od sto­li­ka i sta­nął z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi w ko­ry­ta­rzy­ku na wprost drzwi. Kie­dy wpadł przez nie zzia­ja­ny sze­re­go­wy Ko­zie­luk, a za nim roz­pro­wa­dza­ją­cy, na­tknę­li się na do­wód­cę wi­ta­ją­ce­go ich py­ta­ją­cym wzro­kiem. Obaj od­ru­cho­wo sta­nę­li na bacz­ność.

- Spo­cznij! - Gor­czy­ca uśmiech­nął się pod wą­sem. Lu­bił cza­sem za­ska­ki­wać swo­ich pod­wład­nych, pil­nu­jąc tym sa­mym, by nie po­pa­da­li w ru­ty­nę osła­bia­ją­cą czuj­ność. - No? Co tam sły­chać na dwo­rze? - za­gad­nął. - Obaj ma­cie miny, jak­by­ście dia­bła zo­ba­czy­li!

- Źle sły­chać, pa­nie sier­żan­cie.

- Źle? Co wy mi tu chrza­ni­cie, Ma­cie­jak?! Ja nie znam ta­kie­go sło­wa! - sap­nął do­wód­ca war­ty przy­zwy­cza­jo­ny, że na po­dob­ne py­ta­nie od­po­wia­da się: "Wszyst­ko w po­rząd­ku, pa­nie sier­żan­cie!". Od lat wpa­jał bo­wiem swo­im pod­wład­nym za­sa­dę, że o trud­no­ściach się nie mel­du­je, tyl­ko po­ko­nu­je się je we wła­snym za­kre­sie.

- Pa­nie sier­żan­cie, jest dra­mat. Z wie­ży nu­mer czte­ry zwi­sa czło­wiek - wy­pa­lił ka­pral.

- Cooo??? Co ty bre­dzisz, Jó­ziek?! - wrza­snął sier­żant, a prze­by­wa­ją­cy w bu­dyn­ku war­tow­ni­cy oto­czy­li roz­ma­wia­ją­cych wia­nusz­kiem.

- Szcze­rą praw­dę mó­wię! Z "czwór­ki" zwi­sa czło­wiek. Wi­dzia­łem przez lor­net­kę. Sze­re­go­wy tak­że wi­dział. O po­mył­ce nie może być mowy!

- Do­bra. Wie­rzę ci. W ta­kim ra­zie zo­sta­jesz na "go­spo­dar­stwie", a ja walę na tę cho­ler­ną wie­żę. Dwóch lu­dzi za mną! - krzyk­nął Gor­czy­ca i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, wy­padł z war­tow­ni5.

*

Wcho­dze­nie na wie­żę an­te­no­wą nie było wca­le pro­stą spra­wą. Na szczyt wio­dła wą­ska dra­bin­ka, le­d­wo miesz­czą­ca czło­wie­ka. Kie­dy sier­żant zna­lazł się u stóp kon­struk­cji, przez kil­ka se­kund się wa­hał.

- A je­śli któ­ry zle­ci na łeb? Bę­dzie jesz­cze więk­sza gran­da! - roz­wa­żał. Lecz kie­dy spoj­rzał w górę i do­strzegł nie­szczę­śni­ka, wa­ha­nie mi­nę­ło. - A nuż tam­ten jesz­cze żyje? Może to ostat­nia chwi­la? - Sier­żant po­pa­trzył na swych lu­dzi. - Ma któ­ryś lęk przed wy­so­ko­ścią? - spy­tał.

- Nie, pa­nie sier­żan­cie.

- A tak na­praw­dę?

- Ża­den, pa­nie sier­żan­cie.

- W po­rząd­ku, chłop­cy. W ta­kim ra­zie zo­staw­cie gwe­ry pod wie­żą. Na gó­rze nie będą wam po­trzeb­ne, a przy wcho­dze­niu ła­two moż­na za­cze­pić lufą o kra­tow­ni­cę. Poza tym bę­dzie wam lżej. Zro­zu­mia­no? Wy­ko­nać!

War­tow­ni­cy bez sło­wa wy­ko­na­li roz­kaz.

- No jak? Go­to­wi? - spy­tał Gor­czy­ca.

- Go­to­wi! - War­tow­ni­cy wy­prę­ży­li się.

- No to... dra­łu­je­my! Tyl­ko po­wo­li i ostroż­nie. Do­brze się trzy­mać i cho­ler­nie uwa­żać! No, jaz­da!

Mniej wię­cej w jed­nej trze­ciej wy­so­ko­ści do­wód­ca po­czuł, jak za­czy­na bra­ko­wać mu tchu, a przed oczy­ma po­czę­ły la­tać mu mrocz­ki. Przy­sta­nął dla od­po­czyn­ku. War­tow­ni­cy zro­bi­li to samo.

"Ja­sny gwint! Gdy­bym wie­dział, że z tym wła­że­niem bę­dzie tak cięż­ko, chy­ba bym się nie zde­cy­do­wał. Ale prze­cież te­raz nie za­wró­cę. Co by lu­dzie po­wie­dzie­li? Że pan sier­żant spuchł albo się spie­trał?" - me­dy­to­wał.

- No jak tam, chłop­cy? Da­je­cie radę? - za­wo­łał w dół.

- Idzie wy­trzy­mać, pa­nie sier­żan­cie.

- Do­brze. To jaz­da na górę!

Pię­li się mo­zol­nie jesz­cze przez do­bre pół go­dzi­ny, aż do­tar­li do miej­sca, gdzie pod wierz­choł­kiem wie­ży znaj­do­wał się po­most ro­bo­czy. To z nie­go mon­to­wa­no izo­la­to­ry i prze­wo­dy an­te­no­we. Sier­żant Gor­czy­ca czuł się tak, jak­by prze­rzu­cił kil­ka ton wę­gla. Po­ło­żył się na po­mo­ście na ple­cach i cięż­ko od­dy­chał. War­tow­ni­cy zro­bi­li to samo. Przez kil­ka mi­nut przed ocza­mi sier­żan­ta i jego lu­dzi prze­su­wa­ły się pie­rza­ste ob­łocz­ki wę­dru­ją­ce po cu­dow­nie la­zu­ro­wym nie­bie. Wi­dok był tak nie­zwy­kły, że moż­na było za­po­mnieć o Bo­żym świe­cie. Jed­nak każ­dy z nich do­brze wie­dział, po co tu wleź­li. Kie­dy do­wód­ca jako tako wy­rów­nał od­dech, usiadł i od­wró­cił się do swych pod­wład­nych.

- I jak? Ży­je­cie, chłop­cy?

- Ja­koś ży­je­my, pa­nie sier­żan­cie. Ale trze­ba przy­znać, że nie było lek­ko. Nogi mamy jak z waty.

- To te­raz uwa­żaj­cie po­dwój­nie, żeby mi któ­ry nie wy­le­ciał! No, wsta­wać, chło­pa­ki, idzie­my - za­rzą­dził do­wód­ca.

Szli ostroż­nie po­de­stem ro­bo­czym, kur­czo­wo trzy­ma­jąc się ba­rier­ki. Nie było się co dzi­wić. Ża­den z nich do tej pory nie był na ta­kiej wy­so­ko­ści. Ow­szem, zda­rza­ła się wy­so­ka ster­ta sło­my po żniw­nej młóc­ce czy kil­ku­na­sto­me­tro­wa dra­bi­na pod­czas ćwi­czeń. Ale żeby leźć na wy­so­kość po­nad stu me­trów?

Za­cho­wu­jąc naj­wyż­szą ostroż­ność, do­brnę­li do środ­ka po­mo­stu. Była tam za­mo­co­wa­na lina, na któ­rej wi­siał męż­czy­zna. Co cie­ka­we, nie wi­siał za gło­wę lub nogę, tyl­ko był prze­pa­sa­ny w pół. Sier­żant Gor­czy­ca ostroż­nie wyj­rzał przez ba­rier­kę.

- Halo, pa­nie! Ży­jesz pan?! Daj pan ja­kiś znak! - za­wo­łał, lek­ko po­trzą­sa­jąc przy tym liną.

Nie­ste­ty, nie­szczę­śnik nie wy­po­wie­dział sło­wa ani nie wy­ko­nał naj­mniej­sze­go ge­stu. Sier­żant stał przez chwi­lę opar­ty rę­ka­mi o ba­rier­kę. Na jego czo­le po­ja­wił się ogrom­ny mars, co do­bit­nie wska­zy­wa­ło, że wa­żył w so­bie de­cy­zję.

- Nie ma co, chło­pa­ki. Mu­si­my go wcią­gnąć! - za­wy­ro­ko­wał.

- Może le­piej go nie ru­szać? To ra­czej spra­wa dla po­li­cji. Jesz­cze za­trze­my ja­kieś śla­dy... - nie­śmia­ło za­su­ge­ro­wał je­den z war­tow­ni­ków.

- Osza­la­łeś, chłop­cze?! A je­że­li on jest tyl­ko nie­przy­tom­ny? Mu­si­my to spraw­dzić, do ja­snej cho­le­ry! Jaz­da, brać się za linę i cią­gnąć!

War­tow­ni­cy za­bra­li się do pra­cy. Po­cząt­ko­wo szło im nie­spo­ro. Pró­bo­wa­li ja­koś na zmia­nę, ale tyl­ko roz­huś­ta­li linę. Do­pie­ro gdy sier­żant Gor­czy­ca za­rzą­dził, że mu­szą cią­gnąć ra­zem jak ma­ry­na­rze na stat­ku i po­czął ko­men­de­ro­wać, po­szło le­piej. Wkrót­ce męż­czy­zna zna­lazł się przy ba­rier­ce. Te­raz już we trzech wcią­gnę­li go na po­most i uło­ży­li na ple­cach. Gor­czy­ca przy­klęk­nął i zba­dał puls męż­czy­zny. Po­tem wy­cią­gnął kie­szon­ko­we lu­ster­ko i pod­su­nął mu do ust. Wresz­cie przy­ło­żył ucho do jego pier­si. Kie­dy wstał, roz­ło­żył bez­rad­nie ręce.

- Trup, pa­nie sier­żan­cie?

- Jak na moje oko, trup - po­twier­dził Gor­czy­ca. - Zna go któ­ry? Przyj­rzeć się!

War­tow­ni­cy z kiep­sko ukry­wa­nym prze­ra­że­niem prze­mie­sza­nym z od­ra­zą po­pa­trzy­li na le­żą­ce­go. Jego bia­łą jak ścia­na twarz wy­krzy­wiał gry­mas bólu, a otwar­te oczy wpa­try­wa­ły się w błę­kit­ne nie­bo.

- Ni­g­dy go nie wi­dzie­li­śmy, pa­nie sier­żan­cie. To musi być ktoś z ka­dry in­ży­nier­skiej - rzekł star­szy sze­re­go­wy, a jego ko­le­ga przy­tak­nął ski­nie­niem gło­wy.

- Cze­mu tak są­dzi­cie?

- Po ubra­niu. Tyl­ko oni tak się no­szą.

Rze­czy­wi­ście. Męż­czy­zna był ubra­ny w ele­ganc­ki sza­ry dwu­rzę­do­wy gar­ni­tur, kra­wat i brą­zo­we skó­rza­ne buty.

- Tak, to bar­dzo praw­do­po­dob­ne - zgo­dził się sier­żant. - No cóż, my już mu nie po­mo­że­my. Dla­te­go szo­ruj­cie, chłop­cy, na dół, za­bierz­cie swo­ją broń i leć­cie bie­giem do war­tow­ni. Tam niech Ma­cie­jak za­raz dzwo­ni po po­li­cję i le­ka­rza. Aha! Niech tak­że po­wia­do­mi stra­ża­ków. Trze­ba go ja­koś stąd zdjąć.

- To pan sier­żant tu zo­sta­nie?

- A co uwa­żasz? Wszyst­ko musi być w naj­lep­szym po­rząd­ku! Chy­ba że któ­ryś chce mnie za­stą­pić, hę?

- Nie, nie. Ja tyl­ko my­śla­łem, pa­nie sier­żan­cie...

- No?

- Że może trze­ba by było tego go­ścia z po­wro­tem na tej li­nie...

- Zmy­sły po­stra­da­łeś?! Po jaką cho­le­rę?

- Żeby po­li­cja nas się nie cze­pia­ła. Oni za­wsze ma­ru­dzą, że się za­cie­ra śla­dy. A tak, wy­wie­si­my ko­le­sia znów i niech so­bie wszyst­ko po swo­je­mu ba­da­ją!

- Bie­giem na dół, że­bym cię za­raz nie mu­siał...! - wrza­snął sier­żant i za­mach­nął się, jak­by chciał wal­nąć pod­wład­ne­go na od­lew.

Kie­dy war­tow­ni­cy ze­szli z po­mo­stu i po­czę­li z mo­zo­łem scho­dzić z wie­ży, Gor­czy­ca pod­szedł do le­żą­ce­go. Jesz­cze raz spraw­dził mu puls i przy­ło­żył wierzch dło­ni do po­licz­ka. Nie mo­gło być wąt­pli­wo­ści: trup.

"Co tu się, do cho­le­ry, sta­ło? Czyż­by przy­szedł na po­most coś ba­dać albo na­pra­wiać i do­szło do nie­szczę­śli­we­go wy­pad­ku? - za­sta­na­wiał się. - Nie był już mło­dy ale też nie sta­ry. Pew­nie miał żonę, dzie­ci, cho­ciaż ob­rącz­ki na pal­cu nie wi­dać. W każ­dym ra­zie de­spe­ra­tem ra­czej nie był, bo by się liną nie przy­wią­zy­wał - roz­wa­żał. - Ogól­nie, dziw­ne to ja­kieś".

*

Ko­mi­sarz Dio­ni­zy Grab­ski z XI Ko­mi­sa­ria­tu Po­li­cji Pań­stwo­wej, miesz­czą­ce­go się przy uli­cy Po­znań­skiej w War­sza­wie - nie­ofi­cjal­nie na­zy­wa­ny przez pod­wład­nych "Bacz­nym" - sie­dział za swym biur­kiem i prze­glą­dał "Ika­ca"6. Ssał przy tym swo­ją ulu­bio­ną faj­kę, któ­ra daw­no wy­ga­sła. Na­gle, roz­dzwo­nił się te­le­fon sto­ją­cy na ma­łym sto­li­ku pod ścia­ną. Grab­ski nie był w ga­bi­ne­cie sam. W ką­cie, w głę­bo­kim fo­te­lu, sie­dział jego naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik w oso­bie przo­dow­ni­ka Fran­cisz­ka Lę­dziosz­ka. Ten czy­ścił swój służ­bo­wy pi­sto­let. Ro­bił to z ta­kim za­pa­mię­ta­niem, że zu­peł­nie nie za­uwa­żał dzwo­nią­ce­go te­le­fo­nu. Ko­mi­sarz chrząk­nął zna­czą­co i spoj­rzał z wy­rzu­tem na pod­wład­ne­go. W koń­cu mach­nął ręką, odło­żył ga­ze­tę i sam pod­szedł do te­le­fo­nu.

- Słu­cham, Grab­ski - po­wie­dział do słu­chaw­ki nie­co znu­dzo­nym gło­sem. - Co? - oży­wił się na­gle. - Gdzie?... Ro­zu­miem. Wy­jeż­dżam na­tych­miast. - Słu­chaw­ka po­wę­dro­wa­ła na wi­deł­ki.

- Fra­niu? - de­li­kat­nie za­ga­ił Grab­ski, ale nie wy­wo­ła­ło to żad­nej re­ak­cji pod­wład­ne­go. - Fra­niu!!! - krzyk­nął ko­mi­sarz.

- Na roz­kaz, pa­nie ko­mi­sa­rzu! - Lę­dzio­szek po­de­rwał się. Zro­bił to tak gwał­tow­nie, że wszyst­kie sprę­żyn­ki, śrub­ki, za­pad­ki, klap­ki i inne ele­men­ty bro­ni roz­sy­pa­ły się po pod­ło­dze.

- Po­zbie­raj, Fra­niu, do­kład­nie cały ten kram i przy­go­tuj Che­vro­le­ta. Wy­jeż­dża­my - spo­koj­nym gło­sem po­wie­dział Grab­ski. Nie chciał po­pę­dzać swe­go pod­wład­ne­go. Tam, do­kąd się wy­bie­ra­li, nie było się do cze­go spie­szyć.

Przo­dow­nik Lę­dzio­szek przez kil­ka do­brych mi­nut peł­zał po pod­ło­dze na ko­la­nach i zbie­rał ele­men­ty bro­ni. Kie­dy już mu się wy­da­wa­ło, że wy­zbie­rał wszyst­ko, na­ty­kał się na ko­lej­ne czę­ści. W koń­cu za­klął pod no­sem i wstał z ko­lan. Wpraw­ny­mi ru­cha­mi po­skła­dał pi­sto­let i ze zdu­mie­niem stwier­dził, że kil­ka ele­men­tów na­dal leży na sto­le. Po­dra­pał się po gło­wie, po czym mach­nął ręką. Zgar­nął ze sto­łu po­zo­sta­łe czę­ści i scho­wał do kie­sze­ni. Pi­sto­let we­pchnął do ka­bu­ry, zdjął z wie­sza­ka służ­bo­wą czap­kę i wy­prę­żył się na bacz­ność, trza­ska­jąc gło­śno ob­ca­sa­mi, co mia­ło dać prze­ło­żo­ne­mu sy­gnał, że jest go­tów do ak­cji.

Ko­mi­sarz, któ­ry w mię­dzy­cza­sie za­pa­lił faj­kę, kiw­nął z uzna­niem gło­wą. Się­gnął pod stół po swo­ją tecz­kę i mruk­nął przez zęby: "Idzie­my".

Męż­czyź­ni w mil­cze­niu po­ko­na­li chłod­ną klat­kę scho­do­wą i zna­leź­li się na par­kin­gu przed bu­dyn­kiem. Lę­dzio­szek wgra­mo­lił się za kie­row­ni­cę, a Grab­ski usiadł z tyłu. Przo­dow­nik uru­cho­mił sil­nik, któ­ry do­sko­na­le wy­re­gu­lo­wa­ny cy­kał jak ze­ga­rek. Za­do­wo­lo­ny z sie­bie, gdyż to on dbał o służ­bo­wy sa­mo­chód, od­wró­cił się do prze­ło­żo­ne­go.

- To do­kąd je­dzie­my, pa­nie ko­mi­sa­rzu?

- Kie­ru­nek: Ra­dio­sta­cja Ba­bi­ce!

Kie­dy ru­szy­li, Lę­dzio­szek przez pierw­sze mi­nu­ty jaz­dy sku­piał się wy­łącz­nie na pro­wa­dze­niu ma­szy­ny. Wie­dział, że Ra­dio­sta­cja Ba­bi­ce mie­ści się gdzieś pod War­sza­wą, ale do­kład­ne­go miej­sca nie znał. Przez wstecz­ne lu­ster­ko po­dzi­wiał ko­mi­sa­rza, któ­ry sie­dział na tyl­nej ka­na­pie i ze sto­ic­kim spo­ko­jem py­kał ze swej faj­ki. Wresz­cie przo­dow­nik nie wy­trzy­mał.

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, ta ra­dio­sta­cja... Gdzie to wła­ści­wie jest?

- Wi­dzia­łem, jak na mnie zer­kasz, Fra­niu, i cze­ka­łem, aż za­py­tasz. Spe­cjal­nie nic ci nie mó­wi­łem, bo by­łem cie­kaw, co zro­bisz. Przy­znam jed­nak z uzna­niem, że in­tu­icja do­brze cię pro­wa­dzi. Trzy­maj się dro­gi na Lesz­no-Że­la­zo­wą Wolę. Po­wiem ci, gdzie skrę­cić.

- A co nas tam cze­ka, pa­nie ko­mi­sa­rzu, je­śli oczy­wi­ście wol­no spy­tać?

- Nie są to pącz­ki ani wata cu­kro­wa - szy­dził ko­mi­sarz. - Cze­ka nas to, co za­wsze, Fra­niu. Trup nie­bosz­czyk.

- W ta­kim miej­scu? Ta ra­dio­sta­cja to chy­ba urzą­dze­nia tech­nicz­ne. Pew­nie gość do­stał za­wa­łu albo co naj­wy­żej kop­nął go prąd i tyle. Cze­mu za­raz wzy­wa­ją nas?

- Nie fi­lo­zo­fuj, Fra­niu. Jak wzy­wa­ją, to zna­czy, że taka jest po­trze­ba. Zresz­tą te­le­fo­no­wał sam dok­tor Brejt­man, a ten, jak do­brze wiesz, bez po­trze­by nie wzy­wa po­li­cji kry­mi­nal­nej. Ot co.

Dal­sza część dro­gi upły­nę­ła w ci­szy, prze­ry­wa­nej je­dy­nie po­skrzy­py­wa­niem i po­pi­ski­wa­niem róż­nych czę­ści sa­mo­cho­du.

- Na­sma­ro­wał­byś wresz­cie tego gra­ta! Pisz­czy, skrzy­pi, że nie moż­na ze­brać my­śli - rzu­cił z pre­ten­sją Grab­ski.

- Kie­dy ja to ro­bię re­gu­lar­nie co ty­dzień, pa­nie ko­mi­sa­rzu! - bro­nił się Lę­dzio­szek. - Sil­nik cho­dzi jak zło­to, ale nie da się ukryć, że Che­vro­let ma już swo­je lata i tym sa­mym ma pra­wo nie­do­ma­gać tu czy tam. Cho­ciaż stwier­dził­bym, że jest tro­chę zło­śli­wy...

- Co ty opo­wia­dasz, Fra­niu? Jak sa­mo­chód może być zło­śli­wy?

- Ano tak, że jak mu prze­sma­ru­ję jed­ną część, na­za­jutrz za­czy­na skrzy­pieć inna. I tak w koło ma­cie­ju. Toż to ręce opa­da­ją!

- On wi­docz­nie lubi, jak się nim zaj­mu­jesz. - Grab­ski par­sk­nął.

Przo­dow­nik wzru­szył ra­mio­na­mi i nie drą­żył te­ma­tu, nie chcąc pod­paść prze­ło­żo­ne­mu. Po­mi­mo że ruch był nie­wiel­ki, pa­trzył uważ­nie na dro­gę, co zwal­nia­ło go od pro­wa­dze­nia kon­wer­sa­cji. Ko­mi­sarz zaś, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, wy­jął z tecz­ki - bo ni­g­dzie się bez niej nie ru­szał - prze­czy­ta­ne­go "Ika­ca", sta­ran­nie roz­ście­lił go na sa­mo­cho­do­wej ka­na­pie i za­brał się do czysz­cze­nia faj­ki. Ro­bił to za­wsze z po­dob­nym za­pa­mię­ta­niem, z ja­kim Lę­dzio­szek czy­ścił służ­bo­wą broń.

*

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, do­jeż­dża­my do Ba­bic - za­alar­mo­wał przo­dow­nik.

- Do­bra, Fra­niu, da­waj w pra­wo. I te­raz po­wo­li, że­by­śmy się nie po­gu­bi­li. To musi być gdzieś tu... O, do­bra! Już wi­dać pierw­sze wie­że! Za­su­wa­my pro­sto tą dro­gą. Po­dob­no zbu­do­wa­li ją bu­dow­ni­czo­wie ra­dio­sta­cji.

- A niech mnie! - pół­gło­sem za­wo­łał przo­dow­nik, za­trzy­mu­jąc się przy pierw­szej wie­ży. Opu­ścił szy­bę, wy­sta­wił gło­wę i ga­pił się w górę. - Toż ona ma ze sto me­trów!

- Do­kład­nie sto dwa­dzie­ścia sie­dem i pół - wy­ja­śnił Grab­ski.

- Ja sły­sza­łem, pa­nie ko­mi­sa­rzu, że to są po­tęż­ne bu­dow­le, ale nie my­śla­łem, że aż tak! Do­pie­ro jak się je wi­dzi z bli­ska, ro­bią wra­że­nie! To wszyst­ko zbu­do­wa­li Ame­ry­ka­nie?

- Wła­ści­wie tak, lecz pa­mię­taj, Fra­niu, że fun­da­men­ty wy­bu­do­wa­ła fir­ma pol­ska, a ele­men­ty skła­do­we wież do­star­czy­ły pol­skie huty. Tak­że bu­dyn­ki sta­cyj­ne za­pro­jek­to­wa­li i wy­bu­do­wa­li Po­la­cy!

- To ci do­pie­ro! Ale, pa­nie ko­mi­sa­rzu, wła­ści­wie, po co nam te wszyst­kie urzą­dze­nia? Cią­gle się sły­szy, że Pań­stwo Pol­skie jest bied­ne, a to tu­taj mu­sia­ło kosz­to­wać for­tu­nę!

- Po co, py­tasz? Ano po to, że­by­śmy my, Po­la­cy mie­li bez­po­śred­nią łącz­ność ze Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi, Ka­na­dą, Au­stra­lią, Ja­po­nią i nie mu­sie­li pła­cić ob­cym pań­stwom za tran­zyt wia­do­mo­ści! Po to choć­by, żeby na­sza war­szaw­ska Gieł­da Pa­pie­rów War­to­ścio­wych zna­ła naj­now­sze no­to­wa­nia na Wall Stre­et nie­mal­że na bie­żą­co, a nie na dru­gi dzień! Żeby bę­dą­cy w Chi­ca­go Ko­wal­ski mógł prze­słać te­le­gram do ro­dzi­ny w kra­ju, że żyje, ma się do­brze i nie­dłu­go przy­śle tro­chę do­la­rów. Ot co!

- Aaa... to jest ar­gu­ment, pa­nie ko­mi­sa­rzu. - Lę­dzio­szek po­ki­wał gło­wą.

- I wiesz, co ci jesz­cze po­wiem? - cią­gnął Grab­ski. - Ow­szem, in­we­sty­cja kosz­to­wa­ła nie­ma­ło. Ale czy ty zda­jesz so­bie spra­wę, że w obec­nym cza­sie jest to naj­sil­niej­sza ra­dio­sta­cja na świe­cie, obej­mu­ją­ca swym za­się­giem całą kulę ziem­ską? Ro­zu­miesz chy­ba, jaki to daje pre­stiż na­sze­mu pań­stwu? Na otwar­ciu Ra­dio­sta­cji Ba­bi­ce było tylu ofi­cje­li, że po­wo­zy za­ję­ły łąkę aż do Oża­ro­wa! Był na­wet pre­zy­dent Woj­cie­chow­ski, któ­ry nadał te­le­gram do pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych!

- A skąd pan ko­mi­sarz o tym wie?

- Od bra­ta, Fra­niu. Od bra­ta7.

Przo­dow­nik po­pa­trzył na prze­ło­żo­ne­go z lek­kim nie­do­wie­rza­niem. Nie uszło to uwa­dze Grab­skie­go.

- Wi­dzę, że moje sło­wa cię nie prze­ko­nu­ją. Sko­ro tak, nie omiesz­kaj o to za­py­tać, jak już bę­dzie­my na miej­scu. Może oni cię uświa­do­mią. Tym­cza­sem ru­szaj, bo na nas cze­ka­ją!

*

Ko­le­bią­cy się na boki Che­vro­let, su­nąc po­wo­li, mi­jał ko­lej­ne wie­że. Kie­dy zna­lazł się przy tej z nu­me­rem czte­ry, ko­mi­sarz po­wie­dział: "Stop!". Wy­siadł z sa­mo­cho­du, trza­snął drzwia­mi i pod­szedł do grup­ki osób.

- Je­stem ko­mi­sarz Dio­ni­zy Grab­ski z XI Ko­mi­sa­ria­tu. - Uchy­lił ka­pe­lu­sza. - Z kim mam przy­jem­ność?

- Do­wód­ca war­ty sier­żant Sta­ni­sław Gor­czy­ca i moi lu­dzie.

- Po po­li­cję dzwo­nił le­karz, ale coś go tu nie wi­dzę. Czyż­by już od­je­chał?

- Ależ skąd! Pan dok­tor jest tam, na gó­rze. - Sier­żant wska­zał ręką.

- Tam? - Grab­ski za­darł gło­wę. - A po cóż on tam wlazł?

- Bo tam jest nie­bosz­czyk, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

- Co? Jak­że to? Ktoś wszedł na tę wie­żę i umarł?

- No... nie­zu­peł­nie. Tam, pod szczy­tem wie­ży, pod tą po­przecz­ką - ge­sty­ku­lo­wał sier­żant - jest po­most ro­bo­czy. On mu­siał coś tam ro­bić i chy­ba z nie­go spadł, bo je­den z mo­ich war­tow­ni­ków spo­strzegł, jak zwi­sa na li­nie kil­ka me­trów po­ni­żej po­mo­stu.

- A te­raz gdzie on jest? Ja­koś nie wi­dzę, żeby ktoś zwi­sał. - Ko­mi­sarz za­darł gło­wę, przy­sła­nia­jąc oczy ręką.

- Bo my­śmy tam we­szli i wcią­gnę­li­śmy go na po­most.

- Czy­li to wy­ście go zna­leź­li? A po co wcią­ga­li­ście de­na­ta na po­most?

- Na li­tość bo­ską, pa­nie ko­mi­sa­rzu! Miał bie­dak tak wi­sieć? Mu­sie­li­śmy prze­cież spraw­dzić, czy żyje, bo gdy­by żył, chcie­li­śmy udzie­lić mu ja­kiejś po­mo­cy. Nie­ste­ty był zim­ny. Nie od­dy­chał, nie biło mu ser­ce.

- Taak... to cał­kiem lo­gicz­ne. O któ­rej to było?

- Ja­kąś go­dzi­nę po wscho­dzie słoń­ca. Czy­li oko­ło siód­mej.

- Co było po­tem?

- Ka­za­łem war­tow­ni­ko­wi zleźć na dół i dzwo­nić po le­ka­rza. Sam zo­sta­łem pil­no­wać.

- Cze­go? Tru­pa?

- No tak w ogó­le, wszyst­kie­go. Tru­pa, no i miej­sca zda­rze­nia.

- Bar­dzo roz­sąd­nie - po­chwa­lił ko­mi­sarz, za­pi­su­jąc wszyst­ko skrzęt­nie w no­tat­ni­ku wy­cią­gnię­tym z tecz­ki, któ­ra sta­ła mię­dzy jego no­ga­mi. - Gra­tu­lu­ję, sier­żan­cie, przy­tom­no­ści umy­słu i zim­nej krwi. Zo­stać tam, na gó­rze, sam na sam z nie­bosz­czy­kiem...

- Ja śmier­ci zwy­czaj­ny. W Wiel­kiej Woj­nie wal­czy­łem w oko­pach, to się tru­pów na­oglą­da­łem. Śnią mi się do dziś.

- Taak... A le­karz? Kie­dy za­dzwo­nił po po­li­cję?

- Od razu, jak tyl­ko się do­wie­dział, co się sta­ło.

- Za­nim wszedł na górę?

- Tak jest. Po­wie­dział, że jego ży­dow­ski nos pod­po­wia­da mu, że to nie mógł być przy­pa­dek.

- Aha. Tak po­wie­dział? No to te­raz ja mu po­wiem!

W tym mo­men­cie do roz­ma­wia­ją­cych pod­szedł przo­dow­nik. Przy­ło­żył pal­ce do dasz­ka, stuk­nął ob­ca­sa­mi i gło­śno oznaj­mił:

- Przo­dow­nik Lę­dzio­szek mel­du­je się, pa­nie ko­mi­sa­rzu!

- Do­brze, że je­steś, Fra­niu. Po­patrz, tam pod szczy­tem wie­ży jest po­dob­no ro­bo­czy po­most. Wi­dzisz?

- Po­wiedz­my, że wi­dzę, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

- To świet­nie, bo za­raz bę­dzie­my mu­sie­li się tam wdra­pać.

- Że co? Po jaką cho­le­rę, pa­nie ko­mi­sa­rzu?

- Bo tam znaj­du­je się nasz de­nat.

- A niech to... - Przo­dow­nik zmełł pod no­sem ja­kieś prze­kleń­stwa.

- No, no, nie na­rze­kaj, Fra­niu. Bę­dziesz miał do­sko­na­łą oka­zję oso­bi­ście zmie­rzyć kro­ka­mi wy­so­kość wie­ży!

*

Ko­mi­sarz Grab­ski, któ­ry szedł pierw­szy - na­tu­ral­nie tasz­cząc w ręku swą tecz­kę - sa­pał jak lo­ko­mo­ty­wa i co chwi­la ocie­rał pot z czo­ła. Wresz­cie za­trzy­mał się, zdjął ka­pe­lusz i dłu­go się nim wa­chlo­wał, by choć tro­chę ochło­dzić twarz. Kie­dy od­dech nie­co mu się wy­rów­nał, spoj­rzał w dół. Wy­da­ło mu się, że są ja­kieś pół ki­lo­me­tra nad zie­mią.

- No? Jak tam, Fra­niu? Ile kro­ków na­li­czy­łeś?

- A niech to ja­sny szlag tra­fi, pa­nie ko­mi­sa­rzu! - do­le­ciał z dołu stłu­mio­ny głos. - Li­czy­łem do ja­kichś pięć­dzie­się­ciu, ale po­tem wszyst­ko mi się pop...

- Wie­rzę. No nic. Od­pocz­nie­my jesz­cze chwi­lę i dra­łu­je­my da­lej.

- A może by tak za­wró­cić, pa­nie ko­mi­sa­rzu? Oni go tam ja­koś zdej­mą i na dole pan ko­mi­sarz wszyst­ko so­bie po­oglą­da.

- No wiesz? Tyle razy ci mó­wi­łem, że miej­sce zbrod­ni to te­atral­na sce­na. Każ­dy dro­biazg ma zna­cze­nie.

- Miej­sce zbrod­ni? Za­kła­da pan ko­mi­sarz, że to nie był wy­pa­dek?

- Nie wy­klu­czam ta­kiej moż­li­wo­ści. A je­śli na­wet był, trze­ba wszyst­ko zo­ba­czyć na wła­sne oczy. Poza tym jak dok­tor wszedł, to i my damy radę. Nie ma­rudź, Fra­niu. Ru­sza­my!

Przo­dow­nik wes­tchnął cięż­ko i spoj­rzał w górę.

"Jak on so­bie daje radę jed­ną ręką? Ja już daw­no bym spadł! - po­my­ślał. - Swo­ją dro­gą, mógł­by so­bie do­ro­bić ja­kiś pa­sek do tej tecz­ki. Sko­ro nie może bez niej żyć, prze­wie­sił­by ją so­bie przez ra­mię i ręka wol­na. A tak, musi ba­lan­so­wać na tej cho­ler­nej dra­bin­ce".

Tecz­ka ko­mi­sa­rza Grab­skie­go od daw­na była słyn­na w ca­łym po­li­cyj­nym śro­do­wi­sku. Prak­tycz­nie sta­ła się le­gen­dar­na. Był to ele­ganc­ki mo­del wy­ko­na­ny ze świń­skiej skó­ry, z mo­sięż­ny­mi za­pię­cia­mi. Po­dob­no wcze­śniej na­le­ża­ła do ojca ko­mi­sa­rza, któ­ry był zie­mia­ni­nem. Z ra­cji tego, że nikt do koń­ca nie wie­dział, co ko­mi­sarz w niej trzy­ma, bu­dzi­ła skraj­ne emo­cje. Jed­ni utrzy­my­wa­li, że nosi w niej ter­mos z her­ba­tą i ka­nap­ki. Inni, że re­wol­wer i dwie pacz­ki na­bo­jów. Jesz­cze inni drwi­li, że bu­tel­kę ko­nia­ku, z któ­rej po kry­jo­mu po­cią­ga. Naj­bar­dziej po­my­sło­wi wy­snu­li teo­rię, że ko­mi­sarz jest mor­fi­ni­stą, a w tecz­ce znaj­du­ją się przy­bo­ry słu­żą­ce upra­wia­niu tego pro­ce­de­ru. Nikt ni­cze­go nie wie­dział na pew­no. Na­wet przo­dow­nik Lę­dzio­szek - wie­lo­krot­nie in­da­go­wa­ny przez ko­le­gów z ra­cji tego, że naj­wię­cej prze­by­wał z ko­mi­sa­rzem - nie po­tra­fił ni­cze­go kon­kret­ne­go po­wie­dzieć. Spra­wa po­zo­sta­wa­ła więc w sfe­rze do­my­słów.

Ko­mi­sarz, brnąc mo­zol­nie w górę, my­ślał zgo­ła o czymś in­nym.

"Wy­glą­da na to, że ten nowy In­spek­tor, Ko­zie­lew­ski8, ze swo­im re­wo­lu­cyj­nym po­my­słem ma zu­peł­ną ra­cję. Trze­ba jak naj­szyb­ciej, i to ostro, za­brać się za pod­nie­sie­nie kon­dy­cji fi­zycz­nej po­li­cjan­tów. I wca­le nie trze­ba bu­do­wać spe­cjal­nej sali do ćwi­czeń. Na po­czą­tek wy­star­czy­ło­by, aby­śmy sko­rzy­sta­li z urzą­dzeń, ja­kie po­sia­da­ją stra­ża­cy. Z pew­no­ścią nie ćwi­czą co­dzien­nie i mo­gli­by ich nam uży­czyć. Na­le­ża­ło­by tyl­ko roz­sąd­nie to sko­or­dy­no­wać. Nie­do­brze, że po­przed­nik tak za­nie­dbał ten aspekt wy­szko­le­nia po­li­cjan­ta. Samo strze­la­nie - choć bar­dzo waż­ne - to zde­cy­do­wa­nie za mało".

Nie od dziś wia­do­mo, że gdy czło­wiek przy in­ten­syw­nym wy­sił­ku fi­zycz­nym zdo­ła od­wró­cić od nie­go swą uwa­gę, czę­sto nie za­uwa­ża, kie­dy do­cie­ra do jego koń­ca. Tak było i tym ra­zem. Za­my­ślo­ny ko­mi­sarz Grab­ski na­gle spo­strzegł, że dra­bin­ka, po któ­rej się wspi­nał, koń­czy się, prze­cho­dząc w po­zio­my po­most. Był u celu dro­gi. Wdra­pał się na plat­for­mę i nie pusz­cza­jąc tecz­ki, wol­ną ręką oparł się o ba­rier­kę. Po kil­ku­na­stu se­kun­dach nad kra­wę­dzią po­mo­stu uka­za­ła się gło­wa Lę­dziosz­ka. Jego twarz zdra­dza­ła kom­plet­ne wy­czer­pa­nie.

- No? Da­waj, Fra­niu, da­waj! Zmo­bi­li­zuj się! - za­chę­cił pod­wład­ne­go ko­mi­sarz. - Coś u cie­bie kiep­sko z kon­dy­cją! Po­patrz, ja, męż­czy­zna tyle star­szy od cie­bie, wy­glą­dam po po­dob­nym wy­sił­ku znacz­nie le­piej niż ty, mło­dy chło­pak!

- Bo się pan nie wi­dzi... - od­parł za­sa­pa­ny przo­dow­nik.

- Taak... No do­brze. Od­sap­nij chwi­lę i idzie­my.

Mniej wię­cej w po­ło­wie po­mo­stu le­żał czło­wiek. Kil­ka kro­ków od nie­go stał ły­sa­wy je­go­mość nie­wiel­kie­go wzro­stu. Opie­rał się ple­ca­mi o ba­rier­kę i wy­sta­wiał twarz na słoń­ce.

- Dzień do­bry, pa­nie dok­to­rze - po­wie­dział Grab­ski, pod­cho­dząc.

- A! Są pa­no­wie wresz­cie! Już tra­ci­łem na­dzie­ję, że zdo­ła­cie się tu wdra­pać. Za­ję­ło wam to pra­wie go­dzi­nę - od­po­wie­dział le­karz, nie zmie­nia­jąc po­zy­cji cia­ła.

- Tak? Skąd ta pew­ność?

- Do­brze wi­dzia­łem z góry, jak star­to­wa­li­ście. Ale niech się pan nie przej­mu­je, ko­mi­sa­rzu. Ja wła­zi­łem tu pięć­dzie­siąt sześć mi­nut.

Za­le­gła ci­sza. Ko­mi­sarz otwo­rzył swą tecz­kę, wy­jął etui i po­czął na­bi­jać faj­kę. Gdy ją za­pa­lił, a sy­tu­acja na po­mo­ście nie ule­gła zmia­nie, gniew­nie tup­nął nogą.

- Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, dok­to­rze! Może przej­dzie­my do rze­czy, bo chy­ba nie przy­szli­śmy tu, by się opa­lać?! - huk­nął.

Le­karz pod­sko­czył jak ra­żo­ny pio­ru­nem.

- Upra­szam się ła­ski, pa­nie ko­mi­sa­rzu. To wszyst­ko przez to, że moje sta­re cia­ło łak­nie wi­ta­mi­ny "D".

- W po­rząd­ku. Po­wiedz pan swo­je, my zro­bi­my swo­je i po­zo­sta­wi­my pana sam na sam ze słoń­cem. Od­po­wia­da to panu?

Dok­tor Brejt­man uśmiech­nął się bla­do.

- Nie­ste­ty, taki luk­sus nie jest mi dany. Mu­szę jak naj­szyb­ciej wra­cać do szpi­ta­la. Za­cznij­my za­tem. Otóż mamy tu męż­czy­znę lat oko­ło pięć­dzie­się­ciu...

- Któ­ry do­znał za­wa­łu ser­ca i wy­le­ciał za ba­rier­kę? - nie­co szorst­ko prze­rwał Grab­ski.

- Z cze­go pan to wnio­sku­je?

- Gość leży, jak­by za­snął, żad­nych śla­dów krwi lub wal­ki na twa­rzy czy ubra­niu. Żad­nych śla­dów wo­kół. Wi­dzia­łem nie­jed­ne­go, któ­ry zmarł na­gle na ser­ce. Wy­glą­da­li po­dob­nie.

- Jest pan bli­sko, a za­ra­zem da­le­ko, dro­gi ko­mi­sa­rzu. Ow­szem. Śmierć tego czło­wie­ka spo­wo­do­wa­ło usta­nie bi­cia ser­ca, ale by­naj­mniej nie za spra­wą za­wa­łu. Przy­czy­ną było pchnię­cie ostrym na­rzę­dziem, naj­praw­do­po­dob­niej no­żem, wy­ko­na­ne z nie­mal chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją.

Ko­mi­sarz mil­czał przez chwi­lę.

- A więc mor­der­stwo. Czu­łem to przez skó­rę. A ta pre­cy­zja, jak pan mówi: chi­rur­gicz­na, o czym świad­czy?

- Że ktoś do­sko­na­le wie­dział, co robi. Co wię­cej, mu­siał mieć w tym nie­złą wpra­wę, gdyż cios za­da­no od tyłu. Jak pan go prze­wró­ci na brzuch, znaj­dzie pan dziu­rę w ma­ry­nar­ce, przez któ­rą we­szło na­rzę­dzie.

- Co­raz le­piej. Na­past­nik mu­siał go za­sko­czyć. Jak daw­no, pa­nie dok­to­rze?

- Ja­kieś dzie­sięć do dwu­na­stu go­dzin.

- Czy­li, że wczo­raj. Wie­my może, kto to jest?

Le­karz bez­rad­nie roz­ło­żył ręce.

- Tak tyl­ko py­ta­łem, ru­ty­no­wo. Być może to ktoś zna­ny albo co... - mru­czał Grab­ski, klę­ka­jąc przy le­żą­cym. Po­wo­li ob­ma­cał męż­czy­znę w po­szu­ki­wa­niu bro­ni. Kie­dy jej nie zna­lazł, za­brał się za prze­szu­ki­wa­nie kie­sze­ni. Nie­ste­ty, nie na­tknął się na nic istot­ne­go. Pod­niósł się cięż­ko.

- Fra­niu! - przy­wo­łał pod­wład­ne­go. - Spójrz swo­im młod­szym okiem i wspo­móż ła­ska­wie swe­go ko­mi­sa­rza.

Przo­dow­nik po­słusz­nie ukląkł przy zwło­kach. Naj­pierw pie­czo­ło­wi­cie za­ło­żył rę­ka­wicz­ki, a po­tem oglą­dał, za­glą­dał, pod­glą­dał. Pod­no­sił ręce de­na­ta, ba­dał sztyw­ność sta­wów, oglą­dał jego gło­wę. Wresz­cie spoj­rzał py­ta­ją­co na Grab­skie­go.

- Mów - rzekł ko­mi­sarz.

- Jak na mój gust była wal­ka, a przy­naj­mniej jej pró­ba.

- Z cze­go wnio­sku­jesz?

- Gość ma za pa­znok­cia­mi ja­kiś ma­te­riał czy co...

- Do­brze. Co jesz­cze?

- Je­den pa­zno­kieć u pra­wej ręki jest zła­ma­ny. I jesz­cze kie­szon­ka u ka­mi­zel­ki jest na­de­rwa­na. Lewa kla­pa ma­ry­nar­ki i koł­nie­rzyk jak­by po­gnie­cio­ne. To wszyst­ko.

- Bar­dzo do­brze, Fra­niu. Uczysz się! - po­chwa­lił Grab­ski.

- A wy co? Szko­le­nie ja­kieś usku­tecz­nia­cie? - wtrą­cił się Brejt­man.

- Coś w tym gu­ście, dok­to­rze. Pró­bu­je­my się uzu­peł­niać.

- Z pod­wład­nym?

- A cóż to szko­dzi? Ja nie za­dzie­ram nosa i nie po­zu­ję na wszech­wie­dzą­ce­go. Ko­mi­sarz czy przo­dow­nik: co dwie pary oczu, to nie jed­na. Zresz­tą, mój przo­dow­nik jest bar­dzo by­stry. Kto wie? Może kie­dyś on tak­że zo­sta­nie ko­mi­sa­rzem?

- Ale pre­stiż za­wo­du, stop­nia...

- Zgo­da, róż­nią nas stop­nie i wy­so­kość upo­sa­że­nia, ale re­la­cje mamy ko­le­żeń­skie. Li­czy się przede wszyst­kim do­bro śledz­twa. Roz­wią­za­nie każ­dej spra­wy to nasz wspól­ny suk­ces.

- W rze­czy sa­mej, nie­tu­zin­ko­we ro­zu­mo­wa­nie. God­ne uzna­nia, a na­wet po­dzi­wu. Taka de­mo­kra­cja obo­wią­zu­je w ca­łej po­li­cji?

- Po­zwo­li pan, że obej­rzy­my jesz­cze linę, na któ­rej zwi­sał ten nie­szczę­śnik, i miej­sce jej za­cze­pie­nia - zga­sił dys­ku­sję Grab­ski. Po­stą­pił kil­ka kro­ków do ba­lu­stra­dy, się­gnął do tecz­ki i wy­do­był z niej spo­rej wiel­ko­ści lupę. Na­stęp­nie szcze­gó­ło­wo zba­dał całą dłu­gość liny: od miej­sca jej przy­wią­za­nia na brzu­chu do ka­ra­biń­czy­ka za­cze­pio­ne­go na ba­rier­ce. Samą ba­rier­kę rów­nież.

- Dziw­ne - rzekł jak­by do sie­bie, lecz Lę­dzio­szek wie­dział, że sło­wa ko­mi­sa­rza skie­ro­wa­ne są do nie­go. - Wy­glą­da na to, że lina była w tym miej­scu za­cze­pio­na nie­je­den raz.

- Zde­cy­do­wa­nie - po­twier­dził przo­dow­nik. Dro­bin­ki far­by są na ka­ra­biń­czy­ku, a ba­rier­ka jest miej­sca­mi odra­pa­na. Praw­do­po­dob­nie za­czep się po niej prze­su­wał. W do­dat­ku w miej­scach odra­pań po­ja­wi­ła się już rdza, co świad­czy, że po­wsta­ły kil­ka dni temu.

- Taak... No cóż, to chy­ba wszyst­ko na tę chwi­lę. Czy ma pan jesz­cze coś do nas, pa­nie dok­to­rze? - spy­tał Grab­ski dla for­mal­no­ści.

- Pa­no­wie! Śledz­two śledz­twem i ja to do­sko­na­le ro­zu­miem. Ale po­my­śl­cie, je­ste­ście w tak nie­zwy­kłym miej­scu i nie wia­do­mo, czy jesz­cze kie­dyś się w nim znaj­dzie­cie. Z pew­no­ścią nie­wie­lu jest ta­kich, któ­rym jest to dane. Dla­te­go ro­zej­rzyj­cie się wo­kół. Obej­rzyj­cie te cuda tech­ni­ki, te urzą­dze­nia, an­te­nę i w ogó­le.

- Dok­tor ma ra­cję, Fra­niu. Tyl­ko ostroż­nie, bez zbli­ża­nia się do po­rę­czy. Nie chce­my tu prze­cież ko­lej­ne­go tru­pa, praw­da?

Przez na­stęp­ne dzie­sięć mi­nut po­li­cjan­ci po­dzi­wia­li ma­syw­ne za­wie­sze­nia, rzę­dy izo­la­to­rów, po­ły­sku­ją­ce w słoń­cu wstę­gi mie­dzia­nych prze­wo­dów two­rzą­cych an­te­nę. A kie­dy spoj­rze­li w dal, gdzie sta­ły na­stęp­ne wie­że, do­tarł do nich ogrom i roz­mach tej bu­dow­li. Wszyst­ko ra­zem było im­po­nu­ją­ce! Do tego nie­skoń­czo­na po­łać błę­kit­ne­go nie­ba, nie­mal bez­kre­sna prze­strzeń oko­licz­nych łąk, ogra­ni­czo­na do­pie­ro pa­smem ru­dzie­ją­cych nie­śmia­ło, wrze­śnio­wo, drzew Pusz­czy Kam­pi­no­skiej.

Z nie­me­go za­chwy­tu wy­rwa­ło ich zgrzy­ta­nie i pry­cha­nie wy­słu­żo­ne­go sil­ni­ka. To czer­wo­nym Hor­chem pod­je­cha­li pod wie­żę nu­mer czte­ry stra­ża­cy.

- Uuuu, coś mi się zda­je, że tymi dra­bi­na­mi to oni nie się­gną na­wet do pierw­sze­go czło­nu tej wie­ży - oce­nił pa­trzą­cy w dół Lę­dzio­szek.

- Praw­do­po­dob­nie wca­le nie mają ta­kie­go za­mia­ru. Za­pew­ne wej­dą tu, na po­dest, za­cze­pią swo­ją od­po­wied­nio dłu­gą linę i na niej opusz­czą nie­szczę­śni­ka - roz­wa­żał Grab­ski. - Dla­te­go za­rzą­dzam ko­niec wy­ciecz­ki. Zła­zi­my, Fra­niu, na dół, żeby zro­bić miej­sce stra­ża­kom. Pan też scho­dzi, dok­to­rze?

- Nie. Ja tu jesz­cze zo­sta­nę, aby po­kie­ro­wać ewa­ku­acją nie­bosz­czy­ka.

- W ta­kim ra­zie: do wi­dze­nia. Aha! Je­śli w trak­cie sek­cji coś istot­ne­go pan znaj­dzie, pro­szę oczy­wi­ście za­dzwo­nić. Peł­ni­my w ko­mi­sa­ria­cie służ­bę przez całą dobę.

- Pa­mię­tam o tym. Jak co­kol­wiek znaj­dę lub coś mnie za­nie­po­koi, nie omiesz­kam za­dzwo­nić. A tym­cza­sem: do wi­dze­nia pa­nom - po­wie­dział Brejt­man i po­now­nie wy­sta­wił twarz na słoń­ce.

Grab­ski ma­chi­nal­nie uchy­lił ka­pe­lu­sza, ale nie było to ko­niecz­ne.

*

Po zej­ściu z wie­ży po­li­cjan­ci sta­nę­li na ubo­czu i przy­glą­da­li się pra­cy ko­le­gów. Stra­ża­cy, na­wy­kli do dzia­ła­nia pod­czas sza­le­ją­ce­go po­ża­ru, zor­ga­ni­zo­wa­li się bar­dzo szyb­ko. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi ko­mi­sa­rza na­wet nie ty­ka­li swych dra­bin. Z za­ka­mar­ków prze­past­ne­go Hor­cha wy­cią­gnę­li bę­ben z liną i uprzę­żą. Je­den z nich - chy­ba naj­drob­niej­szy - szyb­ko za­ło­żył uprząż, przy­piął do niej linę i ru­szył w stro­nę wie­ży. To, co póź­niej na­stą­pi­ło, przy­pra­wi­ło Grab­skie­go i jego po­moc­ni­ka o za­wrót gło­wy. Stra­żak, po­mi­mo ob­cią­ża­ją­ce­go go ba­la­stu, po­ru­szał się po dra­bin­ce jak kot. Nie mi­nę­ło pięt­na­ście mi­nut, jak da­wał ręką zna­ki z po­mo­stu. Wi­dać było, że pro­cen­tu­ją go­dzi­ny ćwi­czeń i lata prak­ty­ki.

Wszedł­szy na po­most, stra­żak wy­mie­nił kil­ka słów z dok­to­rem, po czym za­brał się do mon­to­wa­nia blocz­ka. Po kil­ku mi­nu­tach za­wie­sie było go­to­we. Stra­żak zdjął uprząż i pod­szedł do dok­to­ra.

- Trze­ba to za­ło­żyć nie­bosz­czy­ko­wi - po­wie­dział. - Naj­le­piej pod ra­mio­na.

Brejt­man po­ki­wał gło­wą na znak, że ro­zu­mie. Ra­zem dźwi­gnę­li de­na­ta do sia­du i "ubra­li" go w bre­zen­to­we szel­ki. Pod­cią­gnę­li cia­ło do ba­rier­ki.

- No, te­raz przed nami naj­gor­sze. Mu­si­my wy­win­do­wać tru­pa za ba­lu­stra­dę.

- A jak nam się wy­su­nie i spad­nie?

- To do góry nie po­le­ci. Przy­zna pan, dok­to­rze, że jemu już ra­czej wszyst­ko jed­no. Na­wet jak grzmot­nie na zie­mię, go­rzej mu już nie bę­dzie. Zresz­tą, wy­star­czy, aby­śmy prze­rzu­ci­li go przez po­ręcz, a ci na dole będą go trzy­mać na li­nie i po­wo­li opusz­czą.

Dok­tor nie po­le­mi­zo­wał, choć z pew­no­ścią wo­lał­by, żeby do upad­ku de­na­ta nie do­szło. Pa­trzył z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi, jak stra­żak daje ja­kieś umó­wio­ne zna­ki ko­le­gom. Czy w tej sy­tu­acji był sens za­wra­cać so­bie gło­wę ga­da­niem o god­no­ści cia­ła czło­wie­ka na­wet po śmier­ci?

- Do­bra, mo­że­my, pa­nie dok­to­rze. Na dole wszyst­ko go­to­we. No, ra­zem. Hej op! - za­ko­men­de­ro­wał stra­żak.

O dzi­wo po­szło cał­kiem nie­źle. Po­mi­mo że zmar­ły był cięż­ki, uda­ło im się za pierw­szym ra­zem prze­ło­żyć go przez po­ręcz. Te­raz po­szło już gład­ko. Blo­czek, po­skrzy­pu­jąc ci­cho, do­sko­na­le speł­nił swo­je za­da­nie. Wkrót­ce nie­bosz­czyk le­żał pod wie­żą, na przy­go­to­wa­nych uprzed­nio no­szach. Stra­żak na po­mo­ście w mil­cze­niu zwi­jał swój sprzęt. Za­ga­dał do dok­to­ra do­pie­ro, kie­dy skoń­czył.

- To tyle z mo­jej stro­ny. Pan dok­tor scho­dzi czy jesz­cze zo­sta­je?

- Chęt­nie bym zo­stał ja­kieś parę dni...

- Słu­cham? Nie ro­zu­miem?

- Nic, nic, pa­nie ko­le­go. Żar­to­wa­łem so­bie. Oczy­wi­ście, za­raz scho­dzę.

- Tyl­ko pro­szę uwa­żać. Ta­kie dra­bin­ki są bar­dzo zdra­dli­we. Wiem, co mó­wię! - po­wie­dział i ru­szył na dół.

Dok­tor Brejt­man po­zo­stał na wie­ży jesz­cze przez chwi­lę. Po­pa­trzył da­le­ko za ho­ry­zont, pu­ścił oko do ru­dzie­ją­cych la­sów i po­ma­chał prze­la­tu­ją­cym pta­kom. Otarł pot z czo­ła i z za­ci­śnię­ty­mi zę­ba­mi roz­po­czął wę­drów­kę w dół. Po co miał dzie­lić się z kim­kol­wiek wia­do­mo­ścią, że ma lęk wy­so­ko­ści?

*

Ko­mi­sarz Grab­ski stał nad cia­łem i bacz­nie mu się przy­glą­dał. Py­ka­jąc ze swej faj­ki, wol­no ob­szedł je do­oko­ła.

- Dro­gi pa­nie sier­żan­cie - za­czął. - Czy może pan wraz ze swy­mi żoł­nie­rza­mi, któ­rzy byli na wie­ży, po­pa­trzeć jesz­cze raz na nie­bosz­czy­ka i po­wie­dzieć, czy wszyst­ko jest tak samo jak wte­dy, gdy wcią­gnę­li­ście go na po­most? Przyj­rzyj­cie się do­brze, nie spiesz­cie się. Każ­dy szcze­gół jest waż­ny.

- Chło­pa­ki, pa­trzeć! - za­rzą­dził Gor­czy­ca.

War­tow­ni­cy przy­glą­da­li się bacz­nie le­żą­ce­mu, aż je­den z nich za­czął coś szep­tać sier­żan­to­wi do ucha.

- Co wy mi tu chrza­ni­cie?! Jak ma­cie coś do po­wie­dze­nia, to mów­cie gło­śno. Tu nie kon­fe­sjo­nał!

- No bo, pa­nie sier­żan­cie...

- Śmia­ło!

- Bo ten gość, pa­nie sier­żan­cie, miał ze­ga­rek na łań­cusz­ku, a te­raz go nie ma.

- Nie ma? Jak to nie ma? To gdzie jest!? Jak któ­ryś pod­pie­przył, to ja wam!!! - sa­pał ze zło­ści Gor­czy­ca.

- Spo­koj­nie, pa­no­wie, spo­koj­nie. Krzy­kiem do ni­cze­go nie doj­dzie­my - uspo­ka­jał Grab­ski. - Za­sta­nów­cie się do­brze. Na pew­no go wi­dzie­li­ście?

- Jak Boga ko­cham! - po­wie­dział z na­ci­skiem je­den z war­tow­ni­ków. - Jak jesz­cze gość wi­siał na li­nie, to ten ze­ga­rek błysz­czał się w słoń­cu. A te­raz tyl­ko wy­rwa­na kie­szon­ka po nim zo­sta­ła. O!

- Taak... - Ko­mi­sarz za­my­ślił się.

- Wiem! Mam! - wy­krzyk­nął Gor­czy­ca. - On mu­siał się urwać, ja­ke­śmy go wcią­ga­li na po­most. Na pew­no tak było, bo ża­den z nas by go nie ru­szył!

- Wo­bec tego musi le­żeć gdzieś pod wie­żą. Może po­szu­ka­my?

- Przed­nia myśl, pa­nie ko­mi­sa­rzu. War­tow­ni­cy, w ty­ra­lie­rę!

Po chwi­li wszy­scy znaj­du­ją­cy się pod wie­żą an­te­no­wą nu­mer czte­ry szu­ka­li zło­te­go ze­gar­ka na de­wiz­ce. Po­cząt­ko­wo ro­bi­li to zu­peł­nie bez­ład­nie, lecz sier­żant Gor­czy­ca szyb­ko usys­te­ma­ty­zo­wał ich dzia­ła­nia. Od razu po­ja­wi­ły się efek­ty.

Przo­dow­nik Lę­dzio­szek bez prze­ko­na­nia szedł po wy­zna­czo­nym przez sier­żan­ta kwa­dra­cie. Pod­nie­sio­nym pa­ty­kiem roz­gar­niał więk­sze kępy traw. Nie lu­bił ta­kich spon­ta­nicz­nych zry­wów, gdyż uwa­żał, że nie mają żad­ne­go sen­su. On ce­nił dzia­ła­nia za­pla­no­wa­ne, sys­te­ma­tycz­ne, a nie la­ta­nie po polu z pa­ty­kiem. "Tu na­le­ża­ło­by pu­ścić po śla­dzie psa z prze­wod­ni­kiem, to od razu wy­wą­chał­by, co i jak - roz­my­ślał. - Że też ko­mi­sarz dał się na­brać na taką ama­torsz­czy­znę". Na­gle jego wzrok padł na ciem­ny obły przed­miot. Od nie­chce­nia trą­cił go kij­kiem i za­marł. W tra­wie le­żał ele­ganc­ki port­fel z czar­nej skó­ry.

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, tu coś jest! - za­wo­łał pół­gło­sem, żeby dać znać prze­ło­żo­ne­mu, ale zbie­gli się oczy­wi­ście wszy­scy po­szu­ki­wa­cze.

- No? Co tam masz, Fra­niu? - spy­tał za­cie­ka­wio­ny ko­mi­sarz.

- Zda­je się, że port­fel. - Przo­dow­nik wska­zał pa­ty­kiem przed­miot le­żą­cy w tra­wie.

- Eee... to nie ze­ga­rek. - Je­den z war­tow­ni­ków wy­dął war­gi.

- To coś znacz­nie cen­niej­sze­go - z pal­cem wska­zu­ją­cym unie­sio­nym w górę rzekł Grab­ski. - O ile to port­fel za­bi­te­go, moż­li­we, że spo­ro się o nim do­wie­my! Ale to do­pie­ro na po­ste­run­ku, gdzie wszyst­ko do­kład­nie spraw­dzi­my - zmi­ty­go­wał się ko­mi­sarz, wi­dząc, jak war­tow­ni­cy z sier­żan­tem na cze­le po­za­kła­da­li ręce na pier­siach, cze­ka­jąc na re­we­la­cje. - Na ra­zie, pa­no­wie, kon­ty­nu­uje­my po­szu­ki­wa­nia ze­gar­ka. No? Pro­szę, pa­no­wie, pro­szę! - za­chę­cił Grab­ski, po czym przy­kuc­nął i w dużą bia­łą chu­s­tecz­kę wy­ję­tą z kie­sze­ni za­wi­nął zna­le­zi­sko, któ­re na­tu­ral­nie umie­ścił w tecz­ce.

Dal­sze prze­cze­sy­wa­nie te­re­nu - choć trwa­ło po­nad go­dzi­nę - nie przy­nio­sło spo­dzie­wa­ne­go efek­tu. Grab­ski za­sta­na­wiał się, czy w ogó­le ma ono sens. Czy przed­miot rze­czy­wi­ście spadł gdzieś w tra­wę, czy któ­ryś z war­tow­ni­ków, wbrew za­rze­ka­niu się sier­żan­ta, zwy­czaj­nie go so­bie przy­własz­czył, co ko­mi­sarz po ci­chu po­dej­rze­wał. Z dru­giej stro­ny pa­trząc, na­wet gdy­by spadł i zo­stał od­na­le­zio­ny, go­dzi­na, któ­rą by wska­zy­wał, naj­praw­do­po­dob­niej nie by­ła­by za­pi­sem mo­men­tu do­ko­na­nia zbrod­ni. "Ze­ga­rek, któ­ry sta­nął­by w chwi­li upad­ku, za­re­je­stro­wał­by czas tego wła­śnie zda­rze­nia, a to nam nic nie daje, gdyż czło­wiek na li­nie od daw­na nie żył". Ko­mi­sarz za­sę­pił się, a jego twarz prze­sło­ni­ły kłę­by faj­ko­we­go dymu. Sta­nę­ło na tym, że kie­dy przy­je­chał po­li­cyj­ny esze­lon za­przę­żo­ny w dwa kare ko­nie, aby za­brać zwło­ki, Grab­ski za­rzą­dził ko­niec po­szu­ki­wań.

- Bój­cie się Boga, my tu kwit­nie­my pół dnia, a wy­ście wy­sła­li kon­ny wóz? Sa­mo­cho­du wam było szko­da czy ben­zy­ny? Nie spie­szy­li­ście się zbyt­nio! - po­msto­wał przo­dow­nik.

- Sa­mo­cho­dów jest nie­wie­le i są prze­zna­czo­ne do in­nych ce­lów. Zresz­tą, do cze­go się tu spie­szyć? Nie­bosz­czyk prze­cież nie wsta­nie i nie uciek­nie, praw­da, ko­le­go? - iro­ni­zo­wał po­li­cjant-woź­ni­ca.

- Nie bądź taki dow­cip­ny, ko­le­go! - huk­nął Lę­dzio­szek. - Jak­byś po­la­tał po tej dra­bi­nie w tę i na­zad, ina­czej byś śpie­wał!

- Do­bra, do­bra, ko­le­go. Ja mam swo­je roz­ka­zy i to­bie nic do tego. A jak ci się coś nie wi­dzi, po­szu­kaj so­bie in­ne­go fa­chu.

- Spo­kój, świ­nia z mał­pą! - wmie­szał się Grab­ski. - Za­bie­raj­cie, pa­no­wie, de­na­ta i wieź­cie go jak naj­szyb­ciej, gdzie trze­ba. A ty, Fra­niu, za mną!

- Czy­li do­kąd?

- No jak to? Do bu­dyn­ku sta­cji oczy­wi­ście!

- To nie wra­ca­my do ko­mi­sa­ria­tu?

- Żar­ty się cie­bie trzy­ma­ją, Fra­niu. Uzmy­słów so­bie, że mamy do czy­nie­nia z po­waż­ną i skom­pli­ko­wa­ną spra­wą, więc nie wy­ga­duj wię­cej głu­pot!

1 Trans­atlan­tyc­ka Cen­tra­la Ra­dio­te­le­gra­ficz­na skła­da­ła się z trzech obiek­tów: Cen­tra­li Nadaw­czej w Sta­rych Ba­bi­cach, obiek­tu od­bior­cze­go w Gro­dzi­sku Ma­zo­wiec­kim i Biu­ra Ope­ra­cyj­ne­go w War­sza­wie. Naj­waż­niej­szym obiek­tem była Cen­tra­la Nadaw­cza, gdzie ge­ne­ro­wa­no sy­gnał, któ­ry roz­sy­ła­no prak­tycz­nie na cały świat za po­mo­cą in­sta­la­cji an­te­no­wej roz­pię­tej na dzie­się­ciu wie­żach o wy­so­ko­ści 127,5 m każ­da.

2 Czu­waj­ką na­zy­wa­no be­to­no­wą bud­kę war­tow­ni­czą z cha­rak­te­ry­stycz­nym na­pi­sem "Czu­waj" wy­tło­czo­nym na fron­to­nie. War­tow­ni­cy strze­gą­cy te­re­nu Cen­tra­li mie­li do dys­po­zy­cji sześć ta­kich bu­dek.

3 Do­wód­ca war­ty miał pra­wo kon­tro­lo­wać na po­ste­run­ku swych pod­ko­mend­nych.

4 Były to kon­struk­cje sta­lo­we (kra­tow­ni­co­we), po­sa­do­wio­ne na czte­rech be­to­no­wych sto­pach fun­da­men­to­wych. Wzno­si­ły się na im­po­nu­ją­cą wy­so­kość 127,5 me­tra. Po­mię­dzy nimi roz­pię­te były mie­dzia­ne prze­wo­dy an­te­ny nadaw­czej.

5 W plu­to­nie war­tow­ni­czym pa­no­wa­ła nie­pi­sa­na za­sa­da, że na ha­sło do­wód­cy w ro­dza­ju "dwóch na ochot­ni­ka", zgła­sza­li się wszy­scy mo­gą­cy po­ru­szać się o wła­snych si­łach. I to bez chwi­li za­sta­no­wie­nia.

6 Ilu­stro­wa­ny Ku­rier Co­dzien­ny (I.K.C.).

7 Ko­mi­sarz Dio­ni­zy Grab­ski był bra­tem Wła­dy­sła­wa Grab­skie­go, mi­ni­stra skar­bu oraz dwu­krot­ne­go pre­mie­ra II Rze­czy­po­spo­li­tej, au­to­ra re­for­my wa­lu­to­wej.

8 Po­przed­ni In­spek­tor udał się na za­słu­żo­ną eme­ry­tu­rę.

*

U wej­ścia do bu­dyn­ku sta­cji nadaw­czej przy­wi­tał po­li­cjan­tów kie­row­nik zmia­ny.

- Ser­decz­nie wi­tam, pa­no­wie, choć oko­licz­no­ści na­sze­go po­zna­nia nie są miłe. Je­stem in­ży­nier Ka­rol Stru­żań­ski. - Nie­wy­so­ki, ły­sie­ją­cy męż­czy­zna lat oko­ło pięć­dzie­się­ciu, z pierw­szy­mi ozna­ka­mi ty­cia skło­nił się im służ­bi­ście. Ubra­ny był w po­pie­la­ty gar­ni­tur, na któ­ry za­rzu­cił gra­na­to­wy far­tuch.

- Ko­mi­sarz Dio­ni­zy Grab­ski, a to mój po­moc­nik: przo­dow­nik Lę­dzio­szek.

- Pan Grab­ski? Po­zwo­li pan ła­ska­wie, że za­py­tam. Czy ma pan coś wspól­ne­go z pre­mie­rem rzą­du Wła­dy­sła­wem Grab­skim, któ­re­mu za­wdzię­cza­my, że nie trze­ba cho­dzić z wor­kiem pie­nię­dzy po chleb, czy to tyl­ko zbież­ność na­zwisk?

- Wła­dy­sław to mój brat. - Ko­mi­sarz uchy­lił ka­pe­lu­sza.

- Nie­sły­cha­ne! Tak ja­koś czu­łem, że to nie przy­pa­dek, bo wi­dzi pan...

- Daj­my temu po­kój - dość szorst­ko prze­rwał ko­mi­sarz, któ­re­go, szcze­rze po­wie­dziaw­szy, nie­źle już mę­czy­ło to cią­głe "od­kry­wa­nie" jego ko­li­ga­cji ro­dzin­nych.

- Bar­dzo prze­pra­szam, pa­nie ko­mi­sa­rzu, za tę po­ufa­łość, ale nie mo­głem się po­wstrzy­mać przed za­spo­ko­je­niem swej cie­ka­wo­ści. - In­ży­nier ukło­nił się po­now­nie. - Do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę, że nie przy­szli­ście, pa­no­wie, do nas w ce­lach to­wa­rzy­skich, dla­te­go nie­zwłocz­nie za­pra­szam do swe­go biu­ra. - Stru­żań­ski wska­zał go­ściom drzwi, prze­pusz­cza­jąc ich przed sobą.

We­szli do holu. W pierw­szej chwi­li w noz­drza ude­rzył ich ostry, nie­zna­ny za­pach, a w uszy mo­no­ton­ny szum ja­kichś urzą­dzeń. Da­wa­ło się tak­że wy­czuć drże­nie pod­ło­gi. Po­li­cjan­ci spoj­rze­li po so­bie, co nie uszło uwa­dze in­ży­nie­ra.

- Je­śli ma­cie, pa­no­wie, ja­kieś py­ta­nia do­ty­czą­ce na­szej sta­cji nadaw­czej, chęt­nie od­po­wiem. Nie mamy tu żad­nych ta­jem­nic. Za­chę­cam do sko­rzy­sta­nia z oka­zji, gdyż moż­li­wość prze­by­wa­nia w ta­kiej bu­dow­li nie zda­rza się czę­sto.

- To drże­nie pod­ło­gi i dziw­ny za­pach... - skon­sta­to­wał Grab­ski.

- Tak, oczy­wi­ście. - In­ży­nier ski­nął gło­wą. - Drże­nie wy­wo­łu­ją pra­cu­ją­ce ge­ne­ra­to­ry sys­te­mu Ale­xan­der­so­na9. Mamy ta­kie dwa. To ser­ce na­szej sta­cji. Wy­twa­rza­ją sy­gnał idą­cy po­tem do an­ten. To po­tęż­ne ma­szy­ny wi­ru­ją­ce, więc wy­ma­ga­ją cią­głe­go sma­ro­wa­nia. Roz­grza­ny smar, pro­dukt de­sty­la­cji ropy naf­to­wej, uwal­nia czą­stecz­ki wę­glo­wo­do­rów aro­ma­tycz­nych. Stąd ten spe­cy­ficz­ny za­pach. Fioł­ki co praw­da to nie są, ale moż­na się przy­zwy­cza­ić. Je­śli roz­bo­lą pa­nów gło­wy, mamy tu małe am­bu­la­to­rium, gdzie znaj­dzie­my sto­sow­ne me­dy­ka­men­ty.

In­ży­nier zro­bił pau­zę, ocze­ku­jąc na­stęp­nych py­tań, lecz sko­ro te nie pa­dły, ru­szył przo­dem w stro­nę scho­dów. Po­li­cjan­ci jak cie­nie po­dą­ża­li pół kro­ku za nim. Po po­ko­na­niu kil­ku kon­dy­gna­cji zna­leź­li się w nie­wiel­kim ko­ry­ta­rzy­ku wy­ło­żo­nym tłu­mią­cym kro­ki dy­wa­ni­kiem. Sta­nę­li przed drzwia­mi z na­pi­sem "Kie­row­nik zmia­ny". Stru­żań­ski po­ło­żył dłoń na klam­ce, lecz Grab­ski po­wstrzy­mał go ru­chem ręki. Po­szedł do koń­ca ko­ry­ta­rza, bacz­nie - z ra­cji swe­go pseu­do­ni­mu - oglą­da­jąc wszyst­kie drzwi, a na­wet na­słu­chu­jąc. Od­krył w ten spo­sób po­miesz­cze­nie tech­ni­ków, ope­ra­to­rów, po­kój wy­po­czyn­ko­wy, sal­kę ja­dal­ną i po­miesz­cze­nie per­so­ne­lu sprzą­ta­ją­ce­go.

- Pan wy­ba­czy, to ru­ty­no­wa czyn­ność - wy­ja­śnił, kie­dy znów zna­lazł się przy drzwiach do po­ko­ju kie­row­ni­ka zmia­ny.

- Na­tu­ral­nie, pa­nie ko­mi­sa­rzu. Na­tu­ral­nie.

Kie­dy we­szli do ga­bi­ne­tu, przy­wi­tał ich su­ro­wy wzrok mar­szał­ka Pił­sud­skie­go pa­trzą­ce­go na nich z por­tre­tu. Lę­dzio­szek aż się wzdry­gnął. Od­ru­cho­wo przy­tknął pal­ce do dasz­ka czap­ki i stuk­nął ob­ca­sa­mi.

- Ach, to? - Stru­żań­ski uśmiech­nął się. - To mój ulu­bio­ny por­tret mar­szał­ka. Wszę­dzie go ze sobą wożę. Sia­daj­cie, pa­no­wie.

Męż­czyź­ni usie­dli przy pro­stym dę­bo­wym sto­le.

- Wszę­dzie? Mam to ro­zu­mieć do­słow­nie? - pod­chwy­cił ko­mi­sarz.

- Do­słow­nie to nie... Cho­dzi oczy­wi­ście o moje po­przed­nie miej­sca pra­cy.

- Ja­sne. Wiesz co, Fra­niu? - Grab­ski na­gle zwró­cił się do przo­dow­ni­ka. - Mam dla cie­bie za­da­nie. My tu so­bie z pa­nem kie­row­ni­kiem po­ga­da­my, a ty w tym cza­sie idź po­roz­ma­wiać z tech­ni­ka­mi i ope­ra­to­ra­mi. Ustal, czy ktoś wi­dział wczo­raj tego nie­bosz­czy­ka i ewen­tu­al­nie, o któ­rej to było go­dzi­nie.

- Tak jest, pa­nie ko­mi­sa­rzu - od­rzekł Lę­dzio­szek i opu­ścił ga­bi­net.

- To mówi pan, że por­tret mar­szał­ka wszę­dzie z pa­nem jeź­dzi? A tu, na tej sta­cji, dłu­go pan pra­cu­je?

- Dość dłu­go. W grud­niu bę­dzie rok.

- Czy­li, że zdą­żył pan już po­znać wszyst­kich pra­cow­ni­ków?

- Wszyst­kich to nie. Ale tych z mo­jej zmia­ny ra­czej tak.

- Ile osób li­czy cały per­so­nel sta­cji?

- Oko­ło pięć­dzie­się­ciu, plus od­dział war­tow­ni­czy.

- A na zmia­nie?

- Dzie­się­ciu. Trzech me­cha­ni­ków, trzech ope­ra­to­rów, trzech tech­ni­ków i ja. Jest też per­so­nel sprzą­ta­ją­cy, ale ta pani do zmia­ny nie na­le­ży.

- A czy ro­ta­cja pra­cow­ni­ków po­mię­dzy zmia­na­mi jest duża?

- Nie­wiel­ka. Każ­dy ra­czej trzy­ma się swo­jej bry­ga­dy.

- Czy taka bry­ga­da two­rzy zgra­ny ze­spół?

- W ja­kim sen­sie?

- Py­tam, czy pra­cow­ni­cy się lu­bią, czy współ­pra­cu­ją ze sobą chęt­nie, czy też zda­rza­ją się kłót­nie, nie­sna­ski, kon­flik­ty?

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

9 Ge­ne­ra­tor Ale­xan­der­so­na (al­ter­na­tor Ale­xan­der­so­na, prąd­ni­ca Ale­xan­der­so­na) - wy­na­le­zio­ny przez Ern­sta Ale­xan­der­so­na al­ter­na­tor wiel­kiej czę­sto­tli­wo­ści du­żej mocy bę­dą­cy za­sad­ni­czym ele­men­tem na­daj­ni­ków ra­dio­wych du­żej mocy w po­cząt­ko­wym okre­sie roz­wo­ju tech­ni­ki ra­dio­wej. Źró­dło: https://pl.wi­ki­pe­dia.org/wiki/Al­ter­na­to­r_A­le­xan­der­so­na.