Śmierć w cieniu dziesięciu wież - Tomasz Sobieraj

Reflow text when sidebars are open.
17 listopada 1923 roku na terenie stacji nadawczej Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej1 mieszczącej się w podwarszawskich Babicach - zwanej potocznie "Radiostacją Babice" - od samego rana panowało ogromne poruszenie. Pierwsi goście zaczęli się zjeżdżać około godziny dziesiątej. Na drodze rzędem ustawiały się automobile, powozy i dorożki. Wysiadali z nich eleganccy panowie z laseczkami, w wyglancowanych pantoflach, długich płaszczach i kapeluszach. Nierzadko towarzyszyły im damy w futrzanych kreacjach i kapeluszach przystrojonych fantazyjnymi ozdobami. Zjawili się reprezentanci polskiego rządu, generałowie Wojska Polskiego - wśród nich Biskup Polowy ksiądz biskup generał dywizji Stanisław Gall. Byli także przedstawiciele korpusu dyplomatycznego, przemysłu, handlu. Pomiędzy zgromadzonymi osobistościami kręciła się spora grupa dziennikarzy.
Około południa pojawiła się czarna limuzyna, z której wysiadł sam prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski. Uchylił kapelusza i w asyście oficjeli wszedł do budynku stacji.
Po inauguracyjnych przemówieniach i poświęceniu kompleksu przez Biskupa Polowego Wojska Polskiego prezydent Stanisław Wojciechowski dokonał symbolicznego otwarcia Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej, wysyłając inauguracyjny telegram do prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Calvina Coolidge'a. Po kilkunastu minutach otrzymał życzliwą odpowiedź. Tym samym nowy środek łączności pomiędzy odradzającym się państwem polskim a praktycznie całym światem (Ameryką, Azją, Australią) został oficjalnie uruchomiony.
*
Piętnaście lat później
Była piękna wrześniowa noc. Rozgwieżdżone niebo niczym ogromny parasol zdawało się przykrywać całą połać rozległych pól i łąk. Nieco dalej, tam gdzie w milczeniu stała czarnym murem ściana smukłych sosen Puszczy Kampinoskiej, gwiazdy zdawały się dotykać wierzchołków drzew, a niektóre z nich przeświecały nawet w ich koronach. Widok iście baśniowy, z lekka tajemniczy, nastrajający podniośle i skłaniający do marzeń.
Szeregowy Ignacy Kozieluk, pełniący tej nocy służbę wartowniczą na terenie Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej, zdjął z ramienia ciążący mu karabin i oparł go o ścianę w kącie swojej "czuwajki"2. Rozpostarł szeroko ramiona i rozprostował przygarbione plecy. Uśmiechnął się, przypominając sobie przebieg odprawy.
- Pamiętajcie, chłopcy! - powiedział wtedy dowódca warty sierżant Gorczyca. - Kiedy gwer zacznie wam ciążyć, ale tak, że kark będzie wam pękał od szyi aż do samej dupy, możecie go zdjąć z ramienia i odstawić. Nie na dłużej jednak niż na trzy minuty i nie dalej niż na wyciągnięcie ręki! Jasne?
- Tak jest, panie sierżancie! - odpowiedzieli chórem wartownicy stojący wyprężeni w idealnie wyrównanym szeregu.
- Są pytania? - Gorczyca zapytał zwyczajowo, spodziewając się, że również zwyczajowo odpowie mu głucha cisza. Było bowiem przyjęte, że przełożonemu byle czym głowy się nie zawraca. Aż tu nagle...
- Szeregowy Zawada z zapytaniem, panie sierżancie!
- Wiedziałem. Że też mi was diabli nadali! - Sierżant mruknął pod nosem jakieś niemieckie przekleństwa. Gdy skończył mu się repertuar, otarł wąsy i spokojnym głosem rzekł.
- Bardzo proszę, Zawada. Proszę, proszę. Pytajcie!
- Jak mam odmierzyć te trzy minuty, panie sierżancie?
- Nie macie zegarka, szeregowy?
- Miałem, panie sierżancie, ale podczas ostatniej przepustki wybrałem się do Warszawy i...
- Okradli was w tramwaju albo gdzie na ulicy? Czy może zamtuz odwiedzaliście i zabrakło wam kapitału?
- Nie, przegrałem w karty pod mostem Kierbedzia.
- Dobrze, że chociaż portki ocaliliście! - parsknął sierżant.
Wartownicy gruchnęli śmiechem.
- Spokój!!! - wrzasnął Gorczyca, przywołując podwładnych do porządku. - Wobec tego zarządzam, co następuje. Ci, którzy zegarki posiadają, odliczą trzy minuty na tarczy. Ci, którzy nie posiadają, mają policzyć do dwustu! I jeszcze jedno, panowie wartownicy. Wolno wam tak postąpić tylko raz podczas zmiany. I zanim to zrobicie, macie się dokładnie upewnić, że nikt was nie widzi, a zwłaszcza ja3! Odprawa skończona.
*
Szeregowy Kozieluk ani myślał respektować zarządzenia dowódcy. Nie dlatego, że go nie szanował - bo szanował bardzo - lecz kiedy odstawił swojego mausera w kąt, poczuł taką ulgę, że niespieszno mu było ponownie wrzucać na plecy prawie czterokilowy ciężar. Kozieluk ziewnął przeciągle. Te świtowe zmiany były najgorsze. Ciągnęły się w nieskończoność i zawsze najbardziej chciało się spać. Wartownik podszedł do okienka swojej czuwajki, wystawił głowę na nocny chłód i wciągnął głęboko rześkie powietrze przesycone zapachem wrzosów, grzybni i niedalekich mokradeł. Gdzieś od puszczy doleciał basowy pomruk jeleni szykujących się do rykowiska. Dawało się także rozróżnić postękiwanie łosi, których w puszczy nie brakowało.
"Pewnie niedługo zaczną się wykopki" - pomyślał Kozieluk i zadarł głowę w górę. Mnogość gwiazd, którą zobaczył, przytłoczyła go. Tak było zawsze, kiedy tylko zdobył się na odwagę, by na nie spojrzeć. Jego myśl natychmiast uciekała z Układu Słonecznego, biegła poprzez Mleczną Drogę do innych galaktyk, zagłębiała się w nieskończoną przestrzeń, nie znajdując kresu, oparcia, aż na koniec traciła sens. Wyobraźni starczało bowiem jedynie do pewnego momentu, do granicy ludzkiej pojmowalności. A co dalej, dalej i dalej? Bóg?
Szeregowy poczuł ból w szyi i opuścił głowę. W samą porę, gdyż nad lasem pojawiło się coś nowego. Najpierw blada poświata pełgająca w rozedrganym powietrzu. Potem dziwny różowo-żółty błysk, podświetlający poranną mgłę wypełzającą spomiędzy drzew i osiadającą na trawach i krzewach. Obraz zmieniał się z minuty na minutę, aż wreszcie nad puszczą podniósł się rąbek jaśniejącego dysku i wkoło rozlało się różowe srebro. Wtedy wszystko stało się jasne. Wstawał dzień.
Kozieluk patrzył urzeczony, jak w miarę przybywania słonecznej poświaty ubywało gwiazd. Urzekał go ten ciągły ruch, ciągłe zmiany na niebie. Ani chwili spoczynku, zastoju, bezczynności. Zupełnie tak, jakby wszechświat był żyjącym organizmem. Ale przecież, do cholery, nie jest! Chyba nie jest...
*
Pierwsze zawołania budzących się ptaków sprowadziły zamyślonego i rozmarzonego wartownika na ziemię. Nerwowo spojrzał na zegarek. Owe trzy minuty sierżanta Gorczycy dawno minęły. Co więcej, pozostawało niecałe pół godziny do zmiany warty. Kozieluk zarzucił karabin na ramię i wyszedł z czuwajki. Ukucnął i dotknął ręką trawy. Była mokra od rosy.
"Będzie ładny dzień. Najwyższy czas na spacerek" - pomyślał. Regulamin służby mówił, że na piętnaście minut przed nadejściem zmiany każdy wartownik powinien dokonać obchodu terenu należącego do posterunku i przekazać go zmiennikowi z rutynową formułką: "W czasie pełnienia służby nic ważnego nie zaszło" - o ile rzeczywiście nie zaszło.
Szeregowy Ignacy Kozieluk szedł drogą prowadzącą wzdłuż wież anteny nadawczej Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej, których było dziesięć4. Powoli stawiał kolejne kroki, patrząc, jak wszystko wokół szarzeje w brzasku, poddając się niezmiennemu rytmowi natury. Będąc gdzieś w okolicy wieży numer cztery, przystanął. Zadarł głowę, żeby jeszcze raz popatrzeć, jak wstający dzień oświetla wyniosłą budowlę, i wtedy zobaczył coś, co wprawiło go w osłupienie. Kilkanaście metrów od szczytu wieży zwisał sporych rozmiarów przedmiot, który z daleka przypominał duży worek. Budzący się poranny wiatr majestatycznie kiwał przedmiotem, co sprawiało, że coś doń przyczepionego pobłyskiwało w pierwszych promieniach słońca.
"Czyżby odpadła część konstrukcji albo urwał się izolator i dyndał na drucie?" - przemknęło przez myśl Kozielukowi. Wartownik przysłonił oczy ręką i próbował coś dostrzec. Nagle zamarł w przerażeniu, a po krzyżu przeszedł mu dreszcz. Pochylił się gwałtownie, czując wzbierające torsje. Opanował jednak słabość. Wyprostował się i wziął kilka głębokich wdechów, co pozwoliło mu dojść do siebie. I wtedy posłyszał chrzęst kroków na ścieżce i podzwanianie oporządzenia. Odruchowo zerwał karabin z ramienia i wycelował przed siebie.
- Stój!!! Kto idzie?! - zawołał gromko.
*
Nadchodzący wartownicy stanęli jak wryci. Czego jak czego, ale takiego zawołania nie sposób było zignorować.
- Co się wygłupiasz, Ignac? Przecież widzisz, że to my! - doleciało z oddali.
- Stój!!! Kto idzie?! - powtórzył wezwanie wartownik.
- Zmiana idzie, a ty się wydzierasz? Zostawiłbyś to sobie na lepszą okazję - powiedział z wyrzutem szeregowy Burzyński, który miał objąć posterunek.
- Halo, szeregowy Kozieluk! Tu mówi rozprowadzający, kapral Maciejak. Czy wszystko u ciebie w porządku? Odpowiadaj!
- Tak, w porządku - drewnianym głosem odpowiedział Ignacy.
- To co za wygłupy się ciebie trzymają? Tu nie miejsce na koszarowe błazeństwo! Pełnisz służbę wartowniczą! Weź natychmiast broń na ramię i stań w postawie zasadniczej!
Kozieluk wykonał polecenie.
- Dobra, stój spokojnie. Podchodzimy.
Kiedy ostrożnie zbliżyli się do wartownika, kapral uważnie popatrzył mu w twarz.
- W porządku Kozieluk. Daj spocznij - powiedział ojcowskim tonem.
- No? Co z tobą? Coś taki wzburzony? Gadaj, chłopie!
- Sami zobaczcie - drżącymi wargami wyszeptał Ignacy.
- Co mamy zobaczyć? Gdzie? - indagował Maciejak.
- Tam! - wartownik wskazał wierzchołek wieży numer cztery.
Kapral popatrzył we wskazanym kierunku, a po chwili uniósł lornetkę do oczu.
- Jezus Maria... tam wisi człowiek... - jęknął.
W tym momencie Kozieluk jakby się uspokoił. Może zdecydowała o tym świadomość, że to, co mu się wydawało, okazało się prawdą? Że nie wyjdzie na durnia, bo inni też widzą człowieka zwisającego z wieży antenowej?
Przez jakiś czas panowała cisza przerywana jedynie głosami ptaków witających dzień. Wreszcie przerwał ją Kozieluk.
- Panie kapralu, da pan popatrzeć? - poprosił nieśmiało. - Chciałem zobaczyć, co tam się tak błyszczy w słońcu.
Maciejak bez słowa zdjął lornetkę z szyi i podał Kozielukowi. Ten rozpoczął długą, uważną lustrację.
- Ależ to jest... zegarek na dewizce... - wyszeptał w końcu. - Musiał wysunąć się z kieszeni tego biedaka.
- Widzisz, Ignac, czy on żyje? - spytał szeregowy Burzyński.
- E, chyba nie. Nie rusza się, ręce ma rozrzucone. Nogi też są bezwładne.
- Poznajesz, kto to jest? - spytał kapral Maciejak.
- Nie, stąd się nie da - odrzekł Kozieluk, oddając lornetkę.
- W porządku - podsumował rozprowadzający.
- Burzyński! Czujesz się na siłach objąć wartę na posterunku?
- Tak jest, panie kapralu!
- Tylko mów mi prawdę! Strach cię nie obleciał?
- Obleciał, panie kapralu. Ale co robić? Służba, to służba.
- Dobrze. Zapamiętam, że nie pękałeś w chwili próby. Wobec tego zostajesz i w razie czego wal w górę. A my, Kozieluk, biegiem do wartowni!
*
Sierżant Stanisław Gorczyca siedział w pomieszczeniu zmiany czuwającej i przy małej lampce przeglądał podręcznik radiotechniki. Był człowiekiem ambitnym i nie było mu w smak (pomijając zwykły ludzki wstyd wywołany niewiedzą) pełnić służbę przy Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej, nie mając o niej zielonego pojęcia. Toteż kiedy tylko mógł, próbował liznąć nieco tej tajemnej wiedzy, która pozwalała wyjaśnić, jakim cudem stacja nadawcza w podwarszawskich Babicach jest w stanie połączyć się z Nowym Jorkiem, a prezydent Rzeczypospolitej może wymieniać telegramy z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nagle od lektury oderwał go odgłos szybkich kroków. Sierżant odłożył książkę. Wstał od stolika i stanął z założonymi rękami w korytarzyku na wprost drzwi. Kiedy wpadł przez nie zziajany szeregowy Kozieluk, a za nim rozprowadzający, natknęli się na dowódcę witającego ich pytającym wzrokiem. Obaj odruchowo stanęli na baczność.
- Spocznij! - Gorczyca uśmiechnął się pod wąsem. Lubił czasem zaskakiwać swoich podwładnych, pilnując tym samym, by nie popadali w rutynę osłabiającą czujność. - No? Co tam słychać na dworze? - zagadnął. - Obaj macie miny, jakbyście diabła zobaczyli!
- Źle słychać, panie sierżancie.
- Źle? Co wy mi tu chrzanicie, Maciejak?! Ja nie znam takiego słowa! - sapnął dowódca warty przyzwyczajony, że na podobne pytanie odpowiada się: "Wszystko w porządku, panie sierżancie!". Od lat wpajał bowiem swoim podwładnym zasadę, że o trudnościach się nie melduje, tylko pokonuje się je we własnym zakresie.
- Panie sierżancie, jest dramat. Z wieży numer cztery zwisa człowiek - wypalił kapral.
- Cooo??? Co ty bredzisz, Józiek?! - wrzasnął sierżant, a przebywający w budynku wartownicy otoczyli rozmawiających wianuszkiem.
- Szczerą prawdę mówię! Z "czwórki" zwisa człowiek. Widziałem przez lornetkę. Szeregowy także widział. O pomyłce nie może być mowy!
- Dobra. Wierzę ci. W takim razie zostajesz na "gospodarstwie", a ja walę na tę cholerną wieżę. Dwóch ludzi za mną! - krzyknął Gorczyca i nie oglądając się za siebie, wypadł z wartowni5.
*
Wchodzenie na wieżę antenową nie było wcale prostą sprawą. Na szczyt wiodła wąska drabinka, ledwo mieszcząca człowieka. Kiedy sierżant znalazł się u stóp konstrukcji, przez kilka sekund się wahał.
- A jeśli który zleci na łeb? Będzie jeszcze większa granda! - rozważał. Lecz kiedy spojrzał w górę i dostrzegł nieszczęśnika, wahanie minęło. - A nuż tamten jeszcze żyje? Może to ostatnia chwila? - Sierżant popatrzył na swych ludzi. - Ma któryś lęk przed wysokością? - spytał.
- Nie, panie sierżancie.
- A tak naprawdę?
- Żaden, panie sierżancie.
- W porządku, chłopcy. W takim razie zostawcie gwery pod wieżą. Na górze nie będą wam potrzebne, a przy wchodzeniu łatwo można zaczepić lufą o kratownicę. Poza tym będzie wam lżej. Zrozumiano? Wykonać!
Wartownicy bez słowa wykonali rozkaz.
- No jak? Gotowi? - spytał Gorczyca.
- Gotowi! - Wartownicy wyprężyli się.
- No to... drałujemy! Tylko powoli i ostrożnie. Dobrze się trzymać i cholernie uważać! No, jazda!
Mniej więcej w jednej trzeciej wysokości dowódca poczuł, jak zaczyna brakować mu tchu, a przed oczyma poczęły latać mu mroczki. Przystanął dla odpoczynku. Wartownicy zrobili to samo.
"Jasny gwint! Gdybym wiedział, że z tym włażeniem będzie tak ciężko, chyba bym się nie zdecydował. Ale przecież teraz nie zawrócę. Co by ludzie powiedzieli? Że pan sierżant spuchł albo się spietrał?" - medytował.
- No jak tam, chłopcy? Dajecie radę? - zawołał w dół.
- Idzie wytrzymać, panie sierżancie.
- Dobrze. To jazda na górę!
Pięli się mozolnie jeszcze przez dobre pół godziny, aż dotarli do miejsca, gdzie pod wierzchołkiem wieży znajdował się pomost roboczy. To z niego montowano izolatory i przewody antenowe. Sierżant Gorczyca czuł się tak, jakby przerzucił kilka ton węgla. Położył się na pomoście na plecach i ciężko oddychał. Wartownicy zrobili to samo. Przez kilka minut przed oczami sierżanta i jego ludzi przesuwały się pierzaste obłoczki wędrujące po cudownie lazurowym niebie. Widok był tak niezwykły, że można było zapomnieć o Bożym świecie. Jednak każdy z nich dobrze wiedział, po co tu wleźli. Kiedy dowódca jako tako wyrównał oddech, usiadł i odwrócił się do swych podwładnych.
- I jak? Żyjecie, chłopcy?
- Jakoś żyjemy, panie sierżancie. Ale trzeba przyznać, że nie było lekko. Nogi mamy jak z waty.
- To teraz uważajcie podwójnie, żeby mi który nie wyleciał! No, wstawać, chłopaki, idziemy - zarządził dowódca.
Szli ostrożnie podestem roboczym, kurczowo trzymając się barierki. Nie było się co dziwić. Żaden z nich do tej pory nie był na takiej wysokości. Owszem, zdarzała się wysoka sterta słomy po żniwnej młócce czy kilkunastometrowa drabina podczas ćwiczeń. Ale żeby leźć na wysokość ponad stu metrów?
Zachowując najwyższą ostrożność, dobrnęli do środka pomostu. Była tam zamocowana lina, na której wisiał mężczyzna. Co ciekawe, nie wisiał za głowę lub nogę, tylko był przepasany w pół. Sierżant Gorczyca ostrożnie wyjrzał przez barierkę.
- Halo, panie! Żyjesz pan?! Daj pan jakiś znak! - zawołał, lekko potrząsając przy tym liną.
Niestety, nieszczęśnik nie wypowiedział słowa ani nie wykonał najmniejszego gestu. Sierżant stał przez chwilę oparty rękami o barierkę. Na jego czole pojawił się ogromny mars, co dobitnie wskazywało, że ważył w sobie decyzję.
- Nie ma co, chłopaki. Musimy go wciągnąć! - zawyrokował.
- Może lepiej go nie ruszać? To raczej sprawa dla policji. Jeszcze zatrzemy jakieś ślady... - nieśmiało zasugerował jeden z wartowników.
- Oszalałeś, chłopcze?! A jeżeli on jest tylko nieprzytomny? Musimy to sprawdzić, do jasnej cholery! Jazda, brać się za linę i ciągnąć!
Wartownicy zabrali się do pracy. Początkowo szło im niesporo. Próbowali jakoś na zmianę, ale tylko rozhuśtali linę. Dopiero gdy sierżant Gorczyca zarządził, że muszą ciągnąć razem jak marynarze na statku i począł komenderować, poszło lepiej. Wkrótce mężczyzna znalazł się przy barierce. Teraz już we trzech wciągnęli go na pomost i ułożyli na plecach. Gorczyca przyklęknął i zbadał puls mężczyzny. Potem wyciągnął kieszonkowe lusterko i podsunął mu do ust. Wreszcie przyłożył ucho do jego piersi. Kiedy wstał, rozłożył bezradnie ręce.
- Trup, panie sierżancie?
- Jak na moje oko, trup - potwierdził Gorczyca. - Zna go który? Przyjrzeć się!
Wartownicy z kiepsko ukrywanym przerażeniem przemieszanym z odrazą popatrzyli na leżącego. Jego białą jak ściana twarz wykrzywiał grymas bólu, a otwarte oczy wpatrywały się w błękitne niebo.
- Nigdy go nie widzieliśmy, panie sierżancie. To musi być ktoś z kadry inżynierskiej - rzekł starszy szeregowy, a jego kolega przytaknął skinieniem głowy.
- Czemu tak sądzicie?
- Po ubraniu. Tylko oni tak się noszą.
Rzeczywiście. Mężczyzna był ubrany w elegancki szary dwurzędowy garnitur, krawat i brązowe skórzane buty.
- Tak, to bardzo prawdopodobne - zgodził się sierżant. - No cóż, my już mu nie pomożemy. Dlatego szorujcie, chłopcy, na dół, zabierzcie swoją broń i lećcie biegiem do wartowni. Tam niech Maciejak zaraz dzwoni po policję i lekarza. Aha! Niech także powiadomi strażaków. Trzeba go jakoś stąd zdjąć.
- To pan sierżant tu zostanie?
- A co uważasz? Wszystko musi być w najlepszym porządku! Chyba że któryś chce mnie zastąpić, hę?
- Nie, nie. Ja tylko myślałem, panie sierżancie...
- No?
- Że może trzeba by było tego gościa z powrotem na tej linie...
- Zmysły postradałeś?! Po jaką cholerę?
- Żeby policja nas się nie czepiała. Oni zawsze marudzą, że się zaciera ślady. A tak, wywiesimy kolesia znów i niech sobie wszystko po swojemu badają!
- Biegiem na dół, żebym cię zaraz nie musiał...! - wrzasnął sierżant i zamachnął się, jakby chciał walnąć podwładnego na odlew.
Kiedy wartownicy zeszli z pomostu i poczęli z mozołem schodzić z wieży, Gorczyca podszedł do leżącego. Jeszcze raz sprawdził mu puls i przyłożył wierzch dłoni do policzka. Nie mogło być wątpliwości: trup.
"Co tu się, do cholery, stało? Czyżby przyszedł na pomost coś badać albo naprawiać i doszło do nieszczęśliwego wypadku? - zastanawiał się. - Nie był już młody ale też nie stary. Pewnie miał żonę, dzieci, chociaż obrączki na palcu nie widać. W każdym razie desperatem raczej nie był, bo by się liną nie przywiązywał - rozważał. - Ogólnie, dziwne to jakieś".
*
Komisarz Dionizy Grabski z XI Komisariatu Policji Państwowej, mieszczącego się przy ulicy Poznańskiej w Warszawie - nieoficjalnie nazywany przez podwładnych "Bacznym" - siedział za swym biurkiem i przeglądał "Ikaca"6. Ssał przy tym swoją ulubioną fajkę, która dawno wygasła. Nagle, rozdzwonił się telefon stojący na małym stoliku pod ścianą. Grabski nie był w gabinecie sam. W kącie, w głębokim fotelu, siedział jego najbliższy współpracownik w osobie przodownika Franciszka Lędzioszka. Ten czyścił swój służbowy pistolet. Robił to z takim zapamiętaniem, że zupełnie nie zauważał dzwoniącego telefonu. Komisarz chrząknął znacząco i spojrzał z wyrzutem na podwładnego. W końcu machnął ręką, odłożył gazetę i sam podszedł do telefonu.
- Słucham, Grabski - powiedział do słuchawki nieco znudzonym głosem. - Co? - ożywił się nagle. - Gdzie?... Rozumiem. Wyjeżdżam natychmiast. - Słuchawka powędrowała na widełki.
- Franiu? - delikatnie zagaił Grabski, ale nie wywołało to żadnej reakcji podwładnego. - Franiu!!! - krzyknął komisarz.
- Na rozkaz, panie komisarzu! - Lędzioszek poderwał się. Zrobił to tak gwałtownie, że wszystkie sprężynki, śrubki, zapadki, klapki i inne elementy broni rozsypały się po podłodze.
- Pozbieraj, Franiu, dokładnie cały ten kram i przygotuj Chevroleta. Wyjeżdżamy - spokojnym głosem powiedział Grabski. Nie chciał popędzać swego podwładnego. Tam, dokąd się wybierali, nie było się do czego spieszyć.
Przodownik Lędzioszek przez kilka dobrych minut pełzał po podłodze na kolanach i zbierał elementy broni. Kiedy już mu się wydawało, że wyzbierał wszystko, natykał się na kolejne części. W końcu zaklął pod nosem i wstał z kolan. Wprawnymi ruchami poskładał pistolet i ze zdumieniem stwierdził, że kilka elementów nadal leży na stole. Podrapał się po głowie, po czym machnął ręką. Zgarnął ze stołu pozostałe części i schował do kieszeni. Pistolet wepchnął do kabury, zdjął z wieszaka służbową czapkę i wyprężył się na baczność, trzaskając głośno obcasami, co miało dać przełożonemu sygnał, że jest gotów do akcji.
Komisarz, który w międzyczasie zapalił fajkę, kiwnął z uznaniem głową. Sięgnął pod stół po swoją teczkę i mruknął przez zęby: "Idziemy".
Mężczyźni w milczeniu pokonali chłodną klatkę schodową i znaleźli się na parkingu przed budynkiem. Lędzioszek wgramolił się za kierownicę, a Grabski usiadł z tyłu. Przodownik uruchomił silnik, który doskonale wyregulowany cykał jak zegarek. Zadowolony z siebie, gdyż to on dbał o służbowy samochód, odwrócił się do przełożonego.
- To dokąd jedziemy, panie komisarzu?
- Kierunek: Radiostacja Babice!
Kiedy ruszyli, Lędzioszek przez pierwsze minuty jazdy skupiał się wyłącznie na prowadzeniu maszyny. Wiedział, że Radiostacja Babice mieści się gdzieś pod Warszawą, ale dokładnego miejsca nie znał. Przez wsteczne lusterko podziwiał komisarza, który siedział na tylnej kanapie i ze stoickim spokojem pykał ze swej fajki. Wreszcie przodownik nie wytrzymał.
- Panie komisarzu, ta radiostacja... Gdzie to właściwie jest?
- Widziałem, jak na mnie zerkasz, Franiu, i czekałem, aż zapytasz. Specjalnie nic ci nie mówiłem, bo byłem ciekaw, co zrobisz. Przyznam jednak z uznaniem, że intuicja dobrze cię prowadzi. Trzymaj się drogi na Leszno-Żelazową Wolę. Powiem ci, gdzie skręcić.
- A co nas tam czeka, panie komisarzu, jeśli oczywiście wolno spytać?
- Nie są to pączki ani wata cukrowa - szydził komisarz. - Czeka nas to, co zawsze, Franiu. Trup nieboszczyk.
- W takim miejscu? Ta radiostacja to chyba urządzenia techniczne. Pewnie gość dostał zawału albo co najwyżej kopnął go prąd i tyle. Czemu zaraz wzywają nas?
- Nie filozofuj, Franiu. Jak wzywają, to znaczy, że taka jest potrzeba. Zresztą telefonował sam doktor Brejtman, a ten, jak dobrze wiesz, bez potrzeby nie wzywa policji kryminalnej. Ot co.
Dalsza część drogi upłynęła w ciszy, przerywanej jedynie poskrzypywaniem i popiskiwaniem różnych części samochodu.
- Nasmarowałbyś wreszcie tego grata! Piszczy, skrzypi, że nie można zebrać myśli - rzucił z pretensją Grabski.
- Kiedy ja to robię regularnie co tydzień, panie komisarzu! - bronił się Lędzioszek. - Silnik chodzi jak złoto, ale nie da się ukryć, że Chevrolet ma już swoje lata i tym samym ma prawo niedomagać tu czy tam. Chociaż stwierdziłbym, że jest trochę złośliwy...
- Co ty opowiadasz, Franiu? Jak samochód może być złośliwy?
- Ano tak, że jak mu przesmaruję jedną część, nazajutrz zaczyna skrzypieć inna. I tak w koło macieju. Toż to ręce opadają!
- On widocznie lubi, jak się nim zajmujesz. - Grabski parsknął.
Przodownik wzruszył ramionami i nie drążył tematu, nie chcąc podpaść przełożonemu. Pomimo że ruch był niewielki, patrzył uważnie na drogę, co zwalniało go od prowadzenia konwersacji. Komisarz zaś, korzystając z okazji, wyjął z teczki - bo nigdzie się bez niej nie ruszał - przeczytanego "Ikaca", starannie rozścielił go na samochodowej kanapie i zabrał się do czyszczenia fajki. Robił to zawsze z podobnym zapamiętaniem, z jakim Lędzioszek czyścił służbową broń.
*
- Panie komisarzu, dojeżdżamy do Babic - zaalarmował przodownik.
- Dobra, Franiu, dawaj w prawo. I teraz powoli, żebyśmy się nie pogubili. To musi być gdzieś tu... O, dobra! Już widać pierwsze wieże! Zasuwamy prosto tą drogą. Podobno zbudowali ją budowniczowie radiostacji.
- A niech mnie! - półgłosem zawołał przodownik, zatrzymując się przy pierwszej wieży. Opuścił szybę, wystawił głowę i gapił się w górę. - Toż ona ma ze sto metrów!
- Dokładnie sto dwadzieścia siedem i pół - wyjaśnił Grabski.
- Ja słyszałem, panie komisarzu, że to są potężne budowle, ale nie myślałem, że aż tak! Dopiero jak się je widzi z bliska, robią wrażenie! To wszystko zbudowali Amerykanie?
- Właściwie tak, lecz pamiętaj, Franiu, że fundamenty wybudowała firma polska, a elementy składowe wież dostarczyły polskie huty. Także budynki stacyjne zaprojektowali i wybudowali Polacy!
- To ci dopiero! Ale, panie komisarzu, właściwie, po co nam te wszystkie urządzenia? Ciągle się słyszy, że Państwo Polskie jest biedne, a to tutaj musiało kosztować fortunę!
- Po co, pytasz? Ano po to, żebyśmy my, Polacy mieli bezpośrednią łączność ze Stanami Zjednoczonymi, Kanadą, Australią, Japonią i nie musieli płacić obcym państwom za tranzyt wiadomości! Po to choćby, żeby nasza warszawska Giełda Papierów Wartościowych znała najnowsze notowania na Wall Street niemalże na bieżąco, a nie na drugi dzień! Żeby będący w Chicago Kowalski mógł przesłać telegram do rodziny w kraju, że żyje, ma się dobrze i niedługo przyśle trochę dolarów. Ot co!
- Aaa... to jest argument, panie komisarzu. - Lędzioszek pokiwał głową.
- I wiesz, co ci jeszcze powiem? - ciągnął Grabski. - Owszem, inwestycja kosztowała niemało. Ale czy ty zdajesz sobie sprawę, że w obecnym czasie jest to najsilniejsza radiostacja na świecie, obejmująca swym zasięgiem całą kulę ziemską? Rozumiesz chyba, jaki to daje prestiż naszemu państwu? Na otwarciu Radiostacji Babice było tylu oficjeli, że powozy zajęły łąkę aż do Ożarowa! Był nawet prezydent Wojciechowski, który nadał telegram do prezydenta Stanów Zjednoczonych!
- A skąd pan komisarz o tym wie?
- Od brata, Franiu. Od brata7.
Przodownik popatrzył na przełożonego z lekkim niedowierzaniem. Nie uszło to uwadze Grabskiego.
- Widzę, że moje słowa cię nie przekonują. Skoro tak, nie omieszkaj o to zapytać, jak już będziemy na miejscu. Może oni cię uświadomią. Tymczasem ruszaj, bo na nas czekają!
*
Kolebiący się na boki Chevrolet, sunąc powoli, mijał kolejne wieże. Kiedy znalazł się przy tej z numerem cztery, komisarz powiedział: "Stop!". Wysiadł z samochodu, trzasnął drzwiami i podszedł do grupki osób.
- Jestem komisarz Dionizy Grabski z XI Komisariatu. - Uchylił kapelusza. - Z kim mam przyjemność?
- Dowódca warty sierżant Stanisław Gorczyca i moi ludzie.
- Po policję dzwonił lekarz, ale coś go tu nie widzę. Czyżby już odjechał?
- Ależ skąd! Pan doktor jest tam, na górze. - Sierżant wskazał ręką.
- Tam? - Grabski zadarł głowę. - A po cóż on tam wlazł?
- Bo tam jest nieboszczyk, panie komisarzu.
- Co? Jakże to? Ktoś wszedł na tę wieżę i umarł?
- No... niezupełnie. Tam, pod szczytem wieży, pod tą poprzeczką - gestykulował sierżant - jest pomost roboczy. On musiał coś tam robić i chyba z niego spadł, bo jeden z moich wartowników spostrzegł, jak zwisa na linie kilka metrów poniżej pomostu.
- A teraz gdzie on jest? Jakoś nie widzę, żeby ktoś zwisał. - Komisarz zadarł głowę, przysłaniając oczy ręką.
- Bo myśmy tam weszli i wciągnęliśmy go na pomost.
- Czyli to wyście go znaleźli? A po co wciągaliście denata na pomost?
- Na litość boską, panie komisarzu! Miał biedak tak wisieć? Musieliśmy przecież sprawdzić, czy żyje, bo gdyby żył, chcieliśmy udzielić mu jakiejś pomocy. Niestety był zimny. Nie oddychał, nie biło mu serce.
- Taak... to całkiem logiczne. O której to było?
- Jakąś godzinę po wschodzie słońca. Czyli około siódmej.
- Co było potem?
- Kazałem wartownikowi zleźć na dół i dzwonić po lekarza. Sam zostałem pilnować.
- Czego? Trupa?
- No tak w ogóle, wszystkiego. Trupa, no i miejsca zdarzenia.
- Bardzo rozsądnie - pochwalił komisarz, zapisując wszystko skrzętnie w notatniku wyciągniętym z teczki, która stała między jego nogami. - Gratuluję, sierżancie, przytomności umysłu i zimnej krwi. Zostać tam, na górze, sam na sam z nieboszczykiem...
- Ja śmierci zwyczajny. W Wielkiej Wojnie walczyłem w okopach, to się trupów naoglądałem. Śnią mi się do dziś.
- Taak... A lekarz? Kiedy zadzwonił po policję?
- Od razu, jak tylko się dowiedział, co się stało.
- Zanim wszedł na górę?
- Tak jest. Powiedział, że jego żydowski nos podpowiada mu, że to nie mógł być przypadek.
- Aha. Tak powiedział? No to teraz ja mu powiem!
W tym momencie do rozmawiających podszedł przodownik. Przyłożył palce do daszka, stuknął obcasami i głośno oznajmił:
- Przodownik Lędzioszek melduje się, panie komisarzu!
- Dobrze, że jesteś, Franiu. Popatrz, tam pod szczytem wieży jest podobno roboczy pomost. Widzisz?
- Powiedzmy, że widzę, panie komisarzu.
- To świetnie, bo zaraz będziemy musieli się tam wdrapać.
- Że co? Po jaką cholerę, panie komisarzu?
- Bo tam znajduje się nasz denat.
- A niech to... - Przodownik zmełł pod nosem jakieś przekleństwa.
- No, no, nie narzekaj, Franiu. Będziesz miał doskonałą okazję osobiście zmierzyć krokami wysokość wieży!
*
Komisarz Grabski, który szedł pierwszy - naturalnie taszcząc w ręku swą teczkę - sapał jak lokomotywa i co chwila ocierał pot z czoła. Wreszcie zatrzymał się, zdjął kapelusz i długo się nim wachlował, by choć trochę ochłodzić twarz. Kiedy oddech nieco mu się wyrównał, spojrzał w dół. Wydało mu się, że są jakieś pół kilometra nad ziemią.
- No? Jak tam, Franiu? Ile kroków naliczyłeś?
- A niech to jasny szlag trafi, panie komisarzu! - doleciał z dołu stłumiony głos. - Liczyłem do jakichś pięćdziesięciu, ale potem wszystko mi się pop...
- Wierzę. No nic. Odpoczniemy jeszcze chwilę i drałujemy dalej.
- A może by tak zawrócić, panie komisarzu? Oni go tam jakoś zdejmą i na dole pan komisarz wszystko sobie poogląda.
- No wiesz? Tyle razy ci mówiłem, że miejsce zbrodni to teatralna scena. Każdy drobiazg ma znaczenie.
- Miejsce zbrodni? Zakłada pan komisarz, że to nie był wypadek?
- Nie wykluczam takiej możliwości. A jeśli nawet był, trzeba wszystko zobaczyć na własne oczy. Poza tym jak doktor wszedł, to i my damy radę. Nie marudź, Franiu. Ruszamy!
Przodownik westchnął ciężko i spojrzał w górę.
"Jak on sobie daje radę jedną ręką? Ja już dawno bym spadł! - pomyślał. - Swoją drogą, mógłby sobie dorobić jakiś pasek do tej teczki. Skoro nie może bez niej żyć, przewiesiłby ją sobie przez ramię i ręka wolna. A tak, musi balansować na tej cholernej drabince".
Teczka komisarza Grabskiego od dawna była słynna w całym policyjnym środowisku. Praktycznie stała się legendarna. Był to elegancki model wykonany ze świńskiej skóry, z mosiężnymi zapięciami. Podobno wcześniej należała do ojca komisarza, który był ziemianinem. Z racji tego, że nikt do końca nie wiedział, co komisarz w niej trzyma, budziła skrajne emocje. Jedni utrzymywali, że nosi w niej termos z herbatą i kanapki. Inni, że rewolwer i dwie paczki nabojów. Jeszcze inni drwili, że butelkę koniaku, z której po kryjomu pociąga. Najbardziej pomysłowi wysnuli teorię, że komisarz jest morfinistą, a w teczce znajdują się przybory służące uprawianiu tego procederu. Nikt niczego nie wiedział na pewno. Nawet przodownik Lędzioszek - wielokrotnie indagowany przez kolegów z racji tego, że najwięcej przebywał z komisarzem - nie potrafił niczego konkretnego powiedzieć. Sprawa pozostawała więc w sferze domysłów.
Komisarz, brnąc mozolnie w górę, myślał zgoła o czymś innym.
"Wygląda na to, że ten nowy Inspektor, Kozielewski8, ze swoim rewolucyjnym pomysłem ma zupełną rację. Trzeba jak najszybciej, i to ostro, zabrać się za podniesienie kondycji fizycznej policjantów. I wcale nie trzeba budować specjalnej sali do ćwiczeń. Na początek wystarczyłoby, abyśmy skorzystali z urządzeń, jakie posiadają strażacy. Z pewnością nie ćwiczą codziennie i mogliby ich nam użyczyć. Należałoby tylko rozsądnie to skoordynować. Niedobrze, że poprzednik tak zaniedbał ten aspekt wyszkolenia policjanta. Samo strzelanie - choć bardzo ważne - to zdecydowanie za mało".
Nie od dziś wiadomo, że gdy człowiek przy intensywnym wysiłku fizycznym zdoła odwrócić od niego swą uwagę, często nie zauważa, kiedy dociera do jego końca. Tak było i tym razem. Zamyślony komisarz Grabski nagle spostrzegł, że drabinka, po której się wspinał, kończy się, przechodząc w poziomy pomost. Był u celu drogi. Wdrapał się na platformę i nie puszczając teczki, wolną ręką oparł się o barierkę. Po kilkunastu sekundach nad krawędzią pomostu ukazała się głowa Lędzioszka. Jego twarz zdradzała kompletne wyczerpanie.
- No? Dawaj, Franiu, dawaj! Zmobilizuj się! - zachęcił podwładnego komisarz. - Coś u ciebie kiepsko z kondycją! Popatrz, ja, mężczyzna tyle starszy od ciebie, wyglądam po podobnym wysiłku znacznie lepiej niż ty, młody chłopak!
- Bo się pan nie widzi... - odparł zasapany przodownik.
- Taak... No dobrze. Odsapnij chwilę i idziemy.
Mniej więcej w połowie pomostu leżał człowiek. Kilka kroków od niego stał łysawy jegomość niewielkiego wzrostu. Opierał się plecami o barierkę i wystawiał twarz na słońce.
- Dzień dobry, panie doktorze - powiedział Grabski, podchodząc.
- A! Są panowie wreszcie! Już traciłem nadzieję, że zdołacie się tu wdrapać. Zajęło wam to prawie godzinę - odpowiedział lekarz, nie zmieniając pozycji ciała.
- Tak? Skąd ta pewność?
- Dobrze widziałem z góry, jak startowaliście. Ale niech się pan nie przejmuje, komisarzu. Ja właziłem tu pięćdziesiąt sześć minut.
Zaległa cisza. Komisarz otworzył swą teczkę, wyjął etui i począł nabijać fajkę. Gdy ją zapalił, a sytuacja na pomoście nie uległa zmianie, gniewnie tupnął nogą.
- Przepraszam, że przeszkadzam, doktorze! Może przejdziemy do rzeczy, bo chyba nie przyszliśmy tu, by się opalać?! - huknął.
Lekarz podskoczył jak rażony piorunem.
- Upraszam się łaski, panie komisarzu. To wszystko przez to, że moje stare ciało łaknie witaminy "D".
- W porządku. Powiedz pan swoje, my zrobimy swoje i pozostawimy pana sam na sam ze słońcem. Odpowiada to panu?
Doktor Brejtman uśmiechnął się blado.
- Niestety, taki luksus nie jest mi dany. Muszę jak najszybciej wracać do szpitala. Zacznijmy zatem. Otóż mamy tu mężczyznę lat około pięćdziesięciu...
- Który doznał zawału serca i wyleciał za barierkę? - nieco szorstko przerwał Grabski.
- Z czego pan to wnioskuje?
- Gość leży, jakby zasnął, żadnych śladów krwi lub walki na twarzy czy ubraniu. Żadnych śladów wokół. Widziałem niejednego, który zmarł nagle na serce. Wyglądali podobnie.
- Jest pan blisko, a zarazem daleko, drogi komisarzu. Owszem. Śmierć tego człowieka spowodowało ustanie bicia serca, ale bynajmniej nie za sprawą zawału. Przyczyną było pchnięcie ostrym narzędziem, najprawdopodobniej nożem, wykonane z niemal chirurgiczną precyzją.
Komisarz milczał przez chwilę.
- A więc morderstwo. Czułem to przez skórę. A ta precyzja, jak pan mówi: chirurgiczna, o czym świadczy?
- Że ktoś doskonale wiedział, co robi. Co więcej, musiał mieć w tym niezłą wprawę, gdyż cios zadano od tyłu. Jak pan go przewróci na brzuch, znajdzie pan dziurę w marynarce, przez którą weszło narzędzie.
- Coraz lepiej. Napastnik musiał go zaskoczyć. Jak dawno, panie doktorze?
- Jakieś dziesięć do dwunastu godzin.
- Czyli, że wczoraj. Wiemy może, kto to jest?
Lekarz bezradnie rozłożył ręce.
- Tak tylko pytałem, rutynowo. Być może to ktoś znany albo co... - mruczał Grabski, klękając przy leżącym. Powoli obmacał mężczyznę w poszukiwaniu broni. Kiedy jej nie znalazł, zabrał się za przeszukiwanie kieszeni. Niestety, nie natknął się na nic istotnego. Podniósł się ciężko.
- Franiu! - przywołał podwładnego. - Spójrz swoim młodszym okiem i wspomóż łaskawie swego komisarza.
Przodownik posłusznie ukląkł przy zwłokach. Najpierw pieczołowicie założył rękawiczki, a potem oglądał, zaglądał, podglądał. Podnosił ręce denata, badał sztywność stawów, oglądał jego głowę. Wreszcie spojrzał pytająco na Grabskiego.
- Mów - rzekł komisarz.
- Jak na mój gust była walka, a przynajmniej jej próba.
- Z czego wnioskujesz?
- Gość ma za paznokciami jakiś materiał czy co...
- Dobrze. Co jeszcze?
- Jeden paznokieć u prawej ręki jest złamany. I jeszcze kieszonka u kamizelki jest naderwana. Lewa klapa marynarki i kołnierzyk jakby pogniecione. To wszystko.
- Bardzo dobrze, Franiu. Uczysz się! - pochwalił Grabski.
- A wy co? Szkolenie jakieś uskuteczniacie? - wtrącił się Brejtman.
- Coś w tym guście, doktorze. Próbujemy się uzupełniać.
- Z podwładnym?
- A cóż to szkodzi? Ja nie zadzieram nosa i nie pozuję na wszechwiedzącego. Komisarz czy przodownik: co dwie pary oczu, to nie jedna. Zresztą, mój przodownik jest bardzo bystry. Kto wie? Może kiedyś on także zostanie komisarzem?
- Ale prestiż zawodu, stopnia...
- Zgoda, różnią nas stopnie i wysokość uposażenia, ale relacje mamy koleżeńskie. Liczy się przede wszystkim dobro śledztwa. Rozwiązanie każdej sprawy to nasz wspólny sukces.
- W rzeczy samej, nietuzinkowe rozumowanie. Godne uznania, a nawet podziwu. Taka demokracja obowiązuje w całej policji?
- Pozwoli pan, że obejrzymy jeszcze linę, na której zwisał ten nieszczęśnik, i miejsce jej zaczepienia - zgasił dyskusję Grabski. Postąpił kilka kroków do balustrady, sięgnął do teczki i wydobył z niej sporej wielkości lupę. Następnie szczegółowo zbadał całą długość liny: od miejsca jej przywiązania na brzuchu do karabińczyka zaczepionego na barierce. Samą barierkę również.
- Dziwne - rzekł jakby do siebie, lecz Lędzioszek wiedział, że słowa komisarza skierowane są do niego. - Wygląda na to, że lina była w tym miejscu zaczepiona niejeden raz.
- Zdecydowanie - potwierdził przodownik. Drobinki farby są na karabińczyku, a barierka jest miejscami odrapana. Prawdopodobnie zaczep się po niej przesuwał. W dodatku w miejscach odrapań pojawiła się już rdza, co świadczy, że powstały kilka dni temu.
- Taak... No cóż, to chyba wszystko na tę chwilę. Czy ma pan jeszcze coś do nas, panie doktorze? - spytał Grabski dla formalności.
- Panowie! Śledztwo śledztwem i ja to doskonale rozumiem. Ale pomyślcie, jesteście w tak niezwykłym miejscu i nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś się w nim znajdziecie. Z pewnością niewielu jest takich, którym jest to dane. Dlatego rozejrzyjcie się wokół. Obejrzyjcie te cuda techniki, te urządzenia, antenę i w ogóle.
- Doktor ma rację, Franiu. Tylko ostrożnie, bez zbliżania się do poręczy. Nie chcemy tu przecież kolejnego trupa, prawda?
Przez następne dziesięć minut policjanci podziwiali masywne zawieszenia, rzędy izolatorów, połyskujące w słońcu wstęgi miedzianych przewodów tworzących antenę. A kiedy spojrzeli w dal, gdzie stały następne wieże, dotarł do nich ogrom i rozmach tej budowli. Wszystko razem było imponujące! Do tego nieskończona połać błękitnego nieba, niemal bezkresna przestrzeń okolicznych łąk, ograniczona dopiero pasmem rudziejących nieśmiało, wrześniowo, drzew Puszczy Kampinoskiej.
Z niemego zachwytu wyrwało ich zgrzytanie i prychanie wysłużonego silnika. To czerwonym Horchem podjechali pod wieżę numer cztery strażacy.
- Uuuu, coś mi się zdaje, że tymi drabinami to oni nie sięgną nawet do pierwszego członu tej wieży - ocenił patrzący w dół Lędzioszek.
- Prawdopodobnie wcale nie mają takiego zamiaru. Zapewne wejdą tu, na podest, zaczepią swoją odpowiednio długą linę i na niej opuszczą nieszczęśnika - rozważał Grabski. - Dlatego zarządzam koniec wycieczki. Złazimy, Franiu, na dół, żeby zrobić miejsce strażakom. Pan też schodzi, doktorze?
- Nie. Ja tu jeszcze zostanę, aby pokierować ewakuacją nieboszczyka.
- W takim razie: do widzenia. Aha! Jeśli w trakcie sekcji coś istotnego pan znajdzie, proszę oczywiście zadzwonić. Pełnimy w komisariacie służbę przez całą dobę.
- Pamiętam o tym. Jak cokolwiek znajdę lub coś mnie zaniepokoi, nie omieszkam zadzwonić. A tymczasem: do widzenia panom - powiedział Brejtman i ponownie wystawił twarz na słońce.
Grabski machinalnie uchylił kapelusza, ale nie było to konieczne.
*
Po zejściu z wieży policjanci stanęli na uboczu i przyglądali się pracy kolegów. Strażacy, nawykli do działania podczas szalejącego pożaru, zorganizowali się bardzo szybko. Zgodnie z przewidywaniami komisarza nawet nie tykali swych drabin. Z zakamarków przepastnego Horcha wyciągnęli bęben z liną i uprzężą. Jeden z nich - chyba najdrobniejszy - szybko założył uprząż, przypiął do niej linę i ruszył w stronę wieży. To, co później nastąpiło, przyprawiło Grabskiego i jego pomocnika o zawrót głowy. Strażak, pomimo obciążającego go balastu, poruszał się po drabince jak kot. Nie minęło piętnaście minut, jak dawał ręką znaki z pomostu. Widać było, że procentują godziny ćwiczeń i lata praktyki.
Wszedłszy na pomost, strażak wymienił kilka słów z doktorem, po czym zabrał się do montowania bloczka. Po kilku minutach zawiesie było gotowe. Strażak zdjął uprząż i podszedł do doktora.
- Trzeba to założyć nieboszczykowi - powiedział. - Najlepiej pod ramiona.
Brejtman pokiwał głową na znak, że rozumie. Razem dźwignęli denata do siadu i "ubrali" go w brezentowe szelki. Podciągnęli ciało do barierki.
- No, teraz przed nami najgorsze. Musimy wywindować trupa za balustradę.
- A jak nam się wysunie i spadnie?
- To do góry nie poleci. Przyzna pan, doktorze, że jemu już raczej wszystko jedno. Nawet jak grzmotnie na ziemię, gorzej mu już nie będzie. Zresztą, wystarczy, abyśmy przerzucili go przez poręcz, a ci na dole będą go trzymać na linie i powoli opuszczą.
Doktor nie polemizował, choć z pewnością wolałby, żeby do upadku denata nie doszło. Patrzył z założonymi rękami, jak strażak daje jakieś umówione znaki kolegom. Czy w tej sytuacji był sens zawracać sobie głowę gadaniem o godności ciała człowieka nawet po śmierci?
- Dobra, możemy, panie doktorze. Na dole wszystko gotowe. No, razem. Hej op! - zakomenderował strażak.
O dziwo poszło całkiem nieźle. Pomimo że zmarły był ciężki, udało im się za pierwszym razem przełożyć go przez poręcz. Teraz poszło już gładko. Bloczek, poskrzypując cicho, doskonale spełnił swoje zadanie. Wkrótce nieboszczyk leżał pod wieżą, na przygotowanych uprzednio noszach. Strażak na pomoście w milczeniu zwijał swój sprzęt. Zagadał do doktora dopiero, kiedy skończył.
- To tyle z mojej strony. Pan doktor schodzi czy jeszcze zostaje?
- Chętnie bym został jakieś parę dni...
- Słucham? Nie rozumiem?
- Nic, nic, panie kolego. Żartowałem sobie. Oczywiście, zaraz schodzę.
- Tylko proszę uważać. Takie drabinki są bardzo zdradliwe. Wiem, co mówię! - powiedział i ruszył na dół.
Doktor Brejtman pozostał na wieży jeszcze przez chwilę. Popatrzył daleko za horyzont, puścił oko do rudziejących lasów i pomachał przelatującym ptakom. Otarł pot z czoła i z zaciśniętymi zębami rozpoczął wędrówkę w dół. Po co miał dzielić się z kimkolwiek wiadomością, że ma lęk wysokości?
*
Komisarz Grabski stał nad ciałem i bacznie mu się przyglądał. Pykając ze swej fajki, wolno obszedł je dookoła.
- Drogi panie sierżancie - zaczął. - Czy może pan wraz ze swymi żołnierzami, którzy byli na wieży, popatrzeć jeszcze raz na nieboszczyka i powiedzieć, czy wszystko jest tak samo jak wtedy, gdy wciągnęliście go na pomost? Przyjrzyjcie się dobrze, nie spieszcie się. Każdy szczegół jest ważny.
- Chłopaki, patrzeć! - zarządził Gorczyca.
Wartownicy przyglądali się bacznie leżącemu, aż jeden z nich zaczął coś szeptać sierżantowi do ucha.
- Co wy mi tu chrzanicie?! Jak macie coś do powiedzenia, to mówcie głośno. Tu nie konfesjonał!
- No bo, panie sierżancie...
- Śmiało!
- Bo ten gość, panie sierżancie, miał zegarek na łańcuszku, a teraz go nie ma.
- Nie ma? Jak to nie ma? To gdzie jest!? Jak któryś podpieprzył, to ja wam!!! - sapał ze złości Gorczyca.
- Spokojnie, panowie, spokojnie. Krzykiem do niczego nie dojdziemy - uspokajał Grabski. - Zastanówcie się dobrze. Na pewno go widzieliście?
- Jak Boga kocham! - powiedział z naciskiem jeden z wartowników. - Jak jeszcze gość wisiał na linie, to ten zegarek błyszczał się w słońcu. A teraz tylko wyrwana kieszonka po nim została. O!
- Taak... - Komisarz zamyślił się.
- Wiem! Mam! - wykrzyknął Gorczyca. - On musiał się urwać, jakeśmy go wciągali na pomost. Na pewno tak było, bo żaden z nas by go nie ruszył!
- Wobec tego musi leżeć gdzieś pod wieżą. Może poszukamy?
- Przednia myśl, panie komisarzu. Wartownicy, w tyralierę!
Po chwili wszyscy znajdujący się pod wieżą antenową numer cztery szukali złotego zegarka na dewizce. Początkowo robili to zupełnie bezładnie, lecz sierżant Gorczyca szybko usystematyzował ich działania. Od razu pojawiły się efekty.
Przodownik Lędzioszek bez przekonania szedł po wyznaczonym przez sierżanta kwadracie. Podniesionym patykiem rozgarniał większe kępy traw. Nie lubił takich spontanicznych zrywów, gdyż uważał, że nie mają żadnego sensu. On cenił działania zaplanowane, systematyczne, a nie latanie po polu z patykiem. "Tu należałoby puścić po śladzie psa z przewodnikiem, to od razu wywąchałby, co i jak - rozmyślał. - Że też komisarz dał się nabrać na taką amatorszczyznę". Nagle jego wzrok padł na ciemny obły przedmiot. Od niechcenia trącił go kijkiem i zamarł. W trawie leżał elegancki portfel z czarnej skóry.
- Panie komisarzu, tu coś jest! - zawołał półgłosem, żeby dać znać przełożonemu, ale zbiegli się oczywiście wszyscy poszukiwacze.
- No? Co tam masz, Franiu? - spytał zaciekawiony komisarz.
- Zdaje się, że portfel. - Przodownik wskazał patykiem przedmiot leżący w trawie.
- Eee... to nie zegarek. - Jeden z wartowników wydął wargi.
- To coś znacznie cenniejszego - z palcem wskazującym uniesionym w górę rzekł Grabski. - O ile to portfel zabitego, możliwe, że sporo się o nim dowiemy! Ale to dopiero na posterunku, gdzie wszystko dokładnie sprawdzimy - zmitygował się komisarz, widząc, jak wartownicy z sierżantem na czele pozakładali ręce na piersiach, czekając na rewelacje. - Na razie, panowie, kontynuujemy poszukiwania zegarka. No? Proszę, panowie, proszę! - zachęcił Grabski, po czym przykucnął i w dużą białą chusteczkę wyjętą z kieszeni zawinął znalezisko, które naturalnie umieścił w teczce.
Dalsze przeczesywanie terenu - choć trwało ponad godzinę - nie przyniosło spodziewanego efektu. Grabski zastanawiał się, czy w ogóle ma ono sens. Czy przedmiot rzeczywiście spadł gdzieś w trawę, czy któryś z wartowników, wbrew zarzekaniu się sierżanta, zwyczajnie go sobie przywłaszczył, co komisarz po cichu podejrzewał. Z drugiej strony patrząc, nawet gdyby spadł i został odnaleziony, godzina, którą by wskazywał, najprawdopodobniej nie byłaby zapisem momentu dokonania zbrodni. "Zegarek, który stanąłby w chwili upadku, zarejestrowałby czas tego właśnie zdarzenia, a to nam nic nie daje, gdyż człowiek na linie od dawna nie żył". Komisarz zasępił się, a jego twarz przesłoniły kłęby fajkowego dymu. Stanęło na tym, że kiedy przyjechał policyjny eszelon zaprzężony w dwa kare konie, aby zabrać zwłoki, Grabski zarządził koniec poszukiwań.
- Bójcie się Boga, my tu kwitniemy pół dnia, a wyście wysłali konny wóz? Samochodu wam było szkoda czy benzyny? Nie spieszyliście się zbytnio! - pomstował przodownik.
- Samochodów jest niewiele i są przeznaczone do innych celów. Zresztą, do czego się tu spieszyć? Nieboszczyk przecież nie wstanie i nie ucieknie, prawda, kolego? - ironizował policjant-woźnica.
- Nie bądź taki dowcipny, kolego! - huknął Lędzioszek. - Jakbyś polatał po tej drabinie w tę i nazad, inaczej byś śpiewał!
- Dobra, dobra, kolego. Ja mam swoje rozkazy i tobie nic do tego. A jak ci się coś nie widzi, poszukaj sobie innego fachu.
- Spokój, świnia z małpą! - wmieszał się Grabski. - Zabierajcie, panowie, denata i wieźcie go jak najszybciej, gdzie trzeba. A ty, Franiu, za mną!
- Czyli dokąd?
- No jak to? Do budynku stacji oczywiście!
- To nie wracamy do komisariatu?
- Żarty się ciebie trzymają, Franiu. Uzmysłów sobie, że mamy do czynienia z poważną i skomplikowaną sprawą, więc nie wygaduj więcej głupot!
1 Transatlantycka Centrala Radiotelegraficzna składała się z trzech obiektów: Centrali Nadawczej w Starych Babicach, obiektu odbiorczego w Grodzisku Mazowieckim i Biura Operacyjnego w Warszawie. Najważniejszym obiektem była Centrala Nadawcza, gdzie generowano sygnał, który rozsyłano praktycznie na cały świat za pomocą instalacji antenowej rozpiętej na dziesięciu wieżach o wysokości 127,5 m każda.
2 Czuwajką nazywano betonową budkę wartowniczą z charakterystycznym napisem "Czuwaj" wytłoczonym na frontonie. Wartownicy strzegący terenu Centrali mieli do dyspozycji sześć takich budek.
3 Dowódca warty miał prawo kontrolować na posterunku swych podkomendnych.
4 Były to konstrukcje stalowe (kratownicowe), posadowione na czterech betonowych stopach fundamentowych. Wznosiły się na imponującą wysokość 127,5 metra. Pomiędzy nimi rozpięte były miedziane przewody anteny nadawczej.
5 W plutonie wartowniczym panowała niepisana zasada, że na hasło dowódcy w rodzaju "dwóch na ochotnika", zgłaszali się wszyscy mogący poruszać się o własnych siłach. I to bez chwili zastanowienia.
6 Ilustrowany Kurier Codzienny (I.K.C.).
7 Komisarz Dionizy Grabski był bratem Władysława Grabskiego, ministra skarbu oraz dwukrotnego premiera II Rzeczypospolitej, autora reformy walutowej.
8 Poprzedni Inspektor udał się na zasłużoną emeryturę.
*
U wejścia do budynku stacji nadawczej przywitał policjantów kierownik zmiany.
- Serdecznie witam, panowie, choć okoliczności naszego poznania nie są miłe. Jestem inżynier Karol Strużański. - Niewysoki, łysiejący mężczyzna lat około pięćdziesięciu, z pierwszymi oznakami tycia skłonił się im służbiście. Ubrany był w popielaty garnitur, na który zarzucił granatowy fartuch.
- Komisarz Dionizy Grabski, a to mój pomocnik: przodownik Lędzioszek.
- Pan Grabski? Pozwoli pan łaskawie, że zapytam. Czy ma pan coś wspólnego z premierem rządu Władysławem Grabskim, któremu zawdzięczamy, że nie trzeba chodzić z workiem pieniędzy po chleb, czy to tylko zbieżność nazwisk?
- Władysław to mój brat. - Komisarz uchylił kapelusza.
- Niesłychane! Tak jakoś czułem, że to nie przypadek, bo widzi pan...
- Dajmy temu pokój - dość szorstko przerwał komisarz, którego, szczerze powiedziawszy, nieźle już męczyło to ciągłe "odkrywanie" jego koligacji rodzinnych.
- Bardzo przepraszam, panie komisarzu, za tę poufałość, ale nie mogłem się powstrzymać przed zaspokojeniem swej ciekawości. - Inżynier ukłonił się ponownie. - Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie przyszliście, panowie, do nas w celach towarzyskich, dlatego niezwłocznie zapraszam do swego biura. - Strużański wskazał gościom drzwi, przepuszczając ich przed sobą.
Weszli do holu. W pierwszej chwili w nozdrza uderzył ich ostry, nieznany zapach, a w uszy monotonny szum jakichś urządzeń. Dawało się także wyczuć drżenie podłogi. Policjanci spojrzeli po sobie, co nie uszło uwadze inżyniera.
- Jeśli macie, panowie, jakieś pytania dotyczące naszej stacji nadawczej, chętnie odpowiem. Nie mamy tu żadnych tajemnic. Zachęcam do skorzystania z okazji, gdyż możliwość przebywania w takiej budowli nie zdarza się często.
- To drżenie podłogi i dziwny zapach... - skonstatował Grabski.
- Tak, oczywiście. - Inżynier skinął głową. - Drżenie wywołują pracujące generatory systemu Alexandersona9. Mamy takie dwa. To serce naszej stacji. Wytwarzają sygnał idący potem do anten. To potężne maszyny wirujące, więc wymagają ciągłego smarowania. Rozgrzany smar, produkt destylacji ropy naftowej, uwalnia cząsteczki węglowodorów aromatycznych. Stąd ten specyficzny zapach. Fiołki co prawda to nie są, ale można się przyzwyczaić. Jeśli rozbolą panów głowy, mamy tu małe ambulatorium, gdzie znajdziemy stosowne medykamenty.
Inżynier zrobił pauzę, oczekując następnych pytań, lecz skoro te nie padły, ruszył przodem w stronę schodów. Policjanci jak cienie podążali pół kroku za nim. Po pokonaniu kilku kondygnacji znaleźli się w niewielkim korytarzyku wyłożonym tłumiącym kroki dywanikiem. Stanęli przed drzwiami z napisem "Kierownik zmiany". Strużański położył dłoń na klamce, lecz Grabski powstrzymał go ruchem ręki. Poszedł do końca korytarza, bacznie - z racji swego pseudonimu - oglądając wszystkie drzwi, a nawet nasłuchując. Odkrył w ten sposób pomieszczenie techników, operatorów, pokój wypoczynkowy, salkę jadalną i pomieszczenie personelu sprzątającego.
- Pan wybaczy, to rutynowa czynność - wyjaśnił, kiedy znów znalazł się przy drzwiach do pokoju kierownika zmiany.
- Naturalnie, panie komisarzu. Naturalnie.
Kiedy weszli do gabinetu, przywitał ich surowy wzrok marszałka Piłsudskiego patrzącego na nich z portretu. Lędzioszek aż się wzdrygnął. Odruchowo przytknął palce do daszka czapki i stuknął obcasami.
- Ach, to? - Strużański uśmiechnął się. - To mój ulubiony portret marszałka. Wszędzie go ze sobą wożę. Siadajcie, panowie.
Mężczyźni usiedli przy prostym dębowym stole.
- Wszędzie? Mam to rozumieć dosłownie? - podchwycił komisarz.
- Dosłownie to nie... Chodzi oczywiście o moje poprzednie miejsca pracy.
- Jasne. Wiesz co, Franiu? - Grabski nagle zwrócił się do przodownika. - Mam dla ciebie zadanie. My tu sobie z panem kierownikiem pogadamy, a ty w tym czasie idź porozmawiać z technikami i operatorami. Ustal, czy ktoś widział wczoraj tego nieboszczyka i ewentualnie, o której to było godzinie.
- Tak jest, panie komisarzu - odrzekł Lędzioszek i opuścił gabinet.
- To mówi pan, że portret marszałka wszędzie z panem jeździ? A tu, na tej stacji, długo pan pracuje?
- Dość długo. W grudniu będzie rok.
- Czyli, że zdążył pan już poznać wszystkich pracowników?
- Wszystkich to nie. Ale tych z mojej zmiany raczej tak.
- Ile osób liczy cały personel stacji?
- Około pięćdziesięciu, plus oddział wartowniczy.
- A na zmianie?
- Dziesięciu. Trzech mechaników, trzech operatorów, trzech techników i ja. Jest też personel sprzątający, ale ta pani do zmiany nie należy.
- A czy rotacja pracowników pomiędzy zmianami jest duża?
- Niewielka. Każdy raczej trzyma się swojej brygady.
- Czy taka brygada tworzy zgrany zespół?
- W jakim sensie?
- Pytam, czy pracownicy się lubią, czy współpracują ze sobą chętnie, czy też zdarzają się kłótnie, niesnaski, konflikty?
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
9 Generator Alexandersona (alternator Alexandersona, prądnica Alexandersona) - wynaleziony przez Ernsta Alexandersona alternator wielkiej częstotliwości dużej mocy będący zasadniczym elementem nadajników radiowych dużej mocy w początkowym okresie rozwoju techniki radiowej. Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Alternator_Alexandersona.