III
Miasto targowe Tüffer leży w Dolnej Styrii, dwanaście kilometrów na południe od Cilli, po słoweńsku Celje, w dolinie rzeki Sann. Dolna Styria jest tą częścią ziem koronnych, która, podobnie jak Kraina, przypadła po 1918 roku Jugosławii. Po słoweńsku nazywa się ten rejon, tak jak niegdyś, Štajerska, a miasteczko Tüffer - Laško. Mój pradziad, Paul Bast, przywędrował tu z Nadrenii. Wszyscy oni byli przybyszami. Odkryłem to, zajmując się wnikliwiej historią rodzinną przy pisaniu tej książki. Dziadek sugerował mi, że pochodzi z rodziny od stuleci zasiedziałej w Tüffer. Nadreńczyk Paul Bast ożenił się z córką szanowanego obywatela Tüffer, Julianą Renier, spłodził z nią ośmioro dzieci - a może nawet więcej, w każdym razie ośmioro przeżyło - i prowadził w targowym miasteczku garbarnię, która zapewniła jemu i jego rodzinie podziwu godzien dostatek. Wybudował okazały dom naprzeciwko masywnego kościoła parafialnego, który stoi do dziś. W dawniejszych czasach koło domu płynął potok Žikovec, przechodzący obok garbarni w kanał do płukania skór. Po roku 1900 potok zabudowano i teraz przepływa pod miasteczkiem; dopiero blisko ujścia do rzeki Sann, słoweńskiej Savinji, znów wydobywa się spod ziemi.
Co skłoniło Nadreńczyka do osiedlenia się w tym rejonie, na głębokim południu monarchii habsburskiej, zamieszkanym w większości przez Słoweńców - czy założył swoją garbarnię, czy też się w nią wżenił - nie sposób orzec na podstawie dostępnych mi materiałów; wiele ich zaginęło. Pewne jest, że pradziad był katolikiem tak jak jego małżonka, a także człowiekiem skrzętnym i przystępnym, który potrafił zdobyć sobie w Tüffer uznanie i pozycję osoby szanowanej - również jako stały bywalec gospody w hotelu "Horiak", gdzie przesiadywali miejscowi notable. Nieraz wybierano go do przedstawicielstwa gminy, spełniał obywatelski obowiązek jako przysięgły sądu w Cilli, był prezesem okręgowej kasy oszczędności, naczelnikiem ochotniczej straży pożarnej i aktywistą wszystkich stowarzyszeń narodowych w Tüffer, zwłaszcza Towarzystwa Upiększania Miasta i Niemieckiego Związku Szkolnego.
Niemcy stanowili w Tüffer około roku 1900 dwie trzecie ludności; byli wśród nich drobnomieszczanie, kupcy i rzemieślnicy, kilku przemysłowców, wykwalifikowani robotnicy z tartaków nad Sanną, paru lekarzy zakładu kuracyjnego w uzdrowisku cesarza Franciszka Józefa, właściciel źródła termalnego, niejaki Theodor Gunkel, notariusz, adwokat i kilku nauczycieli. Nad miastem górowała leżąca nad brzegiem rzeki podłużna bryła zamku hrabiów Vetter von der Lilie, który kazali oni wybudować na wzgórzu w miejsce zrujnowanej warowni. Uzdrowisko cesarza Franciszka Józefa po przeciwnej stronie Sanny nadawało miasteczku polor, znamiona elegancji i światowości; lista kuracjuszy i przyjezdnych zawierała nazwiska urzędników średniej rangi, rentierów, właścicieli ziemskich i kupców ze wszystkich zakątków monarchii; kilka kilometrów dalej w górę rzeki znajdowało się drugie uzdrowisko, Römerbad Tüffer. Gęsto zalesione wzgórza okalają tam dolinę pierścieniem, białe świątynie na wierzchołkach oczekują pielgrzymów; mieszkańcy doliny byli najwidoczniej ludźmi pobożnymi. Nad miejscowością wznosi się Hum, okazały stożek dolomitowy, na którego zboczach rosną wino i jadalne kasztany. Wielu tüfferczyków miało na pobliskiej wyżynie pola uprawne, winnice i pasieki; na przełomie wieków jeszcze nie dokonał się ostateczny podział między życiem niemal miejskim w murach Tüffer a bytowaniem chłopskim, ukierunkowanym na daleko idącą samowystarczalność.
"Basty", jak sami się w rodzinie nazywali, stanowili silną podporę niemieckiego mieszczaństwa w Tüffer (Laško). Najstarszy syn Ludwig, student medycyny, należał do miejscowego towarzystwa śpiewaczego, a jako lubiany mówca i aktor amator występował na wieczorach sylwestrowych i przy podobnych okazjach, często wraz z siostrami Käthi i Josefine, nazywaną Pepi - były to radosne, śliczne dziewczęta, których nie mogło zabraknąć na żadnym spektaklu amatorskiego kółka w Tüffer.
Kiedy pewnego razu kółko wystawiło w sali hotelu "Horiak" jednoaktówkę pod tytułem Heinzelmännchen [Skrzat], pismo "Deutsche Wacht", ukazujący się w Cilli organ niemieckich narodowców, chwaliło aktorskie dokonania panien Pepi i Käthi Bast, krytykowało natomiast fakt, że wśród publiczności nieszczędzącej zachwytów i aplauzu pokazali się też Słoweńcy.
"W tych trudnych dniach, dniach walki, kiedy słowiaństwo wpycha się do naszych kręgów już to wojując zuchwale, już to skradając się znaną i krętą ścieżką społeczną, również podczas tak pięknego widowiska w Tüffer wolelibyśmy widzieć jasny podział i życzylibyśmy sobie, aby uroczystość dobroczynna pozostała - niemiecka".
Wszystko w kraju dolnostyryjskim dzieliło się według przynależności narodowej i języka: gospody i towarzystwa, instytuty finansowe i szkoły, czytelnie, gazety, świątki przy drodze i nawet nabożeństwa w kościołach. Słoweńcy sadzili lipy przy swoich placach, Niemcy natomiast dęby; Słoweńcy zanosili pieniądze do posojilnicy, Niemcy - do Sparkasse [kasa oszczędności]. Słoweńcy tu, Niemcy tam! Obie strony bojaźliwie pilnowały, żeby nie została naruszona niewidzialna granica: językowa. Niemcy mówili o sobie: my z pogranicza języków - to brzmiało walecznie, jak pomruk grzmotu.
W 1892 roku, dzięki wsparciu Niemieckiego Związku Szkolnego, założono w Tüffer czteroklasową niemiecką szkołę powszechną - mimo że już istniała w tej małej miejscowości szkoła, dwujęzyczna co prawda, ze słoweńskim i niemieckim, bądź, jak wówczas mawiano, "utrakwistyczna". Niemcy takiej szkoły nie chcieli; kiedy niemieckie dzieci uczyły się języka sąsiadów, wielu uważało to za niebezpieczne dla ich narodowości. W Dolnej Styrii, gdzie niemieckie z reguły miasta i miejscowości targowe tworzyły z okolicznymi gminami słoweńskimi wspólne okręgi oświatowe, Niemiecki Związek Szkolny, powołany do życia w 1880 roku z inicjatywy Engelberta Pernerstorfera, późniejszego współzałożyciela austriackiej socjaldemokracji, usiłował przeprowadzić segregację obu grup narodowych - przynajmniej w obrębie ławy szkolnej - przez stworzenie szkół czysto niemieckich. Otwarcie własnej szkoły powszechnej Niemcy w Tüffer i sąsiednim Cilli (Celje) traktowali jako ważne zwycięstwo etapowe w boju obronnym z nacierającymi Słoweńcami. Jako przestrogę mieli przed oczyma przykład Krainy ze stolicą Laibach, utracony, najdalej na południe wysunięty przyczółek niemieckości, który trzeba było odwojować.
"W niedzielę obchodzimy radosne święto. W targowym Tüffer poświęcono nowy niemiecki budynek szkolny. Dla nas, którzy żyjemy w najdalej na południu leżącej marchii niemieckiej; których zewsząd otaczają mówiący po słowiańsku mieszańcy; którzy na każdym kroku widzimy zagrożenia dla zdobyczy naszej prastarej kultury - dla nas ten nowy niemiecki bastion musi mieć szczególną wartość" - pisała "Deutsche Wacht" z okazji otwarcia szkoły. W domu mojego pradziadka czytywano tę ukazującą się dwa razy w tygodniu gazetę jak Biblię. Najważniejsze organizacje narodowe - Niemiecki Związek Gimnastyczny, Niemiecki Związek Cyklistów, Męskie Stowarzyszenie Śpiewacze - w zwartym szyku przybyły z oddalonego o dwanaście kilometrów Cilli, aby wraz z mieszkańcami Tüffer uroczyście obchodzić ich wielki dzień. Każda organizacja miała swoje własne motto:
"Niemiecka pieśń, niemiecka mowa / Niemieckie serca w zdrowiu chowa", wołało Towarzystwo Śpiewacze. "Tylko słowo niemieckie / W swej świętej postaci / Niechaj będzie hasłem / Dla cyklistów braci", wypisali na swoim sztandarze rowerzyści z Cilli.
Słoweńcy śpiewali, wędrowali i uprawiali gimnastykę we własnych stowarzyszeniach. Istniał liberalny związek gimnastyczny "Sokoli", na wzór czeski, a potem też związek chrześcijański "Orli", którego członków Niemcy szyderczo nazywali "czukisami"[2] albo "sowami". Pronarodowo nastawieni Słoweńcy wysoko cenili Czechów, ponieważ ci w ramach monarchii dumnie stawiali czoła Niemcom. Przy okazji uroczystości związków gimnastycznych, niemieckich bądź słoweńskich, chrześcijańskich bądź liberalnych, regularnie dochodziło do starć ze stroną przeciwną, podczas których nierzadko płynęła krew.
Dzieci Bastów gimnastykowały się z zapałem, a stąd dzielił je już tylko krok od volkistowskiego kultu niemieckości. "Czcij Niemców mowę, gardź obcym słowem" - to hasło Friedricha Ludwiga Jahna, starego ojca gimnastyków, wyrecytował mi dziadek, nie wiem już z jakiej okazji; w każdym razie u nas, w Amstetten, nie było obcych (ani Słoweńców).
Często wystarczał drobiazg, żeby Słoweńcy i Niemcy brali się za łby. Kiedy czescy rowerzyści czy gimnastycy, Sokoln, odwiedzali swoich słowiańskich braci w Celje (Cilli) lub gdy na uroczystości poświęcenia kościoła parobcy butnie wołali "živio!", co oznacza "wiwat", Niemcy już czuli się sprowokowani. Najpierw odpowiadali dziarskim "heil!", potem szły w ruch kufle do piwa i pięści. Wykształceni Słoweńcy, adwokaci, lekarze, urzędnicy i księża krzyczeli nie tylko "živio", lecz także "pereat Germania!", ostatecznie w niemieckim gimnazjum w Cilli uczyli się łaciny; na to również akademicy rwali się do bitki, czasami nawet padały strzały. Policja i sądy miały pełne ręce roboty. W wiadomościach lokalnych gazety "Deutsche Wacht" pedantycznie odnotowywano te zajścia, oczywiście podżegaczami byli zawsze Słoweńcy, oni prowokowali, a Niemcy musieli się bronić.
Kiedy w lipcu 1898 roku członkowie Niemieckiego Związku Cyklistów z Cilli urządzili wycieczkę, w miejscowości Tüchern przywitały ich okrzyki "živio" i fruwające kamienie. Rowerzyści spodziewali się takich incydentów, większość z nich miała przy sobie rewolwery z ostrą amunicją.
Z myślą o krzewieniu niemieckości na styryjskiej nizinie powołano do życia rozmaite związki i stowarzyszenia, takie jak "Marchia Południowa", która wspierała osadnictwo chłopów niemieckich na terytoriach mieszanych, aby w ten sposób bronić zagrożonej ziemi. Stowarzyszenie skoncentrowało jednak swoją działalność na przygranicznym obszarze Windische Bühel, co w Cilli i w dolnej dolinie Sanny wywołało protesty. W 1885 roku studenci w Cilli założyli Wakacyjny Związek Niemieckich Studentów w Dolnej Styrii "Germania", z którego potem wyłoniła się uprawiająca pojedynki korporacja studencka "Germania" w Grazu. "Germanie" regularnie obchodzili swoje ceremonie założycielskie w Cilli, skąd wybierali się na krótkie wycieczki do Tüffer i innych miejscowości: urządzali narodowe zloty, podczas których wiele deklamowano, śpiewano i popijano. "Niech żyje nasza Wszechmacierz Germania!" Germanie pragnęli okazać solidarność z niemieckimi braćmi na nizinie, chcieli pogrozić Słoweńcom.
Studiujący w Grazu Bastowie wstąpili wszyscy do korporacji "Germania" i fechtowali w pojedynkach - dziadek, ojciec, stryj; jako dziecko myślałem, że blizny po cięciach rapierem należą do wizerunku mężczyzny, tak jak zarost na twarzy.
Na zdjęciu widać mojego ojca, jak idzie, a właściwie maszeruje, prosto na fotografa, z ponurą miną, laską w prawej ręce, aktówką wciśniętą pod lewe ramię, ubrany w jasny trencz, mimo że jest zima, w tle jaśnieje śnieg; na głowie ojciec ma ciasno przylegającą czarną czapkę, a na obu policzkach opatrunki, które są pewnie zawiązane na czubku głowy, czapka zaś je przytrzymuje. Na odwrocie fotografii widnieje napis szwabachą: "Tak wyglądał "załatwiony"". Zdjęcie zrobiono zapewne w okresie studenckim w Grazu.
Inne, starsze zdjęcie, pokazuje szczupłego młodzieńca z wąsem, w pełnej gali, wysztafirowanego, jak mawiali korporanci, w berecie z piórem, w szarfie przez pierś, ze sztylpami na cholewach, w jasnych, opiętych spodniach - to dziadek. Fotografia pochodzi z broszury akademickiej korporacji "Germania" w Grazu, podpisana jest drukowanymi literami: "Rudolf Bast jako x". X oznacza Pierwszego Przełożonego albo Seniora, choć mężczyzna wygląda młodziutko na zdjęciu, które mogło powstać w 1902 lub 1903 roku. Dziadek zapisał się na fakultet prawniczy w Grazu w semestrze zimowym 1900/1901 i wkrótce potem rozwinął aktywność w korporacji "Germania". W 1902 roku uzyskał rangę fechtmistrza, latem 1903 roku objął funkcję rzecznika, a tym samym przewodniczącego korporacji, który reprezentuje ją na zewnątrz. Szczególnie skwapliwie angażował się w tak zwaną działalność pograniczną Germanów, często w związku z tym jeździł do Dolnej Styrii, do Marburga, Cilli i Laibach. Na fotografii opiera się o stół, ręce w białych rękawiczkach z wyłogami trzyma na rapierze z gardą, klindze, jakiej używano do pojedynków.
Fascynacja bronią. Błysk stali, broń myśliwska, śrutówki, sztucery, rewolwer. Zawsze dużo rozprawiano o broni, również o tej, którą posiadało się kiedyś; była obecna jak najbliżsi, którzy zgaśli. "Mój Mannlicher-Schönauer, mój sztucer Sauera", mawiał dziadek ze smutkiem i wściekłością w głosie. Zakopał swoje fuzje myśliwskie w 1945 roku na wieść o nadchodzących Rosjanach, opatuliwszy je starannie w nasączone olejem pokrowce i płótna, ale pięć lat później, gdy wrócił do Amstetten, nie odnalazł już schowka. Być może ktoś je odkopał - jego broń.
Kiedy Słoweńcy zabiegali o równouprawnienie ich języka i domagali się w Cilli (Celje) lub Marburgu (Maribor), dwóch największych miastach na nizinie, dwujęzycznych nazw ulic, byli besztani jako "windyjscy podżegacze"[3] lub "perwaki" - to pojęcie przejęte z wewnątrzsłoweńskiej debaty; ironicznym mianem prvaki słoweńscy liberałowie określali konserwatystów, ponieważ ci rzekomo lubili pozować na "pierwszych" (prvi), takich, co stoją na czele. Podobne rzeczy Słoweńcy słyszeli, kiedy posługiwali się swoim językiem w niemieckiej restauracji w Cilli lub Tüffer; niemieccy bywalcy wypraszali sobie - nie przebierając w środkach, często z rękoczynami włącznie - taką perwacką nachalność.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.