Śmierć to tylko chwila - Lisa Holmfjord

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

6

Da­vid prze­czy­tał wia­do­mość od Ka­ren Sin­dal.

Znowu pro­po­no­wała spo­tka­nie. W pierw­szym od­ru­chu chciał ka­te­go­rycz­nie od­mó­wić, ale się wy­co­fał. Nie mógł za­po­mnieć o Es­ther. Roz­my­ślał o niej przez ostat­nie ty­go­dnie, przez co stał się zrzę­dliwy i z tru­dem za­sy­piał. Za­pro­po­no­wał spo­tka­nie w Mau­des Sa­lon. Miał głę­boko gdzieś ma­monę tej da­mulki. Chciał się do­wie­dzieć, czemu uga­nia się za Es­ther. Z tego sa­mego prze­klę­tego po­wodu stra­cił całe przed­po­łu­dnie na grze­ba­niu w Go­ogle - naj­lep­szej rze­czy, któ­rej zdo­łał się na­uczyć - tylko po to, żeby do­rzu­cić so­bie no­wych po­wo­dów do fru­stra­cji. Nie wpły­nęło to do­brze na jego po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Do­radca do spraw bez­pie­czeń­stwa. Pry­watny de­tek­tyw. Jedna wielka ściema - oto, czym był. Bez kon­taktu z po­li­cyj­nym dzia­łem IT i tym sa­mym bez moż­li­wo­ści spraw­dze­nia naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych da­nych oso­bo­wych z ar­chi­wów or­ga­nów ści­ga­nia czuł się ża­ło­śnie bez­radny.

Wró­cił pa­mię­cią do końca lat osiem­dzie­sią­tych, kiedy za­czy­nał jako funk­cjo­na­riusz. W tam­tych cza­sach po­li­cja w co­raz więk­szym stop­niu zy­ski­wała cy­frowy do­stęp do ży­cia i dzia­łal­no­ści oby­wa­teli. W ko­lej­nych la­tach roz­wój tech­no­lo­giczny tylko przy­spie­szał, a za­in­te­re­so­wa­nie Da­vida szcze­gó­łami sto­so­wa­nych me­tod co­raz bar­dziej ma­lało. Wy­star­czał mu kom­pu­ter na biurku. W PET1, czyli Po­li­cyj­nej Służ­bie Wy­wia­dow­czej, było jesz­cze ła­twiej. Sys­tem po­zy­ski­wa­nia in­for­ma­cji cy­fro­wych po­li­cyj­nego działu śled­czego nie mógł się rów­nać z tym, czym dys­po­no­wały służby wy­wia­dow­cze. Ich su­per­kom­pu­ter miał do­stęp do każ­dej wy­miany da­nych za­cho­dzą­cej co­dzien­nie mię­dzy nie­zli­czo­nymi in­sty­tu­cjami pu­blicz­nymi, a wszystko to było na bie­żąco ak­tu­ali­zo­wane.

Kiedy Da­vid za­czy­nał w PET, za­sko­czył go sto­pień za­awan­so­wa­nia sys­temu do śle­dze­nia jed­no­stek, które mo­gły się no­sić z za­mia­rem za­kłó­ce­nia po­rządku spo­łecz­nego. Wszyst­kie in­for­ma­cje były ma­ga­zy­no­wane i mo­gły zo­stać wy­cią­gnięte na świa­tło dzienne przez su­per­ma­szynę służb. Je­śli za­ist­nia­łaby taka ko­niecz­ność.

W PET w pełni wy­ko­rzy­sty­wano ist­nie­jące moż­li­wo­ści tech­no­lo­giczne. Dla­tego kiedy Da­vid wró­cił na ko­mendę główną i ob­jął sta­no­wi­sko kie­row­ni­cze śred­niego szcze­bla w wy­dziale za­bójstw - a wła­ści­wie w wy­dziale do walki z prze­stęp­czo­ścią za­gra­ża­jącą ży­ciu i zdro­wiu, jak prze­chrzciły go ja­kieś mą­dre głowy po re­for­mie w dwa ty­siące siód­mym roku - tak trudno było mu przy­wyk­nąć do już za­po­mnia­nych tech­no­lo­gicz­nych ogra­ni­czeń, zna­nych z po­li­cyj­nej prze­szło­ści.

Był ostat­nią osobą go­tową oce­niać sto­pień in­wi­gi­la­cji w de­mo­kra­tycz­nym pań­stwie prawa ta­kim jak Da­nia, zwłasz­cza że ten za­awan­so­wany sys­tem in­wi­gi­la­cji po­ma­gał mu kie­dyś w pracy śled­czego. Ni­gdy jed­nak nie czuł po­trzeby, by po­znać to rze­mio­sło od strony prak­tycz­nej. Nie znał więc me­tod, które przy­da­łyby mu się te­raz, gdy nie miał już pod ręką su­perza­awan­so­wa­nego sprzętu. Za­sta­na­wiał się, czy nie za­dzwo­nić do Pe­tera, ale po­szedł po ro­zum do głowy, kiedy na ekra­nie po­ja­wił się nowy mejl od Sin­dal. Pro­po­no­wała spo­tka­nie już za pół go­dziny.

W tym sa­mym cza­sie na biurku za­wi­bro­wała ko­mórka. Ese­mes od Ma­gnusa. Chło­pak chciał się prze­wie­trzyć. Da­vid był dzi­siaj roz­chwy­ty­wany. Ma­gnus mu­siał po­cze­kać.

Kiedy prze­kro­czył próg ka­wiarni, Sin­dal już na niego cze­kała. Sie­działa przy tym sa­mym sto­liku co ostat­nio. Tym ra­zem jed­nak w środku było pu­sto i pa­no­wała przy­jem­niej­sza at­mos­fera.

- A więc... - po­wie­dział, sia­da­jąc - ...słu­cham.

- Chcę, żeby pan ją śle­dził w naj­bliż­szą so­botę.

- Czemu?

- Chce pan to zle­ce­nie czy nie?

Da­vid za­uwa­żył, że spoj­rze­nie ko­biety błą­dziło. Nie wy­da­wała się na­wet w przy­bli­że­niu tak wy­nio­sła jak ostat­nio, cho­ciaż zwy­kła grzecz­ność tak czy ina­czej nie le­żała ra­czej w jej cha­rak­te­rze. Kel­nerka sta­nęła przy ich sto­liku. Pa­trzyła wy­cze­ku­jąco na Sin­dal, która tylko po­krę­ciła głową. Spo­tka­nie miało być krót­kie. Da­vid jed­nak za­mó­wił kawę, li­cząc na to, że uda mu się wy­cią­gnąć z ko­biety ja­kieś in­for­ma­cje, które przy­da­łyby mu się w dal­szej pracy. Bez po­wo­dze­nia pró­bo­wał na­mie­rzyć Es­ther w sieci. Za­ło­żył so­bie na­wet pro­fil na Fa­ce­bo­oku i szu­kał jej wśród swo­ich daw­nych zna­jo­mych. Ale ni­g­dzie jej nie było. Naj­praw­do­po­dob­niej po ślu­bie zmie­niła na­zwi­sko. Gdyby je znał, by­łoby mu dużo ła­twiej. Sin­dal, mó­wiąc o Es­ther, uży­wała wy­łącz­nie jej imie­nia, jakby była ich wspólną zna­jomą. Da­vid przyj­rzał się uważ­nie ko­bie­cie, która sie­działa wy­pro­sto­wana na krze­śle na­prze­ciwko niego. Kim ona wła­ści­wie była?

- Moja zgoda tak jak ostat­nio za­leży od tego, co jest ce­lem zle­ce­nia - oznaj­mił.

- Es­ther wy­biera się na przy­ję­cie - za­częła Sin­dal. - Mam ad­res tego miej­sca. Mu­szę mieć pew­ność, że wróci bez­piecz­nie do domu. Wła­śnie o to ma się pan za­trosz­czyć.

- Dla­czego pani przy­ja­ciółka mieszka w ośrodku in­ter­wen­cji kry­zy­so­wej?

- To nie pań­ska sprawa. - Sin­dal unio­sła brodę. - Jak za­tem bę­dzie? Chce pan się tego pod­jąć czy mam się zwró­cić do ko­goś in­nego?

- Jak się na­zywa jej mąż?

- Ona nie mieszka tam z jego winy, je­śli tak pan są­dzi.

- Ja nic nie są­dzę - wes­tchnął. - Po pro­stu chcę wie­dzieć, kogo mam śle­dzić. Jak brzmi jej na­zwi­sko?

- Stolt-An­der­sen. - Te­raz to ona mu się przy­glą­dała, wciąż z unie­sio­nym pod­bród­kiem. - Czyli bie­rze pan to zle­ce­nie? Bę­dzie pan ją śle­dził w so­botę?

Po­ki­wał głową na po­twier­dze­nie.

1 - PET - (duń. Po­li­tiets Efter­ret­ning­stje­ne­ste) Po­li­cyjna Służba Wy­wia­dow­cza - sta­no­wiąca od­dział duń­skiej po­li­cji służba spe­cjalna od­po­wie­dzialna mię­dzy in­nymi za kontr­wy­wiad i bez­pie­czeń­stwo we­wnętrzne.

7

Gra­na­towe vo­lvo stało w głębi Nan­sens­gade.

W pierw­szym od­ru­chu Es­ther chciała za­wró­cić i pójść w prze­ciw­nym kie­runku, ale się prze­mo­gła. Sta­wiała krok za kro­kiem, jakby nic się nie stało. Nie chciała dać po so­bie po­znać, że go zo­ba­czyła. Wy­ma­cała w to­rebce pęk klu­czy i zwa­żyła je w dłoni, za­sta­na­wia­jąc się nad ich przy­dat­no­ścią, gdyby chciała go ude­rzyć w skroń. Za­pewne jed­nak tylko po­gor­szy­łoby to sprawę.

Skrzy­żo­wała ra­miona na piersi i za­ci­snęła zęby, ale one i tak szczę­kały. Troje ro­ze­śmia­nych na­sto­lat­ków w iden­tycz­nych sne­aker­sach zmie­rzało ku niej z na­prze­ciwka, nie re­je­stru­jąc jej obec­no­ści. Lu­dzie w tym wieku wciąż prze­mie­rzali świat, nie przej­mu­jąc się rze­czy­wi­sto­ścią. Bez stra­chu przed przy­szło­ścią, wy­bo­rami, któ­rych mieli do­ko­nać, i ich nie­unik­nio­nymi kon­se­kwen­cjami. Prze­pu­ściła ich, usu­wa­jąc się na bok. Na Gyl­den­l?ves­gade sa­mo­chody śmi­gały ku skrzy­żo­wa­niu, było aku­rat zie­lone. Za chwilę po­winna być bez­pieczna. Z miej­sca, w któ­rym stała, mo­gła do­trzeć do drzwi, za­nim on zdą­żyłby jej do­paść. Je­żeli to fak­tycz­nie był on. Kiedy prze­cho­dziła przez Nan­sens­gade, zmu­siła się, by spoj­rzeć w tamtą stronę. Przez ostat­nich parę ty­go­dni we­szło jej w na­wyk ob­ser­wo­wa­nie oto­cze­nia ką­tem oka albo niby przy­pad­kowe od­wra­ca­nie głowy i lu­stro­wa­nie oko­licy, tak żeby on się nie zo­rien­to­wał. Je­śli to był on, jak na ra­zie nie miała co do tego pew­no­ści. Do tej pory za każ­dym ra­zem oka­zy­wało się, że to ktoś inny. Przyj­mo­wała to z ulgą. Póki co po­no­siła ją tylko wy­obraź­nia.

Przed nią le­ni­wie cią­gnęła się ulica pełna ka­wiarni, ni­szo­wych skle­pi­ków i miesz­kań spół­dziel­czych o czyn­szach zde­cy­do­wa­nie nie na każdą kie­szeń. Znowu przy­pad­kowy gra­na­towy sa­mo­chód. Na­wet nie vo­lvo. Przy Nan­sens­gade też miesz­kali lu­dzie, lu­dzie z gra­na­to­wymi sa­mo­cho­dami. Es­ther przy­gry­zła dolną wargę, jakby chciała się uka­rać. Po­mysł, że An­dreas miałby ją śle­dzić, był idio­tyczny. Nie pa­mię­tała, kiedy do­kład­nie za­częła się roz­glą­dać za jego au­tem, kiedy w jej gło­wie za­kieł­ko­wała myśl, że on ją ob­ser­wuje. A jed­nak z prze­lot­nego zmar­twie­nia myśl ta prze­ro­dziła się w stan, który da­wał o so­bie znać za każ­dym ra­zem, gdy Es­ther prze­by­wała poza ośrod­kiem. Trzę­sła się wtedy ze stra­chu. Prze­czu­wała, że zda­rzy się coś złego. Znik­nęła na­dzieja na przy­szłość, którą Es­ther ży­wiła jesz­cze kilka ty­go­dni wcze­śniej. Wszystko opa­no­wał je­den wielki chaos. Es­ther wie­działa, że ni­gdy nie zdoła się od niego uwol­nić.

Prze­bie­gła przez bramę do głów­nego wej­ścia.

Była o włos od roz­sy­pa­nia się w środku. Po­trze­bo­wała po­mocy, ale nie miała ni­kogo, komu mo­głaby o tym po­wie­dzieć. Komu mo­głaby za­ufać. Oni za­wsze będą się do­szu­ki­wać winy po jej stro­nie.

Prze­ko­na­nie, że to tylko kwe­stia czasu, to­wa­rzy­szyło jej jak nie­usta­jący atak pa­niki. W pew­nym mo­men­cie wszystko pój­dzie nie tak. Nie wie­działa kiedy, ale wie­działa, że to na­stąpi.

A on tylko cze­kał na wła­ściwy mo­ment.

8

- ...Przez długi czas są­dzi­łem, że zo­stanę żoł­nie­rzem, ale na ko­mi­sji wy­lo­so­wa­łem nu­mer sześć­set coś i zwol­nili mnie ze służby woj­sko­wej2, a po­tem i tak nic z tego nie wy­szło z po­wodu mnó­stwa in­nych gów­nia­nych spraw. Gdy mia­łem kasę i czu­łem się na to­pie, ro­man­so­wa­łem z molly i śnie­giem, a jak żal ści­skał mi dupę, prze­rzu­ca­łem się na pol­ską kokę i zioło. - Ma­gnus za­śmiał się i na niego spoj­rzał. - Okej, do­syć o mnie. A ty?

- Nie mam zbyt wiele do po­wie­dze­nia. - Da­vid zro­bił krok w bok.

Mi­nął ich ro­we­rzy­sta, a tuż za nim bie­gacz z psem na smy­czy. Nie sły­szał na­wet po­łowy zwie­rzeń Ma­gnusa, ale naj­wy­raź­niej udało mu się ki­wać głową we wła­ści­wych miej­scach. Przez cały ten czas, który za­jął im spa­cer wo­kół je­zior Sor­te­dam i Pe­blinge, ani razu o niej nie po­my­ślał, ale kiedy szli nie­opo­dal ścieżki pro­wa­dzą­cej do Mar­tin­svej, a na ho­ry­zon­cie uka­zał im się bu­dy­nek ośrodka, po­dobny do twier­dzy, Es­ther de­mon­stra­cyj­nie roz­go­ściła się w jego świa­do­mo­ści.

- Da­vid, no weź. Ni­gdy nie opo­wia­dasz o so­bie. W na­szych spo­tka­niach cho­dzi o to, żeby się wspie­rać i so­bie do­ra­dzać. - Chło­pak nie da­wał za wy­graną.

- Aha. - Da­vid prze­klął w my­śli te­ra­peu­tyczne bzdury spod znaku "je­stem przy to­bie". Na mi­tyngi w więk­szo­ści uczęsz­czały osoby, które nie były w sta­nie funk­cjo­no­wać ani po­dej­mo­wać de­cy­zji bez po­mocy swo­ich spon­so­rów. Po­dobne re­la­cje rzadko opie­rały się na rów­no­rzęd­no­ści.

- Za­wsze się tak kry­gu­jesz, twar­dzielu. Opo­wiedz o swoim ży­ciu przed al­ko­ho­lem.

Da­vid wes­tchnął. Nie za­mie­rzał się dzie­lić z ni­kim ab­so­lut­nie ni­czym. Nie od­pra­wił chło­paka je­dy­nie z przy­czyn tak­tycz­nych. Lu­dziom z AA za­le­żało na pro­gra­mie spon­so­ro­wa­nia i dla­tego każ­dego no­wego uczest­nika chciano za wszelką cenę spa­ro­wać z nie­pi­ją­cym o dłuż­szym stażu. A już le­piej było zo­stać przy­dzie­lo­nym do mło­dego no­wi­cju­sza niż do jed­nego z fa­ce­tów cię­żej do­świad­czo­nych przez los. Da­vid pier­wot­nie za­mie­rzał się po­zbyć Ma­gnusa przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji. Ale wtedy jego kom­pu­ter zo­stał za­in­fe­ko­wany wi­ru­sem i chło­pak prze­in­sta­lo­wał mu cały ten chłam. Za­da­nie wy­kra­czało poza pro­gram spon­so­ro­wa­nia, Ma­gnus jed­nak na­le­gał, Da­vid więc nie od­rzu­cił ko­rzyst­nej dla sie­bie pro­po­zy­cji. Póź­niej chło­pak za­pro­jek­to­wał i uru­cho­mił w sieci stronę in­ter­ne­tową jego biura. Da­vida drę­czyły wy­rzuty su­mie­nia, że wy­ko­rzy­stał jego uczyn­ność, ale strona oka­zała się su­per. Kie­ro­wany swo­istym po­czu­ciem wdzięcz­no­ści kon­ty­nu­ował więc spo­tka­nia z Ma­gnu­sem, tylko zor­ga­ni­zo­wał to tak, że ich t?te-a-t?te od­by­wały się w for­mie spa­ce­rów wo­kół ko­pen­ha­skich je­zior. Sześć ki­lo­me­trów z przy­stan­kiem na kawę po dro­dze. Ten zręczny ma­newr miał na celu po­zby­cie się in­truza z prze­strzeni do­mo­wej, przy oka­zji zaś po­ma­gał mu przejść dwa­na­ście ty­sięcy kro­ków, o któ­rych tak trą­bili apo­sto­ło­wie zdro­wego stylu ży­cia. Wcze­śniej za­sta­na­wiał się, czy nie spra­wić so­bie z tego po­wodu psa. Obecna sy­tu­acja była więc ko­rzystna dla nich oby­dwu. Chło­pak nie si­kał mu na dy­wan ani nie trzeba go było kar­mić.

Tego dnia Da­vid za­chwiał jed­nak rów­no­wagę ce­chu­jącą ich wza­jemne re­la­cje.

- Po­trze­buję two­jej po­mocy - usły­szał wła­sne słowa wy­po­wie­dziane pod wpły­wem na­głego im­pulsu.

Twarz Ma­gnusa mo­men­tal­nie się roz­ja­śniła.

2 - Pod­czas ko­mi­sji woj­sko­wej po­bo­rowi lo­sują nu­mery, je­śli nu­mer jest bar­dzo wy­soki (tzw. fri­num­mer), lo­su­jący zo­staje zwol­niony z obo­wiązku służby woj­sko­wej.

9

Kiedy wcho­dziła z klatki scho­do­wej na ko­ry­tarz, te­le­fon grał wła­śnie me­lo­dię ze Strefy mroku. An­dreas usta­wił jej ten dzwo­nek i set­nie się ba­wił za każ­dym ra­zem, gdy dźwięk się włą­czał. Mu­siała pa­mię­tać, żeby go zmie­nić. Przy­wi­tała się z ko­bie­tami pi­ją­cymi kawę w kuchni i. Sara i He­len wraz ze swo­imi dzie­cia­kami sie­działy wo­kół stołu ja­dal­nia­nego ni­czym al­ter­na­tywna ro­dzina nu­kle­arna. Es­ther wci­snęła re­kla­mówkę z je­dze­niem na naj­niż­szą półkę lo­dówki, za­mknęła drzwi i unio­sła te­le­fon do ucha.

- Cześć, mamo - po­wie­działa i szyb­kim kro­kiem ru­szyła do swo­jego po­koju.

- Cześć, ko­cha­nie. Już my­śla­łam, że nie chcesz ze mną roz­ma­wiać.

- Prze­cież roz­ma­wiamy. - Rzu­ciła na fo­tel to­rebkę, a na nią płaszcz.

- Skar­bie, za­dzwoń do mnie raz na ja­kiś czas. Albo na­pisz ese­mesa, albo, na li­tość bo­ską, po pro­stu od­po­wia­daj na moje wia­do­mo­ści, je­śli nie masz kiedy ze mną roz­ma­wiać - po­wie­działa matka z wy­czu­wal­nym uśmie­chem w gło­sie. Tym z ga­tunku pa­sywno-agre­syw­nych.

Es­ther usia­dła na łóżku i zrzu­ciła ko­zaki.

- Ko­cha­nie, co u cie­bie sły­chać? Zna­la­złaś już ja­kieś lo­kum czy na­dal miesz­kasz w tej noc­le­gowni dla bez­dom­nych? Pa­mię­taj, że za­wsze mo­żesz sko­rzy­stać z domu let­ni­sko­wego. Klucz leży w skrytce w po­idle dla pta­ków. Mo­żesz tam po­je­chać w każ­dej chwili.

- Mamo, mu­szę zo­stać w mie­ście. Przez pracę - po­wie­działa, opie­ra­jąc się ple­cami o ścianę. Ce­lowo nie przy­znała się matce, gdzie na­prawdę mieszka. Nie czuła się wtedy na si­łach, żeby pro­wa­dzić z nią tę roz­mowę. Te­raz zro­zu­miała, że po­winna była to zro­bić, ale było już za późno.

- Tak, już to mó­wi­łaś. ?ge po­py­tał wśród na­szych zna­jo­mych, czy ktoś z nich zna ko­goś, kto znałby ko­goś... no wiesz. W ze­szłym ty­go­dniu wspo­mi­nał... - Matka po­sia­dała fan­ta­styczną wręcz umie­jęt­ność prze­ska­ki­wa­nia z te­matu na te­mat, i to bez prze­ry­wa­nia po­toku słów. Ta roz­mowa nie była wy­jąt­kiem.

Es­ther przy­glą­dała się uważ­nie swoim pa­znok­ciom, czy­stym i nie­po­ma­lo­wa­nym. An­dre­asowi naj­bar­dziej na pa­znok­ciach po­do­bał się ma­ni­cure fran­cu­ski.

- ...naj­le­piej, gdy­byś przy­szła pół go­dziny przed go­śćmi i mi po­mo­gła, ko­cha­nie.

Es­ther prze­su­nęła się na skraj łóżka.

- Słu­cham?

- Uro­dziny ?gego. W so­botę dru­giego kwiet­nia, Es­ther! O dzie­więt­na­stej. Nie mów, że o nich za­po­mnia­łaś, bo bę­dzie mi na­prawdę przy­kro.

Nie przy­po­mi­nała so­bie nic o żad­nym przy­ję­ciu. Kto wie, czy matka ce­lowo nie uśpiła jej czuj­no­ści traj­ko­ta­niem.

- Jest jesz­cze jedna rzecz, o któ­rej mu­simy po­roz­ma­wiać. Tylko się nie złość. - Roz­le­gło się wes­tchnie­nie, które w uchu Es­ther za­koń­czyło się mla­śnię­ciem. - Po­słu­chaj, ko­cha­nie. Nie będę owi­jać w ba­wełnę. An­dreas też jest za­pro­szony, cho­ciaż się roz­sta­li­ście. Mam na­dzieję, że to dla cie­bie nie pro­blem.

- A je­śli tak?

- Skar­bie, do ni­czego nie doj­dzie. Wy­zna­czy­łam dla was miej­sca na prze­ciw­nych koń­cach stołu. ?ge bar­dzo chce, żeby An­dreas był obecny na jego uro­dzi­nach. Przy­jaź­nią się, nie mo­żemy tego zi­gno­ro­wać tylko dla­tego, że już nie je­ste­ście ra­zem.

- W ta­kim ra­zie nie przyjdę.

- Es­ther, za­cho­wu­jesz się te­raz sa­mo­lub­nie. Ale je­śli to dla cie­bie taki pro­blem, po­pro­simy An­dre­asa, żeby nie przy­cho­dził. Mimo wszystko to ty je­steś na­szą córką.

- Je­stem twoją córką, Be­ate.

- Wiesz, że nie­na­wi­dzę, jak się tak do mnie zwra­casz. Je­stem twoją matką. Mó­wisz tak ce­lowo, żeby mi spra­wić przy­krość. Ty... - Głos się jej za­ła­mał.

- Mamo, to nie naj­lep­szy mo­ment, że­by­śmy prze­by­wali z An­dre­asem w jed­nym po­koju.

- Ko­cha­nie, po­słu­chaj. Sta­wiasz mnie w trud­nej sy­tu­acji. Prze­cież nie po­zwolę, żeby coś ci się stało. Ty i An­dreas... Je­ste­ście do­ro­śli. Wszystko bę­dzie do­brze, wiem to.

- To nie jest w po­rządku. Przyjdę, ale wiedz, że zro­bię to wbrew so­bie.

- Dzię­kuję, ko­cha­nie. Wszystko się ułoży. Tylko po­cze­kaj, a zo­ba­czysz. Pa­mię­taj, że cię ko­cham. Do zo­ba­cze­nia.

Odło­żyła ko­mórkę na łóżko. Be­ate z ?gem ubó­stwiali An­dre­asa. Roz­wa­żała przez chwilę, czy nie po­łą­czyć się znowu z matką i nie po­wie­dzieć jej okrut­nej prawdy.

Na ko­ry­ta­rzu za­brzmiał chi­chot He­len, który zmie­szał się z ochry­płym śmie­chem Sary.

Es­ther uło­żyła się na łóżku w po­zy­cji em­brio­nal­nej. Ona i An­dreas nie będą tam sami. Nie będą sie­dzieli bli­sko sie­bie. A je­śli list z urzędu nie doj­dzie do niego przed so­botą, może wszystko prze­bie­gnie bez więk­szych zgrzy­tów. Es­ther sku­liła się jesz­cze bar­dziej, ob­jęła ra­mio­nami ko­lana i po­chy­liła głowę ku piersi. Włoży swoją ob­rączkę. Nie ma po­wodu, żeby so­bie kom­pli­ko­wać tę sy­tu­ację. Miała na­dzieję, że An­dreas nie bę­dzie wście­kły, a na­wet je­śli, to że to ukryje. I że wraz z jego opa­no­wa­niem ona zdo­bę­dzie się na od­wagę. Skłoni go, żeby się przy­znał, że ją śle­dzi. Spo­tka­nie na ta­kim grun­cie może się w za­sa­dzie oka­zać dla niej ko­rzystne, po­my­ślała. Będą mo­gli się roz­mó­wić. Może on ją zro­zu­mie i za­ak­cep­tuje jej de­cy­zję. Może jej prze­ba­czy. Miała świa­do­mość, jak źle to za­brzmiało. Nie po­trze­bo­wała żad­nego prze­ba­cze­nia, cho­ciaż w świe­cie An­dre­asa tak wła­śnie było. Es­ther znisz­czyła ilu­zję szczę­śli­wego mał­żeń­stwa, po­de­ptała na­rzu­coną przez niego za­sadę, która gło­siła, że żadne z nich nie za­wie­dzie dru­giego bez względu na to, co się wy­da­rzy. Po­zwo­liła mu stać na pierw­szym, naj­waż­niej­szym miej­scu. On z ko­lei po­zwa­lał jej pić w spo­koju i za­wsze wyj­mo­wał dla niej z szafy golf, kiedy jej szyja nie nada­wała się do po­ka­zy­wa­nia.

Jego zda­niem sama się o to pro­siła. Może miał ra­cję.

Wzięła do ręki dzien­nik.

Uwa­żała za tro­chę ża­ło­sne, że za­czy­tuje się w ba­zgra­ni­nie jego by­łej żony - ko­biety, któ­rej ni­gdy nie po­znała, a z którą mimo to czuła się głę­boko zwią­zana. Świa­do­mość, że nie była je­dyna, przy­no­siła jej bo­wiem uko­je­nie.

10

- Je­stem go­towy - oznaj­mił chło­pak z za­pa­łem. Ze zbyt du­żym za­pa­łem. Roz­siadł się przed kom­pu­te­rem i pa­trzył na ko­legę wy­cze­ku­jąco.

Da­vid drep­tał w miej­scu, nie mo­gąc się zde­cy­do­wać. Był na sie­bie zły, że ścią­gnął Ma­gnusa do domu.

- No da­waj! - Ma­gnus gło­śno kla­snął w dło­nie.

- Ka­ren Sin­dal, Es­ther Stolt-An­der­sen i An­dreas Stolt-An­der­sen. - Da­vid wy­rzu­cił z sie­bie imiona i na­zwi­ska, jakby bez­na­mięt­nie re­cy­to­wał wy­uczoną lek­cję.

- Po­trze­buję wię­cej kon­kre­tów. Co mam dla cie­bie zna­leźć? - Chło­pak za­śmiał się głup­ko­wato.

- Wszystko, co je­steś w sta­nie - po­wie­dział, uno­sząc ką­ciki ust w nie­na­tu­ralny spo­sób.

- Czyli oferta mix.

- Mix? - Da­vid uniósł brew.

Ma­gnus nie wy­ła­pał dez­apro­baty w jego gło­sie i na­wi­jał tym sa­mym bez­tro­skim to­nem:

- No wiesz, po­cho­dze­nie, pro­fil za­wo­dowy, do­ku­men­ta­cja me­dyczna, re­jestr karny, człon­ko­stwa w or­ga­ni­za­cjach, wy­niki eg­za­mi­nów, ubez­pie­cze­nia, in­for­ma­cje te­le­ko­mu­ni­ka­cyjne, dane po­dat­kowe i ma­jąt­kowe, i wszyst­kie inne cie­ka­wostki, na które się na­tknę.

Da­vid roz­cią­gnął usta w wą­ską li­nię, co miało wy­glą­dać jak uśmiech. Za­sta­na­wiał się, czy po­stą­pił słusz­nie, wcią­ga­jąc w to chło­paka. Mógł jesz­cze od­wo­łać całą ak­cję.

- Za­czniemy de­li­kat­nie, od Go­ogle Ad­van­ced Se­arch. - Ma­gnus już stu­kał w kla­wia­turę.

- To nie bę­dzie ko­nieczne. Już to zro­bi­łem. - Da­vid prze­bie­rał nie­cier­pli­wie no­gami.

- Po­zwól, że jed­nak spró­buję. Jesz­cze tylko jedna sprawa. W tej branży mało co jest le­galne. Zwłasz­cza je­śli chcesz zdo­być ja­kieś waż­niej­sze info.

- W po­rządku. Szcze­góły tech­niczne za­cho­waj dla sie­bie - od­parł.

Brak wie­dzy za­sad­ni­czo chro­nił mu ty­łek, cho­ciaż była to ża­ło­sna za­grywka.

- Umowa stoi. Tylko nie schi­zuj. Nie je­stem żad­nym script-kid­die'em ani blac­kha­tem.

Nie było ja­sne, czy to mi­mo­wolne tiki Da­vida, jego unie­sione brwi czy po­łą­cze­nie jed­nego i dru­giego spra­wiły, że Ma­gnus zo­rien­to­wał się w po­wa­dze sy­tu­acji.

- Nie je­stem ama­to­rem ani po­zba­wio­nym skru­pu­łów ha­ke­rem. To zna­czą te słowa. Sorry - po­wie­dział, od­gar­nia­jąc z oczu grzywkę. - Wi­dzę, że An­dreas Stolt-An­der­sen pra­cuje w pry­wat­nym szpi­talu. Szkoda, że nie w pu­blicz­nym, mam tam wła­sne tylne wej­ście. Ale skoro to mniej­szy biz­ne­sik, może do­sta­niemy się tam przez ich stronę in­ter­ne­tową za po­mocą luki w ko­dzie - na­wi­jał, a jego palce z wir­tu­oze­rią po­ru­szały się po kla­wia­tu­rze. - Je­żeli bra­kuje wa­li­da­cji da­nych wej­ścio­wych, a jest to na­gminna wada sys­te­mowa, mo­żemy na­kło­nić bazę da­nych tej strony do ujaw­nie­nia nam se­kre­tów, ta­kich jak po­ufne in­for­ma­cje użyt­kow­ni­ków. Czyli w tym wy­padku dane o pra­cow­ni­kach.

- Ma­gnus, pa­mię­tasz, na co się uma­wia­li­śmy? Nie ob­cho­dzą mnie szcze­góły.

Chło­pak ener­gicz­nie po­ki­wał głową. W ko­lej­nych mi­nu­tach ci­szę prze­ry­wały je­dy­nie od­głosy stu­ka­nia w kla­wia­turę.

- Chcę za­in­sta­lo­wać swe­epa dla jed­nego albo wię­cej ad­re­sów IP - ode­zwał się Ma­gnus, od­wra­ca­jąc się do Da­vida. - Do­brze by­łoby też po­grze­bać w śmie­ciach, bo to se­rio nie­sa­mo­wite, co lu­dzie wy­wa­lają. W ko­szu można zna­leźć różne cie­kawe do­ku­menty, na przy­kład pa­ski pła­cowe, wy­ciągi ban­kowe, li­sty od skar­bówki. Im wię­cej wiesz, tym ła­twiej jest na­mie­rzyć lo­giny i ha­sła.

- Chyba nie ka­pu­jesz tego, co ci po­wie­dzia­łem - rzekł Da­vid. - Może le­piej, że­byś już so­bie po­szedł.

- Do­piero się roz­krę­cam - od­parł Ma­gnus, a i jego palce wró­ciły do kla­wia­tury. - Ale mu­szę się na­pić kawy.

Da­vid prze­wró­cił oczami i po­szedł do kuchni.

11

Es­ther wyj­rzała przez okno na ulicę. Lu­dzie z otwar­tymi pa­ra­so­lami szyb­kim kro­kiem mi­jali że­la­zne ogro­dze­nie. Sa­mo­chody stały w kor­kach, lu­dzie pró­bo­wali się wy­do­stać z Ko­pen­hagi i wró­cić do do­mów, za­nim nad ce­gla­stymi da­chami na do­bre za­pad­nie zmierzch i po­chło­nie resztę świa­tła. Na­słu­chi­wała. Było ci­cho, ale i tu, na dru­gim pię­trze, wkrótce miała się roz­po­cząć go­dzina szczytu. Wszyst­kie dni wy­glą­dały tak samo. W dni po­wsze­dnie czas mię­dzy pół­nocą a szó­stą rano był zwy­kle sto­sun­kowo spo­kojny. Po­tem na­stę­po­wała po­ranna bie­ga­nina. Go­dziny mię­dzy dzie­siątą a szes­na­stą dało się z re­guły ja­koś wy­trzy­mać. Od szes­na­stej do dwu­dzie­stej jej pię­tro sta­wało się ha­ła­śli­wym pie­kłem. Do­piero kiedy dzie­ciaki le­żały już w łóż­kach, na­sta­wał spo­kój - za­miast trza­ska­ją­cych drzwi i pod­nie­sio­nych gło­sów w kuchni roz­brzmie­wały ci­che roz­mowy, a w po­koju dzien­nym brzę­cze­nie te­le­wi­zora. Te­raz do­cho­dziła pięt­na­sta. Nie było czasu do stra­ce­nia.

Es­ther po­czła­pała do po­koju dzien­nego w sa­mych skar­pet­kach. Lu­biła tam prze­by­wać naj­bar­dziej wtedy, gdy przez wy­so­kie okno łu­kowe wle­wało się do środka po­po­łu­dniowe słońce, a ro­snący w ogro­dzie dąb rzu­cał cie­nie na ściany i me­ble. Di­lara sie­działa na so­fie z pod­wi­nię­tymi no­gami. Es­ther się z nią przy­wi­tała. Tamta ski­nęła jej głową, po czym na­cią­gnęła hi­dżab na czoło i od­wró­ciła twarz ku oknu i drzewu w ogro­dzie. Ucie­kła przed za­aran­żo­wa­nym mał­żeń­stwem. Es­ther do­wie­działa się tego okrężną drogą. Sama Di­lara ni­gdy nie opo­wia­dała o cza­sach, za­nim tra­fiła do ośrodka.

Es­ther rzu­ciła okiem na ty­tuły ksią­żek na re­gale. Na chy­bił tra­fił wy­cią­gnęła jedną i usia­dła w jed­nym z dwóch fo­teli przy drzwiach, o iden­tycz­nej ta­pi­cerce co sto­jąca w po­koju skó­rzana sofa, zde­cy­do­wa­nie za duża jak na to kwa­dra­towe po­miesz­cze­nie. Wraz z te­le­wi­zo­rem, wci­śnię­tym w kąt mię­dzy okno a ni­ski ma­ho­niowy re­gał za­sta­wiony przez miesz­kanki li­te­ra­turą, spra­wiała, że po­kój wy­glą­dał, jakby bra­ko­wało w nim po­wie­trza. Skóra za­skrzy­piała, kiedy Es­ther roz­sia­dła się na głę­bo­kim sie­dzi­sku. Ko­biety, które ko­chają za bar­dzo - gło­sił ty­tuł na okładce wy­dru­ko­wany wiel­kimi czer­wo­nymi li­te­rami. Po­ni­żej, nieco mniej­szą czcionką, na­pi­sano: "i cią­gle li­czą na to, że on się zmieni". Es­ther za­sta­na­wiała się, czy nie odło­żyć książki na miej­sce, ale prze­mo­gła się i otwo­rzyła ją na pierw­szej stro­nie. Jej spoj­rze­nie prze­śli­zgi­wało się po ko­lej­nych zda­niach, które wy­wo­ły­wały w niej co­raz więk­sze po­czu­cie nie­ule­czal­nej bez­na­dziei. Po lek­tu­rze dwu­dzie­stu stron mo­gła już się scha­rak­te­ry­zo­wać jako osobę uza­leż­nioną od by­cia w związku. Bo książka, tak samo jak An­dreas, całą winą obar­czała ją. Dia­gnoza była przy­bi­ja­jąca. Uza­leż­niona od by­cia w związku. Es­ther na­tych­miast od­no­to­wała ją w pa­mięci, żeby się nią sa­mo­bi­czo­wać w ra­zie ko­lej­nej ka­ta­strofy. Jej spoj­rze­nie zna­la­zło bli­znę na nad­garstku. Próba sa­mo­bój­cza była bar­dziej wo­ła­niem o po­moc niż prze­ja­wem szcze­rego pra­gnie­nia śmierci. Cho­ciaż w ostat­nim cza­sie Es­ther na se­rio brała pod uwagę rzu­ce­nie się pod je­den z po­cią­gów prze­jeż­dża­ją­cych przez Ve­ster­port albo opróż­nie­nie po­jem­nika z ta­blet­kami pod­kra­dzio­nymi z kli­niki. Mo­gła też się po pro­stu za­pić na śmierć. Oba­lić całą bu­telkę za jed­nym ra­zem. Skoro i tak do tego zmie­rzała. An­dreas miał ra­cję: za dużo piła. Gdyby ktoś to od­krył, wy­le­cia­łaby z ośrodka. Wła­ści­wie się tym nie przej­mo­wała. Za­wsze mo­gła za­miesz­kać w domu let­ni­sko­wym Be­ate, a tak zaj­mo­wała miej­sce ko­muś, kto fak­tycz­nie go po­trze­bo­wał. Lęk przed An­dre­asem przy­cho­dził fa­lami. W tym mo­men­cie nie było jesz­cze tak źle. Tę­sk­niła jed­nak za spo­ko­jem, który od­czu­wała w pierw­szym mie­siącu po ucieczce, za­nim za­częła wi­dy­wać gra­na­towe vo­lvo.

Za­mknęła książkę. Di­lara na­dal ga­piła się przez okno po­grą­żona we wła­snym świe­cie. Nie­ty­kalna i wolna od trosk. Oczy­wi­ście nie była to prawda, ale na­wet zmy­ślona hi­sto­ryjka o ni­czego nie­świa­do­mej ko­bie­cie po­tra­fiła wy­wo­łać ukłu­cie za­wi­ści.

Es­ther wstała, odło­żyła książkę na re­gał i opu­ściła po­kój dzienny. Tak ła­two było się pod­dać, ulec po­ku­sie.

Okno na­dal było otwarte, za­po­mniała je za­mknąć. Po­ło­żyła dło­nie na pa­ra­pe­cie i wy­chy­liła się na ze­wnątrz. Głę­boko ode­tchnęła. Po­tem jesz­cze raz. Zimne po­wie­trze wy­peł­niło jej płuca. Wtedy go do­strze­gła. Wi­dać było tylko ma­skę, reszta sa­mo­chodu ukry­wała się za bu­dyn­kiem przy­le­ga­ją­cym do ogro­dze­nia. Es­ther nie tra­ciła czasu na przy­glą­da­nie się. Szybko za­mknęła okno i za­cią­gnęła za­słonę. Po­tem usia­dła na łóżku i cze­kała, aż jej serce się uspo­koi. Może coś jej się przy­wi­działo. Pew­nie tak wła­śnie było. Czy to auto w ogóle miało gra­na­towy ko­lor? A je­śli co­raz bar­dziej tra­ciła kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią? Zmro­ziło ją na tę myśl i szczel­nie otu­liła się koł­drą. Nie znio­słaby po­now­nego po­grą­że­nia się w psy­chicz­nym ba­gnie, gło­sów szep­czą­cych jej do ucha i my­śli, któ­rych nie da się opa­no­wać, roz­sa­dza­ją­cych czaszkę. Stanu, który unie­moż­li­wiał nor­malne funk­cjo­no­wa­nie.

Ta cho­lerna sy­tu­acja ją stre­so­wała. Każdy dzień był pie­kłem, nie było uko­je­nia. Es­ther no­siła w so­bie cią­gły nie­po­kój, tak jakby cze­kała, nie wie­dząc na co. Może to i do­brze, że mieli się wkrótce spo­tkać. Po so­bot­nim przy­ję­ciu ży­cie mo­gło przy­jąć inny kurs. Taką miała na­dzieję.

Po­de­szła do szafy.

12

Da­vid za­bęb­nił knyk­ciami o drzwi. Zero re­ak­cji.

Ma­gnus zwy­kle nie był w sta­nie wy­cze­kać do po­łowy dnia bez wy­sła­nia cho­ciaż jed­nego ese­mesa, tym­cza­sem od środy wie­czo­rem, kiedy się po­że­gnali, Da­vid nie miał od niego żad­nych wie­ści. Z po­czątku to zi­gno­ro­wał, nie mógł się jed­nak po­zbyć dziw­nego nie­po­koju i przez więk­szość przed­po­łu­dnia pró­bo­wał się do chło­paka do­dzwo­nić. Czuł się za niego od­po­wie­dzialny.

Pa­trzył na lśniącą mo­siężną ta­bliczkę z na­pi­sem "M. Lund­g?rd". Ad­res się zga­dzał. Da­vid był tu­taj pierw­szy raz. Ma­gnus czę­sto go za­pra­szał, ale on za­wsze znaj­do­wał ja­kąś kiep­ską wy­mówkę. Za­pu­kał po­now­nie. Tym ra­zem całą dło­nią. W końcu za drzwiami roz­legł się szczęk. Da­vid na­li­czył trzy zamki otwie­rane po ko­lei, za­nim roz­legł się zgrzyt od­su­wa­nej za­suwy. W wą­skiej szpa­rze mię­dzy drzwiami a fu­tryną, po­łą­czo­nymi ze sobą so­lid­nym łań­cu­chem, uka­zał się Ma­gnus. Miał lekko prze­krwione oczy.

- Naj­wyż­szy czas - po­wie­dział Da­vid.

Chło­pak od­cze­pił łań­cuch i za­pro­sił go do środka mach­nię­ciem ręki.

- Pró­bo­wa­łeś na­ci­snąć dzwo­nek?

- Tak. Nie działa. - Prze­kro­czył próg.

W przed­po­koju le­d­wie star­czało miej­sca dla nich obu. Czuć tam było spa­lo­nym świer­ko­wym igli­wiem.

- Sorry. Gra­łem w WoW-a. - Głos brzmiał bar­dziej po­nuro niż zwy­kle.

- Czemu, do cho­lery, nie od­bie­rasz te­le­fonu?

- Mam urwa­nie głowy. - Chło­pak od­wró­cił się do niego ple­cami.

Da­vid wszedł za nim do kwa­dra­to­wego po­miesz­cze­nia z otwartą kuch­nią. Osza­co­wał je na ja­kieś trzy­dzie­ści me­trów. Po­kój był oszczęd­nie ume­blo­wany. Ma­gnus umie­ścił przy oknie ma­lut­kie biurko i krze­sło na kół­kach. Wzdłuż jed­nej ściany, na dy­wa­nie w ko­lo­rze kupy, stały sofa do spa­nia i ma­ro­kań­ski sto­lik her­ba­ciany. Przy dru­giej ścia­nie wzno­sił się re­gał z trzema rzę­dami ksią­żek i wy­bla­kłym sta­ro­świec­kim glo­bu­sem pod­świe­tla­nym od środka. Da­vid w dzie­ciń­stwie miał taki sam w swoim po­koju. Stał obok pu­cha­rów w wio­ślar­stwie. Tu­taj żad­nych pu­cha­rów nie było. Po­kój był po­zba­wiony bi­be­lo­tów i zdjęć, które opo­wia­da­łyby hi­sto­rie o zwie­dza­nych kon­ty­nen­tach albo o uko­cha­nej ro­dzi­nie.

- Długo tu miesz­kasz?

- Bę­dzie chyba z rok.

- Wła­sne czy wy­naj­mo­wane?

- Wy­naj­mo­wane.

- I miesz­kasz sam?

Ma­gnus po­tul­nie po­ki­wał głową.

Przy­po­mi­nało to prze­słu­cha­nie. Da­vid był upo­śle­dzony, je­śli cho­dziło o miłe po­ga­duszki. Cały po­kój prze­ni­kał smród świer­czyny. Wtedy Da­vida olśniło.

- Noż kurwa, pa­li­łeś hasz?

- Skun - od­parł Ma­gnus, wzru­sza­jąc ra­mio­nami, jakby spy­tano go o śnia­da­nie.

- Ja­sna cho­lera, co ci strze­liło do łba? Kiedy za­czą­łeś?

- W czwar­tek, ale mam to pod kon­trolą.

- Wła­śnie sły­szę. - Da­vid po­krę­cił głową.

- Wy­lu­zuj, to nie alko. Wy­pa­li­łem dziś tylko jed­nego dżo­inta. Już ze mnie scho­dzi, więc wła­ści­wie chęt­nie bym znowu za­ja­rał. - Chło­pak wy­si­lił się na nie­udany żart.

- Pie­przyć wszystko, no to da­waj - stwier­dził z krzy­wym uśmie­chem Da­vid. - Gdzie to masz?

Chło­pak wy­glą­dał na za­sko­czo­nego, ale za­śmiał się, może odro­binę nie­pew­nie, kiedy pod­szedł do szafki ku­chen­nej i wy­cią­gnął z niej wo­rek fo­liowy z zie­loną za­war­to­ścią.

Da­vid po­dą­żył za nim.

- Po­zwól, że ja to zro­bię - po­wie­dział, po czym wy­rwał wo­rek z rąk Ma­gnusa. Od­krę­cił wodę i na­peł­nił go do po­łowy, tak że su­che ro­śliny za­częły przy­po­mi­nać algi. Na­stęp­nie za­wią­zał za­wi­niątko na su­peł, pod­czas gdy chło­pak wa­lił go w ra­mię.

- Od­biło ci?! Co ty wy­ra­biasz?!

Da­vid go ode­pchnął. Po­szedł do to­a­lety i wy­lał do muszli za­war­tość worka. Po­tem od­wró­cił się do Ma­gnusa, który wy­glą­dał, jakby się miał roz­pła­kać, i szturch­nął go w bok.

- Weź się, chło­pie, w garść - rzu­cił. - I pa­mię­taj o uży­wa­niu szczotki klo­ze­to­wej, cho­ciaż raz na ja­kiś czas. Dra­chy tego ka­li­bru są na­prawdę obrzy­dliwe. - Miał ochotę ob­ró­cić się na pię­cie i opu­ścić miesz­ka­nie, ale jako je­dyny od­po­wie­dzialny do­ro­sły w tym gro­nie zro­bił to, czego można było od niego ocze­ki­wać. - Sia­daj - po­wie­dział, wska­zu­jąc ka­napę. - Mu­simy po­ga­dać.

Chło­pak po­słu­chał.

Da­vid ob­ró­cił krze­sło biu­rowe opar­ciem do przodu i usiadł na nim okra­kiem. Ob­ser­wo­wał Ma­gnusa, który za­padł się na so­fie. Wy­glą­dał jak ranne zwie­rzę.

- Co się dzieje?

- Cho­dzi o moją sio­strę. - Ma­gnus wzru­szył ra­mio­nami. - Ma pro­blemy, a ja nie mogę jej po­móc.

- No chyba. Jesz­cze nikt ni­komu nie po­mógł pa­le­niem zioła. - Spoj­rzał na niego z re­zy­gna­cją.

- Da­vid, to na­prawdę prze­srana sprawa.

- W ta­kim ra­zie za­miast ja­rać i uża­lać się nad sobą, spró­buj coś z tym zro­bić.

Chło­pak sie­dział przez chwilę po­grą­żony we wła­snym świe­cie, ale na­gle kla­snął dłońmi o uda i prze­su­nął się na brzeg sofy.

- Masz ra­cję - po­wie­dział. - Ogarnę się i znajdę ja­kieś wyj­ście. Ko­niec z dra­gami. Obie­cuję.

Da­vid z za­do­wo­le­niem po­ki­wał głową. Miał jesz­cze szansę wró­cić do domu i uciąć so­bie po­po­łu­dniową drzemkę, za­nim wie­czo­rem bę­dzie śle­dził Es­ther w dro­dze na przy­ję­cie.

- W su­mie to mam coś dla cie­bie - ode­zwał się Ma­gnus. - Od­daj mi krze­sło.

Da­vid wstał.

Chło­pak pod­je­chał do sto­ją­cego na biurku maca.

Da­vid wpa­try­wał się w zdję­cie, które wy­świe­tliło się na ekra­nie. Spo­glą­dał z niego wy­raź­nie chory męż­czy­zna z małą dziew­czynką na ko­la­nach.

- Mój oj­ciec. Nie żyje. Rak - wy­ja­śnił Ma­gnus, cho­ciaż Da­vid o nic nie za­py­tał.

- Bar­dzo mi przy­kro. - Męż­czy­zna po­czuł się nie­zręcz­nie. Z pew­no­ścią stało się to wiele lat temu. Być może Ma­gnus wspo­mi­nał o tym wcze­śniej. Po­sta­no­wił jed­nak o nic go nie wy­py­ty­wać.

- Był po­li­cjan­tem. Może się zna­li­ście? Bent Lund­g?rd. Moja ciotka od strony ojca też jest w po­li­cji. Linda Lund­g?rd. Nie wi­dzia­łem jej od dawna. Ostat­nim ra­zem na po­grze­bie. Znasz ich?... To zna­czy: ją?

Da­vid po­krę­cił głową. Do te­raz nie był w sta­nie po­jąć, dla­czego lu­dzie są­dzili, że wszy­scy funk­cjo­na­riu­sze się znają. Tak jakby po­li­cja była ja­kimś lo­kal­nym klu­bem piłki noż­nej, któ­rego człon­ko­wie są ze sobą na ty i na po­wi­ta­nie zbi­jają so­bie piątki.

Zer­k­nął na ze­ga­rek.

Czer­wona su­kienka wy­sta­wała spod kar­me­lo­wego płasz­cza i fa­lo­wała wraz z ru­chami Es­ther, kiedy ta wy­sia­dła z tak­sówki i prze­mie­rzała par­king. Da­vid ziew­nął. Ma­gnus nie zdo­był nic choć tro­chę war­tego uwagi - naj­praw­do­po­dob­niej dla­tego, że pu­ścił z dy­mem ostat­nie dni. Wy­glą­dał jed­nak jak ktoś, kto po­trze­buje to­wa­rzy­stwa, Da­vid więc tro­chę się u niego za­sie­dział. Tak samo za wiele czasu po­świę­cił na cho­dze­nie za Es­ther, cho­ciaż roz­są­dek pod­po­wia­dał mu, żeby dał so­bie z tym spo­kój.

Tym ra­zem, ku swo­jej ucie­sze, mógł śle­dzić Es­ther wy­god­nie roz­party na fo­telu nis­sana pri­mery. Po­nie­waż uczest­ni­ków przy­ję­cia cze­kały ko­la­cja, to­a­sty, roz­mowy i tańce, Da­vid miał do za­bi­cia co naj­mniej cztery go­dziny. Za­mie­rzał je spę­dzić w to­wa­rzy­stwie Ja­mesa El­l­roya. Otwo­rzył Tajną sprawę, omi­nął pro­log i na dłuż­szą chwilę dał się po­rwać Freddy'emu Un­der­hil­lowi. Na stro­nie dwie­ście czter­dzie­stej - tuż po tym, jak Fred i Lorna zna­leźli przy głów­nej ulicy w Ti­ju­anie ca­ło­do­bową ka­plicę ślubną, gdzie tłu­sty, uśmiech­nięty mek­sy­kań­ski ksiądz udzie­lił im bły­ska­wicz­nego ślubu - Es­ther po­now­nie się po­ja­wiła. Szła ra­mię w ra­mię z pa­nem mło­dym ze zdję­cia ślub­nego. Oby­dwoje wsie­dli do gra­na­to­wego vo­lva S80.

Da­vid prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce. Nic. Spró­bo­wał po­now­nie, roz­pacz­li­wie wci­ska­jąc sprzę­gło, pod­czas gdy para wy­je­chała z par­kingu i po chwili znik­nęła w ciem­no­ści. Pełną na­pię­cia mi­nutę póź­niej udało mu się w końcu re­ani­mo­wać sil­nik i wci­snął gaz do de­chy. Zwol­nił, do­piero kiedy ich do­go­nił. Pil­no­wał, żeby za­cho­wy­wać bez­pieczną od­le­głość. Wje­chali na Stran­dve­jen, z któ­rej skrę­cili w po­bliżu Rung­sted. Da­vid to­czył się za nimi wil­lową uliczką z wy­łą­czo­nymi świa­tłami. Tamci pod­je­chali pod trze­cią od końca furtkę z ku­tego że­laza i zga­sili sil­nik. Zro­bił to samo, tyle że ka­wa­łek z tyłu za nimi.

An­dreas Stolt-An­der­sen otwo­rzył drzwi z przodu od strony pa­sa­żera i pod­parł ra­mię wy­sia­da­ją­cej Es­ther. Po­wie­dział coś, a ona od­chy­liła głowę i się za­śmiała, kiedy zni­kali za furtką. Wie­czór przy­niósł mał­żon­kom po­jed­na­nie.

Ko­biety re­agują zbyt gwał­tow­nie w sy­tu­acjach stre­so­wych, Da­vid prze­ko­nał się o tym na wła­snej skó­rze. Anna zbyt szybko za­ka­zała mu się do sie­bie zbli­żać. Ow­szem, przy­zna­wał to bez bi­cia, po Isaku nie­ła­two było z nim żyć, ale ni­gdy nie ude­rzył jej w twarz ani tym bar­dziej nie po­su­nął się do cze­goś gor­szego. Cho­ciaż gdyby na­dal ją od­wie­dzał, nie wia­domo, czy Anna też nie szu­ka­łaby ra­tunku w ośrodku. Mógł się tylko do­my­ślać. Na szczę­ście Pe­ter nim po­trzą­snął, prze­mó­wił mu do ro­zumu i udzie­lił schro­nie­nia na swo­jej działce, pod wa­run­kiem, że zo­stawi Annę w spo­koju.

Po tym, jak Da­vid tra­fił do pie­kła, Pe­ter był je­dyną osobą, która utrzy­my­wała z nim kon­takt. Od­wie­dzał go re­gu­lar­nie w domu na działce, sia­dał przy stole na­kry­tym ce­ratą i roz­ma­wiał z nim, jakby na­dal na­le­żał do ich grona. Jakby był cią­gle czę­ścią ży­cia to­czą­cego się na ze­wnątrz. Pe­ter ani sło­wem nie wspo­mi­nał o al­ko­holu, po­zwa­lał mu pić i ni­gdy go nie osą­dzał, ale przy po­że­gna­niu za­wsze rzu­cał na stół ja­kąś bro­szurę. Były to re­klamy róż­nych sto­wa­rzy­szeń i or­ga­ni­za­cji - L?n­ken, Mię­dzy­na­ro­do­wego Błę­kit­nego Krzyża, Min­ne­soty, AA. Da­vid nie oka­zy­wał za­in­te­re­so­wa­nia i sy­tu­acja za­wsze wy­glą­dała tak samo. Kiedy nie było już wi­dać ce­raty spod zie­lo­nych pu­szek, ki­pów i in­nych od­pad­ków, wszystko spraw­nie lą­do­wało w śmiet­niku. Aż do dnia, w któ­rym Da­vid pod­niósł z tej sterty gówna bro­szurę AA. Skon­tak­to­wa­nie się z nimi nie było świa­domą de­cy­zją, tylko pro­stym od­ru­chem, który na­stą­pił tuż po tym, jak do Da­vida do­tarło, że je­śli tego nie zrobi, jesz­cze przed zmierz­chem za­dynda na sznu­rze. A on zwy­czaj­nie nie był go­towy wspiąć się na sto­łek. Tego sa­mego dnia wy­pro­wa­dził się z działki i od tej pory nie miał kon­taktu z Pe­te­rem - wie­dział aż za do­brze, że le­piej się za sie­bie nie oglą­dać.

Da­vid uznał swoje za­da­nie za wy­ko­nane. Miał do­pil­no­wać, żeby Es­ther tra­fiła do domu - obo­jęt­nie któ­rego. Wy­siadł z sa­mo­chodu i pod­szedł do gra­na­to­wego vo­lva S80, żeby zro­bić wy­raźne zdję­cie, po czym szybko wró­cił do auta, włą­czył lampkę nad lu­ster­kiem i za­pi­sał go­dzinę oraz miej­sce.

Ni­gdy nie ro­zu­miał ko­biet. Je­śli nie chciały za­ak­cep­to­wać tego, że ktoś je bił, mo­gły po pro­stu odejść. Ko­niec, kropka. To samo ty­czyło się Es­ther. Nie było po­wodu, żeby kwe­stio­no­wać to, ja­kie ży­cie wy­brała. Nie było sensu ra­to­wać ko­goś przed czymś, przed czym ten ktoś nie szu­kał ra­tunku. Da­vid na­uczył się tego już pod­czas pierw­szej z nie­zli­czo­nych awan­tur do­mo­wych, do któ­rych zo­stał we­zwany jako aspi­rant. Kom­plet­nie zie­lony w tym fa­chu wy­stę­po­wał jako nie­złomny straż­nik prawa pra­gnący chro­nić po­krzyw­dzoną, mimo że ta, cho­wa­jąc się za ple­cami mał­żonka, po­sy­łała swo­ich wy­ba­wi­cieli do dia­bła. A je­śli zda­rzył się cud, że zło­żyła do­nie­sie­nie, zbyt czę­sto wy­co­fy­wała je w ko­lej­nych dniach. Tego typu pary tań­czyły ze sobą oso­bli­wego walca.

To, czemu Sin­dal zle­ciła mu tę ro­botę, mu­siało po­zo­stać ta­jem­nicą. Da­vid już skoń­czył z za­bawą w nia­nię. Prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce. Hu­mo­rza­sta pri­mera tym ra­zem usłu­chała go na­tych­miast. Męż­czy­zna czuł się wy­koń­czony, fi­zycz­nie i psy­chicz­nie.

Na­stęp­nego dnia za­mie­rzał po­wie­dzieć Ma­gnu­sowi, żeby za­rzu­cił po­szu­ki­wa­nia. Z chło­paka i tak był zresztą nie­wielki po­ży­tek. Da­vid wrzu­cił bieg i za­wró­cił na trzy, prze­kli­na­jąc ze­psute wspo­ma­ga­nie. Sa­mo­chód po­to­czył się wolno obok bu­ko­wych ży­wo­pło­tów, wciąż bru­nat­nych po zi­mie. Włą­czył świa­tła, do­piero kiedy wje­chał na Stran­dve­jen, i ob­rał kurs na Fre­de­riks­berg.

Kon­se­kwent­nie od­su­wał od sie­bie wszel­kie wąt­pli­wo­ści.

13

Es­ther wstrzy­mała od­dech, kiedy prze­kro­czyła próg i sta­nęła na ka­mien­nych pły­tach w ko­ry­ta­rzu. Jego dło­nie chwy­ciły ją w pa­sie. Zsu­nęła z sie­bie płaszcz, tak że An­dreas mu­siał ją pu­ścić, żeby go zła­pać. Po­ca­ło­wał ją w kark. Ro­ze­śmiała się i ru­szyła w stronę sa­lonu, ale za­trzy­mał ją już po kilku kro­kach, chwy­cił za ręce i po­cią­gnął do sy­pialni. Znowu się za­śmiała, cho­ciaż nie było w tym nic za­baw­nego.

Nie umiała wy­ja­śnić, czemu wy­szła z nim z przy­ję­cia. Może dla­tego, że za­re­ago­wał śmie­chem, kiedy ona, ośmie­lona bu­telką wina, spy­tała, czemu ją śle­dzi. Po­ca­ło­wał ją w po­li­czek, po­wie­dział, że mu schle­bia, że ona go wy­pa­truje, ale mu­siało to być ja­kieś inne vo­lvo. A może wy­szła z nim dla­tego, że za­wsze ist­niało ja­kieś sen­sowne wy­ja­śnie­nie. Za­wsze był ja­kiś do­bry po­wód, żeby dać się uwieść jego nie­od­par­temu uro­kowi i zi­gno­ro­wać to­wa­rzy­szący temu strach.

Za­mknął drzwi. Przy­parł ją ple­cami do ściany, chwy­cił za ręce i uniósł je nad jej głową. Trzy­mał je mocno, przy­glą­da­jąc się jej twa­rzy.

- Okej - po­wie­dział. - Te­raz je­steś moja.

Nie ode­zwała się ani sło­wem. Stała nie­ru­chomo, uśmie­cha­jąc się. Nie mo­gła zro­bić nic in­nego.

Ist­niały dwa światy od­dzie­lone od sie­bie cza­sem, z dwoma ze­sta­wami re­guł obo­wią­zu­ją­cymi w za­leż­no­ści od tego, po któ­rej stro­nie znaj­do­wała się Es­ther. Ist­niał też dług, który trzeba było spła­cić, kiedy gra­nica zo­stała prze­kro­czona. Wie­działa o tym aż za do­brze. Dla­tego uwa­żała. Mimo to do punktu, z któ­rego nie było już od­wrotu, do­tarła szyb­ciej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Może uczy­niło to wino, a może gwał­towny wy­buch mi­ło­ści ze strony An­dre­asa. Miał praw­dziwy ta­lent do hip­no­ty­zo­wa­nia po­ca­łun­kami w po­li­czek i czu­łymi słów­kami o ko­cha­niu. Zbyt późno uświa­do­miła so­bie, że czas mi­nął. Zro­zu­miała to do­piero, gdy An­dreas oznaj­mił, że te­raz po­jadą ra­zem. Było to stwier­dze­nie. Po­je­dziemy ra­zem. Nie było już miej­sca na py­ta­nia, wy­kręty albo od­mowę.

Po­mógł jej wło­żyć płaszcz i trzy­ma­jąc ją za ra­mię, za­pro­wa­dził do auta spo­koj­nym, ale pew­nym kro­kiem. Drzwi się za­trza­snęły i od­głosy przy­ję­cia uci­chły. W ciągu kilku se­kund, które za­jęło mu obej­ście sa­mo­chodu i za­ję­cie miej­sca kie­rowcy, Es­ther wy­ło­wiła z to­rebki te­le­fon. Chciała na­pi­sać do matki, że jest ra­zem z nim, ale była zbyt pi­jana i nie tra­fiała we wła­ściwe kla­wi­sze. Śmiał się na ten wi­dok. Scho­wała te­le­fon do to­rebki. I od­je­chali. A te­raz byli tu­taj, w domu, do któ­rego, jak się za­rze­kała, ni­gdy nie za­mie­rzała wró­cić.

An­dreas przy­ci­snął mocno wargi do jej warg, ję­zy­kiem wy­peł­nił jej usta. Je­chała na au­to­pi­lo­cie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

1

Wnę­trze do­bu­dówki prze­ni­kał za­pach zim­nego be­tonu i wil­got­nego drewna. Ko­bieta była za­do­wo­lona, że wło­żyła płaszcz i za­mszowe ko­zaki, za­nim wy­bie­gła z domu.

Kwa­dra­towe po­miesz­cze­nie wy­po­sa­żono w aneks ku­chenny, roz­kła­daną sofę, stół i grzej­nik elek­tryczny, który tego wie­czoru nie zo­stał włą­czony. Po­de­szła do szafki pod zle­wo­zmy­wa­kiem, od­su­nęła bu­telkę z ter­pen­tyną i ob­kle­jony tłusz­czem fla­kon z ole­jem tun­go­wym, wy­pchnęła tylną ściankę, wzięła dzien­nik i wło­żyła go do to­rebki od Lo­uisa Vu­it­tona. Na­stęp­nie z ziemi w do­niczce wy­ło­wiła bank­not pię­ciu­set­ko­ro­nowy, zwi­nięty w ru­lo­nik i za­pa­ko­wany w prze­źro­czy­stą fo­lię.

Zo­sta­wiła włą­czoną lampę su­fi­tową, żeby ni­czego nie po­dej­rze­wał. Prze­mie­rzała traw­nik, wstrzy­mu­jąc od­dech. W sa­lo­nie pa­liło się świa­tło. Może na­dal sie­dział na ka­na­pie, skąd przez ostat­nią go­dzinę wy­gła­szał ty­rady o tym, co było z nią nie tak, oraz o wielu po­wo­dach, dla któ­rych już go nie krę­ciła.

Naj­pierw pró­bo­wała prze­mó­wić mu do roz­sądku. Li­czyła na to, że prze­sta­nie, kiedy so­bie uświa­domi, do czego to pro­wa­dzi. On jed­nak cią­gnął nie­zra­żony.

- Co za­mie­rzasz z tym zro­bić? - spy­tał, pa­trząc na nią z mie­sza­niną po­gardy i re­zy­gna­cji.

- Ja­kiej od­po­wie­dzi się spo­dzie­wasz? - od­parła, na co on po­krę­cił głową i stwier­dził, że nie może już na nią pa­trzeć, bo wy­rzą­dziła mu tyle zła. Wła­śnie wtedy wstała i opu­ściła po­kój. Nie pró­bo­wał jej za­trzy­mać, po pro­stu po­zwo­lił jej odejść.

A prze­cież wie­czór za­po­wia­dał się do­brze. On przy­niósł jej stor­czyka z oka­zji wa­len­ty­nek. Zje­dli ko­la­cję, otwo­rzyli bu­telkę czer­wo­nego wina. Opo­wia­dał za­bawne hi­sto­rie, które przy­da­rzyły mu się tego dnia w szpi­talu. Ona słu­chała, śmiała się. Upra­wiali seks. Szybki nu­me­rek na sto­jąco z ple­cami opar­tymi o ko­modę, któ­rej kra­wędź iry­tu­jąco wbi­jała się w skórę. Ona przy­kuc­nęła i do­koń­czyła ustami, żeby mieć to już za sobą. Póź­niej sie­dzieli na so­fie, ra­cząc się gi­nem z to­ni­kiem do dźwię­ków I Know You Know Espe­ranzy Spal­ding. Kiedy jaz­zowe dźwięki zmie­niły się w ko­lejny nu­mer o ty­tule Pre­cious, wszystko się za­częło. Wy­szła z sa­lonu, żeby ode­tchnąć. Na ko­ry­ta­rzu coś w nią wstą­piło.

Te­raz jed­nak upo­je­nie i od­waga zdą­żyły ją opu­ścić. Czuła się senna i pu­sta w środku, gdy wbrew zdro­wemu roz­sąd­kowi sta­nęła na po­bo­czu przy Stran­dve­jen.

Czarna tak­sówka zmie­rzała nie­śpiesz­nym tem­pem w kie­runku pół­noc­nym.

Ko­bieta mach­nęła ręką. Auto się za­trzy­mało. Wsia­dła.

- Niech pan po pro­stu je­dzie - po­wie­działa, wrę­cza­jąc kie­rowcy pięć­set ko­ron.

Męż­czy­zna włą­czył lampkę i przyj­rzał się uważ­nie pa­sa­żerce, po czym uru­cho­mił sil­nik, za­wró­cił i po­je­chał w prze­ciw­nym kie­runku.

Spu­ściła wzrok na swoje dło­nie. Do­strze­gła brud za pa­znok­ciami, czarne ślady od ziemi z do­niczki. Nud­no­ści po­ja­wiły się na­tych­miast. Żo­łą­dek, nie wie­dzieć czemu, prze­szyło ukłu­cie stra­chu. Go­rącz­kowo sta­rała się po­zbyć brudu, ale pa­znok­cie oka­zały się zbyt dłu­gie. Spró­bo­wała je po­ob­gry­zać, przez co zia­renka gleby do­stały jej się do ust. Czuła je mię­dzy zę­bami.

Kie­rowca prze­je­chał przez trzy dziel­nice Ko­pen­hagi. Po jed­nej stro­nie cią­gnęło się ciemne mo­rze, a po dru­giej stały za­byt­kowe wille wznie­sione wy­soko nad Stran­dve­jen, skąd roz­ta­czał się wi­dok na fort Mid­del­grund i wy­brzeże Szwe­cji. Prze­mie­rzył Hel­le­rup, gdzie piękni, znani i wy­kształ­ceni wy­da­wali kro­cie w skle­pi­kach dla ko­ne­se­rów, a po­tem je­chał da­lej ulicą ?ster­bro­gade w kie­runku cen­trum mia­sta - przez oko­lice wyż­szej klasy śred­niej. Był to jakby pas bu­fo­rowy od­dzie­la­jący umiar­ko­wa­nie za­moż­nych nu­wo­ry­szy i tych bez­wstyd­nie bo­ga­tych, za­miesz­ku­ją­cych nieco da­lej na pół­noc od więk­szo­ści spo­łe­czeń­stwa. Od tych, któ­rzy rzadko do­sta­wali to, czego pra­gnęli, ale co ty­dzień grali w lotto, za­do­wa­la­jąc się ma­rze­niem o wiel­kiej wy­gra­nej. Czyli od ka­sty, do któ­rej ona także na­le­żała. Wła­śnie w to miej­sce wra­cała.

Z każdą se­kundą rósł jej żal z po­wodu tego, co zro­biła. Spoj­rzała na tak­so­metr. Nie był włą­czony. Z pew­no­ścią mo­gła skło­nić kie­rowcę, by za­wró­cił i od­wiózł ją do domu, za­nim on do­strzeże jej znik­nię­cie. Bała się my­śleć o kon­se­kwen­cjach. Bo wie­działa, że ją spo­tkają, jak za­wsze. Cza­sem można było dys­ku­to­wać, czy słusz­nie ją spo­ty­kały. In­nym ra­zem jego po­stę­po­wa­nie było jaw­nie nie­spra­wie­dli­wie, a ona tylko wszystko po­gar­szała kłam­stwami, za­dzior­no­ścią, pi­jań­stwem. I za­po­mi­nal­stwem. Do­stała przez to wiele punk­tów kar­nych. Za­po­znała się z tym sys­te­mem po raz pierw­szy przy awan­tu­rze o kar­ton po mleku. Prze­stęp­stwo kar­to­nowe wy­ce­nił ni­sko, jako że było jej pierw­szym wy­kro­cze­niem. Przy­znał jej za nie tylko dwa punkty. Od­tąd za­wsze pa­mię­tała o skła­da­niu kar­to­nów po mleku - naj­pierw wzdłuż, a póź­niej w co­raz mniej­szą kostkę. Po­nie­waż było to dla niego ważne. Tak jak ważne było dla niego pro­wa­dze­nie ewi­den­cji jej prze­wi­nień i li­cze­nie punk­tów kar­nych. Nie­na­wi­dziła tego ter­minu. Kiedy osią­gnęła okre­śloną liczbę punk­tów, znaj­do­wał dla niej od­po­wied­nią karę. Ni­gdy nie wie­działa, kiedy zo­sta­nie wy­mie­rzona i jaki bę­dzie jej za­kres. Ocze­ki­wa­nie było naj­gor­sze. Zda­rzało jej się bły­ska­wicz­nie uzbie­rać punkty i szybko mieć karę za sobą. By­wało też tak, że po­stę­po­wała ostroż­niej, z obawy przed tym, co ją cze­kało - naj­czę­ściej wtedy, gdy liczba punk­tów była na­prawdę duża. Tak jak po dzi­siej­szym wie­czo­rze.

Tak­sów­karz skrę­cił z N?rre Fa­ri­mags­gade w Gyl­den­l?ves­gade. Wy­rósł przed nimi ośro­dek in­ter­wen­cji kry­zy­so­wej, czarny i prze­ra­ża­jący na tle ciem­nego nieba, z czte­rema ozdob­nymi szczy­tami wzno­szą­cymi się nad ciem­no­sza­rym da­chem. Wzdłuż ściany bu­dynku zwró­co­nej fron­tem do nad­jeż­dża­ją­cego sa­mo­chodu świe­cił się po­je­dyn­czy rząd okien, który ni­czym ciąg lam­pek noc­nych ła­go­dził upiorne wra­że­nie.

Kie­rowca prze­je­chał przez że­la­zną bramę i za­trzy­mał się przed drzwiami. Pró­bo­wała mu wy­ja­śnić, żeby za­wiózł ją z po­wro­tem, ale męż­czy­zna od­wró­cił się i po­ma­chał bank­no­tem, który od niej do­stał.

- Wej­dzie tam pani - po­wie­dział ła­ma­nym duń­skim, chwy­cił jej dłoń i wci­snął w nią pie­nią­dze.

Wy­sia­dła. Po­sta­no­wiła zna­leźć inną tak­sówkę. Kiedy sa­mo­chód wy­jeż­dżał ty­łem przez bramę, przy­glą­dała się po­dwój­nym ciem­no­zie­lo­nym drzwiom wej­ścio­wym z du­żymi prze­szkle­niami. Dzwo­nek był stary i za­rdze­wiały. Czuła się obco w tym miej­scu, ale na dwo­rze pa­no­wał ziąb, a ona jed­nak nie miała od­wagi wra­cać. Rów­nie do­brze mo­gła po­szu­kać schro­nie­nia tu­taj. Za­dzwo­niła. Nikt nie otwie­rał. Wtedy do­strze­gła urzą­dze­nie z gło­śni­kiem umiesz­czo­nym na wy­so­ko­ści jej głowy. Wci­snęła gu­zik i roz­legł się zgrzyt, po któ­rym ode­zwał się ko­biecy głos:

- Pro­szę chwilę za­cze­kać.

Przez mo­ment roz­wa­żała, czy się nie od­wró­cić i nie wy­biec przez bramę. Kilka se­kund póź­niej w jed­nej z szyb uka­zała się okrą­gła twarz. Ko­bieta uchy­liła drzwi.

- W czym mogę po­móc?

- Po­trze­buję miej­sca, w któ­rym mo­gła­bym spę­dzić noc. - Wszel­kie wy­ja­śnie­nia na­gle ule­ciały z jej głowy. - Tylko dzi­siaj.

Ko­bieta otwo­rzyła drzwi sze­rzej i dała jej znak, żeby za nią po­szła. Po­pro­wa­dziła ją dłu­gim ko­ry­ta­rzem i za­pro­siła do oszczęd­nie ume­blo­wa­nego biura. Tuż przy wej­ściu stał pro­sto­kątny stół z krze­słami, a przy oknie biurko z kom­pu­te­ro­wym mon­strum.

- Boli, kiedy pani prze­łyka? - Ko­bieta przyj­rzała się jej szyi.

- To się nie stało dzi­siaj - od­parła, złosz­cząc się na sie­bie, że za­po­mniała o sza­liku.

- Pro­szę dać mi płaszcz. - Ko­bieta wy­cią­gnęła rękę w jej stronę.

Do­piero kiedy zdjęła okry­cie, zo­rien­to­wała się, że ma na so­bie tylko swe­ter od Soni Ry­kiel i raj­stopy marki Wol­ford. Spód­nica zo­stała na pod­ło­dze w domu.

- Prze­pra­szam - po­wie­działa, pró­bu­jąc jak naj­bar­dziej ob­cią­gnąć swe­ter.

- Jak pani na imię? - spy­tała ko­bieta, wie­sza­jąc płaszcz.

- Es­ther.

2

- Na­zy­wam się Da­vid Brandt. Je­stem al­ko­ho­li­kiem. - Po­wie­dział to gło­śno i wy­raź­nie, po czym ro­zej­rzał się po­nad gło­wami ze­bra­nych. - Je­stem trzeźwy od pię­ciu i pół mie­siąca. To sto sześć­dzie­siąt osiem dni.

Słu­cha­cze za­częli bić brawo. Męż­czy­zna przy­jął że­ton i opu­ścił po­dium. Do­szedł do siód­mego rzędu krze­seł i za­czął prze­ci­skać się bo­kiem obok dłu­giego ciągu ko­lan. Czuł, że musi za­pa­lić. Po­wie­trze było su­che i cięż­kie. Za­mknięte okna i wi­szące pod nimi od­krę­cone do mak­si­mum ka­lo­ry­fery trzy­mały co prawda zimno z da­leka, ale po­zba­wiały przy tym po­wie­trze tlenu i wil­goci, tak że parę osób zdą­żyło przy­snąć i bu­dziło się te­raz z po­czu­ciem winy trą­cone przez mi­ja­ją­cego ich Da­vida. Sia­da­jąc, mi­mo­wol­nie wes­tchnął. Nie prze­pa­dał za tymi upo­ka­rza­ją­cymi kon­wen­tami z ko­niecz­no­ścią pu­blicz­nej spo­wie­dzi i wrę­cza­niem że­to­nów. Wo­lał bar­dziej ka­me­ralne spo­tka­nia, na któ­rych zda­rzało mu się by­wać. Były do­brze zor­ga­ni­zo­wane i rzadko trwały dłu­żej niż go­dzinę.

Ma­gnus ob­ró­cił się za sie­bie, z trze­ciego rzędu po­ka­zu­jąc mu unie­sione kciuki. Da­vid złą­czył kciuk i pa­lec, for­mu­jąc z nich ide­alne koło. Mu­siał wyjść w cza­sie prze­rwy, je­śli miał zdą­żyć na spo­tka­nie z Ka­ren Sin­dal.

Na­stępna na mów­nicy po­ja­wiła się ko­bieta, któ­rej nie znał. Wy­da­wała się po­de­ner­wo­wana.

Ma­gnus wstał i za­czął się prze­ci­skać w stronę przej­ścia po­środku, da­jąc mu znak głową, żeby do niego do­łą­czył. Da­vid wes­tchnął prze­pra­sza­jąco do są­siada, a po­tem po­now­nie otarł się o ko­lana jego i reszty sie­dzą­cych.

Tycz­ko­waty chło­pak cze­kał na niego przy sto­liku z kawą z tyłu sali.

- Prze­spa­ce­ru­jemy się po­tem wo­kół je­zior? - Od­gar­nął na bok długą grzywkę.

Da­vid po­my­ślał, że chyba obie­cał mu to przed­wczo­raj, ale te­raz miał na gło­wie waż­niej­sze sprawy.

- Idę na spo­tka­nie z no­wym klien­tem - od­parł.

- Spoko. - Ma­gnus po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem. - Twoje pierw­sze praw­dziwe zle­ce­nie de­tek­ty­wi­styczne?

- Je­stem do­radcą do spraw bez­pie­czeń­stwa - po­pra­wił go, z wes­tchnie­niem wy­po­wia­da­jąc na­zwę sta­no­wi­ska.

- Do­radca do spraw bez­pie­czeń­stwa brzmi jak ja­kiś pseu­do­gang­ster. - Chło­pak na­lał so­bie kawy do pa­pie­ro­wego kubka. - Je­steś pry­wat­nym de­tek­ty­wem, a ja mogę zo­stać twoim Wat­so­nem.

- Mo­żesz co naj­wy­żej stra­cić kilka zę­bów - od­parł Da­vid.

Ma­gnus, który nie miał ani grama wy­czu­cia sy­tu­acji, wy­ma­gał spe­cjal­nego po­dej­ścia, Da­vid jed­nak nie czuł się dzi­siaj na si­łach, by się z nim cac­kać, i szybko zde­cy­do­wał, że musi na­tych­miast wyjść. To prze­cież ża­den wstyd zja­wić się tro­chę wcze­śniej.

- Jest pan sam? - Kel­nerka po­pa­trzyła na niego i trzy wolne krze­sła sto­jące wo­kół pro­sto­kąt­nego pa­li­san­dro­wego sto­lika. W ręku trzy­mała tacę z kawą.

- Nie - od­parł.

- Bo je­śli tak, to chcia­łam pana spy­tać, czy nie prze­niósłby się pan do in­nego, mniej­szego sto­lika. Ale tylko je­śli jest pan sam. - Wy­ce­lo­wała pa­lec w mi­nia­tu­rowy sto­lik przy oknie z jed­nym krze­słem i po­dusz­kami uło­żo­nymi na pa­ra­pe­cie dla ewen­tu­al­nego dru­giego go­ścia. Da­vid wąt­pił w to, żeby Ka­ren Sin­dal za­do­wo­liła się czymś ta­kim.

- To dla mnie? - Wska­zał kawę.

Ko­bieta po­słała mu uśmiech pod ty­tu­łem "pieprz się", po­sta­wiła na bla­cie szklankę i ob­ró­ciła się na pię­cie.

Pa­li­san­drowe sto­liki w ka­wiarni Mau­des Sa­lon wy­stę­po­wały we wszyst­kich roz­mia­rach i mo­de­lach. Tak samo jak sie­dzące wo­kół nich ko­biety, w więk­szo­ści młode stu­dentki. Miej­sce było za­tło­czone, a sto­liki usta­wione zbyt bli­sko sie­bie. Da­vid zaj­rzał tu­taj w dniu, kiedy szu­kał od­po­wied­niego miej­sca na spo­tka­nia z klien­tami i za­zna­jo­mił się ze wszyst­kimi co ele­gant­szymi ka­wiar­niami przy Gam­mel Kon­ge­vej. Za­miast dać się zwieść pierw­szemu wra­że­niu, po­wi­nien był jed­nak spraw­dzić to miej­sce.

Za jego ple­cami sie­dzieli dwaj na­uczy­ciele z pod­sta­wówki. Obaj zgod­nie do­szli do wnio­sku, że mają ob­jawy ze­społu stresu po­ura­zo­wego na sku­tek nie­ludz­kiej pre­sji, na którą byli na­ra­żeni pod­czas dy­żu­rów na szkol­nym po­dwórku. Gdzieś na­prze­ciwko roz­pła­kało się gło­śno nie­mowlę. Matka ko­ły­sała je ener­gicz­nie, nie prze­ry­wa­jąc pi­cia latte ani roz­mowy z przy­ja­ciółką. Ta zaś roz­sia­dła się na po­dusz­kach na pa­ra­pe­cie i ki­wała głową do taktu stru­mie­nia słów - wy­da­wała się, w prze­ci­wień­stwie do wszyst­kich in­nych go­ści, od­porna na dzie­cięce wrza­ski.

Da­vid za­sta­na­wiał się, jak wy­gląda Ka­ren Sin­dal.

Roz­ma­wiali wczo­raj przez te­le­fon. Sin­dal z afek­to­wa­nym chło­dem w gło­sie po­pro­siła o po­stę­po­wa­nie po­ufne. Jej dia­lekt zdra­dzał, że po­cho­dziła z pół­noc­nej Ze­lan­dii. Z tej czę­ści re­zer­watu, który ni­gdy nie pił kawy ze sta­cji ben­zy­no­wej. "Dys­kre­cja to moja spe­cjal­ność" - rzu­cił w od­po­wie­dzi ni­czym lekko ob­le­śny sprze­dawca uży­wa­nych sa­mo­cho­dów. Umó­wił się z nią na spo­tka­nie w ka­wiarni, tłu­ma­cząc to re­mon­tem biura. Od­niósł wra­że­nie, że mu nie uwie­rzyła.

Mi­nuty wle­kły się w nie­skoń­czo­ność. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Może po­sta­no­wiła go wy­sta­wić. Wy­pił pra­wie całą kawę, a wtedy ona sta­nęła w drzwiach. Ka­ren Sin­dal, nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści. Smu­kła, za­dbana i roz­ta­cza­jąca wo­kół sie­bie aurę luk­susu, w czar­nym dwu­rzę­do­wym płasz­czu. Cho­ciaż pa­no­wał przej­mu­jący ziąb, przy­szła w czar­nych szpil­kach i bez rę­ka­wi­czek.

Ko­bieta prze­ska­no­wała wnę­trze ta­kim spoj­rze­niem, jakby przez po­myłkę we­szła do pu­blicz­nej to­a­lety dla męż­czyzn. Da­vid uniósł rękę. Ona po­wścią­gli­wie ski­nęła mu głową i ru­szyła do jego sto­lika.

Wstał i po­dał jej dłoń.

- Mogę za­pro­po­no­wać kawę, wodę albo coś in­nego?

Po­krę­ciła głową i usia­dła. Nie zdjęła płasz­cza, ale go roz­pięła, uka­zu­jąc czarną su­kienkę. Czerń była naj­wy­raź­niej jej ko­lo­rem, styl od­po­wia­dał na­stro­jowi.

Da­vid da­ro­wał so­bie wstęp. Sie­dząca na­prze­ciwko niego ko­bieta ra­czej nie prak­ty­ko­wała small talku.

- W czym mogę pani po­móc? - spy­tał. Przy­brał po­ważny wy­raz twa­rzy albo ra­czej pró­bo­wał to zro­bić, ma­jąc na­dzieję, że od­wróci to uwagę klientki od dzie­cię­cego pła­czu i nie­prze­rwa­nego ja­zgotu to­czą­cych się wo­kół roz­mów.

- Chcę, żeby pan ko­goś śle­dził - po­wie­działa. Jej głos brzmiał ni­żej niż przez te­le­fon.

- Ro­zu­miem - od­parł. - A z ja­kiego po­wodu?

Spoj­rzała na niego ze zdu­mie­niem.

- Czyż­bym mar­no­wała tu­taj swój czas?

Przez dłuż­szą chwilę żadne z nich nie ode­zwało się ani sło­wem.

- Niech pani sama to oceni - po­wie­dział, przy­glą­da­jąc się jej twa­rzy, nie­na­tu­ral­nie po­zba­wio­nej ży­cia. - Mu­szę po­znać tło i cel sprawy, za­nim po­dejmę się zle­ce­nia.

Ko­bieta pa­trzyła na niego ba­daw­czo, jakby był nie­spełna ro­zumu. Osta­tecz­nie jed­nak ski­nęła głową. Z apro­batą.

Jak do­tąd wszystko szło do­brze.

- Co mam panu po­wie­dzieć?

Da­vid cier­pli­wie cze­kał.

Sin­dal wes­tchnęła.

- Es­ther jest nie­zrów­no­wa­żona i uza­leż­niona od al­ko­holu. By­ła­bym spo­koj­niej­sza, gdy­bym wie­działa, gdzie prze­bywa. - Wy­jęła z to­rebki zdję­cie i po­ło­żyła je na sto­liku.

Da­vid mi­mo­wol­nie drgnął. Wziął do ręki fo­to­gra­fię.

Stała na niej wy­pro­sto­wana ko­bieta w sukni ślub­nej po­dob­nej do bezy i wła­śnie za­raz miała się ro­ze­śmiać. Pan młody miał bar­dziej po­wścią­gliwy wy­raz twa­rzy. Wy­glą­dał jak mo­del ze zdjęć stoc­ko­wych. Ide­alny pro­to­typ mę­skiego, a przy tym czu­łego pana mło­dego o fa­lu­ją­cych ciem­nych wło­sach, któ­rych po­je­dyn­czy nie­sforny lok od­wra­cał uwagę od prze­kor­nego spoj­rze­nia. Da­vid z tru­dem na to pa­trzył.

Spoj­rzał bez słowa na roz­mów­czy­nię, która błęd­nie zin­ter­pre­to­wała jego mil­cze­nie.

- Cho­dzi mi o to, żeby śle­dził ją pan dzi­siaj, a póź­niej wszystko mi prze­ka­zał.

Na od­wro­cie zdję­cia wid­niały resztki tek­tury - po­zo­sta­ło­ści po kartce z po­dzię­ko­wa­niami, do któ­rej kie­dyś zo­stało przy­kle­jone.

- Nie mogę pani po­móc - po­wie­dział po kilku se­kun­dach na­my­słu i odło­żył zdję­cie.

- Dla­czego? - W jej gło­sie brzmiało za­sko­cze­nie, cho­ciaż twarz po­zo­stała nie­ru­choma jak u ma­ne­kina.

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Spe­cja­li­zuję się w zle­ce­niach dla firm ubez­pie­cze­nio­wych i pry­wat­nych przed­się­biorstw.

- Czyli nie zaj­muje się pan śle­dze­niem lu­dzi?

- Ow­szem, ale tylko w spra­wach do­ty­czą­cych nie­uspra­wie­dli­wio­nej nie­obec­no­ści w pracy albo do­mnie­ma­nych uszko­dzeń ciała - skła­mał.

- Ro­zu­miem - po­wie­działa, za­bie­ra­jąc zdję­cie. - Czyli nie chce pan tego zle­ce­nia. - Nie brzmiało to jak py­ta­nie.

Za­pa­dło kło­po­tliwe mil­cze­nie. Da­vid czuł się roz­darty. Z jed­nej strony chciał się do­wie­dzieć wię­cej, z dru­giej pra­gnął się ulot­nić, tak jak przed dzie­się­cioma laty. Za­schło mu w ustach i nie mógł prze­łknąć śliny. Upił łyk kawy i od­sta­wił szklankę na sto­lik. Po chwili znowu ją uniósł i opróż­nił do dna.

- Pro­szę za­cze­kać - po­wie­dział, kiedy Sin­dal za­mie­rzała wstać. - Pro­szę, żeby wy­ra­żała się pani ja­śniej. Czemu chce mi pani za­pła­cić za śle­dze­nie swo­jej przy­ja­ciółki? Bo za­kła­dam, że się przy­jaź­ni­cie.

- Mar­twię się o nią. - Ka­ren odło­żyła zdję­cie na sto­lik i prze­su­nęła je w stronę Da­vida. - Bar­dzo lu­bię Es­ther. - Na po­ke­ro­wej twa­rzy ko­biety nie drgnął ani je­den mię­sień.

- Wie pani, gdzie ona mieszka?

Po­krę­ciła głową.

- To pana za­da­nie. Spo­ty­kam się z Es­ther za go­dzinę w Café Vic­tor. Kiedy stam­tąd wyj­dzie, ma ją pan śle­dzić.

Da­vid wy­jął te­le­fon i spraw­dził ka­len­darz. Do końca dnia miał wolne, co nie sta­no­wiło nie­spo­dzianki.

- Mogę tam być naj­wcze­śniej za dwie go­dziny - oznaj­mił.

- Zna­ko­mi­cie.

Skwi­to­wał to ski­nie­niem głowy, jakby to, co miało się zda­rzyć za dwie go­dziny, było naj­więk­szą bła­hostką pod słoń­cem. Mu­siał się do­wie­dzieć, co tu jest grane. Mimo wszystko był jej to wi­nien. Poza tym gdyby nie przy­jął tego zle­ce­nia, zro­biłby to ktoś inny.

Sin­dal po­dała mu wi­zy­tówkę.

- Naj­le­piej, żeby kon­tak­to­wał się pan ze mną mej­lowo.

Da­vid przy­jął kar­to­nik, wziął zdję­cie ze sto­lika i wstał. Wy­cią­gnął dłoń do ofi­cjal­nego po­że­gna­nia. Ko­bieta za­wa­hała się, ale uści­snęła ją krótko.

Ka­ren Sin­dal nie przy­pa­dła mu do gu­stu i ta nie­chęć była wy­raź­nie od­wza­jem­niona.

Woń sta­rego ku­rzu zmie­szana z nutką nie­ży­wego kota ude­rzyła go w noz­drza za­raz po wej­ściu do przed­po­koju. Na krótką chwilę uj­rzał swoje od­bi­cie w ma­łym lu­strze za­wie­szo­nym tuż przy drzwiach na ster­czą­cym gwoź­dziu, który przy­wi­tał go jako pierw­szy, kiedy Da­vid się tu­taj wpro­wa­dził. Gwóźdź był ni­czym ta­bliczka "Tu by­łem" zo­sta­wiona przez po­przed­niego wła­ści­ciela. De­nat le­żał w kuchni przez mie­siąc i nikt nie zgło­sił jego za­gi­nię­cia. "Zmarł ze sta­ro­ści" - mó­wili są­sie­dzi, krę­cąc lekko gło­wami. "Cza­sem tak bywa". Sa­mot­ność to dziwna rzecz.

Da­vid prze­cze­sał pal­cami włosy, przyj­rzał się kil­ku­dnio­wemu za­ro­stowi. Mógł świad­czyć za­równo o nie­chluj­no­ści i obo­jęt­no­ści, jak i o wy­lu­zo­wa­nym i po­zba­wio­nym for­ma­li­zmu sto­sunku do pracy. Kiedy wy­bie­rał się na kon­went AA, a póź­niej na spo­tka­nie z Sin­dal, zde­cy­do­wał się na tę drugą opcję.

Wszedł do kuchni, wy­jął z tyl­nej kie­szeni zdję­cie, rzu­cił je na stół obok sterty pra­nia i otwo­rzył na­rożną szafkę. Żeby się­gnąć za ta­le­rze na naj­wyż­szej półce, mu­siał wy­cią­gnąć pełne sto osiem­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try swo­jego ciała. Do­piero wtedy koń­cówki pal­ców mo­gły chwy­cić na poły opróż­nioną paczkę prince'ów. Przez dwa dni opie­rał się po­ku­sie. Z al­ko­ho­lem po­że­gnał się w tej sa­mej se­kun­dzie, w któ­rej pod­jął o tym de­cy­zję, ale na­łóg ni­ko­ty­nowy nie chciał go tak ła­two wy­pu­ścić ze swo­ich szpo­nów. Da­vid za­pa­lił pa­pie­rosa i wcią­gnął dym do płuc - przez oskrzela, ka­na­liki płucne, aż do wszyst­kich naj­mniej­szych za­ka­mar­ków. Wy­peł­nił je ni­ko­tyną, tlen­kiem wę­gla, amo­nia­kiem, sub­stan­cjami smo­li­stymi, siar­ko­wo­do­rem i fe­no­lem. Po­wi­tał wy­tę­sk­nio­nego kopa zre­lak­so­wa­nym wy­de­chem. Ni­ko­tyna nie usu­wała bólu ani nie izo­lo­wała Da­vida od ży­cia. Tłu­miła za to nie­po­kój, po­zwa­lała znieść ko­lejne sie­dem mi­nut smut­nej eg­zy­sten­cji. Dla­tego tak kosz­mar­nie trudno było się obyć bez tej sub­stan­cji.

Za­cią­ga­jąc się głę­boko i szybko aż do roz­grza­nia pa­pie­rosa, Da­vid przy­glą­dał się Es­ther i jej mał­żon­kowi. Oni od­wza­jem­nili jego spoj­rze­nie. Od­su­nął od sie­bie na­tar­czywe my­śli, za­cią­gnął się jesz­cze raz i zga­sił pa­pie­rosa w umy­walce. Ci­snął resztę paczki z po­wro­tem na półkę i od­krę­cił pal­nik ku­chenki. Mu­siał mocno po­trzą­snąć za­pal­niczką, za­nim wy­krze­sał pło­mień. Z dol­nej szafki wy­jął ron­del i ostat­nią puszkę sie­ka­nych ko­tle­tów w so­sie pie­cze­nio­wym. Po­tem wy­cią­gnął z lo­dówki słoik z ziem­nia­kami. Wy­sy­pał za­war­tość puszki i sło­ika do ron­dla i mie­szał masę wi­del­cem do mo­mentu, aż do­pro­wa­dzony do wrze­nia sos upstrzył mu dłoń ma­łymi kro­pel­kami.

Da­vid stał przy bla­cie ku­chen­nym i jadł pro­sto z garnka. Pił mleko z kar­tonu. Kiedy miesz­kał z Anną, było to nie do po­my­śle­nia. Tę­sk­nił za nimi oboj­giem. Za nią. Za Isa­kiem. Od­dałby ży­cie, żeby od­wró­cić to, czego nie dało się zmie­nić.

Od­sta­wił ron­del do zlewu, we­tknął zdję­cie ślubne do tyl­nej kie­szeni spodni, wy­szedł do przed­po­koju i chwy­cił płaszcz.

Anna była w ciąży, kiedy się po­bie­rali. Jesz­cze nie było tego wi­dać, ale i tak na­zy­wali swój por­tret ślubny pierw­szą fo­to­gra­fią ich trojga. Trudno wy­brać naj­szczę­śliw­szą, naj­do­sko­nal­szą chwilę z ich wspól­nego ży­cia, ale mo­ment, w któ­rym stał w ko­ściele obok Anny, świę­cie prze­ko­nany, że spę­dzą ra­zem resztę ży­cia, był temu naj­bliż­szy. Za­sta­na­wiał się, co by się stało, gdyby pew­nego dnia przy­pad­kowo na sie­bie wpa­dli. Miał na­dzieję, że kie­dyś do tego doj­dzie, i jed­no­cze­śnie się tego oba­wiał.

Za­trza­snął za sobą drzwi.

3

Bo­tok­sowa twarz się uśmiech­nęła.

Gdyby Ka­ren zo­stała za­mor­do­wana i za­ko­pana w po­bliżu wód grun­to­wych, mo­głaby za­truć śred­nich roz­mia­rów wio­skę. An­dreas szep­nął jej to kie­dyś na ucho pod­czas wspól­nej ko­la­cji z mał­żeń­stwem Sin­da­lów. Oby­dwoje spoj­rzeli na Es­ther ze zdu­mie­niem, kiedy wy­buch­nęła śmie­chem.

- Tom i ja ku­pi­li­śmy dom let­ni­skowy w Ti­svilde - oznaj­miła Ka­ren.

Ze wszyst­kich rze­czy ta ob­cho­dziła Es­ther naj­mniej, ale po­zba­wiona ży­cia twarz roz­mów­czyni wpa­try­wała się w nią wy­cze­ku­jąco. Na­de­szła jej ko­lej, żeby coś po­wie­dzieć.

- A dom w Ska­gen? - spy­tała wresz­cie.

- Sprze­da­jemy go.

- No tak.

Spraw­dziła go­dzinę. Po­winna była wy­krę­cić się z tego za­pro­sze­nia ja­kimś kłam­stwem. Sie­działa te­raz w Café Vic­tor i mar­no­wała czas, któ­rego żadna z nich nie lu­biła spę­dzać ra­zem. Po­sta­no­wiła od­cze­kać jesz­cze dzie­sięć mi­nut i bez po­czu­cia winy za­koń­czyć spo­tka­nie.

- Wła­ści­wie to gdzie te­raz miesz­kasz? - Ka­ren upiła mi­kro­sko­pijny łyk po­dwój­nego espresso. - U matki?

- Nie - od­parła Es­ther, lekko krę­cąc głową.

- Czyli udo­stęp­niła ci swój dom na Lol­land?

- Matka ma dom let­ni­skowy w Gil­le­leje, ale nie ko­rzy­stam z niego. Nie da­ła­bym rady do­jeż­dżać stam­tąd do pracy.

Eks­pres do kawy za­zgrzy­tał, roz­ta­cza­jąc wo­kół aro­ma­tyczną woń świeżo zmie­lo­nej kawy. Była to je­dyna przy­jemna rzecz w po­miesz­cze­niu za­sta­wio­nym zbyt wie­loma sto­li­kami i skó­rza­nymi fo­te­lami.

- Czyli miesz­kasz w mie­ście. U ko­goś zna­jo­mego?

- Nie. - Od­chrząk­nęła. - Miesz­kam w ta­kim jakby pen­sjo­na­cie.

- Pen­sjo­na­cie?

- Tylko tym­cza­sowo - do­dała i za­bęb­niła pa­znok­ciami o szklankę z latte, któ­rej jesz­cze nie ru­szyła.

- Mam na­dzieję. Ze względu na was oboje - po­wie­działa Ka­ren. - An­dreas za tobą tę­skni.

- Aha. - Es­ther wzru­szyła ra­mio­nami. Wda­wa­nie się z Ka­ren w dys­ku­sję było ry­zy­kowne, go­dziła się więc na po­ni­że­nie, ale tylko na tyle, na ile nie dało się go unik­nąć.

- Nie mie­ści mu się w gło­wie, że tak po pro­stu znik­nę­łaś. Nikt w to nie wie­rzy. Co cię na­pa­dło?

Nie było na to ła­twej od­po­wie­dzi. Es­ther chwy­ciła szklankę z ja­sno­brą­zo­wym pły­nem, ale się roz­my­śliła i opu­ściła dłoń na sto­lik. Ka­ren na­kryła ją swoją dło­nią i uści­snęła. Za­bo­lało.

- Na­dal bie­rzesz te leki?

- Ka­ren, to było dwa lata temu. - Es­ther wy­szarp­nęła rękę z uści­sku ko­biety pod pre­tek­stem za­ło­że­nia nią wło­sów za ucho. Ob­ser­wo­wała kel­nerkę, która spraw­nymi ru­chami zbie­rała z są­sied­niego sto­lika brudną por­ce­lanę.

Ka­ren coś po­wie­działa, ale Es­ther nie wy­chwy­ciła jej słów po­śród pa­nu­ją­cego wo­kół gwaru. I tak nie miały zna­cze­nia. Ski­nęła jej głową, jakby wie­działa, o co cho­dzi, i skie­ro­wała wzrok ku pa­no­ra­micz­nej szy­bie.

- Pada śnieg. - Z uśmie­chem po­ka­zała na okno.

- Mar­twimy się o cie­bie. - Ka­ren przy­trzy­mała jej spoj­rze­nie. - Mamy w pa­mięci twoją cho­robę. An­dreas o mało się wtedy nie za­ła­mał. A te­raz znowu jego ży­cie le­gło w gru­zach. Po tym wszyst­kim, przez co prze­szedł.

- Wszystko u mnie do­brze, Ka­ren. Nie ma się czym mar­twić. - Es­ther znowu chwy­ciła szklankę i unio­sła ją do ust. W tej chwili znacz­nie lep­szy byłby gin z to­ni­kiem, naj­le­piej dwa.

Zwró­ciła uwagę na matkę z małą có­reczką na chod­niku po dru­giej stro­nie szyby. Dziecko usi­ło­wało zła­pać krysz­tałki śniegu ję­zy­kiem i tak bar­dzo od­chy­lało głowę, że pra­wie prze­wró­ciło się na plecy. Matka uśmiech­nęła się do to­wa­rzy­szą­cego im męż­czy­zny, który zbli­żył się do niej i ją po­ca­ło­wał, po czym wszy­scy troje znik­nęli za ro­giem. Może gdyby uro­dziło im się dziecko, by­liby te­raz szczę­śliwi?

- Es­ther, czy ty w ogóle mnie słu­chasz?

Es­ther po­słała Ka­ren prze­pra­sza­jący uśmiech.

- Je­stem przy to­bie. Pro­szę cię, po­zwól so­bie po­móc.

- Je­śli na­prawdę chcesz mi po­móc, pro­szę cię, że­byś się w to nie wtrą­cała. Ta sprawa cię nie do­ty­czy - po­wie­działa, pró­bu­jąc roz­broić swoją wy­po­wiedź uśmie­chem.

- I tu się my­lisz, Es­ther. An­dres to mój przy­ja­ciel. Je­stem w sta­nie wiele dla niego zro­bić.

- A ja na­iw­nie są­dzi­łam, że przy­szłaś tu­taj z mo­jego po­wodu. - Es­ther wstała. Ża­ło­wała, że nie po­że­gnała się wcze­śniej, bo na­dal roz­ma­wiały o ni­czym, a obec­nie jej wyj­ście bar­dziej przy­po­mi­nało ucieczkę. - Mu­szę się zbie­rać do pracy. - Wło­żyła ręce w rę­kawy kar­me­lo­wego płasz­cza z kasz­miru i pod­nio­sła z pod­łogi to­rebkę.

- Jak so­bie ży­czysz.

Nogi krze­sła za­szu­rały de­mon­stra­cyjne, kiedy Ka­ren wstała. Z pre­cy­zją godną de­ko­ra­torki por­ce­lany kró­lew­skiej mu­snęła war­gami naj­pierw je­den, a po­tem drugi po­li­czek Es­ther, która zre­wan­żo­wała się iden­tycz­nym po­że­gnal­nym ry­tu­ałem.

- Cu­dow­nie było cię znowu zo­ba­czyć.

- Wza­jem­nie - od­parła i w po­śpie­chu opu­ściła sto­lik. Obej­rzała się tuż przed wyj­ściem, po­ma­chała i po­zwo­liła drzwiom ob­ro­to­wym wy­pro­wa­dzić się na chod­nik.

* * *

Pra­wie jej nie roz­po­znał. Zmy­lił go spo­sób, w jaki stała. I te ko­zaki na wy­so­kich ob­ca­sach. Wtedy no­siła tylko buty spor­towe i pła­skie san­dały. Dłu­gie ja­sne włosy znik­nęły. Były te­raz ciem­no­brą­zowe, przy­strzy­żone w ide­al­nie rów­nego pa­zia. Za­pięła płaszcz, na włosy na­rzu­ciła szal. Skrzy­żo­wała ra­miona na piersi i ru­szyła Ny ?ster­gade w kie­runku dep­taka. Da­vid po­dą­żył za nią. Wiatr za­ci­nał im śnie­giem w po­liczki, kiedy wy­szli z za­ci­sza bu­dyn­ków przy Kon­gens Ny­torv. Męż­czy­zna nie­na­wi­dził ta­kich za­dań, zwłasz­cza kiedy mu­siał ko­goś śle­dzić na pie­chotę. Miał w tym jed­nak sporo do­świad­cze­nia jako były czło­nek po­li­cyj­nego od­działu spe­cjal­nego, a póź­niej służby wy­wia­dow­czej.

Za­trzy­mali się na przy­stanku au­to­bu­so­wym przy Te­atrze Kró­lew­skim i cze­kali wśród mar­z­ną­cej grupy lu­dzi, która co­raz bar­dziej ro­sła. Da­vid pod­niósł koł­nierz płasz­cza, żeby osło­nić uszy. Sta­rał się nie pa­trzeć pro­sto na nią. Stała ja­kieś dwa me­try da­lej w tych swo­ich za­mszo­wych ko­za­kach i z to­rebką przy­ci­śniętą do piersi. Była star­sza i bar­dziej... za­my­ślona? Smutna? Zgorzk­niała? Nie po­tra­fił tego zin­ter­pre­to­wać. Może ten po­nury wy­raz twa­rzy spo­wo­do­wała głów­nie po­goda? Po­winna już na­dejść wio­sna, ale zima upar­cie nie da­wała za wy­graną. Szal ob­le­piał włosy ko­biety, stop­niowo nik­nąc pod śnie­giem pró­szą­cym co­raz więk­szymi płat­kami, pod­czas gdy ona nie­cier­pli­wie spo­glą­dała na ze­ga­rek. Jako pierw­sza wsia­dła do au­to­busu li­nii 1A. Da­vid prze­ci­skał się w stronę po­jazdu. Ro­sła w nim obawa, że au­to­bus szybko się za­pełni i kie­rowca za­mknie przed­nie drzwi. Męż­czy­zna zdą­żył jed­nak wejść na sto­pień i po­ło­żyć na tacce mo­nety na bi­let.

Wy­sie­dli przy skrzy­żo­wa­niu Trian­glen i po­dą­żyli ?ster­bro­gade. Ko­bieta znik­nęła pod nu­me­rem osiem­dzie­siąt cztery.

* * *

Es­ther we­szła na klatkę scho­dową i otrze­pała szal ze śniegu. Zja­wiła się za późno. Wie­czorne kon­sul­ta­cje za­czy­nały się lada mo­ment. Dok­tor Jep­sen spra­wiał wra­że­nie wiecz­nie roz­draż­nio­nego. Był sta­rym, zgorzk­nia­łym męż­czy­zną, ona jed­nak po­trze­bo­wała tej pracy. Kiedy wy­słała po­da­nie, za­dzwo­nił do niej jesz­cze tego sa­mego dnia z prośbą, żeby sta­wiła się na­tych­miast. Zga­dy­wała, że po­przed­niczka trza­snęła drzwiami, co Es­ther do­sko­nale ro­zu­miała.

Idąc scho­dami w górę, grze­bała w to­rebce w po­szu­ki­wa­niu klu­czy tylko po to, żeby po chwili się prze­ko­nać, że Jep­sen już otwo­rzył kli­nikę. Mi­nęła jego ga­bi­net ze spoj­rze­niem wbi­tym w pod­łogę, po czym lek­kim truch­tem prze­bie­gła przez re­cep­cję na za­ple­cze. Zrzu­ciła tam z sie­bie płaszcz i szal, wy­su­nęła szu­fladę usta­wio­nej pod lu­strem ko­mody i wzięła z niej pro­stow­nicę.

Prze­su­wała roz­grza­nym urzą­dze­niem po pa­smach wło­sów od na­sady po koń­cówki. Dzień był dziwny. Mi­nął do­kład­nie mie­siąc. Od tam­tego wie­czoru ona i An­dreas prze­by­wali w jed­nym po­miesz­cze­niu tylko raz. Do tego prze­ra­ża­ją­cego epi­zodu do­szło z po­wodu in­ter­wen­cji pra­cow­ni­ków ośrodka, któ­rzy uzy­skali zgodę, by Es­ther ode­brała swoje rze­czy w asy­ście po­li­cji. Gdyby mo­gła, wo­la­łaby so­bie tego oszczę­dzić. Dwóch funk­cjo­na­riu­szy spo­tkało się z nią przy furtce pro­wa­dzą­cej do ogrodu i już kiedy uści­snęli jej dłoń na po­wi­ta­nie, było wi­dać, że trak­tują tę sprawę jak iry­tu­jącą prze­szkodę na dro­dze ku upra­gnio­nemu wol­nemu. Es­ther do­stała pół go­dziny na wrzu­ce­nie swo­ich rze­czy do czar­nych wor­ków, które ze sobą za­brała. Więk­szo­ści jed­nak nie użyła, bo czas się skoń­czył. Przy każ­dej rze­czy, na­wet ze­sta­wie ste­reo, który do­stała w pre­zen­cie na kon­fir­ma­cję i który tylko się ku­rzył w do­bu­dówce, An­dreas za­sta­wiał się pra­wem wła­sno­ści. Chwy­ciła ubra­nia i do­ku­menty oso­bi­ste, pod­czas gdy on za­ba­wiał po­li­cjan­tów aneg­do­tami o jej uza­leż­nie­niu od al­ko­holu i o tym, jak to pe­chowo na­łóg ten sprzągł się z cho­robą psy­chiczną, a po­tem jesz­cze o utra­cie pa­mięci po elek­trow­strzą­sach. Otwar­cie się z niej na­bi­jał, mó­wiąc, że Es­ther nie od­róż­nia po­jęć ta­kich jak "twoje" i "moje". Tamci dwaj ci­cho się za­śmiali. Ro­biła, co mo­gła, żeby się nie roz­pła­kać. Funk­cjo­na­riu­sze za­pro­po­no­wali, że pod­wiozą ją do ośrodka. Po­je­chała tak­sówką.

W ko­lej­nych dniach bała się, że An­dreas się po nią zjawi, ale nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło. Zu­peł­nie jakby prze­stał ist­nieć, jakby ni­gdy nie byli mał­żeń­stwem. Nie czuła braku. Dziw­nie było nie tę­sk­nić za do­brymi chwi­lami, któ­rych mimo wszystko tro­chę do­świad­czyli w ciągu tych sze­ściu lat. Zo­stał tylko nie­po­kój, nie­okre­ślony i nie­da­jący się wy­ple­nić. Tkwił gdzieś po­mię­dzy gar­dłem a prze­poną jak krzyk, który nie może się wy­do­stać i nie po­zwala od­dy­chać. Wszystko było te­raz nowe i obce. Nie­pewne. Przed­tem każdy dzień przy­po­mi­nał po­przedni. Obec­nie dni w pew­nym sen­sie na­dal się od sie­bie nie róż­niły, ale tuż po prze­bu­dze­niu Es­ther kon­fron­to­wała się z rze­czy­wi­sto­ścią, któ­rej cen­trum nie sta­no­wił już An­dreas. Prze­ra­żało ją to. W tym sta­nie du­cha za­czy­nała wąt­pić, czy kie­dy­kol­wiek go ko­chała. Dzi­siaj, po spo­tka­niu z Ka­ren, ta myśl nur­to­wała ją jesz­cze bar­dziej.

Chwy­ciła to­rebkę, wy­jęła z niej tubkę z pod­kła­dem, wy­ci­snęła odro­binę na opuszki pal­ców i roz­sma­ro­wała na za­czer­wie­nio­nych po­licz­kach. To do­brze, że go nie ko­chała. Mi­łość była prze­re­kla­mo­wana. Es­ther miała ser­decz­nie dość uga­nia­nia się za tym uczu­ciem ni­czym pies wy­ści­gowy za me­cha­nicz­nym za­ją­cem. Czuła to przez cały tam­ten wie­czór. Dla­tego so­bie po­szła. Tak­sów­karz uj­rzał ślady na jej szyi i źle to zro­zu­miał. Tak samo jak pra­cow­nicy ośrodka. Ona zaś nie za­prze­czała. Odej­ście od An­dre­asa ni­gdy nie było jej za­mia­rem, tak się jed­nak stało.

To była do­bra de­cy­zja.

Dzi­siej­szego ranka po raz pierw­szy od dawna po­czuła się szczę­śliwa. Trwało to do mo­mentu, aż za­dzwo­niła Ka­ren. Aż do tej chwili Es­ther łu­dziła się, że An­dreas to prze­szłość. Unio­sła wzrok ku su­fi­towi, żeby po­wstrzy­mać łzy. Wez­brała w niej fala mdło­ści, tak jak tego dnia, kiedy wsu­nęła do ko­perty po­zew o se­pa­ra­cję - de­kla­ra­cję ich mał­żeń­skiego ban­kruc­twa. Urząd jesz­cze się z An­dre­asem nie skon­tak­to­wał. Gdyby było ina­czej, Ka­ren zre­fe­ro­wa­łaby jej jego złość. Na­wet je­śli ko­bieta zo­stała wy­słana z mi­sją przy­pro­wa­dze­nia Es­ther do domu, a nie pra­wie­nia jej mo­ra­łów. Es­ther nie ro­zu­miała tej lo­jal­no­ści Ka­ren, ale szybko się na­uczyła, że je­śli po­stawi się An­dre­asowi, od­po­wie za to przed nimi oboj­giem. Przy­jaź­nili się od dzie­ciń­stwa. Ka­ren była jego wierną pod­ko­mendną i ni­gdy go nie za­wio­dła. Kilka lat wcze­śniej Es­ther są­dziła, że Ka­ren jest rów­nież jej przy­ja­ciółką. Ta błędna in­ter­pre­ta­cja oka­zała się jed­nak zgubna.

Od tam­tego zda­rze­nia ni­gdy ze sobą nie roz­ma­wiały, nie o waż­nych spra­wach. Ich roz­mowy do­ty­czyły wy­łącz­nie An­dre­asa. Na­wet je­śli nie wspo­mi­nały o nim ani sło­wem. Dzi­siaj też nie było ina­czej.

* * *

Da­vid mia­rowo tu­pał sto­pami o po­sadzkę, żeby nie do­pu­ścić do wy­chło­dze­nia ciała, i gło­śno prze­kli­nał, my­śląc o swoim nis­sa­nie pri­mera. Po­rzu­co­nym na Sta­rym Mie­ście, w tej chwili za­pewne z man­da­tem za wy­cie­raczką. Marzł jak sto dia­błów i po­now­nie prze­ana­li­zo­wał swoją de­cy­zję. Może by­łoby dla wszyst­kich naj­le­piej, gdyby dał so­bie spo­kój i wró­cił do domu. Tak, bez dwóch zdań. Mimo to stał w miej­scu, wga­piony w nu­mer osiem­dzie­siąt cztery.

Schro­nił się w bra­mie mię­dzy ban­kiem a biu­rem nie­ru­cho­mo­ści. Ob­ser­wo­wa­nie lu­dzi to gów­niana ro­bota. Za­wsze uwa­żał ją za coś naj­gor­szego i naj­nud­niej­szego pod słoń­cem. Od­le­wasz się na po­dwór­kach. Od­wad­niasz or­ga­nizm, żeby unik­nąć od­le­wa­nia się na po­dwór­kach. Sto­isz nie­ru­chomo, aż drę­twieją ci nogi, ty­łek, aż całe twoje tru­chło za­pada w śpiączkę. Nie ro­zu­miał, ja­kim cu­dem uznał, że to coś dla niego. Praca de­tek­tywa skła­dała się prze­cież głów­nie z tego typu za­dań. Chyba do­znał chwi­lo­wego udaru, kiedy re­je­stro­wał dzia­łal­ność. W śle­dze­niu lu­dzi nie było nic chwa­leb­nego. Nie żeby ktoś twier­dził ina­czej, ale Da­vid po­przy­siągł so­bie, że da pię­ścią w twarz każ­demu, kto to zrobi.

Po­czuł nie­wy­sło­wioną ulgę, która ob­ja­wiła się lek­kim dresz­czem, kiedy Es­ther wy­szła z klatki scho­do­wej. Za­nu­rzyła dło­nie w kie­sze­niach płasz­cza i ru­szyła szyb­kim kro­kiem po chod­niku z to­rebką za­wie­szoną na ra­mie­niu. Da­vid po­dą­żył za nią. Za­trzy­mała się przy Lille Trian­glen. Zro­bił tak samo. Oby­dwoje wsie­dli do au­to­busu li­nii 37, który po­wiózł ich przez mia­sto, pod­czas gdy zmar­z­nięte mię­śnie Da­vida ta­jały z de­li­kat­nie szczy­pią­cymi drga­niami. Es­ther na­ci­snęła "stop" przed sta­cją Ve­ster­port i po­ma­sze­ro­wała w kie­runku Gyl­den­l?ves­gade. Na ko­niec prze­szła przez bramę z ku­tego że­laza.

Twier­dza. Wła­śnie z nią ko­ja­rzył się ten wy­soki bu­dy­nek oko­pany za wy­ce­lo­wa­nymi w niebo słup­kami czar­nego ogro­dze­nia, które osła­niało bu­dowlę przed świa­tem ze­wnętrz­nym. Twier­dza z rzę­dami po­dłuż­nych okien przy­po­mi­na­ją­cych ar­kady. So­lidne trzy­pię­trowe mury z ce­gieł wią­za­nych krzy­żowo, z wy­su­nię­tymi kon­so­lami na każ­dej kon­dy­gna­cji. To wszystko wień­czyły cztery ma­je­sta­tyczne łu­ko­wate szczyty wzno­szące się nad ciem­no­sza­rym da­chem jak tar­cze.

Da­vid rzu­cił się na prze­łaj przez Gyl­den­l?ves­gade, la­wi­ru­jąc mię­dzy spie­szą­cymi się kie­row­cami. Po­śli­zgnął się w śnież­nej brei, od­zy­skał rów­no­wagę, wszedł z rynsz­toka na chod­nik i sta­nął w za­ci­szu naj­bliż­szej wiaty przy­stan­ko­wej ze spoj­rze­niem utkwio­nym w ośro­dek in­ter­wen­cji kry­zy­so­wej. Mu­siał za­pa­lić.

Go­dzinę i sied­miu zdzi­wio­nych kie­row­ców póź­niej uznał, że Es­ther mieszka wła­śnie tam i od­trą­bił wy­ko­na­nie mi­sji.

* * *

Fie po­ja­wiła się w holu opa­tu­lona w płaszcz i sza­lik. Es­ther wy­tu­pała na wy­cie­raczce naj­gor­szą breję z po­de­szew i przy­trzy­mała ko­bie­cie drzwi.

- Ko­niec pracy? - spy­tała, cho­ciaż było to oczy­wi­ste.

Ko­bieta przy­tak­nęła ski­nie­niem głowy.

- Za­po­mnia­łaś o wczo­raj­szej roz­mo­wie o do­bro­sta­nie psy­chicz­nym. To już drugi raz z rzędu.

- Prze­pra­szam, ale... - Pró­bo­wała wy­my­ślić ja­kieś wy­ja­śnie­nie, bo nie pa­mię­tała o żad­nym spo­tka­niu. Ani tym, ani po­przed­nim.

- W po­rządku. Zaj­rzyj ju­tro do biura, to usta­limy nowy ter­min - po­wie­działa Fie i znik­nęła w ciem­no­ści.

Es­ther pa­mię­tała o tym, żeby się uśmie­chać, za­nim drzwi się za­mknęły. Po­tem we­szła na schody i po­dą­żyła na dru­gie pię­tro. W rze­czy­wi­sto­ści nie miała tu­taj czego szu­kać. Nie była taka jak tamte. Bite ko­biety. Za każ­dym ra­zem, kiedy otwie­rała drzwi ośrodka, czuła nie­od­partą chęć, żeby się od­wró­cić i uciec. Ale bez żad­nego celu i kie­runku mo­głaby tylko biec aż do utraty sił. Chyba że wró­ci­łaby do domu, na to jed­nak bra­ko­wało jej od­wagi.

Ko­biety sie­działy w po­koju dzien­nym. Es­ther oparła się o fu­trynę. Żadna z nich nie ode­rwała wzroku od te­le­wi­zora.

Na każ­dym pię­trze było miej­sce dla sze­ściu ko­biet ulo­ko­wa­nych w sze­ściu iden­tycz­nych ma­łych po­ko­jach, do któ­rych przy­na­le­żały po­miesz­cze­nia wspólne: po­kój dzienny, ła­zienka i kuch­nia. Łą­czył je wspólny ko­ry­tarz wy­ło­żony li­no­leum w od­cie­niach sza­ro­ści i o ścia­nach w ko­lo­rze zła­ma­nej bieli oka­la­ją­cych ja­sno­szare fu­tryny i cią­gną­cych się klau­stro­fo­bicz­nie nie­mal w nie­skoń­czo­ność. Przy­mu­sowa wspól­nota oto­czona gru­bymi mu­rami. Nie­ma­jący nic wspól­nego z do­bro­wol­no­ścią azyl, w któ­rym le­czyło się rany i przy­go­to­wy­wało do dal­szej drogi pod ła­god­nym nad­zo­rem osoby kon­tak­to­wej. Pod­czas nie­zli­czo­nych roz­mów o do­bro­sta­nie lub o pla­nach na przy­szłość mó­wiło się o swo­ich ocze­ki­wa­niach i pra­gnie­niach oraz o tym, jak można je zre­ali­zo­wać lub sko­ry­go­wać. Męka nie do wy­trzy­ma­nia.

Es­ther ob­ró­ciła się na pię­cie i we­szła w ciem­ność kuchni. Otwo­rzyła szafkę nad zle­wo­zmy­wa­kiem, wzięła szklankę i na­peł­niła ją wodą. W ciem­no­ści nikt nie mógł jej zo­ba­czyć, a ona mo­gła w spo­koju ob­ser­wo­wać mia­sto. Lu­dzie na chod­niku otu­lali się szczel­niej płasz­czami, śpie­sząc się we wszyst­kie strony. Do domu. Z mia­sta. Na przed­mie­ścia do cze­ka­ją­cych tam ro­dzin. W od­dali roz­le­gło się wy­cie po­jazdu na sy­gnale.

Miała dzi­siaj uro­dziny. Czter­dzie­ste. Dzień, który naj­le­piej ob­cho­dzić z za­kry­tym lu­strem, aspi­ryną i bu­telką wódki. An­dreas za­pra­szał ją za­wsze do re­stau­ra­cji. W ze­szłym roku byli w No­mie, która poza wy­róż­nie­niem trzema gwiazd­kami Mi­che­lin zo­stała też uznana za naj­lep­szą re­stau­ra­cję na świe­cie. O in­nym miej­scu nie mo­gło być mowy. Stało się to ry­tu­ałem, tak samo jak stor­czyki. Za­wsze je od niego do­sta­wała. Za­wsze ja­kiś rzadki ro­dzaj. Nie po­tra­fiła się z nimi ob­cho­dzić, zbyt ob­fi­cie je pod­le­wała. Kiedy gniły, An­dreas ro­bił jej awan­tury. Mó­wił, że jest nie­wdzięcz­nicą, i wy­zy­wał ją od naj­gor­szych.

Za jej ple­cami roz­bły­sło ostre świa­tło lampy. Od­wró­ciła się ku Layli, która zwin­nym ru­chem wsko­czyła na ku­chenny blat, do czego było zdolne tylko dwu­dzie­sto­let­nie ciało. Ciemny koń­ski ogon prze­su­nął się do przodu i uło­żył na ra­mie­niu, kiedy dziew­czyna wy­stu­kała z paczki pa­pie­rosa.

Es­ther lu­biła tę ma­ło­mówną współ­lo­ka­torkę. Layla w nic się nie wtrą­cała, ni­gdy nie pró­bo­wała za­ini­cjo­wać roz­mowy. Tuż po przy­by­ciu Es­ther do ośrodka Fie po­le­ciła jej wy­mie­nić się nu­me­rami z resztą ko­biet z pię­tra, żeby w ra­zie po­trzeby mo­gły się ze sobą skon­tak­to­wać. Ona nie umiała so­bie wy­obra­zić ta­kiej po­trzeby. Spy­tała o nu­mer tylko Laylę.

Od­sta­wiła szklankę do zmy­warki. Kiedy wy­cho­dziła z kuchni, Layla po­sy­łała fa­lu­jące kółka dymu w stronę po­żół­kłego su­fitu.

* * *

Da­vid zzuł buty i po­wie­sił płaszcz na pu­stym ha­czyku. Wy­jął z kie­szeni zdję­cie przed­sta­wia­jące Es­ther i jej męża, wszedł do du­żego po­koju i rzu­cił fo­to­gra­fię wraz z wi­zy­tówką Sin­dal na sto­lik ka­wowy. Otwo­rzył okno i na­peł­nił płuca mroźną bryzą z ulicy, którą chwilę temu po­że­gnał przed drzwiami na klatkę scho­dową.

Czuł dziwny wstyd z po­wodu śle­dze­nia Es­ther. Po­wi­nien był od­mó­wić, kiedy zdał so­bie sprawę, że cho­dzi wła­śnie o nią. Zwłasz­cza że nie za­pro­po­no­wano mu ja­kiejś cho­ler­nie wiel­kiej kasy za by­cie ta­kim gnoj­kiem. Pro­blem po­le­gał na czym in­nym. Da­vid znowu wziął zdję­cie do ręki. Przyj­rzał mu się z uwagą. Oby­dwoje spra­wiali wra­że­nie ra­do­snych. Szczę­śli­wych. Od tam­tej pory wiele się naj­wy­raź­niej zmie­niło. Da­vid ży­czył kie­dyś skry­cie Es­ther, żeby zna­la­zła wielką i trwałą mi­łość. Po­mo­głoby mu to uśmie­rzyć wła­sne wy­rzuty su­mie­nia.

Roz­su­nął drzwi prze­suwne, tak że skrzy­dła scho­wały się w ścia­nie. Umiej­sco­wiony na­prze­ciwko wej­ścia do po­koju re­gał od su­fitu do pod­łogi za­peł­niały równe rzędy ksią­żek. Przy­naj­mniej one tra­fiły na swoje miej­sce. Da­vid prze­ci­snął się mię­dzy kar­to­nami prze­pro­wadz­ko­wymi usta­wio­nymi dwój­kami je­den na dru­gim, żeby dojść do biurka. Krze­sło za­trzesz­czało pod jego cię­ża­rem. Zrzu­cił z kla­wia­tury skar­petki na pod­łogę i włą­czył kom­pu­ter. Wy­słał mejl do Sin­dal. Po­tem klik­nię­ciem otwo­rzył wczo­raj­szą par­tię sza­chów. Skon­cen­tro­wał się na ko­lej­nym ru­chu.

4

- I jak po­szło? - Ma­gnus do­padł go w mo­men­cie, kiedy Da­vid wszedł do piw­nicz­nej sali.

- Do­brze - od­parł i skie­ro­wał się ku sto­li­kowi z kawą.

Chło­pak nie od­stę­po­wał go na krok.

- Czyli twoje biuro jest te­raz stu­pro­cen­towo up and run­ning?

- Działa już od pew­nego czasu - po­twier­dził z wes­tchnie­niem.

- Daj znać, je­śli bę­dziesz po­trze­bo­wał po­mocy - po­wie­dział Ma­gnus, na­le­wa­jąc ciem­nego płynu do pa­pie­ro­wego kubka. - Je­stem cał­kiem nie­zły w te klocki.

Da­vid wy­jął mu z ręki ter­mos i też na­lał so­bie kawy. Po­ża­ło­wał, że wy­brał się na mi­tyng. Z tego wszyst­kiego za­po­mniał, że uczest­nic­two au­to­ma­tycz­nie ozna­czało ob­co­wa­nie z Ma­gnu­sem. Mu­siał jed­nak za­jąć my­śli czymś in­nym. Es­ther nie da­wała mu spo­koju. Co ona, do ja­snej cho­lery, ro­biła w ośrodku in­ter­wen­cji kry­zy­so­wej? Mógł się je­dy­nie po­cie­szać, że to nie on był temu winny. Na roz­my­śla­nia o tym, czy po­wi­nien ją tam od­wie­dzić, zu­żył całą paczkę prince'ów.

Da­vid przy­glą­dał się przy­gar­bio­nemu Han­sowi usta­wia­ją­cemu krze­sła w okręgu. Ni­gdy nie zwie­rzył się gru­pie z tego okresu swo­jego ży­cia. Wmó­wił so­bie, że na­le­żał do in­nej epoki. Po­dzie­lił swoje ży­cie na dwie czę­ści. Tę przed Anną i tę po niej. Do­brze się to spraw­dzało. Do wczo­raj.

Ma­gnus stał zde­cy­do­wa­nie zbyt bli­sko i drep­tał w miej­scu, żeby zwró­cić na sie­bie uwagę. Chło­pak bar­dzo po­waż­nie trak­to­wał swoje obo­wiązki wy­ni­ka­jące z roli spon­sora AA, ale miał trud­no­ści z trzy­ma­niem się te­matu. Ich roz­mowy z kwe­stii wy­trwa­nia w trzeź­wo­ści szybko prze­ska­ki­wały na po­li­cyjną prze­szłość Da­vida albo jego nowy pro­jekt de­tek­ty­wi­styczny.

- Da­vid, mu­szę ci o czymś po­wie­dzieć - ode­zwał się chło­pak. Upił łyk z kubka i ro­zej­rzał się do­okoła. - Je­stem człon­kiem grupy re­se­ar­che­rów, któ­rzy roz­pra­co­wują siatkę skraj­nych pra­wi­cow­ców.

Da­vid po­czuł jego ka­wowy od­dech. Nie­znacz­nie od­wró­cił głowę.

- Wła­ści­wie to roz­bi­jamy wła­śnie pod­ziemną lożę pra­wi­co­wych eks­tre­mi­stów.

- Aha - sko­men­to­wał Da­vid.

Nie pierw­szy raz Ma­gnus dał się po­nieść in­fan­tyl­nym fan­ta­zjom, że mo­gliby zo­stać part­ne­rami śled­czymi.

Chło­pak zbli­żył się do niego jesz­cze bar­dziej, tak że stali te­raz ra­mię w ra­mię, i po­wiódł wzro­kiem po ze­bra­nych. - Je­śli po­trze­bu­jesz do­brego re­se­ar­chera, to wiedz, że je­stem chętny - po­wie­dział ści­szo­nym gło­sem jak ja­kiś tajny agent.

- Na­żar­łeś się grzyb­ków czy co? - Da­vid po­krę­cił głową, jed­nym hau­stem opróż­nił pa­pie­rowy ku­bek i wy­rzu­cił go do ko­sza na śmieci. Po­trze­bo­wał ni­ko­tyny, ale w dro­dze na spo­tka­nie za­po­mniał się za­opa­trzyć. - Sko­czymy na fajkę, za­nim za­cznie się show?

Ma­gnus ocho­czo przy­tak­nął.

5

Ciem­ność co­raz bar­dziej za­my­kała się wo­kół domu, zmie­nia­jąc szybę w lu­stro. Es­ther za­cią­gnęła za­słony. Nie lu­biła być wi­doczna z ulicy. Na­wet przy za­mknię­tych oknach do­cie­rały do niej słabe od­głosy roz­pę­dza­ją­cych się na as­fal­cie opon, po­kry­tym śnieżną breją. Es­ther wo­la­łaby zaj­mo­wać po­kój od ogrodu, gdzie można by otwo­rzyć okno i po­słu­chać wia­tru gwiż­dżą­cego w ko­ro­nie dębu. Z tej strony bu­dynku wieczny ruch na Gyl­den­l?ves­gade za­głu­szał wszelką ci­szę.

Usia­dła na łóżku z ple­cami opar­tymi o ścianę. Przy­glą­dała się dwu­na­stu me­trom kwa­dra­to­wym, które jej przy­dzie­lono. Kwie­ci­stym za­sło­nom za­kry­wa­ją­cym mia­sto, brą­zo­wemu fo­te­lowi przed oknem. Wi­szą­cemu nad ko­modą lu­sterku w bej­co­wa­nej na zie­lono so­sno­wej ra­mie. Du­żej sza­fie na ubra­nia przy drzwiach. Wy­po­sa­że­niu, któ­rego wy­tarte po­wierzch­nie świad­czyły o jego wie­lo­let­nim uży­wa­niu. W po­koju nie było żad­nych bi­be­lo­tów ani oso­bi­stych rze­czy. Na wierz­chu le­żał tylko dzien­nik w ma­to­wo­czar­nej okładce. Tam­tego wie­czoru mo­gła wziąć ze sobą wiele in­nych rze­czy albo w ogóle ni­czego nie brać. Chwy­ciła tylko dzien­nik. Eva na pewno by tego chciała. Może wła­śnie dla­tego Es­ther tak po­stą­piła.

Wy­tła­czana skó­rzana okładka le­żąca na szafce noc­nej skry­wała sta­ranny cha­rak­ter pi­sma wi­jący się od gór­nego le­wego do dol­nego pra­wego rogu każ­dej strony. Słowa Evy. Pierw­szej żony An­dre­asa.

Es­ther zna­la­zła go przy­pad­kiem w do­bu­dówce. Pod­czas gdy po­przedni wła­ści­ciel domu udo­stęp­niał ją no­cu­ją­cym go­ściom, An­dres wy­ko­rzy­sty­wał to po­miesz­cze­nie jako ma­ga­zyn. Na po­czątku ka­zał tam sie­dzieć Es­ther, kiedy wpa­dał w złość i nie chciał jej oglą­dać. Póź­niej sama się tam cho­wała. Miała tu­taj spo­kój. Ukry­wała bu­telki, cho­ciaż zda­wał so­bie z tego sprawę. Za sofą, w osłon­kach na do­niczki, w sza­fie. W ten spo­sób zna­la­zła dzien­nik. Kiedy za pierw­szym ra­zem wy­jęła za­war­tość szafki ku­chen­nej, żeby zro­bić miej­sce na za­pas ginu z to­ni­kiem, ude­rzyła knyk­ciami o tylną ściankę i w ten spo­sób od­kryła za­głę­bie­nie. Eva prze­sia­dy­wała tu­taj do­kład­nie tak samo jak ona. Myśl ta ją po­ru­szyła, ale na tym koń­czyło się po­do­bień­stwo mię­dzy nimi dwiema. Eva pi­sała. Ona piła.

Z po­czątku dziw­nie jej się czy­tało o ży­ciu Evy, ale było to też na swój spo­sób po­cią­ga­jące, tak jak pod­glą­da­nie czy­je­goś ży­cia albo uczest­nic­two w dru­gim se­zo­nie ja­kie­goś re­ality show, pod­czas gdy w tle le­ciał pierw­szy. Naj­więk­szą za­zdrość czuła pod­czas lek­tury naj­wcze­śniej­szych za­pi­sków, ale z cza­sem ustą­piła ona miej­sca co­raz więk­szej ga­mie in­nych uczuć. Lek­tura jed­nak ni­gdy nie była ła­twa. Mimo to Es­ther czy­tała uważ­nie, pró­bu­jąc wy­son­do­wać, jak po­winna się za­cho­wy­wać, żeby sprawy le­piej się dla niej uło­żyły. Ona i Eva po­peł­niały te same błędy, czuły tę samą fru­stra­cję, tę samą mi­łość. Były pra­wie iden­tyczne, ale tylko pra­wie. Bo Es­ther oka­zała się je­dy­nie kiep­ską pod­róbką swo­jej po­przed­niczki.

Pod­mień­cem.

Wszystko, co ro­biła z An­dre­asem, Eva ro­biła kie­dyś le­piej. Mo­gła o tym prze­czy­tać w dzien­niku. Es­ther otwo­rzyła go na pierw­szej stro­nie. Opis pierw­szego spo­tka­nia Evy i An­dre­asa. Nie­zwy­kle ro­man­tyczne, ko­smiczne sca­le­nie dwóch ide­al­nie pa­su­ją­cych po­łó­wek. Tak prze­sło­dzone, że gdy Es­ther czy­tała to te­raz po­now­nie, za­częła mieć wąt­pli­wo­ści, czy przy­pad­kiem nie na­pi­sano tego pod czy­jeś dyk­tando. Na dal­szych stro­nach jed­nak wszystko dra­stycz­nie się zmie­niło. Stało się roz­po­zna­walne.

Za­mknęła dzien­nik. Sama po­znała An­dre­asa na sta­no­wi­sku wy­sta­wo­wym B42 pod­czas tar­gów ME­DICA w hali Bella Cen­ter. Za­in­te­re­so­wał się ra­mie­niem ro­bo­tycz­nym pre­zen­to­wa­nym przez firmę Ro­bert ApS. Ze swo­imi ciem­nymi wło­sami i zie­lo­nymi oczami wy­dał się Es­ther po­cią­ga­jący. To ona za­częła go pod­ry­wać. Lu­bił z uśmie­chem po­wta­rzać, że na­ga­by­wała go jak pro­sty­tutka.

Za­wsze to ro­bił. Uśmie­chał się.

Wstała. Po­de­szła do szafy, otwo­rzyła ją i wy­jęła scho­waną za bu­tami re­kla­mówkę. Wy­cią­gnęła z niej bu­telkę wódki. Upiła łyk, po­tem jesz­cze je­den i odło­żyła siatkę na miej­sce. Za­częła się roz­bie­rać do snu.

Wódka stała się jej ulu­bio­nym al­ko­ho­lem. Była ła­twiej­sza do ukry­cia. Śmier­działa mniej niż whi­sky albo gin. Cho­ciaż Es­ther tak bar­dzo lu­biła gin.