3
Botoksowa twarz się uśmiechnęła.
Gdyby Karen została zamordowana i zakopana w pobliżu wód gruntowych, mogłaby zatruć średnich rozmiarów wioskę. Andreas szepnął jej to kiedyś na ucho podczas wspólnej kolacji z małżeństwem Sindalów. Obydwoje spojrzeli na Esther ze zdumieniem, kiedy wybuchnęła śmiechem.
- Tom i ja kupiliśmy dom letniskowy w Tisvilde - oznajmiła Karen.
Ze wszystkich rzeczy ta obchodziła Esther najmniej, ale pozbawiona życia twarz rozmówczyni wpatrywała się w nią wyczekująco. Nadeszła jej kolej, żeby coś powiedzieć.
- A dom w Skagen? - spytała wreszcie.
- Sprzedajemy go.
- No tak.
Sprawdziła godzinę. Powinna była wykręcić się z tego zaproszenia jakimś kłamstwem. Siedziała teraz w Café Victor i marnowała czas, którego żadna z nich nie lubiła spędzać razem. Postanowiła odczekać jeszcze dziesięć minut i bez poczucia winy zakończyć spotkanie.
- Właściwie to gdzie teraz mieszkasz? - Karen upiła mikroskopijny łyk podwójnego espresso. - U matki?
- Nie - odparła Esther, lekko kręcąc głową.
- Czyli udostępniła ci swój dom na Lolland?
- Matka ma dom letniskowy w Gilleleje, ale nie korzystam z niego. Nie dałabym rady dojeżdżać stamtąd do pracy.
Ekspres do kawy zazgrzytał, roztaczając wokół aromatyczną woń świeżo zmielonej kawy. Była to jedyna przyjemna rzecz w pomieszczeniu zastawionym zbyt wieloma stolikami i skórzanymi fotelami.
- Czyli mieszkasz w mieście. U kogoś znajomego?
- Nie. - Odchrząknęła. - Mieszkam w takim jakby pensjonacie.
- Pensjonacie?
- Tylko tymczasowo - dodała i zabębniła paznokciami o szklankę z latte, której jeszcze nie ruszyła.
- Mam nadzieję. Ze względu na was oboje - powiedziała Karen. - Andreas za tobą tęskni.
- Aha. - Esther wzruszyła ramionami. Wdawanie się z Karen w dyskusję było ryzykowne, godziła się więc na poniżenie, ale tylko na tyle, na ile nie dało się go uniknąć.
- Nie mieści mu się w głowie, że tak po prostu zniknęłaś. Nikt w to nie wierzy. Co cię napadło?
Nie było na to łatwej odpowiedzi. Esther chwyciła szklankę z jasnobrązowym płynem, ale się rozmyśliła i opuściła dłoń na stolik. Karen nakryła ją swoją dłonią i uścisnęła. Zabolało.
- Nadal bierzesz te leki?
- Karen, to było dwa lata temu. - Esther wyszarpnęła rękę z uścisku kobiety pod pretekstem założenia nią włosów za ucho. Obserwowała kelnerkę, która sprawnymi ruchami zbierała z sąsiedniego stolika brudną porcelanę.
Karen coś powiedziała, ale Esther nie wychwyciła jej słów pośród panującego wokół gwaru. I tak nie miały znaczenia. Skinęła jej głową, jakby wiedziała, o co chodzi, i skierowała wzrok ku panoramicznej szybie.
- Pada śnieg. - Z uśmiechem pokazała na okno.
- Martwimy się o ciebie. - Karen przytrzymała jej spojrzenie. - Mamy w pamięci twoją chorobę. Andreas o mało się wtedy nie załamał. A teraz znowu jego życie legło w gruzach. Po tym wszystkim, przez co przeszedł.
- Wszystko u mnie dobrze, Karen. Nie ma się czym martwić. - Esther znowu chwyciła szklankę i uniosła ją do ust. W tej chwili znacznie lepszy byłby gin z tonikiem, najlepiej dwa.
Zwróciła uwagę na matkę z małą córeczką na chodniku po drugiej stronie szyby. Dziecko usiłowało złapać kryształki śniegu językiem i tak bardzo odchylało głowę, że prawie przewróciło się na plecy. Matka uśmiechnęła się do towarzyszącego im mężczyzny, który zbliżył się do niej i ją pocałował, po czym wszyscy troje zniknęli za rogiem. Może gdyby urodziło im się dziecko, byliby teraz szczęśliwi?
- Esther, czy ty w ogóle mnie słuchasz?
Esther posłała Karen przepraszający uśmiech.
- Jestem przy tobie. Proszę cię, pozwól sobie pomóc.
- Jeśli naprawdę chcesz mi pomóc, proszę cię, żebyś się w to nie wtrącała. Ta sprawa cię nie dotyczy - powiedziała, próbując rozbroić swoją wypowiedź uśmiechem.
- I tu się mylisz, Esther. Andres to mój przyjaciel. Jestem w stanie wiele dla niego zrobić.
- A ja naiwnie sądziłam, że przyszłaś tutaj z mojego powodu. - Esther wstała. Żałowała, że nie pożegnała się wcześniej, bo nadal rozmawiały o niczym, a obecnie jej wyjście bardziej przypominało ucieczkę. - Muszę się zbierać do pracy. - Włożyła ręce w rękawy karmelowego płaszcza z kaszmiru i podniosła z podłogi torebkę.
- Jak sobie życzysz.
Nogi krzesła zaszurały demonstracyjne, kiedy Karen wstała. Z precyzją godną dekoratorki porcelany królewskiej musnęła wargami najpierw jeden, a potem drugi policzek Esther, która zrewanżowała się identycznym pożegnalnym rytuałem.
- Cudownie było cię znowu zobaczyć.
- Wzajemnie - odparła i w pośpiechu opuściła stolik. Obejrzała się tuż przed wyjściem, pomachała i pozwoliła drzwiom obrotowym wyprowadzić się na chodnik.
* * *
Prawie jej nie rozpoznał. Zmylił go sposób, w jaki stała. I te kozaki na wysokich obcasach. Wtedy nosiła tylko buty sportowe i płaskie sandały. Długie jasne włosy zniknęły. Były teraz ciemnobrązowe, przystrzyżone w idealnie równego pazia. Zapięła płaszcz, na włosy narzuciła szal. Skrzyżowała ramiona na piersi i ruszyła Ny ?stergade w kierunku deptaka. David podążył za nią. Wiatr zacinał im śniegiem w policzki, kiedy wyszli z zacisza budynków przy Kongens Nytorv. Mężczyzna nienawidził takich zadań, zwłaszcza kiedy musiał kogoś śledzić na piechotę. Miał w tym jednak sporo doświadczenia jako były członek policyjnego oddziału specjalnego, a później służby wywiadowczej.
Zatrzymali się na przystanku autobusowym przy Teatrze Królewskim i czekali wśród marznącej grupy ludzi, która coraz bardziej rosła. David podniósł kołnierz płaszcza, żeby osłonić uszy. Starał się nie patrzeć prosto na nią. Stała jakieś dwa metry dalej w tych swoich zamszowych kozakach i z torebką przyciśniętą do piersi. Była starsza i bardziej... zamyślona? Smutna? Zgorzkniała? Nie potrafił tego zinterpretować. Może ten ponury wyraz twarzy spowodowała głównie pogoda? Powinna już nadejść wiosna, ale zima uparcie nie dawała za wygraną. Szal oblepiał włosy kobiety, stopniowo niknąc pod śniegiem prószącym coraz większymi płatkami, podczas gdy ona niecierpliwie spoglądała na zegarek. Jako pierwsza wsiadła do autobusu linii 1A. David przeciskał się w stronę pojazdu. Rosła w nim obawa, że autobus szybko się zapełni i kierowca zamknie przednie drzwi. Mężczyzna zdążył jednak wejść na stopień i położyć na tacce monety na bilet.
Wysiedli przy skrzyżowaniu Trianglen i podążyli ?sterbrogade. Kobieta zniknęła pod numerem osiemdziesiąt cztery.
* * *
Esther weszła na klatkę schodową i otrzepała szal ze śniegu. Zjawiła się za późno. Wieczorne konsultacje zaczynały się lada moment. Doktor Jepsen sprawiał wrażenie wiecznie rozdrażnionego. Był starym, zgorzkniałym mężczyzną, ona jednak potrzebowała tej pracy. Kiedy wysłała podanie, zadzwonił do niej jeszcze tego samego dnia z prośbą, żeby stawiła się natychmiast. Zgadywała, że poprzedniczka trzasnęła drzwiami, co Esther doskonale rozumiała.
Idąc schodami w górę, grzebała w torebce w poszukiwaniu kluczy tylko po to, żeby po chwili się przekonać, że Jepsen już otworzył klinikę. Minęła jego gabinet ze spojrzeniem wbitym w podłogę, po czym lekkim truchtem przebiegła przez recepcję na zaplecze. Zrzuciła tam z siebie płaszcz i szal, wysunęła szufladę ustawionej pod lustrem komody i wzięła z niej prostownicę.
Przesuwała rozgrzanym urządzeniem po pasmach włosów od nasady po końcówki. Dzień był dziwny. Minął dokładnie miesiąc. Od tamtego wieczoru ona i Andreas przebywali w jednym pomieszczeniu tylko raz. Do tego przerażającego epizodu doszło z powodu interwencji pracowników ośrodka, którzy uzyskali zgodę, by Esther odebrała swoje rzeczy w asyście policji. Gdyby mogła, wolałaby sobie tego oszczędzić. Dwóch funkcjonariuszy spotkało się z nią przy furtce prowadzącej do ogrodu i już kiedy uścisnęli jej dłoń na powitanie, było widać, że traktują tę sprawę jak irytującą przeszkodę na drodze ku upragnionemu wolnemu. Esther dostała pół godziny na wrzucenie swoich rzeczy do czarnych worków, które ze sobą zabrała. Większości jednak nie użyła, bo czas się skończył. Przy każdej rzeczy, nawet zestawie stereo, który dostała w prezencie na konfirmację i który tylko się kurzył w dobudówce, Andreas zastawiał się prawem własności. Chwyciła ubrania i dokumenty osobiste, podczas gdy on zabawiał policjantów anegdotami o jej uzależnieniu od alkoholu i o tym, jak to pechowo nałóg ten sprzągł się z chorobą psychiczną, a potem jeszcze o utracie pamięci po elektrowstrząsach. Otwarcie się z niej nabijał, mówiąc, że Esther nie odróżnia pojęć takich jak "twoje" i "moje". Tamci dwaj cicho się zaśmiali. Robiła, co mogła, żeby się nie rozpłakać. Funkcjonariusze zaproponowali, że podwiozą ją do ośrodka. Pojechała taksówką.
W kolejnych dniach bała się, że Andreas się po nią zjawi, ale nic takiego się nie wydarzyło. Zupełnie jakby przestał istnieć, jakby nigdy nie byli małżeństwem. Nie czuła braku. Dziwnie było nie tęsknić za dobrymi chwilami, których mimo wszystko trochę doświadczyli w ciągu tych sześciu lat. Został tylko niepokój, nieokreślony i niedający się wyplenić. Tkwił gdzieś pomiędzy gardłem a przeponą jak krzyk, który nie może się wydostać i nie pozwala oddychać. Wszystko było teraz nowe i obce. Niepewne. Przedtem każdy dzień przypominał poprzedni. Obecnie dni w pewnym sensie nadal się od siebie nie różniły, ale tuż po przebudzeniu Esther konfrontowała się z rzeczywistością, której centrum nie stanowił już Andreas. Przerażało ją to. W tym stanie ducha zaczynała wątpić, czy kiedykolwiek go kochała. Dzisiaj, po spotkaniu z Karen, ta myśl nurtowała ją jeszcze bardziej.
Chwyciła torebkę, wyjęła z niej tubkę z podkładem, wycisnęła odrobinę na opuszki palców i rozsmarowała na zaczerwienionych policzkach. To dobrze, że go nie kochała. Miłość była przereklamowana. Esther miała serdecznie dość uganiania się za tym uczuciem niczym pies wyścigowy za mechanicznym zającem. Czuła to przez cały tamten wieczór. Dlatego sobie poszła. Taksówkarz ujrzał ślady na jej szyi i źle to zrozumiał. Tak samo jak pracownicy ośrodka. Ona zaś nie zaprzeczała. Odejście od Andreasa nigdy nie było jej zamiarem, tak się jednak stało.
To była dobra decyzja.
Dzisiejszego ranka po raz pierwszy od dawna poczuła się szczęśliwa. Trwało to do momentu, aż zadzwoniła Karen. Aż do tej chwili Esther łudziła się, że Andreas to przeszłość. Uniosła wzrok ku sufitowi, żeby powstrzymać łzy. Wezbrała w niej fala mdłości, tak jak tego dnia, kiedy wsunęła do koperty pozew o separację - deklarację ich małżeńskiego bankructwa. Urząd jeszcze się z Andreasem nie skontaktował. Gdyby było inaczej, Karen zreferowałaby jej jego złość. Nawet jeśli kobieta została wysłana z misją przyprowadzenia Esther do domu, a nie prawienia jej morałów. Esther nie rozumiała tej lojalności Karen, ale szybko się nauczyła, że jeśli postawi się Andreasowi, odpowie za to przed nimi obojgiem. Przyjaźnili się od dzieciństwa. Karen była jego wierną podkomendną i nigdy go nie zawiodła. Kilka lat wcześniej Esther sądziła, że Karen jest również jej przyjaciółką. Ta błędna interpretacja okazała się jednak zgubna.
Od tamtego zdarzenia nigdy ze sobą nie rozmawiały, nie o ważnych sprawach. Ich rozmowy dotyczyły wyłącznie Andreasa. Nawet jeśli nie wspominały o nim ani słowem. Dzisiaj też nie było inaczej.
* * *
David miarowo tupał stopami o posadzkę, żeby nie dopuścić do wychłodzenia ciała, i głośno przeklinał, myśląc o swoim nissanie primera. Porzuconym na Starym Mieście, w tej chwili zapewne z mandatem za wycieraczką. Marzł jak sto diabłów i ponownie przeanalizował swoją decyzję. Może byłoby dla wszystkich najlepiej, gdyby dał sobie spokój i wrócił do domu. Tak, bez dwóch zdań. Mimo to stał w miejscu, wgapiony w numer osiemdziesiąt cztery.
Schronił się w bramie między bankiem a biurem nieruchomości. Obserwowanie ludzi to gówniana robota. Zawsze uważał ją za coś najgorszego i najnudniejszego pod słońcem. Odlewasz się na podwórkach. Odwadniasz organizm, żeby uniknąć odlewania się na podwórkach. Stoisz nieruchomo, aż drętwieją ci nogi, tyłek, aż całe twoje truchło zapada w śpiączkę. Nie rozumiał, jakim cudem uznał, że to coś dla niego. Praca detektywa składała się przecież głównie z tego typu zadań. Chyba doznał chwilowego udaru, kiedy rejestrował działalność. W śledzeniu ludzi nie było nic chwalebnego. Nie żeby ktoś twierdził inaczej, ale David poprzysiągł sobie, że da pięścią w twarz każdemu, kto to zrobi.
Poczuł niewysłowioną ulgę, która objawiła się lekkim dreszczem, kiedy Esther wyszła z klatki schodowej. Zanurzyła dłonie w kieszeniach płaszcza i ruszyła szybkim krokiem po chodniku z torebką zawieszoną na ramieniu. David podążył za nią. Zatrzymała się przy Lille Trianglen. Zrobił tak samo. Obydwoje wsiedli do autobusu linii 37, który powiózł ich przez miasto, podczas gdy zmarznięte mięśnie Davida tajały z delikatnie szczypiącymi drganiami. Esther nacisnęła "stop" przed stacją Vesterport i pomaszerowała w kierunku Gyldenl?vesgade. Na koniec przeszła przez bramę z kutego żelaza.
Twierdza. Właśnie z nią kojarzył się ten wysoki budynek okopany za wycelowanymi w niebo słupkami czarnego ogrodzenia, które osłaniało budowlę przed światem zewnętrznym. Twierdza z rzędami podłużnych okien przypominających arkady. Solidne trzypiętrowe mury z cegieł wiązanych krzyżowo, z wysuniętymi konsolami na każdej kondygnacji. To wszystko wieńczyły cztery majestatyczne łukowate szczyty wznoszące się nad ciemnoszarym dachem jak tarcze.
David rzucił się na przełaj przez Gyldenl?vesgade, lawirując między spieszącymi się kierowcami. Poślizgnął się w śnieżnej brei, odzyskał równowagę, wszedł z rynsztoka na chodnik i stanął w zaciszu najbliższej wiaty przystankowej ze spojrzeniem utkwionym w ośrodek interwencji kryzysowej. Musiał zapalić.
Godzinę i siedmiu zdziwionych kierowców później uznał, że Esther mieszka właśnie tam i odtrąbił wykonanie misji.
* * *
Fie pojawiła się w holu opatulona w płaszcz i szalik. Esther wytupała na wycieraczce najgorszą breję z podeszew i przytrzymała kobiecie drzwi.
- Koniec pracy? - spytała, chociaż było to oczywiste.
Kobieta przytaknęła skinieniem głowy.
- Zapomniałaś o wczorajszej rozmowie o dobrostanie psychicznym. To już drugi raz z rzędu.
- Przepraszam, ale... - Próbowała wymyślić jakieś wyjaśnienie, bo nie pamiętała o żadnym spotkaniu. Ani tym, ani poprzednim.
- W porządku. Zajrzyj jutro do biura, to ustalimy nowy termin - powiedziała Fie i zniknęła w ciemności.
Esther pamiętała o tym, żeby się uśmiechać, zanim drzwi się zamknęły. Potem weszła na schody i podążyła na drugie piętro. W rzeczywistości nie miała tutaj czego szukać. Nie była taka jak tamte. Bite kobiety. Za każdym razem, kiedy otwierała drzwi ośrodka, czuła nieodpartą chęć, żeby się odwrócić i uciec. Ale bez żadnego celu i kierunku mogłaby tylko biec aż do utraty sił. Chyba że wróciłaby do domu, na to jednak brakowało jej odwagi.
Kobiety siedziały w pokoju dziennym. Esther oparła się o futrynę. Żadna z nich nie oderwała wzroku od telewizora.
Na każdym piętrze było miejsce dla sześciu kobiet ulokowanych w sześciu identycznych małych pokojach, do których przynależały pomieszczenia wspólne: pokój dzienny, łazienka i kuchnia. Łączył je wspólny korytarz wyłożony linoleum w odcieniach szarości i o ścianach w kolorze złamanej bieli okalających jasnoszare futryny i ciągnących się klaustrofobicznie niemal w nieskończoność. Przymusowa wspólnota otoczona grubymi murami. Niemający nic wspólnego z dobrowolnością azyl, w którym leczyło się rany i przygotowywało do dalszej drogi pod łagodnym nadzorem osoby kontaktowej. Podczas niezliczonych rozmów o dobrostanie lub o planach na przyszłość mówiło się o swoich oczekiwaniach i pragnieniach oraz o tym, jak można je zrealizować lub skorygować. Męka nie do wytrzymania.
Esther obróciła się na pięcie i weszła w ciemność kuchni. Otworzyła szafkę nad zlewozmywakiem, wzięła szklankę i napełniła ją wodą. W ciemności nikt nie mógł jej zobaczyć, a ona mogła w spokoju obserwować miasto. Ludzie na chodniku otulali się szczelniej płaszczami, śpiesząc się we wszystkie strony. Do domu. Z miasta. Na przedmieścia do czekających tam rodzin. W oddali rozległo się wycie pojazdu na sygnale.
Miała dzisiaj urodziny. Czterdzieste. Dzień, który najlepiej obchodzić z zakrytym lustrem, aspiryną i butelką wódki. Andreas zapraszał ją zawsze do restauracji. W zeszłym roku byli w Nomie, która poza wyróżnieniem trzema gwiazdkami Michelin została też uznana za najlepszą restaurację na świecie. O innym miejscu nie mogło być mowy. Stało się to rytuałem, tak samo jak storczyki. Zawsze je od niego dostawała. Zawsze jakiś rzadki rodzaj. Nie potrafiła się z nimi obchodzić, zbyt obficie je podlewała. Kiedy gniły, Andreas robił jej awantury. Mówił, że jest niewdzięcznicą, i wyzywał ją od najgorszych.
Za jej plecami rozbłysło ostre światło lampy. Odwróciła się ku Layli, która zwinnym ruchem wskoczyła na kuchenny blat, do czego było zdolne tylko dwudziestoletnie ciało. Ciemny koński ogon przesunął się do przodu i ułożył na ramieniu, kiedy dziewczyna wystukała z paczki papierosa.
Esther lubiła tę małomówną współlokatorkę. Layla w nic się nie wtrącała, nigdy nie próbowała zainicjować rozmowy. Tuż po przybyciu Esther do ośrodka Fie poleciła jej wymienić się numerami z resztą kobiet z piętra, żeby w razie potrzeby mogły się ze sobą skontaktować. Ona nie umiała sobie wyobrazić takiej potrzeby. Spytała o numer tylko Laylę.
Odstawiła szklankę do zmywarki. Kiedy wychodziła z kuchni, Layla posyłała falujące kółka dymu w stronę pożółkłego sufitu.
* * *
David zzuł buty i powiesił płaszcz na pustym haczyku. Wyjął z kieszeni zdjęcie przedstawiające Esther i jej męża, wszedł do dużego pokoju i rzucił fotografię wraz z wizytówką Sindal na stolik kawowy. Otworzył okno i napełnił płuca mroźną bryzą z ulicy, którą chwilę temu pożegnał przed drzwiami na klatkę schodową.
Czuł dziwny wstyd z powodu śledzenia Esther. Powinien był odmówić, kiedy zdał sobie sprawę, że chodzi właśnie o nią. Zwłaszcza że nie zaproponowano mu jakiejś cholernie wielkiej kasy za bycie takim gnojkiem. Problem polegał na czym innym. David znowu wziął zdjęcie do ręki. Przyjrzał mu się z uwagą. Obydwoje sprawiali wrażenie radosnych. Szczęśliwych. Od tamtej pory wiele się najwyraźniej zmieniło. David życzył kiedyś skrycie Esther, żeby znalazła wielką i trwałą miłość. Pomogłoby mu to uśmierzyć własne wyrzuty sumienia.
Rozsunął drzwi przesuwne, tak że skrzydła schowały się w ścianie. Umiejscowiony naprzeciwko wejścia do pokoju regał od sufitu do podłogi zapełniały równe rzędy książek. Przynajmniej one trafiły na swoje miejsce. David przecisnął się między kartonami przeprowadzkowymi ustawionymi dwójkami jeden na drugim, żeby dojść do biurka. Krzesło zatrzeszczało pod jego ciężarem. Zrzucił z klawiatury skarpetki na podłogę i włączył komputer. Wysłał mejl do Sindal. Potem kliknięciem otworzył wczorajszą partię szachów. Skoncentrował się na kolejnym ruchu.