Śmierć - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Oddaję w Państwa ręce książkę, która dojrzewała we mnie przez lata - nie tylko te spędzone w uniwersyteckich bibliotekach, wśród starych manuskryptów i najnowszych badań tanatologicznych, ale także te spędzone przy łóżkach umierających, na cmentarzach, w rozmowach z tymi, którzy odchodzili, i z tymi, którzy pozostawali. Śmierć. Historia największej tajemnicy to owoc tej podwójnej wędrówki - intelektualnej i egzystencjalnej - i mam nadzieję, że stanie się dla Czytelnika czymś więcej niż tylko kompendium wiedzy o tym, jak przez wieki różne kultury i systemy myślowe odpowiadały na pytanie o kres.

Gdy kilkanaście lat temu rozpoczynałem badania nad dziejami śmierci w cywilizacji zachodniej, nie spodziewałem się, że ta podróż zaprowadzi mnie tak daleko - od paleolitycznych grobowców w jaskiniach Qafzeh, przez egipskie piramidy i greckie epitaphioi logoi, przez średniowieczne danse macabre i barokowe vanitas, aż po współczesne spory o definicję śmierci mózgowej i transhumanistyczne wizje nieśmiertelności. Nie spodziewałem się też, że ta podróż będzie tak głęboko osobista. Każda epoka, którą opisywałem, stawała się dla mnie zwierciadłem, w którym przeglądałem się jako człowiek śmiertelny - i jako ten, który musi nauczyć się z tą śmiertelnością żyć.

Książka ta ma charakter popularnonaukowy, co nie znaczy, że rezygnuje z naukowego rygoru. Przeciwnie - starałem się, by każda teza, każde porównanie, każda interpretacja opierały się na sprawdzonych źródłach, na dorobku historii, antropologii, religioznawstwa, filozofii, historii sztuki, a także medycyny i psychologii. Jednocześnie chciałem, by język, którym piszę, był dostępny dla każdego, kto zadaje sobie pytanie o śmierć - nie tylko dla specjalisty. Śmierć bowiem nie jest domeną wyłącznie uczonych. Jest udziałem każdego z nas. I każdy z nas ma prawo - i obowiązek - myśleć o niej.

Prowadząc czytelnika przez osiemnaście rozdziałów tej książki, starałem się unikać dwóch pułapek. Pierwszą jest pułapka łatwego pocieszenia - gotowych odpowiedzi, które miałyby ukoić lęk, zamiast pomóc go zrozumieć. Nie oferuję więc ani religijnej nadziei, ani filozoficznej akceptacji na poczekaniu. To, co oferuję, to raczej towarzyszenie w pytaniu. Drugą pułapką jest pułapka akademickiego dystansu - chłodu, który pozwala mówić o śmierci, jakby nas nie dotyczyła. Uciekałem od niego, ilekroć czułem, że chciałbym spojrzeć na moich bohaterów - na tych, którzy umierali w okopach pod Verdun, w komorach gazowych Auschwitz, na polach śmierci Kambodży - jak na przedmioty badań. Oni nie byli przedmiotami. Byli nami. I dlatego ta książka, choć oparta na faktach, jest także opowieścią - opowieścią o nas wszystkich.

Szczególne miejsce w tej narracji zajmuje współczesność. Żyjemy w czasach, które są może najbardziej schizofreniczne w dziejach, jeśli chodzi o stosunek do śmierci. Z jednej strony wypchnęliśmy ją ze sfery publicznej, zamknęli w szpitalach, otoczyli tabu, pozbawili języka. Z drugiej strony - mamy transhumanizm, który obiecuje nie oswajanie śmierci, ale jej pokonanie. Między tymi dwoma biegunami - wypieraniem i negacją - jesteśmy zagubieni. Nie umiemy umierać tak, jak umierali nasi przodkowie. Nie umiemy towarzyszyć umierającym. Nie umiemy rozmawiać z dziećmi o śmierci. A jednocześnie - marzymy o tym, by żyć wiecznie. W tej książce staram się pokazać, że z tego zagubienia jest wyjście - ale nie przez technologię, która pokona śmierć, i nie przez ucieczkę, która udaje, że jej nie ma. Wyjściem jest powrót do rozmowy. Do tego, co najstarsze i najtrwalsze w ludzkiej kulturze: do mądrości, która uczyła, że śmierć nie jest końcem, który odbiera sens, ale warunkiem, który go umożliwia.

Niech ta książka będzie zaproszeniem do takiej rozmowy. Niech będzie spotkaniem z tymi, którzy przed nami stawiali te same pytania - od autora Księgi Umarłych po Cicely Saunders, od Homera po Swietłanę Aleksijewicz, od autora Eposu o Gilgameszu po Irvina Yaloma. Ich głosy słychać na każdej z tych stron. I niech to będzie także spotkanie z samym sobą - z tym, co w nas najgłębiej ludzkie: ze świadomością, że życie jest skończone, i że właśnie dlatego trzeba je przeżyć w pełni.

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy towarzyszyli mi w tej podróży. Moim nauczycielom - tym z uniwersytetu i tym z życia. Moim studentom, którzy swoimi pytaniami zmuszali mnie do ciągłego weryfikowania tego, co wydawało mi się już oczywiste. Mojemu wydawcy, który uwierzył w tę książkę, gdy była tylko zbiorem luźnych notatek. A przede wszystkim - mojej rodzinie, która przez lata cierpliwie znosiła moją nieobecność, gdy zagłębiałem się w archiwa, i moją obecność, gdy wracałem z opowieściami o tych, którzy odeszli.

I Państwu, Drodzy Czytelnicy, którzy sięgnęli po tę książkę. Życzę, by stała się dla Was czymś więcej niż lekturą. By stała się zaproszeniem do myślenia - i do życia. Bo ostatecznie rozmowa o śmierci jest zawsze rozmową o życiu. I to ona - ta rozmowa - jest tym, co po nas zostanie.

Warszawa, marzec 2026

Rozdział 5: Śmierć w średniowieczu. Ars moriendi i Taniec Śmierci (V-XV w.)

Wprowadzenie: Godzina śmierci

Wyobraźmy sobie pomieszczenie, w którym panuje półmrok. Na łożu, skromnym lub bogato zdobionym - w zależności od stanu umierającego - spoczywa ciało. To moribundus, ten, który umiera. Wokół niego zgromadzili się bliscy, przyjaciele, kapłan. Wszyscy czuwają. W ciszy, przerywanej jedynie szeptem modlitw i oddechem konającego, rozgrywa się dramat większy niż cokolwiek, co może wydarzyć się na tym świecie. O duszę człowieka toczy się walka. Po jednej stronie łoża stoją aniołowie, po drugiej - demony. To, co za chwilę się dokona, zadecyduje o wieczności.

To nie jest scena z filmu grozy. To rzeczywistość późnośredniowiecznej Europy - rzeczywistość tak powszechna, tak intensywnie przeżywana, że zrodziła cały gatunek literacki, całą ikonografię, całą filozofię życia skoncentrowaną wokół jednego celu: przygotowania się na śmierć.

Średniowiecze - epoka, którą często postrzegamy przez pryzmat ponurych wyobrażeń o mroku, strachu i obsesji na punkcie śmierci - było w istocie czasem głębokiego namysłu nad tym, jak umierać, by żyć wiecznie. To paradoks, który stanowi klucz do zrozumienia całej epoki: im bardziej życie doczesne traciło na wartości wobec perspektywy wieczności, tym bardziej sama śmierć stawała się przedmiotem sztuki - ars moriendi, sztuki dobrego umierania.

W tym rozdziale zanurzymy się w średniowiecznym doświadczeniu śmierci. Zaczniemy od tego, co dla człowieka epoki było najważniejsze: od momentu konania, od przygotowania duszy na spotkanie z Bogiem. Następnie przyjrzymy się temu, co Jacques Le Goff nazwał "narodzinami czyśćca" - przełomowej koncepcji, która na zawsze zmieniła relację między żywymi a umarłymi. Potem oddamy głos tańczącej Śmierci - danse macabre, która w swoich makabrycznych korowodach niosła przesłanie o równości wszystkich wobec kresu. Wreszcie spojrzymy na to, jak te wyobrażenia przekładały się na praktyki pogrzebowe, architekturę cmentarzy i codzienne życie ludzi epoki.

Część I: Ars moriendi - sztuka dobrego umierania

Geneza gatunku: od starożytności do późnego średniowiecza

Samo pojęcie ars moriendi - sztuki umierania - pojawiło się stosunkowo późno, bo dopiero w XIV-XV wieku. Jednak jego korzenie sięgają znacznie głębiej. Jak zauważają badacze literatury średniowiecznej, "tematykę tego typu można odnaleźć w okresie wczesnego chrześcijaństwa w nawiązaniu do niektórych, zwłaszcza stoickich kierunków starożytnej filozofii". Św. Ambroży, św. Augustyn, a później św. Bonawentura i św. Tomasz z Akwinu - wszyscy oni rozważali, jak chrześcijanin powinien przygotować się na ostatnią godzinę.

Początkowo terminem ars moriendi określano zbiory wskazówek dla kapłanów towarzyszących wiernym w ostatniej drodze. Były to praktyczne instrukcje, jak wspierać umierającego, jakie modlitwy odmawiać, jak rozpoznawać znaki pokusy i nawrócenia. W wieku XIV, wraz z rozwojem druku i rosnącą piśmiennością świeckich, teksty te stały się powszechnie dostępne. Zyskały ogromną popularność - można powiedzieć, że były to średniowieczne bestsellery, czytane i oglądane (często towarzyszyły im drzeworytnicze ilustracje) przez rzesze wiernych.

Dlaczego akurat w tym momencie? Odpowiedź jest złożona. Po pierwsze, wielkie epidemie dżumy, które od połowy XIV wieku dziesiątkowały Europę, sprawiły, że śmierć stała się doświadczeniem masowym, nagłym, nieuchronnym. Po drugie, rosnąca indywidualizacja pobożności - chrześcijanie nie chcieli już polegać wyłącznie na kapłanach, chcieli sami wiedzieć, jak stanąć przed Bogiem. Po trzecie, jak pisze Jacques Le Goff, to właśnie w tym okresie kształtuje się nowa wrażliwość eschatologiczna, w której czyściec odgrywa kluczową rolę.

Scenariusz dobrej śmierci

Klasyczne ars moriendi miało swoją ustaloną strukturę. Akcja skupiała się wokół łoża śmierci, a jej centrum stanowiła psychomachia - walka aniołów i demonów o duszę umierającego. Dusza była często wyobrażana jako mały człowiek (homunculus), który wydostawał się przez usta konającego. Jej los ważył się w tych ostatnich chwilach, a wynik zależał od tego, czy umierający oprze się pięciu głównym pokusom.

W podręcznikach ars moriendi wymieniano pięć kuszących go diabelskich podszeptów :

- Pokusa niewiary - diabeł podsuwał wątpliwości co do prawd wiary, zwłaszcza co do rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii.

- Pokusa rozpaczy - podszept, że grzechy są zbyt wielkie, by mogły zostać odpuszczone.

- Pokusa niecierpliwości - bunt przeciwko cierpieniu, niepogodzenie z wolą Bożą.

- Pokusa pychy - ufność we własne zasługi, a nie w miłosierdzie Boże.

- Pokusa doczesnego przywiązania - żal za pozostawianym bogactwem, rodziną, władzą.

Przeciwko każdej z tych pokus wystawiano odpowiednie remedium. Niewiarę przezwyciężała wiara, rozpacz - nadzieja, niecierpliwość - cierpliwość, pycha - pokora, doczesne przywiązanie - oderwanie od świata.

Pomyślne przejście tych prób, zwycięstwo sił dobra, oznaczało zbawienie. Co więcej - a to było kluczowe dla popularności tego gatunku - "odbycie dobrej śmierci mogło odkupić złe życie na ziemi". Innymi słowy, nawet największy grzesznik, jeśli w ostatniej godzinie żarliwie się nawrócił i umarł w stanie łaski, mógł osiągnąć zbawienie. To potężne przesłanie nadziei - ale też potężne narzędzie kontroli: ostatnia godzina była tak ważna, że należało być do niej przygotowanym przez całe życie.

Literatura ars moriendi - przykłady

Najbardziej znanym przykładem klasycznego podręcznika ars moriendi jest tekst przypisywany niegdyś Mateuszowi z Krakowa, powstały na przełomie XIV i XV wieku. Był on wielokrotnie kopiowany, drukowany i ilustrowany, docierając do szerokiego kręgu odbiorców.

Jednak za realizację ars moriendi uznaje się także dzieła z pozoru odległe od tego gatunku. Marcin Włodarski w swojej pracy Ars moriendi w literaturze polskiej XV i XVI w. wskazuje, że elementy sztuki dobrego umierania odnajdujemy w Pieśni o Rolandzie, gdzie śmierć głównego bohatera na polu bitwy stanowi centrum akcji utworu. Roland umiera nie jako zwykły wojownik, ale jako chrześcijanin - wyznaje wiarę, prosi Boga o przebaczenie, wyciąga rękę ku niebu. To śmierć wzorcowa, pouczająca dla czytelnika.

W polskiej literaturze średniowiecznej arcydziełem tego gatunku jest Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią. Utwór ten, łączący w sobie elementy ars moriendi i danse macabre, przedstawia dialog między tytułowym Mistrzem Polikarpem (reprezentującym wszystkich żywych) a personifikacją Śmierci. Śmierć ukazana jest jako straszliwe widmo - "sucha kość", która nie oszczędza nikogo, niezależnie od stanu, wieku czy zasług. Wędrówka Polikarpa ze Śmiercią staje się pretekstem do moralizatorskiej krytyki społeczeństwa i przypomnienia, że jedynym, co ma znaczenie w obliczu śmierci, jest życie zgodne z przykazaniami.

Część II: Narodziny czyśćca - trzecie miejsce

Wynalazek XII wieku

Jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach zachodniej duchowości - obok reformy gregoriańskiej czy scholastyki - dokonało się w sferze wyobraźni eschatologicznej. Mowa o "narodzinach czyśćca", procesie, któremu Jacques Le Goff poświęcił swoją klasyczną pracę.

Przez pierwsze tysiąc lat chrześcijaństwa rzeczywistość po śmierci była postrzegana dwojako: dla sprawiedliwych - niebo, dla potępionych - piekło. Istniała oczywiście praktyka modlitwy za zmarłych, sięgająca Starego Testamentu (2 Mch 12,42-45) i pierwszych wieków Kościoła. Istniało też pojęcie ognia oczyszczającego, o którym pisał św. Paweł (1 Kor 3,13-15). Jednak dopiero w XII wieku te rozproszone elementy skrystalizowały się w spójną koncepcję trzeciego miejsca - miejsca pośredniego, w którym dusze niegodne jeszcze nieba, ale niezasługujące na wieczne potępienie, są oczyszczane, by móc stanąć przed Bogiem.

Dlaczego akurat w XII wieku? Le Goff wskazuje na kilka czynników. Po pierwsze, rozwój teologii scholastycznej i potrzeba precyzyjnego określenia stanów pośrednich. Po drugie, rosnąca rola indywidualnej spowiedzi i pokuty - skoro grzechy mogą być odpuszczone na ziemi, to dlaczego nie mogłyby być "dopracowane" po śmierci? Po trzecie, przemiany społeczne - Le Goff sugeruje nawet, że "narodziny czyśćca pozwalają na narodziny kapitalizmu", ponieważ usługi bankowe przestają być automatycznie utożsamiane z lichwą i wiecznym potępieniem.