Prologi
piątek, 7 lutego 2013
Leciwa kobieta szła powoli i złorzeczyła z cicha, czasami mamrocząc pod
nosem albo składając słowa pełne złości jedynie w myślach. Nie obawiała
się, że ktoś usłyszy, jak mówi do siebie, i weźmie ją za starą wariatkę.
Znowu zaczął sypać śnieg, niezbyt gęsty, ale mokry. Duże płatki
rozpuszczały się na jej twarzy. Naciągnęła głębiej na czoło wełnianą
czapkę w kolorze "pieprz i sól", dopięła guzik szarego płaszcza. Ludzie
kulili się, pochylali głowy i szybko przemykali do samochodów. Właśnie -
samochodów.
Zatrzymała się i postawiła reklamówki na chodniku, mając gdzieś, że się
zamoczą i później będzie z nich kapało. W wyobraźni już widziała kałużę
brudnej wody w przedpokoju, ale uznała, że będzie się tym martwić
później. Ściągnęła rękawiczkę i przetarła mokrą twarz. Z centrum
handlowego do domu przy ulicy Ciemały nie miała daleko, wystarczyło
przejść kładką nad średnicówką, pójść kilkadziesiąt metrów chodnikiem
obok kępy drzew, przeciąć Gliwicką - i była na miejscu. Jednak ciężkie
zakupy i kiepska aura sprawiały, że z każdym krokiem narastały w niej
furia i żal do całego świata w ogóle, a do jej bliskich w szczególności.
Jeść to każdy chce, jak najbardziej, ale pomóc matce, podwieźć z zakupami to już nie łaska, obracała w myślach gorzkie słowa. Jej ślubny
zaś się gdzieś stracił i nie odbierał telefonu, ale na niego nigdy
specjalnie nie liczyła, był, jaki był, bez szans na zmianę. Nie
wychowała go sobie, więc ma za swoje. Dawno na dziada machnęła ręką.
Pewnie znowu siedzi na tej durnej laubie. Ciekawe, co on tam w ogóle
robi? A młodsza córka musiała zostać w domu z Roksanką. Na myśl o trzyletniej wnuczce kobiecie zrobiło się cieplej na sercu. Jej
słoneczko! Chwyciła torby i ruszyła w stronę kładki. Miała dla wnusi
kinder niespodziankę.
Idąc nad średnicówką, poklęła jeszcze na pierońskich gizdów, którym jak
zwykle nie chciało się posypać chodników piaskiem. Jak nic, można było
sobie złamać giczałę. Zeszła na dół, pokonała krótki odcinek prowadzący
w stronę ulicy Gliwickiej, stanęła przed torowiskiem i poprawiła
opadającą na oczy czapkę. Tramwaj nie jechał, pod wiatą pobliskiego
przystanku chowała się grupka ludzi. Podeszła kilkanaście kroków do
ulicy. Przepuściła dwa samochody. Było pusto, tylko z podjazdu do domu,
znajdującego się kilkaset metrów od przejścia, skręcało w jej stronę
auto. Zdążę jak nic, myślała, zaraz będę na miejscu. Dotarła na środek
jezdni, kiedy usłyszała ryk silnika i przenikliwy pisk opon. Spojrzała w lewo i zamarła. Wbiła wzrok w snopy reflektorów, które znalazły się
uderzająco blisko. Zbyt blisko. Nie mogła się ruszyć, niczym sarna
wpatrzona w światła auta zbliżającego się na śródleśnej drodze.
*
Komisarz Adam Tyszka walczył z sennością, jak tylko mógł, w desperacji
sięgnął po kolorowe gazety leżące na stoliku stojącym obok wysłużonego
fotela. Historie celebrytów, których nazwiska ani twarze zupełnie z niczym mu się nie kojarzyły, tylko go zirytowały. Sranie w banię, kogo
obchodzi, że się schodzą albo rozchodzą. Ewentualnie żenią. Właśnie,
żeniaczka... Wstał i podszedł do witryny zakładu krawieckiego. Spojrzał
przez szybę na mysłowicki rynek. Znowu padało. Nieliczni przechodnie
szybko przemykali przez duży plac, ślizgając się na brei, w którą
zamieniał się mokry śnieg. Wbił wzrok w figurę Jana Chrzciciela
wieńczącą fontannę. Święty zdawał się wypinać w jego stronę ośnieżony
tyłek.
- A do rzyci - wymamrotał Adam pod nosem.
Tkwił u krawca już ponad godzinę, czekając na ojca, który miał pierwszą
przymiarkę ancugu. Ślubnego. Że też ojcu zebrało się na stare lata na
żeniaczkę! Adamowi wydawało się, że jeśli nawet wciąż nie pogodził się z decyzją starzika, to przynajmniej trochę oswoił. Nawet z tym, że pani
Basia będzie jego macochą. Właściwie jak miał się do niej zwracać po
ślubie? Pani Basiu, jak wcześniej? Barbaro? Mamo? Matkę przecież miał
tylko jedną... Wciąż targały nim sprzeczne emocje. Dostrzegał, że związek
z panią Basią dobrze robi ojcu, sprawił, że starzik odżył, nabrał chęci
do życia. Z drugiej strony perspektywa rychłego ślubu rodzica wciąż
wzbudzała w nim irytację, wewnętrzny sprzeciw.
Uroczystość wyznaczono na początek marca, bo pani Basia, kierując się
prastarym zabobonem, uznała, że zaślubiny mogą się odbyć tylko w miesiącu, który w nazwie ma literę "r", co ponoć stanowi dobrą wróżbę na
przyszłość. A właściwie dlaczego nie w lutym, Adam szybciej miałby to z głowy. Może jednak wkurzały go głównie rozwleczone przygotowania do
ślubu i wesela, w które wciągała go pani Basia, konsultując z nim a to
wygląd zaproszeń ślubnych, a to weselne menu. Jakby miał o tym
jakiekolwiek pojęcie, to raz. Dwa, uważał, że tego rodzaju szczegóły są
zupełnie bez znaczenia. Myślał, że ludzie przejmują się takimi
pierdołami tylko przy pierwszym ślubie. A tu proszę. Widać z wiekiem nie
mądrzeją, a przynajmniej nie wszyscy.
Teraz znowu klapnął na fotel i powoli wypuścił powietrze. Uważał się za
człowieka cierpliwego, ale - do cholery - są jakieś granice.
- Panie Heniu, długo jeszcze? - zwrócił się do mistrza igły i nici.
- Nie ugo - wymamrotał krawiec z ustami pełnymi szpilek.
Pan Henio był stary jak świat, a na pewno starszy od ojca Adama, i prowadził zakład krawiecki w tym samym miejscu, w kamienicy przy rynku w Mysłowicach, od kiedy tylko Tyszka sięgał pamięcią. Właśnie pan Henio
uszył mu garniturek na pierwszą komunię. Adam zaczął obliczać, kiedy to
było, ale szybko się pomylił. W chwili, kiedy pojawił się temat
garnituru ślubnego dla staruszka, zaproponował, żeby kupili gotowy. W końcu w marketach można było dostać naprawdę porządne garnitury, w każdym rozmiarze i za rozsądne pieniądze. Jednak ojciec uparł się, że
nie, nie ma mowy, jeśli ma sobie zafundować ostatni ancug w życiu, niech
będzie taki, jak trzeba, obstalowany. Bo taki ze ślubu to i do trumny
się nada. I powiedział, że pan Henio go uszyje. Adam najpierw zdziwił
się, że pan Henio jeszcze żyje, a potem zdumiał jeszcze bardziej, że
jest w stanie w miarę pewnie utrzymać w palcach igłę czy nożyce. Ojciec
odparł, że Basieńka wszystko posprawdzała i nawet już umówiła ich z krawcem. No jasne, Basieńka...
Jak Adam sam się przekonał, pan Henio może nie był w szczytowej formie,
na pewno nie pracował szybko, ale dawał radę, o czym świadczył fakt, że
dotarli do etapu przymiarki, a marynarka, z tego, co mógł ocenić, leżała
na ojcu całkiem dobrze.
Rozdzwonił się jego telefon. Adam wyjął aparat i spojrzał na
wyświetlacz: Krystyna. Nawet się ucieszył.
- Cześć pracy, Krzysiek, co tam?
- Czołem, potrzebny jesteś - powiedział bez zbędnych wstępów aspirant
Krzysztof Mateja, którego Adam przezywał Krystyną za względu na słabość
kolegi do kunsztownych fryzur na żel podobnych do tych, które nosił
Cristiano Ronaldo.
- A co się urodziło?
- Mamy starszą kobietę potrąconą na pasach. Śmiertelnie.
- I co nam teraz do tego? - Tyszka się zdziwił. - To raczej robota dla
gierojów z drogówki.
- To bardziej skomplikowane. Sam zobaczysz.
Adam w duchu cieszył się, że niedługo opuści zakład krawiecki i weźmie
się do roboty, ale postanowił urządzić teatrzyk na potrzeby ojca. Żeby
nie wyjść na niesłownego syna, który nie jest w stanie poświęcić
starzikowi wieczoru, mimo iż obiecał, że zawiezie go do krawca i odwiezie, choćby się waliło i paliło.
- Ale ja mam już dzisiaj wolne. Poza tym ojcem się zajmuję. Mundek albo
Renata ci nie wystarczą?
- Polański to wiesz... - Adam wiedział. Ich szef, nadkomisarz Edmund
Polański, robił wszystko, żeby weekendy poświęcać wyłącznie rodzinie.
Zazwyczaj w piątek zaraz po wyjściu z pracy wyłączał komórkę. Tyszka
pamiętał, że również przy okazji ostatniej dużej sprawy, którą
prowadzili, a która zaczęła się od młodego mężczyzny z łbem odstrzelonym
podczas rekonstrukcji historycznej obrony wieży spadochronowej w Katowicach, Mundek zjawił się na miejscu zbrodni ostatni. - Abonent
niedostępny, a nie mam czasu do niego podjechać.
- A Petarda?
- Adam, wiesz, że Renata nie lubi, gdy ją tak nazywasz.
Tyszka wiedział, ale zwyczajnie lubił brzmienie dawnego pseudonimu
podkomisarz Renaty Łukowskiej.
- Lubi, nie lubi, co z nią?
- Nie mam pojęcia. Nie odbiera.
Adam miał ochotę drążyć temat, ale ugryzł się w język. Tajemnicą
poliszynela było, że Krzysiek jest w związku z Renatą. Takim z rodzaju
trudnych i skomplikowanych. Poza tym z jego obserwacji wynikało, że to
raczej Matei bardziej zależy na Łukowskiej niż odwrotnie. Renata bez
wątpienia nie należała do kobiet bezproblemowych. Wszyscy zdawali sobie
z tego sprawę - również Krzysiek. Jego wybór, jego problem.
- Dobra, działaj na razie sam. Za pół godziny będę. Tylko wyślij mi
esemesem adres.
Schował telefon do kieszeni i podniósł się z fotela. Zwrócił się w stronę staruszka i zamarł na chwilę, gdy dostrzegł jego ponury wzrok.
Zaczął niepewnie:
- Łojciec...
Wydawało mu się, że starzik chce coś powiedzieć, ten jednak milczał.
- Robota mi wypadła, muszę jechać.
- Taaa, jak zwykle obcy trup jest dla ciebie ważniejszy ode mnie.
- A skąd wiesz, że o trupa idzie? - spytał odruchowo.
- Może stary jestem, ale pamiętam jeszcze, gdzie pracujesz i co tam
robisz.
- Wiesz, taka służba - rzucił Adam, do końca nie wiedząc, czy chce
przekonać ojca, czy samego siebie.
Rodzic westchnął ciężko i machnął ręką nadspodziewanie energicznie.
- Panie Zenonie, szew puści... - zajęczał krawiec.
- Co mi tam szew, jak jedyny syn ma mnie w rzyci - ojciec mówił cichym,
na pozór spokojnym głosem.
Brzmiała w nim rezygnacja, która zawsze boleśnie dotykała Adama, z czego
starzik doskonale zdawał sobie sprawę.
Tyszka westchnął ciężko.
- Jak chcesz, poczekam, aż pan Henio skończy, i odwiozę cię do domu.
- A jedź w cholerę, jak cię służba wzywa. Zadzwonię po Romusia, na pewno
po mnie przyjedzie.
Romuś... Starszy syn pani Basi, posiadacz samochodu i nieograniczonej, jak
się zdawało Adamowi, ilości wolnego czasu. Zawsze skory do pomocy innym.
Także ojcu Adama. Staruszek wiedział, że wzmianka o Romusiu zaboli syna.
I zabolała.
Część I. W imię ojca
piątek, 7 lutego 2013
Podkomisarz Renata Łukowska wszystkiego miała dosyć. Śląska, na którym -
wszystko na to wskazywało - utknęła na dobre. Zgniłej jesienno-zimowej
pogody, wszechobecnej lepkiej szarości, która od ponad tygodnia
spowijała cały region. Miała też dosyć samej siebie.
Po wyjściu z komendy wsiadła do czarnego audi TT i ruszyła przed siebie.
Po prostu. Nie chciało jej się wracać do wynajmowanej w Gliwicach
kawalerki, nie miała żadnego planu na wieczór. Kręciła się po Śląsku,
przejeżdżała z jednego miasta do drugiego, skręcając gdzie popadnie. Jej
koledzy, o których wciąż myślała, że są nowymi kolegami i nigdy nie
staną się starymi, dobrymi kumplami, twierdzili, że każde tutejsze
miasto czy miasteczko jest inne, w swoisty sposób wyjątkowe. Gówno
prawda! Dla niej był to jeden miejski moloch pozbawiony wyraźnych
granic, ponury i brzydki jak styrany menel. W końcu wbiła się w wąską
uliczkę, przy której stały dwupiętrowe familoki, ku jej zdziwieniu nawet
zadbane, co - jak już się nieraz przekonała - wcale nie było regułą.
Odbiła w prawo i zaparkowała niedbale na chodniku. Nie wiedziała, gdzie
jest, mętnie kojarzyła, że ostatnio widziała tablicę z napisem Ruda
Śląska. Nawet ją to rozbawiło. Ona też była ruda, choć ani trochę nie
czuła się śląska.
Włączyła nawigację i czekała, aż mapa się załaduje. Gorzkie myśli wciąż
tłukły się jej pod czaszką. Jeszcze do niedawna miała nadzieję, że jej
zesłanie do Katowic nie potrwa długo i szybko wróci do Warszawy - jej
miejsca na ziemi. A tkwiła na Śląsku już ponad pół roku i nic nie
wskazywało, by jakiekolwiek przeniesienie choćby majaczyło na
horyzoncie. Co więcej, za ostatnią sporą sprawę dwóch zabójstw mężczyzn
ze Świętochłowic dostała pochwałę z wpisaniem do akt, mimo że zdarzało
jej się podczas śledztwa przeginać, łamać regulamin. Było się tak
starać?! Nawet Polański, jej bezpośredni przełożony, mówił potem, że
cieszy się, że ma ją w zespole, choć na początku traktował ją z dużym
dystansem. Może jednak lepszą strategią było olewanie roboty? Tyle że i tak była na cenzurowanym, więc kolejna wtopa mogła się skończyć
zesłaniem na jeszcze gorsze, totalne zadupie, czego nie chciała. I tak
źle, i tak niedobrze.
Z bezsilnej złości walnęła otwartymi dłońmi w kierownicę. Spokojnie,
tylko spokojnie, skarciła się w myślach. Bo właściwie co aż tak złego
się działo? Nic. I chyba to "nic" najbardziej jej dokuczało. Gdy
spojrzała na mapę, okazało się, że naprawdę jest w Rudzie. Postanowiła,
że do Gliwic pojedzie przez Świętochłowice - Świony, jak mówili lokalsi
- żeby spojrzeć na miejsca, w których kilka miesięcy temu bywała bardzo
często.
Zbliżając się do Gliwic, gorączkowo kombinowała, co zrobić z tak kiepsko
zaczętym wieczorem, który nie zapowiadał żadnych atrakcji. Nie chciała
wracać do zimnego mieszkania w kamienicy. W pokoju - jedynym - miała
piękny, ale stary piec kaflowy z wkładem elektrycznym. Płaciła za prąd
jak za zboże, a i tak nie mogła dogrzać wysokiego pomieszczenia. Mogła
pójść do knajpy, by powoli sączyć mocne drinki, coś z rumem na przykład.
Tak, ten alkohol doskonale pasował do pogody i jej nastroju. Uznała
jednak, że bywa za częstym gościem w gliwickich lokalach, poza tym
zwyczajnie nie miała ochoty na procenty. Wjechała do Gliwic i kątem oka
zobaczyła znak wskazujący drogę do palmiarni. Czemu nie...
Budynek palmiarni miejskiej, znajdującej się na terenie parku Chopina,
kojarzył się Renacie z kiepsko zaprojektowaną fabryką. Dużo stali i szkła, doskonała sceneria do postapokaliptycznego filmu, w którym
niedobitki ludzkości walczą o żarcie, tlen czy cokolwiek innego, co
pozwoli im przedłużyć nędzny żywot. W środku palmiarnia była jednak
bardzo przyjemna, bo - niespodzianka! - były w niej palmy. Renata lubiła
te rośliny, choć nie wiedziała dlaczego, przecież nigdy nie kręciło jej
hodowanie kwiatów ani nie tęskniła za egzotycznymi wypadami i byczeniem
się w cieniu palmowych liści. Po prostu lubiła palmy, i tyle. W Gliwicach wystawiano donice z nimi na trawniki i skwery, co sprawiało,
że czuła się w tym mieście lepiej. Nieco i jedynie przez chwilę.
Na piętrze palmiarni była niczego sobie kawiarnia, w której zwykle
przesiadywali emeryci, matki z drobnym przychówkiem albo turyści. Renata
zastanawiała się, czy lokal jest jeszcze otwarty, na szczęście był.
Przez chwilę pomedytowała przed oszkloną ladą, w końcu zdecydowała się
na czarną kawę i szarlotkę na ciepło z bitą śmietaną i gałką lodów. Może
i była twardą policyjną suczą, ale od czasu do czasu lubiła zjeść
słodkie jak zwykła laska.
W kawiarni było tylko kilka osób i lekko znudzona kelnerka oraz barmanka
w jednym, najpewniej dorabiająca sobie studentka miejscowej
politechniki. Łukowska wybrała mały stolik w kącie, tuż przy
przeszklonej ścianie. Za szybą niemrawo sypał śnieg, rozmazując szarość
wieczoru. Kawa była mocna, a ktoś, kto robił szarlotkę, nie pożałował
jabłek, godnie doprawionych cynamonem. Renata skupiła się na smaku i zapachu, starała się nie myśleć. O niczym.
Dźwięk przychodzącego esemesa wyrwał ją z letargu. Znowu Mateja?
Wcześniej dzwonił do niej ze trzy razy, ale go olała. Odblokowała aparat
i wyświetliła wiadomość. Zajebie cie policyjna suko. Odruchowo
odsunęła aparat od siebie. Dostawała podobne groźby już od kilku dni:
Znalazlem cie, nie Zyjesz!!!. Ktoś ewidentnie się rozkręcał.
Wiadomości wysłano z tego samego numeru, który z nikim i niczym jej się
nie kojarzył. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zadzwonić i nie
rozmówić się z gnojem, jednak uznała, że jest za wcześnie na nerwowe
ruchy. Prawdę powiedziawszy, nie przejęła się zbytnio, bo już nie raz,
nie dwa spotkała się z agresją. Nie tylko słowną. Choć intrygowało ją,
kto nagle zapałał do niej tak szczerą i głęboką nienawiścią. Nie
sądziła, żeby przez kilka miesięcy pobytu na Śląsku dopiekła komuś aż
tak mocno, by chciał się na niej mścić albo chociaż trochę ją
postraszyć, bo, jak dla niej, wyglądało to na groźby bez pokrycia.
Najpewniej chodziło o jakąś sprawę z przeszłości, mniej lub bardziej
odległej. Wprawdzie wydawało jej się, że wszystkie ponure historie
sprzed lat pozamykała definitywnie i jak należy, ale przecież spotkała
na swojej drodze wielu frustratów, przez dekady pielęgnujących pamięć
rzeczywistych bądź wydumanych krzywd. Prawdopodobnie któryś z zapuszkowanych przez nią zbójów wyszedł zza krat. Ale skąd, do kurwy
wynędzniałej, wytrzasnął jej numer?
Dokończyła ciastko, dopiła kawę. Pomimo irytującego esemesa było jej
przyjemnie, wręcz błogo. Najchętniej zostałaby w przytulnej kawiarni,
gapiąc się bezmyślnie na padający śnieg, ale chciało jej się palić.
Wstała, narzuciła na ramiona brązową skórzaną kurtkę z podpinką.
Rozdzwonił się telefon. Czyżby dupek od gróźb chciał się z nią rozmówić?
Sięgnęła po aparat.
Kolejny raz Mateja. Tak miała go zapisanego w telefonie. Nie Krzysztof,
Krzysiek czy Krzyś. Nawet nie Krystyna, choć bawiła ją ksywka, której on
nie cierpiał. Dla niej był Mateją. Wciąż.
Nie odebrała. Po kilkunastu sekundach zadzwonił po raz drugi. Wrzuciła
telefon do torby. Postawiła kołnierz kurtki. Pomyślała, że już najwyższy
czas, żeby zrobić coś z tym dziwnym romansem. Nie miała jednak bladego
pojęcia, co by to miało być.
*
Pulsujące światła radiowozu, zaparkowanego kilkadziesiąt metrów od
przejścia dla pieszych na ulicy Gliwickiej w Katowicach, nadawały
padającemu śniegowi nierzeczywisty wygląd. Mateja czuł się tak, jakby
znalazł się na planie psychodelicznego teledysku, w którym na kiepski,
monotonny podkład muzyczny składają się nerwowe dźwięki klaksonów.
Gliwicka była w tym miejscu wąska, poruszające się jednym pasem auta
szybko utknęły w korku, niewiele pomógł wyznaczony objazd, tym bardziej
że w piątkowy wieczór ruch był tu większy niż zwykle. I jak w psychodelicznym teledysku, pozbawionym spójności i logiki, Krzysiek nie
wiedział, co stanie się za chwilę.
Schował komórkę do kieszeni kurtki i chuchnął w zgrabiałe dłonie.
Dobrze, że chociaż Tyszka raczył odebrać, nie będzie musiał sam pieprzyć
się z tym bajzlem. Przeczesał palcami mokre włosy. Nie miał czapki ani
kaptura, miał za to wątłą nadzieję, że wystawanie na śniegu nie skończy
się dla niego przeziębieniem. Spojrzał w stronę leżącego na ulicy ciała
starszej kobiety, odgrodzonego od drugiego pasa jezdni niewielkim
parawanem. Wciąż jeszcze kręcili się przy nim technicy. Kobieta miała
nienaturalnie podkurczone nogi i rozrzucone ręce. Wokół jej głowy
pojawiła się krwista aureola. Nieco dalej od niej leżały dwie reklamówki
z pobliskiego hipermarketu, z których wysypała się część zawartości:
puszka groszku, paczka makaronu, zawinięty w rozmiękły papier kawałek
mięsa, marchewka. Kinder niespodzianka, która zatrzymała się w kałuży
krwi, wyglądała jak z surrealistycznego obrazu. Pokręcił głową. Że też
akurat na weekend musiała wyskoczyć kolejna sprawa.
Wyciągnął z kieszeni dowód osobisty kobiety, który przekazał mu jeden z techników. Zdzisława Krol, lat sześćdziesiąt cztery. Za długo się nie
nażyła kobiecina - skomentował w myślach. Zameldowana przy ulicy
Ciemały 4 w Katowicach. Nie kojarzył tego adresu, poszperał w telefonie
i ze zdziwieniem odkrył, że to rzut beretem od miejsca, w którym
zginęła. W pierwszym odruchu ruszył w stronę Ciemały, by sprawdzić, czy
ktoś jest w domu, i przekazać tragiczną wiadomość. Zatrzymał się jednak
po kilku krokach, uznawszy, że poczeka na Tyszkę. Adam zdecydowanie
lepiej radził sobie z takimi rozmowami.
Schował się pod wiatą przystanku i kolejny raz zadzwonił do Renaty. Znów
nie odebrała. Zaklął cicho. Wystukał krótkiego esemesa z informacją, że
jest potrzebna w robocie, i go wysłał. Nie miał pojęcia, w co ona gra,
ale coraz mniej mu się to podobało, bo ewidentnie go olewała. Bolało.
Czy chodziło jedynie o urażoną męską dumę? Był rozkojarzony, nie
wiedział, co robić. Nie tylko z Renatą. Zimny chirurg, Karol Biedrzycki,
dawno pojechał, niewiele mówiąc, jak miał w zwyczaju. Stwierdził, że
obrażenia Krol wyglądają na typowe dla wypadku komunikacyjnego, a więcej
powie po sekcji. Tyle tylko, że jak już zdążył ustalić młodszy aspirant
Jacek Rojewski z drogówki, raczej nie był to zwyczajny wypadek
spowodowany przez debila, który pomylił miejską ulicę z torem
wyścigowym.
Mateja jakby ściągnął myślami Rojewskiego, który przyszedł na przystanek
i przypomniał:
- Świadek czeka.
- A tak, faktycznie. Gdzie jest?
Młodszy aspirant zmarszczył brwi i wbił wzrok w Krzyśka.
- Przecież mówiłem ci chyba ze dwa razy. Siedzi u mnie w aucie.
- Jasne, sorry, za dużo mam na głowie. Do tego sam jestem.
Rojewski nie skomentował, machnął ręką w stronę radiowozu i poszedł do
kolegów z drogówki, którzy próbowali zapanować nad wciąż powiększającym
się korkiem.
Mateja podszedł do policyjnego samochodu. Przez mokrą szybę nie za wiele
było widać, majaczyła za nią sylwetka szara jak ostatnie dni. Rzucając
krótkie "dobry", wcisnął się na tylne siedzenie skody.
- Kurde, wreszcie - warknął siedzący tam mężczyzna. - Myślicie, że domu
nie mam i chętnie spędzę wieczór w waszym samochodzie?
Aspirant zignorował narzekania mężczyzny i spojrzał na niego. Facet był
dobrze po czterdziestce, miał wyraźne zmarszczki, mocno przerzedzoną
czuprynę zaczesaną na bok i spory brzuch, powiększony optycznie przez
puchową kurtkę. Oczywiście szarą.
Mateja przedstawił się i poprosił mężczyznę o dowód.
- Przecież już pokazywałem jednemu z waszych!
- Pokaże pan jeszcze raz - Krzysiek za wszelką cenę starał się zachować
spokój.
Mężczyzna podał mu plastik. Cezary Karaś, mieszkaniec Chorzowa. Mateja
całkiem dobrze oszacował jego wiek, bo Karaś miał czterdzieści sześć
lat.
- Widział pan... - Krzysiek przez chwilę zastanawiał się, jakiego użyć
słowa. - Widział pan wypadek, tak?
- A pewnie, nie tylko ja, bo kilka osób stało na przystanku. Wszyscy
spieprzyli pierwszym tramwajem, który podjechał, a ja zostałem jak ten
głupi. Zachciało mi się spełnić obywatelski obowiązek!
- Panie Karaś, nie ma co się wściekać. Im szybciej przejdziemy do
konkretów, tym szybciej pójdzie pan do domu czy gdzie tam się pan
wybiera.
Mężczyzna prychnął, ale wstrzymał się z kolejnym komentarzem.
- Zacznijmy jeszcze raz. Dobrze widział pan wypadek?
- Pewnie. Stałem parę metrów od przystanku, bo szluga paliłem. W pierwszej chwili tej babiny z siatami nawet nie zauważyłem. Wie pan,
człowiek po robocie zmęczony, niby patrzy, a nie widzi. Dopiero jak
usłyszałem pisk opon, odruchowo odwróciłem głowę. Babina stała na samym
środku przejścia, jakby ją wbiło w ziemię. A ten pruł na nią, ile
fabryka dała.
- Ten? Za kierownicą siedział facet?
- A cholera wie, tak mi się powiedziało! Ciemno, no i śnieg padał. A ten
za kółkiem był w czapce, takiej bejsbolówce, tyle widziałem.
- Zauważył pan, co to był za samochód?
- To akurat tak. Stary golf "czwórka", trzydrzwiowy.
- Można powiedzieć: klasyk.
- Do tego styrany. Miał wymieniony prawy przedni błotnik.
Niepolakierowany.
- Jakiego był koloru?
- Taki bardziej ciemny. Czarny albo granatowy.
- To w końcu jaki?
- No raczej czarny.
Mateja wyjął z plecaka tablet, z którym prawie się nie rozstawał,
uruchomił i zapisał podane przez Karasia informacje.
- Dobra, co było dalej?
- Pomyślałem w pierwszej chwili, że to jakiś kolejny fiut, który ma za
ciężką nogę i lubi ruszyć z piskiem. Ale on wcale nie zwalniał, chyba
nawet przyspieszył przed tym przejściem. I pierdolnął babinę... Aż ją w górę wywaliło z tymi siatami. Kurwa, ciągle mam to przed oczami. Mogę
zapalić?
Krzysiek tylko pokręcił głową.
- Zatrzymał się potem?
- Tak, zahamował, aż go zarzuciło. Chciałem nawet podbiec do babiny, ale
jakoś tak mi siły zeszły... - Karaś opuścił głowę i oddychał coraz
szybciej.
- Spokojnie - Mateja poklepał go po ramieniu.
Mężczyzna przejechał dłonią po twarzy.
- I wtedy skurczybyk zaczął cofać. Też z piskiem.
- W stronę przejścia? - upewnił się Krzysiek.
- Tak, to wyglądało, jakby chciał ją przejechać. Jeszcze raz.
- Wjechał na tę kobietę?
- No nie wiem, nie jestem pewny. Ja przynajmniej nie widziałem. Zrobiło
się zamieszanie, ludzie zaczęli krzyczeć. Ktoś wybiegł z przystanku i poleciał w stronę przejścia. Odwróciłem głowę. A jak znowu popatrzyłem w tamtą stronę, golf już spierniczał na Chorzów.
- Patrzył pan na blachy? Może zapamiętał pan numery albo chociaż ich
część?
- Nie bardzo. Chyba miał śląskie, ale głowy za to nie dam.
- O której mniej więcej doszło do wypadku, pan wie?
- A no pewnie. Czekałem na tramwaj o siedemnastej czterdzieści cztery.
To się stało parę minut wcześniej, bo ten tramwaj, jak mówiłem, niedługo
przyjechał. Może jakieś pięć minut wcześniej, nie więcej.
Mateja był zdziwiony i zadowolony, bo świadkowie rzadko podawali aż tak
dokładny czas zdarzenia.
- Coś jeszcze się panu przypomina z wypadku albo z tego, co działo się
potem?
- Nie no, chyba wszystko powiedziałem. Ktoś musiał zadzwonić na
alarmowy, bo mnie to jakoś do głowy nie przyszło w tym całym szoku.
Najpierw przyjechała karetka, potem wasi. Wszyscy z przystanku spylili,
ja zostałem.
- Wiem, wiem...
- Przepytali mnie, usadzili tu. I tak siedzę.
- Już pan dłużej nie musi.
*
- Adam, miałeś dojechać w pół godziny - rzucił Mateja na widok Tyszki
zamiast powitania.
- A tam, jak nie urok, to sraczka! - Komisarz tylko machnął ręką. -
Najpierw auta nie mogłem odpalić, potem wbiłem się w Kato w korek przed
tunelem. Jak to przy piątku.
- Powinieneś już oddać na szrot tego swojego rzęcha.
- Stary, nie każdy ma dzianych rodzicieli jak ty. A ja mam jeszcze na
głowie ślub łojca. Wiesz, ile te pierdoły kosztują? Mówię ci, rozbój w biały dzień. Nowy wóz nie jest moim priorytetem na ten rok, pewnie też
nie na kolejny.
Mateja tylko prychnął, nie chciał się wdawać w dyskusje z Adamem, który
od dłuższego czasu chodził mocno podminowany. Na pewno też nie zamierzał
tłumaczyć, jakie relacje łączą go ze starymi. Nie brał od nich kasy,
choć chcieli dawać. No dobrze, czasami matka coś mu zostawiała, a on dla
świętego spokoju nie odmawiał, kiedy zamęczała go matczyną dobrocią.
Pokrótce opowiedział Adamowi, co do tej pory ustalił w kwestii
podejrzanego wypadku.
- I nie było śladów hamowania? - upewnił się Tyszka.
- Przed przejściem najmniejszych. Po zdarzeniu zostało na miejscu
jedynie ciało tej kobiety i jakieś drobiazgi, które odpadły od auta
podczas zderzenia, głównie z rozbitego reflektora.
- Ale ten cały świadek...
- Karaś.
- Może być i płotka - Adam machnął ręką. - Mówił, że koleś drugi raz na
nią najechał, tak?
- Do końca nie wiemy. Ani czy prowadził facet, ani czy faktycznie
najechał. Nie widział tego.
- A co powiedział Biedrzycki po obejrzeniu ciała?
- Się pytasz!? - żachnął się Mateja.
- Więcej po sekcji - wycedził Adam, naśladując flegmatyczny sposób
mówienia lekarza ostatniego kontaktu.
- Jakbyś przy tym był.
- W przypadku takiego wypadku - Adam kulawo zrymował - nie jestem
pewien, czy Biedrzycki znajdzie coś ciekawego dla nas. Pewnie tylko masę
połamanych gnatów.
Tyszka popatrzył w stronę przejścia dla pieszych. Zwłoki kobiety już
zostały zabrane do prosektorium. Technicy i koledzy z drogówki
odjechali. Samochody jeździły po obu pasach ruchu.
- Pogadałbym z tym Karasiem - powiedział komisarz.
- Puściłem go. I tak się chłop naczekał. Ale kazałem mu przyjść jutro do
fabryki, żeby podpisał zeznania. Będziesz miał okazję.
- Dobra - Adam zsunął wełnianą czapkę i poczochrał się po krótko
ostrzyżonych włosach. - Chodźmy do chałupy tej Krol. Miejmy smutną gadkę
za sobą.
Zanim ruszyli w stronę ulicy Ciemały, zobaczyli granatową skodę, która
zahamowała z piskiem przed przejściem i wjechała na wąski pas trawnika,
oddzielający ulicę od torowiska.
- A ten co odwala? - Mateja wbił wzrok w samochód.
- Krystyna, nie jesteśmy z drogówki.
- Nie mów do mnie Krystyna - warknął Krzysiek. - Ja bym go sprawdził, bo
niby po co on tutaj stanął. Chodź.
Jednak nie musieli ruszać się z miejsca. Z auta wyskoczył wysoki chudy
blondyn ze skórzaną aktówką pod pachą. Rozejrzał się wokoło, wyciągnął
telefon i zadzwonił. Odezwała się komórka Matei. Spojrzał na wyświetlacz
- numer nieznany.
Mężczyzna podszedł do policjantów.
- Panowie z komendy? - spytał zdyszanym głosem.
- A kto pyta? - rzucił Tyszka.
- Prokurator Sebastian Krok.
Adam i Krzysiek spojrzeli po sobie. Zupełnie nie kojarzyli tego
prawnika.
- A jakąś legitymację pan ma? - spytał Adam.
Krok nerwowo przeszukiwał kieszenie płaszcza, przytrzymywana ramieniem
aktówka plasnęła o chodnik, zaklął, podniósł teczkę i otrząsnął z błota,
w końcu odnalazł legitymację w tylnej kieszeni spodni. Tyszka spojrzał
na nią i pokiwał głową. Przedstawił siebie i Mateję.
- Mam nadzorować sprawę, bo jak się dowiedziałem, jest podobno
poważniejsza, niż się na pierwszy rzut oka wydaje - obrócił się wokół
własnej osi i rozejrzał. - Gdzie doszło do zdarzenia?
- Trochę się pan prokurator spóźnił - powiedział komisarz słodkim
głosem.
- No tak, hm - prawnik się zmieszał. - Straszny dzisiaj mam zapieprz,
jakaś kurde kumulacja spraw jak w totku. Co tu się właściwie stało?
Tyszka kiwnął głową w stronę Matei, żeby ten oświecił proroka, ale nim
Krzysiek otworzył usta, rozdzwonił się telefon Kroka. Prawnik zrobił
przepraszający gest, odebrał i odszedł na stronę. Po minucie wrócił.
- Panowie, przyślijcie mi jutro rano raport. Teraz muszę spadać,
prokurator Mrozowska mnie wzywa. Ma mi jeszcze dzisiaj przekazać
dokumenty.
- No, szanownej prokurator Mrozowskiej się nie odmawia - skomentował
Adam z udawaną powagą. - A co właściwie jest z panią prokurator?
Krok pewnie nawet nie usłyszał pytania, bo już truchtał do samochodu.
Patrzyli, jak z trudem, na trzy razy, wykręca na wąskiej ulicy, przez
chwilę blokując przejazd. Znowu wściekle zabrzmiały klaksony.
- Co to niby było? - Mateja z trudem powstrzymywał śmiech.
- Jak to? Wygląda, że nasz nowy prokurator.
- Jakiś popaprany.
- Nie bardziej niż Mrozowska, synek, na pewno nie bardziej.
*
Śnieg przestał sypać, choć ciężkie chmury, nisko wiszące nad Katowicami,
nie zapowiadały definitywnego końca opadów. Mateja i Tyszka przeszli
przez ulicę Gliwicką, a po kilkudziesięciu metrach skręcili w wprawo w Ciemały. Ulica była krótka, stało przy niej ledwie kilka parterowych
bliźniaków, otoczonych chaotycznie stawianymi garażami i przybudówkami.
Pod spadzistymi dachami miały użytkowe poddasza. U wylotu majaczył
wysoki nasyp kolejowy i kilka drzew ogołoconych z liści, wyglądających
jak z taniego horroru. Krzysiek rozglądał się dookoła.
- Te domy trochę podobne do tych w Giszu, nie? Tylko bardziej
poprzerabiane.
- To osiedle Mościckiego, chyba międzywojenne, więc raczej późniejsze,
ale dokładnie nie wiem. Nie miałem tu znajomków i chyba nie trafiła się
żadna sprawa w tej okolicy. Przynajmniej nie pamiętam.
Stanęli przed posesją na rogu ulic Ciemały i Grządziela. Budynek i jego
okolice były zadbane, a kremowy tynk na domu w miarę nowy, bo nie zdążył
się pokryć plamami brudu i sadzy. Furtka przy bramie była otwarta,
przeszli do drzwi chodnikiem wyłożonym płaskimi kamieniami.
- Miejmy to już za sobą - powiedział Adam pod nosem i zapukał.
Otworzyła im młodo wyglądająca kobieta ubrana w pstrokate legginsy i powyciąganą bluzę dresową. Za nią pojawiła się dziewczynka z dwoma
cienkimi warkoczykami śmiesznie sterczącymi na boki. Objęła udo kobiety
rączkami i wychylając się zza matki, popatrywała na przybyłych. Bez
strachu, raczej z ciekawością. Tyszka przedstawił siebie i Mateję,
pokazał blachę i spytał dla jasności:
- Czy tutaj mieszka Zdzisława Krol?
- Tak, ale o co właściwie się rozchodzi?
- Porozmawiajmy w środku, dobrze?
Kobieta pokręciła głową, jednak ruszyła w głąb mieszkania, dając znak
dłonią, by poszli za nią. Adam rozglądał się po domu, był wysprzątany na
błysk, pachniał pastą do parkietów. Kurde, trochę jak w muzeum, pomyślał
komisarz. Za to spory salon był krainą dziecięcego chaosu, wszędzie
walały się zabawki - na środku puchatego dywanu leżały klocki, na
fotelach i narożnej kanapie siedziały pluszaki, pod szafką z telewizorem
leżał wózek z lalką przewieszoną przez jego brzeg, jakby była ofiarą
wypadku. Dla Adama stało się jasne, kto jest najważniejszą osobą w tym
domu.
Kobieta pozgarniała z foteli misia, zająca i świnkę i wskazała miejsca
policjantom. Sama usiadła na kanapie. Dziewczynka szybko straciła
zainteresowanie gośćmi i klapnęła na dywan, żeby bawić się klockami.
- Dlaczego pytają panowie o mamę?
Tyszka chrząknął, zerknął na Mateję, który gapił się w bok. Nie było
rady, sam musiał poprowadzić rozmowę, zresztą jak zwykle. Wiedział, że w takich sprawach nie ma co liczyć na Krzyśka. Nie miał do niego o to
żalu. Niektórzy, mimo lat służby, zwyczajnie nie radzili sobie z rozpaczą ludzi dowiadujących się o śmierci bliskich. Też nie cierpiał
roli posłańca tragicznych wieści, ale jakoś sobie z takimi sytuacjami
radził. Raz lepiej, raz gorzej. Taka robota albo służba, jak dzisiaj
powiedział łojcu.
- A pani to...?
- Córka. Anna Zawojska.
- Pani Anno... - Adam przełknął ślinę. - Bardzo nam przykro, pani matka
zginęła w wypadku.
- Co pan mówi?! Jak to zginęła? To pomyłka. Mama jest na zakupach, zaraz
powinna wrócić.
- Niestety, proszę przyjąć kondolencje.
- Nie!!!
Zawojska łkała bezgłośnie, po jej policzkach płynęły łzy. Adam
nienawidził takich sytuacji, nigdy do końca nie wiedział, jak się
zachować, i nigdy nie uodpornił się na łzy. Zwłaszcza kobiece. Robił
jednak, co musiał. Dziewczynka, przestraszona krzykiem, podbiegła do
matki, pogładziła ją po włosach i powiedziała:
- Nie płakaj, mama, nie płakaj. Grzeczna jestem.
Anna posadziła córkę na kolanach i mocno objęła.
- Ała, mama, boli - jęknęła dziewczynka i zaniosła się łkaniem.
Płakały obie, matka wciąż nie wydając z siebie dźwięku, córka coraz
głośniej.
- Pani Anno, spokojnie. Niech pani puści córkę.
Popatrzyła na Tyszkę, nie był jednak pewien, czy go widziała. Wciąż
przyciskała dziecko do siebie.
- Jak? - wycharczała.
- Mówiłem już - Adam starał się mówić spokojnie, kojąco. - To był
wypadek - na razie nie zamierzał zdradzać szczegółów kobiecie, która
ewidentnie była w szoku.
- Nie, nie, nie!!!
Zawojska wyła, jej córka zawodziła. A komisarz nie miał pojęcia, co
zrobić. Podszedł do niej i powiedział:
- Proszę mi dać dziecko.
- Zostaw. Zostawcie mnie!
W uspokajającym geście rozłożył otwarte dłonie.
- Jest ktoś jeszcze w domu? Mąż?
- Nie ma, kurwa, żadnego męża.
- Naprawdę, proszę się uspokoić.
- Ale jak ja... Nie, nie, nie!
- A pani ojciec?
- Na laubie jest.
Nagle Zawojska przestała płakać. A przynajmniej tak się Tyszce wydawało.
Nie wiedział, czy to dobry znak, czy zapowiedź jeszcze głębszego
załamania, które sprawi, że kobieta zupełnie się rozsypie. Razem z córką
zaczęła się powoli kiwać w przód i w tył. Kołysanie trochę uspokoiło
dziewczynkę, która mimo to wciąż pochlipywała.
- Spytam jeszcze raz, bo chcę, żeby ktoś teraz z panią był - Tyszka
mówił spokojnie i wolno. - Gdzie jest pani ojciec?
- Mówiłam - wyszeptała na granicy słyszalności.
Wstała, usadziła córkę na biodrze i podeszła do komody, na której leżała
komórka. Postukała w aparat i bez słowa podała go komisarzowi. Na
wyświetlaczu widniały słowo "Stary" i informacja o nawiązywanym
połączeniu.
*
Pod kwartał ogródków działkowych, które leżały w Załężu pomiędzy
średnicówką a ulicami Wiśniową, Gliwicką i Jana Pawła II, Mateja i Tyszka zajechali od strony tej ostatniej, bo tam znajdowały się główna
brama i parking. Adam zapalił papierosa i kiwnął na Krzyśka, że mogą
ruszać, choć zwykle nie lubił palić, idąc, ale nie chciał tracić czasu.
Jedyne, o czym w tej chwili marzył, to schować się przed zgniłą pogodą w mieszkaniu i zalec w fotelu przed telewizorem, nawet bez piwa. Ela
skutecznie wybiła mu z głowy wieczorne popijanie.
Karol Krol, ojciec Zawojskiej, nie odebrał, kiedy zadzwonili do niego po
raz pierwszy, ale Tyszce udało się wyciągnąć z córki, choć z trudem,
gdzie jest lauba, w której ojciec zwykle przesiaduje po całych dniach.
Pytanie Matei, czemu rodzic w zimie siedzi na działce, zamiast w czystej
i ciepłej chałupie, zbyła wzruszeniem ramion i znowu zapadła się w sobie. Działki były niedaleko od ulicy Ciemały, ledwie kilka minut jazdy
samochodem, więc od razu tam pojechali. I w końcu stanęli przed
posesyjką, której szukali. Nawet wieczorem i przyprószona śniegiem
wyglądała na zadbaną, by nie rzec wychuchaną. Wysypana drobnymi kamykami
alejka, której brzegi zabezpieczono podobnej wielkości kamieniami
polnymi, była niedawno odśnieżana, co wrażliwsze na niską temperaturę
krzewy opatulono słomianymi chochołami, a pnie drzew pobielono wapnem.
Domek na działce nie wyglądał jak komórka na narzędzia czy chatynka
sklecona do spółki ze szwagrem z tego, co akurat było pod ręką.
Zbudowano go z solidnych drewnianych bali, których łączenia obetkano
wełnianką niczym w chałupach na Podhalu. Widoczne od uliczki okno też
było drewniane, z otwartymi teraz solidnymi okiennicami, a z pokrytego
blachodachówką stromego dachu wystawał murowany komin. Leciał z niego
dym, a w oknie się świeciło. Adam nacisnął klamkę furtki. Była
zamknięta.
- Dzwoń jeszcze raz do ciula - polecił Krzyśkowi.
- Nie wiem, czy dobrze robimy - rzucił Mateja.
- Że zadzwonimy?
- Nie o tym mówię. Może trzeba było wysłać do Zawojskiej psychologa od
nas. Nie wyglądała za dobrze.
- Spoko, zaraz wyślemy jej ojca.
Krol konsekwentnie nie odbierał. Nie zauważyli też żadnego ruchu w środku domku.
- Nie będziemy tu sterczeli jak smętne fiuty. Przełaź i wyciągnij go z nory - powiedział Adam.
- Może jednak go nie ma.
- Nie marudź, tylko skacz.
Mateja założył zwisający pasek plecaka na ramię i z trudem pokonał
chybotliwą furtkę. Podszedł do domku i zapukał w masywne drzwi. Przez
dłuższą chwilę nie działo się nic. Walnął w nie pięścią i już robił w tył zwrot, by wrócić do Adama, kiedy drzwi nagle się otworzyły i stanął
w nich niewysoki, otyły mężczyzna z siekierką w dłoni.
- Wypad mi stąd, ciulu, bo ci uśmiech przeflancuję na drugą stronę -
wrzasnął.
Krzysiek uniósł otwarte dłonie.
- Pan się uspokoi. Jestem z policji.
- Taaa, a ja od farorza.
Mateja pokazał mu blachę i rzucił:
- Proszę otworzyć furtkę, bo tam kolega czeka.
Mężczyzna wyjrzał zza futryny, ale nie wyszedł na zewnątrz.
- Czego ode mnie chcecie?
- Musimy porozmawiać.
- Nie mam czasu na pogaduszki. Po to tu sam siedzę, żeby mi nikt nie
pitolił nad uchem.
Krzysiek stracił cierpliwość do naburmuszonego faceta.
- Niech pan otworzy i odłoży tę siekierę.
- Nie będziesz mi, synek, mówił, co mam robić.
- To nie była prośba.
Mężczyzna poburczał pod nosem, ale postawił narzędzie przy drzwiach i poszedł do furtki, nie zmieniwszy filcowych laci na zwykłe buty. Mateja
wszedł do środka. Domek składał się ze sporej kuchni, jednego pokoju i łazienki. W rogu pokoju był kominek, w którym paliły się szczapy drewna.
Większość mebli wykonano z litego drewna. Nie wyglądały na masówkę ze
sklepu. Facet sam je robił? Krzysiek nie miał pojęcia, nie znał się na
tym. Usiadł na ławie przy stole przykrytym ceratą w kwiatowy wzór. Stał
na nim wazon ze sztuczną różą, otwarta butelka taniego piwa i popielniczka ze starego luksfera.
Kiedy zasiedli we trzech przy stole, a Tyszka poinformował Krola o tragicznej śmierci żony i złożył zdawkowe kondolencje, mężczyzna
znieruchomiał. Milczał i patrzył przed siebie pustym wzrokiem. W końcu
jakby ocknął się z letargu, przetarł dłonią łysinę na czubku głowy,
okoloną dawno niestrzyżonymi rzadkimi włosami, sięgnął po paczkę fajek i zapalił.
- Cierpiała? - zadał rzeczowe pytanie.
- Śmierć na miejscu - powiedział Mateja.
- Tyle dobrego - burknął Krol.
Mężczyzna irytował Adama, choć ten do końca nie był pewien, z jakiego
powodu, więc wypalił:
- Jakoś nie wygląda pan na bardzo przejętego.
Krol zaciągnął się głęboko i wydmuchał przez nos dwie smużki dymu.
- Prawie osiem lat byłem ratownikiem na grubie. Różne okropne rzeczy
widziałem, przeżyłem. Człowiek przywyka do śmierci, do tego, że może
przyjść w każdej chwili.
Fatalistyczne podejście Krola do kwestii życia i śmierci nie przekonało
Tyszki, ale wstrzymał się z komentarzami.
- I pan się spodziewał śmierci żony? - spytał Krzysiek z lekkim
zdziwieniem.
- Daj spokój, nie teraz - rzucił Tyszka.
Krol machnął ręką i zdusił niedopałek w popielnicy.
- Spodziewałem, nie spodziewałem. Sam nie wiem. Choć to moja ślubna,
wiedziałem, że niezła z niej ojla. Dużo miała w sobie złości do innych i pamiętliwa była, że aż strach. A że od lat chorowała na serce, myślałem,
że kiedyś ta złość ją zadusi. Przestrzegałem, tłumaczyłem, ale nie
słuchała wcale a wcale. Ale żeby wypadek, to... - urwał w pół zdania.
Adam dopiero teraz wychwycił nutę żalu w słowach Krola. Pytanie, czy był
szczery.
- Z kim pana żona była w konflikcie? - drążył Mateja.
- Pan się spytaj, z kim nie była - żachnął się Krol. - Ale ostatnio to
głównie z Kubą wojowały. Moja razem z córką.
- Kto to taki?
- Mąż Anki, właściwie były, bo się rozwiedli, będzie już z rok temu.
Obie sobie umyśliły, żeby Kuby do wnuczki, znaczy jego córki, a mojej
wnuczki, nie dopuszczać. Żeby łojcu nie dać z własnym bajtlem się
spotykać, wyobrażacie sobie?! Niby że Kuba zły, że pijok. Że wyrywny do
bitki. Jaki tam zły? Normalny synek jest. A one go po sądach włóczyły.
Inna rzecz, że dłużny im nie był, bywało, że na pały je podawał.
Tyszka z Mateją popatrzyli po sobie, ale zignorowali obelżywe
przezwisko. Krzysiek chciał zadać kolejne pytanie, ale Adam tylko
pokręcił głową.
- Będziemy jeszcze chcieli porozmawiać z panem na ten temat, ale
później. Teraz niech pan pojedzie do córki. Nie powinna być sama.
- No ja - odpowiedział Krol mechanicznie i wstał od stołu.
- Poradzi pan sobie? - spytał Mateja z troską w głosie.
- Po to portki noszę, żeby sobie radzić.
*
Mateja zatrzymał auto za zaparkowanym przy Gliwickiej samochodem Tyszki.
- Jesteś pewien, że dobrze robimy?
- A co ty nagle taki bojący się zrobiłeś? - zdziwił się Adam. - Wszystko
jest ogarnięte jak trzeba.
Klepnął Krzyśka w ramię i wysiadł. Po chwili z rury wydechowej leciwego
audi wystrzeliła chmura czarnego dymu i Tyszka pokulał się w stronę
centrum Katowic.
Zerwał się lekki wiatr, znowu zaczął sypać śnieg, mokry i gęsty.
Przednia szyba auta szybko pokryła się grubą warstwą bieli. Krzysiek
uruchomił wycieraczki i przyglądał się ich monotonnemu ruchowi.
Poskrzypywały. Przypomniał sobie, że już dawno miał wymienić zużyte
pióra, ale nie mógł się do tego zabrać. Podobnie jak do wielu innych
rzeczy. Zdawał sobie sprawę, że jego coraz większe rozmemłanie jest
spowodowane równie rozmemłanym związkiem z Renatą. Tak, zdecydowanie
powinien wreszcie zrobić coś konkretnego. Z wycieraczkami i Łukowską.
Niekoniecznie w tej kolejności.
Kolejny raz tego wieczoru zadzwonił do Renaty. Nie raczyła odebrać. Dla
spokoju sumienia wybrał numer Polańskiego, ale jak było do przewidzenia,
abonent był chwilowo niedostępny albo miał wyłączony aparat. Stawiał na
to drugie i na pewno by wygrał. Uznał, że zrobił tego wieczora, nawet
tego dnia, wszystko, co powinien i mógł. Może Adam miał rację? Po
rozmowie z Krolem rozpytali mieszkańców domów niedaleko miejsca
zdarzenia, ale nikt z tych, których zastali, nic nie widział. I tyle
było z poszukiwań kolejnych świadków.
Krzysiek chciał jeszcze dzisiaj jechać do Jakuba Zawojskiego, byłego
zięcia, którego Krol zapewne szczerze nienawidziła, żeby sprawdzić, czy
nie miał czegoś wspólnego z tym wypadkiem nie wypadkiem. Faceci, którym
utrudnia się albo wręcz uniemożliwia kontakt z dziećmi, często działają
impulsywnie, nieracjonalnie. I bywają niebezpieczni. Podczas służby
spotkał się kilka razy z podobnymi przypadkami, choć zwykle kończyły się
jedynie na naruszeniu nietykalności cielesnej. Pamiętał, że w sprawach
związanych z przepychankami rodziców o prawo opieki nad dziećmi
zazwyczaj trudno było ustalić, kto jest winny, odróżnić sprawcę od
ofiary. Trafiało się w sam środek wiru wzajemnych oskarżeń i pretensji.
Jedno tylko było pewne - cierpiały dzieci, co zaślepieni nienawiścią
rodzice nie zawsze dostrzegali. Zawojski miał więc motyw, o ile to on
siedział za kierownicą golfa, który staranował Krol. Właśnie, czy
faktycznie on?
Tyszka tłumaczył, że dziwne zachowanie kierowcy, który potrącił kobietę,
wcale nie musiało oznaczać, że celowo chciał jej zrobić krzywdę. Może
był pijany albo naćpany. Może był w szoku i dlatego wykonywał nietypowe
manewry. W końcu mógł też zwyczajnie zwiać z miejsca wypadku jak wielu
innych kierowców, którzy mieli płonną nadzieję, że unikną
odpowiedzialności. Prawie dał się przekonać Adamowi, że powinni poczekać
na wyniki poszukiwań drogówki - stary, poobijany golf jest przecież
charakterystyczny. Więcej, Adam zwyczajnie go przekonał, żeby wstrzymać
się z kolejnymi działaniami, zanim Polański nie zapozna się ze sprawą i nie postanowi co dalej. Tym bardziej że nie było pośpiechu, bo - z tego,
co się zorientowali - prokurator raczej nie będzie ich zbytnio popędzał.
Wreszcie wpadł na pomysł, że dla spokoju sumienia jeszcze tego wieczora
skrobnie do szefa mejla, w którym opisze dokładnie to, co ustalili do
tej pory w sprawie śmierci Krol. I wystarczy.
Włączył silnik i ruszył. Nie chciało mu się wracać do mieszkania.
Postanowił, że pojedzie do znajdującej się niedaleko jego bloku siłowni,
do której zapisał się z początkiem stycznia w ramach wypełniania
noworocznych postanowień. Torbę z ciuchami i obuwiem do treningu miał w bagażniku. Ostatnimi czasy częściej katował ciało ćwiczeniami. Ciekawe
dlaczego... Przypomniał sobie jednak, że wcześniej powinien odebrać
Księcia od pani Kowalskiej.
Książę był buldożkiem francuskim, który ostał mu się po Pauli,
narzeczonej, którą rzucił dla Renaty. Choć po prawdzie to raczej Paula
rzuciła jego. Wystawiła go za drzwi swojego mieszkania razem z betami. I Księciem na dokładkę. Początkowo nie miał pomysłu, co począć z psem. Z czasem przywiązał się do tego melancholijnego i niespecjalnie aktywnego
stworzenia. Samemu trudno by mu było zajmować się Księciem ze względu na
nienormowany czas pracy, ale okazało się, że do psa zapałała miłością
kilkuletnia córka sąsiadki z klatki, pani Kowalskiej. Sąsiadka nie
pracowała, więc stwierdziła, że spokojnie może się zajmować zwierzęciem.
Miał więc psa właściwie na spółę z sąsiadką. Tyle miał na pewno -
Księcia. I niewiele więcej, poza nową sprawą, której akurat w tym
momencie mieć nie chciał.
sobota, 8 lutego 2013
Edmund Polański splótł dłonie na karku i przeciągnął się, napinając
mięśnie grzbietu. Mimo wypitej kawy wciąż czuł się senny i rozleniwiony.
Potem wpisał hasło w laptopie i czekając, aż system się uruchomi,
włączył komórkę. Zaatakowały go dźwięki przychodzących wiadomości i nieodebranych połączeń. Przejrzał je pobieżnie, większość pochodziła od
aspiranta Matei, który wczoraj wieczorem miał dyżur w fabryce. Stało się
coś poważnego? Mundek uznał, że na pewno nie, bo wtedy próbowaliby
skontaktować się z nim także prokurator Mrozowska albo jego bezpośredni
przełożony, podinspektor Kazimierz Pietrusiński, który w spisie
kontaktów figurował jako Pietrucha. Aspirant był bystrym i pracowitym
policjantem, do tego nieocenionym, jeśli chodzi o obsługiwanie wszelkiej
elektroniki, na której Mundek i Adam słabo się znali, ale wciąż miał
problemy z oceną sytuacji i samodzielnym podejmowaniem decyzji. Może
zwyczajnie daję mu za mało swobody? - zastanawiał się Mundek. Z drugiej
strony nie był przecież typem szefa, który zawsze i wszystkim lubi
sterować ręcznie. Przynajmniej tak o sobie myślał.
Zalogował się do poczty, przebiegł wzrokiem mejl od Krzyśka. Co było do
przewidzenia, Mateja pytał, jakie powinni wykonać ruchy w sprawie
Zdzisławy Krol, lat sześćdziesiąt cztery, która zginęła w wypadku
drogowym, nieco podejrzanym. Uznał, że sprawa nie jest pilna, a przynajmniej nie na tyle, żeby zawracać sobie nią głowę w sobotę.
Wyciągnął z półki jeden z albumów ze starymi pocztówkami. Zbierał je od
dziecka, początkowo tylko dlatego, że każdy z kolegów z podstawówki coś
kolekcjonował. Czasami były to nietypowe rzeczy, które dzisiaj uznano by
za śmieci - puszki po piwach i pudełka po papierosach, oczywiście
zagranicznych, które u szarego schyłku PRL-u były namiastką świata
zachodniej obfitości, ale też resorowe samochodziki, fotki z gwiazdami
futbolu, oczywiście znaczki... A on znalazł kiedyś w szafie pudełko ze
starymi pocztówkami, w większości ze zdjęciami Krakowa. Ani matka, ani
ojciec nie pamiętali, skąd właściwie się ono wzięło, tym bardziej że na
kilku były nazwiska i adresy ludzi, którzy na pewno nie należeli do
bliższej czy dalszej rodziny. Wizerunki Krakowa, niby bardzo podobnego
do tego, który widywał na co dzień, ale jednak nieco innego, trochę
nierzeczywistego, bardzo mu się spodobały. Zaczął je zbierać, szukać
kolejnych pocztówek w licznych wtedy w Krakowie antykwariatach,
czarno-białych albo w sepii, mimo że stanowiły kiepską walutę i żaden z kolegów ze szkoły albo podwórka nie chciał się na nie wymieniać. Nawet
im się nie dziwił ani nie był zły z tego powodu, bo kolekcja sprawiała,
że czuł się kimś wyjątkowym.
Później, kiedy wciągnęły go studia, praca i rodzina, uzupełniał kolekcję
tylko incydentalnie, odwiedzając targi staroci albo antykwariaty typu
mydło i powidło, kiedy miał wolną chwilę. A miewał je rzadko. Jednak raz
na jakiś czas sięgał po albumy, oglądał stare wizerunki miast, bo z czasem zaczął kolekcjonować pocztówki nie tylko z Krakowa, lecz także ze
śląskich miast i miasteczek. Urządzał sobie podróże w przeszłość, aby
choć na chwilę odpocząć od - czasami dręczącej - teraźniejszości. Po tym
jak na jesieni przenieśli się do domu na Giszowcu, w niewielkim
pomieszczeniu w piwnicy urządził coś na kształt gabinetu, choć prawdę
powiedziawszy, właściwie była to kryjówka, do której od czasu do czasu
uciekał przed zgiełkiem życia rodzinnego. Postanowił, że co ciekawsze
czy cenniejsze pocztówki z kolekcji umieści w antyramach i zawiesi na
ścianie nad biurkiem. Antyramy już kupił, ale wciąż brakowało mu czasu,
aby przejrzeć pocztówki i wybrać najlepsze.
- Tata, śniadanie! - usłyszał wrzask starszego syna, Bartka, któremu nie
chciało się schodzić do piwnicy.
- Idę - odkrzyknął.
Odłożył album, westchnął. Zaklinał w duchu, by poranek przebiegł
spokojnie, bez scysji, choć sytuacja mogła się rozwinąć różnie. Ledwo
wstali z Beatą z łóżka, do drzwi zaczęła się dobijać jego matka,
Krystyna, która - jak zwykle - nie raczyła uprzedzić, że przyjedzie z Krakowa i uszczęśliwi ich swoją obecnością. Wpadła do domu jak huragan,
obrzuciła wnuki prezentami, a potem zasiadła w fotelu w salonie i zażądała kawy, byle dobrej. Wiedział, że Beatę zirytowało nagłe
pojawienie się teściowej. Żona lubiła mieć wszystko zaplanowane i zawczasu przygotowane. Nie była fanką niespodzianek. A już na pewno nie
tych fundowanych przez jego matkę. Nie przepadały za sobą, wręcz toczyły
podjazdową wojnę psychologiczną, jednak w ciągu ostatnich miesięcy ich
relacje trochę się ociepliły. Krystyna zaczęła bardziej interesować się
wnukami, a właściwie jedynie najmłodszą Basieńką, sama z siebie,
nieproszona, pożyczyła im pieniądze na kupno domu, w ogóle wreszcie
sprawiała wrażenie zainteresowanej życiem najbliższej rodziny.
Oczywiście na miarę własnych możliwości. Nie tak znowu wielkich, jak
uważała. Beata przestała się jeżyć na sam widok teściowej i z większą
cierpliwością przyjmowała jej nie zawsze delikatne komentarze dotyczące
tego, co i jak robi żona jej jedynaka, ponoć ukochanego. Od pewnego
czasu tylko niektóre spotkania Beaty i Krystyny kończyły się awanturami.
Miał nadzieję, że tego sobotniego poranka nie dojdzie do kłótni.
Mundek niemal fizycznie czuł napięcie narastające przy stole, jakby
zbierała się nad nim niewidzialna chmura burzowa. Synowie, wciąż słabo
oswojeni z babcią, wyglądali na spiętych, co miało też dobre strony, bo
nie dokazywali, nie szturchali się ani nie przekomarzali. Beata
postawiła na stole talerz z kanapkami z serem i szynką, drugi z pokrojonymi warzywami oraz patelnię bosko pachnącej jajecznicy na
bekonie. Na widok jajek Krystyna się skrzywiła i powiedziała słodkim
głosem, że takie tłustości nie są na jej żołądek, ale chętnie zjadłaby
naleśniki. Oczywiście usmażone jedynie na kropli oliwy. Beata wywróciła
oczami i już chciała rzucić jakiś komentarz, ale Mundek ją wyprzedził,
mówiąc, że chętnie zrobi naleśniki, jeśli mama ma na nie ochotę. Chłopcy
skupili się na pałaszowaniu jajecznicy, a on szybko uporał się ze
smażeniem. Matka zjadła jednego i skomentowała, z rzadką u niej
autoironią, że antytalent do gotowania musiał odziedziczyć po niej.
Beata westchnęła ciężko. Jedynie niespełna półtoraroczna Basieńka
gaworzyła radośnie pomiędzy pochłanianiem jednej a drugiej łyżki
dziecięcej paćki, bez wątpienia niezwykle pożywnej i zdrowej.
Bez pyskówek i złości dotrwali do końca śniadania. Mundek miał nadzieję,
że matka niedługo zabierze się z ich domu, żeby załatwiać swoje
interesy. Bardzo rzadko zostawała z jego rodziną dłużej niż godzinę czy
dwie. Taka po prostu była, co zresztą, jak sądził, akurat nie miało
specjalnego związku z nimi. Krystyna zwyczajnie nie umiała spokojnie
usiedzieć na tyłku. Na rzyci - zdaniem Mundka to słowo z języka
śląskiego było jeszcze adekwatniejsze. Dlatego zdziwił się, gdy
zażyczyła sobie kolejnej kawy.
- Chodź, mamy do pogadania - zarządziła Krystyna.
- To rozmawiajmy - Mundkowi po obfitym posiłku nie chciało się ruszać z kanapy.
- Tutaj wolałabym nie.
- Mamo, ile razy ci mówiłem, że nie mam przed Beatą tajemnic.
- Ale to sprawy nie dla kobiet.
Jakby matka nie była kobietą. No może jednak nie do końca. Jeśli w teorii o istnieniu płci mózgu było choć ziarno prawdy, Krystyna bez
wątpienia miała mózg męski. Żeby nie wdawać się w niepotrzebne dyskusje,
zaparzył kawę i z filiżankami w dłoniach zaprowadził matkę do swojego
gabinetu. Zlustrowała pomieszczenie krytycznym okiem.
- Widzę, że twoja ukochana wygoniła cię do piwnicy...
- Mamo, przestań!
- Dobra, dobra, już nic powiedzieć nie można.
- Naprawdę czasami lepiej by było dla wszystkich, gdybyś nie zdradzała
światu swoich przemyśleń.
- Widzę, że z wiekiem dowcip ci się wyostrza. Lepiej późno niż wcale.
Ale nie o tobie chciałam pogadać.
Tylko o sobie i własnych, jakże ważnych dla wszechświata, sprawach -
skomentował, ale jedynie w myślach.
- Jest taka sprawa... - Krystyna nagle urwała. - I tak sobie pomyślałam,
że mógłbyś mi pomóc.
Zachęcił matkę gestem dłoni, by mówiła dalej. Trochę go zaintrygowała.
Nigdy wcześniej nie pytała go o radę ani nie prosiła o pomoc, pewnie
dlatego, że - jak sądził - uważała go za lekkiego nieudacznika, który w życiu dokonuje wyłącznie niewłaściwych wyborów.
- Mówiłam ci jakiś czas temu, że pracuję nad nowym dużym projektem.
Prawdopodobnie rzeczywiście mówiła, tyle że od dawna niezbyt uważnie
słuchał jej przydługawych opowieści o branży turystycznej w ogóle, a licznych sukcesach jej firmy w szczególności.
- Chcę wejść z moją firmą na rynek hiszpański. Z przytupem.
Jakżeby inaczej. Także ten komentarz pozostawił dla siebie.
- Mamo, po co ci to wszystko? - nie powstrzymał się przed zadaniem
pytania. - Masz, z tego, co pamiętam, całą masę wycieczek i pobytówek na
Bałkanach, w Grecji i Włoszech. Na co ci jeszcze Hiszpania?
Matka prychnęła i powiedziała:
- Co ty tam wiesz o biznesie, siedząc na państwowej posadce. Zresztą
kiepskiej. Kto się nie rozwija, ten się zwija, jasne?
Wzruszył ramionami.
- Mniejsza o to - nie chciał się z nią spierać o strategie rozwoju jej
firmy. - Co to za projekt i o czym chciałaś porozmawiać?
- Taki mój znajomy znajomego chce wejść ze mną w spółkę, jeśli chodzi o ekspansję na Hiszpanię. Siedzi na tym rynku od lat, dobrze sobie radzi,
więc współpraca z nim byłaby mi na rękę. Ja daję know how
niestandardowej oferty turystycznej, sprofilowanej pod indywidualne
potrzeby odbiorcy, on kontakty na miejscu, pomagające to wszystko
ogarnąć i rozkręcić.
- To w czym problem?
- Chce, żebym na wejściu zainwestowała sporą sumę. Moim zdaniem warto,
ale jeśli mam wyłożyć kasę, muszę mieć pewność, że gość mnie nie oszuka.
- Nie sprawdziłaś go?
- Popytałam tu i tam, ale wiesz, jak to w biznesie, jedni go chwalą,
inni niekoniecznie. Pomyślałam więc, że może byś go dla mnie
prześwietlił, tak nieoficjalnie. Macie tam przecież w tej policji swoje
sposoby, nie?
Mundek westchnął ciężko. Sięgnął po filiżankę i popijał kawę małymi
łykami, żeby dać sobie czas na wymyślenie przekonujących argumentów.
- Mamo, jak ty sobie to wyobrażasz? Że poprowadzę jakieś prywatne
dochodzenie? W ramach pracy czy w czasie wolnym? Poza tym przypomnę, bo
może nie pamiętasz, że zajmuję się sprawami kryminalnymi, a nie
gospodarczymi. Nie za bardzo się na tym znam.
- Ale właściwie co ci szkodzi posprawdzać, czy tam w tych waszych
archiwach albo bazach nie ma czegoś o nim, czy był karany albo w coś
zamieszany.
- Od sprawdzania ewentualnych kontrahentów czy wspólników są
wyspecjalizowane agencje detektywistyczne. Biały wywiad gospodarczy, te
sprawy - bezwiednie posłużył się ulubionym powiedzonkiem Pietruchy.
- Czyli własnej matce nie pomożesz? - Krystyna świetnie grała na jego
emocjach.
- Nie - odparł, sam nie wiedząc, skąd ma w sobie tyle zdecydowania.
- Cóż, właściwie czego ja się po tobie spodziewałam - odstawiła niemal
nietkniętą kawę na biurko. - Zbieram się.
Powiało od niej syberyjskim chłodem. Chciał coś powiedzieć, załagodzić
sytuację, ale nie znalazł żadnych słów, które wydawałyby się
odpowiednie. Poszedł za matką, która niemal wbiegła po schodach i nie
żegnając się ani z wnukami, ani z Beatą, skierowała się ku wyjściu.
Drzwi nagle się otworzyły i stanęła w nich teściowa Mundka. Zanim
zareagowała, Krystyna rzuciła niewyraźne "bry" i pognała w stronę
samochodu zaparkowanego przed bramą. Mundek darował sobie odprowadzanie
matki do furtki.
- A tej zaś się kole rzyci hajcuje - skomentowała teściowa. - Coś się
stało?
- Nic, nic - odpowiedział nerwowo i zaprosił teściową do środka.
Wiedział, co za chwilę będzie się działo. Beata do spółki z matką
urządzą mu przesłuchanie, podczas którego żadna z nich nie wejdzie w rolę dobrego policjanta. A co się Krystynie stało? A o co się
pokłóciliście, bo pewnie się pokłóciliście? A potem obie zaczną narzekać
na jego matkę. I w dużej części będą miały rację. Nie miał na to jednak
siły ani ochoty. Powiedział, że wypadła mu nagła robota. Służba nie
drużba. Nawet za bardzo nie skłamał.
*
Na parking przed budynkami komendy policji przy ulicy Lompy w Katowicach
zajechała - na oko kilkuletnia - skoda fabia kombi w paskudnym piaskowym
kolorze. Tyszka nazywał go, z właściwą sobie dosadnością, sraczkowatym
nawet w obecności Polańskiego, ale Mundek nie reagował na te drwiny.
Nadkomisarz w ogóle nie interesował się motoryzacją, wcześniej przez
długie lata nie miał własnego samochodu i kazał się wozić innym albo
korzystał ze służbowego. Mateję wciąż dziwiło, że jego szef po latach
zaczął prowadzić auto, chociaż robił to niechętnie i jedynie wtedy,
kiedy musiał. Teraz też Polański wyskoczył ze skody, przesiadł się do
czerwonego nissana juke Krzyśka, którego wcześniej w sobotnie
przedpołudnie wyrwał z błogiego nicnierobienia i kazał stawić się w robocie. Pojechali do Gliwic, gdzie mieli odszukać i rozpytać Jakuba
Zawojskiego, który zdaniem eksteścia wojował z Krol i jej córką, choć
nie wiedzieli, czy na śmierć i życie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki