I. Archiduc
I
Archiduc
W mroku i zimnie jesiennej Brukseli bar Archiduc przy rue Dansaert wsysa
kolejnych gości do niedużego wnętrza mającego coś z kruchty
prowincjonalnego kościoła przekształconej w graciarnię po bezpotomnej
śmierci ostatniego proboszcza. Murzyn wykidajło, dla niepoznaki
przebrany w ciemny garnitur z krawatem, taksuje przybyszy z pokerową
twarzą bohatera westernu klasy C. Ciekawe, kiedy przestanie wpuszczać,
zwracając się do kolejnych nieszczęśników tonem przedsiębiorcy
pogrzebowego: Czy mają państwo rezerwację? Dziś wieczorem mamy już
komplet gości. Zapraszamy jutro. Niech się cieszą, że nie sprzedaje im
na koniec blachy w czoło. Nie obchodzi mnie to zresztą. Archiduc ma
zasłużony status nieco wyblakłej perły brukselskiego życia nocnego. Od
dziesiątków lat prowadzi wyszynk drinków w niezłym wyborze po
brukselskich cenach, podlewając etylowy biznes przednim artystycznym
sosem w postaci koncertów jazzowych w weekendy dla publiczności, która -
z uwagi na ograniczony metraż lokalu - ma rozmiar dawki homeopatycznej.
Połykam przez słomkę pierwsze tego wieczoru mojito. To pierwsze jest
najlepsze: przyjemne ciepło i odrętwienie rozchodzi się wewnątrz,
skutecznie uruchamiając docelowy paraliż kolejnych komórek ciała.
Zamawiam szybko następne mojito u barmana o prezencji i serdeczności
robota z niszowych produkcji science fiction. Zapewniwszy sobie dopływ
kolejnej dawki rumu z limonkami, brązowym cukrem, liśćmi mięty,
tłuczonym lodem i wodą sodową, mogę wreszcie spokojnie podnieść głowę i spojrzeć na zbieraninę ludzką, która postanowiła dzisiejszego wieczoru
skalać swą obecnością to wciąż jeszcze żyjące minimuzeum kulturalnego
wyszynku i muzyki jazzowej. Przesuwam wzrok od stolika do stolika i wyłuskuję z hordy kolejnych barbarzyńców, którzy piwno-spirytusowymi
zamówieniami profanują sacrum tego miejsca stworzonego dla ludzi na
poziomie, jako bar par excellence koktajlowy. Demokratyzacja nocnych
rozrywek sprawia, że spójną i sensowną publiczność takich miejsc jak
Archiduc zastępują przedziwne człowiekopodobne konstelacje, które można
określić zwięzłym terminem: byle kto. Coraz trudniej jest się zachlać na
śmierć w dobrym towarzystwie.
Dziś wieczorem nie jest inaczej. Zaczynając w kolejności od lewej
strony, gdy stoi się twarzą do baru, kilka metrów bieżących kanapy
wzdłuż ściany zajmuje grupa umiarkowanie głośnych Amerykanek w wieku
późnolicealnym. Ich wydietowane, sportowe sylwetki oraz pewna zblazowana
dystynkcja w zachowaniu wskazują, że nie chodzi o turystki, lecz o progeniturę spłodzoną przez członków personelu Kwatery Głównej NATO
znajdującej się o dwa rzuty beretem od lotniska Zaventem. Dziewczęta te
niby optycznie są fajne, ale nie ma co do nich podchodzić, bo jeszcze
zadzwonią na policję albo, co gorsza, jedna z nich zwróci mi uwagę
kontrolowanym upper class voice1, że to prywatne spotkanie.
Drugie mojito weszło równie gładko, jak pierwsze. Tym razem zadanie jest
trudniejsze, bo klienci już zdążyli szczelnie zablokować dostęp do
każdego centymetra baru. Docieram do barmana przez boczny wyłom w kontuarze przeznaczony dla personelu. Przezornie zamawiam daiquiri na
potrójnym rumie. Archidaiquiri, Archiduc, archidrink, archinight,
archilife, archimerde, archivlaamse, archibelge, archimort, archimorte,
archideath... Fulvio, gdzie jesteś? Już po 21, za ile drinków wreszcie
dotrzesz? Reszta miejsc na kanapach wzdłuż ścian pozajmowana przez
mieszaninę częściowo przyjezdnego mieszczaństwa z Brukseli i okolic oraz
turystów zamienionych w mechaniczne pomarańcze sterowane przez redakcję
Lonely Planet. Głównie heteroseksualne pary. Ci bardziej "zakochani",
przepełnieni drobnomieszczańskimi żądzami lub autentycznym pragnieniem
intymności, gnieżdżą się na górnej galeryjce, na którą trzeba się
najpierw wdrapać po mikroskopijnych schodkach ukrytych w ciasnym szybie
zaczynającym się za barem.
Znów otwierają się drzwi. Podnoszę głowę znad pustego już coupe glass.
To nie Fulvio, lecz kolejny eksponat do dzisiejszej wieczornej kolekcji
nieosobliwości baru Archiduc: kobieta około trzydziestki, ale
wyglądająca na dobrych kilka lat więcej, krótko obcięta blondynka,
okulary optyczne w plastikowych, ciemnych oprawkach. Twarz daleka od
Wenus z Milo, ale emanująca przyjemną, grubo ciosaną germańską
regularnością ozdobioną minimalistycznym makijażem o praźródłach
sięgających najlepszych tradycji flamandzkiego chłopstwa. Bardziej
Bruegel niż Botticelli. Dalszą analizę jej seksapilu uniemożliwia
ciężkie zimowe odzienie, którego obowiązkowymi elementami są kurtka
puchowa z kapturem sięgająca do kostek, zimowe buty z cholewką na
niskich obcasikach oraz jakiś kostium biurowy - spodnie i żakiet.
Wszystko w kolorach ściśle nekrofilskich. Co jest inspiracją dla
północnoeuropejskich stylistów pracujących dla masowych marek
odzieżowych: waciaki chińskiej rewolucji kulturalnej, czy raczej
kolekcja ciemnych płaszczyków Dartha Vadera? Na szczęście nie jestem
rozliczany z rozstrzygania takich dylematów.
Dziś wieczorem w ogóle mam tylko jedno zadanie: spotkać się z Fulviem.
Reszta mojej kartoteki się nie liczy. Mam zadanie, więc mogę się z ulgą
odciąć od całego bestiarium uczuć, odczuć, wyczuć, poczuć, czuć, szczuć,
poszczuć, zaszczuć, naszczać, wyszczać, zaszczać... Wspomnienia,
doświadczenia, ulotne chwile z przeszłości, bliskie osoby - wszystko
chwilowo można hurtem wrzucić do grubego plastikowego worka po nawozie
azotowym, który - po opróżnieniu z subtelnej mieszaniny przygotowanej
przez polskich inżynierów z Zakładów Azotowych Puławy - potrafi przez
lata użytecznie służyć małopolskiej wsi. Tak przynajmniej wynikało z filmu, który widziałem w ostatni weekend w telewizji ARTE w ramach cyklu
dokumentalnego Przez góry i równiny dawnych Austro-Węgier.
Następny drink. Angażuję barmana gestem przez szczelny bluszcz klientów
obrastających kontuar.
- Poproszę o mojito na Bacardi lub Trois Rivi?res, nie za słodkie -
artykułuję wyraźnie, ale bez pijackiej przesady. Trzeba się kontrolować.
- Za Trois Rivi?res naliczamy dopłatę trzy euro, proszę pana.
Kiwam aprobująco głową. Obie marki są szacowne, ale Trois Rivi?res ma
przyjemny długi posmak melasy i karaibskiej bryzy. No i pięćdziesiąt
procent alkoholu, zawsze to dziesięć procent do przodu. Najlepsze, co
udało się Francuzom wycisnąć z Martyniki.
Ludzkie szemranie niepostrzeżenie przepoczwarzyło się hałas. Izoluje
mnie od niego, choć nie do końca skutecznie, coraz grubsza warstwa
szklanej waty w głowie, wprost proporcjonalna do ilości spożytego
alkoholu etylowego. Alkohol, al-kuhl, C2H5OH,
alembik, Alhambra, Ala ma kota, a kot ma Alę, i wszystko Haram albo
harem... Powoli czuję narastające napięcie w okolicy serca, niepokój,
nastrój zadaniowości ustępuje, został naruszony na obrzeżach, zaczyna
się jego powolny odpływ. A jednocześnie gdzieś z oddali i z wewnątrz, z wczoraj, dziś i jutra, słyszę złowrogi szelest przypływu - mikroskopijne
strumyczki niepokoju jak struktura micelarna, kapilarna, osmotyczna i histologiczna. Robię wysiłek, żeby zidentyfikować źródło tej labilności.
Fulvio wciąż nie dotarł. No i co z tego, że jeszcze nie dotarł?
Przyjdzie. Uspokoić się, przestać drżeć, przywrócić kontrolę.
Walczę o tę kontrolę całą siłą woli. Utrzymuję ją, ale jej utrzymanie
nie jest zwycięstwem, lecz klęską, to nie Arcole, to Waterloo. Nie mogę
się powstrzymać od ukradkowego lustrowania otaczających mnie ludzkich
twarzy. Krążą i podrygują wokół mnie jak galeria przerażających
portretów wiszących na ścianach gabinetu doktora Caligariego w szpitalu
psychiatrycznym, kiedy mistyfikacja ukazuje swe prawdziwe, wykrzywione
grozą i szaleństwem oblicze w drugiej części filmu. Twarze wyrywają się
z ram portretów, żyją własnym życiem, robią grymasy, zbliżają się do
mnie, tłoczą, krzyczą... Czuję duszność, zawroty głowy, walczę z atakiem
antropofobii. Usiłuję zidentyfikować tę lub te osoby, które są tu dziś
wieczorem służbowo i zaciskają wokół mnie niewidzialną dla mnie
pajęczynę. Znają moją tajemnicę i nie odstępują mnie nawet na krok. Nie
spieszą się, wiedzą, że w końcu spadnę na piasek jak dojrzały orzech
kokosowy z palmy. A wtedy oni, siepacze doktora Mabuse'a, strepanują mi
czaszkę zardzewiałym wiertłem, aby wydobyć z niej mleczko kokosowe ze
strzępami mózgu, którego potrzebują do władzy nad światem.
Moją uwagę przykuwa szczególnie para młodych ludzi w typie
północnoafrykańskim siedząca przy dwuosobowym stoliku niedaleko wejścia.
On w okularach w złotych oprawkach, o fizjonomii arabskiego studenta lub
pracownika naukowego jednego z brukselskich uniwersytetów. Ona - piękna,
orientalna seksbomba o sportowej sylwetce, długich, szczupłych nogach w ściśle przylegających dżinsach uwydatniających piękno i harmonię tychże
nóg, podczas gdy fragment sylwetki zlokalizowany powyżej talii
prezentuje kaskadę kolejnych wdzięków - a to skrytych pod obcisłym
fuksjowym sweterkiem, a to wybuchających w dystyngowanym, lekko
wyniosłym uśmiechu wyciosanej w ciemnym marmurze twarzy. Po obu stronach
tego marmurowego oblicza ozdobionego dużym i ostrym, aczkolwiek bardzo
proporcjonalnym nosem, podzwaniają monstrualnej wielkości srebrne
kolczyki w dziwnym kształcie zawieszone na uszach skrytych pod
kruczoczarnymi włosami. Sylwetka tej czarnobrewej piękności emanuje
czymś nieuchwytnym i trudnym do zdefiniowania, ale jednocześnie bardzo
silnie dla mnie odczuwalnym: groźbą i bezwzględnością. Każdy arabski
donżuan z tunezyjskiej plaży użyłby natychmiast wobec tego zjawiska
słowa "gazela", ale mnie ciśnie się nieubłaganie do głowy inne słowo -
"pantera". Spoglądam na stolik stojący przed obserwowaną przeze mnie
parą: piją kawę i wodę mineralną. O tej godzinie, w piątek wieczorem?
Zalewa mnie zwierzęcy strach, który usiłuję osłabiać pukaniem się w czoło i samooskarżaniem o schizofrenię paranoidalną. Wiem jednak, że
jestem tu dziś wieczorem, ponieważ wszedłem na drogę, na której nie
można lekceważyć żadnego środka ostrożności i na której nie ma
przypadków. Muszę kontratakować.
Podnosi głowę i lokalizuje wzrokiem germańską istotę w okularach sprzed
paru minut. Jest, siedzi samotnie przy ministoliku na środku baru, koło
fortepianu, z kieliszkiem białego wina, bezmyślnie grzebiąc w telefonie.
Czeka na kogoś znajomego, bo przecież z tą aparycją nie jest kurwą
szukającą klienta... Jest w niej coś pociągającego, seksownego. Ale co
dokładnie? Ogarnia go coraz bardziej otępiające odrętwienie i nie chce
mu się tej doniosłej kwestii analizować. Wstaje, podchodzi do stolika
dziewczyny. Ona podnosi głowę znad telefonu i spogląda z lekkim
zdziwieniem, ale bez obawy. On przybiera najbardziej nieśmiały i sympatyczny wyraz twarzy, posyła lekko angażujący uśmiech i wypuszcza
balon próbny:
- Co słychać? Jak się pani ma dziś wieczorem?
Germański Światowid uśmiecha się lekko, ale z ledwo wyczuwalnym
napięciem, dając do zrozumienia, że w stu procentach kontroluje
sytuację, podczas gdy kamienne usta otwierają się z flamandzką
intonacją:
- Dobrze, a pan?
On patrzy jej prosto w oczy, ale bez nacisku, miękko i czarująco.
- Znakomicie, mamy dziś piękny wieczór. Czekam na kolegę, który się
spóźnia, a pani? - ledwo dostrzegalne napięcie flamandzkiej twarzy
ustępuje, pozostawiając na powierzchni lekki, sztuczny uśmiech przyszłej
pani domu.
- Czekam na swojego chłopaka. Zaraz będzie.
Zatem czeka na swojego oficjalnego narzeczonego, z którym wszystko już
zapewne zostało ustalone: data ślubu, małżeńska umowa majątkowa, kredyt
hipoteczny, dom w Overijse albo w Watermaal-Bosvoorde i być może nawet
dokładna liczba dzieci. Przejęta tym oczekiwaniem specjalnie nie jest,
bo w ogóle nie patrzy na otwierające się i zamykające wciąż drzwi.
- Czy mogę pani zaproponować moje towarzystwo do momentu przybycia
naszych dwóch spóźnialskich? - rzuca mężczyzna rozluźnionym tonem,
ciągle z nieśmiałym uśmiechem.
- Ależ proszę bardzo, niech pan siada - odpowiada jego nowa flamandzka
znajoma, wciąż z pełną kontrolą, pod której przykrywką daje się wyczuć
tlącą się ekscytację i kobiecą próżność. Cóż za miła sytuacja: nie dość,
że ktoś mnie tak kulturalnie podrywa w kontrolowanym otoczeniu, to
jeszcze zaraz wejdzie mój narzeczony i zobaczy, jakie mam powodzenie!
Niech sobie nie myśli, że jest nie wiadomo kim...
On przyciąga krzesło i siada ze swoim drinkiem przy jej stoliku. Patrzy
na poruszające się usta dziewczyny, na jej duże dłonie ozdobione
starannie pomalowanymi na mlecznoróżowy kolor paznokciami: w zestawieniu
z topornością dłoni daje to interesujący, lekko perwersyjny efekt. Na
imię ma Frida, imię porażające wręcz oryginalnością, i jest analitykiem
ryzyka w dziale ubezpieczeń gospodarczych brukselskiego oddziału
Allianz. Pochodzi z Knesselare, miejscowości, jak natychmiast tłumaczy,
położonej mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Gandawą a Brugią, o której on zapewne już nigdy więcej w życiu nie usłyszy. W Brukseli jest
od czterech lat, a narzeczonego Benoît poznała półtora roku temu przez
przyjaciółkę z pracy podczas jakiejś wspólnej kolacji. Mieszkają razem w wynajętym małym mieszkaniu w jednej z uliczek pomiędzy placem
Sainte-Catherine a Molenbeek, na obszarze intensywnie kolonizowanym od
blisko dekady przez flamandzki żywioł wsysający kolejne kamieniczki i uliczki tej niegdyś zaniedbanej dzielnicy. On udaje, że chłonie te
wszystkie elektryzujące informacje, dopijając resztki swojego mojito.
Bardziej niż słowa interesująca jest jej lekko toporna sylwetka i germańska solidność emanująca aurą nienarzucającej się, ale równie
solidnej seksualności. Ona zadaje powściągliwe i rzeczowe pytania, on
uprzejmie odpowiada, że pracuje dla instytucji europejskich. Przemyca
kulturalny komplement, informując rozmówczynię, że jej twarz kojarzy mu
się z obrazami wielkich mistrzów flamandzkich, zwłaszcza Vermeera. Ona,
rozanielona tym duserem, wydaje z siebie pełen szczerego samozadowolenia
radosny chichot, zakładając prawdopodobnie, że chodzi o Dziewczynę z perłą. On dyskretnie zataja, że chodziło mu raczej o Mleczarkę. Na
korzyść Fridy wyraźnie przemawia jednak to, że pod jej biurową kufajką
można odgadnąć obecność całkiem sporych i dobrze się trzymających
piersi, czym Frida zdecydowanie przebija bohaterkę wspomnianego obrazu.
To be confirmed przy następnej okazji, jeśli takowa się nadarzy.
Korzystając ze sposobności, zaprzyjaźniają się na Facebooku.
To flirtowe intermezzo daje mi moment wytchnienia i zapomnienia.
Kamień w piersiach chwilowo robi się lżejszy. Ale nie znika, bo za
każdym razem, kiedy otwierają się drzwi baru, ukazuje się w nich ktoś
inny niż Fulvio. Twarze, sylwetki i głosy pojawiają się i znikają,
narastają i słabną, iskrzą i blakną, pączkują i obumierają, ich
nagromadzenie spowija mnie jak neutralna zawiesina, usypiająca i otulająca, wytłumiona przez alkoholowe znieczulenie. W zakamarku mózgu
tli się szarpiący niepokój: to wszystko jest nieprawdziwe,
nieistniejące, jak dekoracja w teatrze. Ktoś to w perwersyjny i omamiający sposób w tym ulotnym momencie nagromadził tutaj i nakręcił
kluczykiem jak dziecięcą kolejkę. Może to ktoś inny, a może to ja sam
jestem tym kimś i patrzę dookoła, jak ten ktoś, z boku. A może to patrzy
jakaś inna złowroga postać będąca i zarazem niebędąca mną? W każdej
chwili może zgasnąć światło, wtyczka sama wysunie się z gniazdka, jak w horrorze. Maski opadną, rzeczy znikną, głosy zamrą. Co zostanie? Nicość,
eter, wszechświat sprzed Wielkiego Wybuchu? Czy będzie jakiś duch
unoszący się nad wodami? Jakimi wodami, jeśli to będzie nicość? Nicość
zawieszona w nicości, czyli dwie nicości albo trzy, albo nieskończona
ilość nicości w nicości. Tak będzie i tak było, więc na pewno w tej
chwili też tak jest. Przestać myśleć, wrócić tu, gdzie się jest, duszno
mi i chyba zwymiotuję.
Drzwi się otwierają, wchodzi Benoît i ratuje sytuację. Na jego uprzejmej
twarzy nie widać ani trochę zaskoczenia. Zaskoczenie w takiej sytuacji
byłoby niekulturalne i niebelgijskie. Wchodzisz do Archiduc i widzisz
narzeczoną przy stoliku z jakimś nieznajomym facetem. Jaką opcję
wybierasz w tej sytuacji jako spadkobierca siedemsetletniej
mieszczańskiej kultury? To oczywiste: robisz kulturalną minę, uśmiechasz
się i wymieniasz uprzejme pozdrowienia, jak na koktajlu, pod spojrzeniem
uradowanej, promieniejącej Fridy, która wyjaśnia szczebiotliwie sytuację
i czyni prezentację tonem zbliżonym do "A kuku!". Wymieniamy stonowane
uwagi o pogodzie i planach na weekend. Frida i Benoît wstają,
wspominając coś o kolacji i znajomych, którzy na nich czekają. Frida
zakłada puchowy habit pokutny, w czym Benoît jej nie pomaga, za to
otwiera przed nią drzwi i przepuszcza przodem w nocny zamrażalnik,
jednocześnie kłaniając mi się jeszcze raz na pożegnanie ze zrelaksowanym
i miłym wyrazem twarzy. Dziewczę znajduje jednak moment, żeby rzucić mi
filuterne spojrzenie z uśmieszkiem. Exierunt toekomstige Vlaamse
echtgenoten2.
Ta operacja zapewne była niepotrzebna, ale coś mi się w tej dziewczynie
naprawdę podobało, a poza tym niewinny flirt uprawdopodobnił moją
pijacką legendę, tak na wszelki wypadek, mówię sobie. O ile jest
jakikolwiek wypadek. Spoglądam ponownie na arabską parę siedzącą przy
wejściu. Mam wrażenie, że jej błyszczący kolczyk odbija się refleksem w szkle jego okularów. Pochylili głowy do przodu, są zajęci sobą,
wpatrzeni z uwagą w swoje twarze. Kawę i wodę mineralną przed nimi
zastąpiły dwa małe piwa. Wyglądają trochę jak młody wykładowca
akademicki i studentka ostatniego roku.
Wstaję, reguluję rachunek kartą przy barze, żeby mieć cyfrowy dowód
czasu i miejsca akcji, a także hipotetyczny tytuł do zwrotu kosztów.
Spoglądam spod baru na prawo na fotograficzny ołtarzyk Stana Brendersa,
belgijskiego pianisty jazzowego, byłego właściciela Archiduc, który
stworzył ten bar na nowo jako miejsce kultowe i legendarne. Przed dużą
czarno-białą fotografią pianisty stoi wazon moich ukochanych białych
lilii. Odmawiam mentalnie krótką ateistyczną modlitwę. Zamawiam Ubera
przed bar, podając jako adres docelowy Parvis de Saint-Gilles czy, jak
kto woli, Sint-Gillisvoorplein. Podjazd pod Archiduc zajmuje kierowcy
całe czterdzieści sekund z miejsca postoju przy rue des Poissoniers.
Opadam na skórzane tylne siedzenie BMW. Kierowca, Marokańczyk, jest na
szczęście nierozmowny. Daję się przez chwilę nieść aksamitnemu ślizgowi
niemieckiego cudu techniki w ciemność i ciszę.
Ale już po chwili niepokój wraca, szarpie mnie od wewnątrz, nie pozwala
logicznie myśleć. Czuję irracjonalny impuls, żeby wyskoczyć z samochodu,
pobiec do domu i ukryć się pod kołdrą przy zapalonej lampie.
Bezsensowne, bo niepokój wślizgnąłby się pod kołdrę razem ze mną.
Alkohol też nie zadziała albo tylko na bardzo krótką metę. Trzeba stawić
czoła sytuacji. Robię wysiłek, odrywam się od swoich emocji, przechodzę
w tryb samosterującej maszyny o ograniczonej liczbie funkcji i ściśle
określonym zadaniu do wykonania. To, że Fulvio nie przyszedł na
spotkanie, które ustaliliśmy ustnie przedwczoraj, jest dziwne i niepokojące, ale być może istnieje jakieś logiczne i proste
wytłumaczenie, na przykład rozwolnienie spowodowane połknięciem
niedomytej ostrygi. Brak powiadomienia telefonicznego czy mailowego nie
byłby niczym dziwnym, a wręcz absolutnie normalnym: zarówno ja, jak i Fulvio, staramy się do minimum ograniczać nasze wzajemne kontakty przez
elektroniczne kanały komunikacji, aby minimalizować ślad cyfrowy. W chwili obecnej pozostaje jedyna możliwość: pójść do niego i sprawdzić.
Albo czekać do poniedziałku i zobaczyć, czy przyjdzie do pracy. Program
maszyny samosterującej wskazuje, że należy zacząć od tego pierwszego, a zatem - kierunek Saint-Gilles.
Nigdy do końca nie zrozumiałem, czy Fulvio mieszka tam z wyboru, czy z inercji. Saint-Gilles to dzielnica, w której rozmaitość współżyjących
zgodnie żywiołów przekracza nawet wyśrubowane brukselskie normy.
Niektóre ulice zamieszkują przedstawiciele zwykłej belgijskiej klasy
średniej lub nieźle sytuowani przyjezdni w młodym wieku. Sporo mieszkań
kupują drobni inwestorzy pod wynajem. Jest to też ulubiona miejscówka
francuskiej diaspory w stolicy Belgii z uwagi na raczej
francuskojęzyczny charakter dzielnicy oraz bliskość dworca Gare du Midi,
z którego odchodzą szybkie pociągi Thalys do Paryża. I te właśnie
rozległe obszary od strony dworca zamieszkuje też egzotyczny żywioł
marokański i algierski, ze swoimi małymi meczetami urządzonymi w przerobionych posesjach mieszkalnych, łaźniami arabskimi i kawiarniami,
w których można zapalić sziszę i wypić herbatę z miętą. Krajobrazu
dopełniają liczne ciężko pracujące rodziny portugalskie, polskie i rumuńskie.
Wysiadam na centralnym placu dzielnicy Saint-Gilles, na rogu pomiędzy
kościołem pod wezwaniem tegoż samego świętego a piwną speluną o nazwie
Brasserie le Stoptijd. To dobry kilometr od adresu Fulvia i znakomite
oficjalne wyjaśnienie tego nocnego kursu Uberem: Parvis de Saint-Gilles
ze swoimi licznymi piwiarniami, barami i restauracyjkami jest jednym ze
ścieków nocnego życia Brukseli, w którym zapijaczony facet, po kilku
godzinach spędzonych w Archiduc, może mieć uzasadnioną ambicję, by się
dopić, a nawet zapić na śmierć, jeśli mu tylko przyjdzie taka zachcianka
do pustej głowy. Zapuszczam się w miejski labirynt, idę trochę dookoła,
nieśpiesznie, chociaż mam ochotę biec. Mijam kolejne spokojne uliczki o kojąco brzmiących nazwach: rue de Rome, rue des Etudiants, rue de la
Rhétorique, rue de Parme... Dziś jednak ani te uliczki, ani stojące przy
nich senne, zastygłe w bezruchu kamieniczki nie są w stanie ukoić
niepokoju zaciskającego me serce jak potężna dłoń w kamiennej rękawicy.
Czuję się jak Don Giovanni, który za każdym rogiem spodziewa się
zobaczyć przerażający posąg Komandora.
Dochodzę do domu, w którym mieszka Fulvio, małej kamienicy podzielonej
na kilka niewielkich mieszkań na wynajem, wciśniętej pomiędzy marokański
sklepik spożywczy i niewielki snack bar serwujący sałatki z ekologicznych składników niewiadomego pochodzenia, bezglutenowe wymysły
oparte na komosie ryżowej oraz inne podejrzane wegańskie przysmaki,
których sam wygląd powoduje ucisk w okolicy żołądka. Patrzę w okno
mieszkania Fulvia na pierwszym piętrze. Ciemno. Okna pozostałych
mieszkań też są ciemne. Mieszkańcy są jeszcze na mieście albo rozjechali
się na weekend do swoich ojczystych krajów. Naciskam guzik obok nazwiska
Fulvio Lombroso. Cisza. Pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia sekund...
Naciskam ponownie i jeszcze raz. Bez skutku. Wstukuję kod otwierający
drzwi zewnętrzne: 3001 - data urodzin Adolfa Hitlera, efekt upodobania
Fulvia do fikuśnych dowcipów. Wchodzę i zamykam za sobą cicho drzwi.
Zapalam guzikiem z lewej strony oświetlenie wąskiej klatki schodowej
obsługującej dwa górne piętra budynku. Powoli wchodzę na pierwsze piętro
schodami wyłożonymi burą wykładziną, która musiała niegdyś epatować
eleganckim brązem. Drewniana, chybotliwa poręcz lekko skrzypi naciskana
moją spoconą ze stresu dłonią. Na pierwszym piętrze są dwa mieszkania.
Po prawej stronie, vis-a-vis Fulvia, mieszka Lola, kobieta w nieokreślonym, średnim wieku, raczej sympatyczna, anonimowa,
porozumiewająca się z wyraźnym hiszpańskim akcentem, typ urzędniczki
średniego szczebla DG AGRI3. Patrzę na drzwi mieszkania Fulvia po
lewej stronie. Żadnych znaków szczególnych. Naciskam delikatnie i płynnie klamkę drzwi. Drzwi się otwierają, nie są zamknięte na klucz. To
ewidentny sygnał, że stało się coś złego, że zło wlało się w otaczający
kęs czasoprzestrzeni. Ostrożniej byłoby się wycofać, ale muszę ustalić,
co się stało. W tym momencie jestem samym działaniem, nie czuję żadnych
emocji, idę jak automat przez mały przedpokój, nie zapalając światła.
Mieszkanie jest nieźle oświetlone wpadającym przez niezasłonięte okna
światłem ulicznych latarni.
Fulvio nie wypije już nigdy ani jednego espresso. Wisi na środku salonu
na sznurze przywiązanym do haka lampy podsufitowej, nieruchomy,
uprzedmiotowiony, po raz pierwszy spokojny. Przeczuwałem ten moment i przygotowywałem się do niego od tygodni, od naszej rozmowy nad jeziorem
Genval, która była pierwszą przewróconą kostką domina w tej sekwencji
zdarzeń. Już wtedy wiedziałem, a raczej czułem w bezładnym przerażeniu,
że straciłem Fulvia i całe moje dotychczasowe życie. Wszystko, co
nastąpiło potem, wiodło nieubłaganie do tej chwili, do tego
przerażającego koszmaru, który dusiłem w sobie przez kolejne tygodnie,
oszukując się, jak tylko mogłem, przeżywając tę śmierć na raty,
spychając przerażający obraz jak najgłębiej w odmęty świadomości
potłuczonej na tysiąc kawałków szkła. Aby ten przerażający obraz
zobaczyć teraz wreszcie na własne oczy - nie wewnątrz, lecz na zewnątrz
siebie - na żywo, a raczej na martwo.
Patrzę na wiszący bezwładnie kształt upodlony wyciekłymi na podłogę
ekskrementami i usiłuję ze wszystkich sił zobaczyć w tym ludzkim
kadłubie mojego Fulvia. Tego Fulvia, wokół którego potajemnie kręciło
się od wielu lat moje życie i który pozostanie we mnie na zawsze jako
niemożliwa do wypełnienia pustka. Będę pustym człowiekiem z wikliny.
Wiem, że muszę się od tej pokusy patrzenia oderwać, jeśli chcę, żeby we
wspomnieniach pozostał Fulvio z moich sennych marzeń: uśmiechnięty,
piękny, władczy, a nade wszystko - żywy. Całym wysiłkiem woli zmuszam
się zatem do odwrócenia wzroku, zadając sobie tym okrutny ból, jak
zwierzę, które odgryza sobie łapę, aby uwolnić się z pułapki. Gdzieś w głębi czuję też ulgę, której się chwytam, jak topielec koła ratunkowego.
To ulga wynikająca ze spełnienia się losu - consummatum est.
Nieubłagane perpetuum mobile uruchomione nad jeziorem Genval dopadło
swą pierwszą ofiarę.
Delikatnie muskam jego zwisającą bezwładnie dłoń. Jest zimna i stwardniała. Fulvio wisi tak już zatem od dawna. Ukochany, razem z tobą
umiera część mnie samego. Najdroższy, tyle razy próbowałeś wraz ze mną
złapać syfilis u dziewcząt na rue d'Aerschot, tyle razem wypiliśmy
szklanek mojito na podwójnym rumie, tyle razy zapijaliśmy razem gorącą i pachnącą pizzę zimnym piwem... A teraz wisisz tu w ciemności, zimny i samotny, daleko od twojej słonecznej Kampanii, a ja nie mogę nawet
zadzwonić z tą tragiczną wiadomością do twojej mamy i siostry w Neapolu,
muszę wyjść po cichu jak złodziej i pozostawić cię tutaj. Za kilka dni
sąsiadka zawiadomi administratora budynku, kiedy poczuje odór z twojego
mieszkania.
Czuję ucisk w gardle i łzy w oczach. Omiatam mieszkanie spojrzeniem.
Wszystko wywrócone do góry nogami, papiery i książki walają się na
podłodze. Pełne przeszukanie. Wiem, że muszę jak najszybciej opuścić to
miejsce. Wycofuję się ostrożnie, nie dotykając niczego. Wyciągam z kieszeni spodni zachomikowaną w restauracji papierową serwetkę i starannie wycieram po drodze balustradę oraz obie klamki: od drzwi
mieszkania i drzwi głównych. To samo z przyciskami panelu kodowego i guzikiem dzwonka. Rozglądam się po ulicy - kilka osób pochodzących ze
wszystkich stron świata pałęta się w okolicy sklepu spożywczego. Poza
tym nic szczególnego. Muszę wrócić bezpiecznie do siebie i zdecydować,
co dalej. Po chwili namysłu odrzucam pomysł powrotu na Parvis de
Saint-Gilles, aby stamtąd zamówić Ubera. Kieruję się do położonego nieco
bliżej przystanku tramwajowego o tej samej nazwie. Wieje lodowaty wiatr.
Na przystanku trochę sympatycznej arabskiej i czarnej młodzieży palącej
papierosy i pokrywającej swą imigrancką niepewność lekko wyzywającym
zachowaniem, kilka par wracających z okolicznych barów - atmosfera
weekendowego wieczoru w schyłkowej fazie. Podjeżdża tramwaj numer 51,
wsiadam wraz z resztą oczekujących. Oglądam się ponownie wokół - nic, co
by mogło zwrócić jakoś szczególnie moją uwagę. Po paru chwilach tramwaj
ze zgrzytem staje na podziemnym przystanku Porte de Hal. Wysiadam,
przemierzam szybkim krokiem podziemny korytarz łączący przystanek
tramwajowy ze stacją metra. Właśnie podjeżdża pociąg w kierunku
Arts-Loi, wskakuję w ostatniej chwili. W wagonie dokładnie ta sama
piątkowoimprezowa fauna i flora. Cała młoda Bruksela we wszystkich
kolorach skóry. Dziewczyny uwieszone na szyjach chłopaków albo same, w małych grupkach. Te czarne, z pięknie wymalowanymi ustami i artystycznie
wymodelowanymi włosami, często zaplecionymi w kilkadziesiąt cienkich
warkoczyków sterczących jak igły jeżozwierza, wysiadają hurtem na stacji
Porte de Namur, na obrzeżu dzielnicy Matonge.
Wysiadam na Arts-Loi, gdzie krzyżują się dwie główne linie brukselskiego
metra. Po wyjściu z pociągu wchodzę na górny poziom i staję pośrodku, w równej odległości między dwiema rampami schodów ruchomych prowadzącymi
do peronów linii 1 i 5. Każda z ramp obsługuje przeciwległy kierunek.
Stoję pośrodku, jakbym nie wiedział, czy chcę jechać w kierunku centrum,
czy na peryferie, w kierunku Hermann-Debroux bądź Stockel. Spoglądam na
zegarek i na tablice pokazujące ruch pociągów w czasie rzeczywistym. Już
po północy, ale metro jeszcze jeździ, chociaż częstotliwość kursowania
spada, zmierzając asymptotycznie do zera. Przepuszczam skład jadący w kierunku centrum i obserwuję przestrzeń wokół. Ostatni pasażerowie,
głównie młodzi mężczyźni z Afryki, Maghrebu i Bliskiego Wschodu, czekają
w małych grupkach lub parach na ostatnie pociągi. Z głośników sączą się
kojące tony muzyki klasycznej nadawanej w brukselskim metrze późnym
wieczorem, odkąd udowodniono odwrotnie proporcjonalną korelację pomiędzy
słuchaniem muzyki klasycznej a skłonnością do wandalizmu. Ogarnia mnie
duszące wrażenie sztuczności i nierealności tej sceny, jakby przez kogoś
wyreżyserowanej i opatrzonej podkładem muzycznym. Przedmioty wokół mnie
zmieniają się w dekorację teatralną, a ludzie - w pacynki wykonujące
nieporadne ruchy, jakby były zanurzone w akwarium napełnionym gęstą
cieczą.
Słyszę, jak wjeżdża skład jadący w kierunku Hermann-Debroux bądź
Stockel. Szybko zbiegam po schodach ruchomych i wpadam do wagonu tuż
przed zamknięciem drzwi, już po sygnale ostrzegawczym. Oglądam się i patrzę na peron, kiedy pociąg rusza. Nikogo, pusto. ???????, ?????,
teatrum, teatr, scena bez aktorów... Wysiadam na następnej stacji,
Maalbeek, opuszczam ją wyjściem wiodącym na rue de la Loi, skręcam w rue
de Spa i szybkim krokiem dochodzę do domu, w którym mieszkam, przy rue
de Berceau, na pograniczu dzielnicy europejskiej i Saint-Josse. Oglądam
się jeszcze raz za siebie i wchodzę do kamienicy podzielonej - podobnie
jak ta, w której byłem pół godziny wcześniej w Saint-Gilles - na kilka
mieszkań zasiedlonych przez cudzoziemski narybek, którego akwenem
żerowania są instytucje Unii Europejskiej. Odwieszam palto, biorę
butelkę zimnego hoegaardena z lodówki i zmrożoną szklankę z zamrażalnika. Napełniam, piję - ulga. Jeśli chcę przeżyć, muszę
uruchomić w sobie automatyzmy instynktu samozachowawczego.
II. Capodichino - Zaventem
II
Capodichino - Zaventem
Fulvio siedzi na miejscu 4C samolotu Airbus A319, jednej z dwudziestu
dwóch maszyn tego typu we flocie linii lotniczych SN Brussels. Miejsce
4C jest zlokalizowane przy korytarzu rozdzielającym na dwie równe części
rzędy foteli wzdłuż całego samolotu. Ponadto na odbywającym się właśnie
19 września 2019 roku rejsie numer SN 3170 z Neapolu do Brukseli miejsce
4C znajduje się w strefie FLEX & FAST mającej hybrydowy status
pomiędzy klasą biznes a ekonomiczną. Takie strefy, będące czymś mniej
niż klasa biznes, a czymś więcej niż ekonomiczna, to efekt przemyślnych
kombinacji cenowych optymalizujących wypełnienie samolotów regularnych
linii lotniczych walczących na śmierć i życie z tanimi liniami
lotniczymi. Aby przeżyć w tej walce i zadać śmierć przeciwnikowi, trzeba
stać się takim jak on, a jednocześnie pozostać sobą. Sposób stary jak
świat i prosty jak konstrukcja cepa, ale niezwykle trudny do wykonania,
ponieważ zasadza się na sprzeczności: trzeba jednocześnie być i nie być,
udając, że się jednak jest. Przy czym zarówno będąc, jak i nie będąc,
trzeba być jednakowo wiarygodnym. Udaje się to zrobić, ale nie wszystkim
i nie zawsze.
Blaszane wózki z blaszanymi postaciami stewardes powoli przesuwają się w górę i w dół korytarza samolotu, jak dziecięca kolejka elektryczna,
która zawsze wraca do punktu wyjścia nieskończoną liczbę razy, dopóki
mama nie przyjdzie i nie każe wyłączyć zabawki, a potem iść do łóżka. Ta
chwila jest już bliska, albowiem jest godzina 19.07. Lot numer SN 3170 z lotniska Capodichino w Neapolu rozpoczął się zgodnie z rozkładem, a nawet cztery minuty przed czasem, o godzinie 17.01, i zakończy na
brukselskim lotnisku Zaventem o godzinie 19.21 - dziewięć minut przed
czasem. Dla pasażerów regularnie podróżujących tą trasą, takich jak
Fulvio, nie jest to zaskoczeniem: Capodichino nie jest zbyt dużym i ruchliwym lotniskiem, a linie SN Brussels zwykle plasują się w górnych
partiach rankingów najbardziej punktualnych linii lotniczych w Europie.
Blaszane wózki zostały już bezpiecznie zadokowane w wykuszach przy
toaletach z przodu i tyłu samolotu. Blaszane postaci stewardes w służbowych granatowych sukienkach ożywionych gustownymi czerwonymi
dodatkami suną teraz powoli wzdłuż korytarza z blaszanymi uśmiechami.
Wycięte w blaszanych twarzach oczy prześlizgują się metodycznie rząd po
rzędzie w poszukiwaniu niezapiętych pasów, niezłożonych stolików i niewyłączonych komputerów. Blaszane usta rozwierają się od czasu do
czasu jak pokrywka przeterminowanej konserwy. Zawartość blaszanej puszki
wydobywa się na zewnątrz, unurzana w chrzęszczącym roztworze
flamandzkiego akcentu. Prosimy o zapięcie pasów. Prosimy o złożenie
stolików i wyłączenie komputerów oraz innych urządzeń. Prosimy o odsłonięcie okna na czas lądowania. Prosimy o ustawienie oparć siedzeń w pozycji pionowej. Proszę patrzeć prosto przed siebie. Proszę siedzieć
prosto. Proszę nie być niegrzecznym dzieckiem. Proszę nie onanizować się
ramiączkiem stanika mamusi. Bądź dobry dla mamusi. Daj mamie całusa.
Ponieważ kiedyś wyszedłeś z brzuszka mamy i mama cię kocha. I proszę dać
tatusiowi całusa, bo tatuś też cię kocha. Nawet jeśli nie wyszedłeś z brzuszka tatusia. Ale tatuś się spuścił w brzuszku mamusi. I mamusia
zrobiła tatusiowi niezłe obciąganko. Proszę, proszę, proszę...
Gasną światła główne, zapada półmrok, gdzieniegdzie rozproszony
depresyjnymi poświatami indywidualnych lampek nad fotelami pasażerów.
- Załoga kabiny, proszę przygotować się do lądowania - mechaniczny głos
pilota wysypuje się z głośników przerywany piskiem zakłóceń.
Fulvio poddaje się hipnotycznej ciemności, słodkie znużenie w jednej
chwili rozlewa się po mózgu, powieki stają się coraz cięższe, oczy
zachodzą nicością, potylica przytula się do oparcia fotela, kilka chwil
zasłużonej inercji przedzielających strumień élan vital. Jedna minuta,
druga, usta przez cały czas wygięte w nieznacznym, odprężonym uśmiechu.
Lekkie uderzenie podwozia w nawierzchnię pasa startowego, samolot toczy
się po pasie całym swym pędem, ale prawie natychmiast włącza się system
hamowania, następuje lekkie szarpnięcie i niepokojący świsto-pomruk
powietrza uderzającego o podniesione na skrzydłach lotki. Maszyna
redukuje prędkość i rozpoczyna stateczne, nieśpieszne kołowanie w kierunku terminalu.
Fulvio, ciągle z lekkim uśmiechem na twarzy, powoli przekręca głowę w prawą stronę i otwiera oczy milimetr po milimetrze. Wita go znów ten sam
nienarzucający się, ale cudownie uroczy uśmiech dziewczyny siedzącej na
miejscu 4A.
- Zasnąłeś na chwilę?
Fulvio odpowiada entuzjastycznym oraz promieniejącym uśmiechem i lekko
kręci przecząco głową. Nie zasnął, oddawał się słodkiemu, hipnotycznemu
zamyśleniu.
- Nie, oddawałem się słodkiemu, hipnotycznemu zamyśleniu... - słowa płyną
z całym uwodzicielstwem lekko przerysowanego włoskiego akcentu.
- A o czym myślałeś? - dziewczyna nadaje głosowi piękną modulację,
rewanżując się z całym uwodzicielstwem arabskim urokiem i tajemniczością.
- O tobie...
Lekko chropowaty śmiech, wyraźny, szczery, ale stonowany, dyskretny,
elegancki. Miłe, zapraszające spojrzenie spod długich, podkręconych rzęs
hojnie wymodelowanych mascarą 3D. Twarz na chwilę odwraca się w kierunku
okna, kolczyk w uchu dziewczyny dźwięczy spod kosmyka kruczoczarnych
włosów jak dzwoneczek gościnnym dzyń, dzyń, dzyń srebra o srebro.
Lekkie, bardziej markowane niż rzeczywiste speszenie, zaprogramowana
manifestacja kobiecej nieśmiałości.
Przypadek połączył ich już kilka minut po starcie z Capodichino. Fulvio
nie byłby zresztą sobą, gdyby już wcześniej, przy wchodzeniu na pokład,
nie zauważył i w pełni nie docenił szczodrości losu, który umieścił tak
interesującą postać na miejscu 4A w jego rzędzie po prawej stronie,
pozostawiając zarazem puste miejsce 4B, dzięki czemu nic nie zasłaniało
mu widoku pięknej współtowarzyszki podróży. Nie tylko pięknej, lecz
także w typie szczególnie przemawiającym do jego erotycznych i romantycznych idiosynkrazji: pełna tajemniczości rasowa twarz arabskiej
księżniczki z Baśni tysiąca i jednej nocy. Z wielkimi, podkreślonymi
tuszem, cieniem i konturówką oczami - oczami błyszczącymi, jakby
odbijały się w nich ogniska palące się hen daleko w ciemnościach
pustynnej nocy, ale jednocześnie oczami tworzącymi prawie zupełną
nieruchomością aurę szlachetnej, niewymuszonej obojętności. Wielkie, ale
jakże proporcjonalne usta pomalowane klasyczną szminką w kolorze fuksji,
równie nieruchome i tajemnicze jak oczy, współtworzące aurę posągowej
tajemnicy. Kruczoczarne, długie włosy eksponujące piękno twarzy i niemą
obietnicę seksualnego katharsis. Każdemu niemal niewidocznemu ruchowi
górnej części ciała tej arabskiej Nefretete towarzyszyło delikatne
kliknięcie wielkich, niemal dotykających ramion srebrnych kolczyków w stylu berberyjskim, w kształcie nakładających się na siebie
koncentrycznych kręgów. Smukła, wysoka sylwetka, elastyczna i emanująca
energią statyczną i kinetyczną, bardziej przywodziła na myśl watahę
galopujących na wierzchowcach nomadów niż arabską matronę w chuście na
głowie. Ta hurysa na przepustce z raju ubrana była praktycznie,
podróżnie, ale w świetnym guście i w konfekcję znakomitej jakości:
dżinsy, kobiece kowbojki i ciemny golf dobitnie pokazujący, że piersi
właścicielki, mimo słusznej wielkości, ośmielają się rzucić wyzwanie
prawu grawitacji, zarówno w ujęciu klasycznym, newtonowskim, jak i na
płaszczyźnie ogólnej teorii względności. Wiek tego inspirującego,
ruchliwego jak żywe srebro zjawiska szacował na jakieś trzydzieści lat.
W obliczu tak elektryzującej postaci Fulvio poczuł przypływ samczej
mobilizacji. Airbus jeszcze nie zaczął kołować w kierunku pasa
startowego, gdy w głowie Fulvia zakiełkowało mocne i niezupełnie
pozaracjonalne postanowienie: nie odpuszczę. Żeby zwiększyć poziom
determinacji, spojrzał przez chwilę na usta nieznajomej i wyobraził
sobie, jak przesuwają się powoli w górę i w dół dystyngowanym,
posuwistym ruchem, podczas gdy dwoje błyszczących oczu patrzy mu w twarz
z wystudiowaną, kabotyńską uległością spod czarnej, pociągniętej tuszem
pajęczyny rzęs. Kilkanaście sekund tej fantazji wystarczyło, by poczuł w sobie aż za dobrze znane objawy pędzącej na łeb na szyję metamorfozy
hormonalnej.
Fulvio jest niezwykle atrakcyjny dla kobiet i ma tego pełną świadomość,
nie wpadając jednocześnie w samouwielbienie, dzięki czemu jest nawet
jeszcze bardziej atrakcyjny. Wysoki, dobrze zbudowany, dbający o sportową sylwetkę, łączy morfologię i fizjonomię germańskiego półboga z włoskim uśmiechem oraz stylem bycia i życia, stylem tak wyrafinowanym,
że aż uginającym się pod własnym ciężarem, balansującym niebezpiecznie
ostatkiem sił kilka cienkich milimetrów nad nicością. Jego przodkowie
przybyli do Italii piętnaście stuleci temu i zadali ostateczny cios
prawie już nieistniejącemu imperium. "Ogromy chłód wieje od Longobardów.
(...) Wieszają na urwiskach węża obok tarczy. Wyprostowani idą z północy
bezsenni..."4. Niezwykle szybko się jednak zromanizowali i dzięki temu Włochy stały się matecznikiem takich germańsko-romańskich
hybryd jak Fulvio: dwoje niebieskich, ciepłych i żywych oczu spod
opalonego na miedź czoła i zawadiackiej blond grzywy miota zabójcze,
nieznacznie zblazowane spojrzenia, od których miękną uda i twardnieją
piersi wnuczek, mam i babć. Idealny kochanek, mąż, zięć i przyszły
ojciec moich dzieci... Włoska stylowość jest w każdym jego geście i słowie, w każdym elemencie ubioru i uczesania.
Kiedy zatem samolot powoli wznosił się na wysokość przelotową po dosyć
kojącym starcie z Capodichino, Fulvio, delektując się swoimi fantazjami,
subtelnymi i słodkimi jak pralinka z Antwerpii, rozmyślał nad
najbardziej błyskotliwym gambitem na otwarcie znajomości z czarującą
towarzyszką podróży. Jego umysł z leniwą rozkoszą poszukiwał najlepiej
brzmiącej po włosku struktury werbalnej tworzącej wespół z neapolitańskim uśmiechem zabójczy koktajl, który, po pierwszej
degustacji, zmieni każdą w Niewolnicę zmysłów. Nie dane mu było jednak
zbudować i wprawić w ruch tego artefaktu męskiego magnetyzmu utkanego z ciała, duszy i setek lat wyrafinowanej kultury apenińskiej. Z rozkosznego odrętwienia wyrwał go nagle niski, nieco chropowaty głos
współtowarzyszki podróży. Głos ten dotarł najpierw do jego prawego ucha,
gdzie uruchomił galwanizujący dreszcz rozkoszy, który rozlał się po
mózgu, a następnie spłynął niczym gorąca lawa wzdłuż rdzenia kręgowego.
Głos ten łączył w sobie absolutne opanowanie i żelazną siłę woli ze
zniewalającą nagością kobiecej seksualności.
- Przepraszam bardzo, że panu przeszkadzam, ale podczas startu książka
spadła mi na podłogę i wpadła chyba pod pana fotel.
Fulvio odwrócił głowę w prawo i spojrzał na źródło tego dźwięku
wyartykułowanego w języku angielskim. Źródłem był nienarzucający się
uśmiech fuksjowych ust. Z dźwiękiem tym współgrał inny, rezonujący w tle: krótka seria kliknięć berberyjskich kolczyków błyskających srebrem
jak klinga kindżału wymierzonego w serce ofiary. Oba komponenty składały
się w harmonijną linię polifoniczną. Mózg Fulvia błyskawicznie
przestawił się z trybu "łowca" na tryb "adorowany Adonis".
- Ależ nie przeszkadza mi pani w ogóle, właśnie tak się składa, że
miałem w tej sekundzie zamiar dokonać lustracji przestrzeni pod moim
fotelem - jego słowa popłynęły z pieszczotliwą powolnością opakowaną
lekko zblazowanym, ale pełnym męskiego zainteresowania uśmiechem, w którym prym wiodły błękitne, uwodzicielskie oczy, dzielnie wspomagane
przez choreografię zmysłowych ust. W odpowiedzi z miejsca numer 4A dobył
się perlisty, niegłośny śmiech, któremu sekundowała minikakofonia
berberyjskiego srebra, na znak potwierdzenia, że kobiety rzeczywiście
cenią mężczyzn pełnych humoru, ze szczyptą autoironii...
Niczym Scaramuccia z commedii dell'arte Fulvio rzucił się teatralnym
gestem na podłogę airbusa A319, bacznym wzrokiem namierzył zgubę i -
wciąż w pozycji leżącej - podał ją uroczej właścicielce. Z jego twarzy
nie schodził chłopięcy uśmiech, magnetyzujący serca niewieście produkt
włoskiej sztuki uwodzenia. Jego wzrok od niechcenia przemknął po okładce
książki: Henry Kissinger, Dyplomacja. Szczelnie ukryty pod maską
uśmiechu, nie dał po sobie poznać zaskoczenia. Siadł z powrotem na
fotelu, zapiął pasy i przekręcił głowę w kierunku miejsca 4A.
Neapolitański, lekko błazeński uśmiech zastąpiło rzeczowe, pełne
skupionego respektu spojrzenie zdające się mówić: "Piękne miała ciało,
jeszcze piękniejszą duszę"5.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki