1.
Mona wiedziała, że Lennart będzie się opierał, ale kiedy już kupili tę uszczelkę do ekspresu do kawy i wracali wzdłuż Stengade, i tak zapytała:
- A może zajrzymy do młodej? Skoro i tak tędy przechodzimy.
Lennart się uśmiechnął.
- Wiedziałem, że to powiesz.
- Od dawna z nią nie rozmawialiśmy.
- Ale ona nie lubi niezapowiedzianych wizyt.
- No nie wiem. Do nas przychodzi, kiedykolwiek ma ochotę.
- To co innego.
- Niby dlaczego?
- Nie wiem, po prostu.
Było sobotnie przedpołudnie. Stengade wyglądała jak z pocztówki. Gdyby się odwrócić i spojrzeć na wschód, pomiędzy sylwetkami ludzi przemierzających skąpany w słońcu deptak można by dostrzec baszty Kronborgu, niebieski pasek Sundu i szwedzki brzeg zaledwie dwa kilometry dalej.
Byli już blisko jej bramy, więc Mona powiedziała:
- Lennart, daj spokój. Czy nie możemy wejść i się przywitać? Jesteśmy przecież dorosłymi ludźmi. Ona się ucieszy.
Lennart pokiwał głową.
- Niech ci będzie, ale jeśli wyjdzie niezręcznie, to od razu się zmywamy.
- Dlaczego miałoby wyjść niezręcznie?
Spojrzał na nią zza okularów przeciwsłonecznych.
- A pamiętasz, jak twoi rodzice zrobili nam niespodziankę, kiedy mieszkaliśmy przy Livj?gergade?
- To było co innego. Oni o tobie nie wiedzieli - to znaczy o nas.
- To prawda. Ale wyszło cholernie niezręcznie.
Mona przystanęła pod wejściem do bramy.
- Lennart, proszę cię. Chcę się tylko zobaczyć ze swoim skarbem.
- Oczywiście.
Weszli przez chłodną bramę na wewnętrzne podwórko. Nie był to najurokliwszy dziedziniec w mieście. Z dużego wentylatora włoskiej restauracji, do której wchodziło się od ulicy, po betonowym, zacienionym podwórzu roznosił się zapach jedzenia.
Tylna ściana kamienicy była żółta, a okna na wysokości parteru - matowe. Z boku widniały metalowe schody, jak w zabudowaniach przemysłowych.
- Jej rower tu stoi - powiedziała Mona, wskazując głową, gdy Lennart zaczął wchodzić po schodach. Stopnie brzęczały pod solidnymi podeszwami jego sportowych sandałów. Ruszyła za nim, ciesząc się w duchu, że ich dom w Hornb?k ma tylko jedną kondygnację.
Lennart wszedł na korytarz na pierwszym piętrze i przytrzymał jej drzwi.
- Kocie szczyny - zauważył.
Stanęła na wyślizganych deskach lakierowanej podłogi.
- To pewnie tej z naprzeciwka - powiedziała, ściszając głos. - Ursuli czy jak jej tam.
Lennart patrzył na nią wyczekująco. Stał przed drzwiami mieszkania Linnei i Mona doskonale wiedziała, że się z nią droczy, gdy ostentacyjnie zwlekał z zapukaniem, jakby liczył na to, że jeszcze zawrócą.
- Rany boskie, no zapukaj - powiedziała. - Albo jest w domu, albo jej nie ma.
Lennart zastukał. Stanowczo i z ojcowskim autorytetem. Puk. Puk, puk.
Zbliżył głowę do drzwi i nasłuchiwał. Na klatce schodowej było cicho i chłodno, tak że Mona zaczęła marznąć. A jeszcze przed chwilą na ulicy prawie się spociła.
- Linnea! - zawołał Lennart z ustami przy samych drzwiach. - To my, rodzice. Chcemy cię odwiedzić. Jesteś tam?
Nadal cisza. Nieruchoma, martwa cisza. Zamknięte drzwi zdawały się mówić: nikogo nie ma w domu. Mona spojrzała na odręcznie napisaną tabliczkę. "Tu mieszka Linnea Mogensen". Zdobiły ją małe zielone i czerwone kwiatki.
Lennart stwierdził:
- Mona, cholera, nie ma jej. Przyszliśmy na próżno.
Teraz Mona spróbowała zapukać. Bez skutku.
- Wyszła gdzieś. Później do niej zadzwonimy - powiedział Lennart i już szykował się do odejścia.
Mona wyjęła telefon i szybko wybrała numer.
- Po co czekać, od razu zadzwonię. Może śpi.
Lennart pokręcił głową.
- To ją obudzisz.
Zignorowała go, a w słuchawce usłyszała głos Linnei: "Cześć, tu Linnea. Zostaw wiadomość".
Mona się rozłączyła. Lennart patrzył na nią z uniesionymi brwiami.
Ostrożnie nacisnęła klamkę i drzwi się otworzyły.
- Mona - upomniał ją. - Nie możesz tak po prostu...
Mona zawołała w głąb mieszkania:
- Linnea? Jesteś tu?
- Mona - znów ją upomniał z korytarza.
Spojrzała na niego przez ramię.
- Jeśli wyszła, to przecież nie powinna zostawiać otwartych drzwi.
Weszła do środka, zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć.
Lennart został w drzwiach. Matka i córka. Nie powinien się w to mieszać. Nie był też jednak w stanie się temu jedynie przyglądać. Szanował prywatność Linnei. Tęsknił za nią niemal bez przerwy, ale żebranie o miłość nie leżało w jego naturze. Poza tym wmawiał sobie, że właśnie dlatego miał z córką tak dobre relacje, o które być może Mona czasem bywała zazdrosna, przez co dawała się Linnei wciągać w zagmatwane i prowadzące donikąd dyskusje.
Niech ją po prostu zostawi w spokoju.
Przyjdzie do nich, gdy będzie miała na to ochotę.
Ma swoje życie.
Zajrzał w głąb wąskiego korytarza. Na jego końcu widział kwadrat słonecznego światła na tkanym dywanie w małym saloniku Linnei.
- Mona? - powiedział półgłosem. - Mona?
Minęło kilka sekund, zanim się pojawiła w drzwiach drugiego, większego pokoju. Kurczowo trzymała się framugi.
- Co się stało? - spytał Lennart i zrobił kilka kroków w głąb mieszkania. - Mona?
Ale ona go nie słyszała. Szła w jego kierunku, przytrzymując się ściany. Patrzyła przed siebie nieruchomym wzrokiem i zanim zdążył do niej podbiec, nogi się pod nią ugięły. Uderzyła ciałem o ścianę i osunęła się na podłogę niczym worek ziemniaków.
Nachylił się nad nią i zawołał w głąb mieszkania:
- Linnea? Linnea, jesteś tu?
Lecz w mieszkaniu było zupełnie cicho. Tak cicho, że dochodziły go stłumione głosy z deptaka Stengade. Oddalonego o lata świetlne od miejsca, w którym się znaleźli.