Rozdział 1
Dziewczyna na wietrze bardziej się pochylała, niż szła. Ponuro ściskała pod pachą mokry pakunek z rybą z frytkami, chociaż wichura szarpała papier, usiłując rozwinąć paczkę i rozrzucić jej zawartość po nadmorskim bulwarze, żeby przywłaszczyły ją sobie mewy.
Kiedy przeszła przez ulicę z dłonią zaciśniętą w kieszeni na zgniecionej notatce, zerknęła przez ramię, wypatrując za sobą ciemnej postaci na długim, nieoświetlonym odcinku chodnika, ale nikogo tam nie było. W każdym razie nikogo nie zobaczyła.
Rzadko się zdarzało, by bulwar wyglądał na zupełnie opustoszały. Bary i kluby były otwarte do późna w nocy, a pijani mieszkańcy i turyści wylewali się z nich na żwirową plażę aż do świtu. Jednak tego wieczoru nawet najtwardsi imprezowicze nie zdecydowali się na wyjście i teraz, w ten deszczowy wtorek, pięć minut przed dwudziestą drugą, Hal miała całą promenadę dla siebie, a błyskające światło na molu pozostawało jedynym znakiem życia, jeśli nie liczyć mew nawołujących się i krążących ponad ciemnymi, niespokojnymi wodami kanału.
Krótkie, czarne włosy Hal wpadały jej do oczu, okulary miała zamglone, a usta spękane od soli niesionej morskim wiatrem. Jednak wepchnęła paczkę głębiej pod pachę i skręciła z bulwaru na jedną z wąskich uliczek między wysokimi, białymi domami, gdzie wiatr uderzył ją z taką siłą, że zachwiała się i prawie potknęła. Deszcz nie ustępował; wręcz przeciwnie, z dala od wiatru, gdy skręciła znowu w uliczkę Marine View Villas, zdawał się raczej padać bardziej równomiernie.
Nazwa ulicy kłamała. Zamiast willi z widokiem na morze stał tam niewielki rząd dość zniszczonych szeregowych domów, których farba łuszczyła się pod wpływem nieustannego działania słonego powietrza. Nie było widoku ani na morze, ani na nic innego. Może dawniej, kiedy stawiano te zabudowania. Ale od tamtej pory wyrosły wyższe, potężniejsze budynki, położone bliżej morza, i z okien Marine View Villas dostrzec można było wyłącznie ceglane ściany i łupkowe dachy - nawet z mieszkania Hal na poddaszu. Teraz jedyną zaletą życia ponad trzema piętrami wąskich, skrzypiących schodów był brak konieczności słuchania tupiących nad głową sąsiadów.
Jednak tego wieczoru sąsiadów najwyraźniej nie było w domu - i to już od jakiegoś czasu, jeśli wnosić po tym, że drzwi zahaczyły o stos reklamowych przesyłek na korytarzu. Hal musiała je mocno pchnąć, aż w końcu się poddały, a ona potknęła się w chłodzie i ciemności i po omacku wcisnęła włącznik światła. Nic się nie wydarzyło. Albo poszły korki, albo żarówka się przepaliła.
Zgarnęła ulotki w słabym świetle wpadającym z ulicy, starając się w ciemności odłożyć listy do innych mieszkańców, a potem zaczęła się wspinać do swojego mieszkania na poddaszu.
Na klatce schodowej nie było okien i kiedy minęła pierwsze piętro, panowała tam niemal zupełna ciemność. Ale Hal znała te schody na pamięć - poczynając od pękniętej deski na półpiętrze, kończąc na luźnym kawałku dywanu, który odstawał na samej górze, więc wspinała się po stopniach ostrożnie, marząc o kolacji i łóżku. Nie była już nawet pewna, czy jest jeszcze głodna, ale ryba z frytkami kosztowała pięć i pół funta, a liczba tych wszystkich rachunków, które ze sobą niosła, jasno wskazywała, że nie mogła sobie pozwolić na to, by pięć i pół funta trafiło do kosza.
Na samej górze pochyliła głowę, żeby nie nakapało na nią z okna dachowego, otworzyła drzwi wejściowe i w końcu znalazła się u siebie.
Jej mieszkanie było malutkie, składało się tylko z sypialni otwartej na dość szeroką przestrzeń, która służyła za kuchnię, salon i wszystko inne. Też było zniszczone, z łuszczącą się farbą i sfatygowanym dywanem oraz drewnianymi oknami, które jęczały i grzechotały, kiedy wiało od morza. Ale był to dom Hal przez całe jej dwadzieścia jeden lat życia i niezależnie od tego, jaka była zmarznięta i zmęczona, gdy przekraczała jego próg, zawsze poprawiał jej się humor.
Zatrzymała się w drzwiach, żeby zetrzeć słone krople z okularów, otarła je o wystrzępione kolano dżinsów, a potem rzuciła papier z rybą i frytkami na stolik kawowy.
Było bardzo zimno. Trzęsąc się, uklękła przed piecykiem gazowym, przytrzymała gałkę, aż się rozpalił, i wtedy ciepło zaczęło powracać do jej zgrabiałych, czerwonych dłoni. Potem rozwinęła wilgotną, ochlapaną deszczem papierową torbę, wdychając ostry zapach soli i octu, który wypełnił małe pomieszczenie.
Nadziała zwiotczałą, ciepłą frytkę na drewniany widelec i zaczęła segregować pocztę, odkładając do recyklingu ulotki z jedzeniem na wynos, a rachunki w stosik. Frytki były słone i ostre, a panierowana ryba nadal gorąca, ale Hal zaczęła odczuwać lekki dyskomfort żołądka, gdy kupka rachunków rosła coraz większa. Nie chodziło tylko o jej rozmiary, dziewczynę martwiły te oznaczone hasłem "OSTATECZNE WEZWANIE DO ZAPŁATY" - odsunęła rybę na bok, bo nagle poczuła mdłości.
Musiała zapłacić czynsz - to nie podlegało żadnym negocjacjom. I prąd też znajdował się wysoko na liście. Bez lodówki czy światła to maleńkie mieszkanko niezbyt nadawałoby się do życia. Jeśli chodzi o gaz... Cóż, kalendarz pokazywał listopad. Bez ogrzewania byłoby niekomfortowo, ale jakoś by przeżyła.
Właściwie to przewróciło jej się w żołądku dopiero na widok listu, który różnił się od oficjalnych rachunków. Tania koperta najwyraźniej została dostarczona osobiście, a z przodu widniał odręczny napis: "Harriet Westerway, mieszkanie na górze".
Nie było żadnego adresu nadawcy, ale Hal go nie potrzebowała. Przeczuwała, że wie, od kogo przyszedł.
Przełknęła frytkę, bo miała wrażenie, że utknęła jej w gardle, i ukryła tę kopertę na samym spodzie stosu rachunków, z narastającą chęcią schowania głowy w piasek. Gorąco pragnęła mieć możliwość przekazania tego całego problemu komuś starszemu, mądrzejszemu i silniejszemu, kto sobie z nim poradzi.
Ale nikogo takiego nie było. Od pewnego czasu. A poza tym Hal niestrudzenie i z uporem pielęgnowała w sobie odwagę. Może i była niska, drobna, blada oraz młoda - ale nie była już dzieckiem, za które często brali ją inni ludzie. Przestała być tym dzieckiem przed ponad trzema laty.
Odwaga zmusiła ją, żeby z powrotem sięgnąć po kopertę. Przygryzła wargę i rozerwała papier.
W środku znajdowała się tylko jedna kartka, a na niej zaledwie parę wydrukowanych zdań.
Szkoda, że cię nie zastaliśmy. Chcielibyśmy porozmawiać o twojej sytuacji finansowej. Będziemy dzwonić.
Hal skręciło się w żołądku i zaczęła szukać w kieszeni kartki, która pojawiła się u niej dziś po południu w pracy. Obie były takie same, jeśli pominąć zagniecenia oraz plamę z herbaty, którą wylała na pierwszą przy otwieraniu.
Ta wiadomość nie była dla Hal niczym nowym. Ignorowała podobne telefony i SMS-y od kilku miesięcy.
Jednak to przekaz kryjący się za tymi notkami sprawiał, że ręce jej się trzęsły, kiedy delikatnie układała je na stoliku kawowym, jedną obok drugiej.
Hal przywykła do czytania między wierszami, potrafiła zauważyć, że równie ważne jak to, co ludzie mówią, jest to, czego nie mówią.
To była na swój sposób jej praca. Ale tutaj niewypowiedziane słowa w ogóle nie wymagały rozszyfrowywania.
Wiemy, gdzie pracujesz, sugerowały.
Wiemy, gdzie mieszkasz.
I wrócimy.
Reszta poczty to były po prostu śmieci, więc Hal wrzuciła je do kosza na papiery, a potem usiadła ciężko na kanapie. Chwilę opierała głowę na rękach - starała się nie myśleć o swoim niestabilnym saldzie bankowym. Usłyszała głos matki, zupełnie jakby ta stała za nią, prawiąc jej kazanie na temat powtórek do egzaminów. "Hal, wiem, że jesteś zdenerwowana, ale musisz coś jeść! Jesteś za chuda!"
"Wiem" - odpowiedziała w myślach. Zawsze tak się działo, kiedy się czymś martwiła lub niepokoiła - najpierw traciła apetyt. Ale nie mogła sobie pozwolić na chorobę. Jeśli nie będzie w stanie pracować, nikt jej nie zapłaci. A przede wszystkim nie mogła sobie pozwolić na to, żeby zmarnować posiłek, nawet taki, który stygł i robił się coraz bardziej rozmiękły.
Ignorując ból gardła, zmusiła się do sięgnięcia po kolejną frytkę. Właśnie unosiła ją do ust, kiedy zauważyła coś w koszu do segregacji. Jakiś list w sztywnej białej kopercie, ręcznie zaadresowanej i wepchniętej do śmietnika razem z ulotkami restauracji z jedzeniem na wynos.
Hal włożyła tę frytkę do ust, oblizała palce z soli, a potem pochyliła się do kosza, żeby wyjąć kopertę spomiędzy starych papierów i puszek po zupie.
"Panna Harriet Westaway" - głosił napis. "Mieszkanie 3c, Marine View Villas, Brighton". Na adresie widniało trochę plam z tłuszczu oraz pozostałości śmieci z kosza.
Musiała ją tu wrzucić przypadkiem razem z pustymi kopertami. No cóż, to przynajmniej nie mógł być rachunek. List wyglądał bardziej na zaproszenie ślubne - chociaż mało prawdopodobne, że okazałby się właśnie tym. Hal nie mogła skojarzyć nikogo, kto brałby ślub.
Wsunęła kciuk w szparę z boku koperty i rozerwała ją.
Wyjęła z niej kartkę, która nie była zaproszeniem, tylko listem napisanym na grubym, drogim papierze, na górze znajdowała się nazwa kancelarii prawniczej. Żołądek Hal na chwilę zwinął się w supeł, bo otworzyło się przed nią morze przerażających możliwości. Czy ktoś pozywał ją za coś, co powiedziała podczas czytania? Albo - o Boże - coś z umową najmu. Pan Khan, właściciel, był po siedemdziesiątce i wyprzedał wszystkie pozostałe lokale jeden po drugim. Zatrzymał ten, w którym mieszkała Hal, głównie dlatego, że jej żałował i lubił jej matkę, była tego prawie pewna, ale to zawieszenie nie mogło trwać wiecznie. Pewnego dnia będzie potrzebował pieniędzy na dom opieki albo pokona go cukrzyca i jego dzieci będą musiały dokonać sprzedaży. Nieważne, że ściany łuszczyły się od wilgoci, a prąd wysiadał, jeśli włączyło się jednocześnie suszarkę do włosów i toster. Był to dom - jedyny dom, jaki znała. Gdyby ją wyrzucił, szanse, że znalazłaby inne miejsce w takiej cenie, nie były nikłe, były po prostu zerowe.
Albo może... Ale nie. Niemożliwe, żeby on poszedł do prawnika.
Drżały jej palce, kiedy rozkładała kartkę, kiedy jednak zerknęła na dane kontaktowe pod podpisem, zauważyła z ulgą, że nie była to kancelaria z Brighton. Adres prowadził do Penzance w Kornwalii.
Czyli nic związanego z mieszkaniem - dzięki Bogu. I zupełnie nieprawdopodobne, by był to niezadowolony klient, tak daleko od domu. Szczerze mówiąc, nie znała zupełnie nikogo w Penzance.
Przełknęła kolejną frytkę, rozłożyła list na stoliku kawowym, poprawiła okulary na nosie i zaczęła czytać.
Szanowna Pani Westaway!
Piszę zgodnie z wolą mojej klientki, a Pani babci, Hester Mary Westaway zamieszkałej w St. Piran, w posiadłości Trepassen.
Pani Westaway zmarła 22 listopada w swoim domu. Przypuszczam, że ta wiadomość może być dla Pani szokiem, proszę przyjąć moje szczere wyrazy współczucia.
Jako notariusz i wykonawca testamentu pani Westaway mam obowiązek skontaktować się z jej spadkobiercami. Z uwagi na znaczne rozmiary posiadłości konieczne będzie wystąpienie o uwierzytelnienie testamentu oraz wycenę nieruchomości na rzecz zobowiązań podatkowych od spadku, a jego wydatkowanie nie może nastąpić przed tymi czynnościami. Jednak gdyby w międzyczasie mogła mi Pani dostarczyć kopie dwóch dokumentów potwierdzających Pani tożsamość i miejsce zamieszkania (w załączniku lista dopuszczalnych rodzajów dokumentów), będę mógł rozpocząć pracę nad niezbędną dokumentacją.
Zgodnie z życzeniem Pani zmarłej babci mam poinformować spadkobierców o szczegółach jej pogrzebu. Odbędzie się on 1 grudnia o godzinie 16.00 w kościele w St. Piran. Są tu bardzo ograniczone możliwości zakwaterowania, dlatego członkowie rodziny zostali zaproszeni na nocleg w domu Trepassen, gdzie również odbędzie się stypa.
Proszę napisać do gosposi Pani zmarłej babci, jeśli będzie Pani chciała skorzystać z oferty noclegu, a ona zapewni Pani dostępny pokój.
Proszę jeszcze raz przyjąć moje wyrazy współczucia oraz zapewnienie, że zajmę się tą sprawą z najwyższą troską.
Z poważaniem
Robert Treswick
Treswick, Nantes & Dean
Penzance
Frytka wypadła z palców na udo Hal, ale ona ani drgnęła. Siedziała tylko i w kółko czytała krótki list, a potem sięgnęła po listę dopuszczalnych rodzajów dokumentów, jakby to miało coś rozjaśnić.
"Znaczne rozmiary posiadłości... spadkobiercy..." Hal zaburczało w brzuchu, niemal nieświadomie podniosła frytkę i zjadła ją, próbując pojąć sens słów, które widziała przed sobą.
Bo to nie miało sensu. Ani trochę. Dziadkowie Hal nie żyli od ponad dwudziestu lat.