ROZDZIAŁ 5
Telefon po raz kolejny zawibrował. Czuła to nawet przez ściankę leżącej przy jej nodze torebki. Otworzyła oczy i w końcu po niego sięgnęła. Znów kilkanaście nieodebranych. Większość od tej kobiety z wydawnictwa. Jeden był jednak z numeru, który wybrała, dzwoniąc po taksówkę.
- Dzwonili od pana z korporacji - powiedziała. - Czterdzieści minut temu. O co chodzi?
Niebieskie oczy znów na nią spojrzały ze wstecznego lusterka.
- Chyba zapomniałem im wysłać potwierdzenie, że panią odebrałem - wyjaśnił po chwili. - Zaraz to zrobię.
Stali w korku na Czerniakowskiej. Przed nimi migała wielka strzałka informująca o wyłączeniu jednego pasa ruchu.
- Nie ma pan taksometru. - Dopiero teraz zwróciła na to uwagę.
- Teraz nie trzeba - odparł. - Wszystko jest w aplikacji w komórce. - Uniósł do góry dość spory aparat.
Zamknęła z powrotem oczy. Gdy je ponownie otworzyła, mijali właśnie Wilanów. Jeszcze chwilę i trzeba będzie podjąć decyzję, co dalej.
Znów wibracja. SMS. Dotknęła ikonki na wyświetlaczu. Jej przyjaciółka, jeszcze z liceum, Ania:
"Co się dzieje? Wejdź na Pudelka". I link na dole.
Weszła na stronę serwisu plotkarskiego. Znów to poczuła. Ukłucie dumy. Po raz pierwszy zwrócili na nią uwagę.
"Czy to kolejna akcja promocyjna?" - przeczytała. "Policja w mieszkaniu znanej piosenkarki, Julii Gierszewskiej. Julia tydzień temu wydała nową płytę, lecz dziś nie pojawiła się podczas audycji radiowej, której miała być gościem. O co chodzi? Miejmy nadzieję, że to tylko niezbyt mądry pomysł agencji reklamowej".
Poczuła, jak oblewa ją zimny pot. To już? Tak szybko? Myślała, że będzie miała więcej czasu, zanim go znajdą. W ustach jej zaschło, nie mogła przełknąć śliny. Ręce zaczęły jej drżeć, potem przeniosło się to na całe ciało. Tak chyba właśnie wygląda atak paniki.
Musiał to zauważyć, bo spytał:
- Wszystko w porządku? Dobrze się pani czuje?
Spróbowała się opanować.
- Tak. Nie - odpowiedziała. - Czasami boję się jeździć samochodem - skłamała. - Miałam kiedyś wypadek, w dzieciństwie. Wysłał pan już to potwierdzenie do korporacji? - spytała.
- Tak.
- To niech pan więcej nie grzebie w komórce, dobrze? Proszę przez cały czas patrzeć na drogę.
- W porządku. - Uśmiechnął się. - Wiadomo, bezpieczeństwo przede wszystkim.
Telefon w jej dłoni znów zawibrował. Spojrzała na wyświetlacz. Dzwonił dziennikarz, który robił z nią wywiad parę dni temu. Po chwili odezwał się inny, z nim też się kiedyś zetknęła. Szlag by to trafił. Ile czasu minie, zanim te wszystkie dziennikarskie hieny dowiedzą się, co naprawdę zaszło? Nie miała złudzeń. W policji pewnie jest wielu takich, którzy chętnie sprzedadzą im tajemnice śledztwa. Już za chwilę jej twarz będzie we wszystkich gazetach, we wszystkich serwisach, na wszystkich portalach plotkarskich. Prawdziwa sława. Przyćmi największe gwiazdy show-biznesu. Człowiek, którego imienia postanowiła już nie wspominać, byłby zachwycony. Tym bardziej, że i jego zdjęcie i nazwisko wreszcie pojawi się w mediach.
To będzie jak list gończy. Najskuteczniejszy, bo pokazywany wszędzie, gdzie tylko się da. Nie tylko w kraju, lecz pewnie też i za granicą. "Znana piosenkarka z Polski oskarżona o zamordowanie menadżera". To "znana" jeszcze niedawno byłoby trochę na wyrost, teraz już zupełnie zasłużenie. Ależ to będzie smakowity news! Pewnie nawet w jakimś Ekwadorze nie oprą się, by go nie zamieścić.
Jej komórka wibrowała już niemal bez przerwy. Nawet nie patrzyła, kto dzwoni. Nagle uświadomiła sobie kolejną rzecz: telefon. Można dzięki niemu namierzyć, gdzie przebywa jego właściciel. Wszystkie seriale kryminalne, które oglądała, wałkowały ten aspekt do znudzenia. Triangulacja, tak to chyba się nazywa. Sprawdza się trzy najbliższe stacje przekaźnikowe, w których logował się dany numer, i na postawie tego określa jego przybliżone położenie.
Szybko, drżącymi palcami wyłączyła komórkę. Miała ochotę wyrzucić ją przez okno, lecz powstrzymała się. Musiałaby się potem tłumaczyć temu kierowcy. I tak obserwował ją niemal bez przerwy.
Chyba przywołała go myślami, bo znowu spojrzał na nią w lusterku i spytał:
- Dojeżdżamy do Konstancina, gdzie teraz?
Spojrzała przez okno. Gdzieś tam, po lewej stronie, była Wisła. Mogłaby kazać tam się zawieźć, gdzieś do Ciszycy albo Kępy Oborskiej, i rzucić się w jej nurt. To też byłby news, może nawet lepszy niż poprzedni. Sprzedaż jej nowej płyty wystrzeliłaby w kosmos. No i wieczyste miejsce w panteonie sław polskiej rozrywki gwarantowane. Nic tak nie buduje legendy, jak odpowiednio tragiczna śmierć. Może przebiłaby nawet Annę Jantar z tą jej banalną katastrofą lotniczą. Ona przecież nie zabiła dzień wcześniej męża.
- Halo, proszę pani! Gdzie mam jechać? - wyrwał ją z zamyślenia głos kierowcy.
- Do Zakopanego - odpowiedziała.
- Słucham? - Aż się odwrócił.
- Do Zakopanego - powtórzyła. - I proszę patrzeć na drogę. Ile będzie kosztował taki kurs?
Zobaczyła w lusterku wstecznym, jak zamrugał.
- Nie wiem, nie mam pojęcia - usłyszała. - Nigdy nie miałem podobnego zlecenia.
- Tak mniej więcej.
- Czy ja wiem... To z sześć godzin jazdy. I raczej nie dałbym rady wrócić tego samego dnia...
- Nocleg też panu opłacę, nie ma problemu.
Miała pieniądze. Człowiek, którego imienia postanowiła już nie wspominać, hołdował starym cinkciarskim nawykom. Zawsze miał w szufladzie sporą ilość gotówki, tym razem znalazła jej tam też wyjątkowo dużo i to pomimo tego, że przecież od dawna nie grali koncertów. Gdy się pakowała, zachowała na tyle przytomności umysłu, by wziąć ją ze sobą. Teraz ta forsa przyda się jak znalazł.
Widziała, że się wahał. Ta propozycja ewidentnie go zaskoczyła. Miał pewnie rodzinę, dzieci, inne plany. Niełatwo jest podjąć taką decyzję w kilka sekund.
Postanowiła mu to ułatwić.
- Możemy zrobić tak - zaczęła. - Zakończy pan oficjalnie kurs w Konstancinie i wyśle pan do korporacji zawiadomienie, że wraca pan do domu. A resztę trasy rozliczymy prywatnie. Co pan na to?
Takiego załatwiania spraw też nauczyła się od swojego byłego już menadżera.
- Brzmi ciekawie... - odparł z nieco mniejszą już rezerwą.
- To ile? - spytała ponownie.
- Tysiąc - rzucił w przednią szybę.
- Dwa tysiące - przebiła go. - Może być?
Lepiej, żeby mu zależało bardziej niż mniej.
- Pewnie, że może! - roześmiał się. - O, rany! Fajnie się z panią negocjuje.
- Tysiąc złotych dam panu teraz, resztę na miejscu, OK?
- Nie ma sprawy. - Uśmiechnął się szeroko. - A można spytać, co się stało? Ucieka pani przed kimś, czy co?
- Pokłóciłam się ze swoim menadżerem - odparła. Przynajmniej częściowo była to, zdaje się, prawda. - Muszę zniknąć na parę dni, przemyśleć wszystko. To całe zamieszanie ostatnio trochę mnie przytłacza.
- Jasne. - Pokiwał ze zrozumieniem głową. - Sława! Nam, zwykłym ludziom, wydaje się, że to tylko kawior i szampan, a tak naprawdę pewnie nie jest lekko, co?
- Dokładnie - przytaknęła skwapliwie. - Tylko niech pan wyłączy telefon. Jak pan już zakończy kurs oczywiście.
- Dlaczego? - zdziwił się.
- Będzie pewnie próbował mnie odnaleźć. Dotrze do pana przez korporację. Nie zna pan go, gotów nawet zawiadomić policję.
- OK, wyłączę - zgodził się. - Ale mi się trafiła przygoda! A to miał być taki zwyczajny dzień.
Tak, pomyślała. To faktycznie miał być zupełnie zwyczajny dzień.
- A nie woli pani do Sopotu? - ożywił się nagle. - Lepsza droga, no i pogoda nad morzem może być jeszcze całkiem fajna.
Pan taksówkarz chyba jednak nieco za bardzo się zaangażował.
- Nie, Zakopane - ucięła temat.
Jeśli miała gdzieś jechać, to właśnie tam.