Śmierć na śniegu - Ross Greenwood

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 6
Detektyw Barton
Barton usiadł obok niego i cierpliwie czekał. Kiedyś świetnie się dogadywali i często razem się śmiali. Żartowali nawet, że są dinozaurami, choć sam Barton był dopiero po czterdziestce. Awans na sierżanta dostali w tym samym czasie, a gdy Barton został później inspektorem, Zander naprawdę się z tego ucieszył. Na wspomnienie, jak z biegiem miesięcy coraz rzadziej go odwiedzał podczas jego nieobecności w pracy, Bartona ukłuło poczucie winy. Wszyscy byli przekonani, że Zander już nigdy nie wróci do służby. A jednak wrócił. A to wymagało ogromnej siły.
Ich spojrzenia się spotkały i Barton dostrzegł na twarzy kolegi zmęczony uśmiech. Wskazał palcami na jego kolana.
-?Odsuń się od misia.
Po chwili Zander wsunął palce pod brodę pluszaka i odparł:
-?Załatw mi śmigłowiec i milion funtów, bo Paddington dostanie kulkę. I chcę jeszcze Kylie Minogue, ubraną tak, jakby zaraz miała zatańczyć kankana.
Barton uśmiechnął się szeroko. To była ich stara gra, więc uznał, że z przyjacielem chyba nie jest aż tak źle.
-?Wszystko w porządku? -?zapytał.
-?Tak. Zauważyłem, że poprzedni sąsiad wchodzi do tamtego domu. Myślałem, że się wprowadza z powrotem.
-?Cholera. Chyba nie?
Barton podejrzewał, że sam miałby ochotę zabić człowieka odpowiedzialnego za śmierć jego dziecka. Zander miał tylko jednego syna, co musiało czynić tę stratę jeszcze bardziej bolesną. Czasami obecność drugiego dziecka pomagała rodzinie przetrwać i przypominała rodzicom, że wciąż mają dla kogo żyć.
-?Nie. Zabierał ostatnie swoje rzeczy. Wyszedłem do niego i uścisnąłem mu dłoń.
-?Co?
-?To nie była jego wina. Wynajmował ten dom, więc odpowiedzialność spoczywała na właścicielu. Wynajmujący miał aktualny, jedenastomiesięczny certyfikat bezpieczeństwa, więc formalnie wszystko było w porządku. Czujniki tlenku węgla są obowiązkowe tylko tam, gdzie pali się paliwem stałym, a nie gazem. To był po prostu tragiczny wypadek. Dopiero po rozmowie z nim żałoba znowu mnie dopadła. Mam numer telefonu do ludzi, z którymi mogę porozmawiać, ale nie mogłem się dodzwonić, więc zadzwoniłem do ciebie. A potem przypomniałem sobie o misiu pamięci.
Uśmiechnął się lekko, widząc konsternację na twarzy Bartona.
-?Wysyłasz do pewnej firmy ubrania zmarłej osoby, a oni szyją z nich pluszowego misia.
Barton otworzył usta ze zdumienia.
-?Właśnie tak zareagowałem. Makabryczne, prawda? To był pomysł Diany. Na początku nie mogłem nawet na niego patrzeć. Uciekałem przed bólem, ale przez to wcale nie było mi lepiej. Teraz, kiedy trzymam tego misia, wiem, że dam radę żyć dalej. Gdy go widzę, przypominam sobie syna. Nadal bywam smutny, ale ten rozdzierający ból, który nie pozwalał mi wstać z łóżka, już minął. Jest przede mną jakaś przyszłość. I ja będę jej częścią.
-?W pewnym sensie to ma sens -?powiedział Barton, choć przemowa zabrzmiała, jakby Zander wielokrotnie układał ją sobie w głowie. - Czyli... nie zamierzasz... no wiesz... dlatego do mnie zadzwoniłeś?
-?Nie. Naprawdę przepraszam. Żałoba wraca falami. Diana wyprowadziła się jakiś czas temu, a potem jeszcze ten sąsiad... Po prostu miałem kilka bardzo ciężkich minut. Nikomu o tym nie mów. Potrzebowałem kogoś, kto mnie wysłucha, a ty zawsze potrafisz to zrobić. Wiedziałem, że przyjedziesz. Powrót do pracy też mi pomaga. Potrzebuję tego.
Biedny człowiek, pomyślał Barton. Wiedział, że większość związków rozpada się po śmierci dziecka, i małżeństwo Zandera nie było wyjątkiem. Żadne słowa nie mogły tego naprawić. Doświadczenie nauczyło go, że czasem wystarczy po prostu być obok i wysłuchać.
-?Może wyjdziemy stąd i zjemy śniadanie?
-?Nie mam ochoty przebywać między ludźmi.
-?To może McDrive? Podobno jestem na diecie, więc będzie smakować jak ambrozja.
-?Sam nie wiem...
-?No chodź. Ja stawiam.
Zander w końcu ustąpił i podniósł się z kanapy. Starł łzę z policzka i pociągnął nosem.
Żona Bartona, Holly, zawsze powtarzała, że kiedy człowiekowi jest naprawdę źle, najbardziej potrzebuje niedźwiedziego uścisku Bartona. Na nią działał. Na dzieci również. Coś podpowiedziało mu, żeby teraz też spróbować. Podszedł do Zandera i objął go swoimi potężnymi ramionami. Trwali tak przez dobre trzydzieści sekund, aż w końcu Zander delikatnie się odsunął. Skinął głową, ścisnął Bartona za ramię, wciąż unikając jego spojrzenia.
-?Dzięki -?powiedział cicho.
-?Chodźmy.
-?I nikomu ani słowa o misiu, dobrze?
-?Oczywiście.
Zander przechylił głowę i dodał:
-?A już na pewno ani słowa o tym uścisku.
Rozdział 7
Śnieżny Zabójca
Zegar tyka, odmierzając czas, a ja nie odrywam wzroku od telefonu. Lekarz powiedział, że zadzwoni dziś rano. Dochodzi dziewiąta, więc powinien odezwać się lada chwila. Nie spodziewam się dobrych wiadomości, chociaż tabletki, które mi przepisał, pomagają. Chciał, żebym przyszedł do przychodni po wyniki, ale odparłem, że wolałbym nie tłuc się autobusem.
Włączam telewizor i trafiam na końcówkę wiadomości. Dziś wszędzie tylko przestępstwa. Dobrych informacji jest jak na lekarstwo. Wiatr świszczący za oknami wywołuje u mnie dreszcz, choć kaloryfery grzeją pełną mocą. Okna mają podwójne szyby, ale montowałem je dwadzieścia lat temu. Nic nie trwa wiecznie.
Moje zdrowie coraz bardziej się pogarsza i coraz rzadziej wychodzę z domu. Przeszłość staje się zaskakująco wyraźna, podczas gdy teraźniejszość coraz częściej mi umyka. Lekarz wspomniał, że mam szczęście, iż tak długo utrzymywałem dobrą formę. Nie przestałem wykonywać ćwiczeń, których nauczył mnie Ronnie, i przez większość dni czuję się równie silny jak wtedy. To miało spowolnić postęp choroby i dłużej zachować sprawność umysłu. Dzwonek telefonu wyrywa mnie z zamyślenia i biorę głęboki oddech.
Skupiam się na brzmieniu głosu lekarza, próbując wyczytać z niego wiadomość, zanim ją wypowie. Najpierw pyta o tabletki i o to, czy przynoszą poprawę. Z nadzieją potwierdzam, że tak, i wtedy słyszę ciche, lecz wyraźne westchnienie. Najwyraźniej to potwierdza jego przypuszczenia. Skoro leki pomagają, oznacza to, że jego diagnoza była trafna. W połączeniu z pozostałymi objawami świadczy to o najgorszym. Zadaję jeszcze kilka pytań, dziękuję i kończę rozmowę.
Choć w moim przypadku słowo "zabije" nie jest do końca trafne. To coś nie zadaje śmiertelnego ciosu, lecz powoli cię niszczy, dopóki nie wykończy cię coś innego. Od dziś moje dni będą wyglądały inaczej. Cień postępującej choroby przyćmi każdy kolejny świt.
Raczej nie stanę się jednym z tych ludzi, którzy cieszą się świadomością zbliżającego się końca i dzięki temu potrafią docenić każdą cenną sekundę. Niewiele rzeczy sprawia mi dziś przyjemność. Najsilniejszym uczuciem, jakie odczuwam, jest żal. Co zrobiłem ze swoim życiem? Niewiele. Pod wieloma względami unikałem życia. Mogłem założyć rodzinę, mieć dzieci. Nigdy nie stworzyłem domu z kimś, kogo kochałem.
Być może najgorsze jest jednak to, że dostajesz tak straszną wiadomość i nie masz komu o niej powiedzieć. Wzruszam ramionami. Dzielenie się z innymi nigdy nie leżało w mojej naturze. Ciężary są po to, żeby je dźwigać. Niemal od razu postanawiam, że nie pozwolę naturze działać swoim biegiem. Widziałem już, jak wygląda powolny koniec, i nie jest mi on pisany. Paradoksalnie czuję też pewną ulgę. Od dawna wiedziałem, że coś jest nie tak.
Zapalam światło w salonie, choć jest dzień. Nadeszły ciemne zimowe wieczory i ciche poranki. A to akurat dobra wiadomość. Zima od zawsze była moją ulubioną porą roku. Przychodzi mi do głowy, że może okaże się ostatnią, jaką przeżyję. Nie wiadomo, jak szybko będzie postępowała choroba. Mogą minąć jeszcze lata -?odparł lekarz z pogodnym optymizmem, gdy o to zapytałem. Ten zapał wyraźnie przygasł, kiedy dopytałem, ile czasu minie, zanim złe dni zaczną przeważać nad dobrymi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Miałem chyba dziesięć lat, kiedy po raz pierwszy posprzątałem jego narkotykowe akcesoria. Bałem się, że moja malutka siostra mogłaby się na to natknąć, raczkując po podłodze. Nazywaliśmy ją Special -?co stanowiło grę słów z imieniem Michelle -?bo kryła w sobie nieprzeniknioną tajemnicę. Dla nas "Special" było czułym przezwiskiem; zabawne, że dziś mogłoby zostać uznane za obelgę. Nigdy nie wypowiedziała ani jednego słowa; wydawała się raczej ucieleśnieniem spokoju niż istotą z krwi i kości. Ale wystarczyło dać jej kredkę albo ołówek i kartkę papieru, a jej uśmiech rozświetlał cały pokój.
O nałogu ojca wiedziałem po jego huśtawkach nastrojów albo po tym, ile czasu spędzał w łóżku. Tuż przed naszą ucieczką z Londynu, kilka lat wcześniej, folii aluminiowej i igieł zaczęło przybywać w zastraszającym tempie. Płakałem, bo zarówno ojciec, jak i matka zostawiali po sobie ślady uzależnienia.
Pod wieloma względami moja matka była równie nieskomplikowana jak Special. Zdominowana przez ojca, robiła wszystko, co jej kazał, choć to ona miała więcej zdrowego rozsądku. To, że w końcu przyłączyła się do niego i zaczęła brać heroinę, było nieuniknione.
Do tamtej nocy, która zmieniła wszystko, jeździliśmy na wakacje i jadaliśmy w restauracjach. Nie miałem pojęcia, skąd pochodziły pieniądze, bo nie wiedziałem, czym zajmuje się mój ojciec.
Wieczorem, kiedy uciekliśmy z Londynu, o dwudziestej drugiej spakowaliśmy walizki i wsiedliśmy do ostatniego pociągu do Peterborough. Na miejscu byliśmy około drugiej nad ranem. Pamiętam, jak promieniałem z radości na widok rodziców, zwłaszcza gdy pierwszą noc spędziliśmy w ogromnym hotelu. Niedaleko mieszkał brat mojej mamy, Ronnie. Kiedy w końcu go odnaleźliśmy, pomógł nam wprowadzić się do wiejskiego domku w hrabstwie Lincolnshire, który z oczywistych powodów był tani. Parterowy budynek miał pięć pomieszczeń i ani jednych wewnętrznych drzwi. Z każdego miejsca było słychać wszystko -?nawet to, co działo się w toalecie.
Sześć miesięcy po przeprowadzce leżałem w wilgotnym łóżku, czując na karku ciepły oddech siostry, gdy usłyszałem, jak ojciec mimochodem powiedział, że zastrzelił niewłaściwego człowieka. Bardziej od samego wyznania zszokowało mnie to, że moja matka wcale nie była zdziwiona.
Życie toczyło się dalej. Rodzice nadal uciekali od rzeczywistości. Jedliśmy głównie kanapki. Lincolnshire leży zaledwie dwie godziny drogi na północ od Londynu, ale po zgiełku stolicy wydawało się krańcem świata. Codziennie, idąc do szkoły, pokonywałem pieszo trzy mile. Special zostawała w domu, gdzie malowała i rysowała. Mama potem sprzedawała jej prace. Przedstawiała ludzi i zwierzęta w dziecięcy sposób, ale obrazy miały w sobie coś, co przyciągało ludzi -?oczy namalowanych postaci prześladowały każdego, kto na nie patrzył.
Pewnej mroźnej nocy moja siostra i ja tuliliśmy się do siebie w łóżku, słuchając kolejnej kłótni dobiegającej z salonu. Mieliśmy własne łóżka, ale sypialiśmy osobno tylko w upalne letnie miesiące. W wieku sześciu lat nie zajmowała wiele miejsca.
-?Co zrobiłeś?! -?krzyknęła moja matka.
-?Nadarzyła się okazja -?odparł ojciec.
-?O czym ty myślałeś?
-?Nie mieliśmy pieniędzy. Potrzebowaliśmy ich.
-?Tym, co zrobiłeś, naraziłeś naszą rodzinę na niebezpieczeństwo. Oni nas znajdą.
-?Nie będą podejrzewać, że to ja to zabrałem.
Mogłem mieć zaledwie piętnaście lat, ale miałem oczy i uszy. Moi rodzice bez przerwy rozmawiali o pieniądzach i narkotykach. W tamtym czasie tylko to ich interesowało. A jednak, mimo ich problemów, nie pamiętam, żebym był nieszczęśliwy. Zwyczajne życie po prostu nie było dla nich.
Głos matki przeszedł w głośny, pełen niepokoju szept.
-?A jeśli przyjdą po te pieniądze? Dzieci są tutaj.
-?Ich nie skrzywdzą -?powiedział ojciec.
Czyjaś dłoń z hukiem uderzyła w kuchenny stół.
-?Musimy wyjechać.
-?Jest trzecia nad ranem i pada śnieg. Nikt nie będzie nas teraz szukał. Poza tym dokąd mielibyśmy jechać?
-?Jesteśmy bogaci! Możemy zatrzymać się, gdzie tylko chcemy.
Ku mojemu zdziwieniu oboje wybuchnęli śmiechem. Chyba właśnie dlatego się kochali. Byli szaleni w dokładnie ten sam sposób.
To były lata sześćdziesiąte -?zupełnie inne czasy. Nie każdy mieszkał w zasięgu hałasu ruchliwej drogi. Właściwie niewielu ludzi miało własny samochód. Jeśli kiedykolwiek mieszkaliście głęboko na wsi, wiecie, jak ciche potrafią być długie noce. Dlatego ma sens, że tamtej nocy usłyszałem nadjeżdżający pojazd na długo, zanim dotarł do naszego domu. Miarowe pyrkotanie silnika, które stopniowo stawało się coraz głośniejsze, brzmiało zbyt równo, by należało do starego furgonu mojego wuja. Zresztą dobre wiadomości nie przyjeżdżają w środku nocy.
Mama zrozumiała to natychmiast, a jej krzyk wypełnił cały domek.
-?Zbierz kurtki i buty dla wszystkich. Ja zajmę się dziećmi. Ruszaj się!
Sypialiśmy niemal w pełnym ubraniu z powodu nieszczelnych okien i braku centralnego ogrzewania. Ciepło z kominka nie docierało do sypialni. W kilka sekund wciągnąłem buty, a na ciepłe stopy Special wsunąłem jej małe czerwone kalosze. Nawet o tej porze nocy mama miała pełny makijaż, ale jej uroda nie była w stanie ukryć dzikiego spojrzenia ani drżącej szczęki. Popędziła nas do tylnych drzwi, przy których wisiały nasze kurtki.
Wyciągnąłem ręce do ojca.
-?Chodź, tato. Proszę, chodźmy.
Ojciec wyjrzał przez okno. Sądząc po odgłosie pracującego na biegu jałowym silnika, już przyjechali. Potem zapadła ciężka cisza. Spojrzał ponad moją głową na mamę.
-?Zostanę i z nimi porozmawiam. Ty zabierz dzieci w bezpieczne miejsce.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, w jak wielkim jesteśmy niebezpieczeństwie. Wyraz ponurej zgody i rezygnacji na twarzy ojca powiedział mi wszystko. Chwyciłem go za nadgarstek i odciągnąłem od okna.
-?Proszę, tato!
-?Idź. Nie martw się o mnie. Spotkamy się u wujka Ronniego.
Zmarszczyłem brwi. Gdyby naprawdę wszystko miało być w porządku, nie musielibyśmy jechać do wujka. Głośne, mocne pukanie do frontowych drzwi wyrwało nas z odrętwienia i razem z mamą oraz siostrą wybiegliśmy tylnym wyjściem.
Zatrzymaliśmy się z boku domu. Nawet chmury zdawały się wstrzymywać oddech. Kilkucentymetrowa warstwa śniegu rzucała upiorną poświatę na pola. Wyjrzałem zza rogu i rozpoznałem trzech mężczyzn: chudego, grubego i takiego z dziwnie wystającymi zębami. Bywali u nas już wiele razy. Tego ostatniego po cichu nazywałem Goofym. Sposób, w jaki patrzył na Special, przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Gdy tylko przychodzili, a nie była jeszcze pora spania, zawsze zabierałem ją do naszego pokoju. Pozostałych dwóch nazywałem Laurelem i Hardym, ze względu na ich zupełnie różną posturę.
Może jednak wszystko skończy się dobrze. Choć odnosili się do ojca z wyższością, uważałem ich za jego znajomych. Żartowali, że wszyscy pracują w tej samej branży. Frontowe drzwi się otworzyły. Ogień w kominku dawno wygasł, nie było prądu, więc wnętrze domu tonęło w nieprzeniknionej ciemności. Z tej ciemności wyłoniła się wyciągnięta dłoń ojca trzymająca kopertę.
Nagle błysnęło. Zaraz potem rozległ się ogłuszający, przerażający huk. Przez ułamek sekundy ojciec wyglądał jak uchwycony na fotografii. Przerażeni jak spłoszone króliki wypadliśmy z kryjówki. Głupio, naprawdę. Domek stał przy prostej drodze. Przez wiele kilometrów nie było żadnego innego domu. Pobiegliśmy gęsiego zaśnieżoną drogą w stronę lasu. Kiedy biegnie się w ten sposób, trzymając się za ręce, można poruszać się tylko tak szybko, jak najwolniejsza osoba. Małe kalosze Special ślizgały się po śniegu. Rzadko wychodziła z domu.
Pierwsze drzewa, jedyna możliwa osłona, wciąż były daleko. Obejrzałem się przez ramię, wiedząc, że jeśli ruszą za nami, nie mamy najmniejszych szans. Stali nieruchomo pośrodku drogi, ramię w ramię. Co dziwne, jak na taką pogodę, wszyscy mieli na sobie podobne niebieskie garnitury. Każdy trzymał uniesioną rękę. Byli jedyną plamą koloru na białym tle i widziałem ich tak wyraźnie, jakby był dzień. Byliśmy łatwym celem. Tym razem wokół nas rozległa się cała seria wystrzałów.
Jakimś cudem nadal biegliśmy. Coś świsnęło tuż przy moim prawym uchu niczym strzał z bata. Jedynym widocznym skutkiem gradu kul wydawała się samotna wrona, która poderwała się do lotu tuż przed nami. Potem mama się potknęła. Zacisnęła zęby, podniosła się i splunęła na śnieg. Wbiła wzrok w odległą linię drzew i ruszyliśmy dalej. Usłyszałem śmiech mężczyzn. Za nami ponownie rozległa się seria wystrzałów, a mama runęła twarzą w śnieg z głuchym, przerażającym łoskotem.
Przykucnąłem i odgarnąłem z jej policzka włosy sklejone krwią. Z ust płynęła jej krew. Śnieg natychmiast ją pochłaniał, choć wypływała szerokim strumieniem. Jej wzrok stracił ostrość, a ostatkiem sił wyszeptała:
-?Uciekaj.
Usłyszałem coraz bliższy chrzęst ich butów na śniegu. Zarzuciłem sobie Special na plecy. Uwielbiała to -?zabawę w konika. Ważyła tyle co nic, ale trzymała się jak najlepszy dżokej. Ruszyłem znacznie szybciej; strach dodał moim nogom siły i szybkości. Dopadłem do lasu i wpadłem między drzewa. Gałęzie szeleściły i smagały mnie po twarzy. Jednak tylko przy samym skraju rosły gęste iglaki, dalej stały już jedynie nagie pnie. Modliłem się, żeby nasi prześladowcy dali za wygraną, jeśli tylko zdołam zwiększyć dystans.
Nie był to jednak prawdziwy las i wkrótce dotarłem do jego końca. Przede mną rozciągała się ogromna biała przestrzeń. Głosy za plecami rozbrzmiewały coraz głośniej i były coraz bliżej. Czułem przy uchu miękki, spokojny oddech Special. Tylko tego się trzymałem. Ona niczego nie rozumiała. Nie miałem wyboru i wybiegłem na zaśnieżone pole. Pod warstwą śniegu kryła się nierówna, poorana koleinami ziemia, która odbierała mi równowagę. Udało mi się przebiec może dwadzieścia ciężkich kroków, kiedy znów usłyszałem ich śmiech.
Po kolejnej serii wystrzałów uścisk Special osłabł. Chwyciłem jej drobne ramiona, żeby nie zsunęła mi się z pleców. Następny huk rozdarł ciszę, a przenikający ból przeszył moje prawe udo. Zrobiłem jeszcze kilka chwiejnych kroków, po czym noga się pode mną ugięła. Upadłem na bok, a Special stoczyła się ze mnie. Patrzyła na mnie. Nie była smutna ani przestraszona. Na jej twarzy malowała się jedynie dobroć. Special przez całe życie nie wypowiedziała ani jednego słowa. Ale tamtej nocy spróbowała.
-?Przepraszam -?powiedziała bezgłośnie, poruszając tylko ustami. A potem zgasło światło w jej oczach. Moja piękna siostra odeszła. Moja siostra, która przytulała najpiękniej na świecie.
Kilka sekund później w polu mojego widzenia pojawił się mężczyzna. To był Goofy. Schylił się i wyciągnął rękę w stronę szyi Special. Nie chciałem, żeby jej dotykał. Przez moje ciało przeszła fala energii i odepchnąłem się rękami od ziemi. Próbowałem wstać, ale rozrywający ból w nodze odebrał mi siły i runąłem z powrotem na śnieg.
Morderca wzruszył ramionami i odsunął dłoń od szyi Special. Z jego palców ściekała krew. Przesunął wyschniętym językiem po swoich krzywych zębach, po czym wsunął zakrwawiony palec do ust. Żałował, że umarła, ale tylko dlatego, że nie mógł już jej wykorzystać.
Skądś z oddali dobiegł rozkaz:
-?Wykończ ich.
Goofy pochylił się nade mną. Poczułem zapach whisky, tej samej, którą pił mój ojciec, kiedy nie mógł zdobyć tego, czego naprawdę potrzebował. Zmrużył oczy. W szkole często wołali na mnie "Junior". Kilka piegów pod czujnym spojrzeniem zielonych oczu sprawiało, że wyglądałem młodziej, niż byłem w rzeczywistości. Rodzice nie wydawali już pieniędzy na fryzjera, a mama nie potrafiła strzyc. Jeden z chłopaków z klasy nazywał mnie Oliverem Twistem. Być może to właśnie moja niewinność sprawiła, że Goofy zawahał się przez chwilę.
Zmarszczki między jego brwiami pogłębiły się, a mięsień na policzku zadrżał. Śnieg znów zaczął padać, wirując za jego plecami. Może przez moment się wahał, ale w głębi serca pozostał bezwzględny. Patrzyłem mu prosto w oczy, gdy odsunął się do tyłu. Nie odrywałem od niego wzroku, błagając o litość, aż w końcu ujrzałem skierowaną we mnie lufę pistoletu.
Kolejny wystrzał i błysk dotarły do mnie jakby stłumione, jak gdyby pogoda wzięła na siebie siłę uderzenia. A potem zapadła ciemność.
Zostawili nas na tym ponurym polu, pośród zimowej pustki, nie oglądając się za siebie. Przez wiele tygodni gazety rozpisywały się o tej zbrodni. Nazwano ją zabójstwami na śniegu.
Weterynarz jadący o świcie do pobliskiego gospodarstwa znalazł mnie całego we krwi, leżącego pośrodku drogi. Byłem niedaleko od miejsca, w którym odnaleziono moją matkę, od miejsca, gdzie leżała moja siostra. Zacisnąłem pasek wokół zranionej nogi i czołgałem się, ciągnąc za sobą Special, nawet wtedy, gdy nie było już dla niej żadnej nadziei. Pijany Goofy celował mi w twarz, ale jego chwiejna ręka sprawiła, że kula trafiła w czubek mojej głowy. Mocna kość czaszki pękła, lecz jednocześnie odbiła pocisk, dzięki czemu skończyło się jedynie na wyjątkowo ciężkim wstrząśnieniu mózgu.
Mówili, że powinienem czuć się szczęściarzem, bo przeżyłem, ale trudno tak się czuć, kiedy zostaje się samemu na świecie. Lekarze wspominali o możliwości urazowego uszkodzenia mózgu, choć mieli nadzieję, że nie pozostawi ono trwałych następstw. Tak czy inaczej, już nigdy nie miałem być taki sam. I nie sądzę, by było w tym coś zaskakującego. Wszelka nadzieja na normalną przyszłość umarła tamtego dnia, na tym polu.
Usunięto kulę z mojego uda, a noga zagoiła się bez problemów. Wyleczenie umysłu było zupełnie inną sprawą. Posiniaczony i poraniony odpłynął gdzieś daleko, pozostawiając po sobie pustą skorupę człowieka, który prawie na nic nie reagował.
Próbowałem rozmawiać z policją. Jąkałem się, opowiadając o trzech mężczyznach, ale za każdym razem, gdy próbowałem opisać morderstwa, kończyło się to płaczem i dławiącym mnie szlochem. Funkcjonariusze wymieniali między sobą znaczące spojrzenia i kiwali głowami. Zakładałem, że zrobią swoje i złapią zabójców. Po każdej ich wizycie przez resztę dnia byłem jednak kompletnie roztrzęsiony, a o wujku Ronniem zupełnie zapomniałem.
Jako mój jedyny żyjący krewny został moim prawnym opiekunem. Przyjechał tydzień po śmierci mamy i Special. Powiedział, że przypadkiem usłyszał, jak ktoś rozmawia o strzelaninie. Miał szczęście, bo nie czytywał gazet. Kiedy dotarł do domku, przed wejściem wciąż stał policyjny radiowóz. Policjanci uznali go za człowieka czujnego i unikającego jasnych odpowiedzi, ale nie był podejrzany, więc wkrótce dali mu spokój. Po oględzinach miejsc zbrodni ustalili już dokładny przebieg wydarzeń i byłem przekonany, że mają swoich podejrzanych.
Moje krzyki zrujnowały pogrzeb, na którym i tak pojawiło się zaledwie kilka osób. Właściwie więcej było policjantów i gapiów niż żałobników. Zastanawiałem się, kto opłacił trzy rodzinne groby ustawione w jednym rzędzie, dopóki nie zauważyłem dyskretnego spojrzenia, jakie pastor posłał mojemu wujkowi. Pogrzeb odbył się w kościele w Orton Longueville, w Peterborough. Zapytałem, dlaczego właśnie tam, a Ronnie odparł, że kiedyś uratował pastorowi życie. Nic więcej nie wyjaśnił.
Po trzech tygodniach, podczas których mój stan psychiczny niemal się nie poprawił, zdołałem opisać policji człowieka, którego nazywałem Goofym. Ronnie był obecny przez całą rozmowę. Kiedy wyszli, cmoknął z dezaprobatą i pokręcił głową. Powiedział tylko:
-?Nic z tego.
Następnego dnia przyszedł ponownie i oznajmił pielęgniarkom, że chce zabrać mnie na spacer. Stwierdził, że świeże powietrze dobrze mi zrobi i pomoże mi się otrząsnąć. Pożyczył wózek inwalidzki i zawiózł mnie do swojego samochodu. Do szpitala już nigdy nie wróciłem i więcej nie zobaczyłem żadnych przedstawicieli władz.
Okazało się, że Ronnie żył całkowicie poza systemem. Był ekscentrykiem i dziwakiem prowadzącym samotne życie, wolne od zasad. Mieszkał w przyczepie kempingowej ciągniętej przez swojego starego vana i miał pięć miejsc, w których rozbijał się kolejno na mniej więcej miesiąc. Później powiedział mi, że tylko dzięki temu mama zdołała go odnaleźć - odwiedzała po kolei każde z tych miejsc. Niektórzy uważali go za włóczęgę, ale on twierdził, że po prostu nie chce żyć wśród ludzi.
Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość -?przygarnął mnie. Początkowo ciasna przyczepa bardzo mnie przytłaczała. Choć posiadał niewiele, na ścianach wisiały stare fotografie. Zdjął je, kiedy powiedziałem, że mnie przerażają. Ja nie miałem nic. Ronnie zapytał, czy chcę wrócić do szkoły. Uśmiechnął się, gdy odpowiedziałem:
-?Nie, dziękuję.
W pierwszych miesiącach często znikał. Gdy pytałem, dokąd idzie, odpowiadał tylko:
-?Załatwiam pewne sprawy.
Ronniego najlepiej określało powiedzenie: "syn kłusownika". Ojciec nauczył go wszystkiego, co sam umiał, ale Ronnie nie kradł wyłącznie zwierząt. Praktycznie wszystko, co nie było przybite na stałe, uważał za zdobycz. A jeśli było przybite, odkręcał to i szybko sprzedawał. Z czasem zostałem jego wspólnikiem. Niewiele mówił, ale wydaje mi się, że zaczął cieszyć się z mojego towarzystwa. W jego fachu druga para oczu była bezcenna.
Jedyną pamiątką po ojcu, którą zachował, był granat ręczny. Historia z nim związana była właściwie jedyną, jaką kiedykolwiek mi opowiedział. Za pierwszym razem postawił mnie przy kominku, pochylił się i powiedział:
-?Podczas upadku Singapuru w czasie drugiej wojny światowej Japończycy zdobyli pozycję mojego ojca. Żołnierze dobrze wiedzieli, jak okrutnie wróg traktuje jeńców. Kiedy skończyła mu się amunicja, a nieprzyjaciel był już zaledwie kilka kroków od niego, ściskał w dłoni ostatni granat. Nie potrafił jednak wyciągnąć zawleczki. Przeżył, ale zdrowie i rozum zostawił na Kolei Śmierci. Po zakończeniu wojny i odzyskaniu wolności zdobył drugi granat. Zachował go na pamiątkę, żeby zawsze przypominał mu o tamtej decyzji.
-?Po powrocie do Anglii odnalazł mnie u ciotki, do której trafiłem po nalocie, w którym zginęła moja matka. Zabrał mnie do lasu i tam żyliśmy z dala od ludzi. Powtarzał, że już nigdy nie da się schwytać żywcem. Ostatecznie jednak zmarł spokojnie we śnie na zawał serca i nigdy nie musiał podejmować tej ostatecznej decyzji. Wychował mnie tak, żebym myślał dokładnie tak samo.
Słyszałem tę historię wiele razy. I z czasem sam zacząłem podzielać to przekonanie.
Wiele razy odwiedzaliśmy pastora. Przepadał za dziczyzną, a najbardziej lubił zająca, choć raz dostał od nas nawet telewizor. Często dawał mi kilka pensów i porozumiewawczo mrugał okiem. Ku mojemu zdumieniu Ronnie znał niemal wszystkich. Wszędzie witano go z radością. Łapówki i szemrane interesy przenikały do każdego biura i każdej fabryki.
Zepchnąłem wspomnienie morderstw na dalszy plan. Łzy i tak nie mogły zmienić mojego położenia. Rodzinne groby w Peterborough odwiedziliśmy tylko raz. Gdy tam dotarliśmy, na nagrobku leżały świeże kwiaty. Ronnie zostawił odpowiednie instrukcje i pieniądze, by regularnie ktoś je tam przynosił.
Żyłem tak jak Ronnie -?z dnia na dzień, od jednej okazji do drugiej, w ciągłym oczekiwaniu na jakieś niebezpieczeństwo. Nauczył mnie strzelać i zastawiać sidła. Kiedy potrzebowaliśmy nowych ubrań, opróżnialiśmy sznury z rozwieszonego prania.
Ronnie zaszczepił we mnie potrzebę dbania o kondycję. Jego dwudziestominutowy poranny trening szybko stał się także moim. Pomagał mi wyciszyć myśli. Biegaliśmy razem -?czasem dla przyjemności, a czasem dlatego, że ktoś nas gonił.
Powoli wychodziłem z cienia tamtej strasznej nocy. Czytałem wszystko, co wpadło mi w ręce -?książki, czasopisma i gazety, które udało nam się znaleźć. Głównie po to, by zabić nudę. Ronnie do osiągnięcia tego samego celu potrzebował jedynie papierosów. Kiedy byliśmy wśród ludzi, obserwowałem młodych mężczyzn i kobiety w kolorowych ubraniach i z modnymi fryzurami. Na ich tle moje własne ubrania przypominały mi łachmany włóczęgów, których widywałem kiedyś w Londynie. Pamiętałem też wyprawy do kina z dzieciństwa. Zatęskniłem za filmami i wspomniałem o tym wujkowi.
Wtedy po raz pierwszy naprawdę porozmawialiśmy. Powinienem był wcześniej zauważyć, że coś jest nie tak, bo schudł, choć i wcześniej nie miał z czego. Miał kilka skrytek, w których trzymał pieniądze, i odwiedziliśmy je wszystkie. W przyczepie, za ukrytym panelem, przechowywał także skórzaną torbę pełną biżuterii. Zapytałem go, czy wie, kto zabił moją rodzinę. Odmówił odpowiedzi, twierdząc jedynie, że tamci wciąż mnie szukają. Powiedział też, że nigdy nie powinienem ufać policji. To właśnie dlatego zabrał mnie ze szpitala. A poza tym zemsta i tak nie przywróciłaby mi siostry.
Okazało się, że był od mojej matki o wiele starszy i choć oboje nosili nazwisko Smith, byli tylko przyrodnim rodzeństwem. Tak naprawdę nigdy nie dowiedziałem się, kim była moja matka, a Ronnie nie zamierzał mi tego mówić.
Jakiś czas później zabrał mnie na przejażdżkę. Chciał upolować jelenia w jednym z królewskich majątków w hrabstwie Norfolk. Rzadko się na to decydował, bo bogaci właściciele zatrudniali najlepszych strażników łowieckich. Myślę, że po prostu chciał jeszcze raz poczuć pierwotne instynkty towarzyszące polowaniu. Tamtego dnia zaskoczyła mnie jego nieostrożność. Jego ciężki, powolny chód przeczył wszystkim zapewnieniom, że wszystko jest w porządku.
Przykucnął, oddał celny strzał z dużej odległości i posłał mi melancholijny uśmiech. Zdziwił mnie brak pośpiechu. Przestępowałem z nogi na nogę, gdy z trudem próbował się podnieść. Duży jeleń waży naprawdę bardzo dużo. Wypatroszyliśmy go na miejscu, żeby był lżejszy, a wnętrzności zostawiliśmy lisom, ale mimo to ciągnięcie tuszy szło opornie. Posuwaliśmy się bardzo wolno, a widoczna słabość Ronniego tylko pogarszała sytuację. W pobliżu rozległy się ciche ludzkie głosy. Ronnie wystrzelił mniej więcej w ich kierunku. Serce zabiło mi szybciej, bo nigdy wcześniej nie zrobił czegoś podobnego. Kiedy zaczęliśmy uciekać, chwiał się i zataczał.
To dziwne, ale wszyscy bliscy mi ludzie zginęli od kul. Pocisk, który dosięgnął Ronniego, gdy wsiadaliśmy do vana, przebił mu plecy i wyszedł przez brzuch. Musiał zostać wystrzelony z bardzo mocnego karabinu, bo później znalazłem go wbitego w fotel pasażera. Ronnie zdołał jeszcze zatrzasnąć drzwi, a ja odjechałem. Upolował swojego ostatniego jelenia, ale już nigdy nie miał go spróbować. Ruszyłem w stronę szpitala, lecz Ronnie powstrzymał mnie swoją ostatnią prośbą. Powiedział, że jest gotów.
-?Zabierz mnie do domu -?nalegał. Przyczepa zawsze była jego azylem.
-?Daj spokój, Ronnie. Jeśli pojedziemy teraz, lekarze cię uratują. -?Nie wiedziałem, czy to prawda, ale warto było spróbować.
Położył dłoń na mojej nodze i nie zabrał jej. Delikatnie przykryłem ją swoją. Nie przypominałem sobie, żeby wcześniej świadomie mnie dotknął.
-?Krwawiłem -?powiedział, patrząc gdzieś w dal i przełykając ślinę. -?Z odbytu.
Wróciłem na pole kempingowe i pomogłem mu usiąść w leżaku. Odepchnął mnie, kiedy próbowałem obejrzeć ranę.
-?Chcesz się czegoś napić? -?zapytałem.
-?Tak. Poproszę trochę wody.
-?Chcesz jeszcze czegoś?
-?Tylko spokoju. -?Oparł głowę.
W tamtej chwili postanowiłem, że muszę się dowiedzieć. Wiedziałem, że drugiej okazji do zadania tego pytania już nie będzie.
-?Kto zamordował moją rodzinę?
Nie odpowiedział, ale jego jabłko Adama poruszyło się nerwowo.
-?No już, Ronnie. Gdzie mogę ich znaleźć?
Nie otworzył ust. Oddychał coraz wolniej i uznałem, że to już koniec. Nagle jednak wyszeptał słowa, które musiałem usłyszeć.
-?The Boy's Head, Oundle Road.
Usiadłem obok niego w milczeniu, bo tylko tego pragnął. Myślałem o mordercach i doszedłem do wniosku, że jeśli nie siedzą w więzieniu, to uszło im to na sucho. W tamtej chwili nie miałem jeszcze żadnego planu, ale wiedziałem jedno -?życie, które prowadziłem, skończy się wraz ze śmiercią Ronniego. Umierał przez godzinę.
Wiem, że Ronnie wierzył, iż zemsta nie przywróci mi siostry, i obawiał się, że ci ludzie wciąż szukają jedynego żyjącego świadka tamtych zbrodni.
Ja uważałem inaczej. Byłem pewien, że dawno już o mnie zapomnieli. Ale ja nigdy nie zapomniałem o nich. A pragnienie zemsty całkowicie mnie pochłonęło.
Zabrałem kosztowności ukryte przez wujka Ronniego i odnalazłem jego pieniądze. Było ich dużo. Więcej, niż potrafiłem ocenić. Widziałem wcześniej banknoty funtowe i wiedziałem, że przez długi czas nie będę potrzebował kolejnych.
Zgodnie z wolą Ronniego wciągnąłem jego ciało do przyczepy, a potem ułożyłem przy nim resztę jego rzeczy. Całe życie człowieka ledwie pokrywało podłogę. Ścisnąłem jego dłoń. Nigdy nie dożyłby sędziwego wieku, ale żył tak, jak chciał. Zawsze powtarzał, że lepiej spłonąć, niż powoli gasnąć. Więc patrzyłem, jak płonie.
Mimo tego, czym się zajmował, w głębi serca był człowiekiem spokojnym. Jeśli ktoś go przechytrzył albo oszukał, przyjmował to z krzywym uśmiechem, jakby cieszył się, że los wystawił go na próbę. Nie nosił w sobie goryczy ani urazy, nie żywił złośliwości ani pragnienia odwetu, które nie dawałoby mu spać po nocach. Ja byłem inny.
Pojechałem do Peterborough, kupiłem nowe ubrania w wielkich, zatłoczonych marketach i porządnie się ostrzygłem. Elegancko ubrane sprzedawczynie oglądały moje pieniądze z wyraźną podejrzliwością. W witrynie kiosku niedaleko pubu The Boy's Head zauważyłem ogłoszenie o pokoju do wynajęcia przy Black Ermine Street w Orton Longueville - niewielkiej wiosce oddalonej o niecałe dwa kilometry. To właśnie tam pochowano moją rodzinę. Zamieszkanie w pobliżu ułatwiłoby mi dbanie o ich groby.
To było takie proste. Moja wiekowa gospodyni mało czym się przejmowała, byle tylko nie kąpać się częściej niż raz w tygodniu. Powiedziałem jej, żeby nazywała mnie Ronnie Smith. Wujek byłby z tego zadowolony. Przydzieliła mi pokój na poddaszu swojego parterowego domu, a sama spała na dole.
W pierwszą sobotę po przeprowadzce wszedłem do pubu w porze obiadowej. Niewiarygodne, ale cała trójka morderców stała przy barze, jakby czekali na mnie jak w jakimś westernie. Laurel wydawał się mniejszy, być może dlatego, że Hardy jeszcze bardziej przytył. Goofy przez kilka sekund wpatrywał się we mnie uważnie, po czym wybuchnął śmiechem. Przez moment pomyślałem, że mnie rozpoznali, ale po prostu szydzili z przestraszonego młokosa, który odważył się wejść do ich lokalu. Obojętne, puste spojrzenia przeszywały mnie na wskroś, a ja wycofałem się na drżących nogach.
Znalazłem pracę przy kasie w miejscowym kiosku. Traf chciał, że wszedłem tam tylko po gazetę i akurat natknąłem się na właściciela, który wyrzucał z pracy złodzieja zatrudnionego do tej pory. Wczesne pobudki, długie godziny pracy i marne pieniądze szybko ostudziły mój zapał. Nie miałem jednak ani rodziny, ani przyjaciół, którzy mogliby zająć mi czas. Wytrwałem więc.
Obsługiwałem tych mężczyzn regularnie. Niemal codziennie przychodzili po papierosy i alkohol. Z czasem zauważyłem, z których domów wychodzili, i szybko dowiedziałem się, gdzie mieszkają. Laurel i Hardy mieli rodziny oraz kochanki, natomiast Goofy mieszkał sam. Wszyscy jednak opływali w dostatek -?jeździli drogimi samochodami i nosili eleganckie ubrania.
Ronnie zawsze powtarzał, że myśli o zemście nie pozwolą mi zagoić ran. Miał rację -?z każdym dniem czułem się coraz gorzej, słuchając ich przechwałek. Brali, co chcieli. Ludzie odwracali wzrok i schodzili im z drogi. Nikt nie odważył się im przeciwstawić.
Zapytałem właściciela kiosku, dlaczego policja ich nie aresztuje, skoro było oczywiste, że są przestępcami. Odpowiedział, że zastraszone rodziny milczą, a ci ludzie zawsze mają niepodważalne alibi. Krążyły też pogłoski, że mają wpływowych znajomych, którzy czynią ich nietykalnymi. Nawet w kiosku mieli zeszyt z długami, których nigdy nie spłacali. Resztki mojej wiary w policję i sprawiedliwość stopniały niemal do zera.
Pragnienie odwetu zatruwało mnie od środka i zacząłem planować zemstę. Trzech mężczyzn. Trzy morderstwa. Miałem narzędzia i umiejętności, ale to nie wystarczało. Chciałem, żeby poczuli się jak zwierzyna. Mieli umrzeć zmarznięci i samotni. Mieli przeżyć ten sam strach, który ogarnął mnie, moją matkę i moją siostrę. Musieli wiedzieć, że to ja.
Odebrali życie mojej rodzinie. Ja miałem odebrać życie ich rodzinom. Nie miałem wątpliwości co do winy mojego ojca, a zapewne i matki. Ale Special była naprawdę wyjątkowa, a ja byłem niewinny. Żadne z nas nie zasługiwało na śmierć. Musiałem pozostać na wolności, kiedy już wyrównam rachunki, żebym mógł pamiętać o naszej rodzinie i dbać o ich miejsce spoczynku. A kiedy nadejdzie mój czas, chciałem zostać pochowany obok nich.
Kiedy nadszedł moment podjęcia decyzji, obudziłem się po krwawym koszmarze, który podsunął mi pewien pomysł. Napisałem do każdego z nich krótki list i pod osłoną nocy osobiście podrzuciłem go pod ich drzwi. Brzmiał:
Strzeż się północnego wiatru. Bo kiedy nadejdzie, nikt nie usłyszy twojego krzyku.
A potem czekałem, aż spadnie śnieg.
Rozdział 4
Detektyw Barton
Detektyw inspektor John Barton obserwował prognozę pogody i uśmiechnął się na wieść o nadchodzącej śnieżycy. Gdy przychodziły mrozy, poziom przestępczości wyraźnie spadał, a jego praca stawała się łatwiejsza. Ludzie zostawali w domach, więc drobni chuligani mieli mniej przechodniów do okradania, a włamywacze mniej pustych domów do obrabowania. Rosła jedynie liczba kradzieży samochodów. Pokręcił głową na myśl o wszystkich tych kierowcach, którzy zostawiali odpalony silnik, żeby odmrozić przednią szybę, po czym wracali i odkrywali, że ich auto okazało się zbyt kuszącą okazją dla przypadkowego złodzieja.
Tym razem jednak nie był to jego problem. Miał dwa dni wolnego. Nawet nie pełnił dyżuru. Dziś wieczorem mógł wyłączyć telefon. Plan był prosty: zimne piwo w dłoni, pizza w piekarniku i porządny film w telewizji. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, gdy program wrócił do porannych wiadomości. Kolejna masowa strzelanina wstrząsnęła Ameryką. Tamtejsza sytuacja z bronią od zawsze go fascynowała. Jak wyglądałaby jego praca, gdyby w czterdziestu procentach brytyjskich domów znajdowała się załadowana broń? Czy nadal miałby odwagę wykonywać ten zawód?
Do salonu wszedł jego syn z nietęgą miną. Choć żona Bartona od dawna prosiła go, żeby przestał mówić do niego "Mały Luke", trudno było mu się odzwyczaić. Czasami jeszcze szeptał te słowa, gdy wieczorem zaglądał do niego przed snem. Wiedział jednak, że odkąd Luke skończył cztery lata i zaczął chodzić do zerówki, powinien być po prostu Lukiem.
-?Czas do szkoły, młody. Idź się ubrać.
-?Nie zdążyłem do toalety, tato.
Takie wiadomości zawsze docierały do Bartona z opóźnieniem. Mimo to postanowił spróbować szczęścia.
-?To może idź i powiedz mamie.
-?Powiedziała, że teraz twoja kolej.
-?Hmm.
Barton zacisnął zęby i wcisnął pauzę na pilocie, żeby niczego nie przegapić. Kiedy był w domu, pomagał przy takich sprawach. Wydawało mu się to uczciwe -?pracował po wiele godzin dziennie, a jego żona wykonywała wszystkie najmniej przyjemne obowiązki pod jego nieobecność. Mimo wszystko sprzątanie po dzieciach znajdowało się na samym końcu listy jego ulubionych rodzicielskich zajęć. Bez słowa wziął Luke'a pod pachy, zaniósł do łazienki i z pewną obawą odchylił gumkę od piżamowych spodni.
-?Nic tu nie ma.
-?To chyba był tylko bąk.
Barton uznał, że to będzie dobry dzień.
-?Skoro już tu jesteś, zobaczmy, czy uda się coś z ciebie wycisnąć.
-?Co znaczy "wycisnąć"?
-?Zachęcić.
-?A co znaczy "zachęcić"?
-?To znaczy, że nie schodzisz z toalety, dopóki nie zrobisz kupy.
Pocałował syna w czubek głowy i wrócił do salonu. Jego dziewięcioletnia córka Layla ostatnio dość osobliwie fascynowała się starymi teleturniejami. Zatrzymany kanał informacyjny Sky News zniknął z ekranu, zastąpiony głośnym Supermarket Sweep. Layla odziedziczyła dziewięćdziesiąt dziewięć procent cech Holly i zaledwie jeden procent po nim. Te same lazurowe oczy co matka wpatrywały się w niego z wyzwaniem, gdy wszedł do pokoju i zmarszczył brwi na widok telewizora.
-?To ty odpowiadasz za ten smród? -?zapytała.
-?Nie. Winny jest Luke.
-?Świetnie. Co z ciebie za facet, skoro zrzucasz winę na małego chłopca?
Skąd się wzięło takie podejście? Perspektywa nastoletnich lat majaczyła przed nim niczym gigantyczne tornado na horyzoncie. Barton uznał, że psychologiczna batalia o to, kto ma prawo do telewizora przed dziewiątą rano, z góry skazana jest na porażkę. Nigdy nie wygrywał, więc postanowił zająć się czymś, nad czym miał kontrolę.
-?Zbieraj się pomału. Dziś idziemy pieszo.
Layla zmrużyła oczy, gdy wychodził z pokoju, ale doskonale znała tę ich grę. Miała mu za złe, że nie pozwala jej chodzić do szkoły samej. Być może rzeczywiście był nadopiekuńczy, ale prowadził kiedyś śledztwo w sprawie dziecka porwanego w drodze do szkoły. Poza tym i tak musieli odprowadzić Luke'a.
-?Tato, chciałabym dziś na śniadanie owsiankę.
Powlókł się do kuchni. Zwykle sama nasypywała sobie płatki, ale jeśli miała ochotę na owsiankę, musiał przygotować ją on. Mógł oczywiście powiedzieć: "Jesz płatki albo nic", ale owsianka była zdrowsza. Layla doskonale o tym wiedziała i po raz kolejny wygrała. Jego żona, Holly, obrzuciła go uważnym spojrzeniem.
-?Dzieci są już ubrane i gotowe, John?
Barton parsknął śmiechem. Wiedziała, że odpowiedź brzmi "nie", ale uwielbiała sobie z niego podkpiwać. Tego ranka powiedział jej, żeby trochę odpuściła. Dziwne -?potrafił prowadzić skomplikowane śledztwa w wydziale do spraw najpoważniejszych przestępstw w Peterborough, ogarniać dziesiątki tropów i godzić ze sobą ludzi o całkowicie sprzecznych charakterach, a mimo to rodzicielstwo nieustannie wystawiało go na próbę. Trójka dzieci nie powinna być aż takim wyzwaniem, ale pulsujący ból głowy sugerował coś zupełnie innego.
-?Layla chce owsiankę.
-?W szafce. Czerwone pudełko. Instrukcja jest z boku.
Przybrał najbardziej błagalną minę, na jaką było go stać.
-?A gdzie dziś podziała się ekipa Bartona?
-?Jak już skończysz, poproszę jeszcze herbatę. I umiesz zrobić naleśniki?
Nie zdołała powstrzymać śmiechu i wstała, żeby mu pomóc.
-?Ja obudzę Wilkołaka.
Tak właśnie nazywali jej czternastoletniego syna z poprzedniego związku. Barton traktował go jak własne dziecko. Naprawdę miał na imię Lawrence. Holly uparła się kiedyś, że imiona wszystkich dzieci powinny zaczynać się na literę "L", żeby czuły między sobą szczególną więź. Po ślubie przyjęła jego nazwisko, choć twierdziła, że Holly Barton brzmi jak imię kierowczyni ciężarówki rozwożącej choinki na Boże Narodzenie.
Napełniając czajnik wodą, zastanawiał się, czy obudzenie Lawrence'a będzie gorszym zadaniem niż wycieranie Luke'owi pupy. W tej chwili zadzwonił telefon, który zostawił na stole.
-?Holly, możesz odebrać?
-?Jestem sprzątaczką, nianią, pielęgniarką, psycholożką i, od czasu do czasu, boginią seksu. Ale na pewno nie jestem twoją sekretarką. Odbierz sam.
Poranny telefon na komórkę nie wróżył nic dobrego. Oboje o tym wiedzieli. Jego dzień wolny właśnie zaczął wisieć na włosku. Na ekranie wyświetliło się nazwisko sierżanta detektywa Zandera.
-?Cześć, Zander. Miło cię słyszeć.
-?John... Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam.
Rozdział 5
Detektyw Barton
Barton powoli opuścił telefon.
-?Co się stało? O co chodzi? -?zapytała Holly.
-?To Zander. Brzmiał, jakby chciał odebrać sobie życie.
-?Boże... Rozmawiaj z nim.
-?Zawiesił połączenie. -?Skrzywił się, zdając sobie sprawę z niefortunnego doboru słów.
-?Co?
-?Rozłączył się. Linia po prostu zamilkła.
Pokręciła głową.
-?John. Pewnie jest w domu. Jedź do niego.
Barton spojrzał w stronę salonu.
-?A dzieci?
Holly przewróciła oczami.
-?Chyba sobie poradzę. A teraz zmykaj stąd, wielkoludzie.
Pobiegł do kuchni, chwycił kluczyki do samochodu wiszące na haczyku i wybiegł z domu. Flak jednej z opon jego niebieskiego Land Rovera zdawał się z niego drwić. Trzecie zadanie na dziś -?kolejna wizyta w warsztacie. Duży facet potrzebował dużego samochodu, ale ostatnio bez przerwy łapał gumę. Co dziwniejsze, kiedy oddawał auto do naprawy, mechanicy nigdy nie znajdowali żadnego uszkodzenia. Zaczął podejrzewać jakiegoś miejscowego dowcipnisia -?pewnie dzieciaka -?który dla żartu spuszczał mu powietrze z opon.
Zaklął pod nosem i wrócił do domu.
-?Zapomniałeś o przebitej oponie? Weź mój samochód. -?Holly uśmiechnęła się szeroko. -?Tylko wyjmę aparat z bagażnika. Wczoraj Luke przyniósł do domu klasowego misia i muszę zrobić kilka zdjęć do pracy domowej.
Zmarszczył brwi, zabrał jej kluczyki i pospiesznie wyszedł. Holly jeździła Fiatem 500. Ona go uwielbiała. On -?zdecydowanie nie.
Ojciec Bartona zainspirował się piosenką Big Bad John, kiedy czterdzieści pięć lat wcześniej na świat przyszedł jego jedyny syn, ważący prawie pięć kilogramów, i dlatego nadał mu imię John. Barton nie dobił wprawdzie do metra dziewięćdziesięciu ośmiu wzrostu, ale ojciec zawsze śpiewał mu refren tej piosenki, ilekroć się widzieli. Teraz bardzo mu tego brakowało. Od tamtych dni minęło ponad dziesięć lat. Za rozmiarem trzydzieści dwa w pasie też tęsknił, ale czas uciekał bezlitośnie. "Wielki, zmęczony John" pasowałoby do niego dziś znacznie lepiej.
Ściągnął z samochodu Holly osłonę przeciw szronowi i jeszcze raz zadzwonił do Shawna Zandera. Bez skutku. Zostawił wiadomość, że jest w drodze, po czym odsunął przedni fotel maksymalnie do tyłu. Błysk aparatu Holly rozświetlił ponury poranek. Opuścił szybę i nie mógł powstrzymać śmiechu.
-?Zadowolona?
Holly pocałowała go.
-?Jesteś uroczy. To jak mieć własny samochód klauna. Nawet nos zrobił ci się trochę czerwony. A teraz jedź. Wiem, że już wcześniej groził samobójstwem, ale tym razem może naprawdę to zrobić. I żadnego fast foodu po drodze, dobrze?
Pomachał jej na pożegnanie i omal nie cofnął prosto na starszego mężczyznę przechodzącego przez podjazd. Gdy staruszek przeszedł, ruszył ponownie i po raz drugi musiał gwałtownie zahamować, bo za samochodem pojawił się kolejny emeryt. Żaden z nich nawet nie zauważył, jak niewiele brakowało.
Kiedy Bartonowie wprowadzili się na Black Ermine Street, obniżyli średnią wieku mieszkańców ulicy o jakieś trzydzieści lat. Była to ślepa uliczka z dwudziestoma pięcioma posesjami. Barton mieszkał na jej końcu, w jednym z nielicznych domów piętrowych. Miał stamtąd ładny widok na skwer po drugiej stronie i widział wszystkich, którzy wchodzili lub wyjeżdżali z ulicy, bo musieli przejechać obok jego domu. Od frontu przed wścibskimi spojrzeniami chronił go wysoki, gęsty żywopłot.
Resztę zabudowy stanowiły parterowe domki na przestronnych działkach, zamieszkane głównie przez emerytów. Było tu spokojnie, ale z biegiem lat śmierć zbierała swoje żniwo i pojawiały się nowe twarze. Okolica zyskiwała na popularności, a ceny nieruchomości szybowały w górę. Bogaci ludzie wykupywali działki, burzyli stare bungalowy i stawiali na ich miejscu okazałe rezydencje albo rozbudowywali istniejące domy w górę i na boki.
Dwójka staruszków, których niemal potrącił, należała do garstki dawnych mieszkańców z końca ulicy. Wielu z nich wciąż miało stare metalowe okna i drzwi pomalowane na przedziwne kolory. Byli cichymi ludźmi i Barton nawet nie znał ich nazwisk. I bardzo mu to odpowiadało. Gdy tylko ktoś dowiadywał się, że pracuje w policji, zaraz pukał do jego drzwi z każdą błahostką -?od hałaśliwych dzieci chodzących po cukierki w Halloween po zaginione zwierzęta.
Właściwie wszyscy dawali mu spokój, z wyjątkiem jednego zrzędliwego staruszka mieszkającego po drugiej stronie skweru. Jego dom stał nieco wyżej i był ustawiony dokładnie naprzeciw wejścia do domu Bartona. Stamtąd obserwował każdy jego wyjazd i powrót, niemal codziennie zawracając mu głowę. Zachowywał się tak, jakby Barton był jego prywatnym ochroniarzem. Na szczęście dziś rano nigdzie go nie było. Barton ostrożnie wyprowadził maleńkiego Fiata z końca uliczki, po czym pomachał Holly, która odpowiedziała mu uniesionym kciukiem z okna.
* * *
Sierżant detektyw Zander mieszkał w Orton Waterville, sąsiedniej miejscowości, oddalonej zaledwie o kilka minut jazdy samochodem. Zbliżał się do czterdziestki i szukał bardziej wyspecjalizowanego stanowiska, które pozwoliłoby mu spędzać więcej czasu z rodziną, gdy wydarzyło się coś niewyobrażalnego. Pewnej nocy zajrzał do pokoju, żeby popatrzeć na śpiącego synka -?robił to bardzo często. Zastał martwe ciało. Stary bojler sąsiada przeciekał, a tlenek węgla przedostał się przez ścianę. Biedny chłopiec odszedł cicho, we śnie.
Jak można sobie z czymś takim poradzić? Ofiary zatrucia tlenkiem węgla po śmierci często mają nienaturalnie zaróżowioną skórę. Zander prowadził resuscytację przez dziesięć minut, zanim przyjechała karetka. Późniejsza sekcja zwłok wykazała, że chłopiec nie żył już od ponad dwóch godzin. Barton nie chciał się nad tym zastanawiać. Podejrzewał jednak, że Zander ma to w głowie przez cały czas.
W pracy wszystkim bardzo brakowało jego obecności. Był wysportowanym czarnoskórym mężczyzną z uśmiechem, który rozbrajał każdego -?ludzie otwierali się przed nim bez najmniejszych oporów. Nikt nie używał jego imienia. Dla wszystkich był po prostu Zanderem, niezależnie od tego, czy byli przyjaciółmi, czy przeciwnikami.
Nic dziwnego, że w ostatnim czasie ten uśmiech pojawiał się znacznie rzadziej, choć od śmierci jego syna minął już rok. Ostatnio dało się dostrzec oznaki, że powoli zaczyna wychodzić z żałoby, i wrócił nawet do pracy. Barton nie widział jednak jego żony, Diany, od dnia pogrzebu, podczas którego jej rozpaczliwy płacz rozdzierał serca wszystkich obecnych.
Kiedy podjechał pod szeregowy domek Zandera, z nieba zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu. Było to spokojne miejsce, idealne dla dobrze sytuowanego małżeństwa. Zapukał do drzwi i zajrzał przez otwór na listy. Usłyszał grający telewizor, co nieco go uspokoiło. Z jego doświadczenia wynikało, że ludzie najczęściej odbierali sobie życie w ciszy. Ci, którzy naprawdę zamierzali popełnić samobójstwo, zazwyczaj nikogo wcześniej o tym nie uprzedzali. Numer telefonu Zandera wciąż od razu przełączał się na pocztę głosową.
Otwierając furtkę prowadzącą na tyły domu, Barton przygotował się na najgorsze. Z ogrodu nie dochodził żaden dźwięk. Tylne drzwi były uchylone. Przez chwilę poczuł się jak podczas nalotu na melinę narkotykową. Uświadomiwszy sobie, po co tu przyjechał, wpadł do salonu i zobaczył sierżanta detektywa Zandera siedzącego na kanapie z pluszowym misiem przytulonym do piersi.