Śmierć na śniegu - Ross Greenwood

-
Proszę czekać

Rozdział 6. Detektyw Barton

Roz­dział 6

Detek­tyw Bar­ton

Bar­ton usiadł obok niego i cier­pli­wie cze­kał. Kie­dyś świet­nie się doga­dy­wali i czę­sto razem się śmiali. Żar­to­wali nawet, że są dino­zau­rami, choć sam Bar­ton był dopiero po czter­dzie­stce. Awans na sier­żanta dostali w tym samym cza­sie, a gdy Bar­ton został póź­niej inspek­to­rem, Zan­der naprawdę się z tego ucie­szył. Na wspo­mnie­nie, jak z bie­giem mie­sięcy coraz rza­dziej go odwie­dzał pod­czas jego nie­obec­no­ści w pracy, Bar­tona ukłuło poczu­cie winy. Wszy­scy byli prze­ko­nani, że Zan­der już ni­gdy nie wróci do służby. A jed­nak wró­cił. A to wyma­gało ogrom­nej siły.

Ich spoj­rze­nia się spo­tkały i Bar­ton dostrzegł na twa­rzy kolegi zmę­czony uśmiech. Wska­zał pal­cami na jego kolana.

-?Odsuń się od misia.

Po chwili Zan­der wsu­nął palce pod brodę plu­szaka i odparł:

-?Załatw mi śmi­gło­wiec i milion fun­tów, bo Pad­ding­ton dosta­nie kulkę. I chcę jesz­cze Kylie Mino­gue, ubraną tak, jakby zaraz miała zatań­czyć kan­kana.

Bar­ton uśmiech­nął się sze­roko. To była ich stara gra, więc uznał, że z przy­ja­cie­lem chyba nie jest aż tak źle.

-?Wszystko w porządku? -?zapy­tał.

-?Tak. Zauwa­ży­łem, że poprzedni sąsiad wcho­dzi do tam­tego domu. Myśla­łem, że się wpro­wa­dza z powro­tem.

-?Cho­lera. Chyba nie?

Bar­ton podej­rze­wał, że sam miałby ochotę zabić czło­wieka odpo­wie­dzial­nego za śmierć jego dziecka. Zan­der miał tylko jed­nego syna, co musiało czy­nić tę stratę jesz­cze bar­dziej bole­sną. Cza­sami obec­ność dru­giego dziecka poma­gała rodzi­nie prze­trwać i przy­po­mi­nała rodzi­com, że wciąż mają dla kogo żyć.

-?Nie. Zabie­rał ostat­nie swoje rze­czy. Wysze­dłem do niego i uści­sną­łem mu dłoń.

-?Co?

-?To nie była jego wina. Wynaj­mo­wał ten dom, więc odpo­wie­dzial­ność spo­czy­wała na wła­ści­cielu. Wynaj­mu­jący miał aktu­alny, jede­na­sto­mie­sięczny cer­ty­fi­kat bez­pie­czeń­stwa, więc for­mal­nie wszystko było w porządku. Czuj­niki tlenku węgla są obo­wiąz­kowe tylko tam, gdzie pali się pali­wem sta­łym, a nie gazem. To był po pro­stu tra­giczny wypa­dek. Dopiero po roz­mo­wie z nim żałoba znowu mnie dopa­dła. Mam numer tele­fonu do ludzi, z któ­rymi mogę poroz­ma­wiać, ale nie mogłem się dodzwo­nić, więc zadzwo­ni­łem do cie­bie. A potem przy­po­mnia­łem sobie o misiu pamięci.

Uśmiech­nął się lekko, widząc kon­ster­na­cję na twa­rzy Bar­tona.

-?Wysy­łasz do pew­nej firmy ubra­nia zmar­łej osoby, a oni szyją z nich plu­szo­wego misia.

Bar­ton otwo­rzył usta ze zdu­mie­nia.

-?Wła­śnie tak zare­ago­wa­łem. Maka­bryczne, prawda? To był pomysł Diany. Na początku nie mogłem nawet na niego patrzeć. Ucie­ka­łem przed bólem, ale przez to wcale nie było mi lepiej. Teraz, kiedy trzy­mam tego misia, wiem, że dam radę żyć dalej. Gdy go widzę, przy­po­mi­nam sobie syna. Na­dal bywam smutny, ale ten roz­dzie­ra­jący ból, który nie pozwa­lał mi wstać z łóżka, już minął. Jest przede mną jakaś przy­szłość. I ja będę jej czę­ścią.

-?W pew­nym sen­sie to ma sens -?powie­dział Bar­ton, choć prze­mowa zabrzmiała, jakby Zan­der wie­lo­krot­nie ukła­dał ją sobie w gło­wie. - Czyli... nie zamie­rzasz... no wiesz... dla­tego do mnie zadzwo­ni­łeś?

-?Nie. Naprawdę prze­pra­szam. Żałoba wraca falami. Diana wypro­wa­dziła się jakiś czas temu, a potem jesz­cze ten sąsiad... Po pro­stu mia­łem kilka bar­dzo cięż­kich minut. Nikomu o tym nie mów. Potrze­bo­wa­łem kogoś, kto mnie wysłu­cha, a ty zawsze potra­fisz to zro­bić. Wie­dzia­łem, że przy­je­dziesz. Powrót do pracy też mi pomaga. Potrze­buję tego.

Biedny czło­wiek, pomy­ślał Bar­ton. Wie­dział, że więk­szość związ­ków roz­pada się po śmierci dziecka, i mał­żeń­stwo Zan­dera nie było wyjąt­kiem. Żadne słowa nie mogły tego napra­wić. Doświad­cze­nie nauczyło go, że cza­sem wystar­czy po pro­stu być obok i wysłu­chać.

-?Może wyj­dziemy stąd i zjemy śnia­da­nie?

-?Nie mam ochoty prze­by­wać mię­dzy ludźmi.

-?To może McDrive? Podobno jestem na die­cie, więc będzie sma­ko­wać jak ambro­zja.

-?Sam nie wiem...

-?No chodź. Ja sta­wiam.

Zan­der w końcu ustą­pił i pod­niósł się z kanapy. Starł łzę z policzka i pocią­gnął nosem.

Żona Bar­tona, Holly, zawsze powta­rzała, że kiedy czło­wie­kowi jest naprawdę źle, naj­bar­dziej potrze­buje niedź­wie­dziego uści­sku Bar­tona. Na nią dzia­łał. Na dzieci rów­nież. Coś pod­po­wie­działo mu, żeby teraz też spró­bo­wać. Pod­szedł do Zan­dera i objął go swo­imi potęż­nymi ramio­nami. Trwali tak przez dobre trzy­dzie­ści sekund, aż w końcu Zan­der deli­kat­nie się odsu­nął. Ski­nął głową, ści­snął Bar­tona za ramię, wciąż uni­ka­jąc jego spoj­rze­nia.

-?Dzięki -?powie­dział cicho.

-?Chodźmy.

-?I nikomu ani słowa o misiu, dobrze?

-?Oczy­wi­ście.

Zan­der prze­chy­lił głowę i dodał:

-?A już na pewno ani słowa o tym uści­sku.

Rozdział 7. Śnieżny Zabójca

Roz­dział 7

Śnieżny Zabójca

Zegar tyka, odmie­rza­jąc czas, a ja nie odry­wam wzroku od tele­fonu. Lekarz powie­dział, że zadzwoni dziś rano. Docho­dzi dzie­wiąta, więc powi­nien ode­zwać się lada chwila. Nie spo­dzie­wam się dobrych wia­do­mo­ści, cho­ciaż tabletki, które mi prze­pi­sał, poma­gają. Chciał, żebym przy­szedł do przy­chodni po wyniki, ale odpar­łem, że wolał­bym nie tłuc się auto­bu­sem.

Włą­czam tele­wi­zor i tra­fiam na koń­cówkę wia­do­mo­ści. Dziś wszę­dzie tylko prze­stęp­stwa. Dobrych infor­ma­cji jest jak na lekar­stwo. Wiatr świsz­czący za oknami wywo­łuje u mnie dreszcz, choć kalo­ry­fery grzeją pełną mocą. Okna mają podwójne szyby, ale mon­to­wa­łem je dwa­dzie­ścia lat temu. Nic nie trwa wiecz­nie.

Moje zdro­wie coraz bar­dziej się pogar­sza i coraz rza­dziej wycho­dzę z domu. Prze­szłość staje się zaska­ku­jąco wyraźna, pod­czas gdy teraź­niej­szość coraz czę­ściej mi umyka. Lekarz wspo­mniał, że mam szczę­ście, iż tak długo utrzy­my­wa­łem dobrą formę. Nie prze­sta­łem wyko­ny­wać ćwi­czeń, któ­rych nauczył mnie Ron­nie, i przez więk­szość dni czuję się rów­nie silny jak wtedy. To miało spo­wol­nić postęp cho­roby i dłu­żej zacho­wać spraw­ność umy­słu. Dzwo­nek tele­fonu wyrywa mnie z zamy­śle­nia i biorę głę­boki oddech.

Sku­piam się na brzmie­niu głosu leka­rza, pró­bu­jąc wyczy­tać z niego wia­do­mość, zanim ją wypo­wie. Naj­pierw pyta o tabletki i o to, czy przy­no­szą poprawę. Z nadzieją potwier­dzam, że tak, i wtedy sły­szę ciche, lecz wyraźne wes­tchnie­nie. Naj­wy­raź­niej to potwier­dza jego przy­pusz­cze­nia. Skoro leki poma­gają, ozna­cza to, że jego dia­gnoza była trafna. W połą­cze­niu z pozo­sta­łymi obja­wami świad­czy to o naj­gor­szym. Zadaję jesz­cze kilka pytań, dzię­kuję i koń­czę roz­mowę.

Choć w moim przy­padku słowo "zabije" nie jest do końca trafne. To coś nie zadaje śmier­tel­nego ciosu, lecz powoli cię nisz­czy, dopóki nie wykoń­czy cię coś innego. Od dziś moje dni będą wyglą­dały ina­czej. Cień postę­pu­ją­cej cho­roby przy­ćmi każdy kolejny świt.

Raczej nie stanę się jed­nym z tych ludzi, któ­rzy cie­szą się świa­do­mo­ścią zbli­ża­ją­cego się końca i dzięki temu potra­fią doce­nić każdą cenną sekundę. Nie­wiele rze­czy spra­wia mi dziś przy­jem­ność. Naj­sil­niej­szym uczu­ciem, jakie odczu­wam, jest żal. Co zro­bi­łem ze swoim życiem? Nie­wiele. Pod wie­loma wzglę­dami uni­ka­łem życia. Mogłem zało­żyć rodzinę, mieć dzieci. Ni­gdy nie stwo­rzy­łem domu z kimś, kogo kocha­łem.

Być może naj­gor­sze jest jed­nak to, że dosta­jesz tak straszną wia­do­mość i nie masz komu o niej powie­dzieć. Wzru­szam ramio­nami. Dzie­le­nie się z innymi ni­gdy nie leżało w mojej natu­rze. Cię­żary są po to, żeby je dźwi­gać. Nie­mal od razu posta­na­wiam, że nie pozwolę natu­rze dzia­łać swoim bie­giem. Widzia­łem już, jak wygląda powolny koniec, i nie jest mi on pisany. Para­dok­sal­nie czuję też pewną ulgę. Od dawna wie­dzia­łem, że coś jest nie tak.

Zapa­lam świa­tło w salo­nie, choć jest dzień. Nade­szły ciemne zimowe wie­czory i ciche poranki. A to aku­rat dobra wia­do­mość. Zima od zawsze była moją ulu­bioną porą roku. Przy­cho­dzi mi do głowy, że może okaże się ostat­nią, jaką prze­żyję. Nie wia­domo, jak szybko będzie postę­po­wała cho­roba. Mogą minąć jesz­cze lata -?odparł lekarz z pogod­nym opty­mi­zmem, gdy o to zapy­ta­łem. Ten zapał wyraź­nie przy­gasł, kiedy dopy­ta­łem, ile czasu minie, zanim złe dni zaczną prze­wa­żać nad dobrymi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Mia­łem chyba dzie­sięć lat, kiedy po raz pierw­szy posprzą­ta­łem jego nar­ko­ty­kowe akce­so­ria. Bałem się, że moja malutka sio­stra mogłaby się na to natknąć, racz­ku­jąc po pod­ło­dze. Nazy­wa­li­śmy ją Spe­cial -?co sta­no­wiło grę słów z imie­niem Michelle -?bo kryła w sobie nie­prze­nik­nioną tajem­nicę. Dla nas "Spe­cial" było czu­łym prze­zwi­skiem; zabawne, że dziś mogłoby zostać uznane za obe­lgę. Ni­gdy nie wypo­wie­działa ani jed­nego słowa; wyda­wała się raczej ucie­le­śnie­niem spo­koju niż istotą z krwi i kości. Ale wystar­czyło dać jej kredkę albo ołó­wek i kartkę papieru, a jej uśmiech roz­świe­tlał cały pokój.

O nałogu ojca wie­dzia­łem po jego huś­taw­kach nastro­jów albo po tym, ile czasu spę­dzał w łóżku. Tuż przed naszą ucieczką z Lon­dynu, kilka lat wcze­śniej, folii alu­mi­nio­wej i igieł zaczęło przy­by­wać w zastra­sza­ją­cym tem­pie. Pła­ka­łem, bo zarówno ojciec, jak i matka zosta­wiali po sobie ślady uza­leż­nie­nia.

Pod wie­loma wzglę­dami moja matka była rów­nie nie­skom­pli­ko­wana jak Spe­cial. Zdo­mi­no­wana przez ojca, robiła wszystko, co jej kazał, choć to ona miała wię­cej zdro­wego roz­sądku. To, że w końcu przy­łą­czyła się do niego i zaczęła brać hero­inę, było nie­unik­nione.

Do tam­tej nocy, która zmie­niła wszystko, jeź­dzi­li­śmy na waka­cje i jada­li­śmy w restau­ra­cjach. Nie mia­łem poję­cia, skąd pocho­dziły pie­nią­dze, bo nie wie­dzia­łem, czym zaj­muje się mój ojciec.

Wie­czo­rem, kiedy ucie­kli­śmy z Lon­dynu, o dwu­dzie­stej dru­giej spa­ko­wa­li­śmy walizki i wsie­dli­śmy do ostat­niego pociągu do Peter­bo­ro­ugh. Na miej­scu byli­śmy około dru­giej nad ranem. Pamię­tam, jak pro­mie­nia­łem z rado­ści na widok rodzi­ców, zwłasz­cza gdy pierw­szą noc spę­dzi­li­śmy w ogrom­nym hotelu. Nie­da­leko miesz­kał brat mojej mamy, Ron­nie. Kiedy w końcu go odna­leź­li­śmy, pomógł nam wpro­wa­dzić się do wiej­skiego domku w hrab­stwie Lin­coln­shire, który z oczy­wi­stych powo­dów był tani. Par­te­rowy budy­nek miał pięć pomiesz­czeń i ani jed­nych wewnętrz­nych drzwi. Z każ­dego miej­sca było sły­chać wszystko -?nawet to, co działo się w toa­le­cie.

Sześć mie­sięcy po prze­pro­wadzce leża­łem w wil­got­nym łóżku, czu­jąc na karku cie­pły oddech sio­stry, gdy usły­sza­łem, jak ojciec mimo­cho­dem powie­dział, że zastrze­lił nie­wła­ści­wego czło­wieka. Bar­dziej od samego wyzna­nia zszo­ko­wało mnie to, że moja matka wcale nie była zdzi­wiona.

Życie toczyło się dalej. Rodzice na­dal ucie­kali od rze­czy­wi­sto­ści. Jedli­śmy głów­nie kanapki. Lin­coln­shire leży zale­d­wie dwie godziny drogi na pół­noc od Lon­dynu, ale po zgiełku sto­licy wyda­wało się krań­cem świata. Codzien­nie, idąc do szkoły, poko­ny­wa­łem pie­szo trzy mile. Spe­cial zosta­wała w domu, gdzie malo­wała i ryso­wała. Mama potem sprze­da­wała jej prace. Przed­sta­wiała ludzi i zwie­rzęta w dzie­cięcy spo­sób, ale obrazy miały w sobie coś, co przy­cią­gało ludzi -?oczy nama­lo­wa­nych postaci prze­śla­do­wały każ­dego, kto na nie patrzył.

Pew­nej mroź­nej nocy moja sio­stra i ja tuli­li­śmy się do sie­bie w łóżku, słu­cha­jąc kolej­nej kłótni dobie­ga­ją­cej z salonu. Mie­li­śmy wła­sne łóżka, ale sypia­li­śmy osobno tylko w upalne let­nie mie­siące. W wieku sze­ściu lat nie zaj­mo­wała wiele miej­sca.

-?Co zro­bi­łeś?! -?krzyk­nęła moja matka.

-?Nada­rzyła się oka­zja -?odparł ojciec.

-?O czym ty myśla­łeś?

-?Nie mie­li­śmy pie­nię­dzy. Potrze­bo­wa­li­śmy ich.

-?Tym, co zro­bi­łeś, nara­zi­łeś naszą rodzinę na nie­bez­pie­czeń­stwo. Oni nas znajdą.

-?Nie będą podej­rze­wać, że to ja to zabra­łem.

Mogłem mieć zale­d­wie pięt­na­ście lat, ale mia­łem oczy i uszy. Moi rodzice bez prze­rwy roz­ma­wiali o pie­nią­dzach i nar­ko­ty­kach. W tam­tym cza­sie tylko to ich inte­re­so­wało. A jed­nak, mimo ich pro­ble­mów, nie pamię­tam, żebym był nie­szczę­śliwy. Zwy­czajne życie po pro­stu nie było dla nich.

Głos matki prze­szedł w gło­śny, pełen nie­po­koju szept.

-?A jeśli przyjdą po te pie­nią­dze? Dzieci są tutaj.

-?Ich nie skrzyw­dzą -?powie­dział ojciec.

Czy­jaś dłoń z hukiem ude­rzyła w kuchenny stół.

-?Musimy wyje­chać.

-?Jest trze­cia nad ranem i pada śnieg. Nikt nie będzie nas teraz szu­kał. Poza tym dokąd mie­li­by­śmy jechać?

-?Jeste­śmy bogaci! Możemy zatrzy­mać się, gdzie tylko chcemy.

Ku mojemu zdzi­wie­niu oboje wybuch­nęli śmie­chem. Chyba wła­śnie dla­tego się kochali. Byli sza­leni w dokład­nie ten sam spo­sób.

To były lata sześć­dzie­siąte -?zupeł­nie inne czasy. Nie każdy miesz­kał w zasięgu hałasu ruchli­wej drogi. Wła­ści­wie nie­wielu ludzi miało wła­sny samo­chód. Jeśli kie­dy­kol­wiek miesz­ka­li­ście głę­boko na wsi, wie­cie, jak ciche potra­fią być dłu­gie noce. Dla­tego ma sens, że tam­tej nocy usły­sza­łem nad­jeż­dża­jący pojazd na długo, zanim dotarł do naszego domu. Mia­rowe pyr­ko­ta­nie sil­nika, które stop­niowo sta­wało się coraz gło­śniej­sze, brzmiało zbyt równo, by nale­żało do sta­rego fur­gonu mojego wuja. Zresztą dobre wia­do­mo­ści nie przy­jeż­dżają w środku nocy.

Mama zro­zu­miała to natych­miast, a jej krzyk wypeł­nił cały domek.

-?Zbierz kurtki i buty dla wszyst­kich. Ja zajmę się dziećmi. Ruszaj się!

Sypia­li­śmy nie­mal w peł­nym ubra­niu z powodu nie­szczel­nych okien i braku cen­tral­nego ogrze­wa­nia. Cie­pło z kominka nie docie­rało do sypialni. W kilka sekund wcią­gną­łem buty, a na cie­płe stopy Spe­cial wsu­ną­łem jej małe czer­wone kalo­sze. Nawet o tej porze nocy mama miała pełny maki­jaż, ale jej uroda nie była w sta­nie ukryć dzi­kiego spoj­rze­nia ani drżą­cej szczęki. Popę­dziła nas do tyl­nych drzwi, przy któ­rych wisiały nasze kurtki.

Wycią­gną­łem ręce do ojca.

-?Chodź, tato. Pro­szę, chodźmy.

Ojciec wyj­rzał przez okno. Sądząc po odgło­sie pra­cu­ją­cego na biegu jało­wym sil­nika, już przy­je­chali. Potem zapa­dła ciężka cisza. Spoj­rzał ponad moją głową na mamę.

-?Zostanę i z nimi poroz­ma­wiam. Ty zabierz dzieci w bez­pieczne miej­sce.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, w jak wiel­kim jeste­śmy nie­bez­pie­czeń­stwie. Wyraz ponu­rej zgody i rezy­gna­cji na twa­rzy ojca powie­dział mi wszystko. Chwy­ci­łem go za nad­gar­stek i odcią­gną­łem od okna.

-?Pro­szę, tato!

-?Idź. Nie martw się o mnie. Spo­tkamy się u wujka Ron­niego.

Zmarsz­czy­łem brwi. Gdyby naprawdę wszystko miało być w porządku, nie musie­li­by­śmy jechać do wujka. Gło­śne, mocne puka­nie do fron­to­wych drzwi wyrwało nas z odrę­twie­nia i razem z mamą oraz sio­strą wybie­gli­śmy tyl­nym wyj­ściem.

Zatrzy­ma­li­śmy się z boku domu. Nawet chmury zda­wały się wstrzy­my­wać oddech. Kil­ku­cen­ty­me­trowa war­stwa śniegu rzu­cała upiorną poświatę na pola. Wyj­rza­łem zza rogu i roz­po­zna­łem trzech męż­czyzn: chu­dego, gru­bego i takiego z dziw­nie wysta­ją­cymi zębami. Bywali u nas już wiele razy. Tego ostat­niego po cichu nazy­wa­łem Goofym. Spo­sób, w jaki patrzył na Spe­cial, przy­pra­wiał mnie o gęsią skórkę. Gdy tylko przy­cho­dzili, a nie była jesz­cze pora spa­nia, zawsze zabie­ra­łem ją do naszego pokoju. Pozo­sta­łych dwóch nazy­wa­łem Lau­re­lem i Har­dym, ze względu na ich zupeł­nie różną posturę.

Może jed­nak wszystko skoń­czy się dobrze. Choć odno­sili się do ojca z wyż­szo­ścią, uwa­ża­łem ich za jego zna­jo­mych. Żar­to­wali, że wszy­scy pra­cują w tej samej branży. Fron­towe drzwi się otwo­rzyły. Ogień w kominku dawno wygasł, nie było prądu, więc wnę­trze domu tonęło w nie­prze­nik­nio­nej ciem­no­ści. Z tej ciem­no­ści wyło­niła się wycią­gnięta dłoń ojca trzy­ma­jąca kopertę.

Nagle bły­snęło. Zaraz potem roz­legł się ogłu­sza­jący, prze­ra­ża­jący huk. Przez uła­mek sekundy ojciec wyglą­dał jak uchwy­cony na foto­gra­fii. Prze­ra­żeni jak spło­szone kró­liki wypa­dli­śmy z kry­jówki. Głu­pio, naprawdę. Domek stał przy pro­stej dro­dze. Przez wiele kilo­me­trów nie było żad­nego innego domu. Pobie­gli­śmy gęsiego zaśnie­żoną drogą w stronę lasu. Kiedy bie­gnie się w ten spo­sób, trzy­ma­jąc się za ręce, można poru­szać się tylko tak szybko, jak naj­wol­niej­sza osoba. Małe kalo­sze Spe­cial śli­zgały się po śniegu. Rzadko wycho­dziła z domu.

Pierw­sze drzewa, jedyna moż­liwa osłona, wciąż były daleko. Obej­rza­łem się przez ramię, wie­dząc, że jeśli ruszą za nami, nie mamy naj­mniej­szych szans. Stali nie­ru­chomo pośrodku drogi, ramię w ramię. Co dziwne, jak na taką pogodę, wszy­scy mieli na sobie podobne nie­bie­skie gar­ni­tury. Każdy trzy­mał unie­sioną rękę. Byli jedyną plamą koloru na bia­łym tle i widzia­łem ich tak wyraź­nie, jakby był dzień. Byli­śmy łatwym celem. Tym razem wokół nas roz­le­gła się cała seria wystrza­łów.

Jakimś cudem na­dal bie­gli­śmy. Coś świ­snęło tuż przy moim pra­wym uchu niczym strzał z bata. Jedy­nym widocz­nym skut­kiem gradu kul wyda­wała się samotna wrona, która pode­rwała się do lotu tuż przed nami. Potem mama się potknęła. Zaci­snęła zęby, pod­nio­sła się i splu­nęła na śnieg. Wbiła wzrok w odle­głą linię drzew i ruszy­li­śmy dalej. Usły­sza­łem śmiech męż­czyzn. Za nami ponow­nie roz­le­gła się seria wystrza­łów, a mama runęła twa­rzą w śnieg z głu­chym, prze­ra­ża­ją­cym łosko­tem.

Przy­kuc­ną­łem i odgar­ną­łem z jej policzka włosy skle­jone krwią. Z ust pły­nęła jej krew. Śnieg natych­miast ją pochła­niał, choć wypły­wała sze­ro­kim stru­mie­niem. Jej wzrok stra­cił ostrość, a ostat­kiem sił wyszep­tała:

-?Ucie­kaj.

Usły­sza­łem coraz bliż­szy chrzęst ich butów na śniegu. Zarzu­ci­łem sobie Spe­cial na plecy. Uwiel­biała to -?zabawę w konika. Ważyła tyle co nic, ale trzy­mała się jak naj­lep­szy dżo­kej. Ruszy­łem znacz­nie szyb­ciej; strach dodał moim nogom siły i szyb­ko­ści. Dopa­dłem do lasu i wpa­dłem mię­dzy drzewa. Gałę­zie sze­le­ściły i sma­gały mnie po twa­rzy. Jed­nak tylko przy samym skraju rosły gęste iglaki, dalej stały już jedy­nie nagie pnie. Modli­łem się, żeby nasi prze­śla­dowcy dali za wygraną, jeśli tylko zdo­łam zwięk­szyć dystans.

Nie był to jed­nak praw­dziwy las i wkrótce dotar­łem do jego końca. Przede mną roz­cią­gała się ogromna biała prze­strzeń. Głosy za ple­cami roz­brzmie­wały coraz gło­śniej i były coraz bli­żej. Czu­łem przy uchu miękki, spo­kojny oddech Spe­cial. Tylko tego się trzy­ma­łem. Ona niczego nie rozu­miała. Nie mia­łem wyboru i wybie­głem na zaśnie­żone pole. Pod war­stwą śniegu kryła się nie­równa, poorana kole­inami zie­mia, która odbie­rała mi rów­no­wagę. Udało mi się prze­biec może dwa­dzie­ścia cięż­kich kro­ków, kiedy znów usły­sza­łem ich śmiech.

Po kolej­nej serii wystrza­łów uścisk Spe­cial osłabł. Chwy­ci­łem jej drobne ramiona, żeby nie zsu­nęła mi się z ple­ców. Następny huk roz­darł ciszę, a prze­ni­ka­jący ból prze­szył moje prawe udo. Zro­bi­łem jesz­cze kilka chwiej­nych kro­ków, po czym noga się pode mną ugięła. Upa­dłem na bok, a Spe­cial sto­czyła się ze mnie. Patrzyła na mnie. Nie była smutna ani prze­stra­szona. Na jej twa­rzy malo­wała się jedy­nie dobroć. Spe­cial przez całe życie nie wypo­wie­działa ani jed­nego słowa. Ale tam­tej nocy spró­bo­wała.

-?Prze­pra­szam -?powie­działa bez­gło­śnie, poru­sza­jąc tylko ustami. A potem zga­sło świa­tło w jej oczach. Moja piękna sio­stra ode­szła. Moja sio­stra, która przy­tu­lała naj­pięk­niej na świe­cie.

Kilka sekund póź­niej w polu mojego widze­nia poja­wił się męż­czy­zna. To był Goofy. Schy­lił się i wycią­gnął rękę w stronę szyi Spe­cial. Nie chcia­łem, żeby jej doty­kał. Przez moje ciało prze­szła fala ener­gii i ode­pchną­łem się rękami od ziemi. Pró­bo­wa­łem wstać, ale roz­ry­wa­jący ból w nodze ode­brał mi siły i runą­łem z powro­tem na śnieg.

Mor­derca wzru­szył ramio­nami i odsu­nął dłoń od szyi Spe­cial. Z jego pal­ców ście­kała krew. Prze­su­nął wyschnię­tym języ­kiem po swo­ich krzy­wych zębach, po czym wsu­nął zakrwa­wiony palec do ust. Żało­wał, że umarła, ale tylko dla­tego, że nie mógł już jej wyko­rzy­stać.

Skądś z oddali dobiegł roz­kaz:

-?Wykończ ich.

Goofy pochy­lił się nade mną. Poczu­łem zapach whi­sky, tej samej, którą pił mój ojciec, kiedy nie mógł zdo­być tego, czego naprawdę potrze­bo­wał. Zmru­żył oczy. W szkole czę­sto wołali na mnie "Junior". Kilka pie­gów pod czuj­nym spoj­rze­niem zie­lo­nych oczu spra­wiało, że wyglą­da­łem mło­dziej, niż byłem w rze­czy­wi­sto­ści. Rodzice nie wyda­wali już pie­nię­dzy na fry­zjera, a mama nie potra­fiła strzyc. Jeden z chło­pa­ków z klasy nazy­wał mnie Oli­ve­rem Twi­stem. Być może to wła­śnie moja nie­win­ność spra­wiła, że Goofy zawa­hał się przez chwilę.

Zmarszczki mię­dzy jego brwiami pogłę­biły się, a mię­sień na policzku zadrżał. Śnieg znów zaczął padać, wiru­jąc za jego ple­cami. Może przez moment się wahał, ale w głębi serca pozo­stał bez­względny. Patrzy­łem mu pro­sto w oczy, gdy odsu­nął się do tyłu. Nie odry­wa­łem od niego wzroku, bła­ga­jąc o litość, aż w końcu ujrza­łem skie­ro­waną we mnie lufę pisto­letu.

Kolejny wystrzał i błysk dotarły do mnie jakby stłu­mione, jak gdyby pogoda wzięła na sie­bie siłę ude­rze­nia. A potem zapa­dła ciem­ność.

Zosta­wili nas na tym ponu­rym polu, pośród zimo­wej pustki, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Przez wiele tygo­dni gazety roz­pi­sy­wały się o tej zbrodni. Nazwano ją zabój­stwami na śniegu.

Rozdział 2

Wete­ry­narz jadący o świ­cie do pobli­skiego gospo­dar­stwa zna­lazł mnie całego we krwi, leżą­cego pośrodku drogi. Byłem nie­da­leko od miej­sca, w któ­rym odna­le­ziono moją matkę, od miej­sca, gdzie leżała moja sio­stra. Zaci­sną­łem pasek wokół zra­nio­nej nogi i czoł­ga­łem się, cią­gnąc za sobą Spe­cial, nawet wtedy, gdy nie było już dla niej żad­nej nadziei. Pijany Goofy celo­wał mi w twarz, ale jego chwiejna ręka spra­wiła, że kula tra­fiła w czu­bek mojej głowy. Mocna kość czaszki pękła, lecz jed­no­cze­śnie odbiła pocisk, dzięki czemu skoń­czyło się jedy­nie na wyjąt­kowo cięż­kim wstrzą­śnie­niu mózgu.

Mówili, że powi­nie­nem czuć się szczę­ścia­rzem, bo prze­ży­łem, ale trudno tak się czuć, kiedy zostaje się samemu na świe­cie. Leka­rze wspo­mi­nali o moż­li­wo­ści ura­zo­wego uszko­dze­nia mózgu, choć mieli nadzieję, że nie pozo­stawi ono trwa­łych następstw. Tak czy ina­czej, już ni­gdy nie mia­łem być taki sam. I nie sądzę, by było w tym coś zaska­ku­ją­cego. Wszelka nadzieja na nor­malną przy­szłość umarła tam­tego dnia, na tym polu.

Usu­nięto kulę z mojego uda, a noga zago­iła się bez pro­ble­mów. Wyle­cze­nie umy­słu było zupeł­nie inną sprawą. Posi­nia­czony i pora­niony odpły­nął gdzieś daleko, pozo­sta­wia­jąc po sobie pustą sko­rupę czło­wieka, który pra­wie na nic nie reago­wał.

Pró­bo­wa­łem roz­ma­wiać z poli­cją. Jąka­łem się, opo­wia­da­jąc o trzech męż­czy­znach, ale za każ­dym razem, gdy pró­bo­wa­łem opi­sać mor­der­stwa, koń­czyło się to pła­czem i dła­wią­cym mnie szlo­chem. Funk­cjo­na­riu­sze wymie­niali mię­dzy sobą zna­czące spoj­rze­nia i kiwali gło­wami. Zakła­da­łem, że zro­bią swoje i zła­pią zabój­ców. Po każ­dej ich wizy­cie przez resztę dnia byłem jed­nak kom­plet­nie roz­trzę­siony, a o wujku Ron­niem zupeł­nie zapo­mnia­łem.

Jako mój jedyny żyjący krewny został moim praw­nym opie­ku­nem. Przy­je­chał tydzień po śmierci mamy i Spe­cial. Powie­dział, że przy­pad­kiem usły­szał, jak ktoś roz­ma­wia o strze­la­ni­nie. Miał szczę­ście, bo nie czy­ty­wał gazet. Kiedy dotarł do domku, przed wej­ściem wciąż stał poli­cyjny radio­wóz. Poli­cjanci uznali go za czło­wieka czuj­nego i uni­ka­ją­cego jasnych odpo­wie­dzi, ale nie był podej­rzany, więc wkrótce dali mu spo­kój. Po oglę­dzi­nach miejsc zbrodni usta­lili już dokładny prze­bieg wyda­rzeń i byłem prze­ko­nany, że mają swo­ich podej­rzanych.

Moje krzyki zruj­no­wały pogrzeb, na któ­rym i tak poja­wiło się zale­d­wie kilka osób. Wła­ści­wie wię­cej było poli­cjan­tów i gapiów niż żałob­ni­ków. Zasta­na­wia­łem się, kto opła­cił trzy rodzinne groby usta­wione w jed­nym rzę­dzie, dopóki nie zauwa­ży­łem dys­kret­nego spoj­rze­nia, jakie pastor posłał mojemu wuj­kowi. Pogrzeb odbył się w kościele w Orton Lon­gu­eville, w Peter­bo­ro­ugh. Zapy­ta­łem, dla­czego wła­śnie tam, a Ron­nie odparł, że kie­dyś ura­to­wał pasto­rowi życie. Nic wię­cej nie wyja­śnił.

Po trzech tygo­dniach, pod­czas któ­rych mój stan psy­chiczny nie­mal się nie popra­wił, zdo­ła­łem opi­sać poli­cji czło­wieka, któ­rego nazy­wa­łem Goofym. Ron­nie był obecny przez całą roz­mowę. Kiedy wyszli, cmok­nął z dez­apro­batą i pokrę­cił głową. Powie­dział tylko:

-?Nic z tego.

Następ­nego dnia przy­szedł ponow­nie i oznaj­mił pie­lę­gniar­kom, że chce zabrać mnie na spa­cer. Stwier­dził, że świeże powie­trze dobrze mi zrobi i pomoże mi się otrzą­snąć. Poży­czył wózek inwa­lidzki i zawiózł mnie do swo­jego samo­chodu. Do szpi­tala już ni­gdy nie wró­ci­łem i wię­cej nie zoba­czy­łem żad­nych przed­sta­wi­cieli władz.

Oka­zało się, że Ron­nie żył cał­ko­wi­cie poza sys­te­mem. Był eks­cen­try­kiem i dzi­wa­kiem pro­wa­dzą­cym samotne życie, wolne od zasad. Miesz­kał w przy­cze­pie kem­pin­go­wej cią­gnię­tej przez swo­jego sta­rego vana i miał pięć miejsc, w któ­rych roz­bi­jał się kolejno na mniej wię­cej mie­siąc. Póź­niej powie­dział mi, że tylko dzięki temu mama zdo­łała go odna­leźć - odwie­dzała po kolei każde z tych miejsc. Nie­któ­rzy uwa­żali go za włó­częgę, ale on twier­dził, że po pro­stu nie chce żyć wśród ludzi.

Trzeba mu jed­nak oddać spra­wie­dli­wość -?przy­gar­nął mnie. Począt­kowo cia­sna przy­czepa bar­dzo mnie przy­tła­czała. Choć posia­dał nie­wiele, na ścia­nach wisiały stare foto­gra­fie. Zdjął je, kiedy powie­dzia­łem, że mnie prze­ra­żają. Ja nie mia­łem nic. Ron­nie zapy­tał, czy chcę wró­cić do szkoły. Uśmiech­nął się, gdy odpowie­dzia­łem:

-?Nie, dzię­kuję.

W pierw­szych mie­sią­cach czę­sto zni­kał. Gdy pyta­łem, dokąd idzie, odpo­wia­dał tylko:

-?Zała­twiam pewne sprawy.

Ron­niego naj­le­piej okre­ślało powie­dze­nie: "syn kłu­sow­nika". Ojciec nauczył go wszyst­kiego, co sam umiał, ale Ron­nie nie kradł wyłącz­nie zwie­rząt. Prak­tycz­nie wszystko, co nie było przy­bite na stałe, uwa­żał za zdo­bycz. A jeśli było przy­bite, odkrę­cał to i szybko sprze­da­wał. Z cza­sem zosta­łem jego wspól­ni­kiem. Nie­wiele mówił, ale wydaje mi się, że zaczął cie­szyć się z mojego towa­rzy­stwa. W jego fachu druga para oczu była bez­cenna.

Jedyną pamiątką po ojcu, którą zacho­wał, był gra­nat ręczny. Histo­ria z nim zwią­zana była wła­ści­wie jedyną, jaką kie­dy­kol­wiek mi opo­wie­dział. Za pierw­szym razem posta­wił mnie przy kominku, pochy­lił się i powie­dział:

-?Pod­czas upadku Sin­ga­puru w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej Japoń­czycy zdo­byli pozy­cję mojego ojca. Żoł­nie­rze dobrze wie­dzieli, jak okrut­nie wróg trak­tuje jeń­ców. Kiedy skoń­czyła mu się amu­ni­cja, a nie­przy­ja­ciel był już zale­d­wie kilka kro­ków od niego, ści­skał w dłoni ostatni gra­nat. Nie potra­fił jed­nak wycią­gnąć zawleczki. Prze­żył, ale zdro­wie i rozum zosta­wił na Kolei Śmierci. Po zakoń­cze­niu wojny i odzy­ska­niu wol­no­ści zdo­był drugi gra­nat. Zacho­wał go na pamiątkę, żeby zawsze przy­po­mi­nał mu o tam­tej decy­zji.

-?Po powro­cie do Anglii odna­lazł mnie u ciotki, do któ­rej tra­fi­łem po nalo­cie, w któ­rym zgi­nęła moja matka. Zabrał mnie do lasu i tam żyli­śmy z dala od ludzi. Powta­rzał, że już ni­gdy nie da się schwy­tać żyw­cem. Osta­tecz­nie jed­nak zmarł spo­koj­nie we śnie na zawał serca i ni­gdy nie musiał podej­mo­wać tej osta­tecz­nej decy­zji. Wycho­wał mnie tak, żebym myślał dokład­nie tak samo.

Sły­sza­łem tę histo­rię wiele razy. I z cza­sem sam zaczą­łem podzie­lać to prze­ko­na­nie.

Wiele razy odwie­dza­li­śmy pastora. Prze­pa­dał za dzi­czy­zną, a naj­bar­dziej lubił zająca, choć raz dostał od nas nawet tele­wi­zor. Czę­sto dawał mi kilka pen­sów i poro­zu­mie­waw­czo mru­gał okiem. Ku mojemu zdu­mie­niu Ron­nie znał nie­mal wszyst­kich. Wszę­dzie witano go z rado­ścią. Łapówki i szem­rane inte­resy prze­ni­kały do każ­dego biura i każ­dej fabryki.

Zepchną­łem wspo­mnie­nie mor­derstw na dal­szy plan. Łzy i tak nie mogły zmie­nić mojego poło­że­nia. Rodzinne groby w Peter­bo­ro­ugh odwie­dzi­li­śmy tylko raz. Gdy tam dotar­li­śmy, na nagrobku leżały świeże kwiaty. Ron­nie zosta­wił odpo­wied­nie instruk­cje i pie­nią­dze, by regu­lar­nie ktoś je tam przy­no­sił.

Żyłem tak jak Ron­nie -?z dnia na dzień, od jed­nej oka­zji do dru­giej, w cią­głym ocze­ki­wa­niu na jakieś nie­bez­pie­czeń­stwo. Nauczył mnie strze­lać i zasta­wiać sidła. Kiedy potrze­bo­wa­li­śmy nowych ubrań, opróż­nia­li­śmy sznury z roz­wie­szo­nego pra­nia.

Ron­nie zaszcze­pił we mnie potrzebę dba­nia o kon­dy­cję. Jego dwu­dzie­sto­mi­nu­towy poranny tre­ning szybko stał się także moim. Poma­gał mi wyci­szyć myśli. Bie­ga­li­śmy razem -?cza­sem dla przy­jem­no­ści, a cza­sem dla­tego, że ktoś nas gonił.

Powoli wycho­dzi­łem z cie­nia tam­tej strasz­nej nocy. Czy­ta­łem wszystko, co wpa­dło mi w ręce -?książki, cza­so­pi­sma i gazety, które udało nam się zna­leźć. Głów­nie po to, by zabić nudę. Ron­nie do osią­gnię­cia tego samego celu potrze­bo­wał jedy­nie papie­ro­sów. Kiedy byli­śmy wśród ludzi, obser­wo­wa­łem mło­dych męż­czyzn i kobiety w kolo­ro­wych ubra­niach i z mod­nymi fry­zu­rami. Na ich tle moje wła­sne ubra­nia przy­po­mi­nały mi łach­many włó­czę­gów, któ­rych widy­wa­łem kie­dyś w Lon­dy­nie. Pamię­ta­łem też wyprawy do kina z dzie­ciń­stwa. Zatę­sk­ni­łem za fil­mami i wspo­mnia­łem o tym wuj­kowi.

Wtedy po raz pierw­szy naprawdę poroz­ma­wia­li­śmy. Powi­nie­nem był wcze­śniej zauwa­żyć, że coś jest nie tak, bo schudł, choć i wcze­śniej nie miał z czego. Miał kilka skry­tek, w któ­rych trzy­mał pie­nią­dze, i odwie­dzi­li­śmy je wszyst­kie. W przy­cze­pie, za ukry­tym pane­lem, prze­cho­wy­wał także skó­rzaną torbę pełną biżu­te­rii. Zapy­ta­łem go, czy wie, kto zabił moją rodzinę. Odmó­wił odpo­wie­dzi, twier­dząc jedy­nie, że tamci wciąż mnie szu­kają. Powie­dział też, że ni­gdy nie powi­nie­nem ufać poli­cji. To wła­śnie dla­tego zabrał mnie ze szpi­tala. A poza tym zemsta i tak nie przy­wró­ci­łaby mi sio­stry.

Oka­zało się, że był od mojej matki o wiele star­szy i choć oboje nosili nazwi­sko Smith, byli tylko przy­rod­nim rodzeń­stwem. Tak naprawdę ni­gdy nie dowie­dzia­łem się, kim była moja matka, a Ron­nie nie zamie­rzał mi tego mówić.

Jakiś czas póź­niej zabrał mnie na prze­jażdżkę. Chciał upo­lo­wać jele­nia w jed­nym z kró­lew­skich mająt­ków w hrab­stwie Nor­folk. Rzadko się na to decy­do­wał, bo bogaci wła­ści­ciele zatrud­niali naj­lep­szych straż­ni­ków łowiec­kich. Myślę, że po pro­stu chciał jesz­cze raz poczuć pier­wotne instynkty towa­rzy­szące polo­wa­niu. Tam­tego dnia zasko­czyła mnie jego nie­ostroż­ność. Jego ciężki, powolny chód prze­czył wszyst­kim zapew­nie­niom, że wszystko jest w porządku.

Przy­kuc­nął, oddał celny strzał z dużej odle­gło­ści i posłał mi melan­cho­lijny uśmiech. Zdzi­wił mnie brak pośpie­chu. Prze­stę­po­wa­łem z nogi na nogę, gdy z tru­dem pró­bo­wał się pod­nieść. Duży jeleń waży naprawdę bar­dzo dużo. Wypa­tro­szy­li­śmy go na miej­scu, żeby był lżej­szy, a wnętrz­no­ści zosta­wi­li­śmy lisom, ale mimo to cią­gnię­cie tuszy szło opor­nie. Posu­wa­li­śmy się bar­dzo wolno, a widoczna sła­bość Ron­niego tylko pogar­szała sytu­ację. W pobliżu roz­le­gły się ciche ludz­kie głosy. Ron­nie wystrze­lił mniej wię­cej w ich kie­runku. Serce zabiło mi szyb­ciej, bo ni­gdy wcze­śniej nie zro­bił cze­goś podob­nego. Kiedy zaczę­li­śmy ucie­kać, chwiał się i zata­czał.

To dziwne, ale wszy­scy bli­scy mi ludzie zgi­nęli od kul. Pocisk, który dosię­gnął Ron­niego, gdy wsia­da­li­śmy do vana, prze­bił mu plecy i wyszedł przez brzuch. Musiał zostać wystrze­lony z bar­dzo moc­nego kara­binu, bo póź­niej zna­la­złem go wbi­tego w fotel pasa­żera. Ron­nie zdo­łał jesz­cze zatrza­snąć drzwi, a ja odje­cha­łem. Upo­lo­wał swo­jego ostat­niego jele­nia, ale już ni­gdy nie miał go spró­bo­wać. Ruszy­łem w stronę szpi­tala, lecz Ron­nie powstrzy­mał mnie swoją ostat­nią prośbą. Powie­dział, że jest gotów.

-?Zabierz mnie do domu -?nale­gał. Przy­czepa zawsze była jego azy­lem.

-?Daj spo­kój, Ron­nie. Jeśli poje­dziemy teraz, leka­rze cię ura­tują. -?Nie wie­dzia­łem, czy to prawda, ale warto było spró­bo­wać.

Poło­żył dłoń na mojej nodze i nie zabrał jej. Deli­kat­nie przy­kry­łem ją swoją. Nie przy­po­mi­na­łem sobie, żeby wcze­śniej świa­do­mie mnie dotknął.

-?Krwa­wi­łem -?powie­dział, patrząc gdzieś w dal i prze­ły­ka­jąc ślinę. -?Z odbytu.

Wró­ci­łem na pole kem­pin­gowe i pomo­głem mu usiąść w leżaku. Ode­pchnął mnie, kiedy pró­bo­wa­łem obej­rzeć ranę.

-?Chcesz się cze­goś napić? -?zapy­ta­łem.

-?Tak. Popro­szę tro­chę wody.

-?Chcesz jesz­cze cze­goś?

-?Tylko spo­koju. -?Oparł głowę.

W tam­tej chwili posta­no­wi­łem, że muszę się dowie­dzieć. Wie­dzia­łem, że dru­giej oka­zji do zada­nia tego pyta­nia już nie będzie.

-?Kto zamor­do­wał moją rodzinę?

Nie odpo­wie­dział, ale jego jabłko Adama poru­szyło się ner­wowo.

-?No już, Ron­nie. Gdzie mogę ich zna­leźć?

Nie otwo­rzył ust. Oddy­chał coraz wol­niej i uzna­łem, że to już koniec. Nagle jed­nak wyszep­tał słowa, które musia­łem usły­szeć.

-?The Boy's Head, Oun­dle Road.

Usia­dłem obok niego w mil­cze­niu, bo tylko tego pra­gnął. Myśla­łem o mor­der­cach i dosze­dłem do wnio­sku, że jeśli nie sie­dzą w wię­zie­niu, to uszło im to na sucho. W tam­tej chwili nie mia­łem jesz­cze żad­nego planu, ale wie­dzia­łem jedno -?życie, które pro­wa­dzi­łem, skoń­czy się wraz ze śmier­cią Ron­niego. Umie­rał przez godzinę.

Wiem, że Ron­nie wie­rzył, iż zemsta nie przy­wróci mi sio­stry, i oba­wiał się, że ci ludzie wciąż szu­kają jedy­nego żyją­cego świadka tam­tych zbrodni.

Ja uwa­ża­łem ina­czej. Byłem pewien, że dawno już o mnie zapo­mnieli. Ale ja ni­gdy nie zapo­mnia­łem o nich. A pra­gnie­nie zemsty cał­ko­wi­cie mnie pochło­nęło.

Rozdział 3

Zabra­łem kosz­tow­no­ści ukryte przez wujka Ron­niego i odna­la­złem jego pie­nią­dze. Było ich dużo. Wię­cej, niż potra­fi­łem oce­nić. Widzia­łem wcze­śniej bank­noty fun­towe i wie­dzia­łem, że przez długi czas nie będę potrze­bo­wał kolej­nych.

Zgod­nie z wolą Ron­niego wcią­gną­łem jego ciało do przy­czepy, a potem uło­ży­łem przy nim resztę jego rze­czy. Całe życie czło­wieka led­wie pokry­wało pod­łogę. Ści­sną­łem jego dłoń. Ni­gdy nie dożyłby sędzi­wego wieku, ale żył tak, jak chciał. Zawsze powta­rzał, że lepiej spło­nąć, niż powoli gasnąć. Więc patrzy­łem, jak pło­nie.

Mimo tego, czym się zaj­mo­wał, w głębi serca był czło­wie­kiem spo­koj­nym. Jeśli ktoś go prze­chy­trzył albo oszu­kał, przyj­mo­wał to z krzy­wym uśmie­chem, jakby cie­szył się, że los wysta­wił go na próbę. Nie nosił w sobie gory­czy ani urazy, nie żywił zło­śli­wo­ści ani pra­gnie­nia odwetu, które nie dawa­łoby mu spać po nocach. Ja byłem inny.

Poje­cha­łem do Peter­bo­ro­ugh, kupi­łem nowe ubra­nia w wiel­kich, zatło­czo­nych mar­ke­tach i porząd­nie się ostrzy­głem. Ele­gancko ubrane sprze­daw­czy­nie oglą­dały moje pie­nią­dze z wyraźną podejrz­li­wo­ścią. W witry­nie kio­sku nie­da­leko pubu The Boy's Head zauwa­ży­łem ogło­sze­nie o pokoju do wyna­ję­cia przy Black Ermine Street w Orton Lon­gu­eville - nie­wiel­kiej wio­sce odda­lo­nej o nie­całe dwa kilo­me­try. To wła­śnie tam pocho­wano moją rodzinę. Zamiesz­ka­nie w pobliżu uła­twi­łoby mi dba­nie o ich groby.

To było takie pro­ste. Moja wie­kowa gospo­dyni mało czym się przej­mo­wała, byle tylko nie kąpać się czę­ściej niż raz w tygo­dniu. Powie­dzia­łem jej, żeby nazy­wała mnie Ron­nie Smith. Wujek byłby z tego zado­wo­lony. Przy­dzie­liła mi pokój na pod­da­szu swo­jego par­te­ro­wego domu, a sama spała na dole.

W pierw­szą sobotę po prze­pro­wadzce wsze­dłem do pubu w porze obia­do­wej. Nie­wia­ry­godne, ale cała trójka mor­der­ców stała przy barze, jakby cze­kali na mnie jak w jakimś wester­nie. Lau­rel wyda­wał się mniej­szy, być może dla­tego, że Hardy jesz­cze bar­dziej przy­tył. Goofy przez kilka sekund wpa­try­wał się we mnie uważ­nie, po czym wybuch­nął śmie­chem. Przez moment pomy­śla­łem, że mnie roz­po­znali, ale po pro­stu szy­dzili z prze­stra­szo­nego mło­kosa, który odwa­żył się wejść do ich lokalu. Obo­jętne, puste spoj­rze­nia prze­szy­wały mnie na wskroś, a ja wyco­fa­łem się na drżą­cych nogach.

Zna­la­złem pracę przy kasie w miej­sco­wym kio­sku. Traf chciał, że wsze­dłem tam tylko po gazetę i aku­rat natkną­łem się na wła­ści­ciela, który wyrzu­cał z pracy zło­dzieja zatrud­nio­nego do tej pory. Wcze­sne pobudki, dłu­gie godziny pracy i marne pie­nią­dze szybko ostu­dziły mój zapał. Nie mia­łem jed­nak ani rodziny, ani przy­ja­ciół, któ­rzy mogliby zająć mi czas. Wytrwa­łem więc.

Obsłu­gi­wa­łem tych męż­czyzn regu­lar­nie. Nie­mal codzien­nie przy­cho­dzili po papie­rosy i alko­hol. Z cza­sem zauwa­ży­łem, z któ­rych domów wycho­dzili, i szybko dowie­dzia­łem się, gdzie miesz­kają. Lau­rel i Hardy mieli rodziny oraz kochanki, nato­miast Goofy miesz­kał sam. Wszy­scy jed­nak opły­wali w dosta­tek -?jeź­dzili dro­gimi samo­cho­dami i nosili ele­ganc­kie ubra­nia.

Ron­nie zawsze powta­rzał, że myśli o zemście nie pozwolą mi zagoić ran. Miał rację -?z każ­dym dniem czu­łem się coraz gorzej, słu­cha­jąc ich prze­chwa­łek. Brali, co chcieli. Ludzie odwra­cali wzrok i scho­dzili im z drogi. Nikt nie odwa­żył się im prze­ciw­sta­wić.

Zapy­ta­łem wła­ści­ciela kio­sku, dla­czego poli­cja ich nie aresz­tuje, skoro było oczy­wi­ste, że są prze­stęp­cami. Odpo­wie­dział, że zastra­szone rodziny mil­czą, a ci ludzie zawsze mają nie­pod­wa­żalne alibi. Krą­żyły też pogło­ski, że mają wpły­wo­wych zna­jo­mych, któ­rzy czy­nią ich nie­ty­kal­nymi. Nawet w kio­sku mieli zeszyt z dłu­gami, któ­rych ni­gdy nie spła­cali. Resztki mojej wiary w poli­cję i spra­wie­dli­wość stop­niały nie­mal do zera.

Pra­gnie­nie odwetu zatru­wało mnie od środka i zaczą­łem pla­no­wać zemstę. Trzech męż­czyzn. Trzy mor­der­stwa. Mia­łem narzę­dzia i umie­jęt­no­ści, ale to nie wystar­czało. Chcia­łem, żeby poczuli się jak zwie­rzyna. Mieli umrzeć zmar­z­nięci i samotni. Mieli prze­żyć ten sam strach, który ogar­nął mnie, moją matkę i moją sio­strę. Musieli wie­dzieć, że to ja.

Ode­brali życie mojej rodzi­nie. Ja mia­łem ode­brać życie ich rodzi­nom. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści co do winy mojego ojca, a zapewne i matki. Ale Spe­cial była naprawdę wyjąt­kowa, a ja byłem nie­winny. Żadne z nas nie zasłu­gi­wało na śmierć. Musia­łem pozo­stać na wol­no­ści, kiedy już wyrów­nam rachunki, żebym mógł pamię­tać o naszej rodzi­nie i dbać o ich miej­sce spo­czynku. A kiedy nadej­dzie mój czas, chcia­łem zostać pocho­wany obok nich.

Kiedy nad­szedł moment pod­ję­cia decy­zji, obu­dzi­łem się po krwa­wym kosz­ma­rze, który pod­su­nął mi pewien pomysł. Napi­sa­łem do każ­dego z nich krótki list i pod osłoną nocy oso­bi­ście pod­rzu­ci­łem go pod ich drzwi. Brzmiał:

Strzeż się pół­noc­nego wia­tru. Bo kiedy nadej­dzie, nikt nie usły­szy two­jego krzyku.

A potem cze­ka­łem, aż spad­nie śnieg.

Rozdział 4. Detektyw Barton

Roz­dział 4

Detek­tyw Bar­ton

Detek­tyw inspek­tor John Bar­ton obser­wo­wał pro­gnozę pogody i uśmiech­nął się na wieść o nad­cho­dzą­cej śnie­życy. Gdy przy­cho­dziły mrozy, poziom prze­stęp­czo­ści wyraź­nie spa­dał, a jego praca sta­wała się łatwiej­sza. Ludzie zosta­wali w domach, więc drobni chu­li­gani mieli mniej prze­chod­niów do okra­da­nia, a wła­my­wa­cze mniej pustych domów do obra­bo­wa­nia. Rosła jedy­nie liczba kra­dzieży samo­cho­dów. Pokrę­cił głową na myśl o wszyst­kich tych kie­row­cach, któ­rzy zosta­wiali odpa­lony sil­nik, żeby odmro­zić przed­nią szybę, po czym wra­cali i odkry­wali, że ich auto oka­zało się zbyt kuszącą oka­zją dla przy­pad­ko­wego zło­dzieja.

Tym razem jed­nak nie był to jego pro­blem. Miał dwa dni wol­nego. Nawet nie peł­nił dyżuru. Dziś wie­czo­rem mógł wyłą­czyć tele­fon. Plan był pro­sty: zimne piwo w dłoni, pizza w pie­kar­niku i porządny film w tele­wi­zji. Roz­siadł się wygod­nie w fotelu, gdy pro­gram wró­cił do poran­nych wia­do­mo­ści. Kolejna masowa strze­la­nina wstrzą­snęła Ame­ryką. Tam­tej­sza sytu­acja z bro­nią od zawsze go fascy­no­wała. Jak wyglą­da­łaby jego praca, gdyby w czter­dzie­stu pro­cen­tach bry­tyj­skich domów znaj­do­wała się zała­do­wana broń? Czy na­dal miałby odwagę wyko­ny­wać ten zawód?

Do salonu wszedł jego syn z nie­tęgą miną. Choć żona Bar­tona od dawna pro­siła go, żeby prze­stał mówić do niego "Mały Luke", trudno było mu się odzwy­czaić. Cza­sami jesz­cze szep­tał te słowa, gdy wie­czo­rem zaglą­dał do niego przed snem. Wie­dział jed­nak, że odkąd Luke skoń­czył cztery lata i zaczął cho­dzić do zerówki, powi­nien być po pro­stu Lukiem.

-?Czas do szkoły, młody. Idź się ubrać.

-?Nie zdą­ży­łem do toa­lety, tato.

Takie wia­do­mo­ści zawsze docie­rały do Bar­tona z opóź­nie­niem. Mimo to posta­no­wił spró­bo­wać szczę­ścia.

-?To może idź i powiedz mamie.

-?Powie­działa, że teraz twoja kolej.

-?Hmm.

Bar­ton zaci­snął zęby i wci­snął pauzę na pilo­cie, żeby niczego nie prze­ga­pić. Kiedy był w domu, poma­gał przy takich spra­wach. Wyda­wało mu się to uczciwe -?pra­co­wał po wiele godzin dzien­nie, a jego żona wyko­ny­wała wszyst­kie naj­mniej przy­jemne obo­wiązki pod jego nie­obec­ność. Mimo wszystko sprzą­ta­nie po dzie­ciach znaj­do­wało się na samym końcu listy jego ulu­bio­nych rodzi­ciel­skich zajęć. Bez słowa wziął Luke'a pod pachy, zaniósł do łazienki i z pewną obawą odchy­lił gumkę od piża­mo­wych spodni.

-?Nic tu nie ma.

-?To chyba był tylko bąk.

Bar­ton uznał, że to będzie dobry dzień.

-?Skoro już tu jesteś, zobaczmy, czy uda się coś z cie­bie wyci­snąć.

-?Co zna­czy "wyci­snąć"?

-?Zachę­cić.

-?A co zna­czy "zachę­cić"?

-?To zna­czy, że nie scho­dzisz z toa­lety, dopóki nie zro­bisz kupy.

Poca­ło­wał syna w czu­bek głowy i wró­cił do salonu. Jego dzie­wię­cio­let­nia córka Layla ostat­nio dość oso­bli­wie fascy­no­wała się sta­rymi tele­tur­nie­jami. Zatrzy­many kanał infor­ma­cyjny Sky News znik­nął z ekranu, zastą­piony gło­śnym Super­mar­ket Sweep. Layla odzie­dzi­czyła dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent cech Holly i zale­d­wie jeden pro­cent po nim. Te same lazu­rowe oczy co matka wpa­try­wały się w niego z wyzwa­niem, gdy wszedł do pokoju i zmarsz­czył brwi na widok tele­wi­zora.

-?To ty odpo­wia­dasz za ten smród? -?zapy­tała.

-?Nie. Winny jest Luke.

-?Świet­nie. Co z cie­bie za facet, skoro zrzu­casz winę na małego chłopca?

Skąd się wzięło takie podej­ście? Per­spek­tywa nasto­let­nich lat maja­czyła przed nim niczym gigan­tyczne tor­nado na hory­zon­cie. Bar­ton uznał, że psy­cho­lo­giczna bata­lia o to, kto ma prawo do tele­wi­zora przed dzie­wiątą rano, z góry ska­zana jest na porażkę. Ni­gdy nie wygry­wał, więc posta­no­wił zająć się czymś, nad czym miał kon­trolę.

-?Zbie­raj się pomału. Dziś idziemy pie­szo.

Layla zmru­żyła oczy, gdy wycho­dził z pokoju, ale dosko­nale znała tę ich grę. Miała mu za złe, że nie pozwala jej cho­dzić do szkoły samej. Być może rze­czy­wi­ście był nado­pie­kuń­czy, ale pro­wa­dził kie­dyś śledz­two w spra­wie dziecka porwa­nego w dro­dze do szkoły. Poza tym i tak musieli odpro­wa­dzić Luke'a.

-?Tato, chcia­ła­bym dziś na śnia­da­nie owsiankę.

Powlókł się do kuchni. Zwy­kle sama nasy­py­wała sobie płatki, ale jeśli miała ochotę na owsiankę, musiał przy­go­to­wać ją on. Mógł oczy­wi­ście powie­dzieć: "Jesz płatki albo nic", ale owsianka była zdrow­sza. Layla dosko­nale o tym wie­działa i po raz kolejny wygrała. Jego żona, Holly, obrzu­ciła go uważ­nym spoj­rze­niem.

-?Dzieci są już ubrane i gotowe, John?

Bar­ton par­sk­nął śmie­chem. Wie­działa, że odpo­wiedź brzmi "nie", ale uwiel­biała sobie z niego pod­kpi­wać. Tego ranka powie­dział jej, żeby tro­chę odpu­ściła. Dziwne -?potra­fił pro­wa­dzić skom­pli­ko­wane śledz­twa w wydziale do spraw naj­po­waż­niej­szych prze­stępstw w Peter­bo­ro­ugh, ogar­niać dzie­siątki tro­pów i godzić ze sobą ludzi o cał­ko­wi­cie sprzecz­nych cha­rak­te­rach, a mimo to rodzi­ciel­stwo nie­ustan­nie wysta­wiało go na próbę. Trójka dzieci nie powinna być aż takim wyzwa­niem, ale pul­su­jący ból głowy suge­ro­wał coś zupeł­nie innego.

-?Layla chce owsiankę.

-?W szafce. Czer­wone pudełko. Instruk­cja jest z boku.

Przy­brał naj­bar­dziej bła­galną minę, na jaką było go stać.

-?A gdzie dziś podziała się ekipa Bar­tona?

-?Jak już skoń­czysz, popro­szę jesz­cze her­batę. I umiesz zro­bić nale­śniki?

Nie zdo­łała powstrzy­mać śmie­chu i wstała, żeby mu pomóc.

-?Ja obu­dzę Wil­ko­łaka.

Tak wła­śnie nazy­wali jej czter­na­sto­let­niego syna z poprzed­niego związku. Bar­ton trak­to­wał go jak wła­sne dziecko. Naprawdę miał na imię Law­rence. Holly uparła się kie­dyś, że imiona wszyst­kich dzieci powinny zaczy­nać się na literę "L", żeby czuły mię­dzy sobą szcze­gólną więź. Po ślu­bie przy­jęła jego nazwi­sko, choć twier­dziła, że Holly Bar­ton brzmi jak imię kie­row­czyni cię­ża­rówki roz­wo­żą­cej cho­inki na Boże Naro­dze­nie.

Napeł­nia­jąc czaj­nik wodą, zasta­na­wiał się, czy obu­dze­nie Law­rence'a będzie gor­szym zada­niem niż wycie­ra­nie Luke'owi pupy. W tej chwili zadzwo­nił tele­fon, który zosta­wił na stole.

-?Holly, możesz ode­brać?

-?Jestem sprzą­taczką, nia­nią, pie­lę­gniarką, psy­cho­lożką i, od czasu do czasu, bogi­nią seksu. Ale na pewno nie jestem twoją sekre­tarką. Odbierz sam.

Poranny tele­fon na komórkę nie wró­żył nic dobrego. Oboje o tym wie­dzieli. Jego dzień wolny wła­śnie zaczął wisieć na wło­sku. Na ekra­nie wyświe­tliło się nazwi­sko sier­żanta detek­tywa Zan­dera.

-?Cześć, Zan­der. Miło cię sły­szeć.

-?John... Nie wiem, ile jesz­cze wytrzy­mam.

Rozdział 5. Detektyw Barton

Roz­dział 5

Detek­tyw Bar­ton

Bar­ton powoli opu­ścił tele­fon.

-?Co się stało? O co cho­dzi? -?zapy­tała Holly.

-?To Zan­der. Brzmiał, jakby chciał ode­brać sobie życie.

-?Boże... Roz­ma­wiaj z nim.

-?Zawie­sił połą­cze­nie. -?Skrzy­wił się, zda­jąc sobie sprawę z nie­for­tun­nego doboru słów.

-?Co?

-?Roz­łą­czył się. Linia po pro­stu zamil­kła.

Pokrę­ciła głową.

-?John. Pew­nie jest w domu. Jedź do niego.

Bar­ton spoj­rzał w stronę salonu.

-?A dzieci?

Holly prze­wró­ciła oczami.

-?Chyba sobie pora­dzę. A teraz zmy­kaj stąd, wiel­ko­lu­dzie.

Pobiegł do kuchni, chwy­cił klu­czyki do samo­chodu wiszące na haczyku i wybiegł z domu. Flak jed­nej z opon jego nie­bie­skiego Land Rovera zda­wał się z niego drwić. Trze­cie zada­nie na dziś -?kolejna wizyta w warsz­ta­cie. Duży facet potrze­bo­wał dużego samo­chodu, ale ostat­nio bez prze­rwy łapał gumę. Co dziw­niej­sze, kiedy odda­wał auto do naprawy, mecha­nicy ni­gdy nie znaj­do­wali żad­nego uszko­dze­nia. Zaczął podej­rze­wać jakie­goś miej­sco­wego dow­cip­ni­sia -?pew­nie dzie­ciaka -?który dla żartu spusz­czał mu powie­trze z opon.

Zaklął pod nosem i wró­cił do domu.

-?Zapo­mnia­łeś o prze­bi­tej opo­nie? Weź mój samo­chód. -?Holly uśmiech­nęła się sze­roko. -?Tylko wyjmę apa­rat z bagaż­nika. Wczo­raj Luke przy­niósł do domu kla­so­wego misia i muszę zro­bić kilka zdjęć do pracy domo­wej.

Zmarsz­czył brwi, zabrał jej klu­czyki i pospiesz­nie wyszedł. Holly jeź­dziła Fia­tem 500. Ona go uwiel­biała. On -?zde­cy­do­wa­nie nie.

Ojciec Bar­tona zain­spi­ro­wał się pio­senką Big Bad John, kiedy czter­dzie­ści pięć lat wcze­śniej na świat przy­szedł jego jedyny syn, ważący pra­wie pięć kilo­gra­mów, i dla­tego nadał mu imię John. Bar­ton nie dobił wpraw­dzie do metra dzie­więć­dzie­się­ciu ośmiu wzro­stu, ale ojciec zawsze śpie­wał mu refren tej pio­senki, ile­kroć się widzieli. Teraz bar­dzo mu tego bra­ko­wało. Od tam­tych dni minęło ponad dzie­sięć lat. Za roz­mia­rem trzy­dzie­ści dwa w pasie też tęsk­nił, ale czas ucie­kał bez­li­to­śnie. "Wielki, zmę­czony John" paso­wa­łoby do niego dziś znacz­nie lepiej.

Ścią­gnął z samo­chodu Holly osłonę prze­ciw szro­nowi i jesz­cze raz zadzwo­nił do Shawna Zan­dera. Bez skutku. Zosta­wił wia­do­mość, że jest w dro­dze, po czym odsu­nął przedni fotel mak­sy­mal­nie do tyłu. Błysk apa­ratu Holly roz­świe­tlił ponury pora­nek. Opu­ścił szybę i nie mógł powstrzy­mać śmie­chu.

-?Zado­wo­lona?

Holly poca­ło­wała go.

-?Jesteś uro­czy. To jak mieć wła­sny samo­chód klauna. Nawet nos zro­bił ci się tro­chę czer­wony. A teraz jedź. Wiem, że już wcze­śniej gro­ził samo­bój­stwem, ale tym razem może naprawdę to zro­bić. I żad­nego fast foodu po dro­dze, dobrze?

Poma­chał jej na poże­gna­nie i omal nie cof­nął pro­sto na star­szego męż­czy­znę prze­cho­dzą­cego przez pod­jazd. Gdy sta­ru­szek prze­szedł, ruszył ponow­nie i po raz drugi musiał gwał­tow­nie zaha­mo­wać, bo za samo­cho­dem poja­wił się kolejny eme­ryt. Żaden z nich nawet nie zauwa­żył, jak nie­wiele bra­ko­wało.

Kiedy Bar­to­no­wie wpro­wa­dzili się na Black Ermine Street, obni­żyli śred­nią wieku miesz­kań­ców ulicy o jakieś trzy­dzie­ści lat. Była to ślepa uliczka z dwu­dzie­stoma pię­cioma pose­sjami. Bar­ton miesz­kał na jej końcu, w jed­nym z nie­licz­nych domów pię­tro­wych. Miał stam­tąd ładny widok na skwer po dru­giej stro­nie i widział wszyst­kich, któ­rzy wcho­dzili lub wyjeż­dżali z ulicy, bo musieli prze­je­chać obok jego domu. Od frontu przed wścib­skimi spoj­rze­niami chro­nił go wysoki, gęsty żywo­płot.

Resztę zabu­dowy sta­no­wiły par­te­rowe domki na prze­stron­nych dział­kach, zamiesz­kane głów­nie przez eme­ry­tów. Było tu spo­koj­nie, ale z bie­giem lat śmierć zbie­rała swoje żniwo i poja­wiały się nowe twa­rze. Oko­lica zyski­wała na popu­lar­no­ści, a ceny nie­ru­cho­mo­ści szy­bo­wały w górę. Bogaci ludzie wyku­py­wali działki, burzyli stare bun­ga­lowy i sta­wiali na ich miej­scu oka­załe rezy­den­cje albo roz­bu­do­wy­wali ist­nie­jące domy w górę i na boki.

Dwójka sta­rusz­ków, któ­rych nie­mal potrą­cił, nale­żała do garstki daw­nych miesz­kań­ców z końca ulicy. Wielu z nich wciąż miało stare meta­lowe okna i drzwi poma­lo­wane na prze­dziwne kolory. Byli cichymi ludźmi i Bar­ton nawet nie znał ich nazwisk. I bar­dzo mu to odpo­wia­dało. Gdy tylko ktoś dowia­dy­wał się, że pra­cuje w poli­cji, zaraz pukał do jego drzwi z każdą bła­hostką -?od hała­śli­wych dzieci cho­dzą­cych po cukierki w Hal­lo­ween po zagi­nione zwie­rzęta.

Wła­ści­wie wszy­scy dawali mu spo­kój, z wyjąt­kiem jed­nego zrzę­dli­wego sta­ruszka miesz­ka­ją­cego po dru­giej stro­nie skweru. Jego dom stał nieco wyżej i był usta­wiony dokład­nie naprze­ciw wej­ścia do domu Bar­tona. Stam­tąd obser­wo­wał każdy jego wyjazd i powrót, nie­mal codzien­nie zawra­ca­jąc mu głowę. Zacho­wy­wał się tak, jakby Bar­ton był jego pry­wat­nym ochro­nia­rzem. Na szczę­ście dziś rano ni­gdzie go nie było. Bar­ton ostroż­nie wypro­wa­dził maleń­kiego Fiata z końca uliczki, po czym poma­chał Holly, która odpo­wie­działa mu unie­sio­nym kciu­kiem z okna.

* * *

Sier­żant detek­tyw Zan­der miesz­kał w Orton Wate­rville, sąsied­niej miej­sco­wo­ści, odda­lo­nej zale­d­wie o kilka minut jazdy samo­cho­dem. Zbli­żał się do czter­dziestki i szu­kał bar­dziej wyspe­cja­li­zo­wa­nego sta­no­wi­ska, które pozwo­li­łoby mu spę­dzać wię­cej czasu z rodziną, gdy wyda­rzyło się coś nie­wy­obra­żal­nego. Pew­nej nocy zaj­rzał do pokoju, żeby popa­trzeć na śpią­cego synka -?robił to bar­dzo czę­sto. Zastał mar­twe ciało. Stary boj­ler sąsiada prze­cie­kał, a tle­nek węgla prze­do­stał się przez ścianę. Biedny chło­piec odszedł cicho, we śnie.

Jak można sobie z czymś takim pora­dzić? Ofiary zatru­cia tlen­kiem węgla po śmierci czę­sto mają nie­na­tu­ral­nie zaró­żo­wioną skórę. Zan­der pro­wa­dził resu­scy­ta­cję przez dzie­sięć minut, zanim przy­je­chała karetka. Póź­niej­sza sek­cja zwłok wyka­zała, że chło­piec nie żył już od ponad dwóch godzin. Bar­ton nie chciał się nad tym zasta­na­wiać. Podej­rze­wał jed­nak, że Zan­der ma to w gło­wie przez cały czas.

W pracy wszyst­kim bar­dzo bra­ko­wało jego obec­no­ści. Był wyspor­to­wa­nym czar­no­skó­rym męż­czy­zną z uśmie­chem, który roz­bra­jał każ­dego -?ludzie otwie­rali się przed nim bez naj­mniej­szych opo­rów. Nikt nie uży­wał jego imie­nia. Dla wszyst­kich był po pro­stu Zan­de­rem, nie­za­leż­nie od tego, czy byli przy­ja­ciółmi, czy prze­ciw­ni­kami.

Nic dziw­nego, że w ostat­nim cza­sie ten uśmiech poja­wiał się znacz­nie rza­dziej, choć od śmierci jego syna minął już rok. Ostat­nio dało się dostrzec oznaki, że powoli zaczyna wycho­dzić z żałoby, i wró­cił nawet do pracy. Bar­ton nie widział jed­nak jego żony, Diany, od dnia pogrzebu, pod­czas któ­rego jej roz­pacz­liwy płacz roz­dzie­rał serca wszyst­kich obec­nych.

Kiedy pod­je­chał pod sze­re­gowy domek Zan­dera, z nieba zaczęły spa­dać pierw­sze płatki śniegu. Było to spo­kojne miej­sce, ide­alne dla dobrze sytu­owa­nego mał­żeń­stwa. Zapu­kał do drzwi i zaj­rzał przez otwór na listy. Usły­szał gra­jący tele­wi­zor, co nieco go uspo­ko­iło. Z jego doświad­cze­nia wyni­kało, że ludzie naj­czę­ściej odbie­rali sobie życie w ciszy. Ci, któ­rzy naprawdę zamie­rzali popeł­nić samo­bój­stwo, zazwy­czaj nikogo wcze­śniej o tym nie uprze­dzali. Numer tele­fonu Zan­dera wciąż od razu prze­łą­czał się na pocztę gło­sową.

Otwie­ra­jąc furtkę pro­wa­dzącą na tyły domu, Bar­ton przy­go­to­wał się na naj­gor­sze. Z ogrodu nie docho­dził żaden dźwięk. Tylne drzwi były uchy­lone. Przez chwilę poczuł się jak pod­czas nalotu na melinę nar­ko­ty­kową. Uświa­do­miw­szy sobie, po co tu przy­je­chał, wpadł do salonu i zoba­czył sier­żanta detek­tywa Zan­dera sie­dzą­cego na kana­pie z plu­szo­wym misiem przy­tu­lo­nym do piersi.