Rozdział 2
- Teraz -
- Rozejść się. Rozejść się, obywatele. Zróbcie przejście dla funkcjonariuszy. Proszę o przejście. Dla odważnych ludzi, którzy każdego dnia narażają swoje życie, żeby wasze życie pozostało spokojne i bezpieczne...
Dwóch znudzonych policjantów niespiesznie szło za młodzikiem, który ewidentnie szkółkę skończył poprzedniego dnia, a może nawet tego ranka. Chłopak parł do przodu i oprócz wyrzucania z siebie tsunami słów, podejmował też coś, co można było uznać za inicjatywę.
Problem polegał na tym, że zbiegowisko mieszkańców majaczyło w oddali. Wokół policjantów nie było żywej duszy.
- OBYWATELU, DEPCZESZ TRAWĘ. TYM RAZEM PUSZCZĘ CIĘ Z UPOMNIENIEM, ALE WIEDZ, ŻE USTAWOWO MOGĘ NAŁOŻYĆ KARĘ ADMINISTRACYJNĄ W POSTACI MANDATU... - przemówił chłopak przez megafon.
- Zostaw, młody. - Spacyfikował go jeden z policjantów, wyjątkowo zmęczony i doświadczony przez życie dwudziestosześciolatek. - Daj mu spokój.
- Ależ panie sierżancie...
- Młody. Rozejrzyj się. Widzisz tu jakiś chodnik?
Umundurowany chłopak wypełnił rozkaz.
- Melduję, że nie, panie sierżancie!
- A co widzisz?
- Piasek, panie sierżancie!
- A konkretniej?
- Ścieżki z piasku!
- I co dalej?
- Dalej? - Zdziwił się chłopak.
- Ścieżki z piasku, i?
- Ścieżki z piasku, panie sierżancie! - Młodzik się wyprężył.
- Nie o to... - Sierżant westchnął. - Spójrz tam.
- Za znakiem, panie sierżancie?
- Chodzi mi właśnie o ten znak.
- Melduję, panie sierżancie, że jest chyba ze sklejki!
- Doskonałe spostrzeżenie. A co na nim pisze?
- Jest napisane, panie sierżancie!
Policjant warknął cicho.
- CHOD-NIK NA-LE-ŻY DO SPÓŁ-DZIEL-NI MIESZ-KA...
- Młody, normalnie mi to przeczytaj.
- "Chodnik należy do Spółdzielni Mieszkaniowej Stokrotka. Korzystanie przez wspólnotę mieszkaniową surowo wzbronione pod karą..."
- Wystarczy.
- Tak jest, panie sierżancie!
Ostatni z policjantów, do tej pory milczący, mruknął coś niezrozumiale, na co sierżant odparł:
- Mnie też się to nie podoba. Ale zobaczymy. Może cholera go w końcu wzięła. Dość mam już interwencji na tym pieprzonym osiedlu. Jak nie mur, to chodnik albo parking, albo te okna, albo...
Odpowiedziało mu kolejne mruknięcie.
- Rozmowny dzisiaj jesteś, Benek. Tak, nie ma co zgadywać, dopóki nie zobaczymy ciała.
- Panie sierżancie? - wyjąkał chłopak.
- Co się stało, młody?
- Pan sierżant rozumie, co mruczy... przepraszam, mówi starszy posterunkowy Kruszyna?
Kruszyna mruknął.
- Nie bądź taki surowy, Benek. A ty, młody, przyzwyczaisz się. No, a teraz idź i działaj. Niech się odsuną od ciała.
- OBYWATELE...
- Oddaj mi to! - Sierżant sprawnie wyłuskał megafon ze spoconej z przejęcia dłoni młodego. - Normalnie do nich mów, to nie jest wściekła tłuszcza pod sejmem, tylko ludzie. A poza tym...
Policjant urwał, patrząc na tłum. Mimo zbiegowiska udało mu się dostrzec ciało Baranowskiego. Młody odczekał chwilę, jednak był zbyt niecierpliwy, by pozwolić przełożonemu na dłuższą refleksję.
- Panie sierżancie? - zapytał.
- Jest ich więcej od nas. A tu leży trup człowieka, który uprzykrzał im życie przez ostatnie kilka lat.
Obaj policjanci wyraźnie zaczęli się bardziej pilnować. Powoli podeszli do tłumu, wypatrując, czy ktoś nie zareaguje na nich dziwnie. Najmłodszy z ekscytacją zaczął torować im drogę. Wyglądało jednak na to, że pojawienie się funkcjonariuszy wzbudziło raczej ulgę - rzecz praktycznie niespotykaną, bo przy policji - normalnie, prawie każdy mniej lub bardziej widocznie się spinał.
Sytuacja nie była jednak normalna, i to nie tylko z powodu ciała leżącego pod dziwnym kątem.
Kruszyna chrząknął, kiedy w kierunku policjantów ruszyła starsza pani.
- Pani Ewo - powiedział z szacunkiem sierżant.
- Michał! - ucieszyła się staruszka. - Dobrze, że to ciebie wysłali.
- Jak dla kogo. Już miałem kończyć służbę na dziś - zamarudził policjant. - Ale komendant się uparł, że trzeba młodego wyciągnąć, żeby zebrał trochę doświadczenia... wie pani, jak to jest.
- Tak, wiem, jak to jest - potwierdziła pani Ewa solennie.
- Może mi pani powiedzieć, co tu się stało?
- Obawiam się, że wiem tyle, co i ty.
- No dobrze. Młody, sprawdź, czy on jeszcze dycha...
Kruszyna mruknął.
- Co ci zrobię, skoro takie są procedury. Młody, puls sprawdź.
Młody sprawdził.
- Melduję, panie sierżancie, że pulsu nie ma!
- Kontrolę oddechu sobie odpuścimy. Młody, wezwij przez szczekaczkę karetkę.
- Już dzwoniliśmy. - Pan Henryk uśmiechnął się nieszczerze.
- Ale wyście pewnie ratunkową wezwali, a tu potrzebna inna. Młody, ogarnij to. Powiedz, że mamy trupa.
- Tak jest, panie sierżancie! - Posterunkowy ruszył w stronę radiowozu.
- To teraz dalej... - Michał się zamyślił. - Kto go znalazł?
- Cały ranek tu siedział - powiedziała pani Cecylia.
- Ja nie pytam, ile tu siedział, tylko kto go znalazł.
Mieszkańcy zbiorowo wzruszyli ramionami.
- Nie zgubił się, to i nikt go nie znalazł...
- Wyglądał normalnie...
- Nie, nie normalnie, bo się na nikogo nie darł...
- ...i nie groził pozwem...
- Dość - uciął sierżant. - Pani Ewo?
- Nie było mnie przy tym. Ale zdaje się, że uderzyła w niego piłka, spadł z ławeczki i się nie ruszał.
- W porządku. Czyja piłka?
Zapadło milczenie.
- Przecież nie będziemy nikogo za to ciągać po komisariatach - dodał Michał. - Po prostu chcę ustalić, jak było.
- Mojego Tomka - przyznała pani Cecylia.
- To jest Tomek? - zapytał policjant, wskazując na dzieciaka, który kurczowo trzymał dłoń pani Cecylii.
- Tak.
- Powiesz nam, jak było?
Chłopiec wbił wzrok w ziemię i pokręcił głową.
- No już, nie bój się - ośmieliła go mama.
- Spokojnie, nie ma się czego bać. - Michał kucnął przy Tomku, zrównując się z nim wzrokiem. - Jeśli będziesz chciał, to później pokażemy ci, jak wygląda radiowóz w środku. Chciałbyś zobaczyć?
Dziecko nieśmiało pokiwało głową.
- I może być z tobą mama, jeśli chcesz.
Tomek energiczniej kiwnął głową.
- Opowiesz, jak było?
- Graliśmy w piłkę. Od rana - wydukał chłopiec.
- Od rana? A szkoła? Ach, no tak, jeszcze wakacje.
- Graliśmy za blokiem, bo ten pan tu siedział. Baliśmy się, że nas skrzyczy.
- To bardzo rozsądnie - pochwalił Tomka policjant. - I co dalej?
- Piłka nam poleciała tu, przed klatkę. Ale ten pan nie krzyczał. A tu lepiej grać, bo jest trochę cienia.
- I tu graliście, tak?
- Tak. Najpierw tam, dalej, a potem tu.
- Dlaczego nie w jednym miejscu?
- No jak to? Cień się ruszał. Ze słońcem, wie pan.
Michał parsknął.
- Mądry z ciebie chłopak. Czyli przesuwaliście się tak, żeby was nie spaliło?
- Tak. I wtedy ktoś kopnął... - urwał chłopiec.
- Tomku, spokojnie. Nie będziesz miał żadnych kłopotów. Ani żaden z twoich kolegów - dodał sierżant. - Któryś z was, nieważne który, kopnął mocniej piłkę. I żaden jej nie złapał, tak?
- Tak. I ona uderzyła w tego pana, który siedział na ławce.
- Gdzie uderzyła?
- W głowę. Tak z tyłu.
- W porządku. A dalej?
- Podbiegliśmy po piłkę, ale ten pan spadł z ławki.
- Jak spadł?
- Do przodu, tak... dziwnie. - Tomek się zastanowił.
- Dlaczego dziwnie?
Chłopiec przez chwilę intensywnie myślał.
- Jak się upada, to się wyciąga ręce, prawda? Żeby się za mocno nie uderzyć. A on upadł tak, jak siedział. Po prostu poleciał do przodu. Ale się nie ruszał.
- Dotykaliście go?
Tomek energicznie pokręcił głową.
- Żaden z was?
Chłopiec zaprzeczył jeszcze energiczniej.
- Wyglądał... dziwnie. Strasznie.
- Jesteś bardzo dzielny. Dziękuję za twoją pomoc. To bardzo ułatwi nam wyjaśnienie wszystkiego - powiedział poważnie Michał. - Później pokażemy radiowóz, dobrze? Musimy tu coś jeszcze ustalić.
- To może my pójdziemy na obiad - odparła pani Cecylia. - Jeśli to tyle. Pewnie chwilę zajmie, zanim przyjedzie karetka. Wrócimy i poczekamy, aż będzie pan wolny.
- Odprowadzę panią - powiedział pan Adam. - Tak na wszelki wypadek.
- Dziękuję. - Sierżant mimowolnie się uśmiechnął. Kiedy jednak Kruszyna mruknął, po uśmiechu nie został nawet ślad. - Dobra, przyjrzyjmy się tym zwłokom.
Obaj policjanci odwrócili martwe ciało Zygmunta. Jak się okazało, denat leżał na skórzanej aktówce, która przy przesuwaniu zwłok się otworzyła, a jej zawartość wysypała na piach.
- Jasna cholera - zaklął Michał. Wyglądało na to, że jego nadzieje na szybki powrót do domu zostały właśnie pogrzebane.