Śmierć na garden party - Amy Stuart

Kup ebooka

49.99 zł
38.79 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Trzeba się tro­chę namę­czyć, żeby zna­leźć puls. Łapię powie­trze, a z nim przy­cho­dzi nagły szloch. Wci­skam dwa palce w zgię­cie jego szyi. Puls jest słaby, trze­po­tliwy. Oddy­cha, robiąc dłu­gie prze­rwy pomię­dzy ostrymi wde­chami. Jedna z jego dłoni zaci­ska się w pięść, po czym roz­luź­nia. Wycią­gam tele­fon z kie­szeni jedwab­nego kom­bi­ne­zonu i odblo­ko­wuję go. Mój kciuk drży, uno­sząc się nad kla­wia­turą.

Nie wybiorę numeru. Nie zadzwo­nię po pomoc.

W łazience jest gorąco. Sku­piam się na dźwięku. Na dźwię­kach: imprezy na górze, jego cięż­kiego odde­chu. Pochy­lam się nad cia­łem.

- Ty to zro­bi­łeś - mówię do niego drżą­cym gło­sem. Ale następ­nymi sło­wami zaprze­czam sama sobie: - Co ja zro­bi­łam?

Czuję gorycz w ustach, chwy­tam się kra­wę­dzi umy­walki i pochy­lam do lustra. Moje włosy są tro­chę roz­wiane, ale poza tym obyło się bez strat. Uży­wam sta­rego grze­bie­nia z apteczki, żeby przy­wró­cić pozory porządku. Szminka na ustach na­dal wygląda ide­al­nie. Nie­ważne, że moje serce bije dziko w piersi, że mam zawroty głowy. Pochy­lam się, by ponow­nie spraw­dzić jego puls. Nic. Odblo­ko­wuję tele­fon. Znowu nie wybie­ram numeru.

Setka gości bawi się na górze. Ich kroki są przy­tłu­mione nad naszymi gło­wami, muzyka jest nie­wy­raź­nym szu­mem. Impreza w peł­nym roz­kwi­cie. Nikomu nie przy­szłoby do głowy zejść tu na dół, prawda? Drzwi na szczy­cie scho­dów są zamknięte. Chyba że ktoś go szuka albo, co bar­dziej praw­do­po­dobne, szuka mnie - gospo­dyni nie może na tak długo znik­nąć z wła­snego przy­ję­cia nie­zau­wa­żona.

Chwyta mnie ręką za nogę. Ledwo tłu­mię krzyk. Jego oczy gwał­tow­nie się otwie­rają. Patrzy pro­sto na mnie osza­lały, blady, dyszący. Nie! Uwal­niam nogę i zata­czam się do tyłu na wie­szak na ręcz­niki. Od razu mój strach zmie­nia się we wście­kłość. Dla­czego jesz­cze nie umarł? On musi umrzeć.

- Suka - mówi, krztu­sząc się, znie­kształ­ca­jąc słowa. - Suka.

Potem sła­biej:

- Nad­ine.

Nic nie mówię. Jestem poza jego zasię­giem, przy ścia­nie. W końcu jego głowa opada na wyło­żoną kafel­kami pod­łogę z cięż­kim hukiem. I widzę, jak ostatni oddech opusz­cza go w dłu­gim wes­tchnie­niu, jak roz­luź­niają się jego ręce. Spoj­rze­nie staje się puste, usta się otwie­rają. Wygła­dzam kom­bi­ne­zon dłońmi, po czym liczę wspak od dwu­dzie­stu, wal­cząc z mdło­ściami i sta­ra­jąc się nie koły­sać, utrzy­mać się pro­sto. Potem jesz­cze raz pod­cho­dzę i kucam obok niego.

Jego skóra jest już chłod­niej­sza. Nie ma pulsu. Jest mar­twy. Wci­skam czu­bek san­dała w jego bio­dro i sztur­cham go. Albo raczej sztur­cham jego ciało. Bo jego już nie ma.

Jesz­cze raz odblo­ko­wuję tele­fon. Mogła­bym zadzwo­nić pod dzie­więć­set jede­na­ście. Mogła­bym pobiec na górę, wylą­do­wać mię­dzy gośćmi bez tchu, z sze­roko otwar­tymi oczami. Mogła­bym krzy­czeć: "Pomocy!". Ale nie robię tego. Nie zro­bię tego.

Stało się: na pod­ło­dze mojej łazienki leży mar­twe ciało.

Ostat­nie spoj­rze­nie w lustro. Idę.

Zaglą­dam do pustego kory­ta­rza, po czym zamy­kam za sobą drzwi łazienki, nie wyłą­cza­jąc świa­tła. Nasza piw­nica jest ciemna i ponura, sufity tak niskie, że można ich dotknąć zgiętą ręką. Wspi­nam się po scho­dach na par­ter i zatrzy­muję na szczy­cie jak nie­ru­chomy posąg. Moja czaszka pul­suje, kiedy dźwięki imprezy stają się wyraź­niej­sze: szum gło­sów gości i dźwięki stro­je­nia instru­men­tów przez zespół pomię­dzy utwo­rami. Przez dwie dekady narze­ka­łam na labi­ryn­tową naturę tego sta­rego domu, ale teraz jestem wdzięczna za jego zaka­marki, ścieżki i liczne wyj­ścia. Prze­ci­skam się przez drzwi u szczytu scho­dów do piw­nicy, po czym prze­cho­dzę krót­kim kory­ta­rzem i wska­kuję do kuchni. Ocze­kuję, że wszyst­kie oczy zwrócą się ku mnie, ale dostawcy są zbyt zajęci, żeby zauwa­żyć, że wynu­rzam się z tego ciem­nego kąta, więc płyn­nie wta­piam się w tłum.

- A ty gdzie byłaś o pół­nocy? - może ktoś w końcu zapy­tać, kiedy on już zosta­nie odna­le­ziony.

- W ogro­dzie - powiem. - A może w kuchni. Zapy­taj gości czy kel­ne­rów. Gospo­dyni nie może opusz­czać wła­snego przy­ję­cia.

Biorę kie­li­szek szam­pana z tacy kel­nera i uśmie­cham się do niego.

- Byłeś dziś bar­dzo pomocny, młody czło­wieku - mówię. Pro­mie­nieje na moje słowa. Odwra­cam się do Gre­gory'ego, głów­nego dostawcy, który wyciera ręce nad zle­wem. - Jest nie­zła, prawda? Ta impreza?

- Jest - Gre­gory uśmie­cha się cie­pło. - Uro­cza noc.

Boże. Gre­gory wraca do kom­po­no­wa­nia pół­mi­ska z przy­staw­kami. Prze­cho­dzę przez otwarte prze­szklone drzwi na nasze patio. Impreza jak ze snu. Noc cie­pła i więk­szość naszych gości jest tutaj, w ogro­dzie. Łań­cu­chy świa­teł krzy­żują się nad ich gło­wami, śmiech try­ska od strony gru­pek bawią­cych się na traw­niku. Przy­glą­dam się im od drzwi, uwa­ża­jąc, żeby nie zmarsz­czyć brwi. Czuję, jakie gorące jest moje ciało. Wszy­scy zaru­mie­nieni i szczę­śliwi, w dło­niach trzy­mają kolo­rowe drinki. Nikt nie wydaje się zde­ner­wo­wany zamie­sza­niem, które miało miej­sce godzinę temu. Młody kolega mojego męża jest pierw­szą osobą, która patrzy mi w oczy. Przez mgłę w gło­wie nie pamię­tam, jak ma na imię. Jego żona pod­cho­dzi do niego, uno­sząc szklankę do ust.

- Nie­złe przy­ję­cie uro­dzi­nowe, Nad­ine - mówi z prze­bie­głym uśmie­chem. - Prze­szli­ście samych sie­bie. Będziemy o tym plot­ko­wać latami!

Kiedy otwie­ram usta, żeby odpo­wie­dzieć, wydo­bywa się ze mnie ryk. Płacz? Śmiech? Krzyk? Uno­szę pięść, żeby go stłu­mić.

- O rany! - uśmie­cha się nasz gość. - Cie­szę się, że naszej gospo­dyni też przy­pa­dły do gustu drinki.

Ponow­nie roz­chy­lam usta, żeby coś powie­dzieć, ale żadne słowa się z nich nie wydo­by­wają.

- Dobrze - unosi swój kie­li­szek i stuka nim o mój. - Za Nad­ine Walsh, naszą nie­zrów­naną gospo­dy­nię. Za nie­za­po­mnianą imprezę. Co za noc!

- Tak - odpo­wia­dam, prze­ły­ka­jąc szam­pana, zanim kto­kol­wiek zauważy dzi­kie drże­nie mojej dłoni. - Co za noc, w rze­czy samej.

Poranek

Wszystko spro­wa­dza się do tych małych rze­czy. Drob­nych szcze­gó­łów. Zry­wa­nie kwia­tów w ogro­dzie, kupo­wa­nie ostat­nich serów, odma­wia­nie modli­twy do bogów pogody, żeby nie padało, i oczy­wi­ście nadzieja, że dzień prze­bie­gnie bez żad­nych pro­ble­mów.

Przy­ję­cie uro­dzi­nowe mojej mamy jest dziś wie­czo­rem, pierw­sze wiel­kie wyda­rze­nie w naszym domu od lat, orga­ni­zo­wane tygo­dniami. Mie­sią­cami, naprawdę. Wieki zajęło mi prze­ko­na­nie mojej matki, słyn­nej pisarki Mari­lyn Mil­lay, że zasłu­guje na świę­to­wa­nie, że jej przy­ja­ciele i rodzina nie chcą niczego wię­cej, niż tylko zgro­ma­dzić się na jej cześć. A czy jest lep­sza oka­zja niż jej sześć­dzie­siąte uro­dziny? Kiedy w końcu się zgo­dziła, spo­rzą­dzi­li­śmy listę gości, na któ­rej zna­la­zło się ponad sto osób. Zapro­sze­nia wysła­li­śmy pocztą. Gar­den party w lipcu.

A teraz jeste­śmy tutaj. Impreza zaczyna się o ósmej wie­czo­rem. Za trzy­na­ście godzin. Trwają ostat­nie przy­go­to­wa­nia.

Przed świ­tem padało, ale chmury się roz­stą­piły i teraz jest czy­ste, błę­kitne niebo. Traw­nik przed kuchen­nym oknem lśni wil­go­cią i wszystko wska­zuje na to, że zapo­wiada się wspa­niały lip­cowy dzień. Stoję przy zle­wie i piję ze szklanki cie­płą wodę z cytryną. Codzien­nie obwi­niam się za to, że nie sia­dam do praw­dzi­wego śnia­da­nia. Cho­ciaż prze­czy­ta­łam tyle arty­ku­łów, w któ­rych pod­kre­śla się, że trzeba usiąść, aby cie­szyć się jedze­niem i piciem, a nie jeść na sto­jąco. Mnie to nie wycho­dziło, nawet kiedy byłam w naj­lep­szej for­mie, a od czasu wypadku ape­tyt znik­nął pra­wie zupeł­nie. Teraz zmu­szam się nawet do wypi­cia tej wody z cytryną.

Zeszyt, który leży obok zlewu, jest otwarty na mojej liście zadań. Codzien­nie taką robię, ale dzi­siej­sza jest dłuż­sza niż zwy­kle. Sporo jesz­cze tych ostat­nich przy­go­to­wań.

Pod­no­szę dłu­go­pis i prze­kre­ślam "Pod­lej traw­nik".

Zada­nia spi­sane, skre­ślone.

Moje policzki są cie­płe. Nie spa­łam dobrze tej nocy, a kilka godzin snu, które zła­pa­łam, nękało mnie kosz­ma­rami. W pew­nym momen­cie mój mąż, Paul, obu­dził mnie, potrzą­sa­jąc moim ramie­niem.

- Znowu mówisz przez sen - powie­dział.

- O czym? - zapy­ta­łam.

- Cią­gle mówisz "nie".

- Och!

- Wyma­chi­wa­łaś ramio­nami, jak­byś łago­dziła upa­dek.

Wyglą­dał na zmar­twio­nego.

- Prze­pra­szam - powie­dzia­łam, cału­jąc go w czoło. - Nic mi nie jest. Śpij dalej.

Zaata­ko­wał mnie nie­po­kój. O szó­stej rano pod­da­łam się i zeszłam na par­ter. Sobota rano, nie­ludzka pora, a ja sama w kuchni ze szklanką cie­płej wody z cytryną. Dener­wuje mnie cisza panu­jąca w domu. Posta­na­wiam ruszyć na swoją wycieczkę, jak to piesz­czo­tli­wie nazywa Paul, czyli obchód, który robię każ­dego ranka, żeby spraw­dzić, co u mojej rodziny, która zawsze śpi dłu­żej niż ja. Te wycieczki zaczę­łam po uro­dze­niu mojej naj­star­szej, Iso­bel. Z cza­sem prze­ro­dziły się w nawyk. Tak, teraz to już nawyk. Mam czter­dzie­ści lat, a Iso­bel sie­dem­na­ście. Już dawno powin­nam mieć za sobą potrzebę spraw­dza­nia, czy śpi. Ale cóż, nie mam. Trudno się pozbyć sta­rych nawy­ków.

Wcho­dzę po scho­dach. Skrzy­pią mniej niż kie­dyś, są też mniej śli­skie. Paul nale­gał, żeby­śmy poło­żyli na nich chod­niki po tym, jak sześć mie­sięcy temu spa­dłam z nich i zła­ma­łam bio­dro. Na nale­ga­niu się jed­nak skoń­czyło. Wcho­dzę ostroż­nie i na pal­cach na dru­gie pię­tro.

Główna sypial­nia znaj­duje się u szczytu scho­dów. Kiedy wsta­łam i z niej wycho­dzi­łam, zosta­wi­łam uchy­lone drzwi. Zaglą­dam do środka i widzę, że Paul śpi w naj­lep­sze, roz­ło­żony na ple­cach. A jed­nak jest czujny, bo cho­ciaż jego oczy się nie otwie­rają, pod­nosi głowę z poduszki, jakby nasłu­chi­wał odle­głego dźwięku. Jak na praw­nika utrzy­muje wyjąt­kowo niski poziom stresu. Kusi mnie, żeby wczoł­gać się z powro­tem do niego, wsu­nąć się w cie­pły kącik utwo­rzony przez jego zgięte ramię, a nawet go uwieść. Od czasu zakoń­cze­nia romansu - mojego romansu - mię­dzy mną a Pau­lem znowu układa się dobrze. Namięt­ność odno­wiona. Ale nie mogę. Nie teraz. Nie ma czasu.

Zatrzy­muję się na chwilę w ciszy kory­ta­rza. Przez sześć mie­sięcy za każ­dym razem, gdy tu stoję, prze­ży­wam to na nowo. Moment zawie­sze­nia w powie­trzu na szczy­cie scho­dów, ta prze­rwa w cza­sie, to och! Czu­łam się wtedy bar­dziej zasko­czona niż bez­radna czy prze­stra­szona.

Obok naszej sypialni jest pokój Iso­bel. Mam ide­alną metodę, żeby jej drzwi nie skrzy­piały, kiedy je otwie­ram. Opie­ram dłoń o futrynę, po czym chwy­tam i prze­krę­cam klamkę. Pokój jest cał­ko­wi­cie pozba­wiony świa­tła dzięki dro­gim zasło­nom zaciem­nia­ją­cym, które kupi­łam Iso­bel tej wio­sny, bo miała pro­blemy ze snem. Widzę tylko jej nie­wy­raźny zarys na łóżku, ale sły­szę oddech. Brzmi tro­chę cho­ro­bli­wie, ale zasad­ni­czo tego wła­śnie szu­kam - oznak życia. Prze­szła przez pie­kło w ciągu ostat­niego mie­siąca i to spra­wiło, że zaczy­nam się o nią bać. Iso­bel, moja naj­droż­sza córeczka, ukoń­czyła dopiero pierw­szy rok w szkole śred­niej, a już tak dobrze wie, jak okrutne potrafi być życie. Prze­sy­łam jej cichy poca­łu­nek, po czym zamy­kam drzwi.

Pokój Damiena jest następny. Mój syn. Mogła­bym zatrą­bić mu w twarz, a on by się nie obu­dził, więc otwie­ram drzwi z mniej­szą ostroż­no­ścią. Pokój jest duszny i pach­nie pięt­na­sto­let­nim chłop­cem; tanią apteczną wodą koloń­ską i potem. Rów­no­mier­ność jego odde­chu można mie­rzyć metro­no­mem. Leży bez koszulki, a na jego bicep­sie świeci na biało glu­ko­metr. Damien też wiele prze­szedł. Mój synek. Zdia­gno­zo­wa­nie cukrzycy w wieku dzie­się­ciu lat, wszyst­kie testy, zmiany i dosto­so­wa­nia, które się z tym wią­zały, nie wspo­mi­na­jąc już o dwójce zestre­so­wa­nych i nado­pie­kuń­czych rodzi­ców, któ­rzy stale go pil­nują. Ale on jest wytrzy­mały. Odporny. Był wspa­nia­łym rumia­nym malu­chem, a teraz jest wspa­nia­łym rumia­nym nasto­lat­kiem. Paul czę­sto żar­tuje, że jego dzie­cięca twarz pomaga mu się wywi­jać z kło­po­tów, w które wpada. To mnie mar­twi. Ostat­nio Damien był skryty, cichy. Drzwi do jego sypialni były czę­sto zamknięte. Poja­wiły się kło­poty z dziew­czy­nami. Paul zawsze mnie uspo­kaja, ale mam ten­den­cję do wyobra­ża­nia sobie naj­gor­szego sce­na­riu­sza. Mar­twię się jed­na­kowo o każde z dwójki moich dzieci, jak pew­nie więk­szość rodzi­ców, ale gdy­bym miała to z grub­sza nakre­ślić w myśl podzia­łów płcio­wych, to prawda jest taka, że mar­twię się o rze­czy, które mogą przy­da­rzyć się Iso­bel, a w przy­padku Damiena mar­twię się o rze­czy, które on może zro­bić. Sku­piam się na tym, jak lek­ko­myśl­ność, która uczy­niła go takim szczę­śli­wym chłop­cem, prze­łoży się na jego cha­rak­ter, kiedy hor­mony wezmą górę. Kto powie­dział: "Możesz zro­bić wszystko, co w two­jej mocy, aby nauczyć swoje dzieci roz­róż­niać dobro od zła, ale nie możesz zasad­ni­czo zmie­nić tego, kim są"? Teraz szar­pię koł­drę Damiena, żeby go przy­kryć, i całuję go. Lekko się poru­sza. Czas wyjść.

Ostatni pokój w tym kory­ta­rzu wycho­dzi na ogród. To tutaj sypia od pół roku moja bra­ta­nica Mar­got. Po wypadku leża­łam w szpi­talu z mnó­stwem kom­pli­ka­cji, a kiedy wró­ci­łam do domu, potrze­bo­wa­li­śmy wspar­cia w mojej reha­bi­li­ta­cji i wtedy ona przy­była z pomocą.

Mar­got ma dwa­dzie­ścia cztery lata, jest zrów­no­wa­żona, miła i inte­li­gentna. Przy­kła­dam ucho do drzwi i nic nie sły­szę, ale ich nie otwie­ram. To byłoby naru­sze­nie jej pry­wat­no­ści. Mar­got i ja rozu­miemy się, sza­nu­jemy swoje czas i prze­strzeń. Powie­dzia­ła­bym nawet, że jeste­śmy dla sie­bie nawza­jem powier­nicz­kami.

Jest już po siód­mej. Muszę wziąć prysz­nic i ruszać dalej. Wra­cam do kuchni i biorę zeszyt z dzi­siej­szą listą. Czuję się teraz tro­chę sta­bil­niej, uspo­ko­jona moją wycieczką i wido­kiem bli­skich bez­piecz­nych w ich poko­jach. Kiedy dzieci były małe, czę­sto przy­cho­dziły do naszego łóżka zde­cy­do­wa­nie zbyt wcze­śnie rano, a Paul uda­wał, że nasz mate­rac jest łodzią na wzbu­rzo­nym morzu, obra­ca­jąc go w tę i z powro­tem, jakby koły­sał się na falach. Po zakoń­cze­niu zabawy kła­dli­śmy się we czwórkę, a ja przy­cią­ga­łam ich wszyst­kich do sie­bie. Paul, Iso­bel, Damien i ja. Moim naj­więk­szym szczę­ściem było to, że byli­śmy wszy­scy razem. Czwórka Wal­shów, bez­pieczna, razem na zawsze.

Od wypadku mój umysł ma ten­den­cję do wędro­wa­nia, podą­ża­nia za nasiąk­nię­tymi nostal­gią wspo­mnie­niami, cza­sem aż się gubię. Dzi­siaj nie mam na to czasu. Skup się, Nad­ine, naka­zuję w myślach sama sobie. Zrób listę, sprawdź ogród, weź prysz­nic, wyjdź.

Dzi­siej­szy pora­nek jest zare­zer­wo­wany na drobne spra­wunki. Ciąg han­dlowy wzdłuż naszej ulicy został roz­pla­no­wany w taki spo­sób, że wszystko można zała­twić na pro­stej tra­sie tam i z powro­tem. Nawet wła­ści­ciele skle­pów znają mnie i moje listy spraw do zała­twie­nia, także moje pre­ten­sje do sławy. Zaczę­łam je pisać, gdy byłam dziec­kiem, ten tik odzie­dzi­czy­łam po mamie i mogę otwar­cie przy­znać, jak bar­dzo te listy rzą­dziły moim życiem. W naszym schowku stoi pudełko pełne kolo­ro­wych zeszy­tów, które są wypeł­nione tylko listami - to moje dni upa­mięt­nione zada­niami zarówno pod­rzęd­nymi, jak i zna­czą­cymi. Moje listy utrzy­my­wały mnie przy zdro­wych zmy­słach w zawi­ro­wa­niach życio­wych jedy­nego dziecka bied­nej samot­nej matki, która stała się bogatą i sławną pisarką, przez wcze­sne lata stu­denc­kie i towa­rzy­szące im wybryki i zawody miło­sne, przez mał­żeń­stwo z Pau­lem, przez moje cią­gle prze­ry­wane stu­dia magi­ster­skie, naro­dziny Iso­bel i Damiena. Listy były moją kotwicą w chwi­lach strat, cho­rób, przy­jaźni, zdrad. Kiedy prze­cho­dzi­łam przez to wszystko, co mnie spo­tkało.

Oczy­wi­ście są pewne sprawy, które mogę zapi­sać na liście tylko szy­frem. Te pry­watne czy kobiece. I mój romans. Od czasu do czasu widzia­łam, jak Paul, Iso­bel lub Damien zaglą­dają do mojego zeszytu. Są cie­kawi. "Dla­czego wszę­dzie nosisz ze sobą notat­nik? Nie jesteś pisarką!", mówili.

I tak w zeszy­cie zapi­suję zapasy*, kiedy muszę kupić kobiece pro­dukty, albo wpi­sy­wa­łam lekarz*, kiedy umó­wi­łam się na spo­tka­nie z Lio­ne­lem w hotelu. Podły, podły Lio­nel. Pomy­śleć, że będzie dziś na przy­ję­ciu.

W poło­wie listy znaj­duje się poje­dyn­cza litera oto­czona dwiema gwiazd­kami: *C.* Col­leen.

Dziś są nie tylko uro­dziny mojej mamy, to także inna rocz­nica. Trzy­dzie­ści lat temu moi dziad­ko­wie urzą­dzili na swo­jej far­mie przy­ję­cie uro­dzi­nowe dla Mari­lyn. Mia­łam dzie­sięć lat, moja mama skoń­czyła trzy­dzie­ści, a Col­leen, dużo młod­sza sio­stra mamy, zale­d­wie pięt­na­ście. Trzy­mamy zdję­cie Col­leen na kre­den­sie w jadalni, jej por­tret zro­biony o zacho­dzie słońca z polem w tle, zatrzy­many na zawsze w mło­do­ści. W tym wszyst­kim jest jakaś histo­ria, powód, dla któ­rego moja mama przez ostat­nie trzy­dzie­ści lat sta­now­czo odma­wiała wszel­kiego rodzaju obcho­dów uro­dzin. Ten dzień zawsze wyda­wał się ska­żony, smutny. Dla­czego? Bo ran­kiem, naza­jutrz po trzy­dzie­stych uro­dzinach mojej matki, młoda Col­leen została zna­le­ziona mar­twa w sto­dole.

Tak czy siak na świe­żej stro­nie zeszytu, u góry, napi­sa­łam dru­ko­wa­nymi lite­rami: "IMPREZA". Czas zacząć od nowa, zre­se­to­wać ton tam­tego dnia, znowu świę­to­wać uro­dziny mojej matki. I jestem gotowa, prawda? Orga­ni­zo­wa­łam już imprezy, nawet jeśli nie do końca na taką skalę. Wszystko jest w porządku, pogoda jest ide­alna. Więc dla­czego czuję się tak nie­sta­bil­nie? Od tygo­dni jestem zdez­o­rien­to­wana, nie­spo­kojna, sfik­so­wana. Przez lata wyjąt­kowo dobrze wyćwi­czy­łam uda­wa­nie nor­mal­no­ści, cho­ciaż od wypadku może nie wycho­dzi mi to tak dobrze jak kie­dyś.

Odsta­wiam szklankę i odkrę­cam kran, żeby ją opłu­kać. Na cien­kich, niskich gałę­ziach klonu na traw­niku wylą­do­wał kar­dy­nał. Dopiero gdy odla­tuje, uświa­da­miam sobie, że wpa­try­wa­łam się w niego jak w tran­sie.

Za drze­wem na chod­niku przed naszym domem poja­wia się star­szy męż­czy­zna z gazetą scho­waną pod pachą. Czy go znam? Nie wydaje mi się, ale to zawsze jest dla mnie pro­blem. Miesz­kamy w dziel­nicy Win­n­grove, zamoż­nej, ale libe­ral­nej wio­sce w obrę­bie mia­sta, zamknię­tej enkla­wie zamiesz­ka­nej przez ludzi, któ­rych mama nazywa szam­pań­skimi socja­li­stami - pro­fe­so­rów uni­wer­sy­tec­kich, leka­rzy, arty­stów z fun­du­szami powier­ni­czymi. Wzdłuż ulic rosną stu­let­nie dęby i klony, stoją ceglane domy, są też parki i sklepy, ale cen­trum mia­sta znaj­duje się w odle­gło­ści krót­kiej prze­jażdżki metrem. Nad­miej­skość - nazywa to z dumą Paul.

Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się z Pau­lem do tego domu, kiedy mia­łam dwa­dzie­ścia trzy lata, on dwa­dzie­ścia osiem, a mój brzuch spuchł od póź­nej ciąży. W tych wcze­snych latach Win­n­grove nale­żało do klasy robot­ni­czej, a dom w zabu­do­wie bliź­nia­czej kupi­li­śmy z majątku star­szej kobiety, która przez ponad pięć­dzie­siąt lat miesz­kała obok swo­jej sio­stry. Poko­cha­łam tę histo­rię. Sio­stry przez całe życie były ze sobą bli­sko, tak bar­dzo, że kiedy zna­leź­li­śmy ich stare zdję­cie pod deskami pod­ło­go­wymi pod­czas remontu - obie na ulicy, twa­rzami do nowo zaku­pio­nego samo­chodu, tyłem do apa­ratu - kaza­łam je powięk­szyć i opra­wić, żeby powie­sić w kuchni.

Wtedy Win­n­grove wyda­wało się nie­mal kry­jówką, więk­szość naszych przy­ja­ciół na­dal miesz­kała ze współ­lo­ka­to­rami w małych miesz­ka­niach w cen­trum mia­sta. Wielu naszych sąsia­dów pra­co­wało w pobli­skiej fabryce cze­ko­lady, ale nasze przy­by­cie - Paul, młody praw­nik, i ja, świeżo upie­czona absol­wentka w ciąży, moja bogata matka gotowa kupić nam ten sze­roki bliź­niak za gotówkę - było zwia­stu­nem nad­cho­dzą­cej gen­try­fi­ka­cji. Fabrykę cze­ko­lady zamknięto, a jej budy­nek zamie­niono na lofty, coraz wię­cej mło­dych rodzin zaczęło przej­mo­wać oko­liczne domy. Powstała grupa roz­woju lokal­nego biz­nesu. Oko­lica wzięła nazwę od swo­jego lokal­nego parku - Win­n­grove to pseu­do­nim, który miał być zarówno kapry­śny, jak i eks­klu­zywny. Wio­ska w mie­ście, enklawa, która czuje się oddzie­lona od mia­sta, a jed­no­cze­śnie w nim prze­bywa. Kiedy druga sio­stra zmarła w domu opieki, kupi­li­śmy drugą część bliź­niaka jako inwe­sty­cję. Kilku sta­rych zna­jo­mych także kupiło domy przy naszej ulicy.

To tyle, jeśli cho­dzi o kry­jówkę. Jeśli dobrze znasz swo­ich sąsia­dów, czę­sto czu­jesz na sobie ich czujne oko, gdy tylko wyj­dziesz przez fron­towe drzwi.

Czuję ucisk w klatce pier­sio­wej, kiedy sta­rzec za oknem wbija we mnie wzrok i macha ręką. Nie odma­chuję. Zamiast tego ponow­nie odkrę­cam kran i pochy­lam się, by obmyć policzki zimną wodą. Gdy się pro­stuję, jego już nie ma.

- OK - mówię do pustej kuchni, zmu­sza­jąc się do ruchu. - Impreza.

Impreza. Maile z prośbą o odpo­wiedź dotarły do wszyst­kich w krót­kich odstę­pach czasu, w ciągu kilku dni od wysła­nia zapro­szeń. Moja mama łaska­wie nie komen­to­wała, że więk­szość gości to przy­ja­ciele moi i Paula. Za nieco ponad dwa­na­ście godzin wylą­dują na naszym progu, zachwy­ceni zapro­sze­niem na wie­czór poświę­cony słyn­nej pisarce, ze sta­ran­nie dobra­nymi pre­zen­tami scho­wa­nymi pod pachami, każdy wystro­jony w naj­lep­sze ubra­nia.

Zamy­kam notat­nik. Kar­dy­nał wró­cił na drzewo. Jest jesz­cze wcze­śnie, ale i tak się ruszam. Zaczy­nam. Nie mogę zwol­nić. Potrze­buję roz­pędu. Wszyst­kim innym, Pau­lowi, dzie­ciom i mojej mamie, dzi­siej­szy wie­czór upły­nie na jedze­niu, zaba­wie i tań­cach, kolo­ro­wych drin­kach z otwar­tego baru. Sta­rzy przy­ja­ciele będą nad­ra­biać zale­gło­ści w plot­kach, nowo roz­wie­dzeni mie­szać się z żona­tymi i wiecz­nymi sin­glami, a nasze dzieci, już nasto­latki, ukryją się w ogro­do­wych zaka­mar­kach z przy­ja­ciółmi - ich wła­sne hie­rar­chie spo­łeczne, wła­sne kło­poty i drobne pre­ten­sje dopiero się kształ­tują.

Dziś wie­czo­rem będziemy świę­to­wać sześć­dzie­siąte uro­dziny czci­god­nej Mari­lyn Mil­lay w naprawdę wspa­nia­łym stylu. Jaką zabawę przy­nie­sie noc? W końcu to impreza. Powinna być zabawą.

Dla­czego więc dzień już wydaje mi się taki ciężki?

Scho­dzę po schod­kach naszego ganku i w ogro­dzie pochy­lam się, żeby wyrwać chwa­sty. Kilka lat temu zastą­pi­li­śmy skra­wek trawy przed domem mnó­stwem wła­ści­wych dla kli­matu bylin, które przy­jęły się na tyle dobrze, że kwitną w peł­nej oka­za­ło­ści każ­dego lipca. W sam raz na przy­ję­cie.

Jest na tyle wcze­śnie, że słońce prze­bija się przez korony drzew pod ostrym kątem. Nie powin­nam tu stać w dre­sach i pod­ko­szulku, bez sta­nika, z roz­czo­chra­nymi wło­sami, ale jest sobota rano i nikogo nie ma na ulicy. Zary­zy­kuję.

Part­ner Paula z kan­ce­la­rii i jego przy­ja­ciel ze stu­diów, Sey­mour Dun­phy, kupił dom naprze­ciwko nas. Jego naj­star­szy przy­ja­ciel Lio­nel - tak, ten Lio­nel - mieszka pół prze­cznicy dalej ze swoją nową żoną Daphne. Kiedy dzieci były młod­sze, Paul nama­wiał mnie do prze­pro­wadzki do więk­szego, wolno sto­ją­cego domu przy jed­nej z bar­dziej zamoż­nych ulic Win­n­grove. Wtedy zapy­ta­łam go, czy cztery sypial­nie w naszym obec­nym domu to dla nas za mało. Takie nie­po­ro­zu­mie­nia wyni­kały z tego, w jakich warun­kach każde z nas dora­stało. Życie Paula było wygodne od samego początku: pra­cu­jący i dobrze zara­bia­jący rodzice, dwa samo­chody, ładny dom, hała­śliwy star­szy brat, farma, na któ­rej można było spę­dzać dłu­gie let­nie dni i upra­wiać różne sporty, ponadto kluby i wielu przy­ja­ciół z tej samej sfery spo­łecz­nej. Tym­cza­sem ja byłam dziec­kiem z klu­czem na szyi, wycho­wy­wa­nym w miesz­kanku w piw­nicy przez samotną matkę, która uro­dziła mnie w wieku dwu­dzie­stu lat. Potem stała się obrzy­dli­wie bogata, kiedy opu­bli­ko­wała swój pierw­szy best­sel­le­rowy thril­ler na mie­siąc przed moimi czter­na­stymi uro­dzi­nami. Teraz prze­pro­wadzka do więk­szego domu wyda­wała mi się nie­do­rzeczną eks­tra­wa­gan­cją. Paul zaś uwa­żał, że to krok naprzód, który zro­bi­li­by­śmy po pro­stu dla­tego, że nas na to stać. "Ni­gdy nas nie opusz­cza...", mówi­łam Pau­lowi, kiedy besz­tał mnie za to, że wzbra­niam się przed zaku­pem dro­gich mebli albo luk­su­so­wych waka­cji. To uczu­cie, że jest się bied­nym, mia­łam wtedy na myśli, ono ni­gdy nas nie opusz­cza. Paul nie miał poję­cia, o czym mówię.

Gaze­ciarz znowu rzu­cił week­en­dowe wyda­nie na kra­węż­nik przed naszym pod­jaz­dem, zamiast pod­rzu­cić je na werandę. Ruszam, żeby je pod­nieść, szo­ruję bosymi sto­pami po twar­dych kamie­niach chod­nika.

- Nad­ine!

Kurwa.

Po dru­giej stro­nie ulicy stoi Sey­mour Dun­phy, już wyką­pany i ubrany, też pod­nosi swoją gazetę. Macha do mnie. Kiedy Sey­mour ogło­sił sepa­ra­cję z żoną Sherry w minione święta Bożego Naro­dze­nia i wyniósł się do poło­żo­nego nie­da­leko stąd miesz­ka­nia, byłam zachwy­cona. Ale teraz znowu jest moim sąsia­dem, bo wró­cił do rodzin­nego domu, bo jego sie­dem­na­sto­let­nia córka River przedaw­ko­wała sześć tygo­dni temu i prze­bywa w szpi­talu. A to zna­czy, że znów wpa­dam na niego zde­cy­do­wa­nie zbyt czę­sto. Sey­mour jest na­dal part­ne­rem biz­ne­so­wym Paula i jego dro­gim przy­ja­cie­lem ze stu­diów, a River naj­lep­szą przy­ja­ciółką Iso­bel. Nie­na­wi­dzę go. Uwa­żam, że jest czło­wie­kiem pozba­wio­nym krę­go­słupa i nie­wraż­li­wym. I prze­żywa żało­sny kry­zys wieku śred­niego. Tak, zbyt dużo jego obec­no­ści w naszym życiu.

Przy­ci­skam gazetę do piersi, nagiej pod cien­kim pod­ko­szul­kiem.

- Piękny dzień na przy­ję­cie! - woła.

"Czy nie powi­nie­neś być w szpi­talu?", chcę do niego krzyk­nąć. Zamiast tego patrzę w niebo.

- Mam nadzieję, że pogoda się utrzyma. Pro­szę, nie czuj się zobo­wią­zany przyjść dziś wie­czo­rem.

- Przyjdę, Nad­ine. Wiesz, że przyjdę.

Nikogo nie było mi tak szcze­rze szkoda jak jego byłej żony Sherry, matki River - jedy­naczki, która z nie­wia­do­mego powodu pogry­zła i połknęła całe opa­ko­wa­nie table­tek na receptę. Piękna dziew­czyna, kole­żanka mojej Iso­bel od przed­szkola. Nie mogę nawet o tym myśleć. Nie teraz, nie dzi­siaj. A jej ojciec roz­ma­wia o moim przy­ję­ciu, jakby nic go to wszystko nie obcho­dziło.

Bła­gam, nie. Sey­mour prze­cho­dzi przez ulicę.

- Leniwy pora­nek? - pyta, wska­zu­jąc na moje ubra­nie.

Co za chuj. Mogła­bym go teraz ude­rzyć.

- Po pro­stu zała­twiam kilka spraw w domu, zanim wyjdę.

- Jasne. Nie ma dla cie­bie cze­goś takiego jak leniwy pora­nek, pra­co­wita psz­czółko.

Prze­ły­kam z tru­dem ślinę, zaci­ska­jąc zęby.

- Jak się miewa Sherry? - pytam.

- Ni­gdy nie opusz­cza szpi­tala. Tam się kąpie i śpi.

- Przy­niosę ci tro­chę jedze­nia - mówię. - Mamy pełną lodówkę.

- Wła­ści­wie nie pla­no­wa­łem dokądś wpa­dać przed popo­łu­dniem. Sio­stra Sherry pod­rzuca jedze­nie. Mam mnó­stwo resz­tek zapie­ka­nek.

- Cie­szę się, że Sherry ma wspar­cie.

Coś ści­snęło mnie w gar­dle. Czy to smu­tek z powodu River, czy wście­kłość na Sey­mo­ura - nie jestem pewna. Naj­gor­sze jest to, że sześć tygo­dni temu to moja uko­chana córka Iso­bel zna­la­zła River na pod­ło­dze jej sypialni. Miały iść razem do szkoły, żeby napi­sać spraw­dzian z bio­lo­gii, ale River nie odpo­wia­dała na żadne ese­mesy. Jej matka czę­sto wycho­dziła wcze­śniej do pracy, więc Iso­bel weszła do ich domu, otwie­ra­jąc zapa­so­wym klu­czem, który Sherry dała mi wiele lat temu. Biedna Iso­bel. Naj­pierw wezwała karetkę, a dopiero potem mnie. Pobie­gli­śmy z Pau­lem. Ledwo mogłam za nim nadą­żyć, bo dopiero co prze­sta­łam wtedy uży­wać laski po ope­ra­cji bio­dra. Zadzwo­ni­łam do Sherry, a Paul do Sey­mo­ura. Łań­cuch poran­nych wyda­rzeń tam­tego majo­wego dnia do tej pory wywo­łuje u mnie ucisk w żołądku. Pamię­tam, jak kuś­ty­ka­łam przez ulicę i wdra­py­wa­łam się po scho­dach do sypialni River. Potem zoba­czy­łam wła­sną córkę leżącą obok swo­jej przy­ja­ciółki w łóżku. Obej­mo­wała ją i bła­gała, żeby się obu­dziła. Kiedy o tym pomy­ślę, nie robi mi się smutno. Ja czuję złość, nawet wście­kłość. Tego samego dnia zawio­złam Iso­bel do komi­sa­riatu poli­cji na prze­słu­cha­nie. Detek­tyw o dzie­cię­cej twa­rzy, przy­dzie­lony do tej sprawy, wypy­ty­wał ją o River, o to, kiedy Iso­bel ją zna­la­zła, czy zaży­wała nar­ko­tyki, czy piła, o jej krąg przy­ja­ciół... Facet był ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści. Co gor­sza, Iso­bel też ledwo kon­tak­to­wała.

Pod­czas kolej­nych roz­mów, jakie z nią pro­wa­dzi­łam późną nocą, na temat traumy i nie­po­koju, który nie pozwa­lał jej spać, drę­czyło mnie poczu­cie, że Iso­bel pomija coś w tej histo­rii. Jej odpo­wie­dzi na pyta­nia poli­cyj­nego detek­tywa nie­wiele mówiły. Tak, River piła od czasu do czasu. Może pró­bo­wała nar­ko­ty­ków. Nie, nie miała chło­paka. Nie, nie wyda­rzyło się nic nie­zwy­kłego, co mogłoby spo­wo­do­wać przedaw­ko­wa­nie. Nie wie­rzy­łam w to. Jestem matką Iso­bel, umiem wywę­szyć jej kłam­stwa i wiem, że wciąż jest coś, czego moja córka mi nie mówi, coś, czego muszę się dowie­dzieć sama.

Nie da się wszyst­kiego napra­wić, powta­rza mi moja matka. Czę­sto mi przy­po­mina, że nie powin­nam się mie­szać w pro­blemy innych ludzi. Oczy­wi­ście, że nie wszystko da się napra­wić, ale czy nie powin­ni­śmy przy­naj­mniej pró­bo­wać?

- Jakaś poprawa stanu River? - pytam Sey­mo­ura.

- Nie cał­kiem. Lekarz powie­dział Sherry, że ist­nieją dowody na to, że coś się dzieje. To zna­czy w jej mózgu. Widzą fale, aktyw­ność - marsz­czy brwi. - Ale sześć tygo­dni to długo jak na śpiączkę.

- Cóż, twoja córka zawsze była tą, która dawała sobie radę z prze­ciw­no­ściami losu.

- Tak by się wyda­wało. Nie budzi się, ale nie wszystko stra­cone.

- To daje nadzieję, prawda?

- Chcę wie­rzyć, że tak - mówi Sey­mour. - Wpa­dam, kiedy tylko mogę.

Za każ­dym razem, gdy jestem w sta­nie zebrać się na choć odro­binę empa­tii dla Sey­mo­ura, udaje mu się ją zga­sić jakimś bez­dusz­nie nie­udol­nym komen­ta­rzem. "Wpa­dam, kiedy mogę?". Jezu! Nawet Iso­bel odwie­dza River w szpi­talu pra­wie codzien­nie po szkole. W ubie­głą sobotę jej towa­rzy­szy­łam. Moja córka zapy­tała Sherry, czy mogłaby ucze­sać River, przy­ciąć i poma­lo­wać jej paznok­cie. Byłam poru­szona, kiedy patrzy­łam, z jaką czu­ło­ścią to robi. Więk­szość rodzi­ców może poczu­łaby się mile połech­tana, że wycho­wali swoje dzieci na dobrych i tro­skli­wych ludzi, ale nie ja. Ja mar­twię się o moją Iso­bel. Cza­sami nawet zasta­na­wiam się, czy jej wylewne popisy nie są uda­wane. Bywa albo bar­dzo życz­liwa, albo bar­dzo prze­bie­gła. Nie jestem pewna, co gor­sze.

Przez całą naszą wizytę w szpi­talu Sherry sie­działa na krze­śle w rogu pokoju z rękami uło­żo­nymi sta­ran­nie na kola­nach i sku­piała się wyłącz­nie na córce. Była ubrana jak na mroźny zimowy dzień. Szpi­talna kli­ma­ty­za­cja dzia­łała tak mocno, że aż zaczę­łam szczę­kać zębami. Ani razu nie spoj­rzała mi w oczy. Nie jeste­śmy może przy­ja­ciół­kami, ale z pew­no­ścią wie­lo­let­nimi sąsiad­kami. Po tym, jak Sey­mour ją zosta­wił, otwar­cie sta­nę­łam po jej stro­nie ku wiel­kiemu roz­cza­ro­wa­niu Paula. Cza­sami piszemy, dzie­limy się histo­riami i dow­ci­pami o naszych cór­kach, koor­dy­nu­jemy ich har­mo­no­gramy - albo raczej kie­dyś to robi­ły­śmy. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy, kiedy River zaczęła późno wycho­dzić z domu, a Iso­bel skar­żyła się, że jej przy­ja­ciółka się zmie­niła, zdy­stan­so­wała, jej stop­nie się pogor­szyły, sta­ra­łam się wspie­rać Sherry, nawet jeśli wyda­wała się nie­zdolna do zro­zu­mie­nia zmiany, jaka zaszła w jej córce. Pyta­łam Iso­bel o szcze­góły zacho­wa­nia River, bym mogła je prze­ka­zać jej matce, ale mil­czała.

Może nie mia­łam racji, ocze­ku­jąc od Sherry powi­ta­nia w tej szpi­tal­nej sali, infor­ma­cji o sta­nie jej córki czy choćby: "Dzięki, że wpa­dły­ście". Może. Ona po pro­stu sie­działa bez­wład­nie na krze­śle. Nie wyda­wała się smutna, raczej zupeł­nie pusta, pra­wie bez życia, jej oczy wyglą­dały jak dwie szklane kulki. Po kilku minu­tach prze­pro­si­łam i wyszłam na kory­tarz, w stronę auto­ma­tów z prze­ką­skami. Jedyna myśl, na jaką mogłam się wtedy zdo­być, brzmiała: Dzięki Bogu, że to nie ja sie­dzę na tym krze­śle, że to nie moja córka leży nie­przy­tomna w szpi­tal­nym łóżku. Dzięki Bogu, że z Iso­bel wszystko jest w porządku.

Sey­mour mnie obser­wuje.

- Zadzwo­nię póź­niej do Sherry - mówię. - Może uda mi się ją prze­ko­nać do opusz­cze­nia szpi­tala na kilka godzin, żeby wpa­dła wie­czo­rem.

Sey­mour się śmieje.

- Jeśli ja będę na przy­ję­ciu, jej nie będzie.

- Jasne - mówię, a w środku gotuję się ze zło­ści. - Powiedz Sherry, że jeste­śmy do jej dys­po­zy­cji, gdyby cze­goś potrze­bo­wała.

Salu­tuje mi.

- Da się zro­bić. To zna­czy, jeśli rze­czy­wi­ście się z nią zoba­czę.

Czuję ulgę, kiedy w końcu prze­cho­dzi przez ulicę i wraca do swo­jego domu. Ile razy Paul i ja kłó­ci­li­śmy się o tego czło­wieka? W moich oczach Sey­mour zawsze był odra­ża­jący, czę­sto lek­ce­wa­żący lub zbyt żar­to­bli­wie odno­szący się do swo­ich pod­wład­nych w pracy, sub­tel­nie pogar­dza­jący swoją żoną, w końcu zdra­dza­jący ją i wkła­da­jący abso­lutne mini­mum wysiłku w ukry­wa­nie tego. Pięć lat temu, kiedy Paul i Sey­mour ogło­sili, że zamie­rzają porzu­cić swoje kor­po­ra­cyjne kariery i otwo­rzyć buti­kową firmę praw­ni­czą w Win­n­grove, jesz­cze byłam w sta­nie tole­ro­wać Sey­moura. Teraz już nie.

- Jak o tobie świad­czy to, że to twój naj­star­szy przy­ja­ciel? - wrzesz­cza­łam na Paula kilka dni po tym, jak River przedaw­ko­wała.

- Bra­kuje mu tro­chę wyczu­cia - argu­men­to­wał Paul. - Ale to naprawdę dobry praw­nik.

- Nie prze­szka­dza ci, że to zły czło­wiek?

- Nie sądzę, żeby był złym czło­wie­kiem - zaprze­czał. - Nie masz racji co do wszyst­kich, Nad­ine.

- Co do niego mam rację.

Głów­nym argu­men­tem Paula, że powin­ni­śmy uni­kać odrzu­ca­nia naszych naj­star­szych przy­ja­ciół, jest to, że to oni są łącz­ni­kiem z naszymi młod­szymi wer­sjami sie­bie, straż­ni­kami naszych wspo­mnień. Paul i ja róż­nimy się pod tym wzglę­dem. Moje przy­jaź­nie ni­gdy tak naprawdę nie roz­wi­nęły się poza epoki, które je ukształ­to­wały. Kiedy skoń­czy­łam szkołę śred­nią, pozo­sta­wi­łam za sobą tamtą grupę przy­ja­ciół, nie licząc jed­nej dość dziw­nej kola­cji pod­czas zjazdu absol­wen­tów, no i polu­bień oraz komen­ta­rzy w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Obec­nie spo­ty­kam się z innymi mat­kami ze szkoły naszych dzieci czy z ich dru­żyn spor­to­wych. Kluby książki, kola­cje poza domem, cza­sem kawa na mie­ście w ciągu dnia. W prze­ci­wień­stwie do Paula nie potrze­buję nikogo, kto by docho­wy­wał moich naj­star­szych sekre­tów. Nie jestem zwo­len­niczką bez­wa­run­ko­wej lojal­no­ści, a już na pewno nie wobec czło­wieka takiego jak Sey­mour Dun­phy.

Dość. Jest tak wiele rze­czy do zro­bie­nia. Nie pozwolę, by Sey­mour popsuł mi dziś nastrój. Powin­nam kupić coś dla Sherry. Dodam to do dzi­siej­szej listy. Ot, mały gest życz­li­wo­ści, cho­ciaż nie mogę się tym zająć od razu. Teraz muszę wziąć prysz­nic i ruszać z przy­go­to­wa­niami do imprezy.

Głowa do góry, Nad­ine. Nie oglą­daj się. Dalej, przed sie­bie.

Zanu­rzam się pod prysz­nic, woda ude­rza w mój cze­pek do kąpieli. Jestem w łazience w piw­nicy, moje ubra­nia wiszą na wie­szaku na ręcz­niki. Prysz­nic w naszej głów­nej łazience obu­dziłby Paula, a tego jesz­cze nie chcę. Prawda jest taka, że ten wcze­sny pora­nek będzie znacz­nie łatwiej­szy do poko­na­nia bez jego jowial­no­ści i nie­unik­nio­nych pytań doty­czą­cych imprezy, na które powi­nien już dawno znać odpo­wie­dzi.

To taki nasz rodzinny żart, że jako naj­wcze­śniej wsta­jący czło­nek rodziny jestem zobo­wią­zana do wyko­ny­wa­nia poran­nych czyn­no­ści w tej piw­nicz­nej łazience. Pomy­śleć o tym wszyst­kim, co się tutaj wyda­rzyło. Sie­dem­na­ście lat temu, kiedy byłam w ciąży z Iso­bel, moje wody roz­lały się po tej wyło­żo­nej zie­lo­nymi kafel­kami pod­ło­dze. A potem kilka scha­dzek z Lio­ne­lem, jak wtedy, w ten dziwny pora­nek w środku tygo­dnia, kiedy przy­szedł, gdy Paul wyszedł do pracy, i ta ukryta łazienka wyda­wała się jedy­nym miej­scem, w któ­rym byli­śmy bez­pieczni. Póź­niej przy­szłam tutaj, żeby prze­brnąć przez napady pła­czu po zakoń­cze­niu naszego romansu. Nie tylko ta łazienka spro­wa­dza mnie do piw­nicy, także moje biuro, które kie­dyś było na górze, prze­nie­siono do piw­nicy, gdy Mar­got się do nas wpro­wa­dziła. "Po co ci biuro?", pyta cza­sem Iso­bel, tra­fia­jąc w mój czuły punkt. "Nie masz prze­cież praw­dzi­wej pracy". Ma rację i zara­zem się myli. Może nie pra­cuję w tra­dy­cyj­nym tego słowa zna­cze­niu, ale zawsze jestem zajęta. "Wy jeste­ście moją pracą" - czę­sto mówię dzie­ciom. Jeśli one lub kto­kol­wiek inny kręci na to nosem, to co mogę pora­dzić?

Przez dzie­sięć lat pro­wa­dzi­łam w miej­sco­wym col­lege'u zaję­cia ogólne z zakresu kry­mi­na­li­styki. Bawi­łam się nawet pisa­niem praw­dzi­wej książki kry­mi­nal­nej, uczęsz­cza­jąc na kilka kur­sów na tej samej uczelni, na któ­rej wykła­dam. Mam inne nazwi­sko niż moja matka i mogę dosyć łatwo unik­nąć pytań typu: "To pani jest córką tej sław­nej pisarki, Mari­lyn Mil­lay?". To nie tyle strach przed życiem w cie­niu mojej matki, ile brak pomy­słów, o czym mogła­bym pisać. Naj­lep­sze, praw­dziwe histo­rie kry­mi­nalne zostały już dawno opo­wie­dziane.

Kiedy Mar­got się do nas wpro­wa­dziła, zapro­po­no­wała, że prze­no­cuje tutaj, w piw­nicy, ale ja dostrze­głam nowe moż­li­wo­ści. Paul uwa­żał, że zwa­rio­wa­łam, rezy­gnu­jąc z mojego biura w pokoju na pię­trze z oknami z wido­kiem na nasze uro­cze podwórko, przez które wpada dużo świa­tła. Wyglą­dało, jak­bym się poświę­cała, ale szcze­rze mówiąc, wolę kli­mat lochów. Jeśli opusz­czę rolety, w moim biu­rze jest zupeł­nie ciemno nawet w środku dnia. Sły­szę wszyst­kich cho­dzą­cych mi nad głową lub scho­dzą­cych po scho­dach. Nie da się tu zakraść.

Naj­dziw­niej­szą, a jed­no­cze­śnie moją ulu­bioną czę­ścią tej piw­nicy są drzwi na ścia­nie dzie­lone z naszym sąsia­dem. Histo­ria głosi, że dwie sio­stry, które miesz­kały tu przed nami, wybiły drzwi w ścia­nach piw­nicy, aby móc się prze­miesz­czać mię­dzy swo­imi domami. Pode­szły do tego prak­tycz­nie, insta­lu­jąc drzwi z zam­kiem po każ­dej stro­nie, podob­nie jak w sąsia­du­ją­cych ze sobą poko­jach hote­lo­wych. Paul uznał to za zaska­ku­jące i chciał trwale zamknąć dziwne przej­ście, ale odmó­wi­łam. Uwiel­biam dzi­wacz­ność tych drzwi. Mała Iso­bel nazwała je Dwiema Sio­strami i od tam­tej pory i ja tak je nazy­wam. Są teraz czę­ścią mojego biura.

Przed wzię­ciem prysz­nica przez chwilę krę­ci­łam się po gabi­ne­cie, zmu­sza­jąc do sku­pie­nia pomimo trze­po­czą­cego serca, bo czu­łam, jakby ktoś mnie obser­wo­wał i reje­stro­wał moje dzia­ła­nia. Zawsze się mar­twi­łam, ale od wypadku mój mózg nie działa tak, jak powi­nien, szcze­gól­nie gdy zmar­twie­nie bie­rze nade mną górę. Wtedy dostaję zawro­tów głowy, jestem spo­cona, nie­spo­kojna, cza­sem wpa­dam w para­noję. Naj­trud­niej­sze jest ukry­wa­nie tego przed Pau­lem i dziećmi. Prze­cież nie ma sensu ich mar­twić, w końcu się z tego wyle­czę.

Żeby się uspo­koić, wydru­ko­wa­łam osta­teczną listę gości w porządku alfa­be­tycz­nym według nazwisk, jedna długa strona z dwiema kolum­nami. Sto dzie­sięć osób. Zala­mi­no­wa­łam ją maszynką, którą Paul kupił mi w zeszłe święta. Miał to być żar­to­bliwy pre­zent, czuły doci­nek do moich nazbyt meto­dycz­nych zacho­wań, ale spodo­bał mi się i lami­narki uży­wam przez cały czas. Bo co jest lep­sze niż doku­ment zamknięty w pla­stiku? To marze­nie osoby robią­cej tyle list co ja.

Ta zala­mi­no­wana główna lista gości leży teraz na bla­cie w łazience. Wycho­dzę spod prysz­nica i staję naga przed czę­ściowo zapa­ro­wa­nym lustrem. Jestem w dobrej for­mie jak na pra­wie czter­dzie­sto­latkę. Zawsze pra­co­wa­łam nad moim cia­łem - regu­larne car­dio, dużo spa­ce­rów, zaję­cia siłowe i joga, brzydki zega­rek na nad­garstku, który ostrzega mnie, że za długo sie­dzę. Rze­czy­wi­ście, leka­rze powie­dzieli mi, że to wła­śnie moja dobra kon­dy­cja fizyczna pozwo­liła mi na powrót do zdro­wia po zła­ma­niu bio­dra. Wciąż tkliwa bli­zna bie­gnie od talii do uda, jesz­cze nie wybla­kła. Zmiaż­dżona kość, ope­ra­cja, infek­cja, która trzy­mała mnie w szpi­talu przez wiele tygo­dni, potem reha­bi­li­ta­cja. Leka­rze mówili, jak wiel­kie mia­łam szczę­ście. Przy takim upadku mogłam zmiaż­dżyć czaszkę czy krę­go­słup, a nie "tylko" bio­dro.

Przy­by­cie Mar­got odcią­żyło Paula, jeśli cho­dzi o pomoc w moim powro­cie do zdro­wia i pro­wa­dze­niu domu. Mar­got gotuje i sprząta, pil­nuje mnie, żebym nadą­żała z ćwi­cze­niami reha­bi­li­ta­cyj­nymi, dotrzy­muje mi towa­rzy­stwa. Krąży wokół mnie, szu­ka­jąc oznak smutku, reje­stru­jąc drobne odchy­le­nia w samo­po­czu­ciu, które, jak sądzę, cał­kiem dobrze udaje mi się ukry­wać.

Biorę listę gości do ręki i ska­nuję ją uważ­nie. Przy­ja­ciele, sąsie­dzi, współ­pra­cow­nicy, więk­szość kole­gów z firmy Paula i ich mał­żonki, nie­któ­rzy przy­ja­ciele naszych dzieci i ich rodzice, moja mama, gość hono­rowy, a na samym dole Lio­nel i Daphne Robin­so­no­wie. Cho­lera. Myśla­łam, że się wyco­fają, nie mogę uwie­rzyć, że naprawdę zamie­rzają przyjść. Lio­nel, Boże! Znam go od dwu­dzie­stu lat, on także, podob­nie jak Sey­mour Dun­phy, od dawna należy do kliki Paula. Jest dzien­ni­ka­rzem odno­szą­cym raczej umiar­ko­wane suk­cesy i od dzie­się­ciu lat mieszka w Win­n­grove. Zawsze postrze­ga­łam go jako pew­nego rodzaju nie­szczę­śnika, god­nego poli­to­wa­nia kawa­lera z jego wymi­ja­ją­cym podej­ściem do miło­ści czy zaan­ga­żo­wa­nia. Czy wyda­wał mi się przy­stojny? Jasne, w pewien spo­sób. Aż nagle, pew­nego let­niego wie­czoru dwa lata temu, zna­leź­li­śmy się sami w ogro­dzie pod koniec kola­cji, a on po pijaku wyznał, że czuję do mnie pociąg, który, jak twier­dził, zawsze miał. Zby­wa­łam go, igno­ro­wa­łam jego zaloty. Przez sześć mie­sięcy. W końcu Paul i ja wkro­czy­li­śmy w trudny okres, on za dużo podró­żo­wał, zbyt wiele wie­czo­rów spę­dzał w gabi­ne­cie. Zauwa­ży­łam, że odwza­jem­niam spoj­rze­nia Lio­nela. Co mogę powie­dzieć? Że tak to się zaczęło? Że nie potra­fię okre­ślić, co dokład­nie skło­niło mnie do zła­ma­nia przy­sięgi mał­żeń­skiej i wybra­nia w tym celu naj­gor­szego moż­li­wego zalot­nika?

Romans się skoń­czył, a teraz trzeba wal­czyć z Daphne, nową żoną Lio­nela, matką jego małego dziecka. Od czasu poślu­bie­nia Daphne przez Lio­nela Paul i ja nie mamy już z nim bez­po­śred­niego kon­taktu, mimo że mieszka tuż obok. Ile razy pie­przy­li­śmy się w tej wła­śnie łazience? Pięć, dzie­sięć? W krót­kim cza­sie z dobrego przy­ja­ciela Paula stał się moim tajem­ni­czym kochan­kiem i ule­głym mężem kobiety o dzie­sięć lat młod­szej od nas wszyst­kich.

"Mam nadzieję, że nie masz nic prze­ciwko temu, że przy­pro­wa­dzimy maleń­stwo!", napi­sała Daphne w swo­jej odpo­wie­dzi na zapro­sze­nie. Patrzę na jej pod­pis ze wszyst­kimi tytu­łami, od któ­rych zaci­skają mi się szczęki. Dzi­siej­szy wie­czór będzie moim pierw­szym spo­tka­niem z maleń­stwem. I wstyd mi się przy­znać, ale poczu­łam lek­kie zado­wo­le­nie, kiedy usły­sza­łam, że ich córeczka cierpi na kolki.

Rzu­cam listę na blat łazienki i widzę, że ląduje w zle­wie - na szczę­ście zala­mi­no­wana! Wycie­ram się i ubie­ram. Pieprz się, Lio­nelu. Nie mogę uwie­rzyć, że ma czel­ność przyjść dziś wie­czo­rem. Cóż to byłby za dar ni­gdy wię­cej go nie widzieć. Ale to nie tylko kwe­stia Lio­nela, prawda? - pytam sie­bie. Przez lata zebrała się garstka ludzi, któ­rzy nas skrzyw­dzili, zawie­dli lub zdra­dzili na wiele spo­so­bów. Ale to chyba coś, co po pro­stu przy­cho­dzi z wie­kiem, z suk­ce­sami lub poraż­kami, ze wspo­mnie­niami wyda­rzeń, zdra­dami i tra­ge­diami, z nowymi infor­ma­cjami... Lista osób, które nie są już warte naszej ener­gii, wydłuża się. Kon­takt z takimi ludźmi, zacho­wa­nie pozo­rów przy­jaźni czy nawet ser­decz­no­ści, męczą mnie. A od nie­któ­rych wola­ła­bym po pro­stu odejść.

Nagle sły­szę kroki nad głową. Czy ktoś już nie śpi? Wcho­dzę po scho­dach i ze zdu­mie­niem widzę Mar­got pochy­loną nad wyspą kuchenną, z twa­rzą w tele­fo­nie. Eks­pres pra­cuje za nią.

- Prze­stra­szy­łaś mnie - mówię.

Mar­got odska­kuje do tyłu z ręką na piersi.

- Jezu! - mówi. - Ty mnie prze­stra­szy­łaś, wycho­dząc z tej swo­jej nory.

Śmieję się.

- To nie jest nora. Skąd mogłam wie­dzieć, że tu jesteś? W week­endy raczej nie wsta­jesz przed dzie­wiątą.

- Nie mogłam spać. Za parę godzin jestem umó­wiona na kawę.

- Randka?

- Nie do końca. Nie martw się, wiem, że potrze­bu­jesz mnie dzi­siaj w pobliżu, nie będzie mnie naj­wy­żej przez godzinę.

- Spo­koj­nie, i tak mam jesz­cze kilka spraw do zała­twie­nia dziś rano.

Zaspo­ko­je­nie mojej cie­ka­wo­ści, jeśli cho­dzi o życie oso­bi­ste Mar­got, wymaga wysiłku. Ona nie jest moją córką, a w dodatku ma dwa­dzie­ścia cztery lata. Jestem wdzięczna, że moje wścib­stwo zostało w pew­nym stop­niu zaspo­ko­jone dzięki - co naj­mniej wylew­nemu - udzie­la­niu się przez Mar­got w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

- Skoro już wsta­łam bla­dym świ­tem, mogę się na coś przy­dać... Taka jak zawsze? - mówi, wska­zu­jąc na eks­pres.

- Mój Boże, tak. Dzię­kuję.

Nie ma tutaj ofi­cjal­nego tytułu dla Mar­got. To nasza bra­ta­nica, córka star­szego brata Paula, Erica, który mieszka z żoną cztery godziny drogi stąd. Nie lubię Erica, ale zawsze kocha­łam Mar­got, ich jedyne dziecko. Ku wiel­kiemu roz­cza­ro­wa­niu rodzi­ców Mar­got zre­zy­gno­wała z col­lege'u, aby podró­żo­wać. Jeź­dziła dookoła świata przez pra­wie pięć lat, podej­mu­jąc dziwne prace w dziw­nych kra­jach, nawią­zu­jąc, a następ­nie porzu­ca­jąc dale­kie przy­jaź­nie, pod­czas gdy reszta z nas żyła infor­ma­cjami docie­ra­ją­cymi przez jej spo­ra­dyczne wpisy w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Powrót Mar­got do domu tuż przed Bożym Naro­dze­niem zbiegł się z moim wypad­kiem. Odwie­dziła mnie raz w szpi­talu, potem przy­cho­dziła regu­lar­nie, a kiedy roz­po­czę­łam reha­bi­li­ta­cję, było już usta­lone, że zamieszka z nami, żeby mi poma­gać. Chcia­ła­bym myśleć, że to dość łatwa praca dla mło­dej kobiety, która pla­nuje swój następny krok w życiu. Czy tak rze­czy­wi­ście jest, nie wiem. Ale wiem, że w ciągu tych kilku mie­sięcy stała się dla mnie nie­zbędna. Kiedy nasze dzieci były już za duże na nia­nię, w naszych domo­wych rytu­ałach powstała dziura. Lubię mieć obok sie­bie drugą osobę, która nie prosi mnie cią­gle o różne rze­czy, a Mar­got była wła­śnie takim bło­go­sła­wień­stwem. Cza­sem żar­to­wa­łam, mówiąc do Paula, że bar­dziej cier­pia­ła­bym, gdyby ona ode mnie ode­szła, niż gdyby on to zro­bił.

Mar­got przy­go­to­wuje nam obu kawę. Obser­wuję jej ruty­nowe ruchy i moje roz­trzę­sione dło­nie przy­ci­śnięte pła­sko do blatu. Dopra­wia moją kawę, dole­wa­jąc mleko w ide­al­nej pro­por­cji, po czym pod­suwa mi mój ulu­biony kubek i wraca na swój poste­ru­nek na dru­gim końcu wyspy.

- Jestem tro­chę roz­trzę­siona - mówię. - Powin­nam to roz­cień­czyć.

- Wszystko jest pod kon­trolą - mówi Mar­got. - Więc opa­nujmy to drże­nie, dobrze? Nie ma takiej potrzeby.

- Spa­cer pomoże. Pójdę zała­twić swoje sprawy.

- Gdzie jest moja lista? - pyta Mar­got. - Wiem, że zro­bi­łaś mi listę.

- Zro­bi­łam. Jest na tablicy.

Mar­got pod­nosi palec, coś sobie przy­po­mi­na­jąc. Znika na chwilę w foyer i wraca z dużym koszem pre­zen­to­wym.

- Kilka minut temu ktoś zapu­kał do drzwi - mówi. - Tylko popatrz! Wyśmie­nite cze­ko­ladki. Porządne pro­dukty, jak sól mor­ska.

- Od kogo to jest?

- Nie spraw­dzi­łam.

Odrywa kopertę i rzuca mi ją pła­sko jak dysk. Łapię i otwie­ram pal­cem.

- I? - pyta Mar­got.

- To od jubi­latki, mojej matki.

- Kocham twoją matkę.

- Ja też - mówię.

To cał­kiem zabawne. Matka Mar­got, moja szwa­gierka, ni­gdy nie poja­wia się w naszych roz­mo­wach i widzę, że nie ma dowo­dów na regu­larne kon­takty mię­dzy nimi. Lubię myśleć, że sta­łam się dla Mar­got kimś w rodzaju matki, a moje zado­wo­le­nie z samej sie­bie rów­no­waży strach, że pew­nego dnia to samo może się stać ze mną i Iso­bel. Jeste­śmy teraz ze sobą bli­sko, ale kto powie­dział, że zawsze będziemy? W jej życiu mogłaby z łatwo­ścią poja­wić się inna postać matki. Ta myśl spra­wia, że jestem jesz­cze bar­dziej roz­trzę­siona. Boże! Kiedy pod­no­szę wzrok, Mar­got celuje we mnie tele­fo­nem. Szybko zasła­niam ręką twarz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki