Śmierć na bogato - Jacek Ostrowski

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (28,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROK 2024

Wcze­snym ran­kiem 17 maja agenci Cen­tral­nego Biura Śled­czego Po­li­cji oto­czyli jedną z nie­ru­cho­mo­ści przy ulicy Wer­ny­hory w War­sza­wie. Daw­niej w tym bu­dynku mie­ściły się biura am­ba­sady Kuby, a ostat­nio firma "Po­mocna dłoń", bo­ha­ter gło­śnej sprawy do­ty­czą­cej za­bój­stwa zna­nego pol­skiego po­li­tyka. To była sprawa z pierw­szych stron ga­zet. Pro­ku­ra­tura wraz z po­li­cją zde­cy­do­wała się na tę ak­cję po otrzy­ma­niu kilku ano­ni­mo­wych do­no­sów. Ta­jem­ni­czy nadawca, pod­pi­su­jący się jako Me­sjasz w swo­ich ma­ilach wy­sła­nych z nie­usta­lo­nego ad­resu, twier­dził, że w sie­dzi­bie "Po­moc­nej dłoni" ukry­wają się osoby za­mie­szane w to za­bój­stwo. Po­dane przez niego ry­so­pisy ide­al­nie pa­so­wały do po­szu­ki­wa­nych li­stem goń­czym Adama P. oraz jego wspól­niczki Agaty R.

Punkt szó­sta rano uzbro­jeni po zęby funk­cjo­na­riu­sze sfor­so­wali furtkę i we­szli na te­ren po­se­sji, ale za­nim do­tarli do drzwi wej­ścio­wych, roz­le­gła się po­tężna eks­plo­zja, która za­trzę­sła oko­licą. Z po­bli­skich bu­dyn­ków wy­le­ciały szyby, zaś sama sie­dziba firmy "Po­mocna dłoń" w jed­nej chwili za­mie­niła się w dy­miące gru­zo­wi­sko. Kiedy w końcu po wielu go­dzi­nach ak­cji straży po­żar­nej do­ga­szono po­go­rze­li­sko, roz­po­częto prze­cze­sy­wa­nie te­renu w po­szu­ki­wa­niu ewen­tu­al­nych ofiar. To była ciężka, mo­zolna praca, spraw­dzano gruz cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, by w końcu zna­leźć zwę­glone zwłoki męż­czy­zny i dru­gie, przy­pusz­czal­nie ko­biety. Nie­stety, stan tych dru­gich zwłok unie­moż­li­wiał po­bra­nie pró­bek DNA w celu iden­ty­fi­ka­cji, ale zna­le­ziono to­rebkę, szczę­śli­wie je­dy­nie nad­pa­loną, w niej zaś do­ku­menty, w tym ir­landzki pasz­port. Z tru­dem od­czy­tano na­zwi­sko: Agata Reck. Sce­na­riusz tego, co się tu nie­dawno wy­da­rzyło, był pro­sty do od­gad­nię­cia. Po­szu­ki­wani Adam P. i Agata R., uj­rzaw­szy po­li­cjan­tów i nie chcąc się pod­dać, wy­sa­dzili się w po­wie­trze.

Ty­dzień póź­niej, po po­twier­dze­niu przez la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­styki, że zna­le­ziony nie­bosz­czyk to Adam P., śled­czy uznali rów­nież, że drugą ofiarą wy­bu­chu jest Agata R., a za­tem po­szu­ki­wa­nia od­wo­łano, sprawa zo­stała de­fi­ni­tyw­nie za­mknięta.

ROK 2023

WŁO­CHY

Póź­nym wie­czo­rem po zim­nym wcze­sno­je­sien­nym dniu We­ne­cja po­woli ukła­dała się do snu. Już tylko po­je­dyn­czy miesz­kańcy prze­my­kali jej wą­skimi ulicz­kami i zni­kali w ciem­nych cze­lu­ściach kla­tek scho­do­wych ka­mie­nic, a za­cu­mo­wane u wy­brzeża gon­dole bu­jały się sen­nie na le­ni­wej mor­skiej fali. Z od­dali sły­chać było po­nure po­mruki okrę­to­wych sy­ren, co i raz prze­ry­wane gło­śnym skrze­kiem ry­bitw kłó­cą­cych się o resztki je­dze­nia z prze­peł­nio­nych miej­skich śmiet­ni­czek. Chwi­lami mię­dzy nimi do­cho­dziło do praw­dzi­wych bi­tew o resztki ka­na­pek czy okru­chy cze­ko­la­do­wego ba­to­nika. W po­wie­trzu fru­wały pióra, do­koła czuć było za­pach świe­żej krwi.

Na na­brzeżu bli­sko słyn­nego i ma­sowo od­wie­dza­nego przez tu­ry­stów Pa­łacu Do­żów stało dwóch męż­czyzn ubra­nych w dłu­gie, ciemne płasz­cze prze­ciw­desz­czowe. Młod­szy z nich, atle­tycz­nie zbu­do­wany, co chwila za­cią­gał się pa­pie­ro­sem, zaś drugi, który z ra­cji wieku mógłby być jego oj­cem, ćmił fajkę. To był praw­dziwy wilk mor­ski z gę­stą siwą brodą i twa­rzą zo­raną głę­bo­kimi bruz­dami, którą oka­lały dłu­gie kę­dzie­rzawe włosy.

Młod­szy z męż­czyzn wciąż drep­tał w miej­scu i chu­chał w dło­nie, co rusz roz­glą­da­jąc się ner­wowo.

- Długo jesz­cze mamy tu stać? Jest cho­ler­nie zimno. Może klient się roz­my­ślił? Pew­nie te­raz sie­dzi w ja­kiejś re­stau­ra­cji i się z nas śmieje. - Nie­cier­pli­wił się.

Jego to­wa­rzysz uśmiech­nął się do­bro­dusz­nie. Pew­nie w jego wieku był tak samo po­ryw­czy, ale z cza­sem się zmie­nił.

- Spo­koj­nie, chłop­cze, nie ma­rudź. Na pewno przyj­dzie. Znam lu­dzi tego typu. Lu­bią, kiedy się na nich czeka, ale ni­gdy nie za­wo­dzą.

- A kto to jest? Ja­kaś znana po­stać? Może ja­kaś gwiazda fil­mowa? Sły­sza­łem, że ktoś wi­dział tego Ame­ry­ka­nina, no jak mu tam?... Tom Hanks. Mają tu film krę­cić. Nie wiem, czy panu mó­wi­łem, ale mój oj­ciec wiele lat temu za­ła­pał się na sta­ty­stę, kiedy krę­cili Bonda. Dwa dni pły­wał gon­dolą od jed­nego mo­stu do dru­giego i z po­wro­tem. Gdyby ka­zali mu jesz­cze z dzień tak pły­wać, to miał rzu­cić to w cho­lerę, i to mimo że do­brze pła­cili. Po pro­stu miał dość.

- To nie Tom Hanks.

- No to może Bra­dley Co­oper? Sio­stra mi mó­wiła, że wi­dzieli go w ho­telu.

- Za­mknij się w końcu! - Stary się zde­ner­wo­wał. - Nie znam żad­nego Co­opera. Pa­mię­tam jed­nego, ale to był Gary Co­oper i, o ile wiem, od dawna nie żyje. To ża­den bła­zen te­le­wi­zyjny, tylko nor­malny fa­cet z kupą forsy. Młody, na­ucz się w końcu cier­pli­wo­ści. Tyle razy ci mó­wi­łem, że je­śli chcesz być do­brym ma­ry­na­rzem, to mu­sisz uspo­koić nerwy, bo z nich jest zły do­radca, kiedy mu­sisz po­dej­mo­wać na­głe i czę­sto brze­mienne w skutki de­cy­zje. Praca na mo­rzu to ciąg sy­tu­acji eks­tre­mal­nych, gdzie drobny błąd może cię kosz­to­wać ży­cie. Za­wsze kal­ku­luj na zimno. Za­pa­mię­taj to!

Wy­jął fajkę z zę­bów i za­czął ją czy­ścić. Szło mu to nad wy­raz spraw­nie, w jego ru­chach wi­dać było lata prak­tyki. Po­stu­kał cy­bu­chem w słup po­bli­skiej la­tarni, po­zby­wa­jąc się resz­tek po­piołu. Się­gnął za pa­zu­chę po nowy ty­toń i za­czął od nowa na­peł­niać główkę. Młody przy­glą­dał się temu z iro­nicz­nym uśmie­chem na twa­rzy. Jemu by się nie chciało tak ba­wić, stwier­dził. Pa­pie­ros jest dużo wy­god­niej­szy.

Ktoś prze­biegł ulicą, na chwilę sku­pia­jąc ich uwagę. To tylko zwy­kły wiel­bi­ciel jog­gingu, ta­kich tu ostat­nio nie bra­ko­wało. Jak szybko się po­ja­wił, tak też znik­nął. Stary je­dy­nie po­krę­cił głową z po­gardą, bo on co­raz mniej ro­zu­miał mło­dych. Kiedy miał dwa­dzie­ścia kilka lat, już od dawna był na mo­rzu. Naj­pierw pły­wał na sta­rym pa­rowcu, wrzu­cał wę­giel do ko­tła, bo wtedy wszystko od­by­wało się ręcz­nie. Zda­rzało się, że przez wiele dni nie wi­dział mo­rza, bo cały dzień trzy­mał szu­flę w gar­ści, a wie­czo­rem pa­dał ze zmę­cze­nia. Póź­niej przy­szła re­wo­lu­cja tech­no­lo­giczna, pa­rowce po­cięli na ży­letki, ale i tak w jego ży­ciu nie­wiele się zmie­niło, bo ro­bota go za­wsze ko­chała, dużo bar­dziej niż ko­biety. Nie ina­czej było dziś, bo na sta­rość za wszyst­kie oszczęd­no­ści ku­pił mo­to­rówkę, a te­raz co­dzien­nie ob­wo­ził nią pu­stych, dur­nych tu­ry­stów po We­ne­cji. W ten oto spo­sób zbu­rzył ro­dzinną tra­dy­cję, bo od nie­pa­mięt­nych cza­sów męż­czyźni z rodu Bot­tów jak nie pa­rali się żoł­nierką, to byli gon­do­lie­rami, ale tym się ni­gdy zbyt­nio nie przej­mo­wał. Na żoł­nie­rza był za stary, na gon­do­liera już za słaby, a z cze­goś mu­siał żyć.

Po­goda za­częła się rap­tow­nie po­gar­szać. De­li­katny po­cząt­kowo desz­czyk po­woli prze­kształ­cał się w praw­dziwą na­wał­nicę. Nie wia­domo kiedy wiatr się wzmógł i za­czął z dziką fu­rią ata­ko­wać po­wierzch­nię mo­rza i oko­liczne drzewa. Męż­czyźni za­rzu­cili kap­tury na głowy i cze­kali da­lej. W pew­nym mo­men­cie ktoś zwró­cił ich uwagę.

Kor­pu­lentny męż­czy­zna, odziany w długi fo­liowy płaszcz prze­ciw­desz­czowy, ener­gicz­nym jak na swoją tu­szę kro­kiem zbli­żał się do nich od strony Pa­łacu Do­żów. Nie­udol­nie omi­jał ka­łuże, co i raz w któ­rąś wdep­tu­jąc i roz­bry­zgu­jąc wodę na wszyst­kie strony. W końcu do­tarł na na­brzeże i się za­trzy­mał. Zmie­rzył ma­ry­na­rzy czuj­nym, nie­spo­koj­nym wzro­kiem, co miało swoje uza­sad­nie­nie, bo co rusz w We­ne­cji do­cho­dziło do na­pa­dów na tu­ry­stów, nie­które z nich były bru­talne, a kilka za­koń­czyło się tra­gicz­nie. W świe­tle po­bli­skiej la­tarni do­brze wi­dział ich twa­rze. Star­szy wzbu­dzał jego za­ufa­nie, praw­dziwy wilk mor­ski, przy­po­mi­nał mu tro­chę z wy­glądu książ­ko­wego ka­pi­tana Ahaba z po­wie­ści Moby Dick au­tor­stwa Her­mana Me­lville'a. Drugi zaś nie wy­róż­niał się ni­czym, zwy­kły chły­stek, ja­kich tu na uli­cach pełno z te­le­fo­nami ko­mór­ko­wymi przy­kle­jo­nymi do uszu. Mu­siał tym dwóm za­ufać, gdyż nikt inny nie chciał się pod­jąć tego zle­ce­nia. Każdy po­rządny we­ne­cja­nin o tej po­rze śpi lub wy­ta­cza się pi­jany z ja­kiejś por­to­wej ta­werny, a nie wy­pływa w mo­rze, nie mó­wiąc już o celu tego rejsu.

- Długo ka­zał nam pan na sie­bie cze­kać - przy­wi­tał go star­szy z męż­czyzn.

- Prze­pra­szam, ale na dro­dze był wy­pa­dek i utwo­rzył się okropny ko­rek.

- Do­bra, wsia­daj pan, szkoda czasu, bo po­goda się psuje. Do­kąd mamy pły­nąć?

- Tam! - Zle­ce­nio­dawca wska­zał pal­cem ja­kiś nie­okre­ślony punkt za ple­cami ma­ry­na­rzy, gdzieś da­leko na ho­ry­zon­cie.

Wilk mor­ski wbił w przy­by­sza cie­kawe, a jed­no­cze­śnie ciut roz­draż­nione spoj­rze­nie. Po­goda psuła się z mi­nuty na mi­nutę i każdy rejs poza oko­liczne ka­nały sta­wał się nie lada wy­zwa­niem, a jesz­cze go­dzinę temu sy­tu­acja wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej.

- "Tam" ma ja­kąś na­zwę? Moja łajba, mimo że nie jest tak stara jak ja, to do Ame­ryki nie do­pły­nie, do Afryki też nie. A więc do­kąd kon­kret­nie mamy, nasz ła­skawco, pły­nąć?

- Pły­niemy na Po­ve­glię.

Twarz sta­rego po­kryła się bla­do­ścią. Ża­den inny kie­ru­nek by go nie za­sko­czył, ale ta­kie zle­ce­nie? Czy ten męż­czy­zna wie, o co prosi? To jest prze­cież czy­ste sza­leń­stwo. Tam nikt nie pływa.

- Czy pan zwa­rio­wał?! - wy­buch­nął, ge­sty­ku­lu­jąc za­ma­szy­ście. - To jest nie­le­galne! Nie ma mowy!

- Nie ro­zu­miem. - Klient nie krył zdzi­wie­nia. - Twier­dził pan, że żadna trasa nie bę­dzie pro­ble­mem, wszystko za­leży od za­płaty. Tu cy­tuję je­dy­nie pań­skie słowa. Ja się od so­wi­tej za­płaty nie uchy­lam i chcę, że­by­ście mnie tam za­wieźli. Nic wię­cej.

- Nie wie pan, że Po­ve­glia jest wy­spą za­ka­zaną? Tam nikt nie ma wstępu za dnia, a cóż do­piero nocą. To jest prze­klęty ka­wa­łek lądu. To jest je­den wielki cmen­tarz. Tam miesz­kają je­dy­nie upiory... - tłu­ma­czył mu z prze­ję­ciem ma­ry­narz. Chwi­lami się ją­kał, a głos mu drżał. Za wszelką cenę chciał klien­towi wy­per­swa­do­wać ten rejs. Ach ci prze­klęci tu­ry­ści, szu­kają moc­nych wra­żeń. Wszystko by dali za ładną fo­to­gra­fię, którą się póź­niej po­chwalą w In­ter­ne­cie. Mło­dego by jesz­cze zro­zu­miał, ale żeby stary chłop był tak głupi?

Klient wy­słu­chał tego spo­koj­nie, po czym par­sk­nął śmie­chem.

- Sły­sza­łem co nieco. Wie­rzy pan w te bzdury? Ży­jemy w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku, la­tamy w ko­smos, a pan mnie upio­rami stra­szy? Pro­szę nie żar­to­wać.

- Ja w to wie­rzę. Zresztą jest ofi­cjalny za­kaz. Nie wolno nam wo­zić tam tu­ry­stów, i to pod żad­nym po­zo­rem. Je­śli pana tam za­wiozę, to mogę stra­cić li­cen­cję. Nie mogę tak ry­zy­ko­wać. Nie ma mowy. Niech pan szuka ko­goś rów­nie sza­lo­nego jak pan. Ży­czę po­wo­dze­nia.

Ma­ry­narz uwa­żał roz­mowę za za­koń­czoną i spoj­rzał zna­cząco na swo­jego współ­to­wa­rzy­sza.

- Ni­g­dzie nie pły­niemy! - rzu­cił w jego stronę. - Idziemy!

Wol­nym kro­kiem ru­szyli w stronę mia­sta.

- Na­wet za trzy ty­siące euro w go­tówce?! - Usły­szeli okrzyk zza ple­ców.

Stary ma­ry­narz za­trzy­mał się rap­tow­nie, po czym wró­cił. Sta­nął przed nie­zna­jo­mym i spoj­rzał mu czuj­nie w oczy. Naj­wy­raź­niej upew­niał się, czy tam­ten aby nie żar­tuje, ale twarz klienta była śmier­tel­nie po­ważna.

- Ile? - upew­niał się, czy się przy­pad­kiem nie prze­sły­szał, bo wcze­śniej umó­wiona kwota była zna­cząco mniej­sza.

- Trzy ty­siące euro, i to go­tówką.

Nie­zna­jomy po­woli się­gnął ręką za pa­zu­chę. W chwilę po­tem w jego dłoni po­ja­wił się gruby plik bank­no­tów, same o no­mi­nale pięć­dzie­się­ciu euro. Oczy sta­rego wilka mor­skiego, do­tąd przy­ga­szone, na­tych­miast na­brały mło­dzień­czego bla­sku. Pa­trzył na pie­nią­dze ni­czym ko­bra na flet za­kli­na­cza węży. Taki za­ro­bek po se­zo­nie to była dla niego nie lada gratka, tym bar­dziej że w per­spek­ty­wie miał kosz­towny re­mont ło­dzi. Byłby idiotą, gdyby czymś ta­kim po­gar­dził.

- To nie­bez­pieczne. Wy­spa jest nie­go­ścinna, od lat jest nie­za­miesz­kana.

Tym ra­zem w jego gło­sie trudno było zna­leźć wcze­śniej­szą nutkę pro­te­stu.

- Do­dam jesz­cze ty­siąc euro.

Nie­zna­jomy po­now­nie się­gnął za pa­zu­chę i wy­jął nowy plik bank­no­tów, od­li­czył dwa­dzie­ścia i do­ło­żył je do pierw­szej kwoty.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki