Prologi
Prologi
1.
Wdowy w czerni zebrały się przed hotelem tuż po śniadaniu. Jak co dzień.
Choć prawdopodobnie nie wszystkie były wdowami. Być może niektóre z nich
wciąż miały mężów, na których mogły złorzeczyć, w ten prosty sposób
radząc sobie z nadmiarem emocji. Niekoniecznie złych - jakichkolwiek.
Można było założyć, że wśród odzianych na czarno kobiet ukrywały się
także notoryczne panny szukające w grupie ciepła. Również -
jakiegokolwiek.
Ledwie minęła ósma rano, a żar lejący się z nieba już odbierał oddech.
Wdowy w czerni milczały, być może złowieszczo, raz po raz popatrując na
bramę prowadzącą na rozległy teren otaczający kompleks budynków
hotelowych. Od czasu do czasu któraś z nich rzucała krótkie pytanie,
zdaje się, nie oczekując odpowiedzi. Suchy wiatr wiejący od lądu szurał
i szeleścił w koronach zdziczałych drzewek oliwnych rosnących po drugiej
strony drogi. Bus wciąż nie nadjeżdżał. Wdowy w czerni nerwowo
przestępowały z nogi na nogę.
Wwiercające się w uszy skrzypienie sprawiło, że wdowy odwróciły się jak
na komendę. Kobieta w bliżej nieokreślonym wieku, o poszarzałej twarzy i wyblakłych oczach, pchała wózek inwalidzki, na którym kulił się cień
starca. Skinęła głową wdowom w czerni. Odpowiedziały powściągliwymi
gestami. Odsunęły się od wózka, ledwie pół kroku, lecz zauważalnie.
Starzec zaniósł się głuchym kaszlem, potem zaczął rzęzić. Jego opiekunka
chwyciła maskę tlenową, ale mężczyzna tylko pokręcił głową. Przez kilka
minut pokasływał z cicha. Kiedy atak minął, mężczyzna wyszeptał kilka
słów, z trudem otwierając wąskie, sine usta. Opiekunka chwyciła rączki
wózka, sprawnie zakręciła i ruszyła z powrotem do hotelu. Większość wdów
w czerni patrzyła za nimi tak długo, aż zniknęli w budynku. Niektóre
westchnęły pewnie z ulgą.
Wreszcie pojawił się bus. Kierowca gwałtownie zahamował, po czym szybko
wyskoczył z samochodu, zdezelowanego mercedesa, który już dawno odsłużył
swoje na niemieckich autobanach, choć jeszcze jakimś cudem jeździł.
Kilka wdów w czerni zamruczało z dezaprobatą, jedna wskazała wymownie na
zegarek - duży, męski, nie wiadomo jakim cudem trzymający się na chudej
ręce poznaczonej sznurami żył i plamami wątrobowymi. Kierowca wzruszył
ramionami, otworzył drugie drzwi i zapalił papierosa. Zaciągał się
głęboko, patrząc na moszczące się w środku kobiety.
Bus ruszył z hotelowego podjazdu z piskiem opon, ale zaraz za bramą
zwolnił, jakby kierowca nagle przypomniał sobie, że właściwie nigdzie mu
się nie spieszy. Toczyli się pustą drogą w dół niewielkiego wzgórza. Po
prawej były knajpki i pensjonaty poprzedzielane skrawkami pól, na
których schły na wiór arbuzy. Albo dojrzewały, jak kto woli. Po lewej
ciągnął się kolejny hotelowy kombinat, który zdawał się nie mieć końca.
Wdowy w czerni nie patrzyły ani na prawo, ani na lewo. Wiedziały, co tam
jest. Nic godnego uwagi. Co jakiś czas bus mijał grupki turystów
obładowanych sprzętem plażowym, ciągnące nad morze. Niektóre z odzianych
na czarno kobiet przesuwały po nich wzrokiem, choć bez większego
zainteresowania. W większości zapewne były zdania, że ci obcokrajowcy,
owszem, przydają się, dobrze, że zostawiają tutaj swoje euro, mimo że
miały wątpliwości, czy te pieniądze zostały zarobione legalnie i zgodnie
z zaleceniami moralnymi najpopularniejszej w okolicy religii. Ale lepiej
by było, żeby za bardzo nie rzucali się w oczy i nie robili zbędnego
zamieszania. Próżne nadzieje.
Samochód niemrawo zbliżał się do skrzyżowania. Wdowy w czerni zaczęły
wciągać głębiej powietrze. Niektóre czuły zapach zgniłych jaj. Inne -
siarczany zapaszek piekła, a przynajmniej wydawało się im, że tak
właśnie powinno pachnieć w piekle. Trudno rozstrzygnąć, czy miały rację,
czy nie. Tylko dwie z pasażerek busa nie czuły nic a nic, bo miały
kłopoty z węchem. Jedna od urodzenia, druga po przebytej niedawno
operacji zatok. Kierowca spojrzał w lewo, spojrzał w prawo.
Niepotrzebnie. Pusto jak zwykle. Wrzucił bieg i na jedynce dotoczył się
do pobliskiego parkingu, na którym stało kilka osobówek. Umiarkowanie
zużytych, na miejscowych blachach.
Kobiety wygramoliły się z samochodu i ruszyły ścieżką ku otoczonej lasem
dolince, niezbyt rozległej, przypominającej nieckę. Smród narastał. Z boku za drzewami majaczyły ruiny budowli, która mogła być kiedyś
antyczną świątynią, ale niekoniecznie nią była. Kobiety minęły ją i poszły w stronę sporego, podniszczonego basenu, do którego cienkimi
strumieniami spływała woda z pordzewiałych rur o niewielkim przekroju.
Na całym terenie niecki widać było dziury i rowy, wszystkie wypełnione
wodą. A właściwie mętną breją. Nad jednym z rowów siedziała grupka ludzi
wyglądających jak statyści w kiepskim horrorze o kolejnej, niemożliwej
do odparcia inwazji zombi. Ich twarze i odkryte części ciał pokrywała
skorupa błota o zgniłozielonym kolorze. Tylko białka oczu lśniły w zastygłych maskach. I zęby, kiedy zdawkowo witali się z nowo przybyłymi.
Wdowy w czerni doszły do największego bajorka znajdującego się za
basenem. Zaczęły się rozbierać. Niektóre miały na sobie kostiumy
kąpielowe lub zwykłą, codzienną bieliznę, inne nie wiadomo co - jakieś
długie koszulki zasłaniające więcej, niż potrzeba. Znały już swoje
ciała, w końcu nie były tu razem po raz pierwszy, jednak wciąż rzucały
na siebie niby przypadkowe spojrzenia. Przecież zawsze można było
dostrzec jakiś nowy szczegół cielesności u siostry niedoli. Najlepiej
taki, który poprawiłby, choćby na krótko, samopoczucie.
Stanęły nad brzegiem bajorka. Wyglądały jak złachane wiedźmy, choć
daleko im było do demonizmu. Wokoło walały się kawałki dłuższych i krótszych gałęzi, desek i sklejki. Każda wzięła do ręki, co jej akurat
przypasowało. To na pewno nie było spa z pełnym wyposażeniem, ale nie
narzekały. Przynajmniej nie musiały płacić za błotną kąpiel, co w czasach kryzysu, którego końca nie było widać, stanowiło mocny argument.
Mieszały w gęstej, nieprzejrzystej wodzie bajorka, wyciągały pecyny
błota i rozsmarowywały po skórze. Niektóre pomrukiwały z zadowolenia,
inne nie. Smród, który tężał wokół nich, znosiły bez słowa skargi. Dla
zdrowia można znieść wiele. Krzepka, wysoka wdowa w staromodnej halce z wprawą operowała długą, masywną gałęzią. Nagle z jękiem klapnęła na
tyłek. Gałąź uwięzła w mulistym dnie. To się zdarzało. Podeszła do niej
druga wdowa, pomogła wstać, a potem we dwie pociągnęły za gałąź.
Rozległo się ciche mlaśnięcie. Na powierzchni bajorka pojawiły się
bąbelki powietrza. Krzepka wdowa oparła koniec gałęzi na ziemi i już
chciała sięgnąć po solidną porcję błocka, kiedy zamarła w pół ruchu. W pierwszej chwili uznała, że ma zwidy. Czasami zdarzało się jej widzieć
coś, czego inni nie widzieli, choć dbała, żeby nikt się o tym nie
dowiedział. Zamknęła oczy, mocno potarła powieki palcami. Znowu zerknęła
w dół. Było, nie zniknęło. Ostrożnie wyciągnęła gałąź i dotknęła tego,
czego być tam nie powinno. A potem zaczęła wrzeszczeć.
Kierowca busa siedział na ławce ustawionej na skraju parkingu i palił
papierosa. Lubił palić i przez całe dnie konsekwentnie pracował nad tym,
by jak najbardziej skrócić czas od zgaszenia niedopałka do odpalenia
nowego papierosa. Był właśnie w połowie cudownie wysuszonego marlboro,
kiedy usłyszał przeraźliwy kobiecy krzyk. Histeryczki, pomyślał. Nie
lubił wdów w czerni, za to cenił niezbyt męczącą pracę polegającą na
wożeniu ich po okolicy. Poza tym przeżył już tyle lat, że zdążył poznać
i zaakceptować trywialną prawdę, że życie jest sztuką kompromisów.
Stęknął, podniósł się z ławki i poszedł w stronę dolinki.
Wdowy, już niekoniecznie w czerni, bo mniej lub bardziej rozebrane,
stały niedaleko basenu. Wokół nich krążyło kilka osób, których kierowca
nie znał. Zignorował je i podszedł do swoich podopiecznych. Tak określał
je w myślach, może niezbyt słusznie, bo przecież nie otaczał ich
nadmierną opieką. Kiedy wdowy go zobaczyły, zaczęły krzyczeć jedna przez
drugą, z czego nic nie zrozumiał, i nerwowo wskazywać na największy ze
zbiorników błocka - to był przekaz już nieco jaśniejszy. Poszedł tam,
spojrzał i... zamarł. Na powierzchni wody unosiło się ciało. Wąsy i hiszpańska bródka wskazywały, że było to ciało płci męskiej. Chociaż
właściwie w czasach narastających problemów z identyfikacją płciową nie
było to do końca pewne. W przewalającej się po okolicy masie turystów
różne rzeczy się widywało. Tym bardziej że pływające ciało od czubka
głowy po stopy było pokryte szarozielonym błockiem. Włącznie z otwartymi
oczami.
Kierowca busa patrzył na ciało, a w jego głowie krążyła jedna prosta jak
jego psychika myśl: "Widzę trupa". Stał tak nieruchomo, aż do momentu
kiedy tkwiący między jego palcami papieros się dopalił. Wtedy wysyczał
przekleństwo:
- Gamoto!
Trudno powiedzieć, co bardziej go dotknęło: widok czy oparzenie.
2.
Trzasnęła drzwiami. Słyszała, że wołał coś za nią, ale zignorowała
krzyki. Miała po gwizdek przekonywania go, męczyły ją rozmowy na
nieodmiennie ten sam temat, które nie prowadziły do sensownej konkluzji.
Przynajmniej nie takiej, którą mogłaby zaakceptować. Zbiegła po
schodach, szybkim krokiem przeszła przez placyk w centrum wioski. Potem
zaczęła biec, najpierw chodnikiem wzdłuż drogi, potem przez rozległy gaj
oliwny. Stare, powykręcane drzewa rosły w dużych odstępach, mogła więc
biec bez przeszkód. Wysuszona trawa i zioła chrzęściły pod stopami.
Biegła coraz szybciej, chciała, żeby pęd gorącego powietrza i narastające zmęczenie wytłumiły wszelkie myśli. Gorzkie. Oddychała
ciężko, wiedziała, że w oblepiającym upale nie da się biec zbyt długo.
Nagle pośliznęła się, jedna noga odjechała w bok. Zaryła kolanami w ziemi, w której więcej było piasku i żwiru. Usiadła i obejrzała nogi.
Nic wielkiego się nie stało, kilka rys i zadrapań. Zagoją się, nawet nie
do wesela, pewnie przed zaręczynami. Ale na czym się wywróciła? Kamień,
wystający korzeń? Spojrzała za siebie i zobaczyła wdeptanego w glebę
niewielkiego żółwia. Kurde, zabiłam żółwia, pomyślała.
- Zabili mi żółwia.
- Że niby co? - spytała odruchowo, bardziej zdziwiona słowami niż
niespodziewanym pojawieniem się mężczyzny.
- Był kiedyś taki zespół, który grał i trąbił. Raczej słaby.
- Co ty mi tu pierdolisz?
Trudno powiedzieć, czy było to pytanie, a jeśli faktycznie było, powinno
brzmieć zupełnie inaczej, z czego zdała sobie sprawę, nim wybrzmiał jej
głos. Na przykład: "Co ty tu robisz?". Choć właściwie mogła na nie
odpowiedzieć sama. Ruszył za nią, dyskretnie miał ją na oku. Taka natura
psa, nic to, że byłego. Już raz się o to posprzeczali. Że daje jej za
mało swobody, że chce ją chronić, chociaż ona żadnej ochrony nie
potrzebuje, jest przecież dużą dziewczynką i poradzi sobie ze wszystkim
bez niczyjej pomocy. W razie czego, w razie złego. Ale nic złego nie
majaczyło na horyzoncie ani nie ukrywało się poza nim. Była o tym
przekonana. On nie. Podejrzewała, że chodziło mu o kontrolę, i coraz
mniej jej się to podobało. Prawdopodobnie miał dobre intencje, ale kto
powiedział, że dobre intencje nie mogą prowadzić do złych czynów. Prostą
jak strzelił drogą. Brukowaną lub nie. Nie zamierzała z nim tego
omawiać, na ten dzień miała dość kłótni.
Kucnęła przy gadzie. Z ziemi wystawała ledwie góra skorupy. Mężczyzna
usiadł po turecku naprzeciwko niej.
- Chyba tego nie przeżył - powiedziała i delikatnie dotknęła palcem
żółwia. Nie zareagował. Nie mógł, skoro był martwy.
- Niekoniecznie. - Mężczyzna potarł policzek naznaczony kilkudniowym
zarostem w kolorze pieprz i sól. - To żółw grecki, a właściwie żółwik,
jeszcze dosyć mały. A takie młode osobniki mają dosyć miękką, plastyczną
skorupę. Mógł przetrwać.
- A od kiedy to znasz się na żółwiach, w dodatku greckich?
- Lata temu kolega hodował coś takiego.
- To ty masz kolegów? - Nie mogła darować sobie drobnej złośliwości.
Westchnął i wbił w nią wzrok. Smutne oczy spaniela, którego chciałoby
się przytulić i poczochrać. Nie zamierzała się nad nim litować ani
wykonywać przyjacielskich gestów. Nie teraz, nie dzisiaj.
Delikatnie wygrzebał żółwika z piaszczystej ziemi, obejrzał. Skorupa
wyglądała na nieuszkodzoną, a jej właściciel tkwił w środku. Żywy lub
martwy. Na dwoje babka wróżyła. Tak samo jak z ich związkiem, krótkim,
acz burzliwym.
3.
Cykady nie milkły. Na początku, kiedy przyjechał tu po raz pierwszy, ich
upiorny, metaliczny chrzęst doprowadzał go do szału. A nawet na skraj
obłędu. Tak wtedy myślał. I że "obłęd" to ciekawe słowo. Ktoś popada w obłęd, coś jest obłędne. Niuanse znaczeń. Zmieniał wtedy swoje życie,
tkwił na styku światów, z których jeden był nieoswojony. Wiele
rozmyślał. O cykadach, obłędzie i mechanizmach języka. Choć nie tylko.
Usiadł za biurkiem, położył przed sobą gęsto zapisaną kartkę formatu A4.
Z przybornika stojącego w lewym górnym rogu blatu wyjął starannie
zaostrzony ołówek i umieścił z prawej strony kartki. Lubił pisać
ołówkiem. Od zawsze. Ołówek odtoczył się kilka milimetrów w bok. Widząc
to, skrzywił się, poprawił. Przyjrzał się biurku. Czy wszystko było, jak
trzeba? Z pewnym wahaniem otworzył znajdującą się pod blatem szufladę i wyjął z niej kalendarz w formie notesu. Na jego sfatygowanej okładce ze
sztucznej skóry wytłoczony był napis: "Kalendarz na rok 1998". Położył
go powyżej kartki. Właściwie nie był mu do niczego potrzebny, świetnie
pamiętał każde zdanie, każde zapisane w nim nazwisko. A jednak chciał
mieć go przed oczami. Widok kalendarza nieodmiennie wzbudzał w nim
gniew, mimo że minęło już tyle lat. Gniew był dobry, tym bardziej gdy
był zimny i nie odbierał umiejętności trzeźwej kalkulacji.
Zawsze lubił planować, sporządzać spisy i konspekty. Na studiach
wzbudzał tym zdziwienie kolegów, którzy uważali to za stratę czasu. Ale
na zajęciach z metodyki i w czasie praktyk w szkołach jego konspekty
lekcji były stawiane za wzór. Wszystko idealnie rozpisane co do minuty,
klarowne i celowe. Czasami zastanawiał się, jak potoczyłoby się jego
życie, gdyby wykładowcy na studiach nie utwierdzali go w przekonaniu, że
jest stworzony do zawodu nauczyciela. Prawdopodobnie potoczyłoby się tak
samo. Bo już w liceum poczuł, że tłumaczenie kolegom zawiłości zadań
matematycznych sprawia mu frajdę. Nawet jeśli koledzy byli
niewyuczalnymi głąbami. A potem na studiach dawał tyle korepetycji, na
ile tylko wystarczało mu czasu. Chętnych nie brakowało, odkąd rozeszła
się wieść, że uczy skutecznie i tanio. A do tego jest nieludzko
cierpliwy. Wiedział, że chce być nauczycielem, i zrobił wszystko, aby
nim zostać. Wedle planu, metodycznie i celowo.
Westchnął. Cykady zamilkły. Nie wiedział, czy na chwilę, czy na dłuższy
czas. Tego nigdy nie można było być pewnym. Sięgnął do przybornika po
linijkę, drugą ręką po ołówek. Znalazł na kartce właściwy wiersz, dla
pewności przeczytał treść punktu, bezgłośnie poruszając wargami, a potem
powoli przekreślił go ołówkiem. Odłożył linijkę do przybornika, dmuchnął
na kartkę, usuwając drobinki grafitu.
- Teraz nie ma już odwrotu - powiedział.
Nie było w tym zdaniu złości czy zdziwienia, jedynie stwierdzenie faktu.
Zrealizował jeden punkt planu. I wcale nie poczuł ulgi.
Rozdział pierwszy
Rozdział pierwszy
Niedola grecka
10 września 2014, środa, Grecja
Czułem się jak kurczak włożony do dobrze nagrzanego piekarnika. O ile
kurczak pozbawiony głowy i wnętrzności może cokolwiek czuć. I pozbawiony
łapek. Dawniej, kiedy jeszcze kupowało się żywy drób od baby na targu,
Felicja gotowała kurze łapki i coś tam z nich obgryzała. Prawdę mówiąc,
było to nieco obrzydliwe. Co tu kryć, pewne upodobania żywieniowe mojej
ukochanej babki bywały osobliwe. Na przykład przegryzanie bigosu ciastem
drożdżowym. Skupiałem się na logicznych wygibasach oraz wspominkach, by
nie myśleć o tym, że się roztapiam, że jeszcze chwila, a pozostanie po
mnie jedynie mokra plama na betonie.
Było już dobrze po dziesiątej wieczorem, ale duchota nadal odbierała
oddech. Pot zalewał mi oczy, wzdłuż kręgosłupa płynęła wartka struga. Aż
dziwne, że nie słyszałem jej szemrania. Powoli, noga za nogą, szedłem w stronę budynku portu lotniczego. Jaki tam znowu port! Wylądowaliśmy w Araksos na lotnisku wojskowym, które w sezonie wakacyjnym przyjmowało
cywilne samoloty. Przynajmniej byliśmy dobrze chronieni, chociaż w tym
momencie miałem to "gdzieś, dokładnie tam", jak śpiewał Lech Janerka.
Bardziej interesowało mnie, czy w lotniskowym budynku jest klima. Nie
było, a jeśli nawet, to dyskretna. Była za to spora kolejka do okienka,
w którym siedziała funkcjonariuszka greckiej straży granicznej, czy jak
tam się ta ich służba nazywa. Na szczęście nasz transport spragnionych
słońca białasów pochodził z właściwego, unijnego kraju, więc
pogranicznica nie marudziła ze sprawdzaniem dokumentów. Potem jeszcze
tylko kołowrót niepewności, wyczekiwanie na bagaż, który powinien się
pojawić, ale przecież niekoniecznie na pewno, obserwowanie nerwowej
krzątaniny ludzi, którzy pośród dziesiątek takich samych albo bardzo
podobnych walizek próbują odnaleźć własną... I wreszcie wytoczyłem się z bagażami na zewnątrz. Byłem w Grecji.
Peloponez wita!
- Nie wierzę, że tu jestem z tobą - powiedziała Paulina i przytuliła się
do mnie. Nie mogłem uwierzyć, że ona wcale nie jest spocona. Czyżby,
niestety, kwestia wieku? A może mojego niezbyt higienicznego stylu
życia?
Pracownicy biur podróży niczym dobrze wyszkolone psy pasterskie
pozaganiali turystów do właściwych busów i autobusów. Załadowaliśmy
nasze bagaże, zajęliśmy pierwsze lepsze wolne miejsca. Było dobrze,
klima nastawiona na full. Mieliśmy przed sobą prawie godzinę jazdy.
Za oknem niespiesznie przesuwała się grecka ciemność, co jakiś czas
rozświetlana światłami mijanych wiosek. Koło drogi majaczyły zagajniki i pola uprawne. Ciekawe, co oni tu uprawiają, myślałem. Przed wyjazdem
czytałem w internecie, że większość Peloponezu to coś w rodzaju ziemi
jałowej. Niekoniecznie tej z wiersza T.S. Eliota. Okazało się, że
internet kłamie. Podobnie jak telewizja.
Paulina zasnęła, ledwie przyłożyła głowę do mojego ramienia. Nie mogłem
się nadziwić, jak to robiła. Jeśli tylko była zmęczona czy znużona,
zasypiała natychmiast na leżąco, siedząco, a raz nawet na stojąco, bez
najmniejszego problemu. Jej włosy łaskotały mnie w szyję, dmuchałem w kruczoczarne pukle, ale niczym sprężynki wracały na swoje miejsce. Było
w tym coś rozczulającego. Nie chciałem jej budzić, znosiłem łaskotki.
Tak jak znosiłem powtarzające się ataki niepewności.
Paulinę Nosalską poznałem ponad dwa lata wcześniej, jeszcze w Ciechanowie. Była świeżo po maturze, a ja prowadziłem bardzo
nieprzyjemne śledztwo w sprawie samobójstwa nastoletniej Jowity Dudek,
córki miejscowego polityka. Coś nas wtedy z Pauliną zbliżyło... Nie
chciałem jej mieszać do tego śledztwa, ale wyszło, jak wyszło. I nie
skończyło się dobrze. Potem pojechała na studia do Gdańska, ja musiałem
się zwolnić z policji. Od dwóch lat tkwiłem w zawieszeniu, nie mogąc się
zdecydować, co zrobić ze swoim marnym życiem faceta w średnim wieku.
Jako tako zarabiałem, prowadząc wykłady na różne tematy kryminalne. Na
szczęście zaczęła się moda na kryminały i rozmaite uczelnie czy
biblioteki szukały ludzi, którzy poopowiadają o Wampirze z Zagłębia,
technikach kryminalistycznych czy seryjnych mordercach. Mogłem i umiałem
to robić. Studia polonistyczne w końcu się na coś przydały.
Kilka miesięcy temu po wykładzie na temat najgłośniejszych śledztw w II
RP, który miałem na Uniwersytecie Gdańskim, podeszła do mnie Paulina.
Nie powiem, mocno się zdziwiłem. Poszliśmy na piwo, dobrze nam się
rozmawiało, chociaż jak ognia unikaliśmy wszelkich ciechanowskich
tematów. Później zaprosiła mnie na weekend i tak niepostrzeżenie...
zaczęliśmy się spotykać. Byliśmy parą? Mieliśmy - ona, dwudziestoletnia
studentka, ja, czterdziestodwulatek po przejściach - jakąś przyszłość?
Nie wiedziałem. Wystarczało mi, że Paulina jest ze mną, obok mnie.
Autokar zatrzymywał się przy kolejnych hotelach, wypuszczając grupki
hałaśliwych, nadmiernie pobudzonych wczasowiczów. Aż wreszcie dotarliśmy
na miejsce. Przynajmniej tak mi się wydawało. Rezydentka z biura podróży
wysiadła przy którymś z wcześniejszych hoteli, z obsługi pozostał grecki
kierowca, który - jak to grecki kierowca - mówił jedynie po grecku.
Wyrzucił z siebie ciąg słów i wskazał ręką w ciemność. Spojrzałem na
niego, zlustrowałem ciemność. Znowu coś powiedział, wychwyciłem słowo,
które mogło brzmieć jak Arkoudi. Grek znowu nerwowo zamachał ręką w stronę niczego. Co było robić, skinąłem na Paulinę, wyszliśmy, wyjęliśmy
bagaże. Po chwili autobus zniknął.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała rozespana Paulina, rozglądając się
bezradnie dookoła.
- W Grecji - odpowiedziałem z pełnym przekonaniem i zgodnie z prawdą.
Towarzyszka mojej greckiej niedoli zaczęła się głośno śmiać, a ja
dołączyłem do niej.
Staliśmy na chodniku przy asfaltowej drodze. Droga zazwyczaj dokądś
prowadzi, więc już nie było aż tak źle. Z lewej strony szosy ciągnął się
- zdawało się, że bez końca - gaj oliwny, z prawej były jakieś chaszcze
i chabazie, przed nami w oddali majaczyły światła. Miałem nadzieję, że
właśnie tam jest wioska Arkoudi, w której znajduje się nasz hotel. Albo
przynajmniej znajdować się powinien. W końcu byłem za granicą, gdzie
niespecjalnie lubiłem bywać, i z założenia spodziewałem się wszystkiego,
co najgorsze - jadowitych stworzeń, potraw o nieznanych nazwach i niejasnym składzie, autochtonów mówiących jedynie po autochtońsku. I oczywiście miejscowości, które w przedziwny sposób zawsze znajdują się
nie tam, gdzie na mapie. Rozejrzałem się jeszcze raz wokoło. Powinniśmy
znaleźć się w niewielkiej wiosce leżącej nad Morzem Jońskim. Morza nie
widziałem ani nawet nie słyszałem. Trudno, jedyne, co nam pozostało, to
iść w kierunku, który wskazał grecki kierowca, mając nadzieję, że
wiedział, co czyni.
Doszliśmy do skrzyżowania, wybraliśmy drogę wyglądającą na główniejszą.
Prowadziła lekko w dół, więc nasz nocny marsz na orientację nie był
męczący. Dobre i tyle, pomyślałem, poprawiając zsuwający się z przepoconej koszulki pasek sporej torby. Paulina dreptała obok mnie,
ambitnie, acz z wysiłkiem ciągnąc wielką walizę. Mogłem, jak na starego
zgreda przystało, powiedzieć: "A nie mówiłem, że zabierasz za dużo ubrań
i innych gadżetów?". Wszystko to było podobno niezbędne dziewczynie do
przeżycia w mniej więcej cywilizowanym świecie. Kobiety niezmiennie
pakują za dużo rzeczy do zbyt wielkich waliz, których nie są w stanie
unieść. Plus dla Pauliny, że przynajmniej sama taszczyła swój sakwojaż.
Odetchnąłem, widząc ustawioną przy drodze tablicę z nazwą wioski. Tej,
do której mieliśmy trafić. Pojawiły się domy stojące na łagodnym zboczu.
Szumu morza wciąż nie było słychać, za to do moich uszu dochodził
narastający gwar. Minęliśmy ostry zakręt. I... stanąłem jak wryty.
- Co jest? - jęknęła Paulina, która nie zauważyła, że się zatrzymałem, i z całym impetem wpadła na mnie.
Odsunąłem się na bok i pokazałem ręką przed siebie.
- Zobacz - powiedziałem.
Przed nami rozciągał się spory plac o nieregularnym kształcie. Pełen
ludzi. Równie tłoczno było w ogródkach kilku znajdujących się tam knajp.
Wesołe gromadki komunikujące się w rozmaitych, bliżej nieznanych mi
narzeczach biesiadowały przy zastawionych stołach, kelnerzy uwijali się
jak w ukropie. Spojrzałem na zegarek, było kilka minut po północy.
Paulina wzruszyła ramionami i spytała:
- I co cię tak dziwi?
- Tłum o tej porze.
- Nic specjalnego, tak jest zawsze na Południu. Nie byłeś nigdy w Grecji?
Pokręciłem głową. Zrobiła oczy wielkie jak pięciozłotówki. Nic dziwnego,
należała do pokolenia, dla którego zagraniczne podróże były czymś tak
naturalnym i zwyczajnym, jak dla mnie wypady z kumplami na Mazury.
Pewnie nie mieściło się jej w głowie, że ktoś mający ponad czterdzieści
lat nigdy nie trafił do kraju Greków. No i nie wiedziała, że wyjazdy za
granicę Polski to zdecydowanie nie moja bajka. Jakoś nie miałem okazji,
by o tym wspomnieć. I że pewnie nigdy to się nie zmieni. Wielu rzeczy
jeszcze o mnie nie wie i o wielu zapewne się nie dowie. Tak będzie
lepiej.
- Byłem tylko w Chorwacji, na Korczuli, ale tam o tej porze było już w knajpach pusto, ludzie przenosili się do klubów i dyskotek.
- Też tam byłam.
Jakoś mnie to nie zdziwiło.
Owionął mnie zapach grillowanego mięsiwa. Poczułem, że jestem głodny.
Bardzo. Nie było sensu zwlekać. Nasz hotel znajdował się zaraz za
niewielką tawerną i wąską, krętą uliczką prowadzącą w górę kolejnego
zbocza. Miał absolutnie niezapamiętywalną nazwę i przypominał willę. Nie
zamierzałem męczyć się w hotelowym kombinacie pośród tysięcy ludzi
zdeterminowanych, by świetnie się bawić. Za wszelką cenę. Cena zresztą
też grała rolę, choć akurat o tym Paulina nie musiała wiedzieć.
Sprzedałem jej wizję kameralnego i romantycznego miejsca, w którym
będzie nam dobrze. Zdaje się, że to kupiła.
Greczynka w średnim wieku, królująca w recepcji, najwyraźniej chciała
jak najszybciej skończyć dzień pracy, więc zameldowała nas
błyskawicznie, wręczyła klucz i wysłała na drugie, ostatnie piętro,
właściwie poddasze. Pokój jak pokój, skośny sufit, duże łóżko z nie
najgorszym materacem, szafa, stolik i krzesła. Łazienka daleka od
sterylności. Mnie to nie przeszkadzało, Paulina trochę kręciła nosem na
wannę z rdzawym zaciekiem. Tłumaczyłem, że nikt nie każe jej się w niej
moczyć, szybki prysznic jakoś przetrzyma. Do kompletu był jeszcze balkon
z widokiem na morze. Ponoć, bo na razie widać z niego było jedynie
ciemność złamaną słabą poświatą latarni oświetlających placyk. Pewnie
Grecy oszczędzali na prądzie.
Zrobiło się zbyt późno na poszukiwanie knajpy, poszliśmy więc do tawerny
po drugiej stronie uliczki. Usiedliśmy przy jedynym wolnym, niewielkim
stoliku, tuż przy ulicy. Obok nas, dosłownie na wyciągnięcie ręki,
spacerowali ludzie, pomiędzy nimi przemykali młodzieńcy na skuterach z podrasowanym, zawodzącym gromko wydechem, a co jakiś czas przez to całe
zamieszanie ktoś próbował się przebić nawet samochodem. Chłopaki z ciechanowskiej drogówki mieliby używanie, choć cholera wie, jakie tu
obowiązywały przepisy ruchu drogowego. Nie zdążyłem gruntownie
przemyśleć tego zagadnienia, bo przy stoliku zjawił się chłopaczyna
przepasany granatowym fartuchem i zagadał:
- Zdrastwujcie.
Paulina spojrzała na mnie, ja na nią. I wybuchliśmy śmiechem. Kelner
wyglądał na lekko wstrząśniętego. Wytłumaczyliśmy mu, że do nas to
raczej pasuje "Dzień dobry", a z Rosją mamy jedynie tyle wspólnego, że w podstawówce uczyłem się języka Puszkina, lecz Paulina oczywiście już
nie, i uważamy, że na Rosjan to my nawet nie wyglądamy. Kelner, gdy już
wróciła mu mowa, łaskawie, choć bez większego przekonania, zgodził się z nami. Pierwsze lody zostały więc przełamane i kelner zaczął opowiadać,
że Polska i Polacy, bardzo dobrze, Jan Paweł II i Wacika. Paulina nie
zrozumiała, o jakiego Wacika chodzi, więc wytłumaczyłem jej, że o polskiego piłkarza Krzysztofa Warzychę, pseudo Gucio, który swego czasu
podbił greckie boiska i serca potomków demokracji ateńskiej, co kelner
potwierdził skinieniem głowy. I żeby nić porozumienia zaplątać w zgrabny
węzeł, opowiedział o swoim koledze, który rok temu pracował we włoskiej
pizzerii w Oświęcimiu. Kręte i niezbadane są ścieżki naszej globalnej
wioski. Nie podzieliłem się z kelnerem tym przemyśleniem. Przede
wszystkim dlatego, że z greckim młodzieńcem nie rozmawialiśmy my, ale
jedynie Paulina, bo mój od dawna nieużywany angielski był mocno
zardzewiały. Rozumiałem prawie wszystko, ale ze skleceniem sensownego
zdania miałem już problem. Poprzestałem więc na dorzucaniu do
konwersacji pojedynczych słów i szczerzeniu się jak debil.
I to oczywiście Paulina zamówiła naszą pierwszą grecką kolację.
11 września 2014, czwartek, Grecja
Następny dzień zaczął się od cudu. Znalazło się morze!
Przebudziliśmy się o barbarzyńskiej godzinie. Pewnie dlatego, że po
podróży czy - jak to uwielbiają określać ludzie z branży turystycznej -
transferze byliśmy skonani i padliśmy spać zaraz po kolacji, zapominając
włączyć klimę. W pokoju było duszno i gorąco. Paulina pomknęła do
łazienki, a ja wyszedłem na balkon. I wtedy objawiło mi się morze w całym swym oślepiającym błękicie. Czy może w zieleni. Trudno było to
ubrać w słowa, tym bardziej że lśniło niczym nagle odnaleziony skarb
piratów.
To znaczy nie objawiło się tak od razu, musiałem trochę wychylić się z balkonu. Ale to przecież drobiazg. Uznałem, że panienka z biura
turystycznego mnie nie ołgała, zamówiony i dodatkowo opłacony balkon z widokiem na morze sztuk jeden - jest. Tę szczęśliwą chwilę uczciłem
papierosem. Smakował jakoś dziwnie. Zacząłem rozważać, czy to wpływ
nadmorskiego powietrza, czy Pauliny, która od jakiegoś czasu wypominała
mi, że za dużo kurzę. Nie doszedłem do ostatecznego wniosku, bo
poczułem, że moja dziewczyna chwyta mnie w pół i przytula się do moich
pleców. Naga i mokra po kąpieli. I to by było na tyle, jeśli chodzi o poważne refleksje na temat bycia i życia.
- I gdzie to morze? - wymruczała.
- Wychyl się za barierkę, to zobaczysz.
- A jak zobaczy mnie jakiś Grek?
- Będę musiał go zabić.
Zaśmiała się i jakby od niechcenia posmyrała mnie to tu, to tam.
Zaprawdę powiadam wam, było to miłe.
- Ale ty nie masz już broni.
- Znam inne sposoby uśmiercania - powiedziałem od niechcenia, niczym
stuprocentowy kandydat na nowego Bonda.
- Chodź, mój wojowniczy ekspolicjancie. - Pociągnęła mnie lekko ku
sobie.
Musiałem tylko wziąć błyskawiczny prysznic. A potem robiliśmy rzeczy na
łóżku i podłodze, o których filozofom się nie śniło. Greckim.
Nieomal spóźniliśmy się na śniadanie. Prawdę mówiąc, lepiej, gdyby tak
się stało. Kawa była podła, sok pomarańczowy rozcieńczony w stopniu
haniebnym, a większość smakołyków ustawionych na szwedzkim stole zapewne
pochodziła z pobliskiego dyskontu. Trudno się temu dziwić, bo cóż Grecy
mogą wiedzieć o szwedzkich stołach. Podzieliłem się tą myślą o różnicach
kulturowych z Pauliną, co doprowadziło ją do spazmatycznego śmiechu.
Kiedy się już jako tako uspokoiła, poradziła mi, żebym spróbował
greckiego jogurtu. Brwi podjechały mi na środek czoła. Ja i jogurt
stanowiliśmy dwie bardzo odległe galaktyki. Ale czegóż nie robi się dla
kobiety, więc spróbowałem. I się zdziwiłem. Jogurt był najlepszym
punktem postnego śniadania.
Paulina z miejsca chciała biec na plażę, ale wytłumaczyłem jej, że
najpierw powinniśmy rozejrzeć się po okolicy. Nie ma to jak dobre
rozpoznanie terenu przed akcją, takie gliniarskie przyzwyczajenie. Nie
tłumaczyłem już jednak, że ulegam - dobrze, że niebezwiednie -
wdrukowanym w umysł schematom działania.
Placyk, który nocą wydawał się magiczny, w świetle dziennym przeistoczył
się w całkiem zwyczajny. W ogródkach knajpek odbywało się niespieszne
sprzątanie, ze sklepu spożywczego wychodzili klienci z plastikowymi
siatkami, takimi samymi jak w dziesiątkach innych krajów, trzech
taksówkarzy robiło to, co zwykle robią taksówkarze, czyli grało w karty.
Środek placyku był wyłożony kamiennymi płytami, na których polegiwały
chude koty, wyglądające na chore. Ale co ja tam wiem o kotach. Nigdy nie
miałem żadnego zwierzaka, choćby najnędzniejszej złotej rybki w słoju.
Rosło tu tylko jedno, za to potężne drzewo, nie wiedziałem jakie, ale
podejrzewałem, że to platan. Słyszałem gdzieś albo czytałem, że w greckich wioskach sadzono je w centralnym miejscu. W jego cieniu
siedziała na zwykłym domowym krzesełku staruszka w grubej, czarnej
sukience z długim rękawem, opierając złożone dłonie na lasce. Wyglądało,
że śpi. Z otwartymi oczami.
Paulina też ją zauważyła, bo ni to stwierdziła, ni to zapytała:
- Jak jej nie jest gorąco.
Spojrzałem na nią. To znaczy nie na staruszkę, tylko na Paulinę. Miała
na sobie kuse szorty i zwiewny bezrękawnik w kolorze, który wymykał się
mojej percepcji. Była to dosyć swobodna wariacja na temat żółtego.
- Pewnie mieszka tu przez całe życie, to i przywykła do gorąca.
- I co ona robi?
- Przygląda się, jak życie toczy się obok niej. Jak wielu staruszków.
Wzruszyła ramionami.
- Idziemy wreszcie?
W jej głosie pobrzmiewała niecierpliwość.
Arkoudi nie było dużą wioską, wystarczyło dziesięć minut spaceru w każdą
stronę, by zwiedzić ją wzdłuż i wszerz. Domki, w większości otynkowane
na biało, wyglądały na zadbane, żadnych ruin ani widywanej przeze mnie w Chorwacji prowizorki typu: "Postawimy sobie parter, a potem się
zobaczy". Niektóre wystawiono na sprzedaż. Informacje agencji
nieruchomości były zazwyczaj pisane nie tylko po grecku i angielsku,
lecz także po rosyjsku. Wyjaśniła się więc zagadka, czemu kelner
pozdrowił nas tak, a nie inaczej. Czyżbyśmy trafili do ruskiej zony
turystycznej? Uznałem jednak, że nie ma czym się zanadto przejmować, w końcu, co za różnica, czy w okolicy będą Ruscy, Niemce, czy Szwedy. I tak nie zamierzałem się z nikim bratać. Poza tym w Arkoudi było całkiem
miło. Kilka małych knajpek, zapach ryb i wodorostów mieszający się z woniami grillowanego mięsa, ciepło i miejscowi wyglądający na
wyluzowanych.
Z placyku do morza prowadziła wąska uliczka biegnąca w dół. Zapewne były
też inne dojścia, jednak na razie nic o nich nie wiedziałem. Ale co się
odwlecze... Kiedy już udało nam się wydostać spomiędzy ciasno stojących
domów, przed nami otworzył się widok. Tak właśnie, otworzył się. I mniejsza, jak moi profesorowie z krakowskiej polonistyki skomentowaliby
tę frazę. Niechże ona będzie grafomańska, niechże brzmi niczym żywcem
wyjęta z książki pisarki, która postawiła na bezkompromisową i bezrefleksyjną zarazem afirmację świata. Albo z powieści jakiegoś
pisarza.
- Zobacz, jak w bajce! - Paulinę, jak się okazało, też kręciły ładne
widoczki.
- No nieźle. - Tą beznamiętną kwestią chciałem sam przed sobą zamaskować
krótkie rozważania na temat otwierających się widoków i innych
niedostatków stylu i języka.
Plaża leżała w zatoce, na której krańcach piętrzyły się czarne skały -
po prawej nagie, postrzępione i wyglądające na niedostępne, po lewej
wznoszące się łagodnie. Nic więc dziwnego, że stały się podstawą
domostw. Sama plaża nie była długa, mogła mieć dwieście metrów, nie
więcej. O dziwo, była jednak piaszczysta, chociaż gdzie tam greckiemu
piachowi do naszego, ze złotych plaż, na których zbierałem bursztyny.
Akurat nigdy nie zbierałem, ale przecież zawsze mogłem. Zarejestrowałem
jeszcze kilka rzędów parasoli i leżaków, okupowanych, ale nieprzesadnie,
przez wypoczywającą tu ludność oraz jeden bar. Czyli da się żyć. Nie
żebym uważał, że bar na plaży jest niezbędny. Jednak czasami, co tu
kryć, może się przydać. A poza tym morze kłuło mnie w oczy wręcz
nieprzyzwoicie głębokim lazurem.
Paulina chwyciła mnie za rękę i krzyknęła:
- Chodź, zaślubimy się z morzem.
- Nie będziemy tu odstawiać błękitnej laguny.
Puściła mnie, stanęła twarzą w twarz i wpatrywała się we mnie uważnie.
Prawdopodobnie powinienem powiedzieć, że to był żart. "Maciek, ja tylko
żartowałem, nigdy tego powiedzieć nie chciałem", jak mógłby zaśpiewać
Kazik. Jednak żadną miarą żart to nie był.
- Zgred - rzuciła, po czym poczochrała mnie po zdecydowanie zbyt długich
włosach i pobiegła w stronę morza.
Biegła i, niemal nie przystając, zrzucała szatki. Po prawdzie wiele do
zrzucania nie miała, więc udało jej się dokonać ekwilibrystycznej
rozbieranki bez upadku. Na szczęście zatrzymała się na kostiumie
kąpielowym, a już przez chwilę myślałem, że rozbierze się do naga. Moja
bogini weszła do morza. W mitologii to się odbywało nieco inaczej i w odrobinę innym miejscu. Ale kto tam teraz zna szczegóły mitów greckich.
Patrzyłem, jak zaczyna płynąć, i zastanawiałem się, czy kiedy wyjdzie z toni, będzie bóstwem gniewnym.
Paulina boczyła się na mnie do obiadu. Przeszło jej nagle, gdy
zasiedliśmy za stołem. Wiadomo, nic tak nie łagodzi obyczajów, jak wizja
dobrego żarła. Siłą rozpędu poszliśmy do tej samej knajpki, w której
jedliśmy po przyjeździe. Obsługiwał nas ten sam kelner, witając jak
starych, dobrych przyjaciół. Zapamiętał nawet, żeby nie zagadywać do nas
po rosyjsku. Punkt dla niego. Wiedziałem, że to tylko starożytny jak
tamtejsza cywilizacja chwyt, mający przywiązać klienta do knajpy i zapewnić hojne napiwki. Bo jakżeż to, nie godzi się przecież nie docenić
starań przyjaciela. Nie mówiąc o krzywdzeniu go. Ale godziłem się na
takie rozwiązanie. Wolałem jednego oswojonego kelnera od dziesięciu,
których musiałbym dopiero oswajać. Co oznaczałoby nowe egzotyczne
garkuchnie, a co za tym idzie - nowe zagrożenia dla mojego żołądka.
Niech Makłowicz jeździ po świecie w poszukiwaniu nowych smaków i aromatów, krzyżyk mu i jego wątrobie na długą drogę. Moje kulinarne
poszukiwania spokojnie mogłyby się zamykać w obrębie Ciechanowa. Koniec
końców, wiedziałem, że bigosu zapamiętale warzonego przez moją babkę nic
nie przebije.
Przed wyjazdem miałem zamiar poczytać w internecie, co się w tej całej
Grecji jada, aby wiedzieć, od czego trzymać się z daleka. Nie uśmiechała
mi się gastryczna apokalipsa na wyjeździe. Ale oczywiście zapomniałem. W końcu byłem mistrzem planów, których nigdy nie wprowadzałem w życie. I teraz wpatrywałem się w kartę niczym w hieroglificzne zapiski pradawnej
cywilizacji. Oszczędne angielskie tłumaczenia niewiele mi pomagały.
Rozterkę musiałem mieć wypisaną na twarzy wielkimi literami, bo Paulina
rzuciła mi koło ratunkowe:
- Weź sałatkę grecką.
Wbiłem w nią wzrok, węsząc grubą prowokację.
- Nawet ja wiem, jak smakuje sałatka grecka. Może jednak spróbowałbym
czegoś nowego - wyartykułowałem niepewnie.
- Nie masz pojęcia o smaku sałatki greckiej. Aha, weź też kawałek
musaki.
Nazwa tej potrawy kiedyś obiła mi się o uszy, choć nie pamiętałem, abym
kiedykolwiek coś takiego jadł. Zaordynowałem, co Paulina poleciła,
łudząc się, że nie zamierza pozbyć się mnie szybko i skutecznie. I nie
żałowałem. Okazało się, że faktycznie to, co u nas podają jako sałatkę
grecką, jest jedynie nędzną podróbką. Musaka zaś była wariacją na temat
lasagne, którą lubiłem. Paulina nie przejmowała się żadnymi dietami i zasadami zdrowego żywienia, co niezmiernie mnie cieszyło, zjadła coś, co
się nazywało souvlaki, a co na moje oko było zwykłym szaszłykiem
wieprzowym. Mniejsza o nazwy, grunt, że oboje byliśmy smacznie
najedzeni, a nasz zaprzyjaźniony kelner kontent z napiwku.
Szybko przeszliśmy przez hotel. W pokoju było jak w piekle. Czemu się
dziwić, na zewnątrz z nieba lał się żar, nie taki jak w Polsce podczas
upałów, zdecydowanie bardziej zjadliwy, oblepiający. Ale cóż, miało być
gorąco, to i było. Trzymając w ręku torbę z ekwipunkiem plażowym,
Paulina zarządziła:
- Idziemy na plażę.
Podejrzewałem, że przez najbliższe siedem dni będę słyszał to zdanie
bardzo często.
Unosiłem się na wodzie. Jak korek. To mój ulubiony styl pływacki, który
mogłem tu doskonalić do woli, dzięki dużemu zasoleniu wody. Unosiłem się
w przyjemnie chłodnym błękicie, gapiąc się w błękit wyblakły od upału.
Szczyt wakacyjnej tandety. Przepuszczanie czasu przez palce jak wody, a czasu i wody miałem tu skolko ugodno. Cholera, przez to powitanie po
rosyjsku otworzyła mi się jakaś klapka w mózgu, zupełnie niepotrzebnie.
Ciekawe, czy zacznę recytować z pamięci wiersze Puszkina i podśpiewywać
przy goleniu piosenki Wysockiego?
Obróciłem się na bok, potem oparłem stopami o dno, które było równe, w miarę stabilne, bez kamieni. Nigdzie też, jak w Chorwacji, nie czaiły
się upiorne jeżowce, szczerząc kły - to znaczy kolce. Zauważyłem, że
Paulina mi pomachała. Odmachałem i zacząłem iść w stronę brzegu. Choć
mógłbym popłynąć. Teoretycznie. Brodziłem powoli, rozglądając się po
okolicy. Widać było, że sezon definitywnie zbliża się ku końcowi. Na
plaży, w końcu jedynej porządnej w najbliższej okolicy, nie kłębił się
tłum, choć wciąż było sporo golasów wystawiających się do słońca. Przy
barze siedziały tylko dwie osoby raczące się kolorowymi specyfikami,
których nie zamierzałem bynajmniej próbować. Ratownicy pływali
plastikową łódką, zbierając bojki i linki wyznaczające akwen bezpiecznej
kąpieli. Niech robią, co mają do zrobienia. Dla nas sezon dopiero się
rozpoczynał.
Paulina wylegiwała się na drewnianym leżaku w pełnym słońcu. Usiadłem na
sąsiednim, zastanawiając się, czy długo wytrwam w skwarze, który nie
odpuszczał, mimo że było zdecydowanie bliżej wieczoru niż południa.
Chciałem jednak nieco przeschnąć.
Patrzyłem na moją piękną dziewczynę. Nie tak dawno złapałem się na tym,
że mogę wpatrywać się w nią bez końca. Ukradkiem albo otwarcie. Tak
długo, jak mi na to pozwalała. Z pewnością nie był to zdrowy objaw. A już bez wątpienia nie świadczył o mojej dojrzałości emocjonalnej. Miałem
czterdzieści dwa lata, przyszłość bardziej niż mglistą i - jak się
okazało - siano w głowie. Wysoce niebezpieczna kombinacja, jak
powiedziałaby Felicja. Oczywiście, gdybym z nią odbył szczerą rozmowę,
której ostatnio skutecznie unikałem...
Paulina uniosła powieki, uśmiechnęła się i przeciągnęła leniwie.
- Patrzyłam, jak się taplasz.
- To miłe.
- Co takiego?
- Że poświęcasz mi tyle uwagi.
Roześmiała się w sposób, jak mi się zdało, z lekka nieprzyjemny. Jakby
podśmiewała się ze mnie. Choć może było to tylko złudzenie.
- Typowy facet. Myśli, że cały świat z zapartym tchem śledzi jego
niezwykłe przygody.
Chciałem zaprotestować, ale nie dała mi dojść do słowa.
- Patrzyłam i zastanawiałam się, czemu nie pływasz.
- Jak to nie!? - zaprotestowałem tylko pro forma, bo mniej więcej
wiedziałem, ku czemu ta konwersacja zmierza.
- Ty to nazywasz pływaniem?! No, śmiech na sali.
- Każdy pływa tak, jak lubi.
- Nie ściemniaj, przyznaj się, że u ciebie z pływaniem słabo.
Mogłem się przyznać albo nie. Wybrałem jednak trzecie rozwiązanie, czyli
unik. Moją ulubioną strategię życiową. Od lat. Chwyciłem ręcznik i zacząłem z pietyzmem i zupełnie mi obcą pedanterią osuszać każdy
centymetr skóry.
Poderwała się z leżaka, nachyliła nade mną i cmoknęła mnie w usta.
- I tak cię kocham. - W półobrocie, odwracając się w stronę plaży,
dorzuciła: - Idę popływać. Tak naprawdę.
I pobiegła.
Położyłem się, podłożyłem ramiona pod głowę i patrzyłem, jak powoli
zanurza się w morzu.
Zaraz pojawił się strzaskany na czekoladowy brąz młodzian, który robił
za kelnera i zarazem poborcę plażowego myta. Aby można było spokojnie
korzystać z ustawionych wokół baru leżaków i parasoli, należało zakupić
jakiś płyn chłodzący. Teoretycznie można było nic nie zamawiać, ale
wtedy młodzian pojawiałby się co pięć minut, grzecznie dopytując, czy
czegoś nie podać. Taka forma nękania. Wydukałem pytanie, czy mają piwo.
Kelner odziany tylko w bermudy wyrzucił ciąg słów, z których niewiele
zrozumiałem, powiedziałem "tak", a on nie drążył dalej. Po chwili
przyniósł butelkę piwa o wdzięcznej nazwie Mythos. Skrzywiłem się,
pociągnąwszy łyk. Wprawdzie było zimne, jak trzeba, jednak zupełnie bez
wyrazu. Siki świętej Weroniki, jak powiedziałaby Felicja. Niczego innego
nie mogłem się spodziewać, byłem przecież w kraju wina.
Patrzyłem na Paulinę, która baraszkowała na sporych tego dnia falach.
Powiedziała, że mnie kocha. Zresztą mówiła to już wcześniej. Też
wyrwałem się raz czy dwa z deklaracjami uczuć. Nawet, zdaje się,
szczerymi. Ale czy to cokolwiek znaczyło? Miałem jeszcze na tyle
rozsądku, aby zdawać sobie sprawę, że robię to, co robię, w dużym
stopniu dlatego, że jestem zauroczony. Dlatego często nazywałem Paulinę
swoim zauroczeniem. Pewnie powinienem użyć liczby mnogiej. Robimy.
Wpadliśmy w szczelinę czasu. Razem. Połączyła nas kiedyś kryminalna
afera, w której dostaliśmy oboje po głowach. Ja dosłownie, Paulina w przenośni. Przed nami był październik, kiedy to wyjedzie na kolejny rok
studiów na stomatologii w Gdańsku. A ja, co będę robił? Nie miałem
bladego pojęcia, ale na razie nie musiałem, nie chciałem się nad tym
zastanawiać. Pewnie nadal będę dawać wykłady, czekając, aż mnie coś albo
ktoś pchnie na nową ścieżkę życia.
Paulina wypływała coraz dalej w morze. Nie bałem się, że coś jej się
stanie, woda ewidentnie była jej żywiołem. Sięgnąłem po schowane w cieniu parasola piwo. Ciepławe w ogóle było do niczego, pożegnałem się z nim bez żalu, chociaż nie wypiłem nawet połowy. Jeszcze raz zerknąłem w stronę morza, z trudem wypatrzyłem wśród fal głowę Pauliny, daleko,
bardzo daleko. Zmęczy się, to wróci, uznałem i zamknąłem oczy. Przez
chwilę rozważałem, czy nie zapalić, na to jednak było zdecydowanie za
gorąco. Nie chciało mi się też wstawać i przestawiać leżaka w cień.
Odpłynąłem w błogi półsen.
Nie wiem, jak długo drzemałem. Nagle przesłonił mnie cień i pewnie to
mnie obudziło.
- Ja pierdolę, no ja pierdolę, to naprawdę ty, zbóju!
Usłyszałem i zadrżałem.
Dziennik roku pierwszego I
29 sierpnia 1998
Plan był inny. Trochę mi to przeszkadza. Nie po to robi się plany, nie
po to ja robię plany, żeby się ich potem nie trzymać. W ten sposób,
nawet przez drobne odstępstwo, podważa się istotę planowania. Co
powoduje, że w życie wkrada się chaos. A komu jest potrzebne życie w chaosie? Oczywiście, są ludzie, którym bałagan w myślach i codziennym
życiu nie przeszkadza. Co więcej, im dłużej żyję, tym bardziej jestem
przekonany, że takich ludzi jest zdecydowana większość. Nie należę do
nich i nie chcę należeć. Nawet jeśli niektórzy podśmiewają się, że mam
obsesję układania życia pod linijkę, nie będę się zmieniał. Mój wybór,
moje prawo. Inni niech żyją sobie, jak im się podoba.
Od razu wpadłem w dygresje. Właśnie... Wyraźnie widać, czym kończy się
odejście od pierwotnego planu. Nie trzeba długo czekać na skutki. Muszę
wrócić do początku, do pierwszego punktu na liście.
Kupiłem kalendarz-notes, w którym teraz piszę, dopiero pod koniec
czerwca. Nie było łatwo, bo kto robi tego rodzaju zakupy w połowie roku.
Udało mi się jednak wyszperać go na zakurzonej półce w Księgarni
Hetmańskiej. Pewnie zapomnieli o nim, nie zdjęli ze stanu. W ten sposób
nieporządek innych wyszedł mi na dobre. Taki paradoks. Nie mogłem kupić
notesu wcześniej, plan był inny. Opracowany dawno temu. Najpierw
gwarancja pracy, potem notes. Nie odwrotnie. Choćbym miał czekać nie
wiadomo ile. Trochę musiałem czekać. Więcej niż trochę.
Nie skończyłem jeszcze wątku kupna kalendarza, ale na razie muszę
przerwać zapiski. Trudno, plan raz zmodyfikowany, modyfikuje się dalej
samoistnie. Brzmi to niczym matematyczna formułka. Lubię formułki
podobnie jak plany. Zbliża się dziesiąta wieczorem. Równo o dziesiątej
muszę być już w łóżku. Ani później, ani wcześniej. Śpię osiem godzin.
Budzę się o szóstej rano. Czasami wcześniej, ale nad tym akurat trudno
zapanować. Wtedy leżę w łóżku i spokojnie czekam, aż wybije właściwa
godzina. Nadałem życiu rytm. Dzięki temu nie mam problemu ze snem.
Zawsze budzę się wypoczęty. Gotowy do pracy, którą danego dnia mam
wykonać. Od dzisiaj integralną częścią moich zajęć będzie prowadzenie
zapisków.
30 sierpnia 1998
Jedna z najradośniejszych niedziel w ostatnim czasie. Mimo że tak
podobna do innych. Zawsze największą radość znajduję w tym, co
powtarzalne. A dzięki temu oswojone i bezpieczne.
Znowu zacząłem nie tak, jak powinienem. O niedzieli napiszę za chwilę.
Najpierw zamknę wątek z poprzedniego dnia. Po skończeniu studiów
obiecałem sobie, że kiedy dostanę pierwszą stałą pracę, kupię notes i będę prowadził zapiski. Pamięć ludzka jest zawodna. A ja chciałem mieć
możliwość wracania do zdarzeń sprzed tygodni czy miesięcy. Aby je
analizować. Sprawdzać, co zrobiłem źle, a co dobrze. Co mogłem zrobić
lepiej. Doskonalenie się jest podstawą tego zawodu. To twierdzenie
wbijali nam do głowy wykładowcy. Zgadzam się w pełni.
Mam pracę, mam notes. Zacząłem pisać. Choć nie wiem, jak mi pójdzie.
Nigdy wcześniej nie prowadziłem dziennika czy pamiętnika. Nie wydawało
mi się to potrzebne. A robienie rzeczy zbędnych, takich, które nie
przynoszą żadnego zysku czy pożytku, jest zwyczajną stratą czasu.
Wracając do niedzieli...
Byłem z matką w kościele, potem zjedliśmy obiad i po krótkiej sjeście
poszliśmy na spacer wokół Błoń. Tak jak zwykle. To nasz niedzielny
rytuał. Niezwykła była radość i duma. Moja i matki. Bardzo cieszyła się,
że wreszcie mam pracę i stabilną przyszłość. Wcześniej martwiła się, co
ze mną będzie. Czy sobie poradzę, czy nie zostanę w blokach startowych.
Czasy przecież wciąż były trudne. Wielu moich znajomych nie mogło
znaleźć pracy. Nie tylko w zawodzie, jakiejkolwiek. Podobnie jak wielu
znajomych matki. Bardzo mi zależało, żeby matka przestała się o mnie
martwić. I żeby mogła być ze mnie dumna. W życiu i tak miała za dużo
zmartwień. Rozwiodła się, kiedy miałem cztery lata. Mój ojciec był
dobrym muzykiem, ale złym człowiekiem. Grał na trąbce w różnych
zespołach jazzowych. I ciągle chodził pijany. Tak mówiła matka, bo ja
czasów z ojcem właściwie nie pamiętam. Tylko pojedyncze sceny. Nic, co
układałoby się w spójną opowieść. Ojciec był, ale dla mnie jakby go nie
było. Być może jedyne, co mi dał, to talent matematyczny. Przecież
muzyka i matematyka są sobie tak bliskie. Po rozwodzie matka wychowywała
mnie sama. Nie związała się z nikim na stałe. Na pewno było jej ciężko.
Poświęciła się dla mnie. I dlatego chciałem, żeby była ze mnie dumna.
31 sierpnia 1998
To prawie już. Ostatnia prosta.
Byłem dziś w pracy. Odbyła się narada. Wszystko zdaje się zapięte na
ostatni guzik. Choć mnie pewnie trudno jest to do końca ocenić. Jestem w takiej sytuacji po raz pierwszy. Odczuwałem pewne napięcie wśród
kolegów. Tylko niektórych, bo starsi wydawali się raczej znudzeni i niezbyt zainteresowani przekazywanymi im ostatnimi wskazówkami.
Zdecydowanie bardziej zdawały się ich interesować wspominki z wakacji.
Kto, gdzie i z kim. W Polsce czy za granicą. Zgubna rutyna? Mam
nadzieję, że jej uniknę. Nie, to nie kwestia nadziei. Muszę mieć
pewność, że dzięki systematycznej pracy i zaangażowaniu uniknę rutyny.
Żeby dobrze wykonywać tę pracę, trzeba zawsze mieć świeży i otwarty
umysł. Ponadto rutyna ma sporo wspólnego ze schematami, a schematy z planowaniem. Ciekawy problemat. Zdecydowanie DO PRZEMYŚLENIA.
Oczywiście, przywitałem się ze wszystkimi, ale trzymałem się z boku.
Przecież jestem nowy. Obserwowałem i analizowałem. Jak zwykle w większych zespołach łatwo dało się zauważyć odrębne grupki. Czy będę
należał do którejś z nich? Czy muszę? Taka sytuacja to też dla mnie
nowość. W szkole czy na studiach byłem odpowiedzialny sam za siebie.
Teraz będzie inaczej. Praca z ludźmi to wyzwanie, ale wiem, że mu
podołam. MUSZĘ.
Jest wieczór. Nie mogę doczekać się jutra. Po raz pierwszy pójdę do
szkoły jako nauczyciel. Nie jako praktykant, którego nikt nie traktuje
poważnie, czy ktoś od krótkich zastępstw. NAUCZYCIEL ETATOWY.
Rozdział drugi
Rozdział drugi
Wypadeczek
11 września 2014, czwartek, Grecja
Staszek Ale-O-Co-Chodzi Kiełbasa należał do ludzi irytujących.
Mały, chudy, z szopą blond włosów. Zawsze malowniczo rozczochranych.
Szybko mówił, szybko się poruszał. Być może dlatego pojawiał się w miejscach, na spotkaniach, gdzie nikt go nie zapraszał. I gadał, i dopytywał, bo nie zawsze wszystko chwytał w lot. Szczególnie odporny był
na dowcip i ironię. Albo tylko udawał, kto wie, żeby podtrzymać
konwersację i być w centrum uwagi. Bywało przecież, że w innych
sytuacjach, na studiach chociażby, wykazywał się sprytem. Oprócz tego,
że był irytujący, okazywał się zwykle nie do spławienia. Nie reagował
ani na zawoalowane sugestie, żeby opuścił towarzystwo, ani na
formułowane wprost wyrazy niechęci. Nawet jeśli znikał, po jakimś czasie
wracał. Typ bumeranga.
Uwolnienie się od Staszka zajęło mi niemal rok.
Na studiach zamieszkałem w naszym krakowskim lokum w kamienicy przy
ulicy Dietla. Wcześniej, kiedy byłem w Ciechanowie, Felicja wynajmowała
je różnym ludziom, ale jak dostałem się na polonistykę na UJ, babka
stwierdziła, że nie będę tułał się po akademikach. Utrzymywać dom w Ciechanowie i mieszkanie w Krakowie nie było łatwo, chciałem babuleńce
pomóc, wywiesiłem więc ogłoszenie na tablicy w moim instytucie, że mam
do wynajęcia pokój. "Tanio, okazja, skarpety polecam", jak pisał Marcin
Świetlicki.
No i zjawił się Staszek.
Pochodził ze wsi gdzieś pod Kolbuszową, ale jego rodzina była stosunkowo
majętna, więc nie miał większych szans na miejsce w akademiku, dlatego
szukał pokoju. Szybko się dogadaliśmy, nawet ucieszyłem się, że będę
mieszkał z kolegą z roku. Początkowo wydawał mi się zabawny ze swoją
nadaktywnością królika Duracella i ciągłym rozgadaniem. Miałem też do
kogo otworzyć gębę, co nie było bez znaczenia na pierwszym roku studiów,
bo rozłąkę z Felicją znosiłem kiepsko. Z czasem Staszek zrobił się
jednak nie do zniesienia. Wystarczyło, że rano poszedłem do kuchni, żeby
zrobić sobie kawy, zaraz się pojawiał i nawijał bez opamiętania. Chciał
się ciągle wymieniać notatkami, przygotowywać wspólnie do kolokwiów ze
znienawidzonej przez prawie wszystkich gramatyki opisowej, która na UJ
była tak nowatorska, że już prawie żadnej znanej ludzkości gramatyki nie
przypominała. Wystarczyło, że zaległem na kanapie z książką, zaraz
Staszek pojawiał się nade mną, pytając, co czytam. Nawet jeść chciał
ciągle ze mną, tłumacząc, że on jest z dużej rodziny i samotne posiłki
go dręczą oraz męczą. Był jawnym stalkerem obecnym wciąż na wyciągnięcie
ręki, w czasach kiedy jeszcze nikomu o stalkerach u nas się nie śniło.
Wytrzymałem semestr, a potem zacząłem mu dawać do zrozumienia, że sorry
Gregory, będziesz musiał się niedługo wynieść. Nie dotarło. W końcu
powiedziałem mu wprost, że musi spadać. Dopytywał dlaczego, jakoś go
zbyłem bzdurnymi tłumaczeniami. Potem on, chytrusek, zbywał mnie,
tłumacząc, że trudno coś znaleźć wolnego w środku roku akademickiego, że
już miał coś umówione, ale właścicielka mieszkania wystawiła go do
wiatru. Wykurzyła go dopiero wizja przyjazdu mojej babki. Właściwie
nawet nie wiem dlaczego. Odetchnąłem z ulgą.
Co ciekawe, Staszek Ale-O-Co-Chodzi Kiełbasa nie obraził się na mnie za
wyrzucenie z mieszkania. Bo przecież praktycznie rzecz biorąc,
wyrzuciłem go. Przez całe studia uważał mnie za najlepszego kumpla. A ja
robiłem wszystko, żeby unikać typa. Z różnym skutkiem.
I ni stąd, ni zowąd, na plaży, w samym środku greckiego niczego,
zobaczyłem Staszka, który stał nade mną i szczerzył się w radosnym
uśmiechu. W pierwszej chwili pomyślałem, że czas zatoczył koło, a karma
wraca. W drugiej - zacząłem sobie wyrzucać, że mogłem przecież wybrać
wycieczkę do Chorwacji, Turcji czy Hiszpanii, mogłem trafić do
dziesiątek innych miejsc w samej Grecji, ale trafiłem do Arkoudi. I los
pokarał mnie Staszkiem.
- Konrad Rowicki, no nie mogę! To naprawdę ty, no ja, no ja nie mogę!
Też z wrażenia nie za bardzo mogłem, ale jednak podniosłem się z leżaka.
Z jękiem, choć nic mnie nie bolało. Oprócz duszy, o ile ją miałem. Choć
równie dobrze mogła to być trzustka. Byłem tak skołowany, że dałem się
zaskoczyć i nie uniknąłem braterskiego uścisku. Musiało to nieźle
wyglądać - dwa golasy rodzaju męskiego ściskające się na plaży.
Szczęściem Kiełbasa ze swoimi gabarytami spokojnie mógł uchodzić za
mojego syna. Więc nic zdrożnego. Niby. Zresztą byliśmy w krainie
greckiej miłości, więc czym się właściwie martwiłem. Problemem nie był
mój wizerunek, lecz demon ze studenckiej przeszłości.
- No góra z górą...! - wykrzykiwał Staszek. - Co ty, co tu robisz?!
- Podejrzewam, że to samo co ty - odparłem cierpko, powoli wracając do
jako takiej równowagi.
- No tak, no tak. - Z podekscytowania mój były lokator drobił w miejscu,
jakby szykował się do startu w biegu długodystansowym. Miałem nadzieję,
że zaraz wystartuje. Próżną. - Tyle lat! Właściwie ile? Kiedyśmy się
ostatnio widzieli?
Zaraz się zacznie orgia wspominek.
- Poczekaj, sam sobie przypomnę. - Staszek zmarszczył brwi. - Zaraz po
dyplomie. Potem wróciłem do siebie na wioskę, a ty zostałeś w Kraku.
Tak? Tak, no pewnie. Do policji poszedłeś. Widzisz, wszystko pamiętam,
wszystko dokładniusieńko. Kto by pomyślał, że ty po polonistyce do
policji. Dziwne, co nie? A ja też...
- Sam tu jesteś? - Wbiłem się w słowotok dawnego kumpla-niekumpla, bo
wiedziałem, że może tak nawijać bez końca, zadając pytania i samemu
udzielając sobie odpowiedzi.
Miałem zamiar jak najszybciej odbyć bzdurny rytuał wymiany podstawowych
informacji na temat naszych losów, życzyć Staszkowi miłych wakacji bez
udaru słonecznego i spławić go, nim pojawi się Paulina. Nie chciałem
dopuścić, by się spotkali, bo mogło to się skończyć katastrofą. Więcej,
byłem pewien, że katastrofą się skończy. Zerknąłem w stronę morza. Było
za późno. Paulina właśnie wychodziła na brzeg, otrząsając z loków krople
wody. Zapatrzyłem się, po prostu. Nie po raz pierwszy i pewnie nie po
raz ostatni.
- ...i córkę. - Kiełbasa szemrał już od jakiegoś czasu, ale przestał i spojrzał tam, gdzie ja.
Paulina zamachała do mnie. Odruchowo odmachałem. Staszek wodził wzrokiem
od niej do mnie, ode mnie do niej. Paulina podeszła do nas i powiedziała
z udawanym wyrzutem:
- Wystarczy, że cię zostawię na chwilę, a ty zaraz organizujesz sobie
znajomości.
Pierwszy ocknął się mój kolega z roku.
- My, no my z Konradem to starzy kumple. Staszek jestem. Kiełbasa.
Wyciągnął rękę na powitanie. Paulina parsknęła śmiechem.
- Spoko, spoko luz. Nazwisko takie nieszczęśliwe. Przyzwyczaiłem się, że
śmieszy ludzi. U nas na roku byli jeszcze Owsianka i Kasza. Niezły
tercet egzotyczny, nie?
Roześmiał się i strzelił mnie w plecy. Jak to kumpla. Nic to, że nie z wojska.
- Przepraszam - zmieszała się - tak jakoś samo wyszło. Paulina.
- Staszek.
Uścisnęli sobie dłonie. Myślałem, że ta absurdalna scenka rodzajowa nie
skończy się nigdy.
- To ja skoczę po coś do picia - powiedziała i poszła do baru.
Staszek wgapiał się w nią z ewidentną fascynacją. Za chwilę mu stuknę,
przeleciało mi przez głowę.
- Pogratulować, dorodną masz córę.
Kiełbasa był nie tylko irytujący i upierdliwy, lecz także należał do
prawdziwych wirtuozów gaf. Pewnie dlatego, że szybciej mówił, niż
myślał. Choć to żadne usprawiedliwienie. Przez moment rozważałem, czy
nie stuknąć mu już teraz. W ten prosty, choć nie nazbyt finezyjny sposób
rozwiązałbym problem nagle objawionej zmory z odległej przeszłości.
Prawdopodobnie jednak Staszek po nokaucie wstałby, otrzepałby się i zaczął dopytywać, o co mi właściwie chodziło. Wcale by się nie obraził.
- To nie jest moja córka - rzuciłem zimno.
- No, no, to tym bardziej pogratulować. Ty to masz fuksa, zawsze miałeś,
z tego, co pamiętam, bo wiesz, moja stara...
Wyłączyłem nasłuch i kombinowałem, jak najskuteczniej pozbyć się
Staszka. Nie chodziło o morderstwo, choć do końca nie wykluczałem takiej
opcji. Wiedziałem, że jeśli nie pozbędę się go teraz, zaraz, to będziemy
mieć go na głowie przez cały tydzień pobytu w Arkoudi. Chyba że
przyjechał tutaj tylko na plażę, a stacjonował gdzieś dalej. Jednak nie
mogłem liczyć na aż tak szczęśliwy zbieg okoliczności. Rzadko miewałem
szczęście.
Paulina wróciła z kolorowym drinkiem w dłoni. Przyjrzała się krytycznie
tkwiącej w nim wściekle różowej parasolce z papieru i wyrzuciła ją do
śmietnika. Pociągnęła kilka łyków przez słomkę. Z wyraźną przyjemnością.
- ...i mówiłem, że my tu już jesteśmy całą rodziną od tygodnia. - Być
może mówił, nie zarejestrowałem tego. - I jeszcze tydzień zostaniemy.
Jak wczasy, to wczasy, nie ma co oszczędzać. Nie, Konrad, nie?
- Nie - burknąłem.
Moje zauroczenie spojrzało na mnie przenikliwie.
- Niczego sobie miejsce, niczego. No więc, no więc, jak już taki
przypadek czy tam inne zrządzenie losu jest... "Daaary, daaary losu" -
nagle zaczął wyśpiewywać na fałszywą nutę, a ja byłem już pewien, że bez
przemocy oraz przestępstw przeciw życiu i zdrowiu raczej się nie obędzie
- i my tu wszyscy razem w jednym miejscu, to koniecznie musimy iść na
kolację. Wszystkie tu już miejsca znam, to pokażę. To co, idziemy dziś?
Słowotok Staszka urwał się nagle. Już nabierałem w płuca powietrza, by
wrzasnąć: "Nie ma, kurwa, takiej możliwości!", kiedy Paulina powiedziała
słodkim głosem:
- Będzie nam bardzo miło.
Wspinając się na szczyty erystyki i dokonując brutalnych
psychomanipulacji, starałem się wybić Paulinie z głowy pomysł spotkania
ze Staszkiem i jego, zapewne równie jak on przeuroczą, familią.
Opowiedziałem historię pomieszkiwania z Kiełbasą przy Dietla w konwencji
mrocznego thrillera psychologicznego. Wyszło mi skrzyżowanie "Lokatora"
z "Siedem". Przedstawiłem Staszka jako typa uciążliwego, a na dokładkę,
kto wie, pewnie niebezpiecznego. Psychopatycznego. Na nic się to zdało.
Paulina uznała, że przesadzam i że lata samotniczego życia najwidoczniej
zryły mi psychę. Do tego stwierdziła, że mój kolega niekolega jest nawet
zabawny.
- Będziesz miała ubaw jak w polskim kabarecie - skwitowałem.
- Weź nie zrzędź. - Uradowało mnie bogactwo słownika Pauliny, ale zaraz
zrzedła mi mina, kiedy dodała: - Poza tym to pewnie jedyna okazja, żebym
się wreszcie dowiedziała czegoś konkretnego o twojej przeszłości. Lubię
tajemniczych facetów, ale bez jaj.
Róbmy sobie jaja, ale malutkie, przypomniało mi się jedno z powiedzonek
Kozieja, technika policyjnego z komendy w Ciechanowie i jedynego mojego
kumpla w tamtym miejscu. Jeśli chodzi o wprowadzanie Pauliny w meandry
mojej przeszłości, można to było uznać za jaja co najmniej rozmiaru M.
Oczywiście, opowiedziałem jej o tragicznym końcu mojego małżeństwa z Marią, wyznałem naturę więzi łączących mnie z babką Felicją, w zarysie
streściłem moje losy. Nie ma co ukrywać, był to zarys bardzo ogólny,
oparty na co lepszych kawałkach jasno oświetlonych reflektorem
optymizmu. Wydawało mi się, że wciąż jeszcze za wcześnie na szczegóły i wyznania. Ile my byliśmy razem? Niewiele ponad kwartał. Do zwierzeń nie
nastrajał mnie też fakt, że w moim życiu zdecydowanie więcej było złego
niż dobrego, ponurych chwil niż radosnych. O czym tu opowiadać, by nie
wyjść na smętnego dupka, który szuka kogoś, kto go utuli i pogłaszcze po
głowie? Nie bez znaczenia było również, że zwyczajnie obawiałem się, że
opowiastkami o przeszłości zrażę Paulinę. A zrazić nie chciałem. I tak
wydawało mi się szczytem fartu, że się mną zainteresowała, uważała mnie
za ciekawego, mądrego faceta. Skonstatowałem to z niejakim zdziwieniem.
Czyżbym aż tak się zmieniał? Czyżbym po raz pierwszy od dawna chciał
widzieć uznanie w czyichś oczach? Kiedyś mnie to waliło. Wolałem zbyt
wiele nad tym nie rozmyślać. Nie teraz.
- Staszek jest wątpliwym źródłem informacji. Wierz mi.
- Mów, co chcesz - odparła.
A potem zniknęła w łazience, by zrobić się na bóstwo.
Poszedłem na balkon zapalić. Oparłem się o balustradę i popatrywałem na
wieczorne życie turystycznej wiosczyny. Ruch był bez wątpienia o wiele
większy niż w Ciechanowie o tej porze. Ale co tam! Ciechanów był daleko,
a blisko była zmora z krakowskiej przeszłości. Aby się zrelaksować przed
spotkaniem, które, jak sądziłem, dla mnie miłe nie będzie, zabawiłem się
w wyobrażanie sobie, jak może wyglądać żona Staszka. Stawiałem na prawo
kontrastu. Wedle tego pani Kiełbasowa powinna być większa i wyższa od
męża, mieć sporą nadwagę i pragnienie, żeby nakarmić do syta wszystkich,
którzy znajdą się w zasięgu jej wzroku. Pomyliłem się, i to bardzo.
Tak jak Paulina wcześniej ustaliła ze Staszkiem, czekali na nas pod
hotelem. Tych dwoje w skowronkach, reszta towarzystwa z minami
niekoniecznie wyrażającymi entuzjazm. Okazało się, że żona Kiełbasy,
Małgorzata, była od niego niższa i jeszcze drobniejsza. W całkiem ładnej
sukience w bliżej nieokreślone, przynajmniej dla mnie, kwiaty wyglądała
trochę jak dziewczynka, której natura przez przypadek albo pomyłkę dała
kilka zmarszczek. Przywlekli też ze sobą córkę, Basię, która z powodzeniem mogła robić za żywą antyreklamę fast foodów, choć wdziała
strój maskujący w postaci za dużego o przynajmniej dwa numery T-shirta i obszernych płóciennych rybaczek. Mój kolega-niekolega był ubrany jak na
rodaka w wakacyjnej delegacji przystało - bermudy w maziaje w kolorach
bardziej niż kontrastowych, odprasowaną koszulkę polo, żółtą jak łan
kwitnącego rzepaku, a na nogach gumowe klapki, które czas świetności
przeżywały zapewne dwa sezony wcześniej. Jeśli nie trzy.
Po powitaniach Staszek powiódł nas do nieodległej - jak wszystko w Arkoudi - malowniczo położonej knajpki. Jej drewniany taras wychodził
tak daleko w morze, że prawie nad nim wisiał. Nie za bardzo wierzyłem w grecką budowlankę, więc gdybym był religijny, z miejsca zacząłbym
odmawiać zdrowaśki czy inne koronki. Ale nie byłem, więc jedynie miałem
nadzieję, że konstrukcja wytrzyma. Wątłą. Staszek zachwalał, że jedzenie
jest tam proste, ale świetne. I faktycznie, owoce morza i ryby, wszystko
świeże i przygotowane bez zbędnych ceregieli. Szczególnie smakowały mi
smażone kalmary, które u nas występowały jedynie w postaci przemrożonych
krążków o konsystencji i smaku gumy. Uznałem, że właściwie nawet tylko
po to, by ich skosztować, warto było kopnąć się do Grecji. Do tego różne
pasty z warzyw i tzatziki. I wino, dużo wina w szklanych półlitrowych
karafkach. Tak, wino mogło być jakimś rozwiązaniem na ten wieczór.
Po upalnym dniu wszyscy byli głodni, więc skupili się na jedzeniu, potem
jednak nastąpiło nieuchronne i przeze mnie niepożądane, czyli
konwersacja. Na stół wjechały kolejna karafka białego wina i kawa po
grecku. Zauważyłem, że Staszka aż skręca, żeby wreszcie sobie pogadać.
Miałem tylko nadzieję, że skupi się na monologach. Niestety, okazało
się, że jest to dla mnie dzień pomyłek.
- No wiesz, no wiesz, zawsze mnie ciekawiło, czemu poszedłeś do policji?
- Przez przypadek - powiedziałem na odczepnego.
Staszek jednak, jak to Staszek, nie dał się łatwo zbyć.
- Nie no, żartujesz sobie. Przez przypadek to można zostać
przedstawicielem handlowym i wciskać ludziom przyprawy pewnej nie za
bardzo wiodącej firmy. Tak jak ja.
- Ciekawe, co byś mówił, jakby siedział z nami twój szef. - W głosie
Gośki pobrzmiewało nieskrywane szyderstwo.
Kiełbasowie zmierzyli się wzrokiem. Czyżby w ich stadle brakowało
miłości i zrozumienia? A może były to zwyczajne igraszki małżonków,
którzy już zbyt długo byli ze sobą i od czasu do czasu muszą w ten czy
inny sposób podnieść sobie nawzajem ciśnienie? Nie zamierzałem tego
dociekać. Zauważyłem, że Paulina śledzi rozwój sytuacji przy stole z wyraźnym rozbawieniem. Przynajmniej jedna osoba tego wieczoru miała
rozrywkę, choć trudno powiedzieć, czy na poziomie.
Staszek spuścił wzrok. Byłem pewien, że z pojedynków twarzą w twarz z żoną bardzo rzadko wychodził zwycięsko. A być może nigdy. Nic dziwnego,
że wrócił do tego, co było dla niego zdecydowanie łatwiejsze, czyli do
przesłuchiwania mojej skromnej osoby:
- Na początku byłeś rzecznikiem komendy. Nawet w telewizji cię
widziałem. Pamiętasz, Gośka, jak ci pokazywałem Konrada w "Wiadomościach"? Pamiętasz, jak mówiłem, że to mój kumpel, z którym na
studiach prycza w pryczę spaliśmy?
Z tym spaniem obok siebie przesadził, ale jego małżonka raczej o tym nie
wiedziała, więc skinieniem głowy łaskawie potwierdziła jego wersję.
- Ale, ale... Potem zostałeś przecież zwykłym psem?
Baśka, która do tej pory ćwiczyła sprawność kciuków, pukając w smartfon,
przerwała niecierpiącą zwłoki korespondencję ze światem i okolicami, by
podzielić się doświadczeniem życiowym:
- Nie mów do psa pies. Kiedyś ziomek z klasy tak powiedział do psa z patrolu i miał grubo przechlapane.
- Baśka, zachowuj się - skarciła córę Gośka, nim szanowny małżonek
zdążył otworzyć usta.
Roześmiałem się i wyciągnąłem do dziewczyny otwartą dłoń. Przybiła
piątkę, choć z pewnym wahaniem. Być może wywracałem jej prosty,
nastoletni świat wartości na nice, ale powiedziałem:
- Jestem psem i się tego nie wstydzę. A właściwie byłem.
- To ty po śmierci żony, jak ona miała na imię... - nie skończył, jęknął,
spojrzał z wyrzutem na żonę i powiedział ze szczerym wyrzutem: -
Nadepnęłaś mi na stopę.
Gośka przewróciła oczami, Paulina zamarła. Tylko Baśka zdawała się nie
orientować, co dzieje się przy stole, i spokojnie wróciła do pukania w ekran telefonu. Bardzo prawdopodobne, że relacjonowała niemal na żywo
to, co działo się przy stole, koleżaneczce czy koleżce, robiąc sobie
podśmiechujki ze staroci, które nawijają jak potłuczone. Są sprawy, o których nie wypada mówić w towarzystwie. Na przykład o tragicznie
zmarłych żonach. W tym momencie ze szczególnym uwzględnieniem mojej żony
Marii. Mogłem utrudnić konwersację, sprawić, żeby wszystkim zrobiło się
nieprzyjemnie, żeby odczuli dotkliwy psychiczny dyskomfort. Może poza
Staszkiem, który zazwyczaj wykazywał wrażliwość dobrze wysuszonego bala
drewna. I pewnie jeszcze całkiem niedawno bez zastanowienia tak bym
zrobił. Mogłem także zgrabnie zmienić temat, brnąć w small talk z motywem przewodnim naszych, ze Staszkiem, studenckich przygód. Wybrałem
pośrednie rozwiązanie. Coraz częściej łapałem się na tym, że powoli
zmieniałem się w prawdziwego mistrza rozwiązań złotego środka. Nie
powiem, żeby mnie to przesadnie cieszyło.
- A skąd ty właściwie wiesz o Marii? - spytałem Staszka.
- No ten, no wiesz... Nie kop mnie. - Pewnie chciał krzyknąć, ale ledwie
pisnął przez ściśnięte gardło. Gośka tylko wzruszyła ramionami. -
Koledzy mówili... Z roku. Ty się towarzysko za bardzo nie udzielałeś.
Zresztą jak zawsze. Ale przy browarku czasami o tobie gadaliśmy. Byłeś
przecież tak jakby gwiazdą.
"Tak jakby" było w tym zdaniu kluczowe. Choć pewnie Staszek nie zdawał
sobie z tego sprawy. Nic a nic. Paulina zakrztusiła się mineralną, a kiedy już złapała oddech, spytała:
- Jaką niby gwiazdą? I czemu nic o tym nie wiem?
- Od czasu do czasu moja gęba pojawiała się w telewizorze. I tyle było
tego gwiazdowania. Nie miałem żadnego parcia na szkło, to wszystko było
służbowo, za czasów, gdy byłem rzecznikiem prasowym w krakowskiej
komendzie.
- Tak więc... - Staszek nie dawał się zepchnąć na boczny tor konwersacji -
no wiesz, gadało się o tobie i Marii. Szczególnie jak... umarła.
- Dawne dzieje - przerwałem Kiełbasie ostrym tonem. Nie chciałem, żeby
się rozkręcił z opowieściami o Marii. Tym bardziej że nie miałem
pojęcia, jaką opowieść sobie stworzył albo usłyszał od któregoś z kolegów, którzy, prawdę powiedziawszy, wcale nie byli moimi kolegami. I bez wątpienia niewiele o mnie wiedzieli. Co nie wadziło w stworzeniu
mrocznej mitologii. - Poza tym, jak wspominałem, już nawet nie pracuję w policji.
- Jak to?
Twarz Staszka wyrażała bezgraniczne, czyste zdumienie. Znałem tę minę od
dawna, choć nie podejrzewałem, że po latach niewidzenia kumpla-niekumpla
wciąż tkwi w zakamarkach mojej pomięci.
- Normalnie. Nikt przecież nie pracuje w policji do osiemdziesiątki.
Próbowałem zbyć go pierwszym lepszym tekstem. Nie sądziłem, żeby
historia mojego brawurowego i absolutnie niezgodnego z procedurami
śledztwa w sprawie nagłej epidemii samobójstw nastolatek w Ciechanowie
dotarła aż do Krakowa. Może pojawiły się krótkie notki na temat tej
sprawy w mediach ogólnopolskich. Później wiceprezydent Dudek, niech mu
grób córki wyrzutem będzie, zadbał, aby zbyt wiele się o tym nie mówiło
i nie pisało. Skutecznie. Wydawało mi się więc, że mogę opowiadać
Kiełbasie dowolne bajki na temat mojego odejścia ze służby. Jednak nie
ze Staszkiem takie numery.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki