Śmierć kroczy za mną - M.Wilga

Kup ebooka

41.90 zł
32.79 zł (41,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Nie­bie­ski pick-up mo­zol­nie brnął roz­mo­kłą grun­to­wą dro­gą. Deszcz sią­pił od ty­go­dnia i nic nie wska­zy­wa­ło na to, że w cią­gu naj­bliż­szych go­dzin mia­ło­by prze­stać pa­dać. Po­jazd bu­jał się ła­god­nie, gdy któ­reś z kół wpa­da­ło w głęb­szą za­pa­dli­nę. Kie­row­ca do­sto­so­wał pręd­kość do pa­nu­ją­cych wa­run­ków tak, aby wszyst­ko, co za­ła­do­wał i sta­ran­nie za­bez­pie­czył na skrzy­ni swo­je­go auta, w ca­ło­ści i bez strat do­tar­ło do wy­zna­czo­ne­go celu.

Prze­mie­rza­na te­raz tra­sa nie przy­po­mi­na­ła w ni­czym tej, któ­rą pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa. Wszyst­ko było inne: drze­wa, krze­wy, na­wet dziu­ry w dro­dze.

Kie­dyś znał każ­dy cen­ty­metr tego trak­tu: każ­dy ka­mień, za­głę­bie­nie i ko­rze­nie li­po­wych drzew, któ­re tuż pod po­wierzch­nią two­rzy­ły swo­isty wzór, ko­ja­rzą­cy się ma­łe­mu chłop­cu z siat­ką żył wi­dzia­ną pod ludz­ką skó­rą.

W cza­sie wa­ka­cji, a nie­mal każ­de­go roku spę­dzał je u ro­dzi­ców swo­jej mat­ki, prze­mie­rzał ją kil­ka, a na­wet kil­ka­na­ście razy dzien­nie - tam i z po­wro­tem. Za­wsze z wiel­kim sen­ty­men­tem wspo­mi­nał czas spę­dzo­ny w sta­rym drew­nia­nym dom­ku.

To była inna epo­ka - przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy wy­po­wie­dział te sło­wa na głos, czy tyl­ko o tym po­my­ślał. Spoj­rzał na psa, zwi­nię­te­go w kłę­bek na sie­dze­niu pa­sa­że­ra. Pierw­sze stwo­rze­nie na świe­cie, któ­re na­le­ża­ło tyl­ko do nie­go, tak jak on na­le­żał tyl­ko do swo­je­go psa.

Psiak ude­rzył dwa razy ogo­nem o sie­dze­nie pick-upa, tak jak­by chciał po­wie­dzieć: "Wiem, że o mnie my­ślisz".

- Je­steś brzyd­ki jak kupa po ja­go­dach, ale je­steś mój. - Czło­wiek za kie­row­ni­cą, wy­po­wie­dział te sło­wa gło­śno, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od wy­bo­istej dro­gi, a psi­sko znów ude­rzy­ło dwa razy ogo­nem o fo­tel pa­sa­że­ra. - Wiem, wiem, mnie też ni­cze­go nie bra­ku­je - bąk­nął jak­by w od­po­wie­dzi na nie­sły­szal­ne psie oskar­że­nie.

Męż­czy­zna czę­sto mó­wił do psa. Zwie­rzak stał się po­wier­ni­kiem za­rów­no prze­my­śleń, jak i mrocz­nych ta­jem­nic swo­je­go wła­ści­cie­la. A ten miał ich "odro­bi­nę" wię­cej niż prze­cięt­ny oby­wa­tel.

- Jesz­cze chwi­la i bę­dzie­my na miej­scu. Po­do­ba ci się czy nie, to nasz nowy dom - rzu­cił do sier­ściu­cha, a w od­po­wie­dzi znów dało się sły­szeć dwa ude­rze­nia ogo­nem o fo­tel. - Nie je­steś zbyt wy­lew­ny. - Po tych sło­wach męż­czy­zna rzu­cił swo­je­mu to­wa­rzy­szo­wi krót­kie spoj­rze­nie.

Pies wes­tchnął, tak jak­by uznał, że nie ma ar­gu­men­tu mo­gą­ce­go prze­ko­nać czło­wie­ka do po­rzu­ce­nia po­my­słu za­miesz­ka­nia na tym od­lu­dziu.

Kloc­ki ha­mul­co­we nie­przy­jem­nie otar­ły się o tar­cze i wy­da­ły z sie­bie krót­ki, wy­so­ki pisk. Pies uniósł łeb, bo do­brze zna­ny dźwięk był dla nie­go sy­gna­łem, że za chwi­lę bę­dzie mógł wy­sko­czyć z auta.

- Je­ste­śmy na miej­scu - po­in­for­mo­wał swo­je­go wło­cha­te­go to­wa­rzy­sza. - Nie dzię­kuj - rzu­cił zło­śli­wie, otwo­rzył drzwi i wy­siadł z po­jaz­du. Po­czuł na kar­ku deszcz, któ­ry na­dal są­czył się z ni­sko za­wie­szo­nych oło­wia­nych chmur. - Mor­dor1 - po­wie­dział sam do sie­bie, a para wy­do­by­wa­ją­ca się z jego ust za­kłę­bi­ła się przed ocza­mi.

Jesz­cze ty­dzień, dwa i po­go­da bę­dzie dużo lep­sza - prze­ko­ny­wał sam sie­bie, pró­bu­jąc so­bie ja­koś wszyst­ko wy­tłu­ma­czyć.

- Kla­wisz, wy­łaź - rzu­cił krót­ką ko­men­dę.

Pies wy­sta­wił pysk przez uchy­lo­ne drzwi sa­mo­cho­du, ale nie wy­ka­zy­wał en­tu­zja­zmu do tego, aby wyjść wprost w ob­ję­cia za­chod­nio­po­mor­skiej wio­sny, wo­lał zo­stać w do­brze już na­grza­nym i wy­god­nym wnę­trzu auta.

- Wy­łaź, nie ma­rudź. Gdzie two­ja psia god­ność?

Kla­wisz wy­sko­czył z sa­mo­cho­du, tak jak­by chciał udo­wod­nić, że na­dal jest tym za­dzior­nym szcze­nia­kiem, któ­re­go czło­wiek przy­gar­nął kil­ka lat temu.

Sta­li przed ma­łym drew­nia­nym dom­kiem. Srebr­no­sza­re de­ski gdzie­nie­gdzie po­kry­te czar­ną pa­ty­ną mo­gły ostu­dzić za­pał naj­zna­ko­mit­szych oso­bo­wo­ści sztu­ki cie­siel­skiej.

- Oba­wiam się, że wie­dza z YouTu­be'a, nie wy­star­czy, aby to ogar­nąć, po­trze­bu­je­my po­sił­ków - oznaj­mił swo­je­mu psu.

Ru­szył po­wo­li w kie­run­ku drzwi i po­ko­nał dwa stop­nie drew­nia­nych scho­dów, jed­nak za­wa­hał się chwi­lę, za­nim po­sta­wił pierw­szy krok na gan­ku i zna­lazł w so­bie na tyle od­wa­gi, aby sta­nąć na nie­pew­nym pod­ło­żu. Za­trzy­mał się na kil­ka se­kund, sta­ra­jąc osza­co­wać, czy de­ski nie pod­da­dzą się pod jego cię­ża­rem. Ru­szył po chwi­li. Raz, dwa, trzy, po­li­czył w gło­wie kro­ki, ja­kie mu­siał zro­bić, aby do­trzeć do fron­to­wych drzwi. Za­trzy­mał się po­now­nie przed nimi, aby się­gnąć do kie­sze­ni spodni po klucz. Ku zdu­mie­niu męż­czy­zny za­mek pod­dał się bez naj­mniej­sze­go opo­ru. Na­ci­snął klam­kę, pchnął drzwi i z ci­chym skrzyp­nię­ciem otwo­rzył na całą sze­ro­kość po­dwo­je dom­ku.

Prze­kro­czył próg, zro­bił jesz­cze je­den krok w głąb po­miesz­cze­nia i roz­pły­nął się w ciem­no­ściach.

Pies uniósł się, tyl­ko po to, aby usiąść po­now­nie w tym sa­mym miej­scu, prze­chy­lił gło­wę i wpa­try­wał się w czar­ną ot­chłań, któ­ra po­zo­sta­ła za ple­ca­mi jego przy­ja­cie­la.

1 Sie­dzi­ba zła we "Wład­cy Pier­ście­ni" - fik­cyj­na, wul­ka­nicz­na kra­ina w Śród­zie­miu stwo­rzo­na przez J.R.R. Tol­kie­na, rzą­dzo­na przez głów­ne­go an­ta­go­ni­stę - Sau­ro­na. Ko­ja­rzo­na z ciem­no­ścią, znisz­cze­niem i ar­mią or­ków.

Rozdział 2

Ka­ri­ma­ta i śpi­wór - je­dy­nie to ścią­gnął wczo­raj ze skrzy­ni swo­je­go le­ci­we­go pick-upa. Na roz­ła­do­wa­nie resz­ty ba­ga­żu nie zna­lazł już cza­su, sił ani ocho­ty. Te­raz ża­ło­wał, że nie po­tra­fił wy­krze­sać z sie­bie po­przed­nie­go dnia nic wię­cej. Chłód i wil­goć obu­dzi­ły go wcze­snym ran­kiem, po­czuł dzię­ki temu wy­raź­niej skut­ki swo­ich wczo­raj­szych za­nie­dbań.

Usiadł. Sta­rał się w mro­ku zlo­ka­li­zo­wać pacz­kę pa­pie­ro­sów, któ­rą po­zo­sta­wił w za­się­gu ręki na pod­ło­dze obok swe­go le­go­wi­ska. Po omac­ku na­tra­fił na do­brze zna­ny mu kształt, pod­niósł pu­deł­ko i wstrzą­snął, aby się upew­nić, że za­pal­nicz­ka jest tam, gdzie być po­win­na. Za­grze­cho­ta­ło w środ­ku. Otwo­rzył pacz­kę, wy­su­nął za­pal­nicz­kę na dłoń, ujął po­mię­dzy pal­ce pa­pie­ro­sa, któ­ry wy­su­nął się wraz z za­pal­nicz­ką.

Mały pło­mień roz­świe­tlił na mo­ment po­miesz­cze­nie, męż­czy­zna za­cią­gnął się, za­trzy­mał na chwi­lę dym w płu­cach, a na­stęp­nie wy­dmu­chał go ze świ­stem.

- Kla­wisz, wsta­waj chło­pa­ku, dłu­gi dzień przed nami. Chciał­bym, że­byś kie­dyś do cze­goś się przy­dał. - Gdy tyl­ko to po­wie­dział, usły­szał w ciem­no­ści stuk psich pa­zu­rów o pod­ło­gę. - Mógł­byś cho­ciaż jaj­ka zno­sić - kon­ty­nu­ował ką­śli­wie.

Pies pod­szedł na tyle bli­sko, że zdo­łał­by do­tknąć no­sem swo­je­go pana.

- No, chodź tu do mnie, wiesz do­brze, że żar­tu­ję. - Po­dra­pał psa za usza­mi, któ­re wy­pa­trzył w ni­kłym świe­tle, ja­kie da­wał żar pa­pie­ro­sa. - Okej, po­zwól mi wstać. - Ode­pchnął de­li­kat­nie czwo­ro­no­ga i po­wo­li, z pa­pie­ro­sem w ustach, uniósł się do pio­nu, ru­szył nie­pew­nym kro­kiem w kie­run­ku drzwi, na­ma­cał klam­kę i po­cią­gnął.

Ciem­no­sza­ry, mgli­sty po­ra­nek wci­snął się do wnę­trza drew­nia­ne­go dom­ku, a sto­ją­cy w pro­gu męż­czy­zna ko­lej­ny raz głę­bo­ko za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i wpa­try­wał bez­myśl­nie w dal. Oprzy­tom­niał do­pie­ro, gdy na skra­ju pola wi­dze­nia do­strzegł błysk re­flek­to­rów zbli­ża­ją­ce­go się po­jaz­du. Na­tych­miast otrzeź­wiał. Jego mózg za­czął pra­co­wać ze zdwo­jo­ną pręd­ko­ścią i ana­li­zo­wać oko­licz­no­ści, w ja­kich się wła­śnie zna­lazł. Po szyb­kim prze­glą­dzie moż­li­wych opcji męż­czy­zna wy­raź­nie się od­prę­żył. Dało się sły­szeć ci­chy po­mruk zbli­ża­ją­ce­go się do dom­ku ele­ganc­kie­go SUV-a. Po chwi­li auto za­trzy­ma­ło się przed gan­kiem.

Wy­sia­dła z nie­go do­brze ubra­na ko­bie­ta, świa­do­ma swo­jej war­to­ści, co dało się od razu wy­czuć.

- Nie od­bie­rasz te­le­fo­nu - wy­pa­li­ła bez wstęp­nych uprzej­mo­ści.

- Do­pie­ro wsta­łem, a te­le­fon zo­stał pod­pię­ty w moim sa­mo­cho­dzie. - Męż­czy­zna usi­ło­wał się wy­tłu­ma­czyć, w tym sa­mym cza­sie jego pies wy­szedł przed dom, za­in­te­re­so­wa­ny po­ran­nym za­mie­sza­niem.

- Twój? - za­py­ta­ła ko­bie­ta, wska­zu­jąc bro­dą zwie­rza­ka.

- Tak. To mój kum­pel, ma na imię Kla­wisz - od­parł męż­czy­zna.

- Po­wie­dzia­ła­bym, że jest ład­ny, ale obo­je wie­my, że to nie­praw­da - oznaj­mi­ła.

- Dla mnie li­czy się jego od­da­nie, cze­go na przy­kład to­bie z całą pew­no­ścią bra­ku­je - od­parł.

- Je­steś taki sam jak oj­ciec. Za­sa­dy, lo­jal­ność, od­da­nie, to dla was za­wsze było na pierw­szym miej­scu, a we współ­cze­snym świe­cie te ce­chy to sła­bość. - Po tych sło­wach ru­szy­ła ener­gicz­nie w kie­run­ku drzwi.

Męż­czy­zna sto­ją­cy w pro­gu cof­nął się do środ­ka ciem­ne­go po­miesz­cze­nia, aby po­zwo­lić przejść i nie dać się stra­to­wać roz­pę­dzo­nej ko­bie­cie. Dało się sły­szeć su­chy trzask włącz­ni­ka oświe­tle­nia.

- Sie­dzia­łeś tu w tych egip­skich ciem­no­ściach? - za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

Tru­pio bla­de świa­tło te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go roz­ja­śni­ło po­miesz­cze­nie. Ko­bie­ta, oświe­tla­jąc so­bie dro­gę, po­de­szła do bia­łej skrzyn­ki elek­trycz­nej za­mo­co­wa­nej na prze­ciw­le­głej do drzwi ścia­nie. Otwo­rzy­ła małe prze­zro­czy­ste drzwicz­ki, za któ­ry­mi ukry­wał się cały rząd bez­piecz­ni­ków elek­trycz­nych i... klik.

- Niech sta­nie się świa­tło - po­wie­dzia­ła, od­wra­ca­jąc się do fa­ce­ta sto­ją­ce­go za jej ple­ca­mi. - Oj, To­mek, To­mek - zwró­ci­ła się do­bro­dusz­nie z nutą mat­czy­nej cier­pli­wo­ści - nic się nie zmie­ni­łeś. Cią­gle ten sam bez­rad­ny chło­piec, za któ­re­go za­wsze wszyst­ko robi młod­sza sio­stra.

- Daję so­bie do­sko­na­le radę bez two­jej po­mo­cy - od­ciął się.

- Chy­ba nie do koń­ca, sko­ro za­dzwo­ni­łeś do mnie po trzech la­tach mil­cze­nia.

- Chcia­łem cię po pro­stu zo­ba­czyć, tę­sk­ni­łem - od­po­wie­dział.

- Pew­nie dla­te­go tak wy­lew­nie mnie po­wi­ta­łeś, praw­da? - Jak za­wsze ostat­nie sło­wo mu­sia­ło na­le­żeć do niej.

- Daj­my już spo­kój tym słow­nym prze­py­chan­kom, Ka­ta­rzy­no - po­wie­dział po­jed­naw­czo. - Nie po to do cie­bie dzwo­ni­łem. Chcia­łem się po pro­stu spo­tkać z sio­strą i po­ga­dać, nie­ko­niecz­nie o szó­stej trzy­dzie­ści gdzieś na od­lu­dziu, ale sko­ro so­bie ży­czysz... - uciął, a ką­cik ust uniósł się w cha­rak­te­ry­stycz­nym dla nie­go uśmie­chu.

- Masz ra­cję - od­par­ła po krót­kim na­my­śle. - Za­pra­szam na kawę. Po dro­dze wi­dzia­łam Ga­sthaus. Jest tam mała re­stau­ra­cja, za­pew­ne jak we wszyst­kich ho­te­lach śnia­da­nie od siód­mej. Zje­my, wy­pi­je­my kawę, po­ga­da­my. Ko­lej­ność do­wol­na. Ubierz się - rzu­ci­ła.

"Ga­sthaus? Na Boga! Nie ma już pol­skie­go od­po­wied­ni­ka na przy­droż­ny za­jazd? Czyż­by umknę­ła mi ja­kaś nie­miec­ka anek­sja"? - ob­ru­szył się w my­ślach i wsu­nął sto­py w Croc­sy.

- Już - po­in­for­mo­wał sio­strę.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na nie­go, unio­sła wzrok ku nie­bu i po­krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem gło­wą.

- Wi­dzę, że na­dal nie za­wra­casz so­bie dupy ety­kie­tą - pod­su­mo­wa­ła.

*

- Nic nie zja­dłeś - po­wie­dzia­ła Ka­sia.

- Przy­pa­dłość więk­szo­ści pa­la­czy. Za­zwy­czaj nie ja­da­ją śnia­dań - od­parł od nie­chce­nia. - Le­piej po­wiedz, co u cie­bie.

- Ja­koś się krę­ci - od­po­wie­dzia­ła zdaw­ko­wo - ale nie­ste­ty, kto chce pro­wa­dzić biz­nes w tym kra­ju, nie ma zbyt wie­le cza­su dla sie­bie i swo­ich bli­skich. Dla­te­go wła­śnie o szó­stej trzy­dzie­ści i dla­te­go wła­śnie tu­taj, bo je­stem po dro­dze do Wro­cła­wia.

- Te­raz ro­zu­miem - od­parł To­mek - cho­ciaż łu­dzi­łem się przez chwi­lę, że to tę­sk­no­ta za bra­tem zmu­si­ła cię do wi­zy­ty na wschod­nim brze­gu Odry. Aż łez­ka w oku mi się za­krę­ci­ła. - Po tych sło­wach lewy ką­cik jego ust po­wę­dro­wał do góry.

- To biz­nes mnie tu spro­wa­dził, ty je­steś przy oka­zji. Dziad­ka Sta­sia ru­skim czoł­giem do Pol­ski nie­ste­ty nie przy­wieź­li, a więc jak chcesz do cze­goś tu­taj dojść, to mu­sisz za­pier­da­lać za trzech albo wró­cić już usta­wio­ny z za­gra­ni­cy. Każ­de z nas wy­bra­ło swo­ją wła­sną dro­gę, nie oce­niam i nie chcę wie­dzieć - oznaj­mi­ła bra­tu.

Dzwo­nek za­in­sta­lo­wa­ny przy drzwiach za­sy­gna­li­zo­wał, że ktoś je otwo­rzył i prze­kro­czył próg za­jaz­du.

- Dzień do­bry, sze­fo­wo - roz­niósł się głos dziew­czy­ny z ob­słu­gi.

- Dzień do­bry, Ga­bry­siu. Cześć, Ka­siu. - Sio­stra na dźwięk swo­je­go imie­nia unio­sła wzrok znad kub­ka.

- Cześć, Olu. - Pierw­szy raz tego dnia na jej twa­rzy za­go­ścił nie­wy­mu­szo­ny uśmiech. Wsta­ła od sto­li­ka, aby przy­wi­tać zna­jo­mą.

- To mój star­szy brat To­masz. Pa­mię­tasz go? - za­py­ta­ła ją.

- Oczy­wi­ście, że pa­mię­tam, ale nie wiem, czy roz­po­zna­ła­bym go na uli­cy, po tylu la­tach - od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta.

Męż­czy­zna oży­wił się na te sło­wa i za­in­try­go­wa­ny prze­bie­giem wy­da­rzeń uniósł wzrok. Roz­po­znał ten głos, czas nie miał na nie­go ab­so­lut­nie żad­ne­go wpły­wu. Wstał z krze­sła o wie­le szyb­ciej, niż­by chciał. Choć bar­dzo sta­rał się kon­tro­lo­wać wła­sne emo­cje, nie zdo­łał za­pa­no­wać nad swo­ją re­ak­cją.

- Dzień do­bry - wy­du­sił z sie­bie nie­pew­nie.

- Dzień do­bry? A cóż to za ofi­cjal­ny ton? - po­wie­dzia­ła ro­ze­śmia­na dziew­czy­na, jed­no­cze­śnie wy­cią­ga­jąc do nie­go rękę na po­wi­ta­nie. Unio­sła wzrok, spoj­rza­ła wprost w cze­ko­la­do­we oczy Tom­ka i uśmiech zgasł na jej twa­rzy.

- Po­si­wia­łeś - oznaj­mi­ła me­lan­cho­lij­nie. - Zmarszcz­ki po­ora­ły na­wet cie­bie. - Wpa­try­wa­ła się chwi­lę swo­imi szma­rag­do­wy­mi ocza­mi w twarz męż­czy­zny.

- Może usią­dzie­my - za­pro­po­no­wa­ła Ka­ta­rzy­na, czym prze­rwa­ła tę nie­zręcz­ną chwi­lę ci­szy.

- Tak, oczy­wi­ście - od­po­wie­dział To­mek, wska­zu­jąc Oli krze­sło na­prze­ciw­ko sie­bie.

- Na­dal nie­śmia­ły wo­bec ko­biet? - za­py­ta­ła Ola z ta­jem­ni­czym wy­ra­zem twa­rzy.

- Mam na­dzie­ję, że nie ule­gły wo­bec męż­czyzn - do­da­ła zło­śli­wie Ka­sia.

- Moja sio­stra, jak wi­dzisz, czer­pie sa­tys­fak­cję z upo­ka­rza­nia mnie w miej­scach pu­blicz­nych - od­ciął się To­masz, spo­glą­da­jąc na sio­strę wzro­kiem, któ­ry mógł­by za­mie­nić ją w głaz na za­wsze.

- To twój przy­by­tek? - do­cie­ka­ła Ka­ta­rzy­na, roz­glą­da­jąc się.

- Nie ma o czym mó­wić. - Ko­bie­ta mach­nę­ła ręką.

- Mimo wszyst­ko - od­rze­kła Ka­ta­rzy­na - je­stem pod wra­że­niem.

- W tak ma­łym mia­stecz­ku nie ma wie­lu moż­li­wo­ści, czło­wiek bie­rze, co jest, aby utrzy­mać sie­bie i dziec­ko - ar­gu­men­to­wa­ła Ola.

- Mój brat po­sta­no­wił za­miesz­kać w tym mia­stecz­ku, no, może nie w sa­mym mia­stecz­ku, ale w dom­ku dziad­ków, po dru­giej stro­nie je­zio­ra - kla­ro­wa­ła Ka­sia. - Po­sta­no­wił przejść na wcze­śniej­szą eme­ry­tu­rę, bo po­dob­no nic wię­cej nie jest mu do ży­cia po­trzeb­ne, tyl­ko świę­ty spo­kój, któ­ry za­pra­gnął od­na­leźć wła­śnie tu­taj, z dala od zgieł­ku du­że­go mia­sta.

- Oho, pro­szę! - wy­krzyk­nę­ła nie­mal­że zdu­mio­na Ola. - Mam na­dzie­ję, że bę­dzie­my się te­raz czę­ściej wi­dy­wać. Je­steś tu­taj za­wsze miłym go­ściem.

- Dzię­ku­ję - od­parł. - Nie omiesz­kam sko­rzy­stać z za­pro­sze­nia. - Wy­krzy­wił usta w sub­tel­nym uśmie­chu.

- Mu­si­my już je­chać, wy­bacz, pro­szę - zwró­ci­ła się do Oli. - Przede mną jesz­cze ka­wa­łek dro­gi.

- Ro­zu­miem, ja też mu­szę za­jąć się swo­ją ro­bo­tą - od­po­wie­dzia­ła wła­ści­ciel­ka za­jaz­du.

- A ja zo­sta­wi­łem psa w domu - wtrą­cił męż­czy­zna, roz­kła­da­jąc bez­rad­nie ręce.

Po­że­gna­li się uści­skiem dło­ni.

- Ru­sza­my - za­ko­men­de­ro­wa­ła Ka­sia, a jej brat po­słusz­nie po­szedł za nią.

Za­nim do­tarł do wyj­ścia, sta­rał się jesz­cze raz zła­pać cho­ciaż­by od­bi­cie Oli w szkla­nych drzwiach wej­ścio­wych, co mu się uda­ło. Na­stęp­nie wsie­dli do auta, lecz Ka­ta­rzy­na zwle­ka­ła z uru­cho­mie­niem sil­ni­ka.

- Co jest? - za­py­tał nie­pew­nie To­mek, li­cząc na to, że sio­stra wy­ja­śni mu, dla­cze­go nie ru­szy­ła.

- Jaj­co, kur­wa! - wy­ce­dzi­ła przez za­ci­śnię­te zęby. - Wi­dzia­łam, jak na sie­bie pa­trzy­cie. I to: "nie omiesz­kam"... Ja pier­do­lę, czło­wie­ku, ona prze­ży­ła pie­kło, daj jej spo­kój, pro­szę cię.

- Nie wiem, na ja­kiej pod­sta­wie do­szłaś do wnio­sku, że mam ja­kie­kol­wiek pla­ny wo­bec tej ko­bie­ty - ob­ru­szył się męż­czy­zna.

- Uwła­czasz mo­jej in­te­li­gen­cji, bra­cisz­ku. Po­że­ra­li­ście się wzro­kiem, tak że do­brze wiem, ja­kie są two­je "pla­ny".

Za­mil­kli. Ka­sia uru­cho­mi­ła sil­nik, wy­je­cha­ła z par­kin­gu i ru­szy­ła dro­gą pro­wa­dzą­cą nad je­zio­ro. Je­cha­li chwi­lę w mil­cze­niu, gdy To­mek za­py­tał:

- Ja­kie pie­kło?

- Co: "ja­kie pie­kło"? - od­par­ła Ka­sia, po­de­ner­wo­wa­na nie­pre­cy­zyj­nym py­ta­niem swo­je­go bra­ta.

- Ja­kie pie­kło prze­ży­ła? - po­pra­wił się.

- Jej były mąż znę­cał się nad nią i dziec­kiem. Prze­moc fi­zycz­na, eko­no­micz­na i wszel­kie inne for­my prze­mo­cy, ja­kie tyl­ko mogą się zro­dzić w gło­wie so­cjo­pa­ty. Fa­cet był w tej dzie­dzi­nie mi­strzem. Gdy­by ist­nia­ła taka dys­cy­pli­na spor­tu, mógł­by z po­wo­dze­niem re­pre­zen­to­wać nasz kraj na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej.

- A więc ta­kie pie­kło - wes­tchnął.

- Za­wie­dzio­ny? - za­py­ta­ła sar­ka­stycz­nie.

To­mek nie ode­zwał się już ani sło­wem do koń­ca krót­kiej po­dró­ży. A kie­dy do­tar­li do ma­łe­go drew­nia­ne­go dom­ku, Ka­ta­rzy­na wy­łą­czy­ła sil­nik.

- Sta­ra­łam się utrzy­mać ten dom w jako ta­kiej kon­dy­cji. Nie ocze­ku­ję za to ni­cze­go w za­mian. Dom na­da­je się do za­miesz­ka­nia, ale trze­ba od­świe­żyć kil­ka jego ele­men­tów. Przede wszyst­kim ele­wację.

Prze­chy­li­ła się w pra­wo, opie­ra­jąc ło­kieć o ko­la­no Tom­ka, otwo­rzy­ła scho­wek i wy­cią­gnę­ła z nie­go mały no­te­sik, po czym wy­rwa­ła z nie­go kart­kę:

- To są na­mia­ry na pana Wal­de­ma­ra. On za drob­ną opła­tą zaj­mo­wał się dom­kiem: na­pra­wy, kon­ser­wa­cje i temu po­dob­ne pier­do­ły. Skon­tak­tuj się z nim. Do­sta­niesz od nie­go kom­plet klu­czy i garść bez­cen­nych in­for­ma­cji - wy­ja­śni­ła bra­tu, wrę­cza­jąc mu ka­wa­łek za­pi­sa­ne­go pa­pie­ru. - Nie zgub tego - do­rzu­ci­ła.

- Nie zgu­bię - sta­rał się uspo­ko­ić sio­strę.

- Pan Wal­dek nie lubi, jak się do nie­go mówi Vol­de­mort - po­wie­dzia­ła Ka­sia z uda­wa­nym zdzi­wie­niem.

- Nie wiem, co po­cząć te­raz z tą wie­dzą - od­po­wie­dział męż­czy­zna, otwie­ra­jąc drzwi auta.

- Ach, jesz­cze jed­no... - spoj­rza­ła na Tom­ka, któ­ry za­stygł na chwi­lę w ocze­ki­wa­niu na ciąg dal­szy - ...ko­cham cię, bra­cisz­ku.

Kiw­nął je­dy­nie gło­wą i wy­siadł z auta, po czym ru­szył w kie­run­ku domu, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Kie­dy za­par­ko­wał przed do­mem, ze środ­ka dało się sły­szeć uja­da­nie psa.

- Je­stem, uspo­kój się - oznaj­mił przez drzwi.

Pies, uko­jo­ny gło­sem pana, za­milkł, a ci­szę za­kłó­cał je­dy­nie po­mruk sil­ni­ka od­da­la­ją­ce­go się auta.

*

Słoń­ce było nad ho­ry­zon­tem i choć gę­sta mgła sku­tecz­nie ogra­ni­cza­ła wi­docz­ność tar­czy sło­necz­nej, świa­tła we­wnątrz domu było wy­star­cza­ją­co dużo, aby bez prze­szkód oraz nie­po­trzeb­ne­go ry­zy­ka po­ru­szać się po nie­licz­nych po­miesz­cze­niach. Jed­nak nowy wła­ści­ciel uznał, że le­piej bę­dzie sko­rzy­stać z do­rob­ku cy­wi­li­za­cji przy prze­no­sze­niu skrom­ne­go do­byt­ku z auta do domu, Dla­te­go włą­czył świa­tła we wszyst­kich po­miesz­cze­niach.

W rze­czy sa­mej moż­na tu­taj miesz­kać w ludz­kich wa­run­kach - oce­nił w my­ślach, roz­glą­da­jąc się po izbie.

Po prze­nie­sie­niu rze­czy ze skrzy­ni sa­mo­cho­du, za­czął prze­szu­ki­wać ku­chen­ne szaf­ki, co nie trwa­ło dłu­go. Po zna­le­zie­niu na­czyń, wy­cią­gnął mi­skę i mały ta­le­rzyk de­se­ro­wy, po­sta­wił cen­ne ar­te­fak­ty na blat i wy­szedł przed dom. Wró­cił po chwi­li i za­mknął drzwi za sobą, w jed­nej ręce trzy­ma­jąc pusz­kę psie­go je­dze­nia, w dru­giej pacz­kę pa­pie­ro­sów.

- Śnia­da­nie - oznaj­mił, uno­sząc obie ręce w trium­fal­nym ge­ście. - Każ­de­mu we­dług jego po­trzeb - do­dał.

Pod­szedł do bla­tu, na któ­rym po­zo­sta­wił mi­skę i ta­le­rzyk, jed­nym spraw­nym ru­chem otwo­rzył pusz­kę, prze­chy­lił i cała za­war­tość chlup­nę­ła do mi­ski. Po­sta­wił ją wraz z za­war­to­ścią na pod­ło­dze, wziął do ręki ta­le­rzyk de­se­ro­wy i udał się do ma­łe­go sto­li­ka umiesz­czo­ne­go pod oknem, wy­brał jed­no z dwóch krze­seł wsu­nię­tych pod blat, usiadł, otwo­rzył nową pacz­kę pa­pie­ro­sów, za­pal­nicz­ka trza­snę­ła i To­masz gło­śno wcią­gnął ty­to­nio­wy dym.

- Kla­wisz, kie­dy ty zro­bisz mi śnia­da­nie, chło­pa­ku? - za­py­tał, wy­pusz­cza­jąc dym.

Pies zi­gno­ro­wał za­czep­ki, na­wet nie spoj­rzał na swo­je­go pana, za­ję­ty po­chła­nia­niem swo­je­go przy­sma­ku.

Męż­czy­zna wyj­rzał przez okno za­my­ślo­ny, wi­dzia­ny przez po­dwój­ną szy­bę sad wy­glą­dał w rzed­ną­cej mgle ma­je­sta­tycz­nie. Gdzieś tam za bez­list­ny­mi jesz­cze drze­wa­mi moż­na było do­strzec ma­ja­czą­cą we mgle ta­flę je­zio­ra.

Wie­le pra­cy przede mną - po­my­ślał. - Ale to do­brze, ni­cze­go in­ne­go nie pla­nu­ję, mam na to czas, aż do kre­su swo­je­go ży­cia - na­wią­zał do swo­jej po­przed­niej my­śli.

Pod­niósł się na­gle od sto­łu, za­czął prze­trzą­sać swo­je rze­czy po­roz­rzu­ca­ne w nie­ła­dzie po ca­łym sa­lo­nie. Wresz­cie zna­lazł to, cze­go szu­kał: te­le­fon i ła­do­war­kę do te­goż te­le­fo­nu, małe no­te­si­ki i dłu­go­pis. Usiadł po­now­nie przy sto­le, ro­zej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś źró­dła za­si­la­nia i pod­łą­czył kom­plet­nie roz­ła­do­wa­ny te­le­fon. Wziął do ręki no­tes i dłu­go­pis, roz­siadł się wy­god­nie na krze­śle, wy­cią­ga­jąc nogi z za­mia­rem "po­peł­nie­nia li­sty" za­ku­pów, rze­czy po­trzeb­nych do pod­sta­wo­wych prac w domu i ogro­dzie.

Za­my­ślił się na chwi­lę, uniósł wzrok, spoj­rzał w su­fit i gło­śno wy­pu­ścił z sie­bie po­wie­trze.

- Kur­wa - syk­nął.

Nie mam na­wet bla­de­go po­ję­cia, co umie­ścić na tej je­ba­nej li­ście, a tym bar­dziej, jak tego użyć - tym ra­zem je­dy­nie po­my­ślał. Zre­zy­gno­wa­ny rzu­cił no­te­sik i dłu­go­pis na stół. Sta­no­wię kom­pen­dium wie­dzy bez­u­ży­tecz­nej, tak na­praw­dę to ja nie po­tra­fię nic po­ży­tecz­ne­go - su­ro­wo oce­nił po­ziom wie­dzy na te­mat zwy­czaj­ne­go ży­cia. Wsu­nął dło­nie do kie­sze­ni spodni, spoj­rzał apa­tycz­nie na swo­je znisz­czo­ne Croc­sy.

Mam na­dzie­ję, że nie zwró­ci­ła na nie uwa­gi - uśmiech­nął się, gdy po­my­ślał o ka­wie w za­jeź­dzie.

Pra­wie się nie zmie­ni­ła. Bu­rza ru­dych wło­sów, ten sam uśmiech, pie­gi tro­chę bled­sze niż te, któ­re za­pa­mię­tał, i tyl­ko w tych zie­lo­nych oczach za­szły ja­kieś zmia­ny. Nie do­strzegł już w nich tego żaru, tego, któ­ry tak go hip­no­ty­zo­wał, gdy miał kil­ka­na­ście lat.

Słod­ki Jezu, tak mnie onie­śmie­la­ła, że choć bar­dzo chcia­łem, nie mo­głem zdo­być się na od­wa­gę, żeby za­ga­ić roz­mo­wę - dźwięk te­le­fo­nu wy­rwał go ze świa­ta wspo­mnień.

- Kla­wisz, mamy łącz­ność z bazą - za­żar­to­wał.

Wci­snął PIN na kla­wia­tu­rze i gdy urzą­dze­nie za­lo­go­wa­ło się do sie­ci, po­ja­wi­ła się cała cho­in­ka po­wia­do­mień. Przej­rzał po­wierz­chow­nie wszyst­kie wia­do­mo­ści.

Nic nie­po­ko­ją­ce­go - ode­tchnął z ulgą.

Ostat­nia ode­bra­na wia­do­mość gło­so­wa od "Ka­ta­rzy­na". Otwo­rzył ją i od­słu­chał:

W dro­dze po­wrot­nej wpad­nę do cie­bie, spo­tka­my się jesz­cze raz. Zor­ga­ni­zuj mi ja­kiś noc­leg w domu, bo wo­la­ła­bym spać w śmiet­ni­ku niż w ho­te­lu przy sta­rym dwor­cu. Mu­si­my za­ła­twić spra­wy ad­mi­nistra­cyj­ne i tech­nicz­ne, to może po­trwać, ale nie ma tego złe­go... Na­pi­je­my się, po­ga­da­my, in vino ve­ri­tas2. Może do­wie­my się cze­goś wię­cej o so­bie, bę­dziesz miał oka­zję od­bu­do­wać re­la­cje ro­dzin­ne, w su­mie mój syn i ja je­ste­śmy ostat­ni­mi zna­ny­mi mi człon­ka­mi two­jej ro­dzi­ny. I nie stę­kaj po od­słu­cha­niu wia­do­mo­ści tym swo­im "Ja pier­do­lę". Aha, roz­pal w pie­cach, bo jest zim­no i wil­got­no.

- Ja pier­do­lę - jęk­nął męż­czy­zna.

Wró­cił my­śla­mi do domu i ogro­du, się­gnął ręką do kie­sze­ni, z któ­rej wy­do­był kart­kę z nu­me­rem te­le­fo­nu do Vol­de­mor­ta. Wy­stu­kał nu­mer na ekra­nie, przy­ło­żył do ucha. Się­gał już po pa­pie­ro­sa, gdy usły­szał w słu­chaw­ce szorst­kie za­wo­ła­nie:

- Słu­cham!

- Dzień do­bry, do­sta­łem pań­ski nu­mer od sio­stry, Ka­ta­rzy­ny Han­ke. - Od­po­wie­dzia­ła ci­sza. - Halo! Jest pan tam? - za­py­tał nie­pew­nie To­masz.

- Je­stem, je­stem. Słu­cham, po co pan dzwo­ni? Chy­ba nie po to, żeby po­wie­dzieć mi, że ma pan mój nu­mer te­le­fo­nu od pani Kasi - rzu­cił opry­skli­wie do słu­chaw­ki pan Wal­de­mar.

Nic nie dzia­ła­ło na Tom­ka tak, jak ni­czym nie­spro­wo­ko­wa­ne cham­stwo. Za­wsze prze­sad­nie re­ago­wał na ta­kie za­cho­wa­nie, dla­te­go te­raz mu­siał się wy­si­lić, żeby nie ob­rzu­cić swo­je­go roz­mów­cy in­wek­ty­wa­mi. Wziął głęb­szy od­dech, od­chrząk­nął i kon­ty­nu­ował ła­god­nym to­nem

- Po­dob­no jest pan w po­sia­da­niu klu­czy i ta­jem­nej wie­dzy do­ty­czą­cej dom­ku mo­ich dziad­ków - spró­bo­wał żar­tem roz­ła­do­wać za­gęsz­czo­ną przez Vol­de­mor­ta at­mos­fe­rę.

- Będę ju­tro o dzie­wią­tej, dzi­siaj je­stem ska­co­wa­ny i chcę pier­dol­nąć kil­ka bro­wa­rów - wy­znał szcze­rze. - Mu­szę "przy­cie­nio­wać", jak to się mówi. Usta­wię so­bie przy­po­mnie­nie w te­le­fo­nie, je­śli to pana uspo­koi - za­re­cho­tał do słu­chaw­ki.

- To pań­ska spra­wa, pa­nie Wal­de­ma­rze - od­po­wie­dział zgod­nie z praw­dą To­mek.

Vol­de­mort roz­łą­czył się bez po­że­gna­nia. To­mek od­su­nął te­le­fon od sie­bie na od­le­głość wy­cią­gnię­tej ręki, zmru­żył oczy i spoj­rzał z nie­do­wie­rza­niem na ekran swo­je­go iPho­ne'a.

- Spra­gnio­ny - rzu­cił ką­śli­wie.

2 W wi­nie praw­da (łac.)

Rozdział 3

Obu­dzi­ło go dra­pa­nie do drzwi. To Kla­wisz da­wał do zro­zu­mie­nia, że na­de­szła pora na po­ran­ny spa­cer. To­mek wy­wlókł się ze śpi­wo­ra. Choć tę noc spę­dził cał­kiem przy­zwo­icie, na roz­kła­da­nej ka­na­pie, to jed­nak na­dal czuł w ko­ściach po­przed­nią noc, gdyż tyl­ko cien­ka ka­ri­ma­ta od­dzie­la­ła go od twar­dej drew­nia­nej pod­ło­gi.

Sta­rze­ję się - po­my­ślał jak za­wsze w po­dob­nych oko­licz­no­ściach.

Wy­pu­ścił psa, usiadł przy sto­le, za­pa­lił pa­pie­ro­sa i za­to­pił się we wspo­mnie­niach. Uśmiech­nął się iro­nicz­nie do wła­snych my­śli. Do­pa­lił i roz­gniótł nie­do­pa­łek na ta­le­rzy­ku de­se­ro­wym, któ­ry słu­żył mu od wczo­raj jako po­piel­ni­ca. Usły­szał szczek­nię­cie za drzwia­mi, wstał, otwo­rzył drzwi, aby wpu­ścić swo­je­go czwo­ro­noż­ne­go to­wa­rzy­sza.

- We­zmę prysz­nic i je­dzie­my na kawę - po­in­for­mo­wał psa.

Pod­dał się po kil­ku nie­uda­nych pró­bach uru­cho­mie­nia elek­trycz­ne­go pod­grze­wa­cza wody. Uznał w koń­cu, że ta­jem­na wie­dza o tym, jak uru­cho­mić urzą­dze­nie, do­stęp­na jest je­dy­nie wy­brań­com, ja­kie­muś spe­cja­li­ście o czy­stym ser­cu, a pan Wal­de­mar vel Vol­de­mort na pew­no speł­niał wszyst­kie te kry­te­ria i rze­czo­ną wie­dzę po­siadł.

Chat­ka na skra­ju lasu nie sły­sza­ła jesz­cze tylu wul­gar­nych słów na­raz, ile pa­dło dziś z ust męż­czy­zny pod­czas ką­pie­li w lo­do­wa­tej wo­dzie. Wy­sko­czył spod prysz­ni­ca, gdyż nie miał za­mia­ru stać pod zim­nym stru­mie­niem dłu­żej, niż to było ko­niecz­ne. Kie­dy się ro­zej­rzał i w jego polu wi­dze­nia nie zna­lazł się ża­den ręcz­nik, zła­pał swój ba­weł­nia­ny pod­ko­szu­lek i za­czął się nim ener­gicz­nie wy­cie­rać.

A więc tak to dzia­ła, zim­ny prysz­nic roz­bu­dził we mnie kre­atyw­ność - żart wpra­wił go w lep­szy na­strój.

Spoj­rzał w lu­stro za­wie­szo­ne nad zle­wem. Przyj­rzał się swo­jej twa­rzy, bli­zny na niej były le­d­wie wi­docz­ne, dwie bia­łe cien­kie nit­ki na czo­le i po­licz­ku. Za to na le­wym ra­mie­niu wid­nia­ła dłu­ga i czer­wo­na szra­ma, twar­da, wy­pu­kła zmia­na na skó­rze. Obie bli­zny, ta na twa­rzy i ta na ra­mie­niu, były pa­miąt­ką po wy­pad­ku, jaki prze­żył. A kil­ka ład­nych mi­nut spę­dził prze­cież po "dru­giej stro­nie rze­ki". I praw­dę po­wie­dziaw­szy, bar­dzo mu się po­do­ba­ło po tam­tej stro­nie.

Już było po wszyst­kim - trud­no po­li­czyć, któ­ry to już raz za­czął ana­li­zo­wać wy­da­rze­nia tam­te­go dnia - żad­nych pro­ble­mów, za­le­głych ra­chunków, zo­bo­wią­zań... A tu zja­wia się dwóch przy­padkowych po­li­cjan­tów i wpier­da­la­ją czło­wie­ka po­now­nie w to szam­bo, ja­kim jest ży­cie - cią­gnął swo­je prze­my­śle­nia, sto­jąc przed lu­strem. O, iro­nio losu, gdy­by ci po­li­cjan­ci wie­dzie­li, o czy­je ży­cie tak dziel­nie wal­czą - na tę myśl uśmiech­nął się do swo­je­go od­bi­cia.

Zim­ny prysz­nic oży­wił go wy­raź­nie. Wło­żył ubra­nie sto­sow­ne do pa­nu­ją­cych na ze­wnątrz wa­run­ków.

- Je­dzie­my, zjesz póź­niej - oznaj­mił Kla­wi­szo­wi i ru­szy­li w dro­gę.

*

- Dzień do­bry - po­wie­dział, gdy tyl­ko dzwo­nek u drzwi wej­ścio­wych w za­jeź­dzie ob­wie­ścił jego przy­by­cie, ale od­po­wie­dzia­ła ci­sza. - Dzień do­bry - po­wtó­rzył tym ra­zem tro­chę gło­śniej.

W drzwiach po­ka­za­ła się dziew­czy­na.

- Dzień do­bry i prze­pra­szam, że mu­siał pan cze­kać. Mogę w czymś po­móc? - za­py­ta­ła.

Męż­czy­zna przez chwi­lę stał jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny.

- Halo. - Dziew­czy­na przy­po­mnia­ła klien­to­wi o swo­im ist­nie­niu.

- Prze­pra­szam - od­po­wie­dział po chwi­li za­wa­ha­nia - moż­na z psem?

- Oczy­wi­ście - od­par­ła. - Może wody dla pie­ska? - za­pro­po­no­wa­ła.

- By­ło­by miło, a więc dla Kla­wi­sza woda, a dla mnie czar­na kawa - od­po­wie­dział, nie prze­sta­jąc wpa­try­wać się w dziew­czy­nę.

- Kla­wisz, cie­ka­we imię dla psa. Gra na for­te­pia­nie?

- Nie­ste­ty - za­prze­czył To­masz - po pro­stu lubi roz­ma­wiać z ludź­mi przez drzwi, stąd to imię. Ile pani so­bie ży­czy za kawę?

- Dzie­więć pięć­dzie­siąt - od­po­wie­dzia­ła dziew­czy­na i na­gle gło­śno się ro­ze­śmia­ła.

Znał skądś ten śmiech.

- Prze­pra­szam pana - wy­krztu­si­ła za­wsty­dzo­na. - Nie od razu zro­zu­mia­łam żart.

To­mek za­pła­cił, mły­nek za­szu­miał i w ca­łym po­miesz­cze­niu roz­szedł się in­ten­syw­ny aro­mat kawy. Wziął swój na­pój, a idąc do sto­li­ka, jesz­cze raz usły­szał per­li­sty śmiech dziew­czy­ny. Od­sta­wił fi­li­żan­kę na sto­lik, wy­dał ko­men­dę "zo­stań" i już sam, bez swo­je­go nie­od­łącz­ne­go to­wa­rzy­sza, wró­cił do kasy.

- Prze­pra­szam - za­gad­nął dziew­czy­nę, któ­ra po­rząd­ko­wa­ła pusz­ki z na­po­ja­mi na pół­kach.

- Tak? Słu­cham. - Ode­rwa­ła się od swo­je­go za­ję­cia.

- Czy pani Alek­san­dra Mi­cha­lak jest dzi­siaj w pra­cy? - za­py­tał, wy­raź­nie skrę­po­wa­ny.

- Nikt taki tu nie pra­cu­je - od­po­wie­dzia­ła z peł­nym prze­ko­na­niem mło­da dama.

- Ale... - i tyl­ko na tyle było go stać - ...prze­pra­szam. - Od­wró­cił się i już chciał odejść.

- Alek­san­dra Kacz­ma­rek, na­dal nosi na­zwi­sko po by­łym mężu.

- Ach, te­raz ro­zu­miem. - Uśmiech­nął się pra­wie nie­zau­wa­żal­nie.

- Mama po­win­na nie­ba­wem wró­cić, po­je­cha­ła za­ła­twić ja­kieś spra­wy w mie­ście, ja ją chwi­lo­wo za­stę­pu­ję - do­koń­czy­ła.

- Dzię­ku­ję - od­parł i wró­cił do sto­li­ka.

Nor­mal­nie jak­bym wy­siadł z we­hi­ku­łu cza­su - sta­rał się wy­tłu­ma­czyć przed sobą sa­mym kon­ster­na­cję, jaką wy­wo­ły­wał w nim wi­dok dziew­czy­ny. Jest bar­dzo po­dob­na do Oli i ten jej śmiech... - stuk­nię­cie bla­sza­nej mi­ski o pod­ło­gę otrzeź­wi­ło męż­czy­znę.

- Woda dla Kla­wi­sza - po­wie­dzia­ła ko­pia Oli.

- Dzię­ku­ję w imie­niu tego drob­ne­go rze­zi­miesz­ka - do­dał, do­bro­tli­wie spo­glą­da­jąc na psa.

Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się i wró­ci­ła do swo­ich za­jęć.

To­masz nie zdą­żył po­now­nie za­to­pić się we wspo­mnie­niach sprzed lat, gdy po­czuł drga­nie ko­mór­ki w kie­sze­ni. Z nie­ma­łym wy­sił­kiem wy­do­był z niej te­le­fon i spoj­rzał na ekran. "Vol­de­mort" in­for­mo­wał wy­świe­tlacz.

- Kur­wa - wy­szep­tał i prze­su­nął słu­chaw­kę w pra­wo, aby po­łą­czyć się z pa­nem Wal­de­ma­rem.

- Nooo, kur­wa, pa­nie! - usły­szał w apa­ra­cie.

- Nie miaucz, kur­wa, będę za dzie­sięć mi­nut - wark­nął do słu­chaw­ki, bo uznał, że już dość tych po­ufa­ło­ści.

Vol­de­mort nie miał na­wet oka­zji, żeby od­po­wie­dzieć na im­per­ty­nen­cję swo­je­go roz­mów­cy.

To­mek wstał, po­cią­gnął so­lid­ny łyk kawy, rzu­cił krót­kie "idzie­my" do psa i ru­szy­li w kie­run­ku drzwi. Jed­nak za­trzy­mał się w po­ło­wie dro­gi, od­wró­cił się wol­no, tak jak­by mia­ło mu to dać wię­cej cza­su na za­sta­no­wie­nie, i zwró­cił się do dziew­czy­ny sto­ją­cej za kon­tu­arem:

- Czy mo­gła­by pani prze­ka­zać Oli, to zna­czy ma­mie - po­pra­wił się na­tych­miast - że... - Tu­taj urwał, za­sta­na­wia­jąc się, co po­wie­dzieć, aby nie prze­kro­czyć gra­nic do­bre­go sma­ku.

- Oczy­wi­ście, że po­wiem - prze­rwa­ła dziew­czy­na, skra­ca­jąc mę­czar­nie męż­czy­zny.

- Dzię­ku­ję. - Ode­tchnął. - Na­zy­wam się...

- Wiem, kim pan jest, pa­nie To­ma­szu, to małe mia­stecz­ko, wszy­scy już wie­dzą - przy­po­mnia­ła.

- No tak. - Za­kło­po­ta­ny spu­ścił wzrok. - Do wi­dze­nia - rzu­cił na ko­niec i wy­szedł.

*

Kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej auto Tom­ka za­trzy­ma­ło się przed drew­nia­nym do­mem. Wal­dek, sie­dzą­cy na ta­ra­sie w ocze­ki­wa­niu na przy­jazd wła­ści­cie­la, zdą­żył wy­pa­lić już kil­ka pa­pie­ro­sów, dla­te­go bez naj­mniej­sze­go żalu po­zbył się te­raz fil­tra, z któ­re­go zwi­sał sza­ry pa­zur po­pio­łu.

- Wi­tam pre­ze­sa - wy­pa­lił Wal­de­mar.

- Dzień do­bry, pa­nie Wald­ku. Wi­dzę, że re­la­cje mię­dzy nami ule­gły wy­raź­nej po­pra­wie - stwier­dził, mie­rząc wro­go wzro­kiem Vol­de­mor­ta.

- Jak naj­bar­dziej - od­po­wie­dział.

Mimo że To­mek sta­rał się osza­co­wać cho­ciaż­by przy­bli­żo­ny wiek Wald­ka, nie spro­stał wy­zwa­niu. Pan Wal­de­mar mógł być za­rów­no wy­eks­plo­ato­wa­nym czter­dzie­sto­lat­kiem, jak i sie­dem­dzie­się­cio­lat­kiem w cał­kiem do­brej kon­dy­cji. Blu­za ja­kie­goś ame­ry­kań­skie­go uni­wer­sy­te­tu, któ­ra była ele­men­tem jego gar­de­ro­by, nie uła­twia­ła we­ry­fi­ka­cji wie­ku.

Trud­no - po­my­ślał - będę mu­siał po­ra­dzić so­bie bez ro­ze­zna­nia w tym te­ma­cie.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.