Rozdział 2
Karimata i śpiwór - jedynie to ściągnął wczoraj ze skrzyni swojego leciwego pick-upa. Na rozładowanie reszty bagażu nie znalazł już czasu, sił ani ochoty. Teraz żałował, że nie potrafił wykrzesać z siebie poprzedniego dnia nic więcej. Chłód i wilgoć obudziły go wczesnym rankiem, poczuł dzięki temu wyraźniej skutki swoich wczorajszych zaniedbań.
Usiadł. Starał się w mroku zlokalizować paczkę papierosów, którą pozostawił w zasięgu ręki na podłodze obok swego legowiska. Po omacku natrafił na dobrze znany mu kształt, podniósł pudełko i wstrząsnął, aby się upewnić, że zapalniczka jest tam, gdzie być powinna. Zagrzechotało w środku. Otworzył paczkę, wysunął zapalniczkę na dłoń, ujął pomiędzy palce papierosa, który wysunął się wraz z zapalniczką.
Mały płomień rozświetlił na moment pomieszczenie, mężczyzna zaciągnął się, zatrzymał na chwilę dym w płucach, a następnie wydmuchał go ze świstem.
- Klawisz, wstawaj chłopaku, długi dzień przed nami. Chciałbym, żebyś kiedyś do czegoś się przydał. - Gdy tylko to powiedział, usłyszał w ciemności stuk psich pazurów o podłogę. - Mógłbyś chociaż jajka znosić - kontynuował kąśliwie.
Pies podszedł na tyle blisko, że zdołałby dotknąć nosem swojego pana.
- No, chodź tu do mnie, wiesz dobrze, że żartuję. - Podrapał psa za uszami, które wypatrzył w nikłym świetle, jakie dawał żar papierosa. - Okej, pozwól mi wstać. - Odepchnął delikatnie czworonoga i powoli, z papierosem w ustach, uniósł się do pionu, ruszył niepewnym krokiem w kierunku drzwi, namacał klamkę i pociągnął.
Ciemnoszary, mglisty poranek wcisnął się do wnętrza drewnianego domku, a stojący w progu mężczyzna kolejny raz głęboko zaciągnął się papierosem i wpatrywał bezmyślnie w dal. Oprzytomniał dopiero, gdy na skraju pola widzenia dostrzegł błysk reflektorów zbliżającego się pojazdu. Natychmiast otrzeźwiał. Jego mózg zaczął pracować ze zdwojoną prędkością i analizować okoliczności, w jakich się właśnie znalazł. Po szybkim przeglądzie możliwych opcji mężczyzna wyraźnie się odprężył. Dało się słyszeć cichy pomruk zbliżającego się do domku eleganckiego SUV-a. Po chwili auto zatrzymało się przed gankiem.
Wysiadła z niego dobrze ubrana kobieta, świadoma swojej wartości, co dało się od razu wyczuć.
- Nie odbierasz telefonu - wypaliła bez wstępnych uprzejmości.
- Dopiero wstałem, a telefon został podpięty w moim samochodzie. - Mężczyzna usiłował się wytłumaczyć, w tym samym czasie jego pies wyszedł przed dom, zainteresowany porannym zamieszaniem.
- Twój? - zapytała kobieta, wskazując brodą zwierzaka.
- Tak. To mój kumpel, ma na imię Klawisz - odparł mężczyzna.
- Powiedziałabym, że jest ładny, ale oboje wiemy, że to nieprawda - oznajmiła.
- Dla mnie liczy się jego oddanie, czego na przykład tobie z całą pewnością brakuje - odparł.
- Jesteś taki sam jak ojciec. Zasady, lojalność, oddanie, to dla was zawsze było na pierwszym miejscu, a we współczesnym świecie te cechy to słabość. - Po tych słowach ruszyła energicznie w kierunku drzwi.
Mężczyzna stojący w progu cofnął się do środka ciemnego pomieszczenia, aby pozwolić przejść i nie dać się stratować rozpędzonej kobiecie. Dało się słyszeć suchy trzask włącznika oświetlenia.
- Siedziałeś tu w tych egipskich ciemnościach? - zapytała z niedowierzaniem.
Trupio blade światło telefonu komórkowego rozjaśniło pomieszczenie. Kobieta, oświetlając sobie drogę, podeszła do białej skrzynki elektrycznej zamocowanej na przeciwległej do drzwi ścianie. Otworzyła małe przezroczyste drzwiczki, za którymi ukrywał się cały rząd bezpieczników elektrycznych i... klik.
- Niech stanie się światło - powiedziała, odwracając się do faceta stojącego za jej plecami. - Oj, Tomek, Tomek - zwróciła się dobrodusznie z nutą matczynej cierpliwości - nic się nie zmieniłeś. Ciągle ten sam bezradny chłopiec, za którego zawsze wszystko robi młodsza siostra.
- Daję sobie doskonale radę bez twojej pomocy - odciął się.
- Chyba nie do końca, skoro zadzwoniłeś do mnie po trzech latach milczenia.
- Chciałem cię po prostu zobaczyć, tęskniłem - odpowiedział.
- Pewnie dlatego tak wylewnie mnie powitałeś, prawda? - Jak zawsze ostatnie słowo musiało należeć do niej.
- Dajmy już spokój tym słownym przepychankom, Katarzyno - powiedział pojednawczo. - Nie po to do ciebie dzwoniłem. Chciałem się po prostu spotkać z siostrą i pogadać, niekoniecznie o szóstej trzydzieści gdzieś na odludziu, ale skoro sobie życzysz... - uciął, a kącik ust uniósł się w charakterystycznym dla niego uśmiechu.
- Masz rację - odparła po krótkim namyśle. - Zapraszam na kawę. Po drodze widziałam Gasthaus. Jest tam mała restauracja, zapewne jak we wszystkich hotelach śniadanie od siódmej. Zjemy, wypijemy kawę, pogadamy. Kolejność dowolna. Ubierz się - rzuciła.
"Gasthaus? Na Boga! Nie ma już polskiego odpowiednika na przydrożny zajazd? Czyżby umknęła mi jakaś niemiecka aneksja"? - obruszył się w myślach i wsunął stopy w Crocsy.
- Już - poinformował siostrę.
Kobieta spojrzała na niego, uniosła wzrok ku niebu i pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Widzę, że nadal nie zawracasz sobie dupy etykietą - podsumowała.
*
- Nic nie zjadłeś - powiedziała Kasia.
- Przypadłość większości palaczy. Zazwyczaj nie jadają śniadań - odparł od niechcenia. - Lepiej powiedz, co u ciebie.
- Jakoś się kręci - odpowiedziała zdawkowo - ale niestety, kto chce prowadzić biznes w tym kraju, nie ma zbyt wiele czasu dla siebie i swoich bliskich. Dlatego właśnie o szóstej trzydzieści i dlatego właśnie tutaj, bo jestem po drodze do Wrocławia.
- Teraz rozumiem - odparł Tomek - chociaż łudziłem się przez chwilę, że to tęsknota za bratem zmusiła cię do wizyty na wschodnim brzegu Odry. Aż łezka w oku mi się zakręciła. - Po tych słowach lewy kącik jego ust powędrował do góry.
- To biznes mnie tu sprowadził, ty jesteś przy okazji. Dziadka Stasia ruskim czołgiem do Polski niestety nie przywieźli, a więc jak chcesz do czegoś tutaj dojść, to musisz zapierdalać za trzech albo wrócić już ustawiony z zagranicy. Każde z nas wybrało swoją własną drogę, nie oceniam i nie chcę wiedzieć - oznajmiła bratu.
Dzwonek zainstalowany przy drzwiach zasygnalizował, że ktoś je otworzył i przekroczył próg zajazdu.
- Dzień dobry, szefowo - rozniósł się głos dziewczyny z obsługi.
- Dzień dobry, Gabrysiu. Cześć, Kasiu. - Siostra na dźwięk swojego imienia uniosła wzrok znad kubka.
- Cześć, Olu. - Pierwszy raz tego dnia na jej twarzy zagościł niewymuszony uśmiech. Wstała od stolika, aby przywitać znajomą.
- To mój starszy brat Tomasz. Pamiętasz go? - zapytała ją.
- Oczywiście, że pamiętam, ale nie wiem, czy rozpoznałabym go na ulicy, po tylu latach - odpowiedziała kobieta.
Mężczyzna ożywił się na te słowa i zaintrygowany przebiegiem wydarzeń uniósł wzrok. Rozpoznał ten głos, czas nie miał na niego absolutnie żadnego wpływu. Wstał z krzesła o wiele szybciej, niżby chciał. Choć bardzo starał się kontrolować własne emocje, nie zdołał zapanować nad swoją reakcją.
- Dzień dobry - wydusił z siebie niepewnie.
- Dzień dobry? A cóż to za oficjalny ton? - powiedziała roześmiana dziewczyna, jednocześnie wyciągając do niego rękę na powitanie. Uniosła wzrok, spojrzała wprost w czekoladowe oczy Tomka i uśmiech zgasł na jej twarzy.
- Posiwiałeś - oznajmiła melancholijnie. - Zmarszczki poorały nawet ciebie. - Wpatrywała się chwilę swoimi szmaragdowymi oczami w twarz mężczyzny.
- Może usiądziemy - zaproponowała Katarzyna, czym przerwała tę niezręczną chwilę ciszy.
- Tak, oczywiście - odpowiedział Tomek, wskazując Oli krzesło naprzeciwko siebie.
- Nadal nieśmiały wobec kobiet? - zapytała Ola z tajemniczym wyrazem twarzy.
- Mam nadzieję, że nie uległy wobec mężczyzn - dodała złośliwie Kasia.
- Moja siostra, jak widzisz, czerpie satysfakcję z upokarzania mnie w miejscach publicznych - odciął się Tomasz, spoglądając na siostrę wzrokiem, który mógłby zamienić ją w głaz na zawsze.
- To twój przybytek? - dociekała Katarzyna, rozglądając się.
- Nie ma o czym mówić. - Kobieta machnęła ręką.
- Mimo wszystko - odrzekła Katarzyna - jestem pod wrażeniem.
- W tak małym miasteczku nie ma wielu możliwości, człowiek bierze, co jest, aby utrzymać siebie i dziecko - argumentowała Ola.
- Mój brat postanowił zamieszkać w tym miasteczku, no, może nie w samym miasteczku, ale w domku dziadków, po drugiej stronie jeziora - klarowała Kasia. - Postanowił przejść na wcześniejszą emeryturę, bo podobno nic więcej nie jest mu do życia potrzebne, tylko święty spokój, który zapragnął odnaleźć właśnie tutaj, z dala od zgiełku dużego miasta.
- Oho, proszę! - wykrzyknęła niemalże zdumiona Ola. - Mam nadzieję, że będziemy się teraz częściej widywać. Jesteś tutaj zawsze miłym gościem.
- Dziękuję - odparł. - Nie omieszkam skorzystać z zaproszenia. - Wykrzywił usta w subtelnym uśmiechu.
- Musimy już jechać, wybacz, proszę - zwróciła się do Oli. - Przede mną jeszcze kawałek drogi.
- Rozumiem, ja też muszę zająć się swoją robotą - odpowiedziała właścicielka zajazdu.
- A ja zostawiłem psa w domu - wtrącił mężczyzna, rozkładając bezradnie ręce.
Pożegnali się uściskiem dłoni.
- Ruszamy - zakomenderowała Kasia, a jej brat posłusznie poszedł za nią.
Zanim dotarł do wyjścia, starał się jeszcze raz złapać chociażby odbicie Oli w szklanych drzwiach wejściowych, co mu się udało. Następnie wsiedli do auta, lecz Katarzyna zwlekała z uruchomieniem silnika.
- Co jest? - zapytał niepewnie Tomek, licząc na to, że siostra wyjaśni mu, dlaczego nie ruszyła.
- Jajco, kurwa! - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Widziałam, jak na siebie patrzycie. I to: "nie omieszkam"... Ja pierdolę, człowieku, ona przeżyła piekło, daj jej spokój, proszę cię.
- Nie wiem, na jakiej podstawie doszłaś do wniosku, że mam jakiekolwiek plany wobec tej kobiety - obruszył się mężczyzna.
- Uwłaczasz mojej inteligencji, braciszku. Pożeraliście się wzrokiem, tak że dobrze wiem, jakie są twoje "plany".
Zamilkli. Kasia uruchomiła silnik, wyjechała z parkingu i ruszyła drogą prowadzącą nad jezioro. Jechali chwilę w milczeniu, gdy Tomek zapytał:
- Jakie piekło?
- Co: "jakie piekło"? - odparła Kasia, podenerwowana nieprecyzyjnym pytaniem swojego brata.
- Jakie piekło przeżyła? - poprawił się.
- Jej były mąż znęcał się nad nią i dzieckiem. Przemoc fizyczna, ekonomiczna i wszelkie inne formy przemocy, jakie tylko mogą się zrodzić w głowie socjopaty. Facet był w tej dziedzinie mistrzem. Gdyby istniała taka dyscyplina sportu, mógłby z powodzeniem reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej.
- A więc takie piekło - westchnął.
- Zawiedziony? - zapytała sarkastycznie.
Tomek nie odezwał się już ani słowem do końca krótkiej podróży. A kiedy dotarli do małego drewnianego domku, Katarzyna wyłączyła silnik.
- Starałam się utrzymać ten dom w jako takiej kondycji. Nie oczekuję za to niczego w zamian. Dom nadaje się do zamieszkania, ale trzeba odświeżyć kilka jego elementów. Przede wszystkim elewację.
Przechyliła się w prawo, opierając łokieć o kolano Tomka, otworzyła schowek i wyciągnęła z niego mały notesik, po czym wyrwała z niego kartkę:
- To są namiary na pana Waldemara. On za drobną opłatą zajmował się domkiem: naprawy, konserwacje i temu podobne pierdoły. Skontaktuj się z nim. Dostaniesz od niego komplet kluczy i garść bezcennych informacji - wyjaśniła bratu, wręczając mu kawałek zapisanego papieru. - Nie zgub tego - dorzuciła.
- Nie zgubię - starał się uspokoić siostrę.
- Pan Waldek nie lubi, jak się do niego mówi Voldemort - powiedziała Kasia z udawanym zdziwieniem.
- Nie wiem, co począć teraz z tą wiedzą - odpowiedział mężczyzna, otwierając drzwi auta.
- Ach, jeszcze jedno... - spojrzała na Tomka, który zastygł na chwilę w oczekiwaniu na ciąg dalszy - ...kocham cię, braciszku.
Kiwnął jedynie głową i wysiadł z auta, po czym ruszył w kierunku domu, nie oglądając się za siebie.
Kiedy zaparkował przed domem, ze środka dało się słyszeć ujadanie psa.
- Jestem, uspokój się - oznajmił przez drzwi.
Pies, ukojony głosem pana, zamilkł, a ciszę zakłócał jedynie pomruk silnika oddalającego się auta.
*
Słońce było nad horyzontem i choć gęsta mgła skutecznie ograniczała widoczność tarczy słonecznej, światła wewnątrz domu było wystarczająco dużo, aby bez przeszkód oraz niepotrzebnego ryzyka poruszać się po nielicznych pomieszczeniach. Jednak nowy właściciel uznał, że lepiej będzie skorzystać z dorobku cywilizacji przy przenoszeniu skromnego dobytku z auta do domu, Dlatego włączył światła we wszystkich pomieszczeniach.
W rzeczy samej można tutaj mieszkać w ludzkich warunkach - ocenił w myślach, rozglądając się po izbie.
Po przeniesieniu rzeczy ze skrzyni samochodu, zaczął przeszukiwać kuchenne szafki, co nie trwało długo. Po znalezieniu naczyń, wyciągnął miskę i mały talerzyk deserowy, postawił cenne artefakty na blat i wyszedł przed dom. Wrócił po chwili i zamknął drzwi za sobą, w jednej ręce trzymając puszkę psiego jedzenia, w drugiej paczkę papierosów.
- Śniadanie - oznajmił, unosząc obie ręce w triumfalnym geście. - Każdemu według jego potrzeb - dodał.
Podszedł do blatu, na którym pozostawił miskę i talerzyk, jednym sprawnym ruchem otworzył puszkę, przechylił i cała zawartość chlupnęła do miski. Postawił ją wraz z zawartością na podłodze, wziął do ręki talerzyk deserowy i udał się do małego stolika umieszczonego pod oknem, wybrał jedno z dwóch krzeseł wsuniętych pod blat, usiadł, otworzył nową paczkę papierosów, zapalniczka trzasnęła i Tomasz głośno wciągnął tytoniowy dym.
- Klawisz, kiedy ty zrobisz mi śniadanie, chłopaku? - zapytał, wypuszczając dym.
Pies zignorował zaczepki, nawet nie spojrzał na swojego pana, zajęty pochłanianiem swojego przysmaku.
Mężczyzna wyjrzał przez okno zamyślony, widziany przez podwójną szybę sad wyglądał w rzednącej mgle majestatycznie. Gdzieś tam za bezlistnymi jeszcze drzewami można było dostrzec majaczącą we mgle taflę jeziora.
Wiele pracy przede mną - pomyślał. - Ale to dobrze, niczego innego nie planuję, mam na to czas, aż do kresu swojego życia - nawiązał do swojej poprzedniej myśli.
Podniósł się nagle od stołu, zaczął przetrząsać swoje rzeczy porozrzucane w nieładzie po całym salonie. Wreszcie znalazł to, czego szukał: telefon i ładowarkę do tegoż telefonu, małe notesiki i długopis. Usiadł ponownie przy stole, rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś źródła zasilania i podłączył kompletnie rozładowany telefon. Wziął do ręki notes i długopis, rozsiadł się wygodnie na krześle, wyciągając nogi z zamiarem "popełnienia listy" zakupów, rzeczy potrzebnych do podstawowych prac w domu i ogrodzie.
Zamyślił się na chwilę, uniósł wzrok, spojrzał w sufit i głośno wypuścił z siebie powietrze.
- Kurwa - syknął.
Nie mam nawet bladego pojęcia, co umieścić na tej jebanej liście, a tym bardziej, jak tego użyć - tym razem jedynie pomyślał. Zrezygnowany rzucił notesik i długopis na stół. Stanowię kompendium wiedzy bezużytecznej, tak naprawdę to ja nie potrafię nic pożytecznego - surowo ocenił poziom wiedzy na temat zwyczajnego życia. Wsunął dłonie do kieszeni spodni, spojrzał apatycznie na swoje zniszczone Crocsy.
Mam nadzieję, że nie zwróciła na nie uwagi - uśmiechnął się, gdy pomyślał o kawie w zajeździe.
Prawie się nie zmieniła. Burza rudych włosów, ten sam uśmiech, piegi trochę bledsze niż te, które zapamiętał, i tylko w tych zielonych oczach zaszły jakieś zmiany. Nie dostrzegł już w nich tego żaru, tego, który tak go hipnotyzował, gdy miał kilkanaście lat.
Słodki Jezu, tak mnie onieśmielała, że choć bardzo chciałem, nie mogłem zdobyć się na odwagę, żeby zagaić rozmowę - dźwięk telefonu wyrwał go ze świata wspomnień.
- Klawisz, mamy łączność z bazą - zażartował.
Wcisnął PIN na klawiaturze i gdy urządzenie zalogowało się do sieci, pojawiła się cała choinka powiadomień. Przejrzał powierzchownie wszystkie wiadomości.
Nic niepokojącego - odetchnął z ulgą.
Ostatnia odebrana wiadomość głosowa od "Katarzyna". Otworzył ją i odsłuchał:
W drodze powrotnej wpadnę do ciebie, spotkamy się jeszcze raz. Zorganizuj mi jakiś nocleg w domu, bo wolałabym spać w śmietniku niż w hotelu przy starym dworcu. Musimy załatwić sprawy administracyjne i techniczne, to może potrwać, ale nie ma tego złego... Napijemy się, pogadamy, in vino veritas2. Może dowiemy się czegoś więcej o sobie, będziesz miał okazję odbudować relacje rodzinne, w sumie mój syn i ja jesteśmy ostatnimi znanymi mi członkami twojej rodziny. I nie stękaj po odsłuchaniu wiadomości tym swoim "Ja pierdolę". Aha, rozpal w piecach, bo jest zimno i wilgotno.
- Ja pierdolę - jęknął mężczyzna.
Wrócił myślami do domu i ogrodu, sięgnął ręką do kieszeni, z której wydobył kartkę z numerem telefonu do Voldemorta. Wystukał numer na ekranie, przyłożył do ucha. Sięgał już po papierosa, gdy usłyszał w słuchawce szorstkie zawołanie:
- Słucham!
- Dzień dobry, dostałem pański numer od siostry, Katarzyny Hanke. - Odpowiedziała cisza. - Halo! Jest pan tam? - zapytał niepewnie Tomasz.
- Jestem, jestem. Słucham, po co pan dzwoni? Chyba nie po to, żeby powiedzieć mi, że ma pan mój numer telefonu od pani Kasi - rzucił opryskliwie do słuchawki pan Waldemar.
Nic nie działało na Tomka tak, jak niczym niesprowokowane chamstwo. Zawsze przesadnie reagował na takie zachowanie, dlatego teraz musiał się wysilić, żeby nie obrzucić swojego rozmówcy inwektywami. Wziął głębszy oddech, odchrząknął i kontynuował łagodnym tonem
- Podobno jest pan w posiadaniu kluczy i tajemnej wiedzy dotyczącej domku moich dziadków - spróbował żartem rozładować zagęszczoną przez Voldemorta atmosferę.
- Będę jutro o dziewiątej, dzisiaj jestem skacowany i chcę pierdolnąć kilka browarów - wyznał szczerze. - Muszę "przycieniować", jak to się mówi. Ustawię sobie przypomnienie w telefonie, jeśli to pana uspokoi - zarechotał do słuchawki.
- To pańska sprawa, panie Waldemarze - odpowiedział zgodnie z prawdą Tomek.
Voldemort rozłączył się bez pożegnania. Tomek odsunął telefon od siebie na odległość wyciągniętej ręki, zmrużył oczy i spojrzał z niedowierzaniem na ekran swojego iPhone'a.
- Spragniony - rzucił kąśliwie.
2 W winie prawda (łac.)