Rozdział, w którym pomimo dobrej woli obu stron Śmierć nie spotyka się z Kowalskim
ROZDZIAŁ,
w którym pomimo dobrej woli obu stron Śmierć nie spotyka się z Kowalskim
Skończył się gorący, bezchmurny dzień nad morzem. Na dalekim cyplu
niewidzialna latarnia morska puściła w ruch dwa białe promienie,
muskając nimi leżące na redzie statki, ptasie sylwetki dźwigów,
usypiające na wodzie mewy i rozrzucone na łagodnych wzgórzach miasto. Na
linii styku wód i lądu pootwierały się kolorowe oczka lamp pozycyjnych i boi sygnałowych, które kołysały się na morzu spokojnym, falującym
leniwie i pokrytym plamami oliwy. Wilgotny odblask świateł wieczoru
położył się na szybach okien i na wyślizganych szynach skomplikowanej
siatki torów kolejowych, oplatających port i uciekających pomiędzy
wzgórza w głąb lądu, który niknął już pośród nocy.
Pociąg pośpieszny, którym Śmierć jechała na spotkanie z Kowalskim, był
jeszcze daleko od miasta, lecz zbliżał się nieustannie z nieuchronną
pewnością dobrze pracującego mechanizmu. Oczywiście Kowalski nie miał o tym pojęcia. Nie wiedział także, że gdyby pewna dziewczyna nie wybrała
się z wizytą do ciotki, idąc tą właśnie ulicą, a nie inną, nie dożyłby
następnego ranka. Nie dożyłby najprawdopodobniej następnego ranka, gdyby
dziewczyna ta nie spostrzegła, że jest bardzo przystojny, i gdyby
odeszła, nie zatrzymując się zupełnie bez potrzeby na tak długo przed
oknem zamkniętej księgarni. No i nie dożyłby, oczywiście, następnego
ranka, gdyby nie miał narzeczonej i gdyby narzeczona ta nie była tak
bardzo zazdrosna, że nerwy ponosiły ją nieomal automatycznie na widok
każdej kobiety zdradzającej jakiekolwiek zainteresowanie jego osobą.
W chwili kiedy zaczyna się nasza opowieść, Kowalski jest sam, stoi na
chodniku jednej z ulic śródmieścia Gdyni i spogląda na zegarek. Oczekuje
Kazimierza Kity, jedynego swego przyjaciela, z którym do spółki ma
taksówkę numer 448, bardzo starego opla - najprawdopodobniej weterana
drugiej wojny światowej. Kowalski ma dziś nocną zmianę i umówili się, że
dziesięć przed dziesiątą Kita podjedzie do tego właśnie narożnika, żeby
przekazać wóz.
Kowalski zerknął na zegarek i westchnął. Była za pięć dziesiąta.
Podszedł do skraju chodnika, spojrzał w lewo i w prawo, ale żaden
samochód nie pojawiał się w perspektywie ulicy.
Zawrócił i stanął przed jasno oświetloną witryną księgarni, przyglądając
się od niechcenia okładkom, pogwizdując cicho i bardzo fałszywie, a jednocześnie zastanawiając się nad tym, w który kraniec rozległego
Trójmiasta mógł pchnąć Kazika jakiś daleki kurs.
I wtedy dziewczyna wyszła zza rogu, idąc w jego kierunku. Pusta ulica
najpierw podała mu echo kroków, później uniósł głowę. Już z daleka
zauważył, że dziewczyna jest smukła, ubrana w białą sukienkę i niesie
pleciony koszyk. Ponieważ niecierpliwił się trochę, a Kazik powinien był
nadjechać lada sekunda, więc nie spojrzał na nią po raz drugi i odwrócił
się ku wystawie sklepu. Ale że wystawa w nocy działa trochę jak lustro,
zobaczył w niej własne odbicie: wysokiego, barczystego, młodego
mężczyznę o szczupłej, opalonej twarzy, wesołych oczach i krótkich,
ciemnych, trochę zmierzwionych włosach, które lubił odruchowo
przeczesywać palcami. Ubrany był w czarne brezentowe spodnie, rozpiętą
na piersi kolorową koszulę i skórzaną szoferską kurtkę, zarzuconą luźno
na ramiona, bo wieczór był bardzo ciepły.
Odgłos kroków ucichł i Kowalski ujrzał obok siebie odbity w szybie,
zamglony zarys dziewczyny. Nieznacznie zwrócił oczy w lewo, a potem
znowu spojrzał na wystawę. Dziewczyna studiowała z uwagą okładki
książek, przesuwając powoli oczyma od jednej do drugiej. Kowalski
odruchowo przygładził palcami czuprynę, powstrzymał uśmiech i chrząknął
cicho. Dziewczyna nie drgnęła. Zachowywała się tak, jak gdyby prócz niej
nie było nikogo przed sklepem. Chrząknął więc po raz drugi i nabrawszy
głęboko powietrza jak człowiek, który niespodziewanie musi skoczyć do
wody, powiedział z miną zagubionego, dobrego dziecka:
- Przepraszam bardzo... bo właśnie pani na pewno zna się dobrze na
książkach, prawda? A ja muszę kupić jedną książkę.
Dziewczyna raptownie odwróciła ku niemu głowę. Minę miała trochę
zagniewaną, ale zaraz uniosła ze zdziwieniem ładne, czarne, nieomal
zrośnięte nad nosem brwi.
- Jak to, proszę pana? Przecież księgarnie już dawno są zamknięte. Nie
kupi pan dzisiaj żadnej książki.
- Tak, ja wiem, bardzo dobrze wiem, że nie dzisiaj. Ale pomyślałem
sobie, że tego... że dobrze by było, żebym sobie jutro kupił taką książkę.
- A jaką? - Dostrzegł, że dziewczyna z trudem powstrzymuje uśmiech.
- Taką, widzi pani, poważną jakąś. Nie znam się na tym, bo czasu
zupełnie nie mam. Tyle tylko, że się jakiś kryminał przeczyta, i to
wszystko. Ciągle zajęty jestem i... - zaplątał się trochę, ale zaraz
dokończył: - Właśnie to, że czasu człowiek nie ma na co innego niż
robota. Prawie na nic się nie ma czasu.
Westchnął i rozłożył ręce, jak gdyby chcąc wziąć cały świat na świadka,
że mówi to serio i nie ma żadnych złych zamiarów.
- To zupełnie jak ja. - Dziewczyna przełożyła koszyczek z prawej ręki do
lewej i mimowolnym, ładnym, zupełnie niepotrzebnym ruchem poprawiła
włosy nad czołem. - Ale ja to muszę powiedzieć, że po prostu przepadam
za kryminałami, no i za takimi, żeby było w nich coś bardzo smutnego o miłości. Wie pan, o tym, że się kochają, a nic im się nie udaje, bo źli
ludzie albo zły los przeszkadzają ciągle i dopiero na końcu wszystko się
pięknie zgadza i są szczęśliwi.
- Tak. - Kiwnął głową ze zrozumieniem. - To też jest niezłe, ale czasami
za smutne. Szczególnie jak się smutnie kończy. Lubię, kiedy on ją ratuje
w ostatniej chwili, gdy już, już ma się stać coś strasznego i żadnego
ratunku dla niej znikąd nie ma. Po tym ocaleniu ona zawsze zaczyna się w nim kochać. - Urwał i uśmiechnął się, patrząc na nią odważnymi, wesołymi
oczyma. - Żeby tak być szczerym, to panią uratowałbym z przyjemnością.
- Mnie? Kiedy mi nic nie grozi. - Dziewczyna zaczęła się śmiać. Znowu
przerzuciła koszyczek do prawej ręki i ruszyła powoli. Kowalski szedł
obok niej, przyglądając się długim cieniom ich postaci, wydłużającym się
tym bardziej, im dalej odchodzili od świecącej za plecami latarni.
- Nigdy nie wiadomo, co dziewczynie może grozić. - Zastanowił się. -
Mógłby, na przykład, ktoś chcieć panią porwać.
- Wcale bym się nie zmartwiła! - Dziewczyna parsknęła śmiechem. - Czasem
to sobie nawet marzę, żeby się coś takiego stało. To by była jakaś
wielka przygoda w życiu...
- Nie o tym myślałem. Wyobraziłem sobie, że chciałby panią porwać jakiś
zły człowiek, handlarz żywym towarem czy ktoś taki... I już by panią
porywał, a wtedy ja bym wyjechał moim wozem zza rogu i jakoś by się
wszystko ułożyło.
Rozejrzała się z komicznym zdumieniem i Kowalski pomyślał z cichą
satysfakcją, że znajomość właściwie jest już zawarta.
- Przecież pan nie ma żadnego wozu.
- E... mam - powiedział, skromnie spuszczając oczy - to znaczy mam
taksówkę, do spółki z kolegą. Właśnie czekam tu na niego, bo teraz moja
kolej na noc. - Zerknął na zegarek. - Spóźnił mi się już dziesięć minut.
Spojrzała na niego z nietajonym szacunkiem.
- To chyba musi być przyjemnie tak sobie jeździć przez cały dzień
samochodem i jeszcze zarabiać na tym. Zazdroszczę panu.
- Nie ma czego. Taka sama praca jak każda inna. A pani gdzie pracuje?
- Na poczcie, w okienku. Jestem taka panienka z okienka. W urzędzie na
Grabówku. Strasznie nudno. - Mówiła już do niego, jakby się znali od
dawna. - Tylko po pierwszym każdego miesiąca jest tłok. Wszyscy wtedy
płacą jakieś raty i za telefon. A potem znowu cicho. Siedzi człowiek i w okno patrzy. Żebym miała taką taksówkę jak pan, tobym chyba nigdy z niej
nie wysiadała! Tak lubię, żeby ciągle się coś zmieniało: ludzie,
miejscowości...
Odruchowo wziął ją pod rękę. Znał takie dziewczyny. Nudziły się i zawsze
były w poszukiwaniu kogoś, kto by z nimi chciał gdzieś pójść, gdzieś
pojechać, coś przeżyć. Poza tym była, zdaje się, bardzo gadatliwa.
Ale Kowalski, chociaż nie posiadał zbyt wielu wad, a w każdym razie nie
więcej niż inni ludzie, miał jedną, z którą nie umiał nawet walczyć:
słabość do każdej przystojnej dziewczyny. Po prostu musiał uśmiechnąć
się na widok ładnej buzi i musiał coś powiedzieć, nawet gdyby nie
chciał. A przecież już od paru miesięcy naprawdę nie chciał, bo w głębi
serca wiedział, że jest zakochany w Marlence Sęk. Równocześnie wiedział,
że Marlena jest najbardziej zazdrosną dziewczyną, jeżeli nie pod
słońcem, to w każdym razie na całym pięćsetkilometrowym pasie wybrzeża.
Gdyby była gdzieś w okolicy taka druga, musiałby chyba o niej usłyszeć.
Ale nie chciał teraz myśleć zbyt wiele o Marlenie.
- Tak pani lubi "spacerować" samochodem? - zapytał pogodnie. - To może
jak Kazik - to znaczy mój kolega - zajedzie tutaj, pojedziemy sobie
gdzieś trochę? Wieczorem miasto zawsze jest ciekawsze, wie pani? Ciągle
się coś dzieje.
- To pan chyba nieżonaty? - Dziewczyna się roześmiała. - Żonaty bałby
się zapraszać obcą osobę na przejażdżkę.
- Nie... - Kowalski zawahał się na mgnienie oka. - Żonaty nie jestem.
- Oho! - Dziewczyna pokiwała głową ze zrozumieniem. - Narzeczona, tak?
Widzi pan, jak to nieładnie! My, kobiety, zawsze wam wierzymy, nie
wiadomo dlaczego, a wy...
Zawiesiła głos i nie dokończyła, ale uśmiech na jej ustach świadczył, że
nie zanadto przejęła się losem nieznanej narzeczonej tego na pół
nieznajomego sobie człowieka.
- O, jedzie mój wóz! - powiedział prędko Kowalski, słysząc za plecami
szum silnika. Przystanęli i odwrócili się.
Trochę rozklekotany stary opel wysunął się powoli zza rogu ulicy i skręcił w ich kierunku. Po chwili zatrzymał się i siedzący za kierownicą
człowiek skinął im głową. Potem wysiadł, wytarł pot z czoła nagim
przedramieniem i zatrzasnąwszy drzwiczki, podszedł ku stojącym.
Dziewczyna nieznacznie wyzwoliła rękę i znowu poprawiła włosy.
- Dobry wieczór - powiedział Kita, patrząc na dziewczynę, a mówiąc do
Kowalskiego. - Bałem się, że będziesz się tu nudził, ale widzę, że pani
była taka grzeczna, że zaczekała z tobą. Żebym wiedział, że tak jest,
nie gnałbym z Sopotu na złamanie karku, bez pasażera. - Ukłonił się z wyczekującą miną.
Kowalski zrobił nieokreślony ruch ręką.
- To mój kolega, pan Kita, a to... znajoma. - Tamci podali sobie ręce. - A ja też się jeszcze nie przedstawiłem, Kowalski jestem. - Wziął w swoją
wielką, opaloną rękę drobną, ale jeszcze ciemniejszą dłoń dziewczyny i ucałował ją poważnie.
- Ahaa... - powiedział Kita ze zrozumieniem. - To pewnie pani czekała na
taksówkę i powiedziałeś, że możesz odwieźć panią, jak tylko przyjadę?
Rozumiem.
- Nie. - Kowalski energicznie potrząsnął głową i znowu ujął dziewczynę
pod ramię. - Pani właśnie chciała mi poradzić, jaką mam książkę jutro
kupić.
- Książkę? - powiedział Kita z tak wyraźnym niedowierzaniem, jak gdyby
przyjaciel zakomunikował mu, że ta ładna dziewczyna chce mu dopomóc w kupnie zdrowego młodego nosorożca. - A na co ci książka, Heniu?
- A tak... Wiesz, człowiek musi czasami coś poważnego przeczytać. -
Kowalski zdawał się o tym absolutnie przekonany. - Prawda, panno... panno...
- Halinka - powiedziała dziewczyna. - Ale ja już pójdę. Szłam do cioci i już tak późno, że ciocia mnie skrzyczy. Zawsze się do niej spóźniam, a dzisiaj spóźniłam się chyba już z półtorej godziny. Prosiła, żebym u niej zanocowała, bo się źle czuje.
- No, to podwiozę panią do cioci! - zadecydował stanowczo Kowalski. - A jakby się nam trafił po drodze jakiś pasażer, to nadłożymy trochę,
prawda?
- Bardzo pan grzeczny, ale ciocia mieszka o tam, zaraz za rogiem.
- To nic. - Kowalski puścił ją i uniósł rękę, wskazując zapraszającym
gestem samochód, stojący potulnie przy krawężniku i pomrukujący cicho
niewygaszonym silnikiem. - Zawsze jakoś dojedziemy do cioci na czas.
Podszedł do drzwiczek taksówki i otworzył je.
- Konie już zaprzężone, jaśnie panienko! - Ukłonił się nisko, a potem
skinął przyjacielowi. - Serwus, Kaziu! To do jutra!
- Serwus! - Kita odwracał się już na pięcie, żeby odejść. - Będę
punktualnie o dziesiątej! Tylko mi się gdzie nie zawierusz!
- Nie ma obawy! Panna Halinka nie da mi zginąć! - Kowalski zgasił motor,
potem zapuścił go znowu, patrząc na dziewczynę, która usadowiła się obok
niego, uśmiechając się. Położył dłoń na biegach i spojrzał na nią spod
oka. - To co? Musi pani tak od razu pojechać do cioci?
- Chyba tak... - powiedziała z wahaniem. - Zresztą co by pan sobie o mnie
pomy...
Nie dokończyła, bo zanim wóz drgnął, dobiegł ich ostrzegawczy głos Kity.
- Heniek! Ruszaj!
Gdyby Kowalski zrobił to, czego chciał jego przyjaciel, to znaczy:
ruszył, wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale Kowalski zdziwił się i odwrócił głowę, nie ruszając z miejsca.
Zobaczył Kitę stojącego na chodniku, a tuż za nim nadchodzącą szybko...
Uśmiech zniknął z twarzy Kowalskiego, jak gdyby ktoś przejechał po niej
mokrą gąbką. Zgrabna, smukła, jasnowłosa dziewczyna przecinała chodnik,
zbliżając się szybko do taksówki.
Stuk, stuk, stuk... Małe pantofelki na bardzo wysokich obcasach wybijały
energiczny rytm. Na twarzy dziewczyny też już nie było uśmiechu.
Zbliżyła się i Kowalski spojrzał w zielone oczy, które od roku uważał za
najpiękniejsze oczy świata, a które nie były teraz piękne. Zwęziły się i rzucały malutkie zielone ogniki, których pomimo najwyższych wysiłków nie
pokochał nigdy i obawiał się bardziej niż czegokolwiek, chociaż był
człowiekiem odważnym i niełatwo go było przestraszyć.
Jasnowłosa dziewczyna podeszła do auta i pochyliwszy się lekko,
znieruchomiała, wpatrzona w siedzącą wewnątrz parę. Nie odezwała się ani
jednym słowem.
Wreszcie powoli wyciągnęła rękę. Siedząca w środku pasażerka cofnęła się
mimowolnie. Ale jasnowłosa spokojnie dotknęła dłonią licznika i pochyliła chorągiewkę.
- Zapomniałeś złamać licznik - powiedziała. - Bardzo jesteś
roztargniony, Heniu...
Kowalski ożył w tej chwili i uśmiechnął się z ogromnym wysiłkiem.
- Marlenka! - powiedział z lekkością i swobodą, w których nawet dziecko
dostrzegłoby ogromny wysiłek człowieka niebędącego aktorem i zmuszonego
do intonacji absolutnie odległej od uczuć, jakie go w tej chwili
przepełniały. - Co tu robisz? Myślałem, że już dawno śpisz!
- Jestem o tym przekonana. - Marlenka była nadal spokojna, ale w głosie
jej zadrżała maleńka nutka, która wywołała w Kowalskim panikę, a jego
towarzyszce kazała zesztywnieć na siedzeniu.
- Zaczekaj! Tylko odwiozę panią i zaraz wracam. - Kątem oka dostrzegł
stojącego na chodniku Kitę, który powoli zapalał papierosa, obserwując
całą scenę poprzez płomyk zapałki.
- Myślę, że ta pani doskonale pójdzie sobie pieszo. - Głos Marlenki
podniósł się ostrzegawczo, ale ciągle jeszcze mówiła cicho. - Na pewno
jest przyzwyczajona do długich spacerów.
Dopiero teraz Halinka odzyskała głos.
- Jak pani do mnie mówi? - powiedziała, chcąc, żeby to zabrzmiało z godnością, ale słowa te wypadły trochę żałośnie. - Ja tylko...
- Siostro... - Marlenka zakołysała się lekko. Kita zgasił zapałkę i znieruchomiał z papierosem w kąciku ust. - Powiedziałam ci, że pójdziesz
pieszo, a jeżeli nie pójdziesz, to... - tu głos na chwilę odmówił jej
posłuszeństwa, a potem wzniósł się nagle nieomal do krzyku - to cię
odniosą!
- Ale przecież ja... Co też pani...
Mówiąc to, protestując, otworzyła drzwiczki i minęła Marlenkę, która
powoli odwróciła się za nią i patrzyła za oddalającą się sylwetką. Razem
z nią patrzył Kowalski, siedzący nadal za szybą auta, i Kita, stojący na
chodniku. Dopiero kiedy pośpieszne kroki dziewczyny ucichły nagle za
rogiem, Marlena odwróciła się błyskawicznie na pięcie.
- Ty... ty... ty... - Zabrakło jej słów i wybuchnęła płaczem, kryjąc twarz w dłoniach, oparta o błotnik samochodu.
Kowalski wyskoczył z auta i dając rozpaczliwe znaki przyjacielowi,
podszedł do niej, ostrożnie próbując wziąć ją za rękę.
- Marlenko...
- Nie dotykaj mnie! - Wyrwała mu dłoń i odskoczyła. - Brzydzę się tobą.
Brzyyyydzę! - Znowu zaczęła płakać. Kowalskiemu wydało się, że w okolicznych domach ludzie otwierają okna i wychylają się na zewnątrz.
- O co ci chodzi? - zapytał, czując, że ręce zaczynają mu drżeć ze
zdenerwowania. - Posłuchaj mnie, przecież to była tylko pasażerka...
Ale Marlena nie słuchała go.
- Coś ty mi zrobił. Coś ty mi zrobił, Heniu... Ja się zabiję... zobaczysz.
Ja tego dłużej nie wytrzymam. Jakbym wiedziała: chciałam usnąć, ale nie
mogłam i wiedziałam, że się tu zmieniacie. I pomyślałam, że na pewno
będziesz z jakąś... z jakąś... - Ostatnie słowo rozpłynęło się we łzach.
Kowalski obejrzał się bezradnie. Jak miliony mężczyzn przed nim był tak
pełen poczucia winy, że nie mógł zdobyć się na stanowcze zaprzeczenie,
które by ją przekonało, chociaż czuł, że Marlena chce się dać przekonać
i czeka przecież na to, żeby jej wytłumaczył wszystko. Wiedział, że
byłaby najszczęśliwsza, mogąc go przeprosić za swój wybuch. Ale na razie
był tak przekonany o słuszności jej zachowania, że trudno było coś
wymyślić naprędce.
- Kazik! - powiedział do przyjaciela, kiwając do niego ręką za plecami
płaczącej. - Weź na chwilę wóz i jedź. Jutro odrobię za ciebie ten czas.
Ja muszę z nią zostać, bo... bo sam widzisz...
- Możesz jechać! - powiedziała dziewczyna, nie unosząc głowy. - Jedź i nie wracaj.
Kowalski westchnął.
- Bądź za pół godziny na postoju przed Dworcem Głównym - powiedział. -
Czekaj na mnie, a jakby ci się trafił kurs, to ja zaczekam, aż wrócisz.
Kazik Kita także westchnął. Ale nie powiedział ani słowa, tylko skinął
głową, wsiadł do auta i odjechał.
Kiedy samochód ruszył, Marlenka cofnęła się i z pochyloną głową,
popłakując cicho, poszła przed siebie.
- Marlenka!
Dogonił ją, położył silne ręce na jej ramionach i chociaż stawiała opór,
odwrócił ją ku sobie.
- Powiedz, kochana, jak to będzie? Przecież ja jestem kierowcą, mam
taksówkę i z tego żyję. Może do mnie wsiąść, kto chce, staruszek czy
młoda dziewczyna. I dla każdego muszę być grzeczny. Jeżeli będziesz taka
zazdrosna, to co ja mam zrobić? Rzucić pracę? Odstąpić udział w wozie?
Przecież mamy się pobrać. I z czego będziemy żyli? Ja nic innego nie
potrafię, od chłopaka prawie siedzę za kółkiem. Nawet w wojsku byłem
kierowcą. Co ja mam robić, Marlenka?
Był tak przejęty tym, co mówi, że zupełnie już zapomniał, jak wyglądała
dziś wieczór prawda. Ale wiedział, że ma słuszność bez względu na to,
jak ta prawda wygląda. Marlena była zazdrosna o wszystko: o kobiety, o przeszłość, o przyszłość, a najbardziej o to, że siedząc za kierownicą,
znikał jej na długie godziny z pola widzenia i wtedy wyobraźnia nasuwała
jej to wszystko, czego się najbardziej obawiała. Może instynktownie
wyczuwała, że ten trochę za przystojny chłopak, którego tak pokochała i który zawsze był dla niej tak dobry, jest równocześnie trochę popsuty
przez legion innych dziewcząt, które przewinęły się przez jego życie.
Dlatego bała się wyjść za niego za mąż, chociaż było to jej jedynym
poważnym pragnieniem i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Zresztą
nigdy, chociaż wszyscy jego koledzy i wszystkie jej koleżanki wiedziały,
że jest jego dziewczyną, nie rozmawiali o małżeństwie.
- Słuchaj, a może byśmy się pobrali? - powiedział nagle Kowalski, idąc
obok niej.
Pytanie to było tak bliskie tego, o czym właśnie myślała, że uniosła
głowę i spojrzała na niego zaskoczona. Oczy miała ciągle jeszcze pełne
łez i dlatego widziała go przez lekką, zamazującą kontury mgiełkę.
- Pobierzmy się - powtórzył. - Wtedy może wszystko będzie inaczej. I ty
nie będziesz taka zazdrosna, i ja... - dokończył trochę niepewnie - też
będę inny.
Znowu zaczęła płakać, ale równocześnie objęła obu rękami jego ramię,
tuląc głowę do rękawa kurtki przesiąkniętej zapachem benzyny.
- Ja... ja wiem, że jestem głupia - powiedziała cicho. - Ale ja ciebie tak
kocham, Heniu. Tak strasznie ciebie kocham. I jak... jak pomyślę tylko, że
któraś z tych... - Urwała, odetchnęła głęboko i uniosła ku niemu twarz,
już uśmiechniętą, ale ciągle jeszcze zapłakaną. - Powtórz to, coś
powiedział przed chwilą.
- Powiedziałem, że dobrze będzie, jeżeli się prędko pobierzemy.
Naprzeciw nich nadchodziło dwu poważnych, starszych panów, prowadzących
pieski na późny wieczorny spacer. Nie zważając na ich zdumione
spojrzenia, Henryk obrócił dziewczynę ku sobie i pocałował w usta. Potem
łagodnie odsunął ją i objąwszy ramieniem, ruszył w stronę jej domu.
- Mój Boże... - szepnęła. - Jaki ty dobry, a jaka ja jestem głupia jędza!
Kowalski poczuł lekkie ukłucie sumienia, ale minęło ono tak szybko, jak
się pojawiło.
- Powiedz swojej mamie, że wychodzisz za mąż! - Roześmiał się. Stanęli
przed bramą kamienicy, w której mieszkała. - Jutro rano będę spał, bo
mam całą noc jazdy, a po obiedzie przyjdę do ciebie i wszystko obgadamy.
- Przyjdź na obiad - szepnęła. - Mama na pewno zrobi coś... coś takiego,
co lubisz.
- Pomóż jej. Chciałbym jadać w domu, kiedy się ożenię. Dosyć mam jadania
po knajpach.
- Och, Heniu! - Przytuliła się do niego, bliska, uspokojona i szczęśliwa. - Przepraszam! Już nigdy nie będę.
Wspięła się na palce, pocałowała go i wbiegła do bramy.
Przez chwilę patrzył za nią, potem spojrzał na zegarek. Było piętnaście
po dziesiątej. Uśmiechnął się do siebie i pokręcił głową. Poprawił
kurtkę na ramionach i swobodnym krokiem długodystansowca zaczął biec w stronę dworca, ku któremu zbliżał się z przeciwnej strony pociąg
pośpieszny z Warszawy.
Ale pociąg był już blisko, a Kowalskiego dzieliło od dworca kilka
długich ulic.
I dla tej prostej przyczyny Śmierć nie spotkała się tego wieczora z Kowalskim.