Śmierć i Kowalski - Maciej Słomczyński, Joe Alex

Kup ebooka

34.90 zł
29.34 zł (24,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział, w którym pomimo dobrej woli obu stron Śmierć nie spotyka się z Kowalskim

ROZ­DZIAŁ,

w któ­rym pomimo dobrej woli obu stron Śmierć nie spo­tyka się z Kowal­skim

Skoń­czył się gorący, bez­chmurny dzień nad morzem. Na dale­kim cyplu nie­wi­dzialna latar­nia mor­ska puściła w ruch dwa białe pro­mie­nie, muska­jąc nimi leżące na redzie statki, pta­sie syl­wetki dźwi­gów, usy­pia­jące na wodzie mewy i roz­rzu­cone na łagod­nych wzgó­rzach mia­sto. Na linii styku wód i lądu pootwie­rały się kolo­rowe oczka lamp pozy­cyj­nych i boi sygna­ło­wych, które koły­sały się na morzu spo­koj­nym, falu­ją­cym leni­wie i pokry­tym pla­mami oliwy. Wil­gotny odblask świa­teł wie­czoru poło­żył się na szy­bach okien i na wyśli­zga­nych szy­nach skom­pli­ko­wa­nej siatki torów kole­jo­wych, opla­ta­ją­cych port i ucie­ka­ją­cych pomię­dzy wzgó­rza w głąb lądu, który nik­nął już pośród nocy.

Pociąg pośpieszny, któ­rym Śmierć jechała na spo­tka­nie z Kowal­skim, był jesz­cze daleko od mia­sta, lecz zbli­żał się nie­ustan­nie z nie­uchronną pew­no­ścią dobrze pra­cu­ją­cego mecha­ni­zmu. Oczy­wi­ście Kowal­ski nie miał o tym poję­cia. Nie wie­dział także, że gdyby pewna dziew­czyna nie wybrała się z wizytą do ciotki, idąc tą wła­śnie ulicą, a nie inną, nie dożyłby następ­nego ranka. Nie dożyłby naj­praw­do­po­dob­niej następ­nego ranka, gdyby dziew­czyna ta nie spo­strze­gła, że jest bar­dzo przy­stojny, i gdyby ode­szła, nie zatrzy­mu­jąc się zupeł­nie bez potrzeby na tak długo przed oknem zamknię­tej księ­garni. No i nie dożyłby, oczy­wi­ście, następ­nego ranka, gdyby nie miał narze­czo­nej i gdyby narze­czona ta nie była tak bar­dzo zazdro­sna, że nerwy pono­siły ją nie­omal auto­ma­tycz­nie na widok każ­dej kobiety zdra­dza­ją­cej jakie­kol­wiek zain­te­re­so­wa­nie jego osobą.

W chwili kiedy zaczyna się nasza opo­wieść, Kowal­ski jest sam, stoi na chod­niku jed­nej z ulic śród­mie­ścia Gdyni i spo­gląda na zega­rek. Ocze­kuje Kazi­mie­rza Kity, jedy­nego swego przy­ja­ciela, z któ­rym do spółki ma tak­sówkę numer 448, bar­dzo sta­rego opla - naj­praw­do­po­dob­niej wete­rana dru­giej wojny świa­to­wej. Kowal­ski ma dziś nocną zmianę i umó­wili się, że dzie­sięć przed dzie­siątą Kita pod­je­dzie do tego wła­śnie naroż­nika, żeby prze­ka­zać wóz.

Kowal­ski zer­k­nął na zega­rek i wes­tchnął. Była za pięć dzie­siąta. Pod­szedł do skraju chod­nika, spoj­rzał w lewo i w prawo, ale żaden samo­chód nie poja­wiał się w per­spek­ty­wie ulicy.

Zawró­cił i sta­nął przed jasno oświe­tloną witryną księ­garni, przy­glą­da­jąc się od nie­chce­nia okład­kom, pogwiz­du­jąc cicho i bar­dzo fał­szy­wie, a jed­no­cze­śnie zasta­na­wia­jąc się nad tym, w który kra­niec roz­le­głego Trój­mia­sta mógł pchnąć Kazika jakiś daleki kurs.

I wtedy dziew­czyna wyszła zza rogu, idąc w jego kie­runku. Pusta ulica naj­pierw podała mu echo kro­ków, póź­niej uniósł głowę. Już z daleka zauwa­żył, że dziew­czyna jest smu­kła, ubrana w białą sukienkę i nie­sie ple­ciony koszyk. Ponie­waż nie­cier­pli­wił się tro­chę, a Kazik powi­nien był nad­je­chać lada sekunda, więc nie spoj­rzał na nią po raz drugi i odwró­cił się ku wysta­wie sklepu. Ale że wystawa w nocy działa tro­chę jak lustro, zoba­czył w niej wła­sne odbi­cie: wyso­kiego, bar­czy­stego, mło­dego męż­czy­znę o szczu­płej, opa­lo­nej twa­rzy, weso­łych oczach i krót­kich, ciem­nych, tro­chę zmierz­wio­nych wło­sach, które lubił odru­chowo prze­cze­sy­wać pal­cami. Ubrany był w czarne bre­zen­towe spodnie, roz­piętą na piersi kolo­rową koszulę i skó­rzaną szo­fer­ską kurtkę, zarzu­coną luźno na ramiona, bo wie­czór był bar­dzo cie­pły.

Odgłos kro­ków ucichł i Kowal­ski ujrzał obok sie­bie odbity w szy­bie, zamglony zarys dziew­czyny. Nie­znacz­nie zwró­cił oczy w lewo, a potem znowu spoj­rzał na wystawę. Dziew­czyna stu­dio­wała z uwagą okładki ksią­żek, prze­su­wa­jąc powoli oczyma od jed­nej do dru­giej. Kowal­ski odru­chowo przy­gła­dził pal­cami czu­prynę, powstrzy­mał uśmiech i chrząk­nął cicho. Dziew­czyna nie drgnęła. Zacho­wy­wała się tak, jak gdyby prócz niej nie było nikogo przed skle­pem. Chrząk­nął więc po raz drugi i nabraw­szy głę­boko powie­trza jak czło­wiek, który nie­spo­dzie­wa­nie musi sko­czyć do wody, powie­dział z miną zagu­bio­nego, dobrego dziecka:

- Prze­pra­szam bar­dzo... bo wła­śnie pani na pewno zna się dobrze na książ­kach, prawda? A ja muszę kupić jedną książkę.

Dziew­czyna rap­tow­nie odwró­ciła ku niemu głowę. Minę miała tro­chę zagnie­waną, ale zaraz unio­sła ze zdzi­wie­niem ładne, czarne, nie­omal zro­śnięte nad nosem brwi.

- Jak to, pro­szę pana? Prze­cież księ­gar­nie już dawno są zamknięte. Nie kupi pan dzi­siaj żad­nej książki.

- Tak, ja wiem, bar­dzo dobrze wiem, że nie dzi­siaj. Ale pomy­śla­łem sobie, że tego... że dobrze by było, żebym sobie jutro kupił taką książkę.

- A jaką? - Dostrzegł, że dziew­czyna z tru­dem powstrzy­muje uśmiech.

- Taką, widzi pani, poważną jakąś. Nie znam się na tym, bo czasu zupeł­nie nie mam. Tyle tylko, że się jakiś kry­mi­nał prze­czyta, i to wszystko. Cią­gle zajęty jestem i... - zaplą­tał się tro­chę, ale zaraz dokoń­czył: - Wła­śnie to, że czasu czło­wiek nie ma na co innego niż robota. Pra­wie na nic się nie ma czasu.

Wes­tchnął i roz­ło­żył ręce, jak gdyby chcąc wziąć cały świat na świadka, że mówi to serio i nie ma żad­nych złych zamia­rów.

- To zupeł­nie jak ja. - Dziew­czyna prze­ło­żyła koszy­czek z pra­wej ręki do lewej i mimo­wol­nym, ład­nym, zupeł­nie nie­po­trzeb­nym ruchem popra­wiła włosy nad czo­łem. - Ale ja to muszę powie­dzieć, że po pro­stu prze­pa­dam za kry­mi­na­łami, no i za takimi, żeby było w nich coś bar­dzo smut­nego o miło­ści. Wie pan, o tym, że się kochają, a nic im się nie udaje, bo źli ludzie albo zły los prze­szka­dzają cią­gle i dopiero na końcu wszystko się pięk­nie zga­dza i są szczę­śliwi.

- Tak. - Kiw­nął głową ze zro­zu­mie­niem. - To też jest nie­złe, ale cza­sami za smutne. Szcze­gól­nie jak się smut­nie koń­czy. Lubię, kiedy on ją ratuje w ostat­niej chwili, gdy już, już ma się stać coś strasz­nego i żad­nego ratunku dla niej zni­kąd nie ma. Po tym oca­le­niu ona zawsze zaczyna się w nim kochać. - Urwał i uśmiech­nął się, patrząc na nią odważ­nymi, weso­łymi oczyma. - Żeby tak być szcze­rym, to panią ura­to­wał­bym z przy­jem­no­ścią.

- Mnie? Kiedy mi nic nie grozi. - Dziew­czyna zaczęła się śmiać. Znowu prze­rzu­ciła koszy­czek do pra­wej ręki i ruszyła powoli. Kowal­ski szedł obok niej, przy­glą­da­jąc się dłu­gim cie­niom ich postaci, wydłu­ża­ją­cym się tym bar­dziej, im dalej odcho­dzili od świe­cą­cej za ple­cami latarni.

- Ni­gdy nie wia­domo, co dziew­czy­nie może gro­zić. - Zasta­no­wił się. - Mógłby, na przy­kład, ktoś chcieć panią porwać.

- Wcale bym się nie zmar­twiła! - Dziew­czyna par­sk­nęła śmie­chem. - Cza­sem to sobie nawet marzę, żeby się coś takiego stało. To by była jakaś wielka przy­goda w życiu...

- Nie o tym myśla­łem. Wyobra­zi­łem sobie, że chciałby panią porwać jakiś zły czło­wiek, han­dlarz żywym towa­rem czy ktoś taki... I już by panią pory­wał, a wtedy ja bym wyje­chał moim wozem zza rogu i jakoś by się wszystko uło­żyło.

Rozej­rzała się z komicz­nym zdu­mie­niem i Kowal­ski pomy­ślał z cichą satys­fak­cją, że zna­jo­mość wła­ści­wie jest już zawarta.

- Prze­cież pan nie ma żad­nego wozu.

- E... mam - powie­dział, skrom­nie spusz­cza­jąc oczy - to zna­czy mam tak­sówkę, do spółki z kolegą. Wła­śnie cze­kam tu na niego, bo teraz moja kolej na noc. - Zer­k­nął na zega­rek. - Spóź­nił mi się już dzie­sięć minut.

Spoj­rzała na niego z nie­ta­jo­nym sza­cun­kiem.

- To chyba musi być przy­jem­nie tak sobie jeź­dzić przez cały dzień samo­cho­dem i jesz­cze zara­biać na tym. Zazdrosz­czę panu.

- Nie ma czego. Taka sama praca jak każda inna. A pani gdzie pra­cuje?

- Na poczcie, w okienku. Jestem taka panienka z okienka. W urzę­dzie na Gra­bówku. Strasz­nie nudno. - Mówiła już do niego, jakby się znali od dawna. - Tylko po pierw­szym każ­dego mie­siąca jest tłok. Wszy­scy wtedy płacą jakieś raty i za tele­fon. A potem znowu cicho. Sie­dzi czło­wiek i w okno patrzy. Żebym miała taką tak­sówkę jak pan, tobym chyba ni­gdy z niej nie wysia­dała! Tak lubię, żeby cią­gle się coś zmie­niało: ludzie, miej­sco­wo­ści...

Odru­chowo wziął ją pod rękę. Znał takie dziew­czyny. Nudziły się i zawsze były w poszu­ki­wa­niu kogoś, kto by z nimi chciał gdzieś pójść, gdzieś poje­chać, coś prze­żyć. Poza tym była, zdaje się, bar­dzo gada­tliwa.

Ale Kowal­ski, cho­ciaż nie posia­dał zbyt wielu wad, a w każ­dym razie nie wię­cej niż inni ludzie, miał jedną, z którą nie umiał nawet wal­czyć: sła­bość do każ­dej przy­stoj­nej dziew­czyny. Po pro­stu musiał uśmiech­nąć się na widok ład­nej buzi i musiał coś powie­dzieć, nawet gdyby nie chciał. A prze­cież już od paru mie­sięcy naprawdę nie chciał, bo w głębi serca wie­dział, że jest zako­chany w Mar­lence Sęk. Rów­no­cze­śnie wie­dział, że Mar­lena jest naj­bar­dziej zazdro­sną dziew­czyną, jeżeli nie pod słoń­cem, to w każ­dym razie na całym pięć­set­ki­lo­me­tro­wym pasie wybrzeża. Gdyby była gdzieś w oko­licy taka druga, musiałby chyba o niej usły­szeć.

Ale nie chciał teraz myśleć zbyt wiele o Mar­le­nie.

- Tak pani lubi "spa­ce­ro­wać" samo­cho­dem? - zapy­tał pogod­nie. - To może jak Kazik - to zna­czy mój kolega - zaje­dzie tutaj, poje­dziemy sobie gdzieś tro­chę? Wie­czo­rem mia­sto zawsze jest cie­kaw­sze, wie pani? Cią­gle się coś dzieje.

- To pan chyba nie­żo­naty? - Dziew­czyna się roze­śmiała. - Żonaty bałby się zapra­szać obcą osobę na prze­jażdżkę.

- Nie... - Kowal­ski zawa­hał się na mgnie­nie oka. - Żonaty nie jestem.

- Oho! - Dziew­czyna poki­wała głową ze zro­zu­mie­niem. - Narze­czona, tak? Widzi pan, jak to nie­ład­nie! My, kobiety, zawsze wam wie­rzymy, nie wia­domo dla­czego, a wy...

Zawie­siła głos i nie dokoń­czyła, ale uśmiech na jej ustach świad­czył, że nie zanadto prze­jęła się losem nie­zna­nej narze­czo­nej tego na pół nie­zna­jo­mego sobie czło­wieka.

- O, jedzie mój wóz! - powie­dział prędko Kowal­ski, sły­sząc za ple­cami szum sil­nika. Przy­sta­nęli i odwró­cili się.

Tro­chę roz­kle­ko­tany stary opel wysu­nął się powoli zza rogu ulicy i skrę­cił w ich kie­runku. Po chwili zatrzy­mał się i sie­dzący za kie­row­nicą czło­wiek ski­nął im głową. Potem wysiadł, wytarł pot z czoła nagim przed­ra­mie­niem i zatrza­snąw­szy drzwiczki, pod­szedł ku sto­ją­cym. Dziew­czyna nie­znacz­nie wyzwo­liła rękę i znowu popra­wiła włosy.

- Dobry wie­czór - powie­dział Kita, patrząc na dziew­czynę, a mówiąc do Kowal­skiego. - Bałem się, że będziesz się tu nudził, ale widzę, że pani była taka grzeczna, że zacze­kała z tobą. Żebym wie­dział, że tak jest, nie gnał­bym z Sopotu na zła­ma­nie karku, bez pasa­żera. - Ukło­nił się z wycze­ku­jącą miną.

Kowal­ski zro­bił nie­okre­ślony ruch ręką.

- To mój kolega, pan Kita, a to... zna­joma. - Tamci podali sobie ręce. - A ja też się jesz­cze nie przed­sta­wi­łem, Kowal­ski jestem. - Wziął w swoją wielką, opa­loną rękę drobną, ale jesz­cze ciem­niej­szą dłoń dziew­czyny i uca­ło­wał ją poważ­nie.

- Ahaa... - powie­dział Kita ze zro­zu­mie­niem. - To pew­nie pani cze­kała na tak­sówkę i powie­działeś, że możesz odwieźć panią, jak tylko przy­jadę? Rozu­miem.

- Nie. - Kowal­ski ener­gicz­nie potrzą­snął głową i znowu ujął dziew­czynę pod ramię. - Pani wła­śnie chciała mi pora­dzić, jaką mam książkę jutro kupić.

- Książkę? - powie­dział Kita z tak wyraź­nym nie­do­wie­rza­niem, jak gdyby przy­ja­ciel zako­mu­ni­ko­wał mu, że ta ładna dziew­czyna chce mu dopo­móc w kup­nie zdro­wego mło­dego noso­rożca. - A na co ci książka, Heniu?

- A tak... Wiesz, czło­wiek musi cza­sami coś poważ­nego prze­czy­tać. - Kowal­ski zda­wał się o tym abso­lut­nie prze­ko­nany. - Prawda, panno... panno...

- Halinka - powie­działa dziew­czyna. - Ale ja już pójdę. Szłam do cioci i już tak późno, że cio­cia mnie skrzy­czy. Zawsze się do niej spóź­niam, a dzi­siaj spóź­ni­łam się chyba już z pół­to­rej godziny. Pro­siła, żebym u niej zano­co­wała, bo się źle czuje.

- No, to pod­wiozę panią do cioci! - zade­cy­do­wał sta­now­czo Kowal­ski. - A jakby się nam tra­fił po dro­dze jakiś pasa­żer, to nad­ło­żymy tro­chę, prawda?

- Bar­dzo pan grzeczny, ale cio­cia mieszka o tam, zaraz za rogiem.

- To nic. - Kowal­ski puścił ją i uniósł rękę, wska­zu­jąc zapra­sza­ją­cym gestem samo­chód, sto­jący potul­nie przy kra­węż­niku i pomru­ku­jący cicho nie­wy­ga­szo­nym sil­ni­kiem. - Zawsze jakoś doje­dziemy do cioci na czas.

Pod­szedł do drzwi­czek tak­sówki i otwo­rzył je.

- Konie już zaprzę­żone, jaśnie panienko! - Ukło­nił się nisko, a potem ski­nął przy­ja­cie­lowi. - Ser­wus, Kaziu! To do jutra!

- Ser­wus! - Kita odwra­cał się już na pię­cie, żeby odejść. - Będę punk­tu­al­nie o dzie­sią­tej! Tylko mi się gdzie nie zawie­rusz!

- Nie ma obawy! Panna Halinka nie da mi zgi­nąć! - Kowal­ski zga­sił motor, potem zapu­ścił go znowu, patrząc na dziew­czynę, która usa­do­wiła się obok niego, uśmie­cha­jąc się. Poło­żył dłoń na bie­gach i spoj­rzał na nią spod oka. - To co? Musi pani tak od razu poje­chać do cioci?

- Chyba tak... - powie­działa z waha­niem. - Zresztą co by pan sobie o mnie pomy...

Nie dokoń­czyła, bo zanim wóz drgnął, dobiegł ich ostrze­gaw­czy głos Kity.

- Heniek! Ruszaj!

Gdyby Kowal­ski zro­bił to, czego chciał jego przy­ja­ciel, to zna­czy: ruszył, wszystko poto­czy­łoby się ina­czej. Ale Kowal­ski zdzi­wił się i odwró­cił głowę, nie rusza­jąc z miej­sca.

Zoba­czył Kitę sto­ją­cego na chod­niku, a tuż za nim nad­cho­dzącą szybko...

Uśmiech znik­nął z twa­rzy Kowal­skiego, jak gdyby ktoś prze­je­chał po niej mokrą gąbką. Zgrabna, smu­kła, jasno­włosa dziew­czyna prze­ci­nała chod­nik, zbli­ża­jąc się szybko do tak­sówki.

Stuk, stuk, stuk... Małe pan­to­felki na bar­dzo wyso­kich obca­sach wybi­jały ener­giczny rytm. Na twa­rzy dziew­czyny też już nie było uśmie­chu. Zbli­żyła się i Kowal­ski spoj­rzał w zie­lone oczy, które od roku uwa­żał za naj­pięk­niej­sze oczy świata, a które nie były teraz piękne. Zwę­ziły się i rzu­cały malut­kie zie­lone ogniki, któ­rych pomimo naj­wyż­szych wysił­ków nie poko­chał ni­gdy i oba­wiał się bar­dziej niż cze­go­kol­wiek, cho­ciaż był czło­wie­kiem odważ­nym i nie­ła­two go było prze­stra­szyć.

Jasno­włosa dziew­czyna pode­szła do auta i pochy­liw­szy się lekko, znie­ru­cho­miała, wpa­trzona w sie­dzącą wewnątrz parę. Nie ode­zwała się ani jed­nym sło­wem.

Wresz­cie powoli wycią­gnęła rękę. Sie­dząca w środku pasa­żerka cof­nęła się mimo­wol­nie. Ale jasno­włosa spo­koj­nie dotknęła dło­nią licz­nika i pochy­liła cho­rą­giewkę.

- Zapo­mnia­łeś zła­mać licz­nik - powie­działa. - Bar­dzo jesteś roz­tar­gniony, Heniu...

Kowal­ski ożył w tej chwili i uśmiech­nął się z ogrom­nym wysił­kiem.

- Mar­lenka! - powie­dział z lek­ko­ścią i swo­bodą, w któ­rych nawet dziecko dostrze­głoby ogromny wysi­łek czło­wieka nie­bę­dą­cego akto­rem i zmu­szo­nego do into­na­cji abso­lut­nie odle­głej od uczuć, jakie go w tej chwili prze­peł­niały. - Co tu robisz? Myśla­łem, że już dawno śpisz!

- Jestem o tym prze­ko­nana. - Mar­lenka była na­dal spo­kojna, ale w gło­sie jej zadrżała maleńka nutka, która wywo­łała w Kowal­skim panikę, a jego towa­rzyszce kazała zesztyw­nieć na sie­dze­niu.

- Zacze­kaj! Tylko odwiozę panią i zaraz wra­cam. - Kątem oka dostrzegł sto­ją­cego na chod­niku Kitę, który powoli zapa­lał papie­rosa, obser­wu­jąc całą scenę poprzez pło­myk zapałki.

- Myślę, że ta pani dosko­nale pój­dzie sobie pie­szo. - Głos Mar­lenki pod­niósł się ostrze­gaw­czo, ale cią­gle jesz­cze mówiła cicho. - Na pewno jest przy­zwy­cza­jona do dłu­gich spa­ce­rów.

Dopiero teraz Halinka odzy­skała głos.

- Jak pani do mnie mówi? - powie­działa, chcąc, żeby to zabrzmiało z god­no­ścią, ale słowa te wypa­dły tro­chę żało­śnie. - Ja tylko...

- Sio­stro... - Mar­lenka zako­ły­sała się lekko. Kita zga­sił zapałkę i znie­ru­cho­miał z papie­ro­sem w kąciku ust. - Powie­dzia­łam ci, że pój­dziesz pie­szo, a jeżeli nie pój­dziesz, to... - tu głos na chwilę odmó­wił jej posłu­szeń­stwa, a potem wzniósł się nagle nie­omal do krzyku - to cię odniosą!

- Ale prze­cież ja... Co też pani...

Mówiąc to, pro­te­stu­jąc, otwo­rzyła drzwiczki i minęła Mar­lenkę, która powoli odwró­ciła się za nią i patrzyła za odda­la­jącą się syl­wetką. Razem z nią patrzył Kowal­ski, sie­dzący na­dal za szybą auta, i Kita, sto­jący na chod­niku. Dopiero kiedy pośpieszne kroki dziew­czyny uci­chły nagle za rogiem, Mar­lena odwró­ciła się bły­ska­wicz­nie na pię­cie.

- Ty... ty... ty... - Zabra­kło jej słów i wybuch­nęła pła­czem, kry­jąc twarz w dło­niach, oparta o błot­nik samo­chodu.

Kowal­ski wysko­czył z auta i dając roz­pacz­liwe znaki przy­ja­cie­lowi, pod­szedł do niej, ostroż­nie pró­bu­jąc wziąć ją za rękę.

- Mar­lenko...

- Nie doty­kaj mnie! - Wyrwała mu dłoń i odsko­czyła. - Brzy­dzę się tobą. Brzy­y­y­y­dzę! - Znowu zaczęła pła­kać. Kowal­skiemu wydało się, że w oko­licz­nych domach ludzie otwie­rają okna i wychy­lają się na zewnątrz.

- O co ci cho­dzi? - zapy­tał, czu­jąc, że ręce zaczy­nają mu drżeć ze zde­ner­wo­wa­nia. - Posłu­chaj mnie, prze­cież to była tylko pasa­żerka...

Ale Mar­lena nie słu­chała go.

- Coś ty mi zro­bił. Coś ty mi zro­bił, Heniu... Ja się zabiję... zoba­czysz. Ja tego dłu­żej nie wytrzy­mam. Jak­bym wie­działa: chcia­łam usnąć, ale nie mogłam i wie­działam, że się tu zmie­nia­cie. I pomy­śla­łam, że na pewno będziesz z jakąś... z jakąś... - Ostat­nie słowo roz­pły­nęło się we łzach.

Kowal­ski obej­rzał się bez­rad­nie. Jak miliony męż­czyzn przed nim był tak pełen poczu­cia winy, że nie mógł zdo­być się na sta­now­cze zaprze­cze­nie, które by ją prze­ko­nało, cho­ciaż czuł, że Mar­lena chce się dać prze­ko­nać i czeka prze­cież na to, żeby jej wytłu­ma­czył wszystko. Wie­dział, że byłaby naj­szczę­śliw­sza, mogąc go prze­pro­sić za swój wybuch. Ale na razie był tak prze­ko­nany o słusz­no­ści jej zacho­wa­nia, że trudno było coś wymy­ślić naprędce.

- Kazik! - powie­dział do przy­ja­ciela, kiwa­jąc do niego ręką za ple­cami pła­czą­cej. - Weź na chwilę wóz i jedź. Jutro odro­bię za cie­bie ten czas. Ja muszę z nią zostać, bo... bo sam widzisz...

- Możesz jechać! - powie­działa dziew­czyna, nie uno­sząc głowy. - Jedź i nie wra­caj.

Kowal­ski wes­tchnął.

- Bądź za pół godziny na postoju przed Dwor­cem Głów­nym - powie­dział. - Cze­kaj na mnie, a jakby ci się tra­fił kurs, to ja zacze­kam, aż wró­cisz.

Kazik Kita także wes­tchnął. Ale nie powie­dział ani słowa, tylko ski­nął głową, wsiadł do auta i odje­chał.

Kiedy samo­chód ruszył, Mar­lenka cof­nęła się i z pochy­loną głową, popła­ku­jąc cicho, poszła przed sie­bie.

- Mar­lenka!

Dogo­nił ją, poło­żył silne ręce na jej ramio­nach i cho­ciaż sta­wiała opór, odwró­cił ją ku sobie.

- Powiedz, kochana, jak to będzie? Prze­cież ja jestem kie­rowcą, mam tak­sówkę i z tego żyję. Może do mnie wsiąść, kto chce, sta­ru­szek czy młoda dziew­czyna. I dla każ­dego muszę być grzeczny. Jeżeli będziesz taka zazdro­sna, to co ja mam zro­bić? Rzu­cić pracę? Odstą­pić udział w wozie? Prze­cież mamy się pobrać. I z czego będziemy żyli? Ja nic innego nie potra­fię, od chło­paka pra­wie sie­dzę za kół­kiem. Nawet w woj­sku byłem kie­rowcą. Co ja mam robić, Mar­lenka?

Był tak prze­jęty tym, co mówi, że zupeł­nie już zapo­mniał, jak wyglą­dała dziś wie­czór prawda. Ale wie­dział, że ma słusz­ność bez względu na to, jak ta prawda wygląda. Mar­lena była zazdro­sna o wszystko: o kobiety, o prze­szłość, o przy­szłość, a naj­bar­dziej o to, że sie­dząc za kie­row­nicą, zni­kał jej na dłu­gie godziny z pola widze­nia i wtedy wyobraź­nia nasu­wała jej to wszystko, czego się naj­bar­dziej oba­wiała. Może instynk­tow­nie wyczu­wała, że ten tro­chę za przy­stojny chło­pak, któ­rego tak poko­chała i który zawsze był dla niej tak dobry, jest rów­no­cze­śnie tro­chę popsuty przez legion innych dziew­cząt, które prze­wi­nęły się przez jego życie. Dla­tego bała się wyjść za niego za mąż, cho­ciaż było to jej jedy­nym poważ­nym pra­gnie­niem i nie wyobra­żała sobie życia bez niego. Zresztą ni­gdy, cho­ciaż wszy­scy jego kole­dzy i wszyst­kie jej kole­żanki wie­działy, że jest jego dziew­czyną, nie roz­ma­wiali o mał­żeń­stwie.

- Słu­chaj, a może byśmy się pobrali? - powie­dział nagle Kowal­ski, idąc obok niej.

Pyta­nie to było tak bli­skie tego, o czym wła­śnie myślała, że unio­sła głowę i spoj­rzała na niego zasko­czona. Oczy miała cią­gle jesz­cze pełne łez i dla­tego widziała go przez lekką, zama­zu­jącą kon­tury mgiełkę.

- Pobierzmy się - powtó­rzył. - Wtedy może wszystko będzie ina­czej. I ty nie będziesz taka zazdro­sna, i ja... - dokoń­czył tro­chę nie­pew­nie - też będę inny.

Znowu zaczęła pła­kać, ale rów­no­cze­śnie objęła obu rękami jego ramię, tuląc głowę do rękawa kurtki prze­siąk­nię­tej zapa­chem ben­zyny.

- Ja... ja wiem, że jestem głu­pia - powie­działa cicho. - Ale ja cie­bie tak kocham, Heniu. Tak strasz­nie cie­bie kocham. I jak... jak pomy­ślę tylko, że któ­raś z tych... - Urwała, ode­tchnęła głę­boko i unio­sła ku niemu twarz, już uśmiech­niętą, ale cią­gle jesz­cze zapła­kaną. - Powtórz to, coś powie­dział przed chwilą.

- Powie­dzia­łem, że dobrze będzie, jeżeli się prędko pobie­rzemy.

Naprze­ciw nich nad­cho­dziło dwu poważ­nych, star­szych panów, pro­wa­dzą­cych pie­ski na późny wie­czorny spa­cer. Nie zwa­ża­jąc na ich zdu­mione spoj­rze­nia, Hen­ryk obró­cił dziew­czynę ku sobie i poca­ło­wał w usta. Potem łagod­nie odsu­nął ją i objąw­szy ramie­niem, ruszył w stronę jej domu.

- Mój Boże... - szep­nęła. - Jaki ty dobry, a jaka ja jestem głu­pia jędza!

Kowal­ski poczuł lek­kie ukłu­cie sumie­nia, ale minęło ono tak szybko, jak się poja­wiło.

- Powiedz swo­jej mamie, że wycho­dzisz za mąż! - Roze­śmiał się. Sta­nęli przed bramą kamie­nicy, w któ­rej miesz­kała. - Jutro rano będę spał, bo mam całą noc jazdy, a po obie­dzie przyjdę do cie­bie i wszystko obga­damy.

- Przyjdź na obiad - szep­nęła. - Mama na pewno zrobi coś... coś takiego, co lubisz.

- Pomóż jej. Chciał­bym jadać w domu, kiedy się oże­nię. Dosyć mam jada­nia po knaj­pach.

- Och, Heniu! - Przy­tu­liła się do niego, bli­ska, uspo­ko­jona i szczę­śliwa. - Prze­pra­szam! Już ni­gdy nie będę.

Wspięła się na palce, poca­ło­wała go i wbie­gła do bramy.

Przez chwilę patrzył za nią, potem spoj­rzał na zega­rek. Było pięt­na­ście po dzie­sią­tej. Uśmiech­nął się do sie­bie i pokrę­cił głową. Popra­wił kurtkę na ramio­nach i swo­bod­nym kro­kiem dłu­go­dy­stan­sowca zaczął biec w stronę dworca, ku któ­remu zbli­żał się z prze­ciw­nej strony pociąg pośpieszny z War­szawy.

Ale pociąg był już bli­sko, a Kowal­skiego dzie­liło od dworca kilka dłu­gich ulic.

I dla tej pro­stej przy­czyny Śmierć nie spo­tkała się tego wie­czora z Kowal­skim.