Pani Dulska jest od dłuższego czasu chora.
Pani Dulska jest aż żółta - a w ustach ciągle ma ruch, jakby
coś żuła. Pani Dulska twierdzi, że jej się "żółć rozlała".
Tak, po prostu - po całem ciele. Ze zgryzoty pękł pęcherzyk
z żółcią i ta rozmazała się po całem ciele pani Dulskiej. Tak
twierdzi pani Dulska i napełnia cały dom tem twierdzeniem i swoją
żółcią. Od rana do nocy słyszy się to słowo i czuje się w powietrzu
smak dziwnej goryczy, a barwę zielonawożółtą. Gdy siadają do stołu,
pani Dulska żuje zawzięcie fikcyjną żółć swoją, a Hesia, siedząca
naprzeciw matki, mimowoli naśladuje ruch jej ust, ku zgorszeniu i
przerażeniu Meli. Ta ostatnia już zupełnie ujawniła krzywą łopatkę
prawą, którą zdołała wypracować sobie na pensyi do wyżyn prawie
garbu. Mimo to, ma twarzyczkę Madonny zakatarzonej. Jest w niej
jednak lęk istoty, bojącej się życia. Natomiast Hesia ma w sobie
zdecydowanie kogoś, kto już wziął się za bary z tem, co jej było
przeznaczone. Pewien uśmieszek drga u niej w kącikach ust, które
pełne, czerwone, trochę spierzchnięte, pracują usilnie, aby
pochwycić ruch żucia owej "żółci", którą matka transportuje ze sobą
codziennie z tragizmem skazanej na wieczyste męczarnie istoty,
która "życie ze siebie wypluła", a teraz "taką ma wdzięczność..."
----------
O co chodzi pani Dulskiej - poniżej.
----------
Obok niej przy stole Felicyan. On jest bez
zmiany. Zawsze zasuszony, pergaminowy. Zmarszczył się tylko trochę,
ale suchy jest tak, jak trzaski, trzymane długo przy piecu przez
starowną kucharkę. Tylko tam coś, coś pod skórą, za każdym jękiem
Dulskiej, jakby się przewija, jakby iskra przeleci, jakby ktoś
niteczką pociągnął. Felicyanowi zaświeci się w oczkach, pod
powiekami jakieś światełeczko. Nic więcej. Je dalej to, co mu żona
nałożyła na talerz, i milczy. Ale to światełko zabłysło, i niteczka
jakby radości zadrgała.
Schadenfreude!... to nieokreślone uczucie, specyalnie
wypielęgnowane w kołtuńskich ściślejszych związkach, migoce wtedy
na twarzy Felicyana. Coś tam w głębi tej pergaminowej, milczącej
zagadki cieszy się i skamle, że i "jej" wreszcie coś dopieka.
Choćby taka "żółć".
- Żółciła się, żółciła się... aż ją teraz zalewa... niech!
Tak myśli pergaminowy człowieczek i spożywa "płucka na
kwaśno", które są wydatne zdrowe i zastępują mięso, według słów
pani domu.
Obiad kończy się w atmosferze nienawiści, milczenia, żucia i
stękań Dulskiej. Jedna Mela trwożny wzrok współczucia podnosi na
matkę. Jedna, jedyna. Jest to objaw histerycznej blednicy.
Morbus Charcot, czy jak tam. Dziwnie się kochają w tym
łańcuchu rodzinnym. Mela zaproponowała nieśmiało doktora.
Na Dulską podziałało to, jakby nasypanie żaru.
- Co? - zawołała, trąc świecące czoło, na które krzywo
zwisał modny abażur cokolwiek źle dobranych włosów. - Co?... ja
miałabym się radzić lekarza?
- Ależ, proszę mamy...
- Nigdy! nigdy! nigdy!...
Pani Dulska drapuje się przytem w starą rotundę, w której
wycięła dwie dziury na ręce i w której chadza "na po domu" zamiast
szlafroka.
Mela kurczy się, podciąga nosem.
- Doktór by mamci może pomógł.
----------
I oto rozwarły się upusty wymowy pani
Dulskiej i wybuchnęła cała jej nienawiść do doktorów, którą
piastuje w swem łonie.
- Co? pomógł? kto? doktór? Rzeźnik, chytrzec, weterynarz,
truciciel, blagier, oszust! Cóż to, czy jak byłaś mała, to wtedy,
kiedy miałaś zwyczajną pokrzywkę, doktór nie wymyślił szkarlatyny i
na szkarlatynę cię leczył dlatego, aby częściej przychodzić i
pieniądze zabierać? I naturalnie, jak ci zaczął dawać lekarstwa na
szkarlatynę, o ci ściągnął szkarlatynę i dostałaś szkarlatyny, i od
tego czasu nos ci się ciągle czerwieni, i masz jednę łopatkę
wyższą, niż drugą. To wszystko sprawa tego blagiera, co dla grosza
nie waha się w uczciwą rodzinę nawet zarazę ściągnąć, byle naszą
krew pić. A mnie powiedział, że ja mam histeryę, kiedy mu słowa
prawdy palnęłam. Histeryę! ja, uczciwa kobieta! Nie zawahał się
powiedzieć takie słowo mnie, matce dzieci, żonie, której nikt nic
zarzucić nie może. Ja wiem, co to są histeryczki. Ja wiem... przez
co one chorują, bo nie mają wstydu i bojaźni Boga w sercu. Więc ja
stłumiłam w sobie gniew i tylko ukłoniłam się nizko panu doktorowi
i powiedziałam: "Daruje pan doktór, ale się pan pomylił w
adresie!..." Tak mu powiedziałam. Ale po tonie zrozumiał ten
felczer, że nie ma co więcej u mnie do czynienia. I od tej pory
przysięgłam sobie nigdy się nie radzić tych wyzyskiwaczów. Nigdy
nie pozwolić im przestąpić progu mego domu.
Dulska wyprostowała się, rozwarła poły peleryny.
- Sama się leczę, i was, i ojca. Domowe środki są pewniejsze
i... taniej kosztują.
Mela, przybita, stała bezradna naprzeciw matki.
- No... więc... możeby mama...
Lecz Dulska spochmurniała.
- Leczyć się? na mój ból niema lekarstwa. To mnie gryzie i
zagryzie. To mnie wpędzi do grobu... czuję, czuję to, że tak
będzie... nie inaczej.
Meli łzy się w oczach zaczęły kręcić.
- Proszę mamy...
- Co? czego?
Dulska, widząc wrażenie, spotęgowała siłę teroru, jaki
wywierała na Meli.
- Umrę! i to niebawem. A wy wtedy róbcie, co chcecie.
Rozdrapcie moją krwawą pracę, wołajcie sobie doktorów, kupcie sobie
automobil, chodźcie na balety! A wasz godny braciszek ze swoją
żonką...
Tu już Dulskiej łez nie starczyło i głosu. Dobrała się
bowiem do istotnej przyczyny swego rozżalenia.
Do Zbyszka i jego żony.
----------
Bo Zbyszko się ożenił.
Naprawdę się ożenił i zdawaćby się mogło, że według
wszelkich wymogów i żądań właśnie swojej matki.
Nie ożenił się bowiem ani ze służącą, ani z szansonistką,
ani z czemś podobnem takiem, jak można było po nim przypuszczać.
Ale ożenił się solidnie, kołtuńsko, niespodziewanie dobrze i
przyzwoicie. Zdręczony brakiem pieniędzy, kondyktem na pensyi,
długami żydowskimi - przykuty tem samem do łona rodziny, co równało
się dla niego "ciężkiemu więzieniu, obostrzonemu postem" - nie
znalazł innego sposobu, jak wyszukać sobie pannę, która kupiłaby go
sobie na własność za jaką kwotę pewnych pieniędzy. A że był
sprytny, obrotny i wygadany, że miał w sobie ten wdzięk, który
nabierają na siebie kawiarniane i tinglowe przyjemniaczki, więc
znalazła się "córka wdowy", panna rosła, nie ładna nie brzydka - z
dobrym biustem, wyściskana w pasie, która zdała maturę, skończyła
szkołę kucharską, grała Szopena, jakby drwa rąbała, i z fortepianu
biegała ciągle do okna, przyglądając się, czy nie idzie jaki
"zajmujący" osobnik. Czerwona jej matinka i kolorowy Szopen
zwróciły uwagę Zbyszka. Początkowo wziął ją za coś z "operetki" -
posłał jej oko, ona mu "sypnęła" drugie oko. Wieczorem Zbyszko za
dziesięć centów zebrał u stróża informacye. Dowiedział się, że jest
to porządna panna, kształcona i bogata. Że jest półsierota, bo
ojciec umarł kilka lat temu, że jest familiantka, bo ma jednego
stryja takiego, co stawia domy, a drugiego "proboszcza" w
najbogatszej parafii całego miasta. Że "żyjom sobie te panie ze
swoich dochodów" i tyle...
Za dziesięć centów suterenowa agencya informacyjna w umyśle
Zbyszka przemieniła się szybko na agencyę matrymonialną. Zbyszko,
który znał kobiety "na wylot", jak się sam wyrażał, szybko
otaksował znaczenie czerwonej matinki, przyskakiwanie gorączkowe do
okna i sposób "sypania oka" z wysokości drugiego piętra na ulicę.
Wyczuł, iż panna jest fortecą, żądającą zdobywcy, i postanowił
wedrzeć się na wały, bronione pro forma. Nagroda w postaci posagu
zdawała się być dostatecznie zapewniona. Jak jamnik, tropiący lisa,
puścił się Zbyszko "na wywiad" cyfrowy i zdobył wiadomość pewną i
autentyczną, że siostrzenica prokuratora i proboszcza posiada "po
nieboszczyku ojcu" dwadzieścia pięć tysięcy. Speranda sługi
Chrystusowego, który zdawał się nie wstępować w ślady swego
Mistrza, chodzącego boso i żywiącego się ziarnem przydrożnem, a
raczej zaokrąglał bardzo swe "ubogie" mienie, także była ładną
perspektywą. W tej pogoni za pewnikiem Zbyszko Dulski nie
zaniedbywał gonić, jak chart, pod oknami czerwonej matinki, ta zaś
tryumfalnie miała zawsze coś do czynienia koło firanek, lub igrała
z zeschłą pelargonią o tej dnia porze. Wreszcie, gdy Zbyszko zdobył
i zgłębił sytuacyę do gruntu, pragnąc nabrać energii duchowej dla
powzięcia ostatecznego postanowienia, udał się do Amerykańskiej
kawiarni, gdzie na łonie kasyerki Mitzi, wiedenki, nazwanej Ferkel,
która miewała stale po północy połamane fiszbiny i brykle gorsetu
(z powodu silnego akcentowania zachwytu nad jej wdziękami), zbadał
dostatecznie siły i środki, jakiem i mógł rozporządzać przy
dokonaniu sprzedaży swego ja za gotówkę panny w czerwonej matince.
Ocenił się nawet ponad cenę, a Mitzi, zwana Ferkel,
przyznała mu to w zupełności, za co za bluzkę z bawełnianej gipiury
zasunął jej ostatnie dwadzieścia koron, jakie posiadał w kieszeni.
Lecz wrócił do domu w doskonałym humorze, pogwizdując nastrojowe: -
"ach, te promienie! dziś to cierpienie!" - z "Jesiennych manewrów"
- rozgłośnie i tryumfująco. Zaraz na progu oznajmił mamie Dulskiej,
która, jak duch Banka, tułała się po nocy, poszukując, na kim
jeszcze wyładować resztę temperamentu niezadowolonej a w wieku
krytycznym będącej damy. Zgnębiwszy Melę swoją blizką śmiercią,
podawszy się na ciche i tajone urągowisko Hesi, zakręcającej
papiloty i owiniętej kołdrą, wymówiwszy miejsce obu sługom,
płuczącym właśnie zawzięcie "kolory" w świetle niepewnej lampki,
narzuciła się na Felicyana, śpiącego już na dziesiąty bok w swej
przytulnej flanelowej koszuli. Lecz pergaminowy a blizki
spensyonowania człowiek nie otworzył nawet oczów, tylko z
rezygnacyą machnął ręką, jakby odganiając się od natrętnie
brzęczącej muchy. Dulska, jak wicher, przeleciała salon i znalazła
się nagle nos w nos ze Zbyszkiem. Uroczysta jednak mina "panicza"
uderzyła ją. Czuła, że nastąpi coś ważnego. Zebrała się cała sama w
sobie, jak pantera, gotowa do skoku. Lecz oto Zbyszko,
przymrużywszy oko i przechyliwszy głowę, odzianą w szkaradny
melonik o wiedeńskim sznicie, wyrzucił ze siebie:
- Pani Dulska, baczność!... syn się żeni!
- Który? - wrzasnęła Dulska.
- No... - odparł Zbyszko - ten, Zbyszko, jedynak. Chyba, że
masz jakie dziecię płci męskiej ukryte, tajone, jak druga
Lukrecya...
Dulska jęknęła.
- Z kim się żenisz? z kim?
- Z kimś
solid, anständig, comilfo... voila...
Dulska otworzyła oczy szeroko.
- Przecież... kto? jak?
- Cyt... cyt...
Zbyszko zawinął się w swe amerykańskie palto żydowskiego
importu i w tajemniczość bajeczną.
- Cyt... mamuńciu! Dalszy ciąg w następnym numerze.
I zniknął za portyerą.
Tylko z progu rzucił:
- Niech się pani Dulska nie lęka. Syn jej dobrze się
sprzeda.
----------
Gdy Dulska dowiedziała się wreszcie nazwiska
swej przyszłej synowej, popadła w zachwyt.
Familia była bardzo stara i znana. Majątek pewny. Panna
musiała być wychowana bogobojnie i skromnie. Łatwo ją będzie
"ujarzmić" i wziąć w pazury. Bardzo się mama Dulska ucieszyła. Od
tej chwili zmiękła dla Zbyszka, otaczała go pieczołowitością,
dawała mu jeść lepiej i staranniej, aby "dobrze się prezentował".
Stawiała nawet butelkę piwa przed jego nakryciem, pragnąc, aby
"nabrał ciała", za które miał przecież dostać gotówkę.
Tylko jej przykro było, że Zbyszko nie wtajemnicza jej w
przebieg swych konkurów, że nie mówi prawie nic o narzeczonej i że
to ona sama, z całą przebiegłością agenta policyjnego, musi
dowiadywać się, jak rzeczy właściwie stoją.
Ba, nawet została boleśnie dotknięta, gdy Zbyszko wyraźnie
jej za-ka-zał głośnego interesowania się tą całą aferą. Dulska,
która dyszała tylko pragnieniem zamanifestowania w całej okazałości
swego "macierzyństwa" wraz z jego dostojnością i przyległościami,
uczuła się prawie "zgaszoną", jak mówiła Hesia. Lecz Zbyszko, który
potrzebował teraz nieposzlakowanych kołnierzyków, mankietów, cudnie
białych i olśniewających, - przytem naciągał Dulską na wiechcie
chryzantemów i mieszanych z kawą paloną czekoladek Första,
wytłómaczył jej, że w danej chwili, na dany znak, wystąpi ze swą
"rodziną".
Obecnie musi się sam oryentować.
----------
Prawdę mówiąc, nawet tak szczwany Zbyszko
uczuł się trochę zdezoryentowany, gdy wreszcie przekroczył próg
mieszkania, w którem tkwiła panna w czerwonej matince. Znalazł
matkę panny taką, jak sobie wyobrażał, to jest nijaką, przerobioną
na "proboszcza", z rękami na brzuchu i w okularach. Lecz panna
zbiła go bardzo z tropu. Okazało się, że jest dwulicowa. Że ma dwie
twarze i dwa usposobienia. Jedno, to od czerwonej matinki i
"sypanego oka", rozwichrzone, rozpięte, błyskające dość ładną szyją
i zdrowemi zębami, - drugie, to domowe, w sukni szarej, zapiętej
pod szyją, z gorsem zakonnie ściśniętym, z oczami cofniętemi w głąb
powiek, z zębami ukrytemi poza prawie milczącemi wargami. Zbyszko,
przestąpiwszy próg "salonu", gdzie gnijące w wazonach potworne
figusy roznosiły woń zwrotnikową lub piwniczną, "łypnął" wzrokiem
po ścianach, starając się zoryentować w sytuacyi. Nad kanapą ujrzał
Carlo Dolci "Dolorosę" w szafirowym welonie i "Ecce homo" w
czerwonej szacie. Reprodukcye fatalne w owalnych, silnie złoconych
ramach. Ta wystawa nabożnych przedmiotów i słodki ton, płynący z
pod okularów pani domu, rzucił go na ścieżkę "wzorowego młodego
człowieka". Przyciszył głos, przycisnął kapelusz, zgasił
spojrzenie, był cały z cukru i miodu. Zdawało się, iż mógłby śmiało
być koronowany różami, jako dziewica, czarująca skromność. Panna,
słysząc ten ton, ani drgnęła. Odparła mu tym samym tonem - i tak
stali naprzeciw siebie, okłamując się wzajemnie. Pomiędzy nimi
"mama" coraz więcej była matroną i coraz bardziej akcentowała swą
wiarę w miłosierdzie i istnienie Boskie.
Teozofia planowała w powietrzu. Coś jednak śrubowało się pod
tą słodką kadzielniczą atmosferą. Anglez Zbyszka był przepojony
fatalnym amalgamatem kawiarnianych wyziewów i szansoneciarskich
perfum. U panny w sypialni na kołku wisiała tryumfująca czerwona
matinka, a wicher poza spuszczoną religijnie storą bił rozwartem
gościnnie oknem. Zbyszko czuł, że nie należy wątpić, tylko trzymać
się w "tonie".
Gdy wyszedł z owej pierwszej wizyty, schodził długo po
schodach, medytując i kombinując. O moralną atmosferę domu nie
dbał; wrażenie, jakie odniósł, było mu obojętne, gdyż kładł nacisk
tylko na zamożność wnętrza, a to usprawiedliwiały zupełnie masywne
meble, porządny wiedeński fortepian, lampy z kolumnami
alabastrowemi i wcale dostatni kilim na podłodze. Węchem ogara
obleciał wszystkie kąty, otaksował i zrozumiał, że tak "umeblować
się" mogą tylko osoby, czujące się na siłach przetrwania życia w
raz obranej pozycyi.
Z tej więc strony był spokojny. Czuł, że może się sprzedać,
będzie solidnie zapłacony, święcie i uczciwie. Lecz chodziło mu o
wrażenie, jakie onwywarł.
Nie na "starej", bo tę kulę całą w podbródku i brzuszku
pomieścił na boku, jako
quantité negligeable, ale na pannie, która pożegnała go
zagadkowo, cofając się do swego pokoju.
- Dyabli ją wiedzą, taką pannę, co to w tym łbie się mieści
i czego jej potrzeba - myślał, zafrasowany zupełnie nową a
niespodziewaną istotą, jaką ujrzał przed sobą pomiędzy "Dolorosą" a
"Ecce homo", prezentującą mu oczy spuszczone i głos prawie
przymarły w piersiach.
Jakże przed "takiem czemś" mógł on, Zbyszko,
"kafeehauspflanze" i tani a błyszczący donżuan, nadziany do
zgnilizny anegdotkami o dwuznacznym podkładzie, rozwinąć wszystkie
swe zalety i przymioty, działające na system nerwowy i sercowy
niewieści? Pozostawały mu tylko przymioty zewnętrzne, pewien szyk z
Karola-Ludwika i Akademickiej ulicy, duże szafirowe oczy,
interesujące i wymowne, ślicznie zaprasowane spodnie i paznokieć
małego palca, doprowadzony do długości bajecznej. Było to nie
wiele...
Zwłaszcza, że panna trzymała oczy spuszczone uparcie i
zdawała się nie chcieć taksować przedstawionego jej towaru, jak
należy.
----------
Lecz oto na ulicy Zbyszko odrazu odzyskał
fantazyę.
Wychodząc z bramy, melancholijnie podniósł oczy w górę.
I oto na wysokościach drugiego piętra, na obskrobanym od
zbyt częstego użycia murze okna, ujrzał przegiętą i uśmiechniętą
"pannę" w czerwonej płomiennej matince. Zdołała błyskawicznie
przebrać się i wywiesić w oknie swe ciało, wolne od ucisku
klasztornego stanika. Zęby błyskały radośnie, a z pod powiek
"sypało się" na Zbyszka już nie oko, ale cały fajerwerk
zadowolonych i pełnych aprobaty spojrzeń.
Zbyszko od razu, w lot pochwycił ten "ton" i odpowiedział tą
samą nutą. Ba! zaryzykował nawet ukłon, który miał wszelkie cechy
porozumiewawcze i prawie zuchwałe. Poczem wydobył ze swych głębi i
źródeł życia najefektowniejszy chód pełnego siły i obietnic
młodzieńca i oddalił się, czując, iż jest ścigany wzrokiem
"rozkochiwanej" kobiety.
----------
Odtąd wszystko poszło jak po maśle. Z wprawą wytrawnego
zmysłowca Zbyszko zrozumiał, że panna Milcia Brajburzanka jest
panną, która ma już "dosyć" - i jest, jak gruszka, dojrzała,
czekająca na śmiałą rękę, która po nią sięgnie. Wyciągnął tedy rękę
i sięgnął, z początku niby wypadkowo, obserwując Milcię, której
powieki spuszczone manierą "salonu" ani drgnęły. Zatrzymał się na
fryzurze, dalej okrążył ucho i dotknął lekko szyi. Gdy to nastąpiło
za czwartą wizytą, panna Brajburzanka zatroszczyła się nagle, czy
drzwi wyjściowe są dobrze za Zbyszkiem zamykane. I tu, w ciemni
przedpokoju, pod latarnią z weneckich żelaznych wstążek ujawniła
się "panienka z okienka" w płomiennej matince, rozpiętej na
piersiach. Zbyszko puścił wodze swej zmysłowości i zrozumiał, że
panna jest "wzięta", a z nią gotówka i sperandy w przyszłości.
Stopniując powoli siłę pieszczot, cofając się i każąc czasem
wyczekiwać na ten rodzaj, który najwięcej przypadał do gustu pannie
Brajburzance, postępował zwolna, ale teraz już zupełnie pewnie,
zdobywając doskonale teren, który zdawał się tylko wyczekiwać na
śmiałego podbójcę. Po upływie miesiąca Milcia orzekła przed
zdumioną mamą Brajburową, wujem prokuratorem i stryjciem
proboszczem, że albo zostanie panią Dulską, albo... no...
- Pożałujecie!...
Nastąpił wielki rwetes. Każdy bowiem z członków rodziny
Brajburów żywił w swem łonie projekt innego konkurenta dla
"Milusi". I oto ten Zbyszko, chudy, niewyraźny, z bardzo małą
pensyą, obciążoną kondyktami, o fatalnej opinii, mąci idealne
życie, jakie mogło stworzyć połączenie panny z jakimś "solidnym"
człowiekiem.
Przytem Brajburowie był to ród nielada. Nie od czasów króla
Ćwieczka, ale od czasów Sobieskiego mieli kamienicę w rynku i z
Rady miejskiej nie wychodzili.
Jakby przyrośli i wzięli monopol na dostarczanie wieczystych
ojców wieczyście cuchnącemu i obłoconemu miastu. Co więcej, było
już na stolcu prezydenckim dwóch Brajburów, i nigdy miasto nie
wyziewało tak "skandalicznych" zapachów, ani nie tonęło w takiej
mazi błotnej, jak za czasów panowania onych Brajburów. Lecz także
nikt z taką dobroduszną "familiarnością" nie prowadził posiedzeń,
jak oni. Z wysokiego swego wiedeńsko-wyplatanego stolca,
Brajburowie sypali dowcipy lokalne, zrozumiałe, drgające pulsem
miastowego życia, śmieli się szeroko i wesoło, i zdawało się
chwilami, że porwą się gościnnie i zawołają:
- Proszę bomby Pilznera z czapeczką dla całej sali!...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.