ROZDZIAŁ 2
Wyglądała prawie na dziewczynkę, ta Maria Kalicka. Niewielkiego wzrostu, drobna, filigranowa. Miała jasne loczki spadające na czoło, delikatnymi skrętami sięgające policzków. Niebieskie oczy, teraz zupełnie okrągłe ze zdziwienia.
Czy ona niczego nie rozumie? - pomyślał Korda i poczuł rozdrażnienie. Bardzo jasna cera tej kobiety czyniła z niej lalkę. Porcelanową. Dobrze sobie wybrał stary Kalicki. Kontrast typów. Na scenie, na arenie, takie rzeczy grają same za siebie. Książę ciemności i anioł. Pod publiczkę. Znał się na swojej widowni. Tylko w jaki sposób ja mam się poznać na tym "aniele"?
- To znaczy, że ja jestem podejrzana? - usłyszał nagle jej głos.
- Na razie - powiedział, chociaż powinien był wyliczyć w tej chwili powody, dla których ją tu zaprosił. Nie wiedziała, że jej najbliższy, a może i najdalszy los trzymał w ręku. Bardzo mu z tymjej losem w garści było niewygodnie. Nie zdarzało mu się to jednak po raz pierwszy i przywykł do podobnych niewygód.
- Niech mi pani coś opowie o swoim małżeństwie - dodał ogólnikowo, nie precyzując pytania.
- O... o moim mężu? - zająknęła się i jej oczy zrobiły się jeszcze bardziej zdziwione.
- Tak... nie, o was obojgu.
- Ja... ja nie wiem, o czym pan chciałby wiedzieć.
Tym sposobem nigdzie nie zajedziesz - pomyślał przyglądając się jej badawczo. Nie chce niczego zmyślać lub nie umie. Nie chce się bronić, czy też naiwność uważa za najlepszą linię obrony?
Znał skutki otwarcia przed podejrzanymi furtki do wypowiedzi ogólnej. Ten zalew, potok ludzkich słów, pozornie odbiegający od wszystkich interesującego tematu. Było to zawsze podobne do szarpania się w wodzie tonącego. Ona nie wiedziała, o czym mówić.
Pozory? Spryt? Taki spryt zdradzają przeważnie starzy wyjadacze. Ci, którzy znają wagę i skutki każdego wypowiedzianego słowa. No cóż, możliwe, że ma talent wrodzony. Bywają przestępcy urodzeni. Instynktownie, od razu wiedzą, co trzeba robić i jak się zachować.
- Jak poznała się pani ze swoim mężem? Kiedy? - zapytał.
- Kiedy? - zmarszczyła brwi. - Pięć lat temu.
- Gdzie?
- W Radomiu. Tak. Ja pochodzę z Radomia. Myślałam zawsze, że pójdę kiedyś u nas na ekspedientkę do perfumerii. Od dziecka lubiłam zapach takich sklepów. Szminki, kosmetyki... Zawsze mnie to ciągnęło, taki sklep. Zwłaszcza jeden, na głównej ulicy. Przechodziłam koło niego dzień w dzień do szkoły... a... - spostrzegła utkwiony w swojej twarzy wzrok kapitana. - Przepraszam, pan pytał o coś innego.
- Nie szkodzi - mruknął Korda. - Może pani mówić też o sobie.
- Tak? - Zauważył, że sprawiło jej to ulgę. - Widzi pan, jedno związane jest z drugim. Chciałam pracować w perfumerii - powtórzyła z uporem. - W perfumerii byłabym bezpieczna. Nie stałoby się całe to straszne nieszczęście.
- Dlaczego zatem wybrała pani cyrk? Arenę? Wędrówki?
- Ja? Ja nic nie wybierałam - uśmiechnęła się z odcieniem goryczy. - Samo się stało. Rodzice też tego nie chcieli. Cały Radom, ci ludzie, z którymi się wychowałam. Którzy mnie znali. Z początku w ogóle nie chcieli ze mną rozmawiać.
- A później? - spytał Korda.
- Później się pogodzili. Dziś już nie te czasy co dawniej. No i zostałam artystką - rzuciła znów z cieniem ironii. - Niejedna dziewczyna z Radomia chciałaby występować na scenie. Arena to wprawdzie coś dla nich gorszego, ale zawsze lepsze...
- Niż perfumeria?
Podniosła oczy na kapitana.
- Może lepsze. Dla ludzi.
- Mąż panią nauczył zawodu?
- Tak. Ale do tego, widzi pan, najpierw musiałam poznać cyrk. Zacząć żyć w cyrku. Czasem mieszkać w wozie. To dobrzy w końcu ludzie. Zdarza się... nawet wielcy. Na swój sposób. To twardy,ciężki zawód i trzeba mieć do niego charakter. W ogóle charakter.
- Uhm - mruknął Korda.
Z tego wynika, że i ty go masz, chociaż wcale na to nie wyglądasz.
- Nigdy stałego domu - mówiła kobieta. - Ćwiczenia, ćwiczenia do bólu, do krańca wytrzymałości każdego mięśnia, każdego włókna. Trzeba mieć cierpliwość muła, powtarzać milion razy jeden trik, żeby on raz wyszedł w czasie przedstawienia. A mój mąż był już stary. Tracił już zręczność w palcach... wiedział o tym. Gdy go poznałam, był prestidigitatorem, jeszcze nie doktorem Osaki.
- Zawodowo uratował go ten numer z panią? Tak? "Człowiek, którego nie imają się kule"?
- No, tak - rzuciła mniej chętnie. - Dawno już obmyślał nowe emploi, w którym wystąpi. Brakowało mu tylko ciągle partnerki. Partnerka to ważna rzecz w cyrku. Pan nie może tego zrozumieć.
- Owszem - przerwał jej Korda. - Tyle wiem o pracy artystów cyrkowych.
- On był trochę fizjonomistą i znał dobrze psychologię widowni. To się u nas tak nazywa. Od dziecka żył w cyrku. Znał swój fach na wylot. To nie jest proste, w cyrku, na stare lata zmieniać w ogóle emploi. Trzeba wtedy znaleźć dla siebie coś... coś, co chwyci. Sam nie mógł tego dokonać i jak mnie zobaczył...
- Gdzie?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.