Śmierć czarnej wdowy - James Patterson, J. D. Barker

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział

7

DRZWI SAMO­CHODU POLI­CYJ­NEGO gwał­tow­nie się otwo­rzyły. Od strony pasa­żera wychy­liła się umun­du­ro­wana funk­cjo­na­riuszka.

- Pro­szę zająć miej­sce na tyl­nym sie­dze­niu, natych­miast!

Wal­ter nie patrzył na nią. Wpa­try­wał się w asfalt.

- Nie zro­bię tego. Nie ma pani poję­cia, o co cho­dzi.

- Nie? Pro­szę wsiąść do samo­chodu i mi to wyja­śnić, zanim pan zgi­nie!

Odgłos strza­łów. Z obu przed­nich kół uszło powie­trze. Trzeci strzał tra­fił w maskę; sil­nik zachar­czał i zgasł.

Ktoś usi­ło­wał się prze­ci­snąć przez drzwi wej­ściowe klubu i kolejny strzał tra­fił w mur kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od jego głowy, wzbi­ja­jąc chmurę pyłu. Męż­czy­zna szybko się cof­nął.

Bram­karz sku­lił się za cegla­nym murem po lewej stro­nie drzwi klubu. Spo­glą­dał na dachy po prze­ciw­nej stro­nie ulicy, wypa­tru­jąc, skąd padają strzały.

Kie­rowca samo­chodu poli­cyj­nego wyrwał mikro­fon z deski roz­dziel­czej.

- Dwa­na­ście osiem­dzie­siąt cztery. Pojazd nie nadaje się do użytku. Tra­fili nas kilka razy. Nawiąż...

Kolejny strzał. Red był naprawdę świet­nym snaj­pe­rem. Pocisk prze­bił przed­nią szybę, tra­fił w tablicę roz­dziel­czą i śro­dek radia. Wytry­snęła fon­tanna skier i funk­cjo­na­riusz upu­ścił mikro­fon, klnąc gło­śno.

Wal­ter przez cały czas wpa­try­wał się w chod­nik. Kiedy się ode­zwał, jego głos był spo­kojny:

- Musi­cie wysiąść z samo­chodu, iść do swo­ich przy­ja­ciół i przy­słać dowódcę.

Na odznace funk­cjo­na­riuszki znaj­do­wało się nazwi­sko RODRI­GUEZ. Usia­dła na fotelu i popa­trzyła na Wal­tera. Kiedy się nie ode­zwała, odwró­cił się w jej stronę.

- Jeśli nie zrobi pani tego, o co pro­szę, następny pocisk moich snaj­pe­rów trafi w głowę pani zastępcy.

- Pań­skich snaj­pe­rów?

Wal­ter patrzył na chod­nik. Wal­czył z łasko­ta­niem w gar­dle.

- Pięć... cztery... trzy... dwa...

- W porządku! - zawo­łał męż­czy­zna - W porządku! - Roz­piął pas bez­pie­czeń­stwa, otwo­rzył drzwi od strony kie­rowcy i ześli­zgnął się na asfalt. Czoł­gał się, obser­wu­jąc ota­cza­jące budynki. - Nie będą strze­lać?

- Nie, jeśli się pan pośpie­szy!

Ode­tchnął głę­boko i obej­rzał się na sze­fową sie­dzącą z tyłu. W dal­szym ciągu się kuliła. Lekko kiw­nęła głową, lecz się nie poru­szyła.

Zer­k­nął i prze­szedł sku­lony przez skrzy­żo­wa­nie. Na Woodward Ave­nue usta­wiono blo­kady. Dotarł do nich, ruszył dalej i znik­nął w powięk­sza­ją­cym się tłu­mie służb mun­du­ro­wych i sani­ta­riu­szy.

Rodri­guez się nie poru­szyła.

- Pro­szę mnie nie zmu­szać, żebym panią zabił. Niech pani wysią­dzie.

- Mogę ją tra­fić w rękę albo kolano - ode­zwał się Red w słu­chawce. - To nie musi być śmier­telny strzał.

- Jeśli nie wyj­dzie z samo­chodu, umrze - odparł spo­koj­nie Wal­ter.

Obró­ciła głowę, zmie­rzyła go wzro­kiem od stóp do głów, zauwa­żyła słu­chawkę w uchu, a następ­nie spoj­rzała na budynki.

- O co w tym wszyst­kim cho­dzi?

Wal­ter potrzą­snął w mil­cze­niu głową.

- Pro­szę wysiąść i przy­słać swo­jego szefa.

Tym razem posłu­chała. W prze­ci­wień­stwie do part­nera odpięła pas, nie oka­zu­jąc paniki. Wysia­dła z unie­ru­cho­mio­nego samo­chodu i poszła, tam gdzie cze­kali pozo­stali funk­cjo­na­riu­sze. Nie bie­gła, szła wol­nym kro­kiem; zatrzy­mała się w poło­wie drogi i spoj­rzała na Wal­tera. Póź­niej zer­k­nęła na dachy i okna ota­cza­ją­cych budyn­ków.

- Ma jaja, trzeba jej to przy­znać - zauwa­żył Red.

- Prze­chodź z miej­sca na miej­sce, zmie­niaj pię­tra, jak uzgod­ni­li­śmy - odparł Wal­ter. - Nie chcemy, żeby ktoś cię namie­rzył.

Poli­cjan­tów było coraz wię­cej, poja­wił się rów­nież oddział anty­ter­ro­ry­stów SWAT. Duża opan­ce­rzona fur­go­netka poma­lo­wana na czarno.

Otwo­rzyły się tylne drzwi i z wozu wysko­czyło sze­ściu funk­cjo­na­riu­szy w kom­bi­ne­zo­nach bojo­wych. Usta­wili się wzdłuż samo­chodu. Po chwili wysiadł siódmy i zer­k­nął na wej­ście do klubu, gdzie bram­karz kulił się przy drzwiach. Goście ukry­wali się w pobliżu skrzy­żo­wa­nia.

Wal­ter patrzył, jak Rodri­guez prze­cho­dzi przez blo­kadę i prze­ci­ska się mię­dzy poli­cjan­tami. Poszła pro­sto do fur­go­netki anty­ter­ro­ry­stów. Zbli­żyła się do siód­mego funk­cjo­na­riu­sza. Kilka razy wska­zała ręką Wal­tera, ale był za daleko, by usły­szeć, co mówi. Funk­cjo­na­riu­sze po kolei obra­cali głowy w jego kie­runku.

Wszy­scy nale­żeli do poli­cji Detroit, lecz Wal­ter nikogo nie poznał. Już dawno wypadł z gry. Wyda­wało się, że akcją dowo­dzi jedna z kobiet. Obser­wo­wała Wal­tera, słu­cha­jąc mel­dunku Rodri­guez, po czym obe­szła pew­nym kro­kiem samo­chody - jej postawa wyra­żała pośpiech, pew­ność sie­bie i ostroż­ność. Zbli­żyła się, trzy­ma­jąc dłoń na kol­bie pisto­letu w kabu­rze na bio­drze. Raczej nie mar­twiła się, że może zostać zastrze­lona.

Wal­ter dostrzegł z bli­ska, że ma jakieś pięć­dzie­siąt lat, krótko ostrzy­żone ciemne włosy lekko przy­pró­szone siwi­zną i bli­znę nad lewą skro­nią. Zatrzy­mała się przed Wal­terem i zer­k­nęła na Rodri­guez.

- Ktoś go prze­szu­kał?

Kiedy nikt nie odpo­wie­dział, roz­su­nęła stopą nogi Wal­tera.

- Jest pan uzbro­jony?

Potrą­cony Wal­ter o mało się nie prze­wró­cił. Cały cię­żar jego ciała spo­czął na pra­wym udzie, Plecy prze­szył mu ból i ogar­nął krę­go­słup. Spoj­rzał na laskę leżącą na ziemi, ale po nią nie się­gnął.

- Ostroż­nie, mam chorą nogę - powie­dział przez zaci­śnięte zęby.

- Zada­łam panu pyta­nie.

- Nie, nie jestem uzbro­jony.

Dotknęła pra­wej kostki Wal­tera, póź­niej lewej. Roz­chy­liła jego płaszcz i zmarsz­czyła brwi.

- Co to takiego, do licha?!

- Kami­zelka kulo­od­porna.

Kobieta wsu­nęła palec pod jedną z meta­lo­wych kla­mer, poma­cała gruby mate­riał na barku Wal­tera i zmarsz­czyła brwi.

- Z jakiej epoki? Waży ze dwa­dzie­ścia kilo.

Wzru­szył ramio­nami.

- Gdy­bym nie był spłu­kany...

Zajęła się jego kie­sze­niami. Wyjęła tele­fon na kartę. Kiedy nie zna­la­zła niczego innego, cof­nęła się o krok. Na bliź­nie na jej skroni poja­wiło się kilka zmarsz­czek świad­czą­cych o nie­po­koju.

- O co w tym wszyst­kim cho­dzi?

Wal­ter chciał odpo­wie­dzieć, ale z jego ust wydo­był się wil­gotny kaszel docho­dzący z głębi płuc. Miał wra­że­nie, że połknął odłamki szkła i zaczyna się dusić. Zdo­łał obró­cić głowę i kasłać w rękaw. Kiedy atak ustał, odsu­nął rękę, na któ­rej znaj­do­wały się kro­pelki czer­wo­nej śliny.

- Jezu... - mruk­nęła Rigby. - Jak się pan nazywa?

- O'Brien - odparł. - Wal­ter O'Brien.

W jej dłoni zadzwo­niła komórka. Sealey.

- Niech się pani nie krę­puje i odbie­rze - popro­sił.

Kobieta patrzyła na niego przez kilka sekund, zer­k­nęła na tele­fon i przy­jęła połą­cze­nie.

- Rigby z Depar­ta­mentu Poli­cji Detroit, dowo­dząca akcją. Z kim roz­ma­wiam?

Wal­ter usły­szał w słu­chawce głos Sealeya.

- Powiem to tylko raz, więc pro­szę, by słu­chała pani bar­dzo uważ­nie. Mam snaj­pe­rów roz­miesz­czo­nych na budyn­kach ota­cza­ją­cych skrzy­żo­wa­nie. Jed­nych z naj­lep­szych strzel­ców na świe­cie. Pro­szę ich uwa­żać za kon­tro­le­rów. Jeśli będzie pani wyko­ny­wać moje pole­ce­nia, nie każę oddać ani jed­nego strzału. Jeżeli nie, zoba­czy pani naj­lep­sze tra­fie­nia w całej swo­jej karie­rze. Będzie pani odpo­wie­dzialna za każdy strzał, każdą śmierć. To pani ponosi odpo­wie­dzial­ność za to, co się dzieje.

- Wstaję. Moje kolana nie mogą tego znieść - rzekł Wal­ter, cią­gle klę­cząc na asfal­cie.

Rigby zer­k­nęła na niego z iry­ta­cją.

- Pro­szę zostać na miej­scu, do cho­lery! Ja tu decy­duję.

Gniew­nie skie­ro­wała dwa palce w stronę funk­cjo­na­riu­szy SWAT za zaporą, a póź­niej na Wal­tera. Męż­czyźni unie­śli broń i wyce­lo­wali w niego.

Poru­szył się lekko. Zimny asfalt wrzy­nał mu się w kolana. Chorą nogę prze­szył ból, który dotarł do krę­go­słupa. Wal­ter przy­gryzł wargi i z całych sił usi­ło­wał nie zwra­cać na niego uwagi.

- Nie powinna pani spraw­dzać, czy to prawda - ode­zwał się Sealey.

Red strze­lił.

Kula ude­rzyła w chod­nik kilka cen­ty­me­trów od lewego buta Rigby. Wzdry­gnęła się, ale deli­kat­nie. Red strze­lił po raz drugi. Pocisk ude­rzył w lufę jed­nego z kara­bi­nów maszy­no­wych AR-15 trzy­ma­nych przez anty­ter­ro­ry­stów. Broń wypa­dła męż­czyź­nie z ręki i ude­rzyła w asfalt z gło­śnym brzę­kiem.

Wal­ter dawno nie widział strze­la­ją­cego Reda. To było wspa­niałe.

- Ma pani zada­nie do wyko­na­nia. Nie polega ono na drę­cze­niu czło­wieka, który przed panią klę­czy. Powinna pani opa­no­wać sytu­ację. Niech nikt nie wycho­dzi z klubu bez mojego zezwo­le­nia. Moi kon­tro­le­rzy mają zadbać, by postę­po­wała pani zgod­nie z pla­nem. Jeśli wszy­scy zro­bią to, co do nich należy, nikomu nic się nie sta­nie. Pro­szę nie wzy­wać wspar­cia z powie­trza, bo zda­rzy się coś złego.

- Czego pan wła­ści­wie chce?

- To pro­ste. W klu­bie jest kobieta odpo­wie­dzialna za śmierć setek ludzi. Chcemy ją dostać. Jeśli się podda, nikt nie zosta­nie zra­niony.

- Nie pozwolę, żeby kto­kol­wiek został zra­niony - odparła Rigby. - I nie zamie­rzam wam nikogo prze­ka­zać.

- Nie pro­wa­dzimy z panią nego­cja­cji. Wcze­śniej umie­ści­li­śmy w klu­bie bombę. Jak pani myśli, ilu ludzi tam cią­gle jest? Bomba wybuch­nie, jeśli ta kobieta nie znaj­dzie się w naszych rękach w ciągu godziny. Ma pani wybór: jedna ofiara albo wiele ofiar. Albo ją dosta­niemy, albo wszy­scy zginą. Zostało pięć­dzie­siąt dzie­więć minut. Pro­szę nie roz­sta­wać się z tele­fo­nem. Wkrótce otrzyma pani dodat­kowe instruk­cje.

Sealey się roz­łą­czył. W słu­chawce Wal­tera roz­legł się głos Reda:

- Zapo­mnia­łeś popro­sić o sto milio­nów dola­rów w uży­wa­nych bank­no­tach i odrzu­to­wiec na Tahiti.

Rigby popa­trzyła na tele­fon w dłoni, a póź­niej na Wal­tera. Bez słowa wrzu­ciła komórkę do kie­szeni, wyjęła wła­sny apa­rat, wystu­kała numer i ruszyła w stronę fur­go­netki anty­ter­ro­ry­stów, igno­ru­jąc Wal­tera i strzel­ców wybo­ro­wych.

Wal­ter rów­nież ją zigno­ro­wał. Się­gnął po laskę, wsparł się na niej i wstał. Anty­ter­ro­ry­ści trzy­ma­jący kara­biny AR-15 zesztyw­nieli, ale nie zare­ago­wali, gdy pod­szedł do porzu­co­nego samo­chodu poli­cyj­nego i usiadł na miej­scu Rodri­guez. "Znacz­nie lepiej". Widział teraz blo­kadę poli­cyjną na Woodward Ave­nue; wej­ście do klubu znaj­do­wało się po pra­wej.

Rigby roz­ma­wiała ze swo­imi pod­ko­mend­nymi przy fur­go­netce. Pode­szło do niej trzech poli­cjan­tów. Byli zbyt daleko od Wal­tera, by mógł roz­po­znać emble­maty na ich mun­du­rach, lecz wyglą­dali na ofi­ce­rów. Stra­cił z oczu Rodri­guez.

- Widzia­łeś kie­dyś kobietę dowo­dzącą oddzia­łem SWAT? - spy­tał Red.

- Czasy się zmie­niają, chłopcy - odparł Sealey.

Wal­ter wie­dział, że zarówno Red, jak i Sealey trzy­mają poli­cjan­tów na muszce i że mogą ich natych­miast zli­kwi­do­wać, jeśli coś pój­dzie nie tak. Nie zary­zy­kują, że kobieta uciek­nie z powodu biu­ro­kra­tycz­nych prze­py­cha­nek. Widział w oko­licy grupę anty­ter­ro­ry­stów z oddziału SWAT, dwu­dzie­stu sze­ściu poli­cjan­tów, czte­rech sani­ta­riu­szy pogo­to­wia i co naj­mniej trzy­dzie­stu taj­nia­ków po cywil­nemu; a praw­do­po­dob­nie było ich jesz­cze wię­cej. Poja­wił się pierw­szy wóz trans­mi­syjny z ekipą tele­wi­zyjną; omi­nął sto­jące wozy, wjeż­dża­jąc na chod­nik. Nie chcieli strze­lać do nie­win­nych ludzi, lecz będą musieli to zro­bić, jeśli okaże się to konieczne.

Po chwili wró­ciła Rigby. Na jej pobruż­dżo­nej twa­rzy malo­wał się gry­mas.

- Kim jest kobieta, któ­rej szu­ka­cie?

Zanim Wal­ter zdą­żył odpo­wie­dzieć, po dru­giej stro­nie skrzy­żo­wa­nia roz­legł się głu­chy ryk motoru. Przez blo­kadę poli­cyjną przedarł się duży pług śnieżny, roz­trą­ca­jąc samo­chody jak zabawki, i minął wej­ście do klubu. Na drzwiach masyw­nego pojazdu znaj­do­wał się spło­wiały zie­lony napis ZAKŁAD OCZYSZ­CZA­NIA MIA­STA. Z tyłu sypała się sól, pokry­wa­jąc asfalt i chod­niki białą war­stwą podobną do szronu. Wszy­scy patrzyli ze zdu­mie­niem na pług, który potrą­cił kolejny wóz poli­cyjny i bez wysiłku ode­pchnął go na bok, po czym ruszył dalej. Obje­chał budy­nek, zawró­cił i znik­nął po prze­ciw­nej stro­nie, na Park Ave­nue, pozo­sta­wia­jąc po sobie kłęby czar­nego dymu i war­stwę soli pokry­wa­jącej ulicę.

Rigby opa­dła szczęka. Zro­biła kilka kro­ków do przodu.

- Co to za cho­ler­stwo? - spy­tała.

- Zaczyna się zabawa - ode­zwał się w słu­chawce Red.

Roz­dział

8

WYPI­JESZ JESZ­CZE JED­NEGO shota albo znowu pusz­czę tę pio­senkę. Takie są zasady.

Wal­ter obró­cił się na stołku baro­wym w stronę Herba Nad­lera i poczuł, że sala lekko się koły­sze. Kiedy sku­pił wzrok, zoba­czył, że stoi przed nim trzech Nad­le­rów z kie­lisz­kami w rękach. Popa­trzył się na środ­ko­wego.

- Nie mogę wypić następ­nego shota. Mam jutro robotę.

Co prawda zabrzmiało to raczej jak: "Maju­ro­robte", ale Nad­ler zro­zu­miał. Podob­nie mówili jego zna­jomi. Prze­wró­cił oczami, uniósł kie­li­szek i krzyk­nął do tłumu:

- O'Brien nie chce pić! Billy, wrzuć ćwiartkę do szafy! Zmu­sił nas do tego!

Billy Pre­ston, sto­jący obok szafy gra­ją­cej w kącie baru U Miga, krzyk­nął coś i odwró­cił się w stronę szafy. Połowa piwa z kufla wylała mu się na rękę i chlu­snęła na pod­łogę. Po chwili z gło­śni­ków dobie­gły pierw­sze tony pio­senki Eye of the Tiger grupy Survi­vor, grane po raz ósmy. Roz­le­gły się okrzyki i kocia muzyka.

Wal­ter oparł łok­cie o bar i zato­pił twarz w dło­niach.

Bar U Miga był ulu­bio­nym loka­lem gli­nia­rzy już od czter­dzie­stu trzech lat. Każ­dego wie­czoru zapeł­niali go poli­cjanci z czte­rech oko­licz­nych komi­sa­ria­tów w Detroit. Ta środa niczym nie róż­niła się od pozo­sta­łych. Piwo było tanie, a wod­ni­sta whi­sky jesz­cze tań­sza; goście skła­dali się z umun­du­ro­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy i poli­cjan­tów po cywil­nemu. Nad­ler zabrał tu Wal­tera pierw­szego wie­czoru, gdy się poznali; wypa­dało spę­dzić w tej knaj­pie rów­nież ostatni wie­czór.

Pokle­pał Wal­tera po ple­cach.

- Jutro, przy­ja­cielu, nie będziesz już pra­co­wał w mun­du­rze, tylko jako detek­tyw Wydziału Zabójstw Depar­ta­mentu Poli­cji Detroit. Jako twój były part­ner powi­nie­nem zadbać o godne poże­gna­nie.

Wypił oba shoty i z roz­ma­chem odsta­wił kie­liszki na ladę. Wal­ter uniósł palec wska­zu­jący, dając znak bar­ma­nowi.

- Pro­szę o wodę, czy­stą wodę.

Bar­man uśmiech­nął się iro­nicz­nie, napeł­nił kie­li­szek wodą z kranu i posta­wił przed Wal­te­rem, który opróż­nił go jed­nym hau­stem.

Nad­ler zmarsz­czył brwi.

- Poważ­nie?

- Muszę iść.

- Pra­co­wa­li­śmy razem sześć lat i pozwo­lisz, żeby to się tak skoń­czyło? Po pro­stu odej­dziesz w siną dal? Pokaż jesz­cze raz swoją nową bla­chę.

Wal­ter wes­tchnął i wycią­gnął z tyl­nej kie­szeni złotą odznakę.

- Robi się późno.

Nad­ler gwizd­nął i chwy­cił ją.

- Bar­dzo się błysz­czy. - Zanim Wal­ter zdo­łał odzy­skać odznakę, Nad­ler odszedł kilka kro­ków od baru i uniósł ją nad głowę. - Billy, wyłącz to pudło!

Szafa gra­jąca zaskrze­czała i uci­chła.

- Pro­szę wszyst­kich o uwagę! - zawo­łał Nad­ler. - Spójrz­cie na mnie! Zamie­rzam powie­dzieć coś waż­nego!

- Herb zaczyna pate­tyczną prze­mowę! Wyłącz­cie go! - krzyk­nął ktoś z tyłu.

Nad­ler odchrząk­nął.

- Przez sześć cięż­kich lat byłem niańką Wal­tera O'Briena. W tym cza­sie wypi­sał ponad tysiąc dwie­ście man­da­tów, aresz­to­wał sze­ściu­set dwu­dzie­stu trzech nie­ska­zi­tel­nych oby­wa­teli naszego pięk­nego mia­sta, otrzy­mał trzy pochwały, trzy przy­śpie­szone awanse i dwa razy do niego strze­lano. Wycią­gał broń czter­na­ście razy i przy­naj­mniej raz ura­to­wał mi życie. Nauczy­łem go wszyst­kiego, co umiem, ale na szczę­ście miał dość rozumu, by to zigno­ro­wać i uczyć się od innych, więc awan­so­wał do wydziału zabójstw. Pra­cuję w mun­du­rze od dwu­dzie­stu dwóch lat i jestem pewien, że sze­fo­wie nie mają wobec mnie takich pla­nów.

- Czy przy­pad­kiem nikt mu nie zwiał, Herb? - krzyk­nął z tyłu Billy Pre­ston.

- Ach, tak. - Nad­ler ski­nął głową. - Ucie­kła mu dziew­czyna. Chu­chro, które go kop­nęło i dało dra­paka pierw­szego dnia służby. Nauczyła go przyj­mo­wać ciosy na klatę. Wstał, otrze­pał mun­dur i dalej pra­co­wał, niczym się nie przej­mu­jąc. Zacho­wał się jak pro­fe­sjo­na­li­sta. Przez sześć lat był pro­fe­sjo­na­li­stą. - Nad­ler uniósł złotą odznakę wysoko nad głowę. - Nie mogłem mieć lep­szego part­nera, będzie mi go bra­ko­wało i życzę mu wszyst­kiego najlep­szego na nowej dro­dze życia. Chłopcy, wznie­śmy toast za nowego detek­tywa Wydziału Zabójstw Poli­cji Detroit!

- Nie masz czym wznieść toa­stu, Herb! - zawo­łał ktoś.

- Rze­czy­wi­ście, nie mam - powtó­rzył Nad­ler, zer­ka­jąc na swoją pustą dłoń. Szybko chwy­cił pierw­szą z brzegu szklankę piwa ze sto­lika obok.

Bar­man posta­wił przed Wal­te­rem piwo marki Coors draft, on zaś uniósł je wraz z innymi, podzię­ko­wał Nad­le­rowi i wypił.

Po dwu­dzie­stu minu­tach szedł do swo­jego miesz­ka­nia w Ben­ton. Nad­ler i kilku kole­gów chcieli go wsa­dzić do tak­sówki, ale jego miesz­ka­nie było nie­da­leko i miał ochotę się przejść, by roz­ja­śniło mu się w gło­wie. Chciał sma­ko­wać tę chwilę. Sierp­niowe powie­trze było cie­płe i lekko wil­gotne po wcze­śniej­szej mżawce. Smród mia­sta zła­god­niał po desz­czu. Zer­k­nął na zegar na gma­chu pobli­skiego banku i zauwa­żył, że jest za osiem dwu­na­sta.

Awan­so­wać w ciągu sze­ściu lat z kom­plet­nego nowi­cju­sza na detek­tywa wydziału zabójstw to duży wyczyn. Haro­wał jak wół, by to osią­gnąć - będzie jed­nym z naj­młod­szych funk­cjo­na­riu­szy wydziału. Wie­dział, że czeka go ciężka praca, ale był na to gotowy: w tym momen­cie życia nie oba­wiał się nawet naj­trud­niej­szych wyzwań.

Chod­nik koły­sał mu się pod sto­pami, a wiatr łagod­nie poru­szał budyn­kami. Dla­czego wszy­scy nagle zaczęli cho­dzić tak szybko?

A może to on idzie wolno?

Czyżby za dużo wypił? Nie­wy­klu­czone.

Po pra­wej stro­nie znaj­do­wał się przy­sta­nek auto­bu­sowy. Ciężko klap­nął na ławkę.

Na skraju sie­działa star­sza kobieta. Dziw­nie na niego spoj­rzała, po czym wbiła wzrok w trzy­maną w ręku książkę w mięk­kiej opra­wie. Cztery pory roku Ste­phena Kinga.

- Jestem detek­ty­wem wydziału zabójstw - wybeł­ko­tał Wal­ter. Nie miał poję­cia, dla­czego to powie­dział, ale słowa brzmiały przy­jem­nie.

Kobieta wsu­nęła kciuk mię­dzy stro­nice i spoj­rzała na niego.

- Będę o tym pamię­tać, kiedy posta­no­wię kogoś zabić.

- Zosta­łem detek­ty­wem wydziału zabójstw w wieku dwu­dzie­stu ośmiu lat.

- Gra­tu­luję.

- Czym się pani zaj­muje?

Patrzyła na niego przez chwilę, obej­rzała od stóp do głów, po czym wbiła wzrok w książkę.

- Sie­dzę na tym przy­stanku co drugi wie­czór i cze­kam na zamknię­cie restau­ra­cji U Gio­van­niego. Cza­sami dają mi coś do zje­dze­nia, jeśli coś im zosta­nie. To moja praca. Może da mi pan spo­kój, żebym mogła wró­cić do swo­ich zajęć?

Wal­ter po raz pierw­szy zwró­cił uwagę na jej ubra­nie. Dziu­rawy swe­ter. Zno­szone buty, na oko o dwa numery za duże. Na chod­niku stał wózek z super­mar­ketu wyła­do­wany śmie­ciami, butel­kami i pusz­kami przy­kry­tymi postrzę­pio­nym nie­bie­skim kocem.

- Został pan detek­ty­wem w wieku dwu­dzie­stu ośmiu lat - mruk­nęła. - Ja mam pięć­dzie­siąt sześć. Jak pan sądzi, kim pan będzie w wieku pięć­dzie­się­ciu sze­ściu lat? Ni­gdy tego nie wiemy, dopóki nie prze­ko­namy się na wła­snej skó­rze.

- Prze­pra­szam. - Wal­ter usły­szał wła­sny głos. Zda­wał sobie sprawę, że powie­dział coś nie­wła­ści­wego, ale nie mógł tego cof­nąć.

Prych­nęła, ale się nie ode­zwała. Pokrę­ciła głową i wró­ciła do lek­tury.

Przy­sta­nek auto­bu­sowy znaj­do­wał się naprze­ciwko wło­skiej restau­ra­cji U Gio­van­niego.

Pra­wie każdy sto­lik był zajęty, choć zbli­żała się pora zamknię­cia. Zupeł­nie inny świat znaj­du­jący się zale­d­wie kil­ka­na­ście metrów dalej: dzie­siątki roze­śmia­nych albo uśmiech­nię­tych twa­rzy, w więk­szo­ści pary, mło­dzi i sta­rzy ludzie, sto­liki przy­kryte obru­sami w biało-czer­woną kratkę, zasta­wione winem, maka­ro­nem i piz­zami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Roz­dział

1

CZY BUDY­NEK MOŻE SIĘ POCIĆ?

Gdyby Wal­ter O'Brien usły­szał to pyta­nie, odpo­wie­działby, że nie. Jed­nak wyda­wało się, że ceglany dom na rogu Park Ave­nue i Woodward Ave­nue w cen­trum Detroit się poci. Spło­wiałe czer­wone cegły lekko lśniły; wil­goć odbi­jała świa­tło lamp ulicz­nych, neon na dachu i reflek­tory prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów, któ­rych kie­rowcy nie mieli poję­cia, co się za chwilę sta­nie.

Miał ochotę trza­snąć lor­netką o zie­mię.

- Dla­czego cią­gle jeż­dżą samo­chody?! Zamknij­cie ulicę, do cho­lery!

Po chwili w słu­chawce roz­legł się opry­skliwy głos Lin­colna Sealeya.

- Nie możemy.

- Dla­czego?

- Bo nic się jesz­cze nie wyda­rzyło.

Sprze­czali się o to wie­lo­krot­nie i cho­ciaż Wal­ter uwa­żał, że tym razem ma rację, uznał, że nie warto się dener­wo­wać. Wkrótce coś się wyda­rzy.

Popa­trzył na zega­rek.

Dzie­wiąta pięć­dzie­siąt dwie.

Neon w dal­szym ciągu włą­czał się i wyłą­czał, oświe­tla­jąc ota­cza­jące budynki i jezd­nię fio­le­to­wym bla­skiem.

KLUB STOMP.

Osiem minut.

Pięć­dzie­się­cio­sied­mio­letni Wal­ter nie powi­nien cho­dzić po dachach. Wstał i wyj­rzał znad okapu, sły­sząc trzesz­cze­nie swo­ich sta­wów. Pie­kiel­nie bolała go noga. Ści­snął laskę dło­nią mokrą od potu.

Czwarte pię­tro.

Znaj­do­wał się naprze­ciwko klubu.

Obser­wo­wał drzwi fron­towe.

Ze środka dobie­gały dźwięki ucho­dzące obec­nie za muzykę, wpra­wia­jąc powie­trze w drga­nie. Mono­tonne bum, bum, bum, bum, bez przerw, bez śpiewu. Bra­ko­wało mu gitar, melo­dii, har­mo­nii. Pamię­tał czasy, gdy Detroit sza­lało za muzyką. Muzyką i samo­cho­dami. Teraz odwie­dzano to mia­sto tylko w poszu­ki­wa­niu tanich nie­ru­cho­mo­ści.

Przy wej­ściu stał bram­karz, który spraw­dzał w świe­tle kie­szon­ko­wej latarki doku­menty wcho­dzą­cych gości. Drugi bram­karz cho­dził wzdłuż kolejki zło­żo­nej z około trzy­dzie­stu osób sto­ją­cych za spło­wiałą czer­woną liną. Wyda­wało się, że jego zada­nie polega na wyła­wia­niu naj­ład­niej­szych dziew­czyn i wpusz­cza­niu ich poza kolej­no­ścią. Obaj bram­karze byli gro­te­skowo masywni. Każdy z bicep­sów tego sto­ją­cego przy drzwiach był więk­szy od głowy Wal­tera. Bram­karz miał tatuaż, który zaczy­nał się za lewym uchem i wspi­nał na łysą czaszkę. Wal­ter nie mógł się zorien­to­wać, co przed­sta­wia rysu­nek, lecz wie­dział, że zupeł­nie nie pasuje do gar­ni­turu za trzy tysiące dola­rów.

Na dachu budynku fede­ral­nego zauwa­żył ubra­nego na czarno Sealeya. Leżał na brzu­chu, lekko unie­siony, i obser­wo­wał tłum przez celow­nik optyczny kara­binu spo­czy­wa­ją­cego w odpły­wie wody desz­czo­wej. Był to model Para­tus-16, skła­dana pół­au­to­ma­tyczna broń snaj­per­ska miesz­cząca się w etui nie­wiele więk­szym od pudełka na lunch.

Jakieś sześć metrów za Wal­te­rem wyszedł przez klapę na dach Red Lar­son, szybko się rozej­rzał i zaczął mon­to­wać kara­bin iden­tyczny jak ten nale­żący do Sealeya.

- Zgło­si­łem strze­la­ninę w skle­pie spo­żyw­czym na Woodward Ave­nue, jakąś prze­cznicę stąd - rzekł w trak­cie pracy. - Powie­dzia­łem, że sły­szę serie z broni maszy­no­wej. Może wię­cej niż jed­nego kara­binu. To powinno ścią­gnąć lokalną poli­cję i dzien­ni­ka­rzy. Nie mia­łem oka­zji posłu­chać radia, ale trzy­dzie­sty siódmy komi­sa­riat jest zale­d­wie trzy kilo­me­try stąd.

- Potrze­bu­jemy kare­tek, nie poli­cjan­tów. Gli­nia­rze będą prze­szka­dzać.

- Wyślą też karetki. To stan­dar­dowa pro­ce­dura.

- Nie powi­nie­neś mówić o strze­la­ni­nie, tylko że ktoś miał zawał.

- Potrze­bu­jemy wię­cej niż jed­nej karetki.

Miał rację. Wal­ter posta­no­wił zakoń­czyć dys­ku­sję.

- Znisz­czy­łeś tele­fon?

Red spoj­rzał na niego z urazą, wyjął z kie­szeni tanią komórkę na kartę, prze­ła­mał na pół i wyrzu­cił za okap.

- Tak, mamu­siu, znisz­czy­łem.

Wal­ter w mil­cze­niu pokrę­cił głową.

Red zmon­to­wał kara­bin i poło­żył się na brzu­chu. Skrzy­wił się, gdy jego stawy rów­nież zatrzesz­czały, znacz­nie gło­śniej od sta­wów Wal­tera. Red był jede­na­ście lat star­szy.

- To zabawy dla mło­dych. Żaden z nas nie powi­nien tu być.

- Mamy jesz­cze coś do zała­twie­nia.

W słu­chaw­kach roz­legł się głos Sealeya:

- Jest jesz­cze czas, żeby wró­cić do motelu i obej­rzeć koń­cówkę meczu Detroit Tigers.

- Prze­stań się wygłu­piać - odparł Red.

Wal­ter poczuł dra­pa­nie w gar­dle, wyjął z kie­szeni chu­s­teczkę i zaka­słał. Gło­śno, ale bez prze­sady. Wsu­nął popla­mioną chu­s­teczkę z powro­tem do kie­szeni, nim Red zdą­żył zauwa­żyć krew. A nawet gdyby zauwa­żył, to nie mia­łoby żad­nego zna­cze­nia. Lar­son wie­dział, co się dzieje z Wal­terem, podob­nie jak Sealey.

"Jesz­cze coś do zała­twie­nia" - pomy­ślał. Wszystko powinno nie­długo się zakoń­czyć.

Trą­cił butem stopę Reda.

- Kiedy ostat­nio padało?

- Wyglą­dam jak pogo­dynka?

- Budy­nek wydaje się mokry.

- Jeste­śmy w Detroit - mruk­nął Red, jakby to coś wyja­śniało. - Ile czasu zostało do roz­po­czę­cia akcji?

Wal­ter zer­k­nął na zega­rek.

- Trzy minuty.

- Jest w środku?

- Podobno.

- Jesteś pewien?

Wal­ter nie był niczego pewien, ale nie zamie­rzał tego mówić Redowi ani Sealey­owi. Nie chciał im dawać żad­nego pre­tek­stu do wyco­fa­nia się.

- Zają­łeś się tyl­nymi drzwiami? - Głu­pie pyta­nie. Nie­spełna pół godziny wcze­śniej obser­wo­wał, jak Red je zaspa­wał.

- Zostało tylko wej­ście od frontu - odparł mimo to Lar­son.

- Zała­do­wa­łeś nor­malne poci­ski?

Red pokle­pał zapa­sowy maga­zy­nek leżący po lewej stro­nie kara­binu.

- Nor­malne są w komo­rze, pochrzyny w rezer­wie. Nie mam jesz­cze demen­cji. Jeste­śmy dobrze przy­go­to­wani.

- Nie przy­da­łyby się dwa kara­biny?

Lar­son cmok­nął z dez­apro­batą.

- Mogę bły­ska­wicz­nie zmie­nić maga­zynki.

- Sły­szę syreny - prze­rwał Sealey. - Dwa, może trzy wozy poli­cyjne. Nad­jeż­dżają od zachodu.

Lokalni gli­nia­rze, któ­rzy zare­ago­wali na tele­fon Reda.

- Potwier­dzam - powie­dział Wal­ter, choć jesz­cze nic nie sły­szał. Spoj­rzał z powro­tem na klub. - W Chi­cago też było kiep­sko. Podob­nie jak w tej nędz­nej dziu­rze nie­da­leko Reno w tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym czwar­tym roku. Przy­po­mi­nam sobie jesz­cze kilka takich miejsc.

Red wzru­szył ramio­nami.

- Może nam się udać albo nie. Powin­ni­śmy zna­leźć spo­sób, by wyko­rzy­stać sytu­ację. Jeśli zakoń­czymy dziś tę sprawę, będziemy mogli sobie pogra­tu­lo­wać. Pro­po­nuję dzia­łać zgod­nie z pla­nem. Nie mam ochoty tego powta­rzać.

- Na zacho­dzie leje jak z cebra - powie­dział Sealey. - U nas już się wypo­go­dziło. Uwa­żaj­cie na to, co się dzieje.

Wal­ter znowu zer­k­nął na zega­rek.

- Co z cza­sem?

Wyjął z kie­szeni spodni tele­fon na kartę i wystu­kał numer zapi­sany na dłoni czar­nym mar­ke­rem.

- Klub Stomp! - ode­zwał się męski głos, prze­krzy­ku­jąc muzykę.

Wal­ter mówił powoli, z całych sił sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać lęku:

- Pod­ło­ży­łem w klu­bie bombę. Macie dwie minuty na ewa­ku­ację albo wszy­scy zgi­nie­cie. Rozu­mie pan?

- Bombę?

- Rozu­mie pan?! - powtó­rzył Wal­ter.

- Tak, ale...

Wal­ter się roz­łą­czył. W odróż­nie­niu od Reda nie znisz­czył komórki. Będzie jesz­cze potrzebna. Wrzu­cił ją do kie­szeni.

Po chwili gło­śne basy umil­kły. Nagle zapa­dła cisza. Wyda­wało się, że we wnę­trzu klubu coś ogło­szono. Słowa były jed­nak zbyt przy­tłu­mione, by je zro­zu­mieć.

- Zaczyna się - rzekł cicho Sealey w słu­chaw­kach.

Wal­ter dotknął pal­cem szorst­kiej, nie­rów­nej bli­zny na lewym nad­garstku. Uniósł lor­netkę i obser­wo­wał drzwi klubu.

- Uwa­żaj­cie.

- Jesteś zupeł­nie pewien? - spy­tał Sealey.

Wal­ter przy­po­mniał sobie ese­mesa: "Klub Stomp, 10 wie­czór. Tęsk­nię za tobą".

- Jestem pewien.

Zadzwo­niła komórka pierw­szego bram­ka­rza. Uniósł ją do ucha musku­larną ręką i słu­chał. Po chwili się roz­łą­czył i powie­dział coś do dru­giego bram­ka­rza, który natych­miast popę­dził do tyl­nych drzwi. Powie­dział coś szybko do ludzi sto­ją­cych w kolejce, któ­rzy roz­bie­gli się w popło­chu.

W drzwiach poja­wiła się dziew­czyna. Bram­karz ją popchnął, wybie­gła na zewnątrz. Ciemne włosy się­ga­jące do ramion, czarna sukienka.

- Bru­netka, dwa­dzie­ścia kilka lat, biała! - zawo­łał Sealey.

- Potwier­dzam! - odparł Red.

- Prze­pu­ścić - roz­ka­zał Wal­ter, cho­ciaż nie miał stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści. Nie było na to spo­sobu.

Zza ple­ców dziew­czyny wypa­dli na ulicę dwaj męż­czyźni, po czym popę­dzili w stronę par­kingu po prze­ciw­nej stro­nie jezdni. Wal­ter i jego ludzie ich zigno­ro­wali.

W klu­bie roz­le­gły się krzyki. Goście rzu­cili się do wyj­ścia. Hałas miał swoje zalety. Zagłu­szy to, co nastąpi póź­niej.

W drzwiach poja­wiła się druga dziew­czyna. Roz­sze­rzone oczy, szok malu­jący się na twa­rzy.

- Blon­dynka! Oczy piwne! - powie­dział Sealey.

- Blon­dynka, oczy piwne, potwier­dzam - rzekł Red.

- Prze­pu­ścić - ode­zwał się Wal­ter.

Z klubu wyszły dwie następne dziew­czyny. Pod­trzy­my­wały się. Ta po lewej miała ciem­no­czer­woną plamę na udzie, a druga ranę na ramie­niu, może po nożu albo stłu­czo­nej butelce. Spo­mię­dzy jej pal­ców spły­wała krew. Bram­karz popchnął je do przodu i wska­zał par­king.

- Prze­pu­ścić - roz­ka­zał Wal­ter, nim Sealey i Red zdą­żyli się ode­zwać.

Z czoła spły­wał mu pot, kro­pla wpa­dła do oka. Otarł je wierz­chem dłoni i moc­niej ści­snął lor­netkę.

Poprzed­niego dnia odwie­dził klub. Oświad­czył, że musi spraw­dzić rury gazowe, i wszedł do środka. Prze­szklone drzwi wej­ściowe były wąskie i pro­wa­dziły do jesz­cze węż­szego kory­ta­rza z kasje­rem po pra­wej i szklaną gablotką z licen­cjami klubu po lewej. Za kasje­rem wcho­dziło się do sali tanecz­nej, ale były to jedyne drzwi, ponie­waż tylne zaspa­wano. Domy­ślał się, że w środku znaj­duje się około dwu­stu osób, może wię­cej. Trudno było oce­nić liczbę gości w czwar­tek.

Zamknął oczy i wyobra­ził sobie, jak goście się prze­py­chają, bie­gną w stronę drzwi i tra­tują, pró­bu­jąc się wydo­stać.

Z klubu wypa­dło trzech chło­pa­ków, chyba nie­peł­no­let­nich.

Sealey i Lar­son ich zigno­ro­wali. Poja­wiły się dwie następne dziew­czyny. Jedna czar­no­skóra, druga Laty­no­ska. Z klubu usi­ło­wało wybiec coraz wię­cej gości.

Czar­no­skóra dziew­czyna miała ranę na policzku i chyba zła­maną rękę. Trudno powie­dzieć, ale pod­trzy­my­wała ją, jakby coś ją bolało. Poma­ga­jąca jej kole­żanka, ubrana w mini, zgu­biła gdzieś but.

Sealey zigno­ro­wał zra­nioną dziew­czynę i opi­sał drugą.

- Laty­no­ska, kasz­ta­nowe włosy pra­wie do ramion. Zie­lone oczy.

- Zie­lone? - prych­nął Red. - Jesteś pewien?

Wal­ter nie wahał się ani przez chwilę.

- Strze­laj, Sealey!

Sealey naci­snął spust.

Pocisk tra­fił Laty­no­skę tuż pod bar­kiem i wyszedł z dru­giej strony. Ude­rzył w ścianę z żuż­lo­be­tonu, wzbi­ja­jąc chmurkę pyłu i odłu­pu­jąc kawa­łek ściany. Dziew­czyna puściła kole­żankę i chwy­ciła się za rękę. Mię­dzy jej pal­cami cie­kła krew.

- Reak­cja nega­tywna - ode­zwał się Sealey. W jego gło­sie brzmiało zde­ner­wo­wa­nie. - Jest ranna.

- Kurwa mać! - zaklął Wal­ter. Przez drzwi wyszły cztery następne osoby. Trzech męż­czyzn, jedna kobieta.

- Nie widzę kobiety - powie­dział Red. - Zasła­niają ją faceci.

- Ja też nie widzę - dodał Sealey.

Wal­ter sły­szał zbli­ża­jące się syreny.

- Strzel do jed­nego z męż­czyzn, jeśli to konieczne. Musimy zoba­czyć dziew­czynę!

- Jesteś pewien?

- Strze­laj, do cho­lery!

Red Lar­son strze­lił. Chło­pak sto­jący z przodu się zachwiał i upadł w lewą stronę. Chwy­cił się za kostkę.

- Rudawa blon­dynka - szybko zawo­łał Sealey. - Różowe pasemko po lewej stro­nie. Błę­kitne oczy.

- Po two­jej lewej czy jej lewej?

- Słu­cham?

- Mówię o pasemku!

- Jej lewej! Jej lewej!

Red wes­tchnął.

- Zga­dza się.

- Prze­pu­ścić - roz­ka­zał Wal­ter.

Krzyki sta­wały się coraz gło­śniej­sze. Bram­karz zauwa­żył, że na ulicy trwa strze­la­nina, i pró­bo­wał zatrzy­mać ludzi pró­bu­ją­cych wybiec z klubu, ale mimo impo­nu­ją­cej postury nie był w sta­nie sobie pora­dzić z naci­skiem ciał pró­bu­ją­cych się prze­pchnąć do wyj­ścia.

W słu­chaw­kach Wal­tera roz­legł się głos Sealeya:

- Widzę poli­cję miej­ską. Nad­jeż­dża od strony Woodward Ave­nue, nie zatrzy­mali się przy skle­pie wspo­mnia­nym przez Reda. Jadą w naszym kie­runku. Widzę sześć wozów poli­cyj­nych, nie, osiem. SWAT-u jesz­cze nie ma, na razie.

Z klubu wybie­gło pięć następ­nych osób, wypchnię­tych za drzwi przez napie­ra­jący tłum.

Jeden z męż­czyzn z ostat­niej grupy przy­kuc­nął, wska­zy­wał Sealeya na dachu i krzy­czał coś do bram­ka­rza.

- Nie zatrzy­mamy ich - rzekł szybko Sealey. - Za wielu wycho­dzi!

Wal­ter ści­snął laskę, szybko się odwró­cił i ruszył w stronę scho­dów.

- Strze­laj­cie w drzwi wej­ściowe! Zmu­ście ich, by pozo­stali w budynku! Sealey, prze­nieś się w inne miej­sce, zosta­łeś zauwa­żony. Scho­dzę!

Dokuś­ty­kał do klatki scho­do­wej i ruszył w dół, ale już w poło­wie drogi poczuł ból w piersi. Kiedy dotarł na par­ter i wyszedł na chod­nik, znowu się roz­ka­słał. Na war­gach poja­wiła się krew.

Zamknęły się za nim drzwi budynku. W tej samej chwili na Park Ave­nue zatrzy­mały się z piskiem opon trzy wozy patro­lowe Depar­ta­mentu Poli­cji Detroit. Cztery następne przy­je­chały z Woodward Ave­nue. Jedna karetka pogo­to­wia. Nie, dwie. W dali sły­chać było następne syreny.

Wal­ter rozej­rzał się po uli­cach ota­cza­ją­cych budy­nek, niczego nie zauwa­żył i zaklął.

- Gdzie cię­ża­rówka?

Żad­nej odpo­wie­dzi.

- Gdzie ta cho­lerna cię­ża­rówka?! - powtó­rzył.

- Jesz­cze kilka minut - odpo­wie­dział Sealey. - Pięć, może dzie­sięć.

Za wolno. O kurwa... Pokrę­cił głową.

- Żad­nych akcji bez mojego roz­kazu. To nie strze­la­nina z lokalną poli­cją. Nie chcę, żeby do tego doszło. Pamię­taj­cie o instruk­cjach.

- Jesteś pewien? - spy­tał Red. - Naprawdę tego chcesz?

Wal­ter pokuś­ty­kał na śro­dek skrzy­żo­wa­nia, pod­pie­ra­jąc się laską. Pochy­lił się ciężko, uklęk­nął na asfal­cie i poło­żył laskę na ziemi. Uniósł ręce nad głową, a wóz poli­cyjny zatrzy­mał się około trzech metrów od niego.

To, czego chciał, nie miało już zna­cze­nia. Za godzinę i tak będzie mar­twy.

Roz­dział

2

JEST PANI PEWNA, ŻE KTOŚ KRZY­CZAŁ?

Star­sza kobieta z miesz­ka­nia 1A wyraź­nie nie prze­pa­dała za poli­cjan­tami. Patrzyła przez chwilę na Herba Nad­lera zza drzwi zabez­pie­czo­nych łań­cu­chem i doszła do wnio­sku, że nie sta­nowi zagro­że­nia. Odpięła łań­cuch i wyszła na kory­tarz, po czym sta­nęła jak naj­bli­żej detek­tywa. Była niska, miała nie­wiele ponad sto pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. Pra­wie nie patrzyła na Wal­tera O'Briena, osten­ta­cyj­nie go igno­ru­jąc. Ski­nęła głową w stronę klatki scho­do­wej.

- Nie mówi­łam, że krzy­czał. To raczej wycie. W 2D. Musi­cie coś z tym zro­bić. Nie wytrzy­mam następ­nej nocy.

- Wycie? Zra­nio­nego psa? - spy­tał Nad­ler.

- Tak, wycie, ale nie psa. Czło­wieka.

- Jest pani pewna?

- Myśli­cie, że bym zadzwo­niła, gdy­bym nie była pewna?

Spło­wiały różowy szla­frok frotté się roz­chy­lił. Nie pró­bo­wała go popra­wić. Pod szla­frokiem miała na sobie pod­nisz­czony T-shirt z wize­run­kiem zespołu Harold Melvin & the Blue Notes i szare spodnie od dresu z ucię­tymi nogaw­kami. Była bez sta­nika. Kiep­ski pomysł, bo czasy, gdy mogła cho­dzić bez sta­nika, minęły co naj­mniej pięć­dzie­siąt lat temu. Fio­le­towe papi­loty we wło­sach, nie­które umo­co­wane gum­kami.

Wal­ter, sto­jący kilka kro­ków za nowym part­ne­rem, usi­ło­wał wyma­zać obraz zako­do­wany w pamięci. Pod­cią­gnął pas z pisto­le­tem; jego cię­żar cią­gle przy­po­mi­nał, że roz­miar jest nie­wła­ściwy. Ofi­cer dyżurny w komi­sa­ria­cie oświad­czył, że nie ma mniej­szego, gdy wrę­czył mu pas, kaj­danki, gaz pie­przowy, krót­ko­fa­lówkę, zapa­sowe bate­rie, pałkę, latarkę i inne akce­so­ria nie­zbędne w pracy poli­cjanta. Wszystko ważyło kil­ka­na­ście kilo­gra­mów, a póź­niej doszły do tego rewol­wer Smith & Wesson i zapa­sowa amu­ni­cja otrzy­mana poprzed­niego dnia.

Gruba kobieta prze­stą­piła z nogi na nogę.

- To trwa już dwa tygo­dnie.

- Dla­czego nie zadzwo­niła pani wcze­śniej?

- Dzwo­ni­łam osiem razy. Przed wami nikt nie przy­je­chał.

Part­ner Wal­tera spoj­rzał na niego pustym wzro­kiem. Wal­ter się domy­ślał, co mógłby powie­dzieć. Wyra­ził to jasno w samo­cho­dzie, gdy jechali na miej­sce: "Pada śnieg, a gli­nia­rze, któ­rzy zapusz­czają się po jede­na­stej do dziel­nicy Forest Park, łatwo mogą dostać kulkę w plecy. Połowa zgło­szeń z tej dziury to lipa, po pro­stu próba zwa­bie­nia kogoś w mun­du­rze, żeby gang­ste­rzy mieli do kogo strze­lać. Awan­tury zwy­kle koń­czą się samo­ist­nie, a poza tym zawsze lepiej prze­słu­chi­wać oca­la­łych w szpi­talu, już po spra­wie, niż brać udział w strze­la­ni­nie". Nad­ler gadał w ten spo­sób przez dwa­dzie­ścia minut i skar­żył się, że będzie miał na sumie­niu nowi­cju­sza takiego jak Wal­ter (i to w cza­sie pierw­szej noc­nej służby).

- Nic nie sły­chać - rzekł Wal­ter, spo­glą­da­jąc na klatkę scho­dową.

Kobieta zmru­żyła oczy.

- Myśli pan, że to dobrze?

Z miesz­ka­nia wyszedł mały chło­piec, co naj­wy­żej dwu­la­tek, mający na sobie tylko pie­lu­chę wypchaną gów­nem. Objął nogę kobiety i gapił się na poli­cjan­tów.

Pogła­skała go po gło­wie.

- Wra­cam do sie­bie i po raz trzeci położę go spać, żeby jego matka mogła się z nim poba­wić w prze­rwach mię­dzy pracą. A wy idź­cie na górę i zaj­mij­cie się tym, co się tam dzieje, żaden z miesz­kań­ców nie chce tego słu­chać.

Wpro­wa­dziła chłopca do miesz­ka­nia i zatrza­snęła drzwi. Nad­ler i Wal­ter zostali sami na kory­ta­rzu.

Nad­ler popa­trzył na klatkę scho­dową.

- Jesteś gotów dotrzy­mać przy­sięgi?

Wal­ter pod­cią­gnął pas, który znowu się zsu­nął. Zaklął. Nad­ler prze­wró­cił oczami.

- Stare kawały robione nowi­cju­szom. Jeśli z tym nie skoń­czą, ktoś w końcu zgi­nie. - Wyjął nóż i podał Wal­te­rowi. - Zrób dodat­kową dziurkę, nim to gówno spad­nie na zie­mię. Wysy­łają was pierw­szej nocy z za wiel­kim pasem, obła­do­wa­nych jak żoł­nie­rzy na patrolu w dżun­gli. Nie potrze­bu­jesz nawet połowy tego wypo­sa­że­nia. Kiedy wró­cimy do samo­chodu, pokażę ci, co naprawdę jest konieczne. Reszta może iść do szafki. Jeśli komuś powiesz, że ci pomo­głem, zaprze­czę, więc ma to zostać mię­dzy nami, jasne?

- Wszystko w porządku - odparł Wal­ter i odwró­cił się w stronę scho­dów.

- Posłu­chaj. Jeśli chcesz skoń­czyć z pasem wokół kostek, gdy ktoś będzie do nas strze­lał, pro­szę bar­dzo. Jeśli nie, weź ten cho­lerny nóż, zrób nową dziurkę i oszczędź nam obu papier­ko­wej roboty.

Wal­ter wziął nóż, zro­bił nową dziurkę i zaci­snął pas. Bez słowa oddał nóż Nad­le­rowi.

- Gotowe.

Nad­ler scho­wał go i roz­piął skó­rzany pasek chro­niący rewol­wer. Poło­żył dłoń na kol­bie.

- Trzy­maj pisto­let w kabu­rze. Nie wyj­muj go, dopóki ci nie powiem. Nie chcę, żebyś zastrze­lił kogoś pierw­szej nocy. Naj­praw­do­po­dob­niej to po pro­stu ćpuny na dłuż­szym odlo­cie. Wielu z nich w tej oko­licy szpry­cuje się hero­iną, po czym zamy­kają się w miesz­ka­niach i nie wycho­dzą, chyba że skoń­czy im się żar­cie albo muszą znowu się napruć. W tym budynku są co naj­mniej trzy takie meliny. Jeśli tam wej­dziesz, zoba­czysz dwu­dzie­stu ludzi leżą­cych we wła­snym gów­nie, kom­plet­nie nie­przy­tom­nych, pra­wie mar­twych. Więk­szość jest nie­szko­dliwa, ale nie pozwól nikomu na sie­bie splu­nąć. Nie powinni cię tra­fić w oczy albo usta. Jeśli to zro­bią, znajdź naj­bliż­szy zlew i umyj się. Są tu dziwki mające tyle cho­rób, że szczury prze­cho­dzą na ich widok na drugą stronę ulicy. Jeśli poczę­stu­jesz czymś takim swoją dziew­czynę, utnie ci fiuta, chyba że wcze­śniej sam odpad­nie.

Wal­ter zer­k­nął na zamknięte drzwi miesz­ka­nia 1A. Nad­ler natych­miast odgadł, o czym myśli.

- Aresz­tu­jesz smar­ka­cza w pięć sekund, na oczach matki i babki. Miejmy nadzieję, że się zawaha, więc zdą­żysz strze­lić pierw­szy. Albo my ich, albo oni nas, żół­to­dzio­bie. Pamię­taj o tym, bo ina­czej zgi­niesz. Chodź...

Nad­ler ruszył w górę po wytar­tych stop­niach. Trzy­mał jedną pulchną dłoń na porę­czy, a drugą na kol­bie pisto­letu.

Wal­ter wsu­nął rękę do kie­szeni. Dotknął pal­cami wytar­tej skóry nie­wiel­kiej psiej obroży. Wyczuł nie­rów­no­ści, małe otworki, kra­wędź meta­lo­wej zawieszki.

- Zaczy­namy - powie­dział cicho, po czym ruszył scho­dami za Nad­le­rem.

Roz­dział

3

PIERW­SZE PIĘ­TRO WYGLĄ­DAŁO podob­nie jak par­ter. Ściany pokry­wało mnó­stwo warstw farby, a poni­żej znaj­do­wała się łusz­cząca się tapeta. W powie­trzu uno­sił się zapach stę­chli­zny i moczu i gdyby nie żółte świe­tlówki zwi­sa­jące z sufitu, na kory­ta­rzu pano­wałby mrok. Ide­alne śro­do­wi­sko dla kara­lu­chów, pają­ków, szczu­rów i myszy. Wal­ter czuł, że go obser­wują.

U szczytu scho­dów Nad­ler omi­nął zużytą pre­zer­wa­tywę, po czym rozej­rzał się ostroż­nie na boki i skrę­cił w kory­tarz.

Na tym pię­trze znaj­do­wało się sześć miesz­kań. Tabliczka 2D wisiała na dru­gich drzwiach po pra­wej.

Ski­nął ręką w stronę Wal­tera, by go minął i sta­nął po prze­ciw­nej stro­nie drzwi, po czym gło­śno zapu­kał i się odsu­nął.

Ni­gdy nie należy sta­wać bez­po­śred­nio przed drzwiami - wbi­jano im to do głowy w aka­de­mii. "Jeśli prze­stępca strzeli, to pra­wie zawsze w śro­dek". Ta myśl prze­le­ciała Wal­te­rowi przez głowę, kiedy przy­warł do popę­ka­nej gip­so­wej ścianki obok drzwi. Był prze­ko­nany, że nie zatrzy­ma­łaby ona kuli, gdyby prze­stępca źle wyce­lo­wał albo strze­lił w prawo.

Nad­ler bęb­nił pal­cami w kolbę rewol­weru. Odcze­kał kilka sekund i znowu zastu­kał w drzwi.

- Poli­cja! Otwie­rać!

Jeśli w środku ktoś się poru­szał, zacho­wy­wał się bar­dzo cicho. Drzwi do miesz­ka­nia 2E uchy­liły się o kilka cen­ty­me­trów i wyj­rzał z nich chudy czar­no­skóry nasto­la­tek. Posta­no­wił spraw­dzić, co się dzieje. Popa­trzył Wal­te­rowi w oczy i się zawa­hał.

- Trzyma tam dziew­czynę - powie­dział i zaczął zamy­kać drzwi.

- Kto?

- Nie wiem, jak się nazywa. Jakiś biały. Jest tam od dwóch mie­sięcy.

- On czy dziew­czyna?

Nasto­la­tek nie odpo­wie­dział. Zamknął drzwi i zasu­nął kilka rygli. Wal­ter spoj­rzał na Nad­lera, który przy­gry­zał poli­czek.

- Powie­dział, że facet trzyma tam dziew­czynę. Nie mówił, że więzi ją wbrew jej woli. Mógł spro­wa­dzić pro­sty­tutkę, z którą się zaba­wia. Nie możemy wejść bez uza­sad­nio­nego podej­rze­nia, że popeł­niono prze­stęp­stwo.

Wal­ter popa­trzył na drzwi miesz­ka­nia 2E w głębi kory­ta­rza.

- Mam go przy­pro­wa­dzić? Wycią­gnąć od niego coś kon­kret­nego?

Nad­ler nie odpo­wie­dział. Odwró­cił się ple­cami do drzwi miesz­ka­nia 2D.

- Nie powie­działby tego, gdyby nie uwa­żał, że dziew­czyna ma kło­poty - zauwa­żył Wal­ter.

- Wycią­gasz zbyt daleko idące wnio­ski, młody.

- Wiec dla­czego nikt nie otwiera?

"Chry­ste, Nad­ler się boi" - pomy­ślał Wal­ter. "Świetny wzór dla mło­dego poli­cjanta". Wal­nął w drzwi nasadą dłoni.

- Wiemy, że jesteś w środku! Otwie­raj, natych­miast!

Nad­ler wyda­wał się bar­dzo nie­za­do­wo­lony. Popa­trzył wście­kle na Wal­tera i pokrę­cił głową.

- Cho­lerny nowi­cjusz! - mruk­nął. - Chcesz dać się zastrze­lić pierw­szego dnia?!

Zza drzwi dobiegł głu­chy łoskot. Gło­śny. Coś upa­dło na zie­mię. "Chyba ciało upa­da­jące na pod­łogę" - pomy­ślał Wal­ter.

Po chwili roz­legł się krótki okrzyk, zdu­szony i natych­miast uci­szony.

"Wcho­dzimy".

Nad­ler się oży­wił. Wycią­gnął rewol­wer z kabury, prze­szedł na prze­ciw­le­głą stronę kory­ta­rza i skie­ro­wał lufę w stronę drzwi.

- Depar­ta­ment Poli­cji Detroit, wcho­dzimy!

Wal­ter miał w nosie rady Nad­lera. Nie zamie­rzał wcho­dzić do miesz­ka­nia bez broni. Odpiął pasek i wyjął rewol­wer.

Nad­ler kiw­nął głową w stronę drzwi i uniósł brwi, jakby chciał powie­dzieć: "W porządku, wykop je, mądralo".

Wal­ter cof­nął się o krok, poli­czył do trzech i kop­nął w drzwi pod klamką. "Kilka cen­ty­me­trów pod zam­kiem, piętą, całym cię­ża­rem ciała". Coś jak w fil­mie Police Aca­demy 101.

Fra­muga pękła. Drzwi zady­go­tały, ale się nie otwo­rzyły. Coś blo­ko­wało je na górze, praw­do­po­dob­nie rygiel. Wal­ter musiał ude­rzyć jesz­cze dwa razy, nim w końcu ustą­piły.

Nad­ler poru­szał się bły­ska­wicz­nie. Znacz­nie szyb­ciej, niż Wal­ter ocze­ki­wał. Wpadł do miesz­ka­nia, trzy­ma­jąc przed sobą rewol­wer, a następ­nie przy­kuc­nął, zro­bił pół­ob­rót i rozej­rzał się po pomiesz­cze­niu.

Wal­ter podą­żył za nim.

Nie­wielki salo­nik i maleńka kuch­nia po pra­wej stro­nie.

Zoba­czył pod ścianą znisz­czoną brą­zową kanapę sto­jącą naprze­ciwko dzie­więt­na­sto­ca­lo­wego tele­wi­zora umiesz­czo­nego na skrzyn­kach po mleku. Na pod­ło­dze leżało otwarte pudełko z dwoma kawał­kami pizzy w środku. Ser był zaschnięty i pokryty bia­ławą ple­śnią. Wokół walały się roz­gnie­cione puszki po piwie, a w rogu paliła się lampa z gołą żarówką, oświe­tla­jąc pomiesz­cze­nie ostrym bla­skiem. Na bla­cie kuchen­nym pię­trzyły się śmieci i stare opa­ko­wa­nia po potra­wach na wynos.

Żad­nego męż­czy­zny ani dziew­czyny. Nie w tym pokoju.

Nad­ler wska­zał lufą pisto­letu zamknięte drzwi, które musiały pro­wa­dzić do sypialni w głębi miesz­ka­nia.

W aka­de­mii powta­rzali tę pro­ce­durę milion razy i Wal­ter zdał się na wyćwi­czone umie­jęt­no­ści. Trzeba dzia­łać na zmianę z part­ne­rem: naj­pierw on, potem ty, potem znowu on. "Jak naj­szyb­ciej spraw­dzić każde pomiesz­cze­nie. Poru­szać się bły­ska­wicz­nie. Nie dać prze­stęp­com czasu na reak­cję".

Minął Nad­lera, prze­szedł przez nie­wielki pokój i wpadł sku­lony do sypialni. Poru­szał się tak szybko, że o mało nie potknął się o ciało leżące na progu.

Męż­czy­zna.

Leżał z twa­rzą przy­ci­śniętą do drew­nia­nej pod­łogi, ubrany tylko w popla­mione bok­serki. Jedną rękę miał wycią­gniętą nad głową, trzy­mał w niej zardze­wiały nóż kuchenny. Drugą przy­gnia­tał wydatny brzuch. Zatłusz­czone siwe włosy były pokryte krwią pły­nącą ze świe­żej rany w poty­licy.

Wal­ter przy­klęk­nął i pró­bo­wał wyczuć puls.

Nic.

Szyja męż­czy­zny była cie­pła. Zgi­nął nie­dawno.

Wal­ter widział w mroku nie­wy­raźny kształt mate­raca na pod­ło­dze, a obok pudło albo sto­lik, może kolejną skrzynkę po mleku. Nie był pewien.

Z tyłu poja­wił się Nad­ler z wycią­gniętą latarką. Snop świa­tła padł na zwłoki, pustą szafę i łóżko. Mate­rac nie leżał na pod­ło­dze, tylko na niskiej meta­lo­wej ramie. W każ­dym rogu przy­wią­zano sznury. Jeden był prze­siąk­nięty krwią i postrzę­piony, jakby go prze­gry­ziono. Nie było prze­ście­ra­dła. Zapla­miony mate­rac śmier­dział kałem.

Nad­ler omiótł latarką resztę pokoju. Nagle zauwa­żył zamknięte drzwi.

Łazienka?

Na pewno.

Kiedy prze­cho­dził przez pokój, coś zachrzę­ściło mu pod butami, może szkło. Zachwiał się i o mało nie prze­wró­cił. Poświe­cił latarką i Wal­ter spo­strzegł, że to inna lampa. Żarówka była roz­bita, a kolumna wygięta pod dziw­nym kątem przy cięż­kiej pod­sta­wie. Praw­do­po­dob­nie narzę­dzie zbrodni.

Nad­ler prze­szedł ostroż­nie nad lampą i zatrzy­mał się przy wej­ściu do łazienki. Ski­nie­niem dłoni naka­zał Wal­te­rowi otwo­rzyć drzwi.

Wal­ter omi­nął zwłoki i lampę, pod­szedł do drzwi i ujął gałkę.

Nad­ler zaczął odli­czać, a kiedy doszedł do trzech, Wal­ter szybko prze­krę­cił gałkę i pchnął drzwi.

Obaj w tej samej sekun­dzie zoba­czyli dziew­czynę w świe­tle latarki Nad­lera.

Co naj­wy­żej dwa­dzie­ścia kilka lat.

Naga.

Sie­działa na pod­ło­dze, wci­śnięta mię­dzy umy­walkę a muszlę klo­ze­tową. Pod­cią­gnęła kolana do piersi; połowę jej twa­rzy zasła­niały dłu­gie, ciemne, splą­tane włosy. Patrzyła na nich z prze­ra­że­niem, drżąc na całym ciele. Wyda­wała się zawsty­dzona.

- Nie chcia­łam tego zro­bić - powie­działa, zer­ka­jąc na zwłoki męż­czy­zny. - Pomo­że­cie mi?

Roz­dział

4

WAL­TER WSZEDŁ DO ŁAZIENKI i zna­lazł kon­takt. Poje­dyn­cza żarówka oświe­tliła nie­wiel­kie, pozba­wione okien pomiesz­cze­nie ostrym, zim­nym bla­skiem. Ośle­piona dziew­czyna zamknęła oczy. Wci­snęła się głę­biej pod umy­walkę.

W tym momen­cie zauwa­żył wiszące pod nią kaj­danki. Jedno kółko przy­pięto do rury wodo­cią­go­wej, dru­gie było otwarte. Kawa­łek zardze­wia­łego drutu na pod­ło­dze, pry­mi­tywny wytrych.

Policzki dziew­czyny były pokryte kro­pel­kami krwi, które miały podobną barwę jak piegi na jej nagim ramie­niu.

- Spo­koj­nie, wszystko w porządku. Nie zro­bimy ci krzywdy. - Scho­wał broń do kabury, zdjął bluzę i ukląkł, ale kiedy pró­bo­wał okryć plecy dziew­czyny, Nad­ler zatrzy­mał go i wska­zał krew. Była cią­gle wil­gotna.

- Dowody - powie­dział cicho.

Mimo to Wal­ter przy­krył dziew­czynę. Odgar­nął jej włosy z twa­rzy.

- Wszystko będzie dobrze. Jesteś bez­pieczna.

Otwo­rzyła oczy, ośle­piona świa­tłem, i popa­trzyła na niego ostroż­nie. Miała wyra­zi­ste, ciem­no­szare oczy. Wal­ter jesz­cze ni­gdy nie widział takich oczu. Nie zda­wał sobie sprawy, że się w nie wpa­truje, aż po chwili Nad­ler odchrząk­nął i wska­zał wannę.

W rogu leżała pod­nisz­czona zie­lona koł­dra, a na niej poduszka. Na pod­ło­dze walało się kilka opa­ko­wań po bato­nach cze­ko­la­do­wych. Wal­ter zauwa­żył nad­gry­ziony boche­nek chleba. Ktoś nie­dbale czy­ścił kafelki, pozo­sta­wia­jąc na nich smugi brudu. Ręcz­nik leżący na pod­ło­dze wyda­wał się pokryty zakrze­płą krwią. Zardze­wiała rama nad umy­walką była pusta, lustro dawno znik­nęło.

"Chry­ste, wię­ził ją tutaj. Ten pie­przony potwór wię­ził ją w łazience przy­kutą do ściany".

- Jak się nazy­wasz? - spy­tał Nad­ler zza jego ple­ców.

Wyda­wało się, że go nie sły­szy. Spo­glą­dała na Wal­tera. Póź­niej popa­trzyła na jego bluzę. Zaci­snęła ją, pró­bu­jąc się zasło­nić. Chwy­ciła ją tak mocno, że suwak wbił jej się w dłoń.

Wal­ter zdał sobie sprawę, że wyciąga rękę w jej stronę, dopiero gdy musnął pal­cami jej kostkę. Nie cof­nęła nogi; przy­ci­snęła stopę do jego ręki. Skóra dziew­czyny wydała mu się lodo­wata.

- Zejdź do samo­chodu i zawia­dom komendę, O'Brien - rzekł Nad­ler. Jego głos zabrzmiał dziw­nie ostro.

Wal­ter spoj­rzał na niego z iry­ta­cją.

- Natych­miast - dodał Nad­ler.

Wycią­gnęła rękę spod bluzy i chwy­ciła Wal­tera za nad­gar­stek. Miała drobne, deli­katne palce, ale ści­skała jego rękę jak ima­dło.

- Niech pan mnie nie zosta­wia!

Nad­ler jęk­nął.

- Chry­ste, okej. Zostań tutaj, ale niczego nie doty­kaj. Zaraz wrócę.

Zanim Wal­ter zdą­żył odpo­wie­dzieć, jego part­ner się odwró­cił, ostroż­nie okrą­żył zwłoki, lampę i potłu­czone szkło na pod­ło­dze, a następ­nie wyszedł z pokoju. Wal­ter usły­szał głosy na kory­ta­rzu, które przy­ci­chły, gdy Nad­ler zamknął za sobą uszko­dzone drzwi.

Został sam na sam z dziew­czyną. W miesz­ka­niu pano­wała nie­zręczna cisza.

"Dla­czego jest tu tak zimno?"

Po raz pierw­szy usły­szał szum kli­ma­ty­za­tora. Kiedy się odwró­cił, zauwa­żył archa­iczne urzą­dze­nie wyrzu­ca­jące chłodne powie­trze. Widział w sła­bym świe­tle kłęby pary.

"Na dwo­rze jest dwa­dzie­ścia stopni. Po co włą­czono kli­ma­ty­za­cję?"

- Amy... - powie­działa tak cicho, że Wal­ter nie był pewien, czy w ogóle się ode­zwała. - Nazy­wam się Amy Archer.

Odchrząk­nął.

- Wal­ter. Wal­ter O'Brien.

- Zabi­łam go, prawda?

Nie widział sensu w okła­my­wa­niu jej. Ski­nął głową. Pró­bo­wała wsu­nąć się głę­biej pod umy­walkę, ale nie było tam miej­sca. Jej bose stopy śli­zgały się po pod­ło­dze, pozo­sta­wia­jąc brudne ślady.

- Zabiłby mnie, gdy­bym go nie...

- Wszystko w porządku, Amy. Dzia­ła­łaś w obro­nie wła­snej. Nie powin­naś się niczego oba­wiać - zapew­nił Wal­ter. Spoj­rzał na nad­gry­ziony boche­nek chleba. Z boku wyro­sła pleśń, na folii osia­dły kro­pelki wody. - Jak długo tu jesteś?

Pokrę­ciła głową.

- Nie jestem... nie jestem pewna. Dwa tygo­dnie, może trzy?

- Możesz mi powie­dzieć, co się stało?

Po policzku spły­nęła jej łza.

- To tak­sów­karz. Przy­naj­mniej tak mówił. Wsia­dłam do jego samo­chodu w cen­trum, w pobliżu Eastern Mar­ket. Poda­łam mu swój adres, ale zamiast zawieźć mnie do domu, ruszył na pół­noc. Kiedy powie­dzia­łam, że jedzie w złym kie­runku, odwró­cił się i psik­nął mi czymś w twarz. Nie wiem, co to było, ale zemdla­łam, a kiedy się ock­nę­łam... - Urwała i popa­trzyła na kaj­danki wiszące na rurze. - Trzy­mał mnie w łazience, kiedy nie leża­łam na łóżku.

- Czy...

Zro­zu­miała, o co mu cho­dzi, zawa­hała się i lekko ski­nęła głową. Trzy­mała go za rękę. Wal­ter nie był pewien, kiedy ją ujęła. Nie pamię­tał, by znowu wycią­gał dłoń w jej stronę, nie pamię­tał, by brał ją za rękę. Wyda­wała się teraz cie­plej­sza. To dobrze.

- Może stąd wyj­dziemy?

Spoj­rzała na muszlę klo­ze­tową, umy­walkę i kaj­danki, po czym ski­nęła głową.

Wal­ter pomógł jej wypeł­znąć z cia­snej prze­strzeni i usiąść na skraju wanny. Zer­k­nęła na swoje nagie ciało, skrzy­żo­wała nogi i szczel­niej otu­liła się bluzą. Zaczer­wie­niła się i odwró­ciła wzrok. Wyda­wała się zawsty­dzona.

- Gdzie jest twoje ubra­nie?

- Nie wiem, co z nim zro­bił.

Wal­ter zasta­na­wiał się, kiedy wróci Nad­ler, i zer­k­nął przez ramię.

- Poszu­kam go. Zacze­kaj tutaj, dobrze?

- Mogę iść z panem?

- Nie oddalę się od drzwi, będziesz mnie widzieć. Lepiej, żebyś tu została.

Włosy znowu opa­dły jej na twarz; odgar­nął je i wsu­nął za ucho. Przy­ci­snęła poli­czek do jego dłoni i przez chwilę się uśmie­chała. Jej wargi odzy­skały kolor. Były inten­syw­nie czer­wone. Miała w sobie coś egzo­tycz­nego, euro­pej­skiego, a może śród­ziem­no­mor­skiego. Wal­ter nie wie­dział, skąd może pocho­dzić.

Nie zauwa­żył jej ubra­nia, ale zna­lazł czer­wone spodnie od dresu i spło­wiały T-shirt z logo Detroit Lions, bar­dzo obszerny.

Wró­cił do łazienki i podał jej odzież. Zrzu­ciła bluzę mun­du­rową i szybko się ubrała. Kiedy skoń­czyła, sta­nęła i popa­trzyła na niego z wdzięcz­no­ścią.

Otarł kro­pelkę krwi z jej policzka. Nie mógł się powstrzy­mać.

Roz­dział

5

NAZY­WAŁ SIĘ ALVIN SCHALK. Trzy­dzie­ści jeden lat, kawa­ler. Samot­nik, nie­ka­rany. Tak­sów­karz w fir­mie Detroit Metro Taxi. Ofi­cjal­nie zamel­do­wany przy Cam­bridge Ave­nue 83, nie tutaj. Według wła­ści­ciela lokal powi­nien być pusty. Domy­ślam się, że wyko­rzy­sty­wał to miesz­ka­nie jako miej­sce scha­dzek.

Wal­ter i Nad­ler stali w sypialni nad zwło­kami z detek­ty­wem Fred­diem Weede­nem z Wydziału Zabójstw Depar­ta­mentu Poli­cji Detroit.

Wal­ter mimo woli spoj­rzał na Amy.

Weeden popro­sił, by pocze­kała w łazience na przy­by­cie karetki pogo­to­wia. Wkrótce zawiozą ją do szpi­tala, spraw­dzą, czy została zgwał­cona, i opa­trzą jej rany.

Amy musiała poczuć na sobie wzrok Wal­tera. Zer­k­nęła na niego i spoj­rzała mu w oczy.

- Zna­leź­li­śmy w piw­nicy wyłą­czoną zamra­żarkę z dwoma tru­pami zawi­nię­tymi w koł­dry. Roz­kład posu­nął się tak daleko, że nie mogłem okre­ślić, czy to męż­czyźni, czy kobiety. Zwłoki leżały tam od dłuż­szego czasu. Przy­czynę zgonu ustali sek­cja. - Ski­nął głową w stronę łazienki. - Nie jest pierw­sza, to pewne. Ten gość opra­co­wał wła­sny sys­tem. To wymaga prak­tyki. Nie był­bym zdzi­wiony, gdy­by­śmy zna­leźli kolejne zwłoki w jego domu. Cze­kam na nakaz rewi­zji. Tak­sówka znik­nęła, ale jestem pewien, że kiedy się odnaj­dzie, będą w niej jakieś ślady.

W miesz­ka­niu usta­wiono reflek­tory i mar­kery wska­zu­jące miej­sca, w któ­rych odkryto dowody rze­czowe. Foto­graf sys­te­ma­tycz­nie doku­men­to­wał stan miesz­ka­nia; co kilka sekund bły­skał ośle­pia­jący flesz. W tej chwili pochy­lał się nad łóż­kiem i pstry­kał zdję­cia sznu­rów, zwłasz­cza postrzę­pio­nego, który wyglą­dał jak prze­gry­ziony. Dowód rze­czowy numer 43. Weeden pytał Amy o sznur, ale nie odpo­wie­działa. Na jej twa­rzy poja­wiło się prze­ra­że­nie, oczy wypeł­niły się łzami. Prze­stał zada­wać pyta­nia.

- Skąd pan wie, że zamra­żarka należy do Schalka? - spy­tał Wal­ter.

Weeden prze­wró­cił oczami i spoj­rzał na Wal­tera.

- Pierw­szy dzień pracy?

Nad­ler kiw­nął głową.

- Tak.

- Pie­prz­cie się - mruk­nął Wal­ter.

- Przy­pusz­cze­nie oparte na solid­nych pod­sta­wach - rzekł Weeden. - Znaj­dziemy tam jego odci­ski pal­ców. Nie jest to naj­lep­sza dziel­nica, ale miesz­kańcy dość rzadko trzy­mają trupy w piw­ni­cach, młody czło­wieku. Więk­szość strzela do sie­bie na ulicy i zosta­wia ciała na chod­niku. Ukry­wa­nie zwłok wymaga przy­go­to­wań, ozna­cza, że ten facet to pla­no­wał. - Ski­nął głową w kie­runku łazienki. - Pró­bo­wa­łem ją prze­słu­chać, ale zamknęła się w sobie. Powie­działa wam coś jesz­cze?

Wal­ter pokrę­cił głową.

- Tylko to, o czym mówi­łem.

- Cią­gle jest w szoku - rzekł Weeden. - Na szczę­ście przy­je­cha­li­ście i go spło­szy­li­ście. Gdyby nie wy, skoń­czy­łaby w zamra­żarce, nie ma co do tego wąt­pli­wo­ści. - Kop­nął czub­kiem buta znisz­czoną lampę leżącą na pod­ło­dze o kilka cen­ty­me­trów od pęk­nię­tej czaszki męż­czy­zny. - Przy­naj­mniej oszczę­dziła podat­ni­kom tro­chę forsy.

Wal­ter dotknął obroży w kie­szeni.

- Gdzie jest ta cho­lerna karetka?

Jeśli dziew­czyna wszystko sły­szała, nie dawała tego po sobie poznać. Spo­glą­dała w bok. Była pogrą­żona we wspo­mnie­niach albo sta­rała się o nich zapo­mnieć.

Wyła­mane drzwi miesz­ka­nia znowu się otwo­rzyły. Wyda­wało się, że na kory­ta­rzu stoi połowa miesz­kań­ców budynku, usi­łu­jąc zaj­rzeć do środka. Nad­ler zamknął je kop­nia­kiem i pod­parł torbą na dowody rze­czowe.

- Nie powinna tu sie­dzieć. Zabie­rzemy ją - ode­zwał się Wal­ter do Weedena.

- Słu­cham?

- Możemy ją zawieźć do szpi­tala. Czy naprawdę musimy cze­kać na karetkę?

- Młody może mieć rację - zgo­dził się Nad­ler. - Po co mar­no­wać czas sani­ta­riu­szom? Mają lep­sze rze­czy do roboty.

Weeden zasta­na­wiał się przez chwilę.

- Potrze­buję jed­nego z was, żeby pil­no­wał drzwi. Nie mogę was obu zwol­nić.

- Wygląda na to, że czeka cię służba war­tow­ni­cza przy drzwiach, O'Brien - powie­dział sucho Nad­ler. - Ja pojadę.

- Młody jej się podoba - zauwa­żył cicho Weeden. - Cały czas robią do sie­bie maślane oczy. Uwa­żam, że to on powi­nien poje­chać. Dziew­czyna może się wyga­dać, powie­dzieć coś, o czym jesz­cze nie wiemy. Przez trzy tygo­dnie była zamknięta z dege­ne­ra­tem, nie wia­domo, co jej mówił. Mogli­by­śmy zna­leźć tak­sówkę, a może wię­cej zwłok, kto wie?

Nad­ler pokrę­cił głową.

- Pra­cuje od trzech godzin. Nie mam ochoty odpo­wia­dać za to, że coś schrzani.

- Dziew­czyna nie będzie z tobą roz­ma­wiać - odparł Weeden. - Masz takie same siwe włosy i wielki kał­dun jak gość, któ­remu roz­biła głowę. Wyglą­da­cie jak bliź­niacy, któ­rzy się odna­leźli po wielu latach. Do licha, nawet ja nie mam ochoty z tobą roz­ma­wiać!

- Chrzań się.

- Zawiozę ją na komendę - wtrą­cił Wal­ter. - To tylko trzy kilo­me­try. Nawet mniej.

- Nie jestem...

Weeden cmok­nął nie­cier­pli­wie.

- Sto lat temu ty też byłeś nowi­cju­szem, Herb. Daj chło­pa­kowi szansę. To ja odpo­wia­dam za pro­wa­dze­nie tego śledz­twa. Może namówi ją do zwie­rzeń? Tak czy ina­czej, warto spró­bo­wać. - Zanim Nad­ler zdą­żył odpo­wie­dzieć, Weeden wyjął z kie­szeni magne­to­fon mikro­ka­se­towy i wrę­czył go Wal­te­rowi. - Gdyby coś powie­działa, masz to nagrać. Zawieź ją bez­po­śred­nio na oddział ratun­kowy i spy­taj o dok­tora Lomaxa. Uprze­dzę go, że ją odsta­wisz do szpi­tala.

Nad­ler spo­glą­dał przez chwilę na Weedena, po czym gniew­nie wyjął klu­czyki z kie­szeni i rzu­cił Wal­te­rowi.

- Zawieź ją i natych­miast wra­caj. Żad­nych głu­pot.

Wal­ter szybko zasa­lu­to­wał, nieco wysu­wa­jąc środ­kowy palec.

- Tak jest, sir.

Roz­dział

6

AMY SIE­DZIAŁA Z TYŁU, lecz obser­wo­wała Wal­tera w lusterku wstecz­nym. Dziwna sza­rość jej oczu w pół­mroku wyda­wała się jesz­cze bar­dziej inten­sywna. Kiedy mijali lampy uliczne, prze­su­wał się po niej blask: świa­tło muskało ją jak pędzel mala­rza.

Wal­ter wyjął magne­to­fon, wci­snął przy­cisk nagry­wa­nia i poło­żył urzą­dze­nie na sie­dze­niu obok sie­bie.

- Dobrze się czu­jesz?

Popa­trzyła na niego, ale nie odpo­wie­działa. W dal­szym ciągu miała na sobie jego bluzę mun­du­rową, teraz zarzu­coną na T-shirt, i dres. Jeden z tech­ni­ków śled­czych zna­lazł parę sta­rych teni­só­wek. Roz­miar nie paso­wał, ale był do przy­ję­cia. To lep­sze niż cho­dze­nie na bosaka w taką noc. Było zimno i z każdą minutą robiło się chłod­niej; od rzeki Detroit wiały gniewne podmu­chy wia­tru. Zaci­na­jący śnieg sta­wał się coraz gęst­szy.

Wyda­wała mu się dziw­nie zna­joma. Odchrząk­nął.

- To zabrzmi tro­chę dziw­nie, ale czy już się kie­dyś spo­tka­li­śmy?

Natych­miast poża­ło­wał, że zadał to pyta­nie. Zabrzmiało jak kiep­ski pod­ryw w barze.

Popa­trzyła na niego w lusterku wstecz­nym, praw­do­po­dob­nie w ten sam spo­sób, jakby usły­szała to pyta­nie w barze. Lekko pokrę­ciła głową.

W mil­cze­niu prze­je­chali dwa następne skrzy­żo­wa­nia.

- Co się z nim sta­nie?

Wal­ter zwol­nił i zmie­nił pasy ruchu, by minąć powol­nego volks­wa­gena.

- Z kim?

- Z mar­twym męż­czy­zną.

- Kiedy zba­dają miej­sce prze­stęp­stwa, prze­trans­por­tują go do miej­skiej kost­nicy.

- Zro­bią mu sek­cję?

Popa­trzył jej w oczy w lusterku.

- Praw­do­po­dob­nie. Dla­czego pytasz?

- Jestem po pro­stu cie­kawa.

Sta­ran­nie ważył słowa. Nie chciał jej spło­szyć.

- To ruty­nowa pro­ce­dura w wypadku nagłego zgonu. Norma w takiej spra­wie.

- Nie chcia­łam go zabić, tylko uciec.

- Wiem. - Skrę­cił w Wil­mont Ave­nue i poje­chał środ­ko­wym pasem. - Gdzie są inne?

- Inne dziew­czyny?

Sku­liła się na sie­dze­niu i wyj­rzała przez okno.

- Pierw­szej nocy poczu­łam w łóżku per­fumy. Słabo, ale kiedy o tym wspo­mnia­łam, zwi­nął pościel, zabrał poduszkę i wszystko wyniósł. Powie­dział, że spa­lił pościel. Ktoś wyrył na pod­sta­wie umy­walki ini­cjały J.K.

- J.K.?

- Nie wyda­wały się nowe. Pierw­szej nocy, gdy mnie zamknął w łazience, zauwa­ży­łam koło wanny sta­nik, ale następ­nego dnia znik­nął. - Zawa­hała się, ale zaraz dodała: - Myślisz, że w zamra­żarce w piw­nicy zna­leźli kogoś o ini­cja­łach J.K.?

- Sły­sza­łaś o tym?

- Detek­tyw mówił bar­dzo gło­śno.

- Dowiemy się wię­cej, gdy ziden­ty­fi­ku­jemy ciała.

- Kolejne sek­cje zwłok...

- Praw­do­po­dob­nie naj­waż­niej­sze będą odci­ski pal­ców.

Spoj­rzeli na sie­bie w lusterku.

- Czy to moż­liwe? Detek­tyw powie­dział, że ciała są... w złym sta­nie.

W trak­cie szko­le­nia Wal­ter nauczył się, że lekarz sądowy nie­kiedy jest w sta­nie zdjąć skórę z dłoni zwłok w zaawan­so­wa­nym sta­nie roz­kładu, a następ­nie wło­żyć ją na wła­sną rękę jak ręka­wiczkę, by pobrać odci­ski pal­ców. W owym cza­sie wyda­wało mu się to fascy­nu­jące, ale nie nale­żało tego opo­wia­dać dziew­czy­nie, która za kilka dni mogłaby tra­fić do zamra­żarki.

Musiała się tego domy­ślić. Kiedy zer­k­nął do tyłu, Amy zbla­dła i zasło­niła dło­nią usta.

- O nie, zaraz... - Szybko ski­nęła głową. - Zatrzy­maj się. Chyba będę musiała się...

- O kurwa, zacze­kaj...

Padał coraz gęst­szy śnieg i samo­chody jechały wyjąt­kowo wolno. Dotknął pokrę­teł na desce roz­dziel­czej, po czym zawyła syrena i włą­czyły się nie­bie­sko-czer­wone świa­tła. Amy zrzu­ciła bluzę i chwy­ciła za klamkę. Szybko się zorien­to­wała, że z wozu poli­cyj­nego nie da się tak łatwo wysiąść.

Wal­ter szybko prze­krę­cił kie­row­nicę w prawo, prze­je­chał pas ruchu pod ostrym kątem i zatrzy­mał się przy kra­węż­niku. Wyszedł z auta, przedarł się przez zaspy zosta­wione poprzed­niej nocy przez pługi śnieżne i otwo­rzył drzwi od strony Amy.

Sie­działa zgar­biona, zasła­nia­jąc dło­nią usta. Pró­bo­wał pomóc jej wysiąść, ale ode­pchnęła jego rękę. Odstą­pił na bok, pozwa­la­jąc jej iść w krzaki. Nagle ude­rzyła go w brzuch lewym łok­ciem. Stra­cił oddech i upadł w zaspę. Kop­nęła go poży­czo­nym butem w oko­lice krzyża i poczuł ostry ból w nerce. Prze­wró­cił się na bok z unie­sio­nymi rękami, by zasło­nić się przed następ­nym cio­sem, ale Amy już nie było. Pędziła przez Wil­mont Ave­nue, omi­ja­jąc wolno jadące auta.

Wstał i pró­bo­wał krzyk­nąć, lecz się roz­ka­słał. Pobiegł za nią, ledwo mija­jąc zie­lony samo­chód kombi i czarny sedan jadący ulicą. Zauwa­żył ją znowu po dru­giej stro­nie Wil­mont Ave­nue, w odle­gło­ści stu pięć­dzie­się­ciu metrów. Jak mogła biec tak szybko? Prze­pchnęła się obok kilku prze­chod­niów, skrę­ciła w zaułek i popę­dziła mię­dzy pral­nią samo­ob­słu­gową i chiń­ską restau­ra­cją.

Zaułek miał około pięt­na­stu metrów dłu­go­ści i koń­czył się cegla­nym murem. Wal­ter dotarł do wylotu i zoba­czył, że Amy wcho­dzi po skrzyn­kach na kon­te­ner na śmieci.

- Amy, stój!

Nawet na niego nie popa­trzyła. Pod­cią­gnęła się na rękach i zni­kła za murem.

Ruszył za nią, lecz kiedy wszedł po skrzyn­kach, sta­nął na kon­te­ne­rze i wyj­rzał za mur, już jej nie było. Pada­jący śnieg szybko zasy­py­wał ślady.