Rozdział
7
DRZWI SAMOCHODU POLICYJNEGO gwałtownie się otworzyły. Od strony pasażera
wychyliła się umundurowana funkcjonariuszka.
- Proszę zająć miejsce na tylnym siedzeniu, natychmiast!
Walter nie patrzył na nią. Wpatrywał się w asfalt.
- Nie zrobię tego. Nie ma pani pojęcia, o co chodzi.
- Nie? Proszę wsiąść do samochodu i mi to wyjaśnić, zanim pan zginie!
Odgłos strzałów. Z obu przednich kół uszło powietrze. Trzeci strzał
trafił w maskę; silnik zacharczał i zgasł.
Ktoś usiłował się przecisnąć przez drzwi wejściowe klubu i kolejny
strzał trafił w mur kilkanaście centymetrów od jego głowy, wzbijając
chmurę pyłu. Mężczyzna szybko się cofnął.
Bramkarz skulił się za ceglanym murem po lewej stronie drzwi klubu.
Spoglądał na dachy po przeciwnej stronie ulicy, wypatrując, skąd padają
strzały.
Kierowca samochodu policyjnego wyrwał mikrofon z deski rozdzielczej.
- Dwanaście osiemdziesiąt cztery. Pojazd nie nadaje się do użytku.
Trafili nas kilka razy. Nawiąż...
Kolejny strzał. Red był naprawdę świetnym snajperem. Pocisk przebił
przednią szybę, trafił w tablicę rozdzielczą i środek radia. Wytrysnęła
fontanna skier i funkcjonariusz upuścił mikrofon, klnąc głośno.
Walter przez cały czas wpatrywał się w chodnik. Kiedy się odezwał, jego
głos był spokojny:
- Musicie wysiąść z samochodu, iść do swoich przyjaciół i przysłać
dowódcę.
Na odznace funkcjonariuszki znajdowało się nazwisko RODRIGUEZ. Usiadła
na fotelu i popatrzyła na Waltera. Kiedy się nie odezwała, odwrócił się
w jej stronę.
- Jeśli nie zrobi pani tego, o co proszę, następny pocisk moich
snajperów trafi w głowę pani zastępcy.
- Pańskich snajperów?
Walter patrzył na chodnik. Walczył z łaskotaniem w gardle.
- Pięć... cztery... trzy... dwa...
- W porządku! - zawołał mężczyzna - W porządku! - Rozpiął pas
bezpieczeństwa, otworzył drzwi od strony kierowcy i ześlizgnął się na
asfalt. Czołgał się, obserwując otaczające budynki. - Nie będą strzelać?
- Nie, jeśli się pan pośpieszy!
Odetchnął głęboko i obejrzał się na szefową siedzącą z tyłu. W dalszym
ciągu się kuliła. Lekko kiwnęła głową, lecz się nie poruszyła.
Zerknął i przeszedł skulony przez skrzyżowanie. Na Woodward Avenue
ustawiono blokady. Dotarł do nich, ruszył dalej i zniknął w powiększającym się tłumie służb mundurowych i sanitariuszy.
Rodriguez się nie poruszyła.
- Proszę mnie nie zmuszać, żebym panią zabił. Niech pani wysiądzie.
- Mogę ją trafić w rękę albo kolano - odezwał się Red w słuchawce. - To
nie musi być śmiertelny strzał.
- Jeśli nie wyjdzie z samochodu, umrze - odparł spokojnie Walter.
Obróciła głowę, zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów, zauważyła
słuchawkę w uchu, a następnie spojrzała na budynki.
- O co w tym wszystkim chodzi?
Walter potrząsnął w milczeniu głową.
- Proszę wysiąść i przysłać swojego szefa.
Tym razem posłuchała. W przeciwieństwie do partnera odpięła pas, nie
okazując paniki. Wysiadła z unieruchomionego samochodu i poszła, tam
gdzie czekali pozostali funkcjonariusze. Nie biegła, szła wolnym
krokiem; zatrzymała się w połowie drogi i spojrzała na Waltera. Później
zerknęła na dachy i okna otaczających budynków.
- Ma jaja, trzeba jej to przyznać - zauważył Red.
- Przechodź z miejsca na miejsce, zmieniaj piętra, jak uzgodniliśmy -
odparł Walter. - Nie chcemy, żeby ktoś cię namierzył.
Policjantów było coraz więcej, pojawił się również oddział
antyterrorystów SWAT. Duża opancerzona furgonetka pomalowana na czarno.
Otworzyły się tylne drzwi i z wozu wyskoczyło sześciu funkcjonariuszy w kombinezonach bojowych. Ustawili się wzdłuż samochodu. Po chwili wysiadł
siódmy i zerknął na wejście do klubu, gdzie bramkarz kulił się przy
drzwiach. Goście ukrywali się w pobliżu skrzyżowania.
Walter patrzył, jak Rodriguez przechodzi przez blokadę i przeciska się
między policjantami. Poszła prosto do furgonetki antyterrorystów.
Zbliżyła się do siódmego funkcjonariusza. Kilka razy wskazała ręką
Waltera, ale był za daleko, by usłyszeć, co mówi. Funkcjonariusze po
kolei obracali głowy w jego kierunku.
Wszyscy należeli do policji Detroit, lecz Walter nikogo nie poznał. Już
dawno wypadł z gry. Wydawało się, że akcją dowodzi jedna z kobiet.
Obserwowała Waltera, słuchając meldunku Rodriguez, po czym obeszła
pewnym krokiem samochody - jej postawa wyrażała pośpiech, pewność siebie
i ostrożność. Zbliżyła się, trzymając dłoń na kolbie pistoletu w kaburze
na biodrze. Raczej nie martwiła się, że może zostać zastrzelona.
Walter dostrzegł z bliska, że ma jakieś pięćdziesiąt lat, krótko
ostrzyżone ciemne włosy lekko przyprószone siwizną i bliznę nad lewą
skronią. Zatrzymała się przed Walterem i zerknęła na Rodriguez.
- Ktoś go przeszukał?
Kiedy nikt nie odpowiedział, rozsunęła stopą nogi Waltera.
- Jest pan uzbrojony?
Potrącony Walter o mało się nie przewrócił. Cały ciężar jego ciała
spoczął na prawym udzie, Plecy przeszył mu ból i ogarnął kręgosłup.
Spojrzał na laskę leżącą na ziemi, ale po nią nie sięgnął.
- Ostrożnie, mam chorą nogę - powiedział przez zaciśnięte zęby.
- Zadałam panu pytanie.
- Nie, nie jestem uzbrojony.
Dotknęła prawej kostki Waltera, później lewej. Rozchyliła jego płaszcz i zmarszczyła brwi.
- Co to takiego, do licha?!
- Kamizelka kuloodporna.
Kobieta wsunęła palec pod jedną z metalowych klamer, pomacała gruby
materiał na barku Waltera i zmarszczyła brwi.
- Z jakiej epoki? Waży ze dwadzieścia kilo.
Wzruszył ramionami.
- Gdybym nie był spłukany...
Zajęła się jego kieszeniami. Wyjęła telefon na kartę. Kiedy nie znalazła
niczego innego, cofnęła się o krok. Na bliźnie na jej skroni pojawiło
się kilka zmarszczek świadczących o niepokoju.
- O co w tym wszystkim chodzi?
Walter chciał odpowiedzieć, ale z jego ust wydobył się wilgotny kaszel
dochodzący z głębi płuc. Miał wrażenie, że połknął odłamki szkła i zaczyna się dusić. Zdołał obrócić głowę i kasłać w rękaw. Kiedy atak
ustał, odsunął rękę, na której znajdowały się kropelki czerwonej śliny.
- Jezu... - mruknęła Rigby. - Jak się pan nazywa?
- O'Brien - odparł. - Walter O'Brien.
W jej dłoni zadzwoniła komórka. Sealey.
- Niech się pani nie krępuje i odbierze - poprosił.
Kobieta patrzyła na niego przez kilka sekund, zerknęła na telefon i przyjęła połączenie.
- Rigby z Departamentu Policji Detroit, dowodząca akcją. Z kim
rozmawiam?
Walter usłyszał w słuchawce głos Sealeya.
- Powiem to tylko raz, więc proszę, by słuchała pani bardzo uważnie. Mam
snajperów rozmieszczonych na budynkach otaczających skrzyżowanie.
Jednych z najlepszych strzelców na świecie. Proszę ich uważać za
kontrolerów. Jeśli będzie pani wykonywać moje polecenia, nie każę oddać
ani jednego strzału. Jeżeli nie, zobaczy pani najlepsze trafienia w całej swojej karierze. Będzie pani odpowiedzialna za każdy strzał, każdą
śmierć. To pani ponosi odpowiedzialność za to, co się dzieje.
- Wstaję. Moje kolana nie mogą tego znieść - rzekł Walter, ciągle
klęcząc na asfalcie.
Rigby zerknęła na niego z irytacją.
- Proszę zostać na miejscu, do cholery! Ja tu decyduję.
Gniewnie skierowała dwa palce w stronę funkcjonariuszy SWAT za zaporą, a później na Waltera. Mężczyźni unieśli broń i wycelowali w niego.
Poruszył się lekko. Zimny asfalt wrzynał mu się w kolana. Chorą nogę
przeszył ból, który dotarł do kręgosłupa. Walter przygryzł wargi i z całych sił usiłował nie zwracać na niego uwagi.
- Nie powinna pani sprawdzać, czy to prawda - odezwał się Sealey.
Red strzelił.
Kula uderzyła w chodnik kilka centymetrów od lewego buta Rigby.
Wzdrygnęła się, ale delikatnie. Red strzelił po raz drugi. Pocisk
uderzył w lufę jednego z karabinów maszynowych AR-15 trzymanych przez
antyterrorystów. Broń wypadła mężczyźnie z ręki i uderzyła w asfalt z głośnym brzękiem.
Walter dawno nie widział strzelającego Reda. To było wspaniałe.
- Ma pani zadanie do wykonania. Nie polega ono na dręczeniu człowieka,
który przed panią klęczy. Powinna pani opanować sytuację. Niech nikt nie
wychodzi z klubu bez mojego zezwolenia. Moi kontrolerzy mają zadbać, by
postępowała pani zgodnie z planem. Jeśli wszyscy zrobią to, co do nich
należy, nikomu nic się nie stanie. Proszę nie wzywać wsparcia z powietrza, bo zdarzy się coś złego.
- Czego pan właściwie chce?
- To proste. W klubie jest kobieta odpowiedzialna za śmierć setek ludzi.
Chcemy ją dostać. Jeśli się podda, nikt nie zostanie zraniony.
- Nie pozwolę, żeby ktokolwiek został zraniony - odparła Rigby. - I nie
zamierzam wam nikogo przekazać.
- Nie prowadzimy z panią negocjacji. Wcześniej umieściliśmy w klubie
bombę. Jak pani myśli, ilu ludzi tam ciągle jest? Bomba wybuchnie, jeśli
ta kobieta nie znajdzie się w naszych rękach w ciągu godziny. Ma pani
wybór: jedna ofiara albo wiele ofiar. Albo ją dostaniemy, albo wszyscy
zginą. Zostało pięćdziesiąt dziewięć minut. Proszę nie rozstawać się z telefonem. Wkrótce otrzyma pani dodatkowe instrukcje.
Sealey się rozłączył. W słuchawce Waltera rozległ się głos Reda:
- Zapomniałeś poprosić o sto milionów dolarów w używanych banknotach i odrzutowiec na Tahiti.
Rigby popatrzyła na telefon w dłoni, a później na Waltera. Bez słowa
wrzuciła komórkę do kieszeni, wyjęła własny aparat, wystukała numer i ruszyła w stronę furgonetki antyterrorystów, ignorując Waltera i strzelców wyborowych.
Walter również ją zignorował. Sięgnął po laskę, wsparł się na niej i wstał. Antyterroryści trzymający karabiny AR-15 zesztywnieli, ale nie
zareagowali, gdy podszedł do porzuconego samochodu policyjnego i usiadł
na miejscu Rodriguez. "Znacznie lepiej". Widział teraz blokadę policyjną
na Woodward Avenue; wejście do klubu znajdowało się po prawej.
Rigby rozmawiała ze swoimi podkomendnymi przy furgonetce. Podeszło do
niej trzech policjantów. Byli zbyt daleko od Waltera, by mógł rozpoznać
emblematy na ich mundurach, lecz wyglądali na oficerów. Stracił z oczu
Rodriguez.
- Widziałeś kiedyś kobietę dowodzącą oddziałem SWAT? - spytał Red.
- Czasy się zmieniają, chłopcy - odparł Sealey.
Walter wiedział, że zarówno Red, jak i Sealey trzymają policjantów na
muszce i że mogą ich natychmiast zlikwidować, jeśli coś pójdzie nie tak.
Nie zaryzykują, że kobieta ucieknie z powodu biurokratycznych
przepychanek. Widział w okolicy grupę antyterrorystów z oddziału SWAT,
dwudziestu sześciu policjantów, czterech sanitariuszy pogotowia i co
najmniej trzydziestu tajniaków po cywilnemu; a prawdopodobnie było ich
jeszcze więcej. Pojawił się pierwszy wóz transmisyjny z ekipą
telewizyjną; ominął stojące wozy, wjeżdżając na chodnik. Nie chcieli
strzelać do niewinnych ludzi, lecz będą musieli to zrobić, jeśli okaże
się to konieczne.
Po chwili wróciła Rigby. Na jej pobrużdżonej twarzy malował się grymas.
- Kim jest kobieta, której szukacie?
Zanim Walter zdążył odpowiedzieć, po drugiej stronie skrzyżowania
rozległ się głuchy ryk motoru. Przez blokadę policyjną przedarł się duży
pług śnieżny, roztrącając samochody jak zabawki, i minął wejście do
klubu. Na drzwiach masywnego pojazdu znajdował się spłowiały zielony
napis ZAKŁAD OCZYSZCZANIA MIASTA. Z tyłu sypała się sól, pokrywając
asfalt i chodniki białą warstwą podobną do szronu. Wszyscy patrzyli ze
zdumieniem na pług, który potrącił kolejny wóz policyjny i bez wysiłku
odepchnął go na bok, po czym ruszył dalej. Objechał budynek, zawrócił i zniknął po przeciwnej stronie, na Park Avenue, pozostawiając po sobie
kłęby czarnego dymu i warstwę soli pokrywającej ulicę.
Rigby opadła szczęka. Zrobiła kilka kroków do przodu.
- Co to za cholerstwo? - spytała.
- Zaczyna się zabawa - odezwał się w słuchawce Red.
Rozdział
8
WYPIJESZ JESZCZE JEDNEGO shota albo znowu puszczę tę piosenkę. Takie są
zasady.
Walter obrócił się na stołku barowym w stronę Herba Nadlera i poczuł, że
sala lekko się kołysze. Kiedy skupił wzrok, zobaczył, że stoi przed nim
trzech Nadlerów z kieliszkami w rękach. Popatrzył się na środkowego.
- Nie mogę wypić następnego shota. Mam jutro robotę.
Co prawda zabrzmiało to raczej jak: "Majurorobte", ale Nadler zrozumiał.
Podobnie mówili jego znajomi. Przewrócił oczami, uniósł kieliszek i krzyknął do tłumu:
- O'Brien nie chce pić! Billy, wrzuć ćwiartkę do szafy! Zmusił nas do
tego!
Billy Preston, stojący obok szafy grającej w kącie baru U Miga, krzyknął
coś i odwrócił się w stronę szafy. Połowa piwa z kufla wylała mu się na
rękę i chlusnęła na podłogę. Po chwili z głośników dobiegły pierwsze
tony piosenki Eye of the Tiger grupy Survivor, grane po raz ósmy.
Rozległy się okrzyki i kocia muzyka.
Walter oparł łokcie o bar i zatopił twarz w dłoniach.
Bar U Miga był ulubionym lokalem gliniarzy już od czterdziestu trzech
lat. Każdego wieczoru zapełniali go policjanci z czterech okolicznych
komisariatów w Detroit. Ta środa niczym nie różniła się od pozostałych.
Piwo było tanie, a wodnista whisky jeszcze tańsza; goście składali się z umundurowanych funkcjonariuszy i policjantów po cywilnemu. Nadler zabrał
tu Waltera pierwszego wieczoru, gdy się poznali; wypadało spędzić w tej
knajpie również ostatni wieczór.
Poklepał Waltera po plecach.
- Jutro, przyjacielu, nie będziesz już pracował w mundurze, tylko jako
detektyw Wydziału Zabójstw Departamentu Policji Detroit. Jako twój były
partner powinienem zadbać o godne pożegnanie.
Wypił oba shoty i z rozmachem odstawił kieliszki na ladę. Walter uniósł
palec wskazujący, dając znak barmanowi.
- Proszę o wodę, czystą wodę.
Barman uśmiechnął się ironicznie, napełnił kieliszek wodą z kranu i postawił przed Walterem, który opróżnił go jednym haustem.
Nadler zmarszczył brwi.
- Poważnie?
- Muszę iść.
- Pracowaliśmy razem sześć lat i pozwolisz, żeby to się tak skończyło?
Po prostu odejdziesz w siną dal? Pokaż jeszcze raz swoją nową blachę.
Walter westchnął i wyciągnął z tylnej kieszeni złotą odznakę.
- Robi się późno.
Nadler gwizdnął i chwycił ją.
- Bardzo się błyszczy. - Zanim Walter zdołał odzyskać odznakę, Nadler
odszedł kilka kroków od baru i uniósł ją nad głowę. - Billy, wyłącz to
pudło!
Szafa grająca zaskrzeczała i ucichła.
- Proszę wszystkich o uwagę! - zawołał Nadler. - Spójrzcie na mnie!
Zamierzam powiedzieć coś ważnego!
- Herb zaczyna patetyczną przemowę! Wyłączcie go! - krzyknął ktoś z tyłu.
Nadler odchrząknął.
- Przez sześć ciężkich lat byłem niańką Waltera O'Briena. W tym czasie
wypisał ponad tysiąc dwieście mandatów, aresztował sześciuset dwudziestu
trzech nieskazitelnych obywateli naszego pięknego miasta, otrzymał trzy
pochwały, trzy przyśpieszone awanse i dwa razy do niego strzelano.
Wyciągał broń czternaście razy i przynajmniej raz uratował mi życie.
Nauczyłem go wszystkiego, co umiem, ale na szczęście miał dość rozumu,
by to zignorować i uczyć się od innych, więc awansował do wydziału
zabójstw. Pracuję w mundurze od dwudziestu dwóch lat i jestem pewien, że
szefowie nie mają wobec mnie takich planów.
- Czy przypadkiem nikt mu nie zwiał, Herb? - krzyknął z tyłu Billy
Preston.
- Ach, tak. - Nadler skinął głową. - Uciekła mu dziewczyna. Chuchro,
które go kopnęło i dało drapaka pierwszego dnia służby. Nauczyła go
przyjmować ciosy na klatę. Wstał, otrzepał mundur i dalej pracował,
niczym się nie przejmując. Zachował się jak profesjonalista. Przez sześć
lat był profesjonalistą. - Nadler uniósł złotą odznakę wysoko nad głowę.
- Nie mogłem mieć lepszego partnera, będzie mi go brakowało i życzę mu
wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Chłopcy, wznieśmy toast
za nowego detektywa Wydziału Zabójstw Policji Detroit!
- Nie masz czym wznieść toastu, Herb! - zawołał ktoś.
- Rzeczywiście, nie mam - powtórzył Nadler, zerkając na swoją pustą
dłoń. Szybko chwycił pierwszą z brzegu szklankę piwa ze stolika obok.
Barman postawił przed Walterem piwo marki Coors draft, on zaś uniósł je
wraz z innymi, podziękował Nadlerowi i wypił.
Po dwudziestu minutach szedł do swojego mieszkania w Benton. Nadler i kilku kolegów chcieli go wsadzić do taksówki, ale jego mieszkanie było
niedaleko i miał ochotę się przejść, by rozjaśniło mu się w głowie.
Chciał smakować tę chwilę. Sierpniowe powietrze było ciepłe i lekko
wilgotne po wcześniejszej mżawce. Smród miasta złagodniał po deszczu.
Zerknął na zegar na gmachu pobliskiego banku i zauważył, że jest za
osiem dwunasta.
Awansować w ciągu sześciu lat z kompletnego nowicjusza na detektywa
wydziału zabójstw to duży wyczyn. Harował jak wół, by to osiągnąć -
będzie jednym z najmłodszych funkcjonariuszy wydziału. Wiedział, że
czeka go ciężka praca, ale był na to gotowy: w tym momencie życia nie
obawiał się nawet najtrudniejszych wyzwań.
Chodnik kołysał mu się pod stopami, a wiatr łagodnie poruszał budynkami.
Dlaczego wszyscy nagle zaczęli chodzić tak szybko?
A może to on idzie wolno?
Czyżby za dużo wypił? Niewykluczone.
Po prawej stronie znajdował się przystanek autobusowy. Ciężko klapnął na
ławkę.
Na skraju siedziała starsza kobieta. Dziwnie na niego spojrzała, po czym
wbiła wzrok w trzymaną w ręku książkę w miękkiej oprawie. Cztery pory
roku Stephena Kinga.
- Jestem detektywem wydziału zabójstw - wybełkotał Walter. Nie miał
pojęcia, dlaczego to powiedział, ale słowa brzmiały przyjemnie.
Kobieta wsunęła kciuk między stronice i spojrzała na niego.
- Będę o tym pamiętać, kiedy postanowię kogoś zabić.
- Zostałem detektywem wydziału zabójstw w wieku dwudziestu ośmiu lat.
- Gratuluję.
- Czym się pani zajmuje?
Patrzyła na niego przez chwilę, obejrzała od stóp do głów, po czym wbiła
wzrok w książkę.
- Siedzę na tym przystanku co drugi wieczór i czekam na zamknięcie
restauracji U Giovanniego. Czasami dają mi coś do zjedzenia, jeśli coś
im zostanie. To moja praca. Może da mi pan spokój, żebym mogła wrócić do
swoich zajęć?
Walter po raz pierwszy zwrócił uwagę na jej ubranie. Dziurawy sweter.
Znoszone buty, na oko o dwa numery za duże. Na chodniku stał wózek z supermarketu wyładowany śmieciami, butelkami i puszkami przykrytymi
postrzępionym niebieskim kocem.
- Został pan detektywem w wieku dwudziestu ośmiu lat - mruknęła. - Ja
mam pięćdziesiąt sześć. Jak pan sądzi, kim pan będzie w wieku
pięćdziesięciu sześciu lat? Nigdy tego nie wiemy, dopóki nie przekonamy
się na własnej skórze.
- Przepraszam. - Walter usłyszał własny głos. Zdawał sobie sprawę, że
powiedział coś niewłaściwego, ale nie mógł tego cofnąć.
Prychnęła, ale się nie odezwała. Pokręciła głową i wróciła do lektury.
Przystanek autobusowy znajdował się naprzeciwko włoskiej restauracji U Giovanniego.
Prawie każdy stolik był zajęty, choć zbliżała się pora zamknięcia.
Zupełnie inny świat znajdujący się zaledwie kilkanaście metrów dalej:
dziesiątki roześmianych albo uśmiechniętych twarzy, w większości pary,
młodzi i starzy ludzie, stoliki przykryte obrusami w biało-czerwoną
kratkę, zastawione winem, makaronem i pizzami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział
1
CZY BUDYNEK MOŻE SIĘ POCIĆ?
Gdyby Walter O'Brien usłyszał to pytanie, odpowiedziałby, że nie. Jednak
wydawało się, że ceglany dom na rogu Park Avenue i Woodward Avenue w centrum Detroit się poci. Spłowiałe czerwone cegły lekko lśniły; wilgoć
odbijała światło lamp ulicznych, neon na dachu i reflektory
przejeżdżających samochodów, których kierowcy nie mieli pojęcia, co się
za chwilę stanie.
Miał ochotę trzasnąć lornetką o ziemię.
- Dlaczego ciągle jeżdżą samochody?! Zamknijcie ulicę, do cholery!
Po chwili w słuchawce rozległ się opryskliwy głos Lincolna Sealeya.
- Nie możemy.
- Dlaczego?
- Bo nic się jeszcze nie wydarzyło.
Sprzeczali się o to wielokrotnie i chociaż Walter uważał, że tym razem
ma rację, uznał, że nie warto się denerwować. Wkrótce coś się wydarzy.
Popatrzył na zegarek.
Dziewiąta pięćdziesiąt dwie.
Neon w dalszym ciągu włączał się i wyłączał, oświetlając otaczające
budynki i jezdnię fioletowym blaskiem.
KLUB STOMP.
Osiem minut.
Pięćdziesięciosiedmioletni Walter nie powinien chodzić po dachach. Wstał
i wyjrzał znad okapu, słysząc trzeszczenie swoich stawów. Piekielnie
bolała go noga. Ścisnął laskę dłonią mokrą od potu.
Czwarte piętro.
Znajdował się naprzeciwko klubu.
Obserwował drzwi frontowe.
Ze środka dobiegały dźwięki uchodzące obecnie za muzykę, wprawiając
powietrze w drganie. Monotonne bum, bum, bum, bum, bez przerw, bez
śpiewu. Brakowało mu gitar, melodii, harmonii. Pamiętał czasy, gdy
Detroit szalało za muzyką. Muzyką i samochodami. Teraz odwiedzano to
miasto tylko w poszukiwaniu tanich nieruchomości.
Przy wejściu stał bramkarz, który sprawdzał w świetle kieszonkowej
latarki dokumenty wchodzących gości. Drugi bramkarz chodził wzdłuż
kolejki złożonej z około trzydziestu osób stojących za spłowiałą
czerwoną liną. Wydawało się, że jego zadanie polega na wyławianiu
najładniejszych dziewczyn i wpuszczaniu ich poza kolejnością. Obaj
bramkarze byli groteskowo masywni. Każdy z bicepsów tego stojącego przy
drzwiach był większy od głowy Waltera. Bramkarz miał tatuaż, który
zaczynał się za lewym uchem i wspinał na łysą czaszkę. Walter nie mógł
się zorientować, co przedstawia rysunek, lecz wiedział, że zupełnie nie
pasuje do garnituru za trzy tysiące dolarów.
Na dachu budynku federalnego zauważył ubranego na czarno Sealeya. Leżał
na brzuchu, lekko uniesiony, i obserwował tłum przez celownik optyczny
karabinu spoczywającego w odpływie wody deszczowej. Był to model
Paratus-16, składana półautomatyczna broń snajperska mieszcząca się w etui niewiele większym od pudełka na lunch.
Jakieś sześć metrów za Walterem wyszedł przez klapę na dach Red Larson,
szybko się rozejrzał i zaczął montować karabin identyczny jak ten
należący do Sealeya.
- Zgłosiłem strzelaninę w sklepie spożywczym na Woodward Avenue, jakąś
przecznicę stąd - rzekł w trakcie pracy. - Powiedziałem, że słyszę serie
z broni maszynowej. Może więcej niż jednego karabinu. To powinno
ściągnąć lokalną policję i dziennikarzy. Nie miałem okazji posłuchać
radia, ale trzydziesty siódmy komisariat jest zaledwie trzy kilometry
stąd.
- Potrzebujemy karetek, nie policjantów. Gliniarze będą przeszkadzać.
- Wyślą też karetki. To standardowa procedura.
- Nie powinieneś mówić o strzelaninie, tylko że ktoś miał zawał.
- Potrzebujemy więcej niż jednej karetki.
Miał rację. Walter postanowił zakończyć dyskusję.
- Zniszczyłeś telefon?
Red spojrzał na niego z urazą, wyjął z kieszeni tanią komórkę na kartę,
przełamał na pół i wyrzucił za okap.
- Tak, mamusiu, zniszczyłem.
Walter w milczeniu pokręcił głową.
Red zmontował karabin i położył się na brzuchu. Skrzywił się, gdy jego
stawy również zatrzeszczały, znacznie głośniej od stawów Waltera. Red
był jedenaście lat starszy.
- To zabawy dla młodych. Żaden z nas nie powinien tu być.
- Mamy jeszcze coś do załatwienia.
W słuchawkach rozległ się głos Sealeya:
- Jest jeszcze czas, żeby wrócić do motelu i obejrzeć końcówkę meczu
Detroit Tigers.
- Przestań się wygłupiać - odparł Red.
Walter poczuł drapanie w gardle, wyjął z kieszeni chusteczkę i zakasłał.
Głośno, ale bez przesady. Wsunął poplamioną chusteczkę z powrotem do
kieszeni, nim Red zdążył zauważyć krew. A nawet gdyby zauważył, to nie
miałoby żadnego znaczenia. Larson wiedział, co się dzieje z Walterem,
podobnie jak Sealey.
"Jeszcze coś do załatwienia" - pomyślał. Wszystko powinno niedługo się
zakończyć.
Trącił butem stopę Reda.
- Kiedy ostatnio padało?
- Wyglądam jak pogodynka?
- Budynek wydaje się mokry.
- Jesteśmy w Detroit - mruknął Red, jakby to coś wyjaśniało. - Ile czasu
zostało do rozpoczęcia akcji?
Walter zerknął na zegarek.
- Trzy minuty.
- Jest w środku?
- Podobno.
- Jesteś pewien?
Walter nie był niczego pewien, ale nie zamierzał tego mówić Redowi ani
Sealeyowi. Nie chciał im dawać żadnego pretekstu do wycofania się.
- Zająłeś się tylnymi drzwiami? - Głupie pytanie. Niespełna pół godziny
wcześniej obserwował, jak Red je zaspawał.
- Zostało tylko wejście od frontu - odparł mimo to Larson.
- Załadowałeś normalne pociski?
Red poklepał zapasowy magazynek leżący po lewej stronie karabinu.
- Normalne są w komorze, pochrzyny w rezerwie. Nie mam jeszcze demencji.
Jesteśmy dobrze przygotowani.
- Nie przydałyby się dwa karabiny?
Larson cmoknął z dezaprobatą.
- Mogę błyskawicznie zmienić magazynki.
- Słyszę syreny - przerwał Sealey. - Dwa, może trzy wozy policyjne.
Nadjeżdżają od zachodu.
Lokalni gliniarze, którzy zareagowali na telefon Reda.
- Potwierdzam - powiedział Walter, choć jeszcze nic nie słyszał.
Spojrzał z powrotem na klub. - W Chicago też było kiepsko. Podobnie jak
w tej nędznej dziurze niedaleko Reno w tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiątym czwartym roku. Przypominam sobie jeszcze kilka takich
miejsc.
Red wzruszył ramionami.
- Może nam się udać albo nie. Powinniśmy znaleźć sposób, by wykorzystać
sytuację. Jeśli zakończymy dziś tę sprawę, będziemy mogli sobie
pogratulować. Proponuję działać zgodnie z planem. Nie mam ochoty tego
powtarzać.
- Na zachodzie leje jak z cebra - powiedział Sealey. - U nas już się
wypogodziło. Uważajcie na to, co się dzieje.
Walter znowu zerknął na zegarek.
- Co z czasem?
Wyjął z kieszeni spodni telefon na kartę i wystukał numer zapisany na
dłoni czarnym markerem.
- Klub Stomp! - odezwał się męski głos, przekrzykując muzykę.
Walter mówił powoli, z całych sił starając się nie okazywać lęku:
- Podłożyłem w klubie bombę. Macie dwie minuty na ewakuację albo wszyscy
zginiecie. Rozumie pan?
- Bombę?
- Rozumie pan?! - powtórzył Walter.
- Tak, ale...
Walter się rozłączył. W odróżnieniu od Reda nie zniszczył komórki.
Będzie jeszcze potrzebna. Wrzucił ją do kieszeni.
Po chwili głośne basy umilkły. Nagle zapadła cisza. Wydawało się, że we
wnętrzu klubu coś ogłoszono. Słowa były jednak zbyt przytłumione, by je
zrozumieć.
- Zaczyna się - rzekł cicho Sealey w słuchawkach.
Walter dotknął palcem szorstkiej, nierównej blizny na lewym nadgarstku.
Uniósł lornetkę i obserwował drzwi klubu.
- Uważajcie.
- Jesteś zupełnie pewien? - spytał Sealey.
Walter przypomniał sobie esemesa: "Klub Stomp, 10 wieczór. Tęsknię za
tobą".
- Jestem pewien.
Zadzwoniła komórka pierwszego bramkarza. Uniósł ją do ucha muskularną
ręką i słuchał. Po chwili się rozłączył i powiedział coś do drugiego
bramkarza, który natychmiast popędził do tylnych drzwi. Powiedział coś
szybko do ludzi stojących w kolejce, którzy rozbiegli się w popłochu.
W drzwiach pojawiła się dziewczyna. Bramkarz ją popchnął, wybiegła na
zewnątrz. Ciemne włosy sięgające do ramion, czarna sukienka.
- Brunetka, dwadzieścia kilka lat, biała! - zawołał Sealey.
- Potwierdzam! - odparł Red.
- Przepuścić - rozkazał Walter, chociaż nie miał stuprocentowej
pewności. Nie było na to sposobu.
Zza pleców dziewczyny wypadli na ulicę dwaj mężczyźni, po czym popędzili
w stronę parkingu po przeciwnej stronie jezdni. Walter i jego ludzie ich
zignorowali.
W klubie rozległy się krzyki. Goście rzucili się do wyjścia. Hałas miał
swoje zalety. Zagłuszy to, co nastąpi później.
W drzwiach pojawiła się druga dziewczyna. Rozszerzone oczy, szok
malujący się na twarzy.
- Blondynka! Oczy piwne! - powiedział Sealey.
- Blondynka, oczy piwne, potwierdzam - rzekł Red.
- Przepuścić - odezwał się Walter.
Z klubu wyszły dwie następne dziewczyny. Podtrzymywały się. Ta po lewej
miała ciemnoczerwoną plamę na udzie, a druga ranę na ramieniu, może po
nożu albo stłuczonej butelce. Spomiędzy jej palców spływała krew.
Bramkarz popchnął je do przodu i wskazał parking.
- Przepuścić - rozkazał Walter, nim Sealey i Red zdążyli się odezwać.
Z czoła spływał mu pot, kropla wpadła do oka. Otarł je wierzchem dłoni i mocniej ścisnął lornetkę.
Poprzedniego dnia odwiedził klub. Oświadczył, że musi sprawdzić rury
gazowe, i wszedł do środka. Przeszklone drzwi wejściowe były wąskie i prowadziły do jeszcze węższego korytarza z kasjerem po prawej i szklaną
gablotką z licencjami klubu po lewej. Za kasjerem wchodziło się do sali
tanecznej, ale były to jedyne drzwi, ponieważ tylne zaspawano. Domyślał
się, że w środku znajduje się około dwustu osób, może więcej. Trudno
było ocenić liczbę gości w czwartek.
Zamknął oczy i wyobraził sobie, jak goście się przepychają, biegną w stronę drzwi i tratują, próbując się wydostać.
Z klubu wypadło trzech chłopaków, chyba niepełnoletnich.
Sealey i Larson ich zignorowali. Pojawiły się dwie następne dziewczyny.
Jedna czarnoskóra, druga Latynoska. Z klubu usiłowało wybiec coraz
więcej gości.
Czarnoskóra dziewczyna miała ranę na policzku i chyba złamaną rękę.
Trudno powiedzieć, ale podtrzymywała ją, jakby coś ją bolało. Pomagająca
jej koleżanka, ubrana w mini, zgubiła gdzieś but.
Sealey zignorował zranioną dziewczynę i opisał drugą.
- Latynoska, kasztanowe włosy prawie do ramion. Zielone oczy.
- Zielone? - prychnął Red. - Jesteś pewien?
Walter nie wahał się ani przez chwilę.
- Strzelaj, Sealey!
Sealey nacisnął spust.
Pocisk trafił Latynoskę tuż pod barkiem i wyszedł z drugiej strony.
Uderzył w ścianę z żużlobetonu, wzbijając chmurkę pyłu i odłupując
kawałek ściany. Dziewczyna puściła koleżankę i chwyciła się za rękę.
Między jej palcami ciekła krew.
- Reakcja negatywna - odezwał się Sealey. W jego głosie brzmiało
zdenerwowanie. - Jest ranna.
- Kurwa mać! - zaklął Walter. Przez drzwi wyszły cztery następne osoby.
Trzech mężczyzn, jedna kobieta.
- Nie widzę kobiety - powiedział Red. - Zasłaniają ją faceci.
- Ja też nie widzę - dodał Sealey.
Walter słyszał zbliżające się syreny.
- Strzel do jednego z mężczyzn, jeśli to konieczne. Musimy zobaczyć
dziewczynę!
- Jesteś pewien?
- Strzelaj, do cholery!
Red Larson strzelił. Chłopak stojący z przodu się zachwiał i upadł w lewą stronę. Chwycił się za kostkę.
- Rudawa blondynka - szybko zawołał Sealey. - Różowe pasemko po lewej
stronie. Błękitne oczy.
- Po twojej lewej czy jej lewej?
- Słucham?
- Mówię o pasemku!
- Jej lewej! Jej lewej!
Red westchnął.
- Zgadza się.
- Przepuścić - rozkazał Walter.
Krzyki stawały się coraz głośniejsze. Bramkarz zauważył, że na ulicy
trwa strzelanina, i próbował zatrzymać ludzi próbujących wybiec z klubu,
ale mimo imponującej postury nie był w stanie sobie poradzić z naciskiem
ciał próbujących się przepchnąć do wyjścia.
W słuchawkach Waltera rozległ się głos Sealeya:
- Widzę policję miejską. Nadjeżdża od strony Woodward Avenue, nie
zatrzymali się przy sklepie wspomnianym przez Reda. Jadą w naszym
kierunku. Widzę sześć wozów policyjnych, nie, osiem. SWAT-u jeszcze nie
ma, na razie.
Z klubu wybiegło pięć następnych osób, wypchniętych za drzwi przez
napierający tłum.
Jeden z mężczyzn z ostatniej grupy przykucnął, wskazywał Sealeya na
dachu i krzyczał coś do bramkarza.
- Nie zatrzymamy ich - rzekł szybko Sealey. - Za wielu wychodzi!
Walter ścisnął laskę, szybko się odwrócił i ruszył w stronę schodów.
- Strzelajcie w drzwi wejściowe! Zmuście ich, by pozostali w budynku!
Sealey, przenieś się w inne miejsce, zostałeś zauważony. Schodzę!
Dokuśtykał do klatki schodowej i ruszył w dół, ale już w połowie drogi
poczuł ból w piersi. Kiedy dotarł na parter i wyszedł na chodnik, znowu
się rozkasłał. Na wargach pojawiła się krew.
Zamknęły się za nim drzwi budynku. W tej samej chwili na Park Avenue
zatrzymały się z piskiem opon trzy wozy patrolowe Departamentu Policji
Detroit. Cztery następne przyjechały z Woodward Avenue. Jedna karetka
pogotowia. Nie, dwie. W dali słychać było następne syreny.
Walter rozejrzał się po ulicach otaczających budynek, niczego nie
zauważył i zaklął.
- Gdzie ciężarówka?
Żadnej odpowiedzi.
- Gdzie ta cholerna ciężarówka?! - powtórzył.
- Jeszcze kilka minut - odpowiedział Sealey. - Pięć, może dziesięć.
Za wolno. O kurwa... Pokręcił głową.
- Żadnych akcji bez mojego rozkazu. To nie strzelanina z lokalną
policją. Nie chcę, żeby do tego doszło. Pamiętajcie o instrukcjach.
- Jesteś pewien? - spytał Red. - Naprawdę tego chcesz?
Walter pokuśtykał na środek skrzyżowania, podpierając się laską.
Pochylił się ciężko, uklęknął na asfalcie i położył laskę na ziemi.
Uniósł ręce nad głową, a wóz policyjny zatrzymał się około trzech metrów
od niego.
To, czego chciał, nie miało już znaczenia. Za godzinę i tak będzie
martwy.
Rozdział
2
JEST PANI PEWNA, ŻE KTOŚ KRZYCZAŁ?
Starsza kobieta z mieszkania 1A wyraźnie nie przepadała za policjantami.
Patrzyła przez chwilę na Herba Nadlera zza drzwi zabezpieczonych
łańcuchem i doszła do wniosku, że nie stanowi zagrożenia. Odpięła
łańcuch i wyszła na korytarz, po czym stanęła jak najbliżej detektywa.
Była niska, miała niewiele ponad sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu.
Prawie nie patrzyła na Waltera O'Briena, ostentacyjnie go ignorując.
Skinęła głową w stronę klatki schodowej.
- Nie mówiłam, że krzyczał. To raczej wycie. W 2D. Musicie coś z tym
zrobić. Nie wytrzymam następnej nocy.
- Wycie? Zranionego psa? - spytał Nadler.
- Tak, wycie, ale nie psa. Człowieka.
- Jest pani pewna?
- Myślicie, że bym zadzwoniła, gdybym nie była pewna?
Spłowiały różowy szlafrok frotté się rozchylił. Nie próbowała go
poprawić. Pod szlafrokiem miała na sobie podniszczony T-shirt z wizerunkiem zespołu Harold Melvin & the Blue Notes i szare spodnie
od dresu z uciętymi nogawkami. Była bez stanika. Kiepski pomysł, bo
czasy, gdy mogła chodzić bez stanika, minęły co najmniej pięćdziesiąt
lat temu. Fioletowe papiloty we włosach, niektóre umocowane gumkami.
Walter, stojący kilka kroków za nowym partnerem, usiłował wymazać obraz
zakodowany w pamięci. Podciągnął pas z pistoletem; jego ciężar ciągle
przypominał, że rozmiar jest niewłaściwy. Oficer dyżurny w komisariacie
oświadczył, że nie ma mniejszego, gdy wręczył mu pas, kajdanki, gaz
pieprzowy, krótkofalówkę, zapasowe baterie, pałkę, latarkę i inne
akcesoria niezbędne w pracy policjanta. Wszystko ważyło kilkanaście
kilogramów, a później doszły do tego rewolwer Smith & Wesson i zapasowa amunicja otrzymana poprzedniego dnia.
Gruba kobieta przestąpiła z nogi na nogę.
- To trwa już dwa tygodnie.
- Dlaczego nie zadzwoniła pani wcześniej?
- Dzwoniłam osiem razy. Przed wami nikt nie przyjechał.
Partner Waltera spojrzał na niego pustym wzrokiem. Walter się domyślał,
co mógłby powiedzieć. Wyraził to jasno w samochodzie, gdy jechali na
miejsce: "Pada śnieg, a gliniarze, którzy zapuszczają się po jedenastej
do dzielnicy Forest Park, łatwo mogą dostać kulkę w plecy. Połowa
zgłoszeń z tej dziury to lipa, po prostu próba zwabienia kogoś w mundurze, żeby gangsterzy mieli do kogo strzelać. Awantury zwykle kończą
się samoistnie, a poza tym zawsze lepiej przesłuchiwać ocalałych w szpitalu, już po sprawie, niż brać udział w strzelaninie". Nadler gadał
w ten sposób przez dwadzieścia minut i skarżył się, że będzie miał na
sumieniu nowicjusza takiego jak Walter (i to w czasie pierwszej nocnej
służby).
- Nic nie słychać - rzekł Walter, spoglądając na klatkę schodową.
Kobieta zmrużyła oczy.
- Myśli pan, że to dobrze?
Z mieszkania wyszedł mały chłopiec, co najwyżej dwulatek, mający na
sobie tylko pieluchę wypchaną gównem. Objął nogę kobiety i gapił się na
policjantów.
Pogłaskała go po głowie.
- Wracam do siebie i po raz trzeci położę go spać, żeby jego matka mogła
się z nim pobawić w przerwach między pracą. A wy idźcie na górę i zajmijcie się tym, co się tam dzieje, żaden z mieszkańców nie chce tego
słuchać.
Wprowadziła chłopca do mieszkania i zatrzasnęła drzwi. Nadler i Walter
zostali sami na korytarzu.
Nadler popatrzył na klatkę schodową.
- Jesteś gotów dotrzymać przysięgi?
Walter podciągnął pas, który znowu się zsunął. Zaklął. Nadler przewrócił
oczami.
- Stare kawały robione nowicjuszom. Jeśli z tym nie skończą, ktoś w końcu zginie. - Wyjął nóż i podał Walterowi. - Zrób dodatkową dziurkę,
nim to gówno spadnie na ziemię. Wysyłają was pierwszej nocy z za wielkim
pasem, obładowanych jak żołnierzy na patrolu w dżungli. Nie potrzebujesz
nawet połowy tego wyposażenia. Kiedy wrócimy do samochodu, pokażę ci, co
naprawdę jest konieczne. Reszta może iść do szafki. Jeśli komuś powiesz,
że ci pomogłem, zaprzeczę, więc ma to zostać między nami, jasne?
- Wszystko w porządku - odparł Walter i odwrócił się w stronę schodów.
- Posłuchaj. Jeśli chcesz skończyć z pasem wokół kostek, gdy ktoś będzie
do nas strzelał, proszę bardzo. Jeśli nie, weź ten cholerny nóż, zrób
nową dziurkę i oszczędź nam obu papierkowej roboty.
Walter wziął nóż, zrobił nową dziurkę i zacisnął pas. Bez słowa oddał
nóż Nadlerowi.
- Gotowe.
Nadler schował go i rozpiął skórzany pasek chroniący rewolwer. Położył
dłoń na kolbie.
- Trzymaj pistolet w kaburze. Nie wyjmuj go, dopóki ci nie powiem. Nie
chcę, żebyś zastrzelił kogoś pierwszej nocy. Najprawdopodobniej to po
prostu ćpuny na dłuższym odlocie. Wielu z nich w tej okolicy szprycuje
się heroiną, po czym zamykają się w mieszkaniach i nie wychodzą, chyba
że skończy im się żarcie albo muszą znowu się napruć. W tym budynku są
co najmniej trzy takie meliny. Jeśli tam wejdziesz, zobaczysz dwudziestu
ludzi leżących we własnym gównie, kompletnie nieprzytomnych, prawie
martwych. Większość jest nieszkodliwa, ale nie pozwól nikomu na siebie
splunąć. Nie powinni cię trafić w oczy albo usta. Jeśli to zrobią,
znajdź najbliższy zlew i umyj się. Są tu dziwki mające tyle chorób, że
szczury przechodzą na ich widok na drugą stronę ulicy. Jeśli
poczęstujesz czymś takim swoją dziewczynę, utnie ci fiuta, chyba że
wcześniej sam odpadnie.
Walter zerknął na zamknięte drzwi mieszkania 1A. Nadler natychmiast
odgadł, o czym myśli.
- Aresztujesz smarkacza w pięć sekund, na oczach matki i babki. Miejmy
nadzieję, że się zawaha, więc zdążysz strzelić pierwszy. Albo my ich,
albo oni nas, żółtodziobie. Pamiętaj o tym, bo inaczej zginiesz. Chodź...
Nadler ruszył w górę po wytartych stopniach. Trzymał jedną pulchną dłoń
na poręczy, a drugą na kolbie pistoletu.
Walter wsunął rękę do kieszeni. Dotknął palcami wytartej skóry
niewielkiej psiej obroży. Wyczuł nierówności, małe otworki, krawędź
metalowej zawieszki.
- Zaczynamy - powiedział cicho, po czym ruszył schodami za Nadlerem.
Rozdział
3
PIERWSZE PIĘTRO WYGLĄDAŁO podobnie jak parter. Ściany pokrywało mnóstwo
warstw farby, a poniżej znajdowała się łuszcząca się tapeta. W powietrzu
unosił się zapach stęchlizny i moczu i gdyby nie żółte świetlówki
zwisające z sufitu, na korytarzu panowałby mrok. Idealne środowisko dla
karaluchów, pająków, szczurów i myszy. Walter czuł, że go obserwują.
U szczytu schodów Nadler ominął zużytą prezerwatywę, po czym rozejrzał
się ostrożnie na boki i skręcił w korytarz.
Na tym piętrze znajdowało się sześć mieszkań. Tabliczka 2D wisiała na
drugich drzwiach po prawej.
Skinął ręką w stronę Waltera, by go minął i stanął po przeciwnej stronie
drzwi, po czym głośno zapukał i się odsunął.
Nigdy nie należy stawać bezpośrednio przed drzwiami - wbijano im to do
głowy w akademii. "Jeśli przestępca strzeli, to prawie zawsze w środek".
Ta myśl przeleciała Walterowi przez głowę, kiedy przywarł do popękanej
gipsowej ścianki obok drzwi. Był przekonany, że nie zatrzymałaby ona
kuli, gdyby przestępca źle wycelował albo strzelił w prawo.
Nadler bębnił palcami w kolbę rewolweru. Odczekał kilka sekund i znowu
zastukał w drzwi.
- Policja! Otwierać!
Jeśli w środku ktoś się poruszał, zachowywał się bardzo cicho. Drzwi do
mieszkania 2E uchyliły się o kilka centymetrów i wyjrzał z nich chudy
czarnoskóry nastolatek. Postanowił sprawdzić, co się dzieje. Popatrzył
Walterowi w oczy i się zawahał.
- Trzyma tam dziewczynę - powiedział i zaczął zamykać drzwi.
- Kto?
- Nie wiem, jak się nazywa. Jakiś biały. Jest tam od dwóch miesięcy.
- On czy dziewczyna?
Nastolatek nie odpowiedział. Zamknął drzwi i zasunął kilka rygli. Walter
spojrzał na Nadlera, który przygryzał policzek.
- Powiedział, że facet trzyma tam dziewczynę. Nie mówił, że więzi ją
wbrew jej woli. Mógł sprowadzić prostytutkę, z którą się zabawia. Nie
możemy wejść bez uzasadnionego podejrzenia, że popełniono przestępstwo.
Walter popatrzył na drzwi mieszkania 2E w głębi korytarza.
- Mam go przyprowadzić? Wyciągnąć od niego coś konkretnego?
Nadler nie odpowiedział. Odwrócił się plecami do drzwi mieszkania 2D.
- Nie powiedziałby tego, gdyby nie uważał, że dziewczyna ma kłopoty -
zauważył Walter.
- Wyciągasz zbyt daleko idące wnioski, młody.
- Wiec dlaczego nikt nie otwiera?
"Chryste, Nadler się boi" - pomyślał Walter. "Świetny wzór dla młodego
policjanta". Walnął w drzwi nasadą dłoni.
- Wiemy, że jesteś w środku! Otwieraj, natychmiast!
Nadler wydawał się bardzo niezadowolony. Popatrzył wściekle na Waltera i pokręcił głową.
- Cholerny nowicjusz! - mruknął. - Chcesz dać się zastrzelić pierwszego
dnia?!
Zza drzwi dobiegł głuchy łoskot. Głośny. Coś upadło na ziemię. "Chyba
ciało upadające na podłogę" - pomyślał Walter.
Po chwili rozległ się krótki okrzyk, zduszony i natychmiast uciszony.
"Wchodzimy".
Nadler się ożywił. Wyciągnął rewolwer z kabury, przeszedł na
przeciwległą stronę korytarza i skierował lufę w stronę drzwi.
- Departament Policji Detroit, wchodzimy!
Walter miał w nosie rady Nadlera. Nie zamierzał wchodzić do mieszkania
bez broni. Odpiął pasek i wyjął rewolwer.
Nadler kiwnął głową w stronę drzwi i uniósł brwi, jakby chciał
powiedzieć: "W porządku, wykop je, mądralo".
Walter cofnął się o krok, policzył do trzech i kopnął w drzwi pod
klamką. "Kilka centymetrów pod zamkiem, piętą, całym ciężarem ciała".
Coś jak w filmie Police Academy 101.
Framuga pękła. Drzwi zadygotały, ale się nie otworzyły. Coś blokowało je
na górze, prawdopodobnie rygiel. Walter musiał uderzyć jeszcze dwa razy,
nim w końcu ustąpiły.
Nadler poruszał się błyskawicznie. Znacznie szybciej, niż Walter
oczekiwał. Wpadł do mieszkania, trzymając przed sobą rewolwer, a następnie przykucnął, zrobił półobrót i rozejrzał się po pomieszczeniu.
Walter podążył za nim.
Niewielki salonik i maleńka kuchnia po prawej stronie.
Zobaczył pod ścianą zniszczoną brązową kanapę stojącą naprzeciwko
dziewiętnastocalowego telewizora umieszczonego na skrzynkach po mleku.
Na podłodze leżało otwarte pudełko z dwoma kawałkami pizzy w środku. Ser
był zaschnięty i pokryty białawą pleśnią. Wokół walały się rozgniecione
puszki po piwie, a w rogu paliła się lampa z gołą żarówką, oświetlając
pomieszczenie ostrym blaskiem. Na blacie kuchennym piętrzyły się śmieci
i stare opakowania po potrawach na wynos.
Żadnego mężczyzny ani dziewczyny. Nie w tym pokoju.
Nadler wskazał lufą pistoletu zamknięte drzwi, które musiały prowadzić
do sypialni w głębi mieszkania.
W akademii powtarzali tę procedurę milion razy i Walter zdał się na
wyćwiczone umiejętności. Trzeba działać na zmianę z partnerem: najpierw
on, potem ty, potem znowu on. "Jak najszybciej sprawdzić każde
pomieszczenie. Poruszać się błyskawicznie. Nie dać przestępcom czasu na
reakcję".
Minął Nadlera, przeszedł przez niewielki pokój i wpadł skulony do
sypialni. Poruszał się tak szybko, że o mało nie potknął się o ciało
leżące na progu.
Mężczyzna.
Leżał z twarzą przyciśniętą do drewnianej podłogi, ubrany tylko w poplamione bokserki. Jedną rękę miał wyciągniętą nad głową, trzymał w niej zardzewiały nóż kuchenny. Drugą przygniatał wydatny brzuch.
Zatłuszczone siwe włosy były pokryte krwią płynącą ze świeżej rany w potylicy.
Walter przyklęknął i próbował wyczuć puls.
Nic.
Szyja mężczyzny była ciepła. Zginął niedawno.
Walter widział w mroku niewyraźny kształt materaca na podłodze, a obok
pudło albo stolik, może kolejną skrzynkę po mleku. Nie był pewien.
Z tyłu pojawił się Nadler z wyciągniętą latarką. Snop światła padł na
zwłoki, pustą szafę i łóżko. Materac nie leżał na podłodze, tylko na
niskiej metalowej ramie. W każdym rogu przywiązano sznury. Jeden był
przesiąknięty krwią i postrzępiony, jakby go przegryziono. Nie było
prześcieradła. Zaplamiony materac śmierdział kałem.
Nadler omiótł latarką resztę pokoju. Nagle zauważył zamknięte drzwi.
Łazienka?
Na pewno.
Kiedy przechodził przez pokój, coś zachrzęściło mu pod butami, może
szkło. Zachwiał się i o mało nie przewrócił. Poświecił latarką i Walter
spostrzegł, że to inna lampa. Żarówka była rozbita, a kolumna wygięta
pod dziwnym kątem przy ciężkiej podstawie. Prawdopodobnie narzędzie
zbrodni.
Nadler przeszedł ostrożnie nad lampą i zatrzymał się przy wejściu do
łazienki. Skinieniem dłoni nakazał Walterowi otworzyć drzwi.
Walter ominął zwłoki i lampę, podszedł do drzwi i ujął gałkę.
Nadler zaczął odliczać, a kiedy doszedł do trzech, Walter szybko
przekręcił gałkę i pchnął drzwi.
Obaj w tej samej sekundzie zobaczyli dziewczynę w świetle latarki
Nadlera.
Co najwyżej dwadzieścia kilka lat.
Naga.
Siedziała na podłodze, wciśnięta między umywalkę a muszlę klozetową.
Podciągnęła kolana do piersi; połowę jej twarzy zasłaniały długie,
ciemne, splątane włosy. Patrzyła na nich z przerażeniem, drżąc na całym
ciele. Wydawała się zawstydzona.
- Nie chciałam tego zrobić - powiedziała, zerkając na zwłoki mężczyzny.
- Pomożecie mi?
Rozdział
4
WALTER WSZEDŁ DO ŁAZIENKI i znalazł kontakt. Pojedyncza żarówka
oświetliła niewielkie, pozbawione okien pomieszczenie ostrym, zimnym
blaskiem. Oślepiona dziewczyna zamknęła oczy. Wcisnęła się głębiej pod
umywalkę.
W tym momencie zauważył wiszące pod nią kajdanki. Jedno kółko przypięto
do rury wodociągowej, drugie było otwarte. Kawałek zardzewiałego drutu
na podłodze, prymitywny wytrych.
Policzki dziewczyny były pokryte kropelkami krwi, które miały podobną
barwę jak piegi na jej nagim ramieniu.
- Spokojnie, wszystko w porządku. Nie zrobimy ci krzywdy. - Schował broń
do kabury, zdjął bluzę i ukląkł, ale kiedy próbował okryć plecy
dziewczyny, Nadler zatrzymał go i wskazał krew. Była ciągle wilgotna.
- Dowody - powiedział cicho.
Mimo to Walter przykrył dziewczynę. Odgarnął jej włosy z twarzy.
- Wszystko będzie dobrze. Jesteś bezpieczna.
Otworzyła oczy, oślepiona światłem, i popatrzyła na niego ostrożnie.
Miała wyraziste, ciemnoszare oczy. Walter jeszcze nigdy nie widział
takich oczu. Nie zdawał sobie sprawy, że się w nie wpatruje, aż po
chwili Nadler odchrząknął i wskazał wannę.
W rogu leżała podniszczona zielona kołdra, a na niej poduszka. Na
podłodze walało się kilka opakowań po batonach czekoladowych. Walter
zauważył nadgryziony bochenek chleba. Ktoś niedbale czyścił kafelki,
pozostawiając na nich smugi brudu. Ręcznik leżący na podłodze wydawał
się pokryty zakrzepłą krwią. Zardzewiała rama nad umywalką była pusta,
lustro dawno zniknęło.
"Chryste, więził ją tutaj. Ten pieprzony potwór więził ją w łazience
przykutą do ściany".
- Jak się nazywasz? - spytał Nadler zza jego pleców.
Wydawało się, że go nie słyszy. Spoglądała na Waltera. Później
popatrzyła na jego bluzę. Zacisnęła ją, próbując się zasłonić. Chwyciła
ją tak mocno, że suwak wbił jej się w dłoń.
Walter zdał sobie sprawę, że wyciąga rękę w jej stronę, dopiero gdy
musnął palcami jej kostkę. Nie cofnęła nogi; przycisnęła stopę do jego
ręki. Skóra dziewczyny wydała mu się lodowata.
- Zejdź do samochodu i zawiadom komendę, O'Brien - rzekł Nadler. Jego
głos zabrzmiał dziwnie ostro.
Walter spojrzał na niego z irytacją.
- Natychmiast - dodał Nadler.
Wyciągnęła rękę spod bluzy i chwyciła Waltera za nadgarstek. Miała
drobne, delikatne palce, ale ściskała jego rękę jak imadło.
- Niech pan mnie nie zostawia!
Nadler jęknął.
- Chryste, okej. Zostań tutaj, ale niczego nie dotykaj. Zaraz wrócę.
Zanim Walter zdążył odpowiedzieć, jego partner się odwrócił, ostrożnie
okrążył zwłoki, lampę i potłuczone szkło na podłodze, a następnie
wyszedł z pokoju. Walter usłyszał głosy na korytarzu, które przycichły,
gdy Nadler zamknął za sobą uszkodzone drzwi.
Został sam na sam z dziewczyną. W mieszkaniu panowała niezręczna cisza.
"Dlaczego jest tu tak zimno?"
Po raz pierwszy usłyszał szum klimatyzatora. Kiedy się odwrócił,
zauważył archaiczne urządzenie wyrzucające chłodne powietrze. Widział w słabym świetle kłęby pary.
"Na dworze jest dwadzieścia stopni. Po co włączono klimatyzację?"
- Amy... - powiedziała tak cicho, że Walter nie był pewien, czy w ogóle
się odezwała. - Nazywam się Amy Archer.
Odchrząknął.
- Walter. Walter O'Brien.
- Zabiłam go, prawda?
Nie widział sensu w okłamywaniu jej. Skinął głową. Próbowała wsunąć się
głębiej pod umywalkę, ale nie było tam miejsca. Jej bose stopy ślizgały
się po podłodze, pozostawiając brudne ślady.
- Zabiłby mnie, gdybym go nie...
- Wszystko w porządku, Amy. Działałaś w obronie własnej. Nie powinnaś
się niczego obawiać - zapewnił Walter. Spojrzał na nadgryziony bochenek
chleba. Z boku wyrosła pleśń, na folii osiadły kropelki wody. - Jak
długo tu jesteś?
Pokręciła głową.
- Nie jestem... nie jestem pewna. Dwa tygodnie, może trzy?
- Możesz mi powiedzieć, co się stało?
Po policzku spłynęła jej łza.
- To taksówkarz. Przynajmniej tak mówił. Wsiadłam do jego samochodu w centrum, w pobliżu Eastern Market. Podałam mu swój adres, ale zamiast
zawieźć mnie do domu, ruszył na północ. Kiedy powiedziałam, że jedzie w złym kierunku, odwrócił się i psiknął mi czymś w twarz. Nie wiem, co to
było, ale zemdlałam, a kiedy się ocknęłam... - Urwała i popatrzyła na
kajdanki wiszące na rurze. - Trzymał mnie w łazience, kiedy nie leżałam
na łóżku.
- Czy...
Zrozumiała, o co mu chodzi, zawahała się i lekko skinęła głową. Trzymała
go za rękę. Walter nie był pewien, kiedy ją ujęła. Nie pamiętał, by
znowu wyciągał dłoń w jej stronę, nie pamiętał, by brał ją za rękę.
Wydawała się teraz cieplejsza. To dobrze.
- Może stąd wyjdziemy?
Spojrzała na muszlę klozetową, umywalkę i kajdanki, po czym skinęła
głową.
Walter pomógł jej wypełznąć z ciasnej przestrzeni i usiąść na skraju
wanny. Zerknęła na swoje nagie ciało, skrzyżowała nogi i szczelniej
otuliła się bluzą. Zaczerwieniła się i odwróciła wzrok. Wydawała się
zawstydzona.
- Gdzie jest twoje ubranie?
- Nie wiem, co z nim zrobił.
Walter zastanawiał się, kiedy wróci Nadler, i zerknął przez ramię.
- Poszukam go. Zaczekaj tutaj, dobrze?
- Mogę iść z panem?
- Nie oddalę się od drzwi, będziesz mnie widzieć. Lepiej, żebyś tu
została.
Włosy znowu opadły jej na twarz; odgarnął je i wsunął za ucho.
Przycisnęła policzek do jego dłoni i przez chwilę się uśmiechała. Jej
wargi odzyskały kolor. Były intensywnie czerwone. Miała w sobie coś
egzotycznego, europejskiego, a może śródziemnomorskiego. Walter nie
wiedział, skąd może pochodzić.
Nie zauważył jej ubrania, ale znalazł czerwone spodnie od dresu i spłowiały T-shirt z logo Detroit Lions, bardzo obszerny.
Wrócił do łazienki i podał jej odzież. Zrzuciła bluzę mundurową i szybko
się ubrała. Kiedy skończyła, stanęła i popatrzyła na niego z wdzięcznością.
Otarł kropelkę krwi z jej policzka. Nie mógł się powstrzymać.
Rozdział
5
NAZYWAŁ SIĘ ALVIN SCHALK. Trzydzieści jeden lat, kawaler. Samotnik,
niekarany. Taksówkarz w firmie Detroit Metro Taxi. Oficjalnie
zameldowany przy Cambridge Avenue 83, nie tutaj. Według właściciela
lokal powinien być pusty. Domyślam się, że wykorzystywał to mieszkanie
jako miejsce schadzek.
Walter i Nadler stali w sypialni nad zwłokami z detektywem Freddiem
Weedenem z Wydziału Zabójstw Departamentu Policji Detroit.
Walter mimo woli spojrzał na Amy.
Weeden poprosił, by poczekała w łazience na przybycie karetki pogotowia.
Wkrótce zawiozą ją do szpitala, sprawdzą, czy została zgwałcona, i opatrzą jej rany.
Amy musiała poczuć na sobie wzrok Waltera. Zerknęła na niego i spojrzała
mu w oczy.
- Znaleźliśmy w piwnicy wyłączoną zamrażarkę z dwoma trupami zawiniętymi
w kołdry. Rozkład posunął się tak daleko, że nie mogłem określić, czy to
mężczyźni, czy kobiety. Zwłoki leżały tam od dłuższego czasu. Przyczynę
zgonu ustali sekcja. - Skinął głową w stronę łazienki. - Nie jest
pierwsza, to pewne. Ten gość opracował własny system. To wymaga
praktyki. Nie byłbym zdziwiony, gdybyśmy znaleźli kolejne zwłoki w jego
domu. Czekam na nakaz rewizji. Taksówka zniknęła, ale jestem pewien, że
kiedy się odnajdzie, będą w niej jakieś ślady.
W mieszkaniu ustawiono reflektory i markery wskazujące miejsca, w których odkryto dowody rzeczowe. Fotograf systematycznie dokumentował
stan mieszkania; co kilka sekund błyskał oślepiający flesz. W tej chwili
pochylał się nad łóżkiem i pstrykał zdjęcia sznurów, zwłaszcza
postrzępionego, który wyglądał jak przegryziony. Dowód rzeczowy numer
43. Weeden pytał Amy o sznur, ale nie odpowiedziała. Na jej twarzy
pojawiło się przerażenie, oczy wypełniły się łzami. Przestał zadawać
pytania.
- Skąd pan wie, że zamrażarka należy do Schalka? - spytał Walter.
Weeden przewrócił oczami i spojrzał na Waltera.
- Pierwszy dzień pracy?
Nadler kiwnął głową.
- Tak.
- Pieprzcie się - mruknął Walter.
- Przypuszczenie oparte na solidnych podstawach - rzekł Weeden. -
Znajdziemy tam jego odciski palców. Nie jest to najlepsza dzielnica, ale
mieszkańcy dość rzadko trzymają trupy w piwnicach, młody człowieku.
Większość strzela do siebie na ulicy i zostawia ciała na chodniku.
Ukrywanie zwłok wymaga przygotowań, oznacza, że ten facet to planował. -
Skinął głową w kierunku łazienki. - Próbowałem ją przesłuchać, ale
zamknęła się w sobie. Powiedziała wam coś jeszcze?
Walter pokręcił głową.
- Tylko to, o czym mówiłem.
- Ciągle jest w szoku - rzekł Weeden. - Na szczęście przyjechaliście i go spłoszyliście. Gdyby nie wy, skończyłaby w zamrażarce, nie ma co do
tego wątpliwości. - Kopnął czubkiem buta zniszczoną lampę leżącą na
podłodze o kilka centymetrów od pękniętej czaszki mężczyzny. -
Przynajmniej oszczędziła podatnikom trochę forsy.
Walter dotknął obroży w kieszeni.
- Gdzie jest ta cholerna karetka?
Jeśli dziewczyna wszystko słyszała, nie dawała tego po sobie poznać.
Spoglądała w bok. Była pogrążona we wspomnieniach albo starała się o nich zapomnieć.
Wyłamane drzwi mieszkania znowu się otworzyły. Wydawało się, że na
korytarzu stoi połowa mieszkańców budynku, usiłując zajrzeć do środka.
Nadler zamknął je kopniakiem i podparł torbą na dowody rzeczowe.
- Nie powinna tu siedzieć. Zabierzemy ją - odezwał się Walter do
Weedena.
- Słucham?
- Możemy ją zawieźć do szpitala. Czy naprawdę musimy czekać na karetkę?
- Młody może mieć rację - zgodził się Nadler. - Po co marnować czas
sanitariuszom? Mają lepsze rzeczy do roboty.
Weeden zastanawiał się przez chwilę.
- Potrzebuję jednego z was, żeby pilnował drzwi. Nie mogę was obu
zwolnić.
- Wygląda na to, że czeka cię służba wartownicza przy drzwiach, O'Brien
- powiedział sucho Nadler. - Ja pojadę.
- Młody jej się podoba - zauważył cicho Weeden. - Cały czas robią do
siebie maślane oczy. Uważam, że to on powinien pojechać. Dziewczyna może
się wygadać, powiedzieć coś, o czym jeszcze nie wiemy. Przez trzy
tygodnie była zamknięta z degeneratem, nie wiadomo, co jej mówił.
Moglibyśmy znaleźć taksówkę, a może więcej zwłok, kto wie?
Nadler pokręcił głową.
- Pracuje od trzech godzin. Nie mam ochoty odpowiadać za to, że coś
schrzani.
- Dziewczyna nie będzie z tobą rozmawiać - odparł Weeden. - Masz takie
same siwe włosy i wielki kałdun jak gość, któremu rozbiła głowę.
Wyglądacie jak bliźniacy, którzy się odnaleźli po wielu latach. Do
licha, nawet ja nie mam ochoty z tobą rozmawiać!
- Chrzań się.
- Zawiozę ją na komendę - wtrącił Walter. - To tylko trzy kilometry.
Nawet mniej.
- Nie jestem...
Weeden cmoknął niecierpliwie.
- Sto lat temu ty też byłeś nowicjuszem, Herb. Daj chłopakowi szansę. To
ja odpowiadam za prowadzenie tego śledztwa. Może namówi ją do zwierzeń?
Tak czy inaczej, warto spróbować. - Zanim Nadler zdążył odpowiedzieć,
Weeden wyjął z kieszeni magnetofon mikrokasetowy i wręczył go Walterowi.
- Gdyby coś powiedziała, masz to nagrać. Zawieź ją bezpośrednio na
oddział ratunkowy i spytaj o doktora Lomaxa. Uprzedzę go, że ją
odstawisz do szpitala.
Nadler spoglądał przez chwilę na Weedena, po czym gniewnie wyjął
kluczyki z kieszeni i rzucił Walterowi.
- Zawieź ją i natychmiast wracaj. Żadnych głupot.
Walter szybko zasalutował, nieco wysuwając środkowy palec.
- Tak jest, sir.
Rozdział
6
AMY SIEDZIAŁA Z TYŁU, lecz obserwowała Waltera w lusterku wstecznym.
Dziwna szarość jej oczu w półmroku wydawała się jeszcze bardziej
intensywna. Kiedy mijali lampy uliczne, przesuwał się po niej blask:
światło muskało ją jak pędzel malarza.
Walter wyjął magnetofon, wcisnął przycisk nagrywania i położył
urządzenie na siedzeniu obok siebie.
- Dobrze się czujesz?
Popatrzyła na niego, ale nie odpowiedziała. W dalszym ciągu miała na
sobie jego bluzę mundurową, teraz zarzuconą na T-shirt, i dres. Jeden z techników śledczych znalazł parę starych tenisówek. Rozmiar nie pasował,
ale był do przyjęcia. To lepsze niż chodzenie na bosaka w taką noc. Było
zimno i z każdą minutą robiło się chłodniej; od rzeki Detroit wiały
gniewne podmuchy wiatru. Zacinający śnieg stawał się coraz gęstszy.
Wydawała mu się dziwnie znajoma. Odchrząknął.
- To zabrzmi trochę dziwnie, ale czy już się kiedyś spotkaliśmy?
Natychmiast pożałował, że zadał to pytanie. Zabrzmiało jak kiepski
podryw w barze.
Popatrzyła na niego w lusterku wstecznym, prawdopodobnie w ten sam
sposób, jakby usłyszała to pytanie w barze. Lekko pokręciła głową.
W milczeniu przejechali dwa następne skrzyżowania.
- Co się z nim stanie?
Walter zwolnił i zmienił pasy ruchu, by minąć powolnego volkswagena.
- Z kim?
- Z martwym mężczyzną.
- Kiedy zbadają miejsce przestępstwa, przetransportują go do miejskiej
kostnicy.
- Zrobią mu sekcję?
Popatrzył jej w oczy w lusterku.
- Prawdopodobnie. Dlaczego pytasz?
- Jestem po prostu ciekawa.
Starannie ważył słowa. Nie chciał jej spłoszyć.
- To rutynowa procedura w wypadku nagłego zgonu. Norma w takiej sprawie.
- Nie chciałam go zabić, tylko uciec.
- Wiem. - Skręcił w Wilmont Avenue i pojechał środkowym pasem. - Gdzie
są inne?
- Inne dziewczyny?
Skuliła się na siedzeniu i wyjrzała przez okno.
- Pierwszej nocy poczułam w łóżku perfumy. Słabo, ale kiedy o tym
wspomniałam, zwinął pościel, zabrał poduszkę i wszystko wyniósł.
Powiedział, że spalił pościel. Ktoś wyrył na podstawie umywalki inicjały
J.K.
- J.K.?
- Nie wydawały się nowe. Pierwszej nocy, gdy mnie zamknął w łazience,
zauważyłam koło wanny stanik, ale następnego dnia zniknął. - Zawahała
się, ale zaraz dodała: - Myślisz, że w zamrażarce w piwnicy znaleźli
kogoś o inicjałach J.K.?
- Słyszałaś o tym?
- Detektyw mówił bardzo głośno.
- Dowiemy się więcej, gdy zidentyfikujemy ciała.
- Kolejne sekcje zwłok...
- Prawdopodobnie najważniejsze będą odciski palców.
Spojrzeli na siebie w lusterku.
- Czy to możliwe? Detektyw powiedział, że ciała są... w złym stanie.
W trakcie szkolenia Walter nauczył się, że lekarz sądowy niekiedy jest w stanie zdjąć skórę z dłoni zwłok w zaawansowanym stanie rozkładu, a następnie włożyć ją na własną rękę jak rękawiczkę, by pobrać odciski
palców. W owym czasie wydawało mu się to fascynujące, ale nie należało
tego opowiadać dziewczynie, która za kilka dni mogłaby trafić do
zamrażarki.
Musiała się tego domyślić. Kiedy zerknął do tyłu, Amy zbladła i zasłoniła dłonią usta.
- O nie, zaraz... - Szybko skinęła głową. - Zatrzymaj się. Chyba będę
musiała się...
- O kurwa, zaczekaj...
Padał coraz gęstszy śnieg i samochody jechały wyjątkowo wolno. Dotknął
pokręteł na desce rozdzielczej, po czym zawyła syrena i włączyły się
niebiesko-czerwone światła. Amy zrzuciła bluzę i chwyciła za klamkę.
Szybko się zorientowała, że z wozu policyjnego nie da się tak łatwo
wysiąść.
Walter szybko przekręcił kierownicę w prawo, przejechał pas ruchu pod
ostrym kątem i zatrzymał się przy krawężniku. Wyszedł z auta, przedarł
się przez zaspy zostawione poprzedniej nocy przez pługi śnieżne i otworzył drzwi od strony Amy.
Siedziała zgarbiona, zasłaniając dłonią usta. Próbował pomóc jej
wysiąść, ale odepchnęła jego rękę. Odstąpił na bok, pozwalając jej iść w krzaki. Nagle uderzyła go w brzuch lewym łokciem. Stracił oddech i upadł
w zaspę. Kopnęła go pożyczonym butem w okolice krzyża i poczuł ostry ból
w nerce. Przewrócił się na bok z uniesionymi rękami, by zasłonić się
przed następnym ciosem, ale Amy już nie było. Pędziła przez Wilmont
Avenue, omijając wolno jadące auta.
Wstał i próbował krzyknąć, lecz się rozkasłał. Pobiegł za nią, ledwo
mijając zielony samochód kombi i czarny sedan jadący ulicą. Zauważył ją
znowu po drugiej stronie Wilmont Avenue, w odległości stu pięćdziesięciu
metrów. Jak mogła biec tak szybko? Przepchnęła się obok kilku
przechodniów, skręciła w zaułek i popędziła między pralnią samoobsługową
i chińską restauracją.
Zaułek miał około piętnastu metrów długości i kończył się ceglanym
murem. Walter dotarł do wylotu i zobaczył, że Amy wchodzi po skrzynkach
na kontener na śmieci.
- Amy, stój!
Nawet na niego nie popatrzyła. Podciągnęła się na rękach i znikła za
murem.
Ruszył za nią, lecz kiedy wszedł po skrzynkach, stanął na kontenerze i wyjrzał za mur, już jej nie było. Padający śnieg szybko zasypywał ślady.