Wujek
Podkomisarz Kos pracował w dzielnicy od piętnastu lat i już niecierpliwie wyglądał emerytury. Codziennie zaczynał dniówkę skrupulatnym odliczeniem lat, miesięcy i dni pozostałych do tej szczęśliwej daty. Na awans nie miał szans. Na degradację również, ponieważ brak innych chętnych do służby w tej parszywej okolicy chronił jego pozycję, nawet przy ciągle powracającej negatywnej ocenie dokonań jednostki. Jeśli chodzi o przezwiska nadawane Kosowi przez miejscowych rozrabiaków, to dwa pojawiały się naprzemiennie, w zależności od sytuacji. Kiedy wchodził na obskurne podwórka przy ulicy Kruczkowskiego, żeby pogonić małolatów, którzy zamiast siedzieć w szkole, tracili swój czas i młode zdrowie, wąchając klej albo odurzając się innymi substancjami, wtedy nieraz mówili o nim "wujek". Czyli ktoś, kogo oni akceptują w swoim otoczeniu, nieomal nie zauważają, a kto jest im znany, jak każdy kąt tych starych kamienic. Jest to również ktoś, kogo się nie boją, i niestety, nie słuchają jego dobrych, życiowych rad. Dlatego zazwyczaj kiepsko kończyli. Kiedy trzeba było podjąć ostrzejsze działania, przeprowadzić zatrzymanie lub interweniować w czyimś domu podczas bijatyki, wtedy bandziory mówili o nim "emeryt". Był za wolny na tutejszych rozrabiaków lub ich bossów zarządzających szemranymi interesami, którzy prawie zawsze zdołali uciec przy próbie zatrzymania. A nawet jeżeli to się udało, to sytuacja tak się zazwyczaj układała, że wychodzili w kilka godzin na wolność, a obciążające ich dowody znikały w rozgardiaszu akcji. Niestety, Kos z roku na rok stawał się coraz powolniejszy i bardziej gapowaty. Na dodatek chciał żyć. Jeżeli udało się komuś przetrwać piętnaście lat w najgorszej części miasta w roli policjanta, to tylko dlatego, że dla połowy tutejszych był niegroźnym "wujkiem", a dla drugiej nieruchawym "emerytem". Patrząc na takie porządki można by pomyśleć, że w rewirze panuje totalne bezprawie. To była prawda jedynie do pewnego poziomu. Ponieważ tu działała specyficzna "boska sprawiedliwość" obok tej normalnej, ludzkiej. Można lekceważyć niegroźnego "wujka", można zagrać na nosie zasapanemu "emerytowi". Jednak, jeżeli zrobiłeś coś naprawdę złego i nikt nie ma co do tego wątpliwości, wtedy lepiej uciekać stąd gdzie pieprz rośnie. Niejednego mordercę lub brutalnego gwałciciela znaleziono z dziurą w głowie w śmietniku. Sprawca pozostał nieznany na zawsze, bo dzielnicowy to przecież ostatnia łajza, który nigdy nic nie umie wykryć. A komenda miejska, nie mówiąc o wyższych instancjach zawsze miała ważniejsze sprawy na głowie. Tak się dokonywała "boska sprawiedliwość".
Podkomisarz Kos siedział za odrapanym biurkiem na posterunku i spokojnie obserwował jak jego jedyny podwładny - posterunkowy Watuła, wypuszcza aresztanta, który w towarzystwie swojego adwokata maszeruje w kierunku drzwi. W pewnym momencie uwolniony odwrócił się, przypadł z wściekłą miną do biurka policjanta.
- Co, wujek, znudziło się wygodne życie? Chcesz wojny? - wrzasnął mu w twarz.
Bladoniebieskie oczy i wyszczerzone żółte zęby emanowały wściekłością. - Nic na mnie nie masz. Nic! Nawet na czterdzieści osiem ci się nie udało mnie tu posadzić. Lepiej się zastanów, z kim zadzierasz.
Nikt zamierzał mu odpowiadać lub wdawać się w dyskusję. Adwokat uwolnionego pociągnął go za ramię i obaj wyszli.
- Na nożu znaleziono odciski? - zapytał Kos. Posterunkowy pokręcił przecząco głową. - A świadek?
- Odwołał zeznania - padła lakoniczna odpowiedź.
Tak, to typowe dla wszelkich śledztw w tej dzielnicy. Narzędzia zbrodni po jakimś czasie gubią ślady używania, świadkowie tracą pamięć, do zatrzymanego zgłasza się w ciągu kilku godzin uznany adwokat i załatwia mu zwolnienie, choć poszlaki są mocne. Podkomisarz chwilę pomedytował, wpatrując się ponuro w szarą ścianę, następnie zerwał się z krzesła i zapowiedział, że idzie rozpytać wśród potencjalnych świadków o wydarzenia zeszłej nocy. Posterunkowy miał robotę papierkową związaną ze zwolnieniem aresztanta i był nią tak pochłonięty, że nie można było być pewnym, czy usłyszał informację przełożonego.
Kos zaczął od domniemanego świadka.
- Szefie, ja nic nie widziałem. Nic, jak Boga Ojca Jezusa w Duchu Świętym kocham - zarzekał się człowiek w brązowej, znoszonej marynarce i z jednym okiem przymkniętym, jakby nieczynnym z powodu jakiejś choroby albo paraliżu. - Byłem tam, ale nic nie widziałem. Wszystko mi się miesza od tej wódy.
Kiedy znaleziono zwłoki tej dziewczyny, to właśnie on powiedział, że Łycha ją załatwił. Łycha, czyli wypuszczony godzinę wcześniej bandzior. Jednak świadek był wtedy pijany, a potem z każdą upływającą godziną poziom jego upojenia, jak i wylewności malał. Może przeżył wizytę obrotnego i przekonującego adwokata, może sam się zreflektował, że gadatliwość jest w tej okolicy wadą? Obojętnie, wynik był ten sam - milczenie i nerwowe, pełne obaw spojrzenia rzucane wokół siebie.
- Skleroza? - zapytał Kos, próbując wywnioskować z mimiki twarzy, jak bardzo go ktoś nastraszył. Pijaczyna wzruszył tylko ramionami, twarz z nieczynnym okiem ani drgnęła. Chciał żyć, jak wszyscy.
Zamordowana miała siedemnaście lat, Kos znał ją z widzenia. Też mówiła na niego "wujek" i tylko się uśmiechała, kiedy podczas obchodu po podwórkach pytał, dlaczego nie ma jej w szkole w środku tygodnia. Znaleźli ją o świcie, zakłutą nożem, zgwałconą. To nie pierwszy taki przypadek tutaj, ale szczere wyznanie świadka dawało choć cień szansy, że choć tym razem będzie sprawiedliwie - zły postępek i szybka kara. Teraz już stało się jasne, że będzie jak zawsze. Ciało zidentyfikowali rodzice. Dwoje przedwcześnie postarzałych ludzi, którzy nie mieli żadnych złudzeń co do życia, ani otaczającego ich świata. Jednak jej śmierć to był dla nich cios. Nie trzeba było o nic pytać, wystarczyło spojrzeć.
- Znajdziemy drania, niech państwo będą spokojni - Kos zapewnił ich po przesłuchaniu. Kobieta cały czas płakała, a jej mąż, gdy tylko usłyszał to solenne zapewnienie, spojrzał na podkomisarza jakby ten był niespełna rozumu. Nic nie powiedział, ale oczy wyrażały jasno, co sądzi o możliwościach siedzącego przed nimi "emeryta". Dwoje ludzi na dnie beznadziei.
Po zakończeniu spotkania z rodzicami ofiary Kos udał się do nocnego klubu, gdzie ostatni raz widziano ofiarę żywą.
- Ma pan zapis monitoringu? - zaczynał się obchód potencjalnych świadków. Szef klubu, do którego należało również podwórko, gdzie znaleziono dziewczynę, nagle bardzo się zainteresował ścianą nad głową podkomisarza.
- Zepsuł się. Od wczoraj nie działa - odpowiedział sucho.
Jasne. Właśnie wtedy, kiedy coś się dzieje, oni mają awarię. Kos podpytał jeszcze barmana, ale ten również nie mógł mu pomóc. Generalnie wszystkich opanowała demencja. Łycha to twardy zawodnik i każdy się z nim liczy w dzielnicy. Nie pierwszy raz ma coś na sumieniu, ale nigdy nic mu nie udowodniono. Policjant wrócił do domu bez jakichkolwiek rezultatów, które mogły wskazywać na przebieg wydarzeń. Duszę zalewało mu poczucie bezsilności. W skrzynce na listy leżała koperta. Na niej ktoś nagryzmolił, jakby specjalnie brzydko, może lewą ręką, dwa słowa "Dla wujka". Pewnie nie chciał, żeby ktoś skojarzył charakter pisma z osobą. Kos rozerwał papier szybkim ruchem. W środku leżał pen-drive. Usiadł przy komputerze i uruchomił zapisany film. Pomimo nocnej szarości dało się rozpoznać wyraźnie Łychę i tę dziewczynę. Szamotanina, widoczne pomimo mroku przerażenie na twarzy ofiary. Po dłuższej chwili można było zobaczyć jak bandzior odchodzi. Po kilkunastu sekundach do ciała podchodzi znany z przesłuchań jednooki pijaczek, który natychmiast ucieka, gdy tylko zdaje sobie sprawę z tego, czego był świadkiem. To zapis z tego niby zepsutego monitoringu. Kos przez chwilę się zastanawiał, kto to mógł przysłać. Właściciel klubu? Barman? Kto jeszcze miał dostęp do tego sprzętu? Nieważne. Skoro się nie podpisał, może lepiej nie dociekać. To najbezpieczniejsze rozwiązanie - wiedzieć nie więcej niż absolutne minimum. I tak nikt niczego oficjalnie nie potwierdzi. Policjant westchnął ciężko, chwilę się zastanawiał, coś rozważał. Może kojarzył obrazy z filmu z pozostałymi faktami ze śledztwa. W końcu wyciągnął z szafki skrzynkę narzędziową, rozciął kombinerkami pen-drive na malutkie, niezdatne do użycia lub identyfikacji kawałeczki, potem wraz z kopertą spalił wszystko w piecu. Nie mógł zostać żaden dowód lub choćby ślad dowodu. Następnie udał się do piwnicy, gdzie za pryzmą węgla było małe pomieszczenie z możliwością wyjścia bocznymi drzwiami. Po chwili zniknął w mroku, podczas gdy w mieszkaniu pozostało włączone światło i grający głośno telewizor. "Wujek" lubił sensacyjne seriale z nowojorskimi policjantami goniącymi złych gangsterów. Boska sprawiedliwość nadchodziła.
- Słyszał pan, szefie? Znaleźli za rzeką tego Łychę, który wczoraj tu u nas na dołku siedział. Ktoś go zakłuł w nocy, wygląda na robotę fachowca. Mało krwi, zero hałasu, zero świadków - posterunkowy jak tylko przyszedł do pracy zaczął relacjonować najnowsze rewelacje ze świata przestępczego.
- Cóż, jak widać, niektórym byłoby lepiej u nas w areszcie niż na ulicy. Wszędzie się znajdą tacy, którzy nie wierzą w państwowe służby sprawiedliwości i wolą brać sprawy w swoje ręce - odpowiedział Kos, następnie wstał i kuśtykającym krokiem podszedł do dzbanka z kawą.
- Co się panu stało? - zapytał podwładny ze sztuczną troską w głosie.
- Ech, starość. Ubierałem buty, mocniej się schyliłem i nagle złapały mnie korzonki. Po prostu tragedia. Ledwo chodzę. Nie mogę się spokojnie wyprostować - zamruczał boleściwie podkomisarz, wracając na swoje krzesło z kubkiem kawy.
Posterunkowy pokiwał głową z udawanym współczuciem. Nic więcej nie powiedział, ale jego wzrok jasno wyrażał myśli. Żałował z całego serca, że jest jak na zesłaniu w tej podłej dzielnicy. A jego szef to zniedołężniały policyjny "emeryt", który nadaje się już tylko do sanatorium w Ciechocinku, natomiast w robocie już nic nie umie zdziałać i wszyscy przestępcy z okolicy grają mu na nosie.
Boss
- Dobrze, umowa stoi. Od dziś pracujemy razem. Zgłoszę się do was za kilka dni, ale już z bossem. Tylko żadnych przechwałek przy wódce. Gęba w kubeł i czekać! - Po tych słowach dwóch mężczyzn pożegnało się. W mieszkaniu został ostatni z trójki. Z pokoju obok wyszła dziewczyna. Mierzyła towarzysza wściekłym spojrzeniem.
- I co? Słyszałaś? Jak ci się podobają? - spytał ją.
- Marcin, bardziej kumatych nie mogłeś znaleźć? - Rzuciła się na niego, gdy tylko umilkły kroki na schodach. - Przecież to jakieś półgłówki! Tylko bójki, wódka i siłownia im w głowie. Wszystko spieprzą.
- Tacy mają być. Im więcej oleju w łbach, tym trudniej będzie ich zmylić - wyjaśnił chłopak. - Uwierz mi, trochę z nimi pogadałem. Pokazowe tępaki. Nadadzą się.
- Mam nadzieję, bo inaczej... - szepnęła. W jej oczach powoli wygasała wściekłość, ustępując miejsca błyskowi podziwu i miłości. Przytuliła się do niego. - Uda się nam?
- Musi - potwierdził stanowczo.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też - odpowiedział, choć widać było, że nie ma ochoty na ckliwe wynurzenia. - Teraz musimy się skupić na robocie.
- Jasne - potwierdziła z westchnieniem rezygnacji. - Masz już tego bossa?
Marcin potwierdził skinieniem głowy, przewrotny uśmiech wypełzł na jego twarz.
- Kto to? Znam go? Dużo chce? - dopytywała się.
- Może znasz, może nie znasz - Marcin niczego nie wyjaśniał. - Facet będzie dobry, o ile nie spuchnie za szybko.
- A jak go znalazłeś? - Nie ustępowała w pytaniach.
- Nie jest z dzielnicy, ale wlazł jak głupi w sidła. Zapożyczył się u Freda, to i łatwo dał się namówić - odpowiadał zagadkami chłopak. Dziewczyna wydęła wargi obrażona, czując, że Marcin nie zamierza jej dopuścić do wszystkich swoich tajemnic. A tego nie lubi żadna kobieta, choćby i zakochana bez pamięci. - No i nasz pan boss musi teraz dobrze zagrać, bo inaczej zostawię go silnorękim od Freda. A słyszałaś pewnie, co oni robią z upartymi gogusiami?
Anka słyszała. Wszyscy w dzielnicy, a może i w mieście, znali bezwzględność tej bandy. Wyjątkowo wredne typy. Tu zresztą wielu takich, którzy nie znają innego życia niż kradzieże i przemoc.
Można by nawet stwierdzić, że ich okolica świetnie nadaje się na obiekt turystyczny z kategorii "mocne wrażenia". Co prawda standardowy turysta szuka zwykle zabytków i miłych kawiarenek, a tu nic takiego nie było. Jednak wizyta w dzielnicy dla kogoś, kto pragnie przeżyć ekstremalnych, mogła stanowić nie lada atrakcję. Podwórka przeniesione żywcem z dziewiętnastowiecznych nowel o biedzie robotników, bandy pijaczków przeczekujących całe życie od flaszki do flaszki i zawsze chętnych za kilka złotych obić komuś twarz lub nawet usunąć z tego świata, śmierdzące zaułki z tysiącami wdeptanych w ziemię petów i kapsli po tanich winach. Tutejsze dzieci w szkole widuje się raz na jakiś czas, jeśli im sytuacja i chęci pozwalają. Jednak to wcale nie oznacza, że one się nie uczą. Od najmłodszego wpajane są im przydatne zasady współżycia tutejszych oraz umiejętności pozwalające wygrywać bójki, kraść szybko i niepostrzeżenie, by w końcu uciec niezauważonym lub przynajmniej niedogonionym. Tu należało dokładnie wiedzieć, z kim zadzierać, a przed kim uciekać, bo ciała znajdowane co jakiś czas w bramie lub śmietniku były nieprzyjemną pamiątką po tych niezorientowanych.
- Dobrze - odpowiedziała Anka, nie doczekawszy się szerszych wyjaśnień. - Idę do pracy, a ty... planuj sobie dalej. Kocham cię.
Ponownie się przytuliła do chłopaka.
- Ja też, ja też... - potwierdził Marcin i objął ją ramieniem, jednak znać było, że myślami jest gdzie indziej. - Leć już.
Dziewczyna wyszła z mieszkania, zapinając kurtkę w biegu po skrzypiących schodach starej kamienicy, gdzie wynajmowali małe mieszkanie na poddaszu. Była już spóźniona i klęła w myślach pomysł spotkania z potencjalnymi wspólnikami tuż przed jej zmianą. Marcin popatrzył przez okno i upewniwszy się, że jego narzeczona nie wraca, chwycił telefon.
- Witaj, Brad Pitt, tu Bastard. Trzeba by jeszcze obgadać twoje sprawy. Spotkajmy się... - chwilę się zastanawiał. - W "Mojito". Znasz ten klub?
Chroboczący głos w słuchawce potwierdził. Ustalili godzinę. Chłopak nazywany przez narzeczoną Marcinem, a przez samego siebie i wielu innych Bastardem, zakończył połączenie. Plan powoli się urzeczywistniał.
Plotki
Kolejny dzień w komendzie toczył się powoli. Dwóch policjantów siedziało za odrapanymi biurkami i leniwie uzupełniało dokumentację.
- Jakieś wieści z naszego ukochanego grajdołka? - Podkomisarz Kos odpytywał swojego jedynego podwładnego, starszego posterunkowego Watułę.
- Nic ponad przeciętną. Aha, taki jeden z ulicy Kaczkowskiej przechwalał się kumplom po flaszce, że coś planuje. Zgarnie kupę forsy i będzie najbogatszy na dzielnicy. Informator nie dowiedział się jeszcze dokładnie co i jak - meldował Watuła.
- Mhm - potwierdził Kos. - Jak byłem młodszy to lubiłem fantastykę. Teraz jednakże preferuję aktualności, publicystykę i reportaż. Dlatego proszę o konkrety, a nie relację z konkursu "Oczaruj mnie swoją historią". Pobicia, kradzieże, morderstwa mogą być mniejszego kalibru, ale rzeczywiste.
- No, to nic się nie wydarzyło - burknął Watuła, obrażony na szefa za lekceważenie jego pracy wywiadowczej. Teoretycznie doceniano prewencję i analizę "miękkich sygnałów" z terenu, lecz w praktyce nie działało to najlepiej.
- W takim razie proponuję patrolik - zadecydował komendant. Kilka minut później jechali radiowozem szarymi ulicami ich rewiru.
- Pod "Mojito"? - domyślał się Watuła.
- Pod "Mojito" - przyszło potwierdzenie.
Zaparkowali w pewnej odległości od klubu, jednak na tyle blisko, żeby widzieć co się pod nim dzieje. "Mojito" było czymś pośrednim między centrum dowodzenia miejscowej dilerki narkotykowej, a dyskoteką połączoną z zakamuflowanym hotelem oferującym pokoje na godziny. Często wybuchały tu awantury i rzadko zdarzało się, żeby przyjechali na darmo.
- O, Bastard - zauważył Watuła postać przy wejściu. - Dobrzy znajomi się schodzą.
- I nieznajomi też - zauważył jego kolega, widząc parę minut później kolejnego klienta przy bramce. - Ten nie jest stąd, chociaż mam wrażenie, że gębę znam. A zresztą, nie jestem pewien, tylu oprychów się już u nas przewinęło.
Mojito
Przy stoliku w najciemniejszym kącie "Mojito" siedzieli Bastard i człowiek nazwany przez niego bossem, a w rozmowie telefonicznej Bradem Pittem.
- Słuchaj, zaraz będą tu ci dwaj, a wtedy już nie będzie, że nie wiesz co i jak. Wszystko jasne? Masz te papiery przy sobie? - gorączkował się Bastard. Jego kompan skinął głową.
- Damy radę, Bastard. Ale obiecujesz, że z tymi od Freda mam spokój? - upewniał się boss.
- Wyjdzie dobrze - masz spokój, nie wyjdzie - za kilka dni wąchasz kwiatki od spodu - Bastard rozwiewał wszelkie wątpliwości krótkimi i obrazowymi opisami. Do stolika zbliżyło się dwóch barczystych mężczyzn ogolonych na łyso, każdy z piwem w dłoni. Byli to ci sami, których nie dalej jak kilka dni wcześniej nazwał "pokazowe tępaki". Boss wpił w nich wzrok, jakby bawił się w "oczy wilka", chciał wyglądać na twardego gościa, pozbawionego skrupułów i sumienia. Przybyli siedli i milcząco czekali na jakikolwiek rozwój akcji. Nie wyglądało, żeby przenikliwy wzrok nieznajomego z naprzeciwka robił na nich wrażenie.
- Słuchajcie, polecił mi was Bastard - zaczął w końcu boss vel Brad Pitt. - Nie wiem czy słusznie, to musicie jeszcze udowodnić, ale wielcy ludzie nie rodzą się wielkimi, tylko się nimi stają.
Przerwał, sondując przez kilka sekund wrażenie, jakie wywarł na nich ten powszechnie znany cytat z "Ojca chrzestnego". Jednakże ani Bastard, ani przybyli nie wydawali się być poruszeni kultowym tekstem. Boss zawiedziony brakiem reakcji powrócił do przerwanego monologu.
- Planuję duży skok, prawdziwy majstersztyk. Do tego chcę brać najlepszych, czyli was. - Ta wypowiedz wywołała już delikatne zainteresowanie.
- Ile wypadnie na ryja? - odezwał się jeden z przybyłych.
- Pół miliona - odpowiedział za bossa Bastard.
Wymieniona suma zrobiła wrażenie. Dwóch ludzi zapatrzyło się w swoje szklanki z piwem, jakby nagle zobaczyli tam coś ciekawego i wydymając wargi udawali, że się namyślają.
- Ile latek można dostać? - odezwał się wyższy.
- Dwa do dwunastu za napad z bronią w ręku. - Bastard miał opanowane wszelkie podstawy prawne.
- Idę w to - burknął wyższy, drugi wyraził swój akces jeszcze krótszym odgłosem. Boss pokiwał z zadowoleniem głową, a następnie przekazał Bastardowi papierową teczkę.
- Tu jest plan. Bastard was wprowadzi, a ja... ja się jeszcze za jakiś czas pojawię. - Machnął ręką na pożegnanie i szybko wyszedł z lokalu.
- Ty, ale jazda, będziemy pół bańki do przodu! - Gdy tylko domniemany szef zniknął, jeden z ogolonych, ten niższy, niespodziewanie się rozgadał.
- Morda w kubeł, ani słowa o robocie - zganił go Bastard. Wyższy z ogolonych położył palec na ustach, a drugą ręką walnął gadatliwego kolegę w czoło. Będą milczeć jak grób. Bastard odwrócił się na moment, żeby nie widzieli jego tłumionego uśmiechu.
Wahanie
Ania i Marcin opadli ciężko dysząc na pościel. Byli ze sobą ostatni raz przed akcją i być może również przed długim okresem rozłąki. Dziewczyna pomyślała, że jest wspaniale i właściwie żałuje, że się zgodziła na to, co zamierzają zrobić. Dała się namówić, bo kocha swojego narzeczonego, ale każdy kolejny dzień przybliżający ich do ostatecznego terminu zasiewał w jej głowie tysięczne wątpliwości. "Czy ten trud, a przede wszystkim długie oddalenie od siebie, są warte zdobytych pieniędzy, choćby i milionów? Jak się zmienimy za te dwa, trzy lata? Co zostanie z naszego wielkiego uczucia?" - gorączkowe myśli rozpalały ją, nie dawały zasnąć i zżerały spokój ducha. Postanowiła, że powie mu o swoich wątpliwościach. Przecież się kochają, robią to dla wspólnej przyszłości, dla wspólnego szczęścia, więc ma prawo wyjaśnić wszystko.
- Marcin - zaczęła. - A gdyby zostało jak jest? Mnie jest dobrze i bez tej forsy, a przecież...
- Słuchaj, jeden skok, dobry bajer, potem odsiedzę swoje i wyrwiemy się stąd. Ile zarabiasz w sklepie? Ile ja mogę tu zarobić? Spójrz na naszych starych. Zniszczeni, zajechani przez tę wieczną biedę. Ja muszę spróbować. Muszę... - Zapatrzył się w okno. Był zdesperowany. Ania zrozumiała, że nie ma szans na zmianę planów. Przytuliła się.
- Dobrze. Uda się, a ja... my będziemy na siebie czekać.
Ubrali się i wyciągnęli na stół ekwipunek. Wszystko było gotowe, punkty planu realizowały się nieubłaganie. Spakowali sprzęt do dużej torby.
- Jedziemy - zakomenderował Marcin. - Najpierw baza. Teren musi być pewny. Żadnych meneli lub innych nieproszonych gości.
Po kilkunastu minutach zajechali pod opuszczone budynki niedaleko torów kolejowych. Kiedyś funkcjonowały tu warsztaty mechaniczne przy lokomotywowni. Obecnie lokomotywownia nie działała, a w budynkach nie widywano już nikogo poza bezdomnymi w zimowe dni oraz sporadycznie łazikującymi poszukiwaczami przygód. W środku walały się śmieci, wiatr hulał przez powybijane szyby. Jednak na miesiąc przed akcją Marcin zajął się opuszczoną posesją. Założył zamek do drzwi, posprzątał, a co najważniejsze, reaktywował skrytkę. Jeszcze jako uczeń zawodówki pracował w tych pomieszczeniach w ostatnich latach działania lokomotywowni. Znał tu każdy kąt. A skrytka i ewentualny sposób jej wykorzystania przyszedł mu do głowy już wtedy. Jednak dopiero teraz dorósł do tego, żeby urzeczywistnić swoje fantastyczne mrzonki sprzed lat.
Weszli do środka, skontrolowali pomieszczenia. Marcin przesunął nieco stół i krzesła, aby ułatwić drogę planowanej ucieczki podczas akcji, następnie podeszli do skrytki.
- Pamiętasz co masz robić? - upewniał się. Anka przytaknęła. Wszystko wiedziała i przećwiczyła, jednak nie spodziewała się, że to będzie dla niej tak trudne. Właśnie uzmysławiała sobie nieubłaganą rzeczywistość. Jeszcze kilka słów, jeszcze jeden pocałunek, a potem tylko czekanie, niepewność i samotność.
- Wrócisz do mnie? - upewniała się.
- Ba! Pewnie. Będziesz milionerką, do takich się leci jak na skrzydłach - zaśmiał się Marcin. Ania pomyślała, że wolałaby usłyszeć inny powód powrotu. Jednak nie było czasu na roztrząsanie uczuć i motywów. Godzina napadu zbliżała się milowymi krokami.
- Będę miał przygotowany telefon. Jak zadzwonię, to znaczy, że jedziemy i będziemy za jakieś trzy minuty. Wtedy ty rozpoczynasz swoją część.
- Wiem - szepnęła i poczuła, że to, do czego się zobowiązała jest chyba najgorszą rzeczą w jej dotychczasowym życiu. Była dzieckiem tej dzielnicy i jeszcze nigdy nie posunęła się do takiej podłości i sprzeniewierzenia tutejszym zasadom. Jeżeli ktoś się dowie, wtedy nie będzie tu dla niej życia.
Pocałowali się na pożegnanie. Marcin vel Bastard zbiegł po schodach, a ona usiadła przy stole i ponuro zapatrzyła się w szarość za oknem.
Skok
Czas wlókł się niemiłosiernie wolno. Na dworze było dość chłodno, pomimo że była to ciepła pora roku. Po torach za opuszczoną lokomotywownią jechał długi pociąg towarowy leniwie stukając kołami o łączenia szyn. Zaraz przejedzie, zniknie za horyzontem. Każdy z dzielnicy marzy o takiej chwili, że wyrwie się stąd, aby rozpocząć lepsze życie gdzieś daleko. Dlaczego więc jest jej tak ciężko, skoro ten jeden numer może to wszystko zapewnić?
Obeszła pomieszczenie, sprawdziła jeszcze raz właz. Skontrolowała również przygotowany worek, w środku szeleściły powiązane w paczki pieniądze pomieszane z fałszywkami. Miała nadzieję, że wystarczą, aby policjanci dali się nabrać, choć na krótki czas. Kolejny pociąg łomotał za lokomotywownią. Nagle zawibrował sygnał smartfona, wybrzmiały dwa sygnały i aparat ucichł. Anka wiedziała, że pierwsza część napadu zakończyła się sukcesem. Zaalarmowana podniosła telefon i wybrała numer na policję.
- Halo! Sprawcy napadu na bank przy ulicy Długiej jadą do opuszczonego budynku warsztatu przy lokomotywowni. Będą tam za dwie minuty na pierwszym piętrze - poinformowała spokojnym głosem, po czym rozłączyła się ignorując pytania dyżurnego o jej personalia. Powinno wystarczyć.
Następnie wciągnęła na głowę kominiarkę. Siedząc samotnie za stołem w zaniedbanej ruderze wyglądała jak postać z filmików bojówek terrorystycznych, które ogłaszają chęć zagłady tej części świata, która nie popiera ich poglądów. Po dwóch minutach usłyszała dźwięk samochodu na podjeździe, a po chwili stukot kroków na schodach i podniesione głosy.
- Ty, Bastard, po cholerę nam ten boss? Siedział tylko w swojej bryce pod bankiem, nawet go dokładnie nie widziałem, a teraz mamy mu oddać tyle hajsu? - gorączkował się jeden z ogolonych.
- Gdyby nie jego informacje, dokumentacja i urobienie strażnika, tobyś miał gówno nie hajs. Boss jest mózgiem, a ty ręką. Co lepiej myśli: ręka czy mózg? - zbeształ go Bastard.
Drzwi otworzyły się z hukiem, wpadło przez nie trzech ludzi, jeden z workiem w ręce. Bastard tak to zaaranżował, że wszyscy mieli kominiarki na głowach. Atmosfera była gorąca i żaden z bandytów nie był zdziwiony tym pomysłem. Tym bardziej, że kominiarki jak najbardziej pasowały do napadu, więc mogły i pasować do podziału łupów. Niewidoczne twarze to był najważniejszy punkt drugiego aktu tej historii. Nie mniej ważnym było jak najmniej gadać. Gdy wbiegli Anka pokazał palcem na zegarek i zachrypiała głosem najniższym z możliwych:
- Długo!
Od miesiąca nie malowała paznokci. Dłonie również podniszczyła pumeksem i kilkoma cięciami noża, żeby wyglądały mniej damsko.
- Forsa! - warknęła ponownie.
Bastard rzucił worek na stół, a ona już bez słowa wskazała na dwóch zbirów współpracujących przy napadzie.
- Liczcie swoje dole! - Bastard rzucił jednemu i drugiemu po kilka plików banknotów. Wszystkie w worku były identyczne - stówki pakowane po sto sztuk. Jednak tamci najwyraźniej nie przygotowali się do odbioru pieniędzy, bo zaczęli gorączkowo przeliczać banknoty, choć każdy kasjer bankowy na pierwszy rzut oka wiedziałby, że jest tego o wiele za mało na pół miliona. Bastard przewidział, że tak się stanie - ogoleni zgłupieją na widok dużej forsy. Ze zdenerwowania i pośpiechu mylili się przy liczeniu, co chwila zaczynali od początku, klęli i sapali. Po około dwóch minutach od wejścia całej trójki pod budynkiem usłyszeli odgłos samochodów i kroki wielu ludzi. Bastard spojrzał przez okno.
- Psy! - syknął. Tamci poderwali się z miejsc. Bastard rozkazał: - Forsę w spodnie i chodu! Ja biorę worek. Ty na strych, stamtąd na dach, ty na koniec tego korytarza, tam jest drabinka pożarowa, a ja tam, do drugiego pokoju. Zeskoczę z gzymsu. Resztę rozliczymy jak się spotkamy!
Wszyscy w panice rzucili się we wskazanych kierunkach. Jak tylko dwóch zbirów wybiegło, Anka otworzyła właz i położyła się w dziurze zwinięta w kłębek, a Marcin wcisnął jej opakowanie z wszystkimi pieniędzmi z akcji. Zamknął pokrywę, zasunął na nią stół. Następnie chwycił drugi, przygotowany zawczasu worek z fałszywkami, przerzucił nogę przez parapet i tak zastygł, jakby w pół kroku. Słyszał odgłosy szamotaniny, okrzyki i strzały na korytarzu. Zgodnie z planem jego kompani z napadu już zostali ujęci. Wiedział, że policjanci zaraz tu będą.
- Stój, policja! Schodź z parapetu i kładź się na podłodze. - Kilka luf celowało w jego kierunku.
Posłusznie wykonał polecenie i przytulił się policzkiem do brudnych desek. Po chwili poczuł kajdanki na rękach i... usłyszał szept ze szpary w podłodze: - Kocham cię, będę czekać.
Aż się spocił na myśl, że któryś z funkcjonariuszy również to dosłyszał. Jednak głos był tak cichy, że dobiegł tylko jego.
Powrót
Brawurowy napad obił się szerokim echem po dzielnicy. Każdy go inaczej przeżywał i wysnuwał różne wnioski z przeprowadzonej akcji. Starszy posterunkowy Watuła zidentyfikował jednego z zatrzymanych jako osobę przechwalającą się potencjalnym bogactwem w wyniku tajemniczej akcji, co dało mu obszerny materiał do przemyśleń o odwiecznym konflikcie priorytetów w pracy stróżów prawa: "niepewna prewencja kontra konkretna wykrywalność". Bastard i jego dwóch pomocników stało się lokalnymi bohaterami ludowymi. Wszystko by się udało, gdyby nie domniemana zdrada tajemniczego bossa, który w niewyjaśniony sposób zniknął z łupem. Postać bossa stała się powszechnie znienawidzona, wielu publicznie poprzysięgło mu zemstę w imię braterskich więzów łączących ludzi czynu z całej dzielnicy, zapowiadając urwanie nóg z tyłka, wydłubanie oczu i przypiekanie na żywym ogniu. Niestety boss pozostał niezidentyfikowany. Dwóch najemników uczestniczących w napadzie widziało go trzy razy - w klubie, w samochodzie przed napadem oraz podczas podziału łupów. Natomiast jego twarz była widziana z bliska jedynie raz i na dodatek w ciemnym pomieszczeniu. Bastard opisał go bardzo dokładnie, ale nie pomogło to ani trochę w ustaleniu tożsamości prowodyra. Przewidywane dwanaście lat za napad z bronią w ręku skróciło się do ośmiu dla dwóch ogolonych typów, Bastard dostał dwa lata odsiadki za pomoc. Wszystko odbyło się zgodnie z planem.
Anka czekała i tęskniła. Dwa lata wydawały się całą wiecznością. Nadal pracowała na zmiany w sklepie spożywczym, mieszkając na poddaszu czynszowej kamienicy. Nie zmieniła trybu życia, jedynie jej koleżanki nieraz dziwiły się, skąd ma pieniądze na wystrzałowy ciuch lub na całodniowy karnet w luksusowym spa. Jednak były to na tyle rzadkie wybryki, że nie sprowokowały głębszej ciekawości otoczenia. Czekała cierpliwie, odliczając dzień za dniem, całkiem jakby to ona siedziała w celi, a nie jej chłopak. Pewnego dnia ktoś zapukał do drzwi. Otworzyła. Marcin stał w progu z promiennym uśmiechem przyklejonym do twarzy, w ręce trzymał bukiet kwiatów.
- Nareszcie! - wrzasnęła dziewczyna i wciągnęła go do środka. Miała właśnie iść do pracy, ale natychmiast porzuciła tę myśl. Marcin wrócił, to było najważniejsze. Kochali się cały dzień, potem całą noc, a następnie cały kolejny dzień. Anka domyśliła się po trzecim nieodebranym telefonie od szefowej, że straciła posadę, ale nic ją to nie obchodziło. Marcin znowu był z nią. Tylko to się liczyło. Na drugi dzień po powrocie chłopak zakomunikował:
- Królewno! Nasze marzenie się spełniło. Jesteśmy piękni, młodzi i bogaci. Jadę teraz zabezpieczyć forsę, a za dzień, najwyżej dwa wracam po ciebie. Szykuj się, mała. Życie stoi przed nami otworem. Las Vegas, Nowy Jork, Bahamy. Czujesz bluesa?
Następnie wyszedł, zabierając pieniądze. Dziewczyna w euforii wywołanej spełnieniem marzeń zaczęła się pakować. Co ze sobą zabrać? Wszystko kojarzyło jej się z tym przeklętym miejscem, bolesnym oczekiwaniem i minionymi miesiącami pełnymi samotności. Po chwili podjęła decyzję - weźmie tylko kilka ubrań. Nikomu nic nie powie, mieszkanie porzuci, po prostu znikną bez śladu. Zostawi za sobą całe dotychczasowe życie. Wszystko będzie nowe, tylko ona i Marcin tacy sami jak kiedyś.
Minął dzień, dwa, cały tydzień, a on nie wracał. Radość zmieniła się w niepokój, niepokój w strach, by następnie przepoczwarzyć się w rozpacz. Co się stało? Nie odbierał telefonu, koledzy z dawnych lat nawet nie wiedzieli, że wyszedł z więzienia. Wychodziło na to, że tylko ona go tu widziała. Czyżby ktoś go zamordował? Jakiś szubrawiec dowiedział się o majątku, zabrał pieniądze i usunął właściciela fortuny? Ta wersja wydawała jej się najbardziej prawdopodobna, innej myśli nie dopuszczała do siebie. Aż do pewnego dnia, kiedy spotkała jego matkę. Nie rozmawiały od dawna. Oskarżała ona Ankę, że to ona nakierowała jej syna na złą drogę i żadne argumenty nie mogły przekonać kobiety, że sytuacja przedstawiała się wręcz odwrotnie. Przeszedł niemal miesiąc od owego feralnego dnia, kiedy Anka widziała Marcina po raz ostatni. Schudła, zszarzała, zapadła się w swoim smutku i niepewności. Zaczynała myśleć o nim jak o zmarłym. W takim stanie spotkała na ulicy matkę Marcina. Pytała już ją o syna zaraz po zniknięciu i wtedy kobieta była równie niezorientowana, co jego znajomi. Jednak sytuacja niespodziewanie się odmieniła.
- Dzień dobry, pani Majeńska. Co nowego? Jakieś wieści od Marcina? - Anka spytała bez większej nadziei na pozytywny odzew.
- A tak, dzwonił przedwczoraj. Mówi, że się urządził. Siedzi w Anglii na budowie - odpowiedziała najzupełniej spokojnie jego matka.
- Co?! - Ankę wręcz zamurowało. - Gdzie, z jakiego numeru dzwonił?
- A jakiś Man-czers-twer, czy coś? Nawet dał adres. A telefon... - poszukała w liście ostatnich połączeń. - O, też mam.
Matka Marcina zostawiła ją oniemiałą z zaskoczenia na środku ulicy z numerem telefonu i numerem skrytki pocztowej w jednym z miast Wielkiej Brytanii. Anka pomyślała, że jeżeli to prawda, jeżeli on żyje i po prostu wziął ich pieniądze i uciekł, to ona...
- Zabiję go, zabiję jak psa. Bastard jeden - mełła groźby pod nosem, przypominając sobie, że nie bez powodu przezwisko jej chłopaka w dzielnicy bierze się z angielskiego określenia "sukinsyn".
Zaczęła codziennie dzwonić pod podany przez matkę numer i pisać listy pod wskazany adres, jednak telefon pozostawał głuchy, a listy również wydawały się płynąć w próżnię. Każdy dzień dorzucał jeden kamyczek na górę jej wściekłości i żalu do wszystkich za wszystko. Za złe i smutne życie, za brak miłości, za biedę, za zdradzone nadzieje. Czas płynął, a góra złych emocji rosła z każdym telefonem i listem.
Kilka razy w roku chodziła ze starymi szkolnymi koleżankami na drinka. Kiedyś zgadało się przy takiej okazji o słynnym napadzie na bank sprzed ponad dwóch lat i jedna z nich, Jolka, opowiedziała bardzo ciekawą historię. Była ona wielbicielką wszelkich seriali telewizyjnych. Oglądała ich mnóstwo, właściwie jej życie było podporządkowane harmonogramowi oglądania kolejnych odcinków telenowel i seriali na Netflixie oraz innych platformach streamingowych, a marzenia i cele życiowe wyznaczane były luksusem widzianym w amerykańskich lub południowoamerykańskich produkcjach. Znała wszystkich odtwórców ról w operach mydlanych, nawet tych mało znanych. No i właśnie ta Jolka kilka razy wspomniała Ance, że była w "Mojito" niedługo przed napadem i widziała, jak Marcin i jeszcze dwóch innych spotkali się w klubie z aktorem, którego ona znała z kilku drugoplanowych epizodów. Chciała nawet wziąć wtedy od niego autograf, ale człowiek ten rozmawiał z nimi krótko, a potem opuścił klub w wielkim pośpiechu. Anka zignorowała początkowo te opowieści, klasyfikując je jako wytwór bujnej wyobraźni koleżanki, która była znana z tego, że żyje w nieco innej rzeczywistości. Jednak kiedy po raz kolejny usłyszała o spotkaniu w "Mojito", zakiełkowało przypuszczenie, że Marcin mógł być zdolny zaangażować kogoś takiego do roli bossa.
- Co to za aktor? - zapytała Jolkę na ich kolejnym babskim spotkaniu.
- Kosmala. Kiedyś grał w epizody w "Sąsiedzkich sporach", teraz dostał coś większego w "Na imię jej Miłość" - odpowiedziała Jolka. - Wyładniał ostatnio. Czytałam, że spotyka się z tą... no, tą, która na Trójce...
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.