Śmierć Artysty - Marek Gaszyński

-
Proszę czekać

 

Wstęp

 

 

Jedni umierali spokojnie, cicho, pogodzeni z tym, że muszą odejść, że ich czas się wyczerpał: Louis Armstrong, Duke Ellington, Ella Fitzgerald, Oscar Peterson, Czesław Niemen, John Lee Hooker, Henryk Wars, Jerzy Petersburski, Władysław Szpilman, Amália Rodrigues, Bułat Okudżawa. Zrobili wszystko, co można było zrobić - za życia stworzyli niemal arcydzieła.

Inni umierali w bólach, ulegając śmierci, którą sami na siebie sprowadzili: Billie Holiday, Edith Piaf, Charlie Parker, Elvis Presley. Niektórzy umierali młodo, na samym starcie, a to, czego dokonali, było niczym wobec tego, co mogli zrobić: Amy Winehouse, Michael Jackson, Jimi Hendrix, Brian Jones. W ciągu paru lat sława, pieniądze, popularność, niezależność obróciły się przeciwko nim. Nie potrafili dostosować się do życia "w nadmiarze", bo wcześniej nie mieli po prostu nic. Umierali bez strachu przed śmiercią, prowokując ją, igrając z nią, choć w bólach i cierpieniach: Janis Joplin, Ryszard Riedel, Jimi Hendrix, Jim Morrison, Włodzimierz Wysocki. Tego ostatniego żegnano jak narodowego bohatera - na okrętach radzieckiej Floty Północnej flagi opuszczono do połowy, gdzie indziej wystawiono księgi pamiątkowe. Również Amália Rodrigues doczekała się przemówień prezydenta, premiera i oficjalnej trzydniowej żałoby narodowej.

Jeszcze inni umierali w chwale, jako wielcy, na oczach ludzi, w swej śmierci nie mając nic do ukrycia. Niczego nie musieli się wstydzić. Życie mieli piękne, śmierć spektakularną, wyreżyserowaną: ze wstępem, rozwinięciem, kodą - Frank Sinatra, Irving Berlin, Ray Charles, Johnny Cash. Świat towarzyszył im, otwartymi oczami patrzał na ich umieranie jak na wielkie widowisko: odejścia ze sceny, powroty, pożegnania, przekomarzania się z publicznością (Sinatra), bycie moralnym autorytetem (Cash) albo wielkim kompozytorem (Berlin) czy wielką narodową pieśniarką (Rodrigues). Niektórzy z nich ze śmiercią walczyli do ostatnich dni, mając nadzieję, że ich nie dosięgnie. Planowali życie na następne dni: Cash i Charles chcieli nagrywać nowe płyty, Komeda zabierał się do pisania nowej muzyki filmowej, Ordonka do ostatnich dni coś pisała, tworzyła, podobnie jak Hemar, który na ten temat napisał nawet wiersz:

Skończyłem lat sześćdziesiąt I myślę: Boże złoty, Toć nie zrobiłem jeszcze Połowy mej roboty,

Ni jednej trzeciej, ani Jednej mizernej ćwierci. Taki wciąż niedojrzały, A tak już blisko śmierci...

Niektórzy mieli wielkie, teatralne niemal spektakle pośmiertne, ukazujące ich życiowe problemy, słabości - Violetta Villas, Jim Morrison, Michael Jackson, Jimi Hendrix. I nawet potem nie dano im spokoju, roztrząsając ich losy, walcząc o ich majątki i próbując dojść prawdy o ich śmierci.

Byli i tacy, którzy umierali przypadkowo, za wcześnie, bez powodu, bez walki - nagle i bez uprzedzenia: Stevie Ray Vaughan, John Lennon, Andrzej Zaucha, Grzegorz Ciechowski, Krzysztof Klenczon, Jonasz Kofta, Jaco Pastorius, Krzysztof Komeda. Odeszli jakby w pół drogi, choć to, czego dokonali, wystarczyłoby na całe życie. Spadający na ziemię samolot, kilka oddanych strzałów, zadławienie, nagła śmierć w szpitalu, niemal na rękach lekarzy, atak nieuleczalnej choroby, jakaś wycieczka w góry zakończona upadkiem, który wszystko przerwał. Jedni odchodzili nagle, nie mając czasu pomyśleć o swej śmierci, inni ją planowali - George Harrison wybrał miejsce, gdzie chciał umrzeć, a Janis Joplin z góry opłaciła zespół (Grateful Dead), który zagrał na jej pośmiertnym przyjęciu.

Niektórzy umierali, bo chcieli umrzeć, bo zaprosili śmierć, bo się na nią przygotowali: Kurt Cobain i Ian Carr - w rozpaczy, bo bali się życiu spojrzeć w oczy, Sid Vicious - ze strachu, bo bał się więzienia, odosobnienia, samotności.

Umierali z głodu (Karen Carpenter), przez własną nierozwagę (Cozy Powell), w wyniku pobicia (Jaco Pastorius), od trucizny (Robert Johnson, Jimmie Lunceford), krok po kroku (Ella Fitzgerald - najpierw straciła wzrok, potem palec, a następnie obie nogi), przez własny szal, śmiertelnym węzłem zaciskający się na szyi (Isadora Duncan), od kuli z pistoletu (Andrzej Zaucha, Sam Cooke, Marvin Gaye, Tupac Shakur, Peter Tosh, Chano Pozo), spadając ze skały (Krzysztof Komeda), od ran po wypadku (Krzysztof Klenczon), w szpitalu (Chick Webb, Tony Williams, Grzegorz Ciechowski, Stéphane Grappelli), w domu przyjaciół (Sid Vicious, Charlie Parker), w wypadku lotniczym (Anna Jantar, John Denver, Carlos Gardel, Stevie Ray Vaughan, Buddy Holly, Glenn Miller, Ricky Nelson, Otis Redding, Jim Reeves, Patsy Cline), w łazience na podłodze (Elvis Presley), na obczyźnie (Ordonka, Marian Hemar, Krzysztof Klenczon), w wannie (Jim Morrison), na tylnym siedzeniu pędzącego w noc auta (Hank Williams), w wypadku samochodowym (Eddie Cochran, Falco, Johnny Kidd, Clifford Brown) czy motocyklowym (Duane Allman, Berry Oakley), na raka (Jacek Kaczmarski, George Gershwin, Czesław Niemen), od nadmiaru leków (Elvis Presley, Michael Jackson), alkoholu (Jimi Hendrix, John Bonham), alkoholu i narkotyków (Janis Joplin), z rąk szaleńca (John Lennon)...

Umierali przez zaniedbanie - Miles Davis i Bob Marley zapewne mogliby uciec śmierci, gdyby się tylko na to zdecydowali. Włodzimierz Wysocki umarł, bo zabrakło mu narkotyku, a nie mógł go nigdzie kupić, bo na czas olimpiady milicja oczyściła Moskwę z dilerów - zaczął więc pić, by uśmierzyć głód narkotykowy, i pił tak przez całe igrzyska, nie zwracając uwagi na deszcz medali, który spadał na jego kraj. Umarł, bo miał umrzeć - wszystko jedno czy jako alkoholik, czy jako narkoman.

Wielu umarło "dzięki" heroinie (Frankie Lymon, Jim Morrison, Sid Vicious, Tim Hardin), na AIDS (Freddie Mercury, Tom Fogerty, Liberace, Ofra Haza), kilku muzyków zabił prąd (Claude François, Keith Relf, John Rostill), Sonny Bono zginął na nartach, uderzając w drzewo, kilka osób podczas snu udusiło się własnymi wymiocinami (Jimi Hendrix, Bon Scott, Tommy Dorsey, John Bonham). Bing Crosby zmarł podczas gry w golfa, Steve Marriott spłonął w pożarze, Al Bowlly podczas wojny zginął od bomby, która wybuchła przed jego domem, kilku innych się utopiło (Johnny Burnette, Randy California, Dennis Wilson, Brian Jones).

Wielu dobrych muzyków zabrały samobójstwa. Oto kilku spośród tych, którzy targnęli się na własne życie: Pete Ham, Donny Hathaway, Michael Hutchence, jazzowy puzonista J.J. Johnson, jazzowy pianista Mieczysław Kosz, członek zespołu The Band, Richard Manuel, trębacz jazzowy Chet Baker, twórca hitu Telstar, Joe Meek, starzejący się rockandrollowiec Del Shannon czy brytyjski muzyk Graham Bond, który rzucił się pod pociąg.

Dziś jest więcej sposobów umierania niż kiedyś. Dziś własną śmierć można zaplanować - tak zrobił George Harrison. Dziś zresztą wszystkiego jest więcej niż kiedyś, łącznie z narkotykami. W latach czterdziestych w pępku świata, czyli na skrzyżowaniu Broadwayu i 52nd Street, w czasach, gdy grywali tam Charlie Parker, Dizzy Gillespie i Miles Davis, było tylko kilka gatunków narkotyków, a nadawane im nazwy pochodziły od zabarwienia: blues, amyetal blues, blue heavens, yellow jacketts, red birds albo red devils, rainbows tuinal czy red lights seconal. Charlie Parker lubił "mieszać kolory", nie poprzestając na jednym czy dwóch: wszystko wlewał do kubka i jednym haustem wypijał.

Można po sobie zostawić porządek, dzieląc dobytek i przyszłe tantiemy za płyty, albo sprowadzić na spadkobierców rozliczne problemy, istny chaos. Po zmarłym można odziedziczyć majątek, przyszłe tantiemy, ale też długi. Śmierć może być wybawieniem dla tych, którzy pozostają, i wielką stratą dla innych. Elvis Presley na przykład pozostawił taki majątek, że jego córka i była żona do dziś mają wszystkiego w nadmiarze, a i wierni towarzysze co nieco na tym skorzystali. Śmierć Elvisa była dla jednych ulgą (była żona Priscilla), dla drugich osobistą stratą (jego ojciec Vernon), dla innych stratą finansową (Elvis Mafia, znana jako Memphis Mafia, ochroniarze, impresario, wszyscy "krewni i znajomi królika"), a szokiem dla fanów. Graceland w Memphis w stanie Tennessee jest miejscem, gdzie zmarł król, symbol nowej, choć dla wielu już starej Ameryki. Dla młodych Elvis jest nikim, choć przyznają, że coś musiało w nim być, skoro babcia ciągle go wspomina, a dziadek czasem wyciąga jego winyle. Graceland - jak mur chiński, wieża Eiffla, Tadż Mahal czy Kreml - jest pomnikiem geografii i historii narodu. Śmierć Elvisa dla wielu znaczyła coś więcej niż tylko śmierć.

Był okres, kiedy umieranie było modne - na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wypadało umrzeć u szczytu sławy, w chwale. Tak odeszli Janis Joplin, Jim Morrison, Brian Jones czy Jimi Hendrix. Pić, brać, zapomnieć o świecie po udanym i dobrze "opitym" koncercie, nurzać się w rozkoszach i... umrzeć. Młode gwiazdy tamtych lat nie myślały o swych wysokich zarobkach, o długim życiu w luksusie, o bezpiecznej przyszłości. Grać, śpiewać, koncertować, nagrywać, a potem wydawać, przepijać, tracić w wesołej kompanii, balangować. Z czasem ta filozofia zmieniła się: artyści nie chcieli już tracić wielkich pieniędzy, bogatej przyszłości, luksusowych domów, rezydencji, kolejnych drogich aut, przedwcześnie umierając. W latach osiemdziesiątych wśród muzyków rockowych mniej już było tak "spektakularnych" śmierci, jak dekadę wcześniej. Co nie znaczy, że nie było ich wcale...

Sama śmierć powoli stawała się widowiskiem ukoronowanym wielkim show na cmentarzu. Fascynację śmiercią osób pozornie nieśmiertelnych napędzają media, Hollywood, kolorowe magazyny, cały ten przemysł śmierci, który do granic możliwości wyspecjalizował się w pochówku. Skala publicznego opłakiwania śmierci Johna Lennona czy kilkadziesiąt lat wcześniej Johna Fitzgeralda Kennedy'ego stawia pytania, czy nie jest to element wieloantraktowej sztuki teatralnej, podczas której nieustannie czekamy na kolejną odsłonę barwnej śmierci i mieszaninę świata mediów, polityki, sportu i muzyki, głębokiego żalu, ale też showmaństwa i celebry. A może niektórzy ludzie już tak bardzo się nudzą, tak bardzo nie mają co robić, że rozrywką staje się rekreacyjne uprawianie żałoby. Może już tak bardzo zżyliśmy się z celebrytami, że ich śmierć przeżywamy jak śmierć osób nam najbliższych. A może tak zwani ludzie prości są tak bardzo zmanipulowani przez polityków i media, że płaczą tylko wówczas, gdy widzą innych płaczących.

W przypadku JFK ludzie chyba nie wiedzieli, czemu płaczą, bo przecież prócz zatrzymania Związku Radzieckiego i Kuby w ich ostatnim kroku ku wojnie światowej ten przystojny prezydent niczego jeszcze nie dokonał. Płakano z żalu, z żalu nad młodą, piękną pierwszą damą, nad małym chłopcem, który z poważną miną salutował nad trumną. Wszystko starannie wyreżyserowane i nagłośnione. Godziny najlepszej oglądalności poświęcono na pożegnanie prezydenta. W tym dniu amerykańskie telewizje pokazywały inną, tak rzadko prezentowaną, patriotyczną twarz. A zatem trzeba śmierci, by wzbudzić uczucia miłości do narodu i jego historii.

Przedwczesna śmierć celebrytów nie tylko pociąga za sobą wzrost uwielbienia dla odchodzących, ale także ułatwia im przejście do nieśmiertelności. W sporcie, zwłaszcza w sportach widowiskowych, ekstremalnie trudnych, ale także w show-biznesie przedwczesna śmierć zdarza się znacznie częściej niż w innych kręgach społecznych. Natomiast pisarze, poeci, literaci znacznie częściej - dziesięć, dwadzieścia razy częściej - popełniają samobójstwo, bardziej podatni są na wszelkie formy depresji, myśli i czyny samobójcze. Wystarczy przypomnieć samobójstwa wielkich pisarzy. Sylvia Plath - znana choćby jako autorka powieści biograficznej Szklany klosz - w wieku zaledwie trzydziestu jeden lat odebrała sobie życie, trując się gazem. Traciła pamięć, jednak zachowała na tyle przytomności, by przed uwolnieniem gazu zamknąć dwójkę dzieci w dobrze izolowanym pokoju. Virginia Woolf po kilku próbach samobójczych w silnym stanie zaburzenia psychicznego utopiła się w rzece. Rafał Wojaczek, młody poeta, zbyt dużo pił i po jednym z kryzysów psychicznych przedawkował leki.

Przedwcześnie zmarli celebryci, umierając, pozostają jakby zamrożeni w czasie, dzięki czemu nigdy się nie zestarzeją. Świat będzie ich pamiętał jako ludzi młodych, bo nie doczekali się innej twarzy. Ciekawe jest też to, że wartość celebryty wzrasta wraz z wydłużaniem się okresu oczekiwania na jego śmierć. Weźmy choćby ostatnie występy artystów przed śmiercią: nawet jeśli ich poziom artystyczny pozostawia wiele do życzenia, przez sentyment oceniane są entuzjastycznie i lepiej, niż na to zasługują. Ważniejsze i bardziej liczące się są też długo wyczekiwane nagrody, jak te przyznawane za całokształt działalności. Henry Fonda całe życie czekał na Oscara, którego, tuż przed śmiercią, dostał za swój ostatni film Nad złotym stawem.

Stale rosnąca liczba - bo na pewno nie jakość - łatwo dostępnych środków masowego przekazu znacznie ułatwia identyfikację z celebrytami: skoro ONI są wszędzie, spoglądają na mnie z ekranu telewizora i monitora, z gazet i kolorowych tygodników, to znaczy, że jest ICH wielu, że są ważni, że nie można się bez nich obejść. I tak szary Kowalski zaczyna się z nimi identyfikować, zawierać w pewnym sensie bliską znajomość. A potem, gdy umierają, ten sam Kowalski odczuwa ich brak, jakby umarł ktoś mu bliski - na krótko, co prawda, bo zaraz umrze ktoś inny...

Powoli, coraz bardziej zbliżając się do modelu fikcyjnych znajomości, fikcyjnej bliskości, fikcyjnego życia uczuciowego, tracimy jakby obraz własnego życia: rzadziej na nie spoglądamy i staje się ono dla nas mniej istotne. To, co my sami robimy na co dzień, ma mniejszą wagę niż małżeństwa i rozwody Madonny, romanse Britney Spears czy licznie adoptowane dzieci Angeliny Jolie. Mniej niż kiedyś utożsamiamy się z najbliższym otoczeniem, z rodziną, nawet z sąsiadami. Bliższa jest nam czasem koleżanka z pracy, która prenumeruje mnóstwo kolorowych gazetek i zna wszystkie najnowsze plotki, niż własna siostra czy matka. Mniej angażujemy się w swoje życie czy życie córki lub syna, który gra jako skrzydłowy i chce nas koniecznie zaciągnąć na mecz swojej drużyny szkolnej. Więcej wiemy o historii romansów Justina Timberlake'a niż o sprawach naszego lokalnego społeczeństwa.

Bywa tak, że własny styl życia próbujemy dopasować do stylu życia ulubionych celebrytów lub bohaterów oglądanych codziennie seriali - staramy się im w czymś dorównać. Tylko, niestety, nie mamy w czym. I tak poświęcamy naszym idolom coraz więcej czasu, nawet gdy ich już nie ma na świecie.

"Te wielkie i publiczne śmierci, których widzami jesteśmy, mogą się wydawać niesmacznym spektaklem dla gawiedzi spragnionej wciąż świeżego czy raczej wciąż nowego martwego mięsa - pisze w "Dużym Formacie" Joanna Bator. - [...] mamy miliony wizerunków śmierci, wśród których możemy przebierać jak na jarmarku. Człowiek bowiem potrzebuje kontaktu ze śmiercią [...] i wiem, że pod płytką potrzebą sensacji jest coś jeszcze: pragnienie zrozumienia i oswojenia tego, co nieuniknione"1.

Śmierć celebryty, o ironio, generuje znaczny wzrost jego zarobków, czego sam, niestety, nie może już docenić. Ludzie kupują jego płyty, bo "on już nigdy przecież nie zaśpiewa": tydzień po śmierci Presleya w zestawieniu najpopularniejszych longplayów w Stanach Zjednoczonych piętnaście należało do niego. Okazuje się, że to, co po celebrycie zostaje, może mieć większą wartość niż to, co tworzą żyjące gwiazdy czy gwiazdki. Jeden z najsłynniejszych amerykańskich graczy w baseball, Mickey Mantle, używał kijów, ubrań i piłek pewnej firmy - po jego śmierci sponsor zauważył znaczący wzrost dochodów uzyskanych ze sprzedaży. Pośmiertnie wydawane płyty i książki są bardzo lukratywnym towarem, a wydawcy zarabiają na nich więcej niż za życia autorów. Dwanaście lat po śmierci Vladimira Nabokova wydano dziesięciotomowy zbiór jego rękopisów, którego nakład przeszedł wszelkie oczekiwania.

Nowe możliwości dają także nowinki technologiczne, dzięki którym można zwiększyć nakład płyt artystów już nieżyjących lub zyski żyjących, ale sięgających do dorobku innych. Nastąpił renesans zainteresowania starą piosenką Nat King Cole'a, Unforgettable, gdy jego córka, Nathalie Cole, po śmierci ojca dograła swój głos do jego głosu i wydała piosenkę na longplayu. To samo było z płytą Hanka Williamsa, gdy najpierw jego syn, Hank Williams jr, dodał swój głos do głosu ojca, a potem wnuk, Hank Williams III, do głosu dziadka i ojca dołożył własny. Frank Sinatra dawno już nie żył, gdy został mianowany do nagrody Grammy, kiedy to Céline Dion wykorzystała jego głos w specjalnym nagraniu. Tak samo Beatlesi, gdy odnaleziono nieznane próbne nagrania Lennona Free as a Bird i Real Love, dograli do tego swoje głosy i instrumenty.

W Stanach Zjednoczonych jest firma, dzięki której w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Louis Armstrong (nieżyjący od roku 1971) w reklamie beztrosko pije sobie coca-colę, Groucho Marx (nieżyjący od roku 1977) tańczy z Paulą Abdul, Janis Joplin (nieżyjąca od roku 1970) wygodnie siedzi w aucie Mercedes Benz, o którym śpiewała piosenkę, a Fred Astaire (nie ma go już na świecie 24 lata) bryka z odkurzaczem po salonach...

W 2001 roku magazyn "Forbes" opublikował ranking nieżyjących artystów, którzy nadal zarabiają krocie. Przewodził im Elvis Presley (35 mln dolarów rocznie), potem rysownik Charles M. Shulz (20 mln dolarów), John Lennon (20 mln dolarów), pisarz Theodor "Dr Seuss" Geisel (17 mln dolarów) i Jimi Hendrix (10 mln dolarów).

Celebryci nie muszą sami generować zdarzeń, by zapewnić sobie miejsce w historii kultury - robią to za nich inni. Przeróżne akcje - takie jak Hall of Fame czy Lifetime Awards - upamiętniają dorobek i historię różnych artystów, a także sportowców i ludzi nauki. Poczta amerykańska wydaje milionowe nakłady znaczków pocztowych z podobiznami nie tylko byłych prezydentów i ojców narodu, ale także aktorek, muzyków oraz znanych sportowców2. Mały znaczek pocztowy, na który niewiele osób zwraca uwagę, potrzebny jest podtrzymaniu legendy. Jeden rzut oka przy wyjmowaniu koperty ze skrzynki pocztowej i "O! Armstrong!" - na moment budzi się wyobraźnia, widzimy czarnoskórego, uśmiechniętego mężczyznę z szeroko rozłożonymi ramionami, jak stoi przy fortepianie, i słyszymy Hello, Dolly. Tak powracamy do legendy, do historii - w tym wypadku są one nierozerwalne. Legenda czy mit - bez nich nie da się żyć.

Mit, jak pisze Jan Z. Brudnicki we wstępie do książki Kaskaderzy literatury, to "twórczość i dzieje życia, czyli fabuła życiem pisana. Są tam elementy znaku wizualnego, symboliki, tajemnicy imaginacji, sakralizacji. A więc są składniki alegorii przybliżającej do mitu"3. Mit wyjątkowo silnie działa na naszą wyobraźnię, gdy mamy do czynienia ze śmiercią i sztuką, a to właśnie jest tematem tej książki. Czy sztuka umiera wraz z jej twórcą? Jak długo po śmierci artysty żyją jego dzieła? Wiemy, że bardzo długo: rzeźby, obrazy, muzyka klasyczna, poezja, architektura są tego przykładem. Ale piosenka, temat jazzowy, płyta, solówka w utworze jazzowym, ulotna melodia - to wszystko też żyje dłużej niż twórca...

Od czego zależy długość życia? Co trzeba zrobić, by przejść do nieśmiertelności? To trudne pytanie i nie podejmuję się udzielić na nie odpowiedzi, w sztuce bowiem jest tyle nieprzewidywalnego...

W roku 1997 blisko pięćdziesiąt tysięcy osób obserwowało w Memphis obchody dwudziestej rocznicy śmierci Elvisa Presleya. Dwudziestego czwartego listopada 2011 roku na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej" można było znaleźć wielkie zdjęcie i artykuł o Freddiem Mercurym w dziesiątą rocznicę jego śmierci4. Na Hollywood Forever Cemetery tysiące ludzi opłakiwało Rudolfa Valentino, który zmarł osiemdziesiąt lat wcześniej w wieku trzydziestu jeden lat. A przy paryskim tunelu tysiące pochylały się nad wspomnieniem o Lady Dianie w czternastą rocznicę jej śmierci. Dziś ludzie, zamiast łączyć się z innymi i walczyć o wspólne cele, łączą się, by opłakiwać śmierć swych idoli. Identyfikują się z nimi i wydaje im się, że nadal wraz z nimi dorastają.

Tytuły niektórych piosenek o śmierci i umieraniu:

The End, The Doors (1967), kompozycja: Jim Morrison i The Doors St. James Infirmary, Louis Armstrong (1928), temat tradycyjny Gloomy Sunday, Billie Holiday (1941), kompozycja węgierskiego muzyka Rezső Seressa (1933) - podobno odtwarzana na Węgrzech spowodowała samobójczą śmierć wielu osób; sam kompozytor w roku 1968 popełnił samobójstwo, skacząc z okna Johnny Remember Me, John Leyton (1961) The Great Gig in the Sky, Pink Floyd (1973), kompozycja: Rick Wright Ben, Michael Jackson (1972), kompozycja: Don Black i Walter Scharf Lady D'Arbanville, Cat Stevens (1970) Honey, Bobby Goldsboro (1968), kompozycja: Bobby Russell Ode to Billie Joe, Bobbie Gentry (1967) Hey Joe, Jimi Hendrix (1966), temat tradycyjny, kompozycja: podobno Billy Roberts Seasons in the Sun, Terry Jacks (1974), kompozycja: Jacques Brel (1961) I'll Be Missing You, Puff Daddy (1997), kompozycja: Puff Daddy i Faith Evans - poświęcona pamięci zmarłego rapera The Notoriousa B.I.G., oparta na piosence zespołu The Police, Every Breath You Take And When I Die, BS&T (1969), kompozycja: Laura Nyro (1966) Die Young, Black Sabbath (1980) Epitaph, King Crimson (1976), słowa: Peter Sinfield In My Time of Dying, blues Blinda Willie'ego Johnsona (1927), Led Zeppelin (1975) Knockin' on Heaven's Door, Bob Dylan (1973) One Sweet Day, Mariah Carey i zespół Boyz II Men (1992) Spirit in the Sky, Norman Greenbaum (1970) Swing Low, Sweet Chariot, nagranie gospel Fisk Jubilee Singers (1909) The Show Must Go On, Queen (1991), kompozycja: Brian May The Sun Ain't Gonna Shine Anymore, Frankie Valli (1966), kompozycja: Bob Gaudio i Bob Crewe This Wheel's of Fire, The Band (1967), kompozycja: Bob Dylan i Rick Danko Papa Was a Rollin' Stone, The Temptations (1972), kompozycja: Norman Whitfield

Klub 27

Wielu fascynuje się słynnym Klubem 27 - znanym jako 27 Club lub Forever 27 Club - do którego "zapisać się" można tylko po własnej śmierci... Członkami Klubu są celebryci, którzy zmarli w wieku dwudziestu siedmiu lat. Tam nikt nie sprawdza listy obecności, nikt nie płaci składek, nie ma rady nadzorczej ani zarządu. Książka The 27s: The Greatest Myth of Rock & Roll - napisana przez Erica Segalstada, ilustrowana przez Josha Huntera - zdobyła srebro w dorocznej klasyfikacji niezależnych wydawców związanych z popkulturą, Independent Publisher Book. Opisuje życie, dorobek i śmierć Roberta Johnsona, Briana Jonesa, Janis Joplin, Jimiego Hendrixa, Jima Morrisona, Kurta Cobaina, a także wielu innych muzyków i wokalistów, ludzi na świeczniku, którzy zmarli w dwudziestym siódmym roku swego życia. Książka to zbiór ich portretów. Jest tam wielu artystów w Polsce nieznanych, ale są też: Rudy Lewis z The Drifters, Alan Wilson z Canned Heath, Ron McKernan z Grateful Dead, Pete Ham z Badfinger, Gary Thain z Uriah Heep czy Richey James Edwards z Manic Street Preacher. I lista się wydłuża... W roku 2011 dołączyła do Klubu Amy Winehouse. Książka udowadnia, że dwadzieścia siedem lat to wiek krytyczny, przełomowy, wiek, w którym odeszło więcej osób niż w innych latach. Owszem. I co z tego wynika?

W kategorii rocka pierwsi członkowie Klubu 27 to Hendrix, Morrison i Joplin. Potem dochodzili inni, a w roku 1994 Cobain, który - wedle słów jego siostry - mówił, że chce zostać kolejnym członkiem Klubu.

Oto doskonali muzycy, przed którymi sława i uwielbienie stały otworem. Odeszli młodo - większość ich na skutek uzależnienia od narkotyków lub alkoholu.

Lista członków Klubu 27:

Robert Johnson - wokalista, gitarzysta, kompozytor, klasyczny wykonawca utworów bluesowych i kompozytor wielu z nich (m.in. Sweet Home Chicago, Cross Road Blues). Zmarł, otruty przez zazdrosnego męża jednej ze swych kochanek, w roku 1938 Rudy Lewis - wokalista RnB grupy The Drifters (1960-1964). Nagrał z zespołem m.in. On Broadway i Up On the Roof. W maju 1964 roku znaleziony martwy w swym apartamencie - przyczyny śmierci do dziś nie poznano, choć podejrzewa się, że było to przedawkowanie narkotyków Brian Jones - zob. str. 187 Alan "Blind Owl" Wilson - gitarzysta zespołu Canned Heat, także wirtuoz w grze na harmonijce ustnej. Śpiewał pierwszy głos w nagraniach Going up in the Country i On the Road Again. Wielokrotnie próbował popełnić samobójstwo. Zmarł z przedawkowania Jimi Hendrix - zob. str. 145 Janis Joplin - zob. str. 195 Jim Morrison - zob. str. 265 Ron "Pigpen" McKernan - gitarzysta i kompozytor grupy Grateful Dead uzależniony od alkoholu. Przez choroby i nałóg zmuszony do opuszczenia zespołu. Zmarł w marcu 1973 roku Peter Ham - gitarzysta i kompozytor brytyjskiej grupy Badfinger. Mimo sukcesów zespołu cierpiał na ustawiczny brak pieniędzy - popełnił samobójstwo w kwietniu 1975 roku. W liście pożegnalnym wskazał menedżera grupy jako winnego jego śmierci (inny członek grupy Badfinger, Tom Evans, próbował zbadać okoliczności tej sprawy - w roku 1983 on również popełnił samobójstwo) Gary Thain - gitarzysta basowy Keef Hartley Band, a następnie Uriah Heep. Zmarł na skutek przedawkowania heroiny w roku 1975 Mia Zapata - członkini punkowej grupy The Gits. Znaleziono ją martwą, pobitą i zgwałconą przed jednym z klubów w Seattle w lipcu 1993 roku Kurt Cobain - zob. str. 63 Kristen Pfaff - basistka zespołu Hole, założonego po śmierci Kurta Cobaina przez wdowę po nim, Courtney Love. Znaleziona martwa po przedawkowaniu heroiny w czerwcu 1994 roku Richey Edwards - gitarzysta, wokalista i kompozytor zespołu Manic Street Preacher. Cierpiał na depresję i anoreksję. Zniknął nagle w styczniu 1995 roku - podejrzewano samobójstwo Sean Patrick McCabe - wokalista i kompozytor amerykańskiej grupy hard rockowej Ink & Dagger. W sierpniu 2000 roku po libacji alkoholowej zakrztusił się swymi wymiocinami i zmarł Levi Kereama - laureat szóstego miejsca w australijskiej edycji programu "Idol" w roku 2003. W październiku 2008 roku wypadł z hotelowego okna na dwudziestym piętrze - jedni podejrzewają samobójstwo, inni wypadek Amy Winehouse - zob. str. 413

Czy można było im pomóc? W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych świadomość w zakresie leczenia uzależnień nie była jeszcze rozwinięta, wiedza o sposobach leczenia także. Ale dziś również nie zawsze udaje się zmotywować uzależnionego, by podjął próbę ucieczki od nałogu.

Rodzi się pytanie, które nieraz stawiali sobie publicyści, dziennikarze, lekarze, terapeuci, artyści: czy te nałogi - narkomania, lekomania, alkoholizm - pozytywnie wpływały na rozwój ich talentu, muzycznego czy jakiegokolwiek innego. Czy w tych konkretnych przypadkach istniała zależność między "braniem" a "tworzeniem", zależność pozytywna, rzecz jasna? Być może. Być może środki uzależniające pobudzały talent, rozwijały go, stymulowały "odjazd" na taki poziom, na jakim tworzy się rzeczy wielkie: kompozycje, teksty, solówki instrumentalne. Czy "wyleczenie" odebrałoby ten nadzwyczajny dar, tę łatwość tworzenia na najwyższym poziomie? Być może. Być może sprowadziłoby artystę do poziomu zwykłego zjadacza chleba. I może to właśnie powstrzymywało przed zdroworozsądkowym i systematycznym wychodzeniem z nałogu.

Trudno dziś ważyć na dwóch szalach abstynencję i nadzwyczajną erupcję talentu, trudno oceniać, czy wstrzemięźliwość Joplin, Hendrixa, Morrisona, Parkera bądź Holiday pozbawiłaby świat jazzu i rocka dzieł, jakie stworzyli, mówiąc krótko i brutalnie, czy warto było poświęcić życie dla sławy. A jednak wydaje się, że żadne z nich nie myślało w tych kategoriach, nie roztrząsało tych problemów. Opieka lekarska, sterylne strzykawki, zmniejszenie działek tak, by nie groziły śmiercią - wszystko to na pewno przedłużyłoby im życie, ale kto o tym wtedy myślał? Zresztą czy można sobie wyobrazić Jimiego Hendrixa, Janis Joplin, którzy piją tylko wtedy, kiedy pozwoli im na to lekarz, i tylko tyle, na ile on wyrazi zgodę?

Używam tu czasem określenia "śmierć przedwczesna", ale właściwie co to takiego... Która śmierć jest przedwczesna, która "w porę", a która "zbyt późna"? Na to pytanie starają się dać odpowiedź autorzy książki Kronika śmierci przedwczesnych, Piotr Sarzyński i Maja Wolny5. We wstępie piszą, że bohaterów książki łączy jedno: "wszyscy utracili życie, zanim zdążyli się zestarzeć. Nawet ci, którzy do śmierci dążyli, byli zbyt młodzi, żeby umrzeć". Autorzy powołują się też na słynną frazę: "wybrańcy Bogów umierają młodo". A umrzeć młodo, jako młody artysta, to znaczy otrzymać pośmiertny pomnik w sensie dosłownym i w przenośni. Gdy śmierć zabiera w młodym wieku kogoś znanego, rodzi wokół niego kult, mit, legendę, a "żałoba przeradza się w wiecznie żywy festiwal pamięci".

Pisząc tę książkę, do tego festiwalu dołączam, uważam bowiem, że ludzie, których życie i śmierć tu przypominam, na wieczny festiwal, karnawał nie tylko zasługują, ale on im się po prostu należy - bezwzględnie i bezustannie. Mimo że już nie żyją, nadal występują, grają, śpiewają, piszą czy komponują...

I jeszcze tylko kilka zdań o jazzie, bo przecież wielu bohaterów tej właśnie muzyki umierało tragicznie - nagle, przedwcześnie i niepotrzebnie - co na kartach tej książki opisałem.

Historia jazzu nierozerwalnie wiąże się z plagami, jakie nawiedziły XX wiek, a jej początki koegzystują z tym wszystkim, co w społeczeństwie amerykańskim było złe, głównie z nietolerancją dla odmiennego koloru skóry. Mimo to już z końcem pierwszej wojny światowej nowa wówczas muzyka jazzowa stała się dla świata symbolem Ameryki, podobnie jak towarzysząca jej w latach dwudziestych prohibicja: obchodzenie jej i walka z nią. Wielki Kryzys przyniósł zapowiedź końca tej ery, a jej finał nastąpił w klubach prowadzonych przez gangsterów, którzy z oczywistych względów sprzeciwiali się zakazowi. Ten kryminalno-alkoholowy element nie przyczynił się do stworzenia jazzowi dobrej reputacji, nie zatrzymał też potoku alkoholu, który płynął do gardeł wielu jazzmanów. Kiedy w latach czterdziestych kończyła się era swingu, ogniwo łączące jazz i alkohol było już bardzo mocne.

Po drugiej wojnie światowej jazz stał się częścią artystycznego tygla, który buzował w szybko odbudowującym się i rozwijającym świecie. Nowe środowisko kryminalne niebawem dodało do alkoholu narkotyki, które wkrótce stały się jednym z ulubionych dań muzyków jazzowych. Spożycie tych nielegalnych, przynoszących śmierć substancji potwierdziło tylko opinię, że jazz to diabelska muzyka. Precyzyjny i delikatny styl swingowy został wyparty przez wibrujące tempo bebopu. Późniejsze eksperymenty z cool jazzem, hard bopem, modalnym jazzem i free jazzem - bez konkretnej formy - zostały nazwane przyszłościową muzyką, natomiast revival, czyli powracający jazz tradycyjny z Nowego Orleanu i Chicago, trafił tylko w kilka miejsc na mapie świata. Jazz nadal dzieliły stylistyczne i rasowe różnice, i to mimo aury elitarnego szacunku istniejącego w niektórych centrach akademickich czy na scenach Lincoln Center i Kennedy Center.

W ciągu ostatnich stu lat jazz zmienił się znacznie, ale chociaż wszedł na salony i do świata akademickiego, jego pierwotny wizerunek muzyki grzechu i rozpusty trzyma się mocno. Nadal oceniany jest inaczej niż symfonie i arie wykonywane w Carnegie Hall czy Metropolitan Opera, choć okazjonalne jam sessions odbywają się także w Białym Domu. I niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że jako muzyka prostaków i "czarnuchów" jazz zmagał się ze wszystkimi wstydliwymi przeszkodami i chorobami XX wieku, by stać się klasyczną muzyką Ameryki. Ale nawet wówczas, gdy błazeńska twarz Dizzy'ego Gillespiego, uśmiechnięta facjata Louisa Armstronga czy mądre oczy Duke'a Ellingtona spoglądają na nas ze znaczka pocztowego, nie ma gwarancji, że jazz pozbędzie się kiedykolwiek piętna swoich ciemnych i podejrzanych początków.

1 J. Bator, Gdyby Jackson był kobietą, "Gazeta Wyborcza" 2001, nr 293.

2 W Stanach Zjednoczonych na powszechnie dostępnym znaczku można umieścić czyjąś podobiznę dopiero dziesięć lat po jego śmierci.

3 J.Z. Brudnicki, Wstęp, [w:] Kaskaderzy literatury, red. E. Kolbus, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1990.

4 R. Sankowski, Freddie wiecznie żywy, "Gazeta Wyborcza" 2011, nr 273.

5 P. Sarzyński, M. Wolny, Kronika śmierci przedwczesnych, Iskry, Warszawa 2000.

 

Bibliografia

 

 

1. Azerrad Michael, Bądź jaki bądź, historia Nirvany, tłum. Jędrzej Polak, In Rock Music Press, Poznań 1998

2. Bandelow Borwin, Gwiazdy, o trudnym szczęściu bycia sławnym, tłum. Magdalena Wojdak-Piątkowska, GWP, Gdańsk 2007

3. Batura Emilia, Komeda - księżycowy chłopiec. O Krzysztofie Komedzie-Trzcińskim, Alfa, Warszawa 2001

4. Benoit Tod, Where Are They Buried?, Blackdoh & Leventhal,Publishers New York 2009

5. Blackburn Julia, Billy Holiday. Biografia, tłum. Hanna Jankowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007

6. Bricard Isabelle, Leksykon śmierci wielkich ludzi, tłum. Anita Staroń, Krzysztof Staroń, Książka i Wiedza, Warszawa 1998

7. Brodacki Krystian, Historia jazzu w Polsce, PWM, Kraków 2010

8. Bronson Fred, The Billboard Book of Number Ones Hits, Billboard Books, 1992

9. Brudnicki Jan Z., Kaskaderzy literatury, Wydawnictwo Łódzkie, Łodź 1986

10. Butler Patricia, Taniec miłości, taniec śmierci. Dzieje tragicznego romansu - Pamela i Jim Morrison, tłum. Katarzyna Malita, Rock Serwis, Kraków 1999

11. Carlin Peter Ames, Paul Mc Cartney. Życie, tłum. Piotr Metz, Axis Mundi, Warszawa 2011

12. Cobain Kurt, Dzienniki, tłum. Dagmara Chojnacka, Zysk i S-ka, Poznań 2002

13. Cobain w Rolling Stone, praca zbiorowa, tłum. Dagmara Krzyżańska, In Rock Music Press, Poznań 2000

14. Comfort David, The Rock and Roll Book of Death, Citadel Press, Kensington Publishing corp. 2009

15. Constantine Alex, The Covert War Against Rock, Feral House, 2000

16. Cross Charles R., Pokój pełen luster. Biografia Jimmiego Hendrixa, tłum. Jarosław Rybski, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010

17. Domnik Tomasz, Karewicz Marek, Złota młodzież. Niebieskie ptaki. Warszawka lat 60, T. Domnik, M. Karewicz, Twój Styl, Warszawa 2003

18. Friedman Myra, Janis Joplin. Żywcem pogrzebana, tłum. Anna Kołyszko, Wydawnictwo W.A.B. , Warszawa 2005

19. Fox Kevin J., Michael Jackson. Życie i śmierć króla popu, tłum. Videograf II, Katowice 2009

20. Furia Philip, Lasser Michael, America's Songs, Routledge, Taylor and Francis Group, New York London 2008

21. Harrison George, I, me, mine, Genesis Publications 1980

22. Hemar Marian, Za dawno , za dobrze się znamy, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1997

23. Hopkins Jerry, Jim Morrison, król jaszczurów, tłum. Richard Bialy, Iskry, Warszawa 1992

24. Hutton Jim, Wapshott Tim, Freddie Mercury i ja, tłum. Maciej Pertyński, Da Capo, Warszawa 1995

25. Jackson Michael, Moonwalk. Opowieść mojej duszy", tłum. Grażyna Woyda, Litera, Warszawa 1991

26. Johnstone Nick, Amy, Amy, Amy. O Amy Winehouse historia, tłum. Anita Zadziorny, In Rock Music Press, Poznań 2012

27. Katz Gary J., Death of Rock and Roll. The Untimely Deatds of the Legends of Rock, Coitadel Press Book, 1995

28. Komedowa Trzcińska Zofia, Komeda, Zośka i inni, Agencja J.P.Poland, Warszawa 1996

29. Królikowski Wiesław, Breakout absolutnie, Iskry, Warszawa 2008

30. Kurowski Bartosz, Zdeptane kwiaty, Warszawska Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1992

31. Kydryński Lucjan, Gershwin, PWM, Kraków 1975

32. Lewens Alan, Popular songs: Soundtrack of the Century, Billboard Books,New York 2001

33. Marley Rita, Jones Hettie, No Women, No Cry. Moje życie z Bobem, tłum. Michał Lubay Lubiszewski, Axis Mundi, Warszawa 2010

34. Marsh Dave, The Heart of Rock and Soul. The 1001 Greast Singles Ever Made, Da Capo Press, New York 1989

35. Miles Davies, Ja, Miles, tłum. Tomasz Tłuczkiewicz,Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1993

36. Morrison James Douglas, Poezje, tłum. Artur Brodowicz, Rock Serwis, Kraków 1993

37. Nicholson Stuart, Ella Fitzgerald, tłum. Andrzej Schmidt, Amber, Warszawa 1995

38. Norman Philip, John Lennon. Życie, tłum. Jarosław Rybski, Axis Mundi, Warszawa 2010

39. Ordonówna Hanna, Tułacze dzieci, PIW, Warszawa 1990

40. Osiecka Agnieszka, Galeria potworów, Prószyński i S-ka, Warszawa 2004

41. Pleasants Henry, The Great American Popular Singers, Simon and Schuster, New York 1974

42. Płoński Janusz, Elvis. Dlaczego ja, Panie, Harp Int. 1997

43. Rawik Joanna, Ptak smutnego stulecia. Edith Piaff, Studio Emka, Warszawa 2003

44. Richards Keith, Życie. Autobiografia, tłum. Magdalena Bugajska, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2011

45. Santos dos Vítor Pav?o, Amália Rodrigues. Najsłynniejsza śpiewaczka fado, tłum. Grażyna Jadwiszczak, Prószyński Media, Warszawa 2009

46. Sarzyński Piotr, Wolny Maja, Kronika śmierci przedwczesnych, Iskry, Warszawa 2000

47. Segalstadt Eric, The 27s: The Greatest Myth of Rock and Roll, Samadhi Creations, 2008

48. Shannon Bob, Javna John, Behind the Hits. Inside Stories of Classic and Rock and Roll, Warner Books, 1986

49. Sinclair D., Rock na CD - przewodnik, tłum. O. Wojciechowski, W. Rogowiecki, Znak, Kraków 1997

50. Simon George T. & Friends, The Best of the Music Makers, Doubleday Company INC. Garden City, New York 1979

51. Skaradziński Jerzy, Rysiek, In Rock Music Press, Poznań 2005

52. Słowiński Przemysław, Wygoda Iwona, Niepokorny spokojny bard. Opowieść o Włodzimierzu Wysockim, Videograf II, Katowice 2010

53. Spencer Frederick J. M.D., Jazz and death, medical profiles of jazz greats, University Press of Mississippi, Jackson, 2002.

54. Spitz Marc, Jagger, buntownik, rockman, włóczęga, tłum. Marzena Sobczak, Arkadiusz Belczyk, Andrzej P. Zakrzewski, Pascal, Bielsko-Biała 2011

55. Starr S. Frederic, Red and Hot: the Fate of Jazz in the Soviet Union, New York Limelight Editions, 1994

56. Streissguth Michael, Johnny Cash. Biografia, tłum. Anna Dwilewicz, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006

57. Summers Anthony, Swan Robbyn, Sinatra. Miłość, muzyka, mafia, tłum. Przemysław Janiga, Twój Styl, Warszawa 2007

58. Taraborrelli J. Randy, Frank Sinatra. Amerykanska legenda, Wydawnictwo Alfa-Wero, Warszawa 1998

59. Teachout Terry, Pops. Życie Louisa Armstronga, tłum. Piotr Grzegorzewski, Marcin Wróbel, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2009

60. Terpiłowski Lech, Szczęśliwi czują bluesa, AKCES, Warszawa 1996

61. Vlady Marina, Wysocki, czyli przerwany lot, tłum. Kalina Szymanowska, Czytelnik, Warszawa 1990

62. Waschko Roman, Show business, czyli kto kręci rozrywką, Oficyna Wydawnicza Szczepan Szymański, Warszawa 1994

63. Winehouse Mich, Amy, moja córka, tłum. Aleksandra Machura, Mirko Kuflewicz, Sine Qua Non, Kraków 2012

64. Wittlin Tadeusz, Pieśniarka Warszawy: Hanka Ordonówna i jej świat, Wydawnictwo LTW 1985

65. Wolański Ryszard, Krzysztof Klenczon: wspomnienia i piosenki, Wydawnictwo Lester, Warszawa 1996

66. Wyman Bill, The Rolling Stones, tłum. Roman Rogowiecki, Wiedza i Życie, Warszawa 2003