Śmiech w ciemności - Vladimir Nabokov

Kup ebooka

35.99 zł
29.87 zł (25,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Żył sobie raz w niemieckim mieście Berlinie mężczyzna imieniem Albinus, bogaty, szanowany, szczęśliwy; pewnego dnia porzucił żonę dla młodej kochanki; kochał, lecz nie był kochany; i życie jego zakończyło się katastrofą.

Ot i cała historia, moglibyśmy więc postawić kropkę, gdyby ze snucia opowieści nie płynęła korzyść i przyjemność; a choć na kamieniu nagrobnym bez trudu pomieści się skrócona wersja ludzkiego życia w oprawie z mchu, szczegóły zawsze są mile widziane.

Otóż pewnego wieczoru Albinusowi zaświtał piękny pomysł. Owszem, niezupełnie jego własny, zrodził się bowiem ze zdania przeczytanego u Conrada (nie tego sławnego Polaka, lecz Udo Conrada, autora Wspomnień człowieka zapominalskiego i tej drugiej książki - o starym iluzjoniście, który w trakcie pożegnalnego występu czarodziejsko się ulatnia). W każdym razie Albinus przejął pomysł na własność przez to, że go polubił, że się nim bawił, że dopuścił, aby wszedł mu on w krew - a tym wszak sposobem w wolnym mieście umysłu dokonuje się prawowitego zawłaszczenia. Jako krytyk sztuki i znawca malarstwa często dla zabawy kazał temu lub owemu spośród dawnych mistrzów podpisywać się pod pejzażami bądź twarzami, które napotykał w świecie rzeczywistym: jego życie stawało się przez to wspaniałą galerią obrazów - samych podróbek, lecz jakże uroczych. Aż tu pewnego wieczoru - kiedy chcąc dać urlop swojej uczonej głowie - pisał krótki esej (nic genialnego, nie był przecież zbytnio utalentowany) o sztuce filmowej, nasunął mu się ten piękny pomysł.

Wiązał się on z kolorowymi filmami rysunkowymi, które właśnie wtedy zaczynały się pojawiać. Byłoby to fascynujące, myślał Albinus, gdyby jakieś znane malowidło, najlepiej ze szkoły holenderskiej, udało się tą metodą dokładnie przenieść na ekran, wiernie odtworzyć barwy, a następnie ożywić, graficznie rozwinąć ruch i gest, w pełnej harmonii z ich statycznym układem na obrazie; mogłaby to być scena z piwiarni: małe ludziki chciwie piją, siedząc przy drewnianych stołach, widać też słoneczny klin dziedzińca z osiodłanymi końmi - i wszystko to nagle ożywa, gdy człowieczek odziany w czerwień odstawia kufel na stół, dziewczyna z tacą wyrywa się z uścisku, a kura zaczyna dziobać próg. Można by cały epizod przedłużyć, każąc figurkom wyjść na dwór i przejść przez pejzaż tego samego malarza: powiedzmy, brunatne niebo i zamarznięty kanał, a ludzie na zabawnych łyżwach, jakich wtedy używano, kreślą staroświeckie esy-floresy pod dyktando pędzla; lub mokra droga we mgle i dwaj jeźdźcy - aż wreszcie powrócimy do tej samej karczmy, postaciom i światłu stopniowo nadamy pierwotną konfigurację, poodstawiamy je, by tak rzec, na miejsca i zakończymy podróż pierwszym obrazem. Można by też wziąć na warsztat Włochów: w oddali błękitny stożek wzgórza, serpentyny białej ścieżki, maleńcy pielgrzymi pną się nimi pod górę. Albo i tematy religijne, ale wyłącznie te z tycimi figurkami. Rysownik musiałby mieć gruntowną wiedzę o danym malarzu oraz jego epoce i być obdarzony sporym talentem, żeby uniknąć dysonansu między stworzonymi przez siebie ruchami a tymi, które zaprojektował dawny mistrz: musiałby je wypracować, przyjmując obraz za punkt wyjścia - ależ tak, to całkiem wykonalne. A barwy... niewątpliwie byłyby o wiele wyszukańsze od kolorów z rysunkowych filmidełek. Jakąż można by w ten sposób wysnuć opowieść - o wizji artysty, o radosnej wędrówce oka i pędzla, opisać świat w manierze wybranego malarza, przesycony barwami, które odkrył ów twórca!

Po jakimś czasie wspomniał o tym pewnemu producentowi filmowemu, ten jednak ani trochę się nie zapalił: stwierdził wręcz, że niezbędna tu delikatność rzemiosła wymagałaby radykalnego udoskonalenia technik animacji, co kosztowałoby majątek; dodał, że film z racji swojej pracochłonności na zdrowy rozum nie mógłby trwać dłużej niż kilka minut, a i tak zanudziłby na śmierć większość widzów i pod każdym względem sprawił zawód.

Potem Albinus rozmawiał o tym z innym filmowcem, który odniósł się do jego pomysłu równie lekceważąco.

- Moglibyśmy zacząć od czegoś zupełnie prostego - nalegał Albinus. - Od ożywionego witraża, animowanego herbu, paru małych świętych.

- Niestety, nic z tego - odparł rozmówca. - Nie możemy ryzykować inwestowania w obrazkowe fanaberie.

Lecz Albinus nie porzucał swojej idei. W końcu powiedziano mu o zręcznym osobniku nazwiskiem Axel Rex, cudownym majstrze od wszelkich dziwactw: podobno sporządził on nawet animowaną wersję jednej z perskich baśni, wprawiając w zachwyt paryską elitę intelektualną i doprowadzając do ruiny człowieka, który sfinansował całe przedsięwzięcie. Albinus spróbował więc skontaktować się z Rexem, dowiedział się jednak, że tamten właśnie wrócił do Stanów i rysuje komiksy dla jakiegoś pisma. Z czasem Albinusowi udało się dotrzeć do Rexa i wzbudzić jego zainteresowanie.

W pewien marcowy dzień dostał od niego długi list, ale przesyłka ta zbiegła się z nagłym kryzysem w prywatnym, nader prywatnym życiu Albinusa, toteż piękny pomysł, który w innych okolicznościach żyłby może dalej i znalazłby w końcu odpowiednią ścianę, aby przywrzeć do niej i rozkwitnąć, przez ostatni tydzień dziwnie wyblakł i przywiądł.

Rex napisał, że nie ma szans zbałamucić hollywoodzkich bonzów, i z całym spokojem zaproponował, aby Albinus, człowiek bądź co bądź zamożny, sam sfinansował realizację swojego pomysłu; Rex przyjąłby wtedy takie to a takie honorarium (oszałamiającą sumę), w połowie płatne z góry, i rozrysował na kadry coś według Breughla - powiedzmy, Przysłowia - lub cokolwiek innego, co Albinus kazałby mu puścić w ruch.

- Na twoim miejscu - zauważył Paul, szwagier Albinusa, zażywny poczciwiec, któremu z górnej kieszeni marynarki wystawały skuwki aż dwóch ołówków i dwóch wiecznych piór - zaryzykowałbym. Zwykłe filmy kosztują jeszcze więcej, te z wojnami, z walącymi się domami.

- No tak, ale potem wszystko się zwraca, a mnie by się nie zwróciło.

- Zdawało mi się - ciągnął Paul, pykając cygaro (bo właśnie kończyli kolację) - że chciałeś poświęcić sporo pieniędzy, niewiele mniej, niż żąda ten człowiek. Więc w czym problem? Nie pałasz takim entuzjazmem, jak jeszcze niedawno temu. Chyba nie zrezygnowałeś, co?

- Sam nie wiem. Zniechęca mnie praktyczna strona przedsięwzięcia; bo pod innymi względami pomysł wciąż dosyć mi się podoba.

- Jaki pomysł? - spytała Elisabeth.

Taki właśnie miała zwyczaj, że czasem pytała o coś, co już wyczerpująco w jej obecności omówiono. Nie była to tępota ani roztargnienie, lecz zwykła nerwowość; i zanim jeszcze Elisabeth dokończyła pytanie, bezradnie zjeżdżając po częściach mowy, przeważnie sobie uświadamiała, że od początku zna odpowiedź. Mąż wiedział o tym jej przyzwyczajeniu i nigdy go ono nie drażniło; wręcz przeciwnie - wzruszało i bawiło. Spokojnie mówił dalej, nie przerywając zaczętego wątku, gdyż wiedział doskonale (i nawet z góry się na to cieszył), że żona wkrótce sama sobie odpowie. Lecz w tamten marcowy dzień był poirytowany, skonfundowany i zgnębiony, więc nerwy odmówiły mu nagle posłuszeństwa.

- Spadłaś z księżyca, czy co? - spytał szorstko, a Elisabeth spojrzała na własne paznokcie i odparła pojednawczym tonem:

- Ach, racja, pamiętam.

Po czym zwracając się do ośmioletniej Irmy, która łapczywie zgarniała z talerza krem czekoladowy, krzyknęła:

- Nie tak szybko, kochanie, proszę cię, nie tak szybko!

- Uważam - rzekł Paul, pykając cygaro - że każdy nowy wynalazek...

Tymczasem Albinus, porwany wirem dziwacznych uczuć, myślał: "Co mnie, do diabła, obchodzi ten cały Rex, ta idiotyczna rozmowa, ten krem czekoladowy...? Wariuję i nikt o tym nie wie. I nie mogę się powstrzymać, wszelkie próby są beznadziejne, a jutro znów tam pójdę i będę siedział po ciemku jak dureń... Niewiarygodna historia".

Rzeczywiście była niewiarygodna - tym bardziej, że przez wszystkie dziewięć lat małżeństwa hamował się i nigdy, ale to nigdy... "Właściwie - pomyślał - należałoby o tym powiedzieć Elisabeth; albo po prostu gdzieś z nią na jakiś czas wyjechać; albo pójść do psychoanalityka; bo inaczej..."

Nie, nie można sięgnąć po pistolet, żeby sprzątnąć dziewczynę, której nawet się nie zna - sprzątnąć ją tylko za to, że nas pociąga.