Smakosz - Alex Forest

Kup ebooka

45.00 zł
36.00 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Na wła­snej skó­rze prze­ko­nasz się, że w dłu­giej po­dró­ży ży­ciaspo­tkasz wie­le ma­sek i kil­ka twa­rzy.

- Lu­igi Pi­ran­del­lo -

Cen­tral Park w No­wym Jor­ku to miej­sce peł­ne ener­gii i nie­ustan­ne­go ru­chu. Dla wie­lu jest to oa­za spo­ko­ju w ser­cu tęt­nią­cej ży­ciem me­tro­po­lii. Ale dla mnie stał się sce­ną dla nie­ty­po­wej ob­ser­wa­cji. To był je­den z tych dni, kie­dy po­go­da by­ła ide­al­na -mgła ła­god­nie uno­si­ła się nad je­zio­rem, roz­le­wa­jąc na oko­licz­ne ścież­ki.

Ko­bie­ta, któ­rą za­uwa­ży­łem, wy­róż­nia­ła się wśród spa­ce­ro­wi­czów. Nie by­ło to spo­wo­do­wa­ne jej wy­glą­dem. By­ła ubra­na nor­mal­nie, w dżin­sy i ja­sny swe­ter. To spo­sób, w ja­ki się po­ru­sza­ła, przy­cią­gnął mo­ją uwa­gę. Bie­gła truch­tem wy­raź­nie za­my­ślo­na, jak­by po­grą­żo­na w swo­im świe­cie. W rę­ku kur­czo­wo trzy­ma­ła bu­tel­kę wo­dy, jak­by ta by­ła jej ta­li­zma­nem.

Po­cząt­ko­wo nie pla­no­wa­łem jej śle­dzić. Ale coś w za­cho­wa­niu tej ko­bie­ty mnie za­in­try­go­wa­ło. Za­sta­na­wia­łem się, co tak bar­dzo zaj­mu­je jej my­śli. Po­sta­no­wi­łem więc utrzy­mać nie­wiel­ką od­le­głość i ob­ser­wo­wać, do­kąd zmie­rza. Z per­spek­ty­wy oso­by po­stron­nej mo­gło to wy­glą­dać dziw­nie, ale w tam­tym mo­men­cie mo­je za­in­te­re­so­wa­nie by­ło czy­sto ba­daw­cze.

Na­gle się za­trzy­ma­ła, by po­dzi­wiać oto­cze­nie. Za­uwa­ży­łem, że jej wzrok czę­sto kie­ru­je się ku nie­bu, jak­by szu­ka­ła cze­goś w chmu­rach. W pew­nym mo­men­cie przy­sia­dła na jed­nej z ła­wek, od­krę­ci­ła bu­tel­kę i łap­czy­wie na­pi­ła się wo­dy.

Za­czą­łem się za­sta­na­wiać nad jej hi­sto­rią. Kim by­ła? Co ro­bi­ła w ży­ciu? Czy by­ła za­wo­do­wą spor­t­smen­ką szu­ka­ją­cą na­tchnie­nia w co­dzien­no­ści? Czy mo­że zwy­kłą oso­bą, któ­ra zna­la­zła chwi­lę od­po­czyn­ku od zgieł­ku mia­sta? Każ­da z tych moż­li­wo­ści zda­wa­ła się rów­nie praw­do­po­do­bna. Za­in­try­go­wał mnie spo­sób, w ja­ki pi­ła wo­dę. By­ło w tym coś hip­no­ty­zu­ją­ce­go i pod­nie­ca­ją­ce­go.

Kil­ka mi­nut póź­niej ko­bie­ta wsta­ła i ru­szy­ła w stro­nę wyj­ścia z par­ku. Nada­rzy­ła się oka­zja. Ro­zej­rza­łem sięostroż­nie. Ni­g­dzie w za­się­gu wzro­ku nie znaj­do­wa­li się już in­ni spa­ce­ro­wi­cze. Za­czą­łem biec, by do­go­nić mój obiekt za­in­te­re­so­wań. Mu­sia­łem zro­bić to jed­nak ostroż­nie. Gdy­by mnie usły­sza­ła, ucie­ka­ła­by lub za­czę­ła wo­łać o po­moc.

Do­my­śli­łem się, do­kąd zmie­rza, dla­te­go skró­ci­łem so­bie tra­sę i ukry­łem się w krza­kach. Za­cze­ka­łem, aż wpad­nie pro­sto w mo­je si­dła. Kie­dy mi­nu­tę póź­niej prze­bie­ga­ła obok, wy­sko­czy­łem na nią od ty­łu i z im­pe­tem ude­rzy­łem ją ki­jem w gło­wę. Nie zdą­ży­ła za­re­ago­wać, krzyk­nąć czy w ja­ki­kol­wiek spo­sób się ob­ro­nić. Upa­dła na ścież­kę jak kło­da. Za­cią­gną­łem ją do au­ta, któ­re za­par­ko­wa­łem tuż obok. Mo­dli­łem sięw du­chu, że­by nikt nas nie za­uwa­żył. O mo­ni­to­ring się nie mar­twi­łem, bo wie­dzia­łem, że w tej czę­ści par­ku ka­mer po pro­stu nie ma.

Roz­dział 1

Ży­cie czło­wie­ka utka­ne jest z je­go my­śli.

- Ma­rek Au­re­liusz -

Nowy Jork - mia­sto kon­tra­stów, gdzie świa­tło i mrok to­czą nie­ustan­ną wal­kę o do­mi­na­cję. Wśród ha­ła­su ulic i bla­sku neo­nów roz­gry­wa się hi­sto­ria ko­mi­sa­rza Oli­vie­ra Da­vi­sa. Na pierw­szy rzut oka je­go ży­cie wy­da­je się upo­rząd­ko­wa­ne, ale skry­wa ta­jem­ni­ce, któ­re mo­gły­by znisz­czyć je­go re­pu­ta­cję.

Wie­czór po­wo­li ustę­po­wał no­cy. Oli­vier sie­dział w biu­rze, prze­glą­da­jąc sto­sy do­ku­men­tów. Za oknem mia­sto tęt­ni­ło ży­ciem - klak­so­ny, kro­ki spie­szą­cych się prze­chod­niów, od­le­głe sy­re­ny. Na­gle za­dzwo­nił te­le­fon, prze­ry­wa­jąc ci­szę, a na wy­świe­tla­czu po­ja­wi­ło się imię je­go żo­ny, Emi­ly.

- Cześć, ko­cha­nie - po­wie­dział, sta­ra­jąc się brzmieć swo­bod­nie, choć nie zdo­łał za­tu­szo­wać zmę­cze­nia.

- Cześć, Oli­vier. Jak ci mi­ja po­po­łu­dnie? - za­py­ta­ła cie­pło.

- Pra­co­wi­cie, jak zwy­kle. Wiesz, ja­kie to jest mia­sto. Za­wsze coś się dzie­je - od­po­wie­dział, pró­bu­jąc ukryć na­pię­cie, któ­re od­czu­wał od kil­ku dni.

Emi­ly wes­tchnę­ła, a w jej gło­sie sły­chać by­ło tro­skę.

- Mar­twię się o cie­bie. Nie wy­glą­dasz ostat­nio naj­le­piej. Mo­że po­wi­nie­neś tro­chę od­po­cząć?

Da­vis uśmiech­nął się do słu­chaw­ki, choć wie­dział, że Emi­ly te­go nie zo­ba­czy.

- Po­sta­ram się. Obie­cu­ję. Ale wró­cę póź­no. Nie cze­kaj na mnie z ko­la­cją.

Roz­mo­wa za­koń­czy­ła się spo­koj­nie, lecz gdy tyl­ko odło­żył te­le­fon, po­czuł zna­jo­my cię­żar. No­wy Jork ze swo­ją nie­prze­wi­dy­wal­no­ścią sta­wiał przed nim co­raz to no­we wy­zwa­nia. To mia­sto by­ło jak la­bi­rynt - peł­ne ukry­tych za­uł­ków i ta­jem­nic, któ­re tyl­ko cze­ka­ły na ujaw­nie­nie. Każ­da uli­ca mia­ła swo­ją hi­sto­rię, każ­dy bu­dy­nek skry­wał se­kre­ty. Oli­vier wie­dział, że mu­si być czuj­ny. Jed­na chwi­la nie­uwa­gi mo­gła go spo­ro kosz­to­wać.

Pra­ca w no­wo­jor­skiej po­li­cji by­ła je­go pa­sją, ale tak­że prze­kleń­stwem. Cza­sa­mi przy­tła­cza­ła go od­po­wie­dzial­ność, któ­ra na nim spo­czy­wa­ła. Wie­dział, że nie mo­że po­zwo­lić so­bie na błę­dy. Każ­da de­cy­zja mia­ła swo­je kon­se­kwen­cje, a te, któ­re nad­cho­dzi­ły, wy­da­wa­ły się co­raz bar­dziej nie­bez­piecz­ne.

Pra­co­wał wła­śnie nad spra­wą ta­jem­ni­czych znik­nięć, któ­re wstrzą­snę­ły ca­łym mia­stem. Każ­da z czte­rech za­gi­nio­nych ko­biet by­ła jak ko­lej­ny ka­wa­łek ukła­dan­ki, a przez to ob­raz sta­wał się co­raz bar­dziej nie­po­ko­ją­cy. Oli­vier wie­dział, że mu­si dzia­łać szyb­ko, za­nim znik­nie ko­lej­na oso­ba.

Emi­ly by­ła je­go ko­twi­cą w tym cha­osie. Da­wa­ła mu rów­no­wa­gę, któ­rej de­spe­rac­ko po­trze­bo­wał. Wie­dział, że mu­si być sil­ny i nie mo­że do­pu­ścić do te­go, by je­go pra­ca wpły­nę­ła na ży­cie oso­bi­ste. Miał jed­nak świa­do­mość, że bę­dzie to trud­ne do osią­gnię­cia.

No­wy Jork, choć pe­łen nie­bez­pie­czeństw, był tak­że miej­scem na­dziei. Oli­vier wie­rzył, że mi­mo wszyst­ko uda mu się zna­leźć od­po­wie­dzi na py­ta­nia, któ­re drę­czy­ły go od dłuż­sze­go cza­su.

Deszcz bęb­nił o szy­by, a on pa­trzył na roz­my­te świa­tła mia­sta. Nie mógł dłu­żej zwle­kać. Czas pod­jąć de­cy­zję i uczy­nić wszyst­ko, by przy­wró­cić spo­kój miesz­kań­com No­we­go Jor­ku.

Roz­dział 2

Bądź zmia­ną, któ­rą pra­gniesz uj­rzeć w świe­cie.

- Ma­hat­ma Gan­dhi -

Komi­sarz Da­vis sie­dział po­grą­żo­ny w my­ślach nad ta­jem­ni­czą spra­wą za­gi­nięć mło­dych ko­biet. Na biur­ku pa­no­wał ide­al­ny po­rzą­dek. Każ­dy do­ku­ment uło­żo­ny rów­no, żad­nych zbęd­nych dro­bia­zgów. Tak jak on - zdy­scy­pli­no­wa­ny i me­to­dycz­ny. Męż­czy­zna prze­kro­czył czter­dziest­kę. Miał ciem­ne, lek­ko si­wie­ją­ce wło­sy oraz wy­ra­zi­ste ry­sy twa­rzy, któ­re zdra­dza­ły la­ta do­świad­cze­nia i cięż­kiej pra­cy w po­li­cji. Głę­bo­ko osa­dzo­ne oczy by­ły peł­ne de­ter­mi­na­cji, ale tak­że zmę­cze­nia, któ­re nie­ustan­nie to­wa­rzy­szy­ło mu w tym za­wo­dzie. Nie da­ło się jed­nak ukryć, że le­wa gał­ka oczna ucie­ka w bok, co po­wo­do­wa­ło u nie­go ze­za.

Po ko­mi­sa­ria­cie krą­ży­ła aneg­do­ta, że je­śli Da­vis cze­goś nie roz­wią­zał, to zna­czy, że spra­wa by­ła nie­roz­wią­zy­wal­na. Ko­le­dzy po­dzi­wia­li je­go ana­li­tycz­ny umysł i in­tu­icję, któ­re nie­jed­no­krot­nie pro­wa­dzi­ły do prze­ło­mów w trud­nych śledz­twach. Był czło­wie­kiem wie­rzą­cym w si­łę do­wo­dów i lo­gi­ki, ale jed­no­cze­śnie po­tra­fił do­strzec niu­an­se ludz­kich emo­cji, co czy­ni­ło go wy­jąt­ko­wo sku­tecz­nym śled­czym.

Gdy za­pa­dał zmrok, Oli­vier prze­glą­dał ak­ta, pró­bu­jąc zna­leźć ja­ki­kol­wiek ślad, któ­ry mógł­by rzu­cić no­we świa­tło na nie­po­ko­ją­ce znik­nię­cia. Każ­da za­gi­nio­na zo­sta­wia­ła po so­bie je­dy­nie strzę­py in­for­ma­cji, a tro­py pro­wa­dzi­ły do­ni­kąd. Da­vis zmru­żył oczy, śle­dząc wzro­kiem ko­lej­ne li­nij­ki ra­por­tu. Coś tu by­ło. Czuł to pod skó­rą, jak­by roz­wią­za­nie cze­ka­ło tuż za ro­giem - wy­star­czy­ło je do­strzec.

Na­gle do ga­bi­ne­tu wszedł de­tek­tyw Smith. Był młod­szy od Oli­vie­ra, ener­gicz­ny i pe­łen za­pa­łu. Pra­co­wał na ko­mi­sa­ria­cie od nie­daw­na. Miał ja­sne wło­sy i ży­we spoj­rze­nie, któ­re od­zwier­cie­dla­ło je­go nie­usta­ją­ce pra­gnie­nie od­kry­wa­nia praw­dy. Oli­vier do­ce­niał je­go świe­że spoj­rze­nie - cza­sem wno­si­ło coś, cze­go on sam nie do­strze­gał.

- Smith, mam kło­pot. - Oli­vier odło­żył ak­ta na biur­ko. -Ko­lej­ne za­gi­nię­cie. Ro­bi się co­raz go­rę­cej.

Go­to­wy do dzia­ła­nia Aron Smith usiadł na­prze­ciw­ko.

- Oczy­wi­ście, ko­mi­sa­rzu. Co uda­ło się usta­lić?

Da­vis za­czął wy­ja­śniać za­wi­ło­ści spra­wy, przed­sta­wia­jąc ze­bra­ne do­wo­dy i teo­rie, któ­re do tej po­ry roz­wa­żał. Opo­wie­dział o miej­scach, w któ­rych za­gi­nę­ły ko­bie­ty, ich związ­kach i co­dzien­nych na­wy­kach. Smith słu­chał uważ­nie, no­tu­jąc istot­ne szcze­gó­ły i za­da­jąc py­ta­nia, któ­re mo­gły­by po­móc w lep­szym zro­zu­mie­niu sy­tu­acji.

- Wszyst­kie ko­bie­ty mia­ły coś wspól­ne­go - za­uwa­żył po chwi­li. - Czy to nie dziw­ne, że każ­da z nich by­ła wi­dzia­na po raz ostat­ni w oko­li­cach te­go sa­me­go par­ku?

Oli­vier ski­nął gło­wą, zga­dza­jąc się z tą ob­ser­wa­cją.

- Tak, to je­den z tro­pów, któ­re pró­bu­ję zba­dać. Ale po­trze­bu­je­my wię­cej in­for­ma­cji, by usta­lić, dla­cze­go Cen­tral Park jest tak istot­ny.

Mło­dy śled­czy za­pro­po­no­wał, by do­kład­niej przyj­rzeć się mo­ni­to­rin­go­wi oraz po­roz­ma­wiać z oko­licz­ny­mi miesz­kań­ca­mi, któ­rzy mo­gli za­uwa­żyć coś po­dej­rza­ne­go. Oli­vier przy­znał, że to do­bry, lecz ba­na­lny po­mysł. Mi­mo wszyst­ko po­sta­no­wił skon­tak­to­wać się z ze­spo­łem tech­nicz­nym.

- Ju­tro do­sta­nie­my wszyst­kie na­gra­nia z dni za­gi­nięć tych ko­biet - rzu­cił ko­mi­sarz, gdy odło­żył słu­chaw­kę.

- Okej, do te­go cza­su za­po­znam się z ak­ta­mi spra­wy, mo­że coś znaj­dę - za­de­kla­ro­wał Smith. Za­cmo­kał ko­micz­nie i zmie­nił ton gło­su na ła­god­niej­szy. - Tak na­praw­dę przy­sze­dłem tu w in­nej spra­wie.

- Ja­kiej? - wy­pa­lił na­tych­miast ko­mi­sarz, uno­sząc wzrok znad ster­ty pa­pie­rów.

Wo­kół wa­la­ły się zdję­cia za­gi­nio­nych ko­biet. Naj­więk­szy pro­blem sta­no­wił fakt, że nie od­na­le­zio­no żad­nej z ofiar. Mo­gli przy­pusz­czać, że nie ma­ją do czy­nie­nia z mor­der­cą, ale ra­czej han­dla­rza­mi ludź­mi. Na ra­zie jed­nak Da­vis sta­rał się nie wy­cią­gać po­chop­nych wnio­sków, pó­ki nie tra­fi­li na no­we do­wo­dy.

- Po­trze­bu­ję wol­ne­go na pią­tek. Mam rocz­ni­cę ślu­bu...

- Ach tak! Rocz­ni­ca, waż­na spra­wa! - za­wo­łał Oli­vier. Pa­mię­tał, że de­tek­tyw wspo­mi­nał mu o tym gdzieś w prze­lo­cie. - A nad czym te­raz pra­cu­jesz?

- Nad tym dziw­nym sa­mo­bój­stwem sprzed...

- A tak, już ko­ja­rzę. Nie mu­sisz koń­czyć - prze­rwał mu ko­mi­sarz. - Da­lej upar­cie twier­dzisz, że się nie za­bił?

- Da­lej.

- Naj­pierw mi po­móż, a w so­bo­tę bę­dziesz świę­to­wał rocz­ni­cę.

- W pią­tek - po­pra­wił go Aron.

- Tak, tak, w pią­tek. Niech bę­dzie.

- Zdradź mi cho­ciaż, co uda­ło się usta­lić - od­parł Smith i wes­tchnął ni­czym zmę­czo­ny kul­tu­ry­sta.

Ko­mi­sarz uśmiech­nął się nie­znacz­nie i stre­ścił wszyst­ko, co wie­dział. Ra­zem za­czę­li pla­no­wać ko­lej­ne kro­ki, któ­re mo­gły­by do­pro­wa­dzić do prze­ło­mu w tej trud­nej spra­wie.

Po go­dzi­nach in­ten­syw­nej pra­cy, gdy zmę­cze­nie za­czy­na­ło da­wać się we zna­ki, Oli­vier po­czuł, że być mo­że są na tro­pie cze­goś waż­ne­go. Wspar­cie Smi­tha i je­go za­an­ga­żo­wa­nie do­da­ły mu no­wej ener­gii i na­dziei, że wkrót­ce uda się roz­wi­kłać tę za­gad­kę. Wie­dział, że każ­da chwi­la jest cen­na, a czas ucie­ka, ale te­raz czuł, że ma­ją re­al­ną szan­sę na roz­wią­za­nie tej spra­wy.

W koń­cu, gdy noc za­pa­dła na do­bre, obaj de­tek­ty­wi opu­ści­li biu­ro z no­wy­mi pla­na­mi i de­ter­mi­na­cją, by od­kryć praw­dę. Oli­vier wie­dział, że to do­pie­ro po­czą­tek, ale dzię­ki Smi­tho­wi miał po­czu­cie, że nie stoi już sam wo­bec tej ta­jem­ni­cy. Ra­zem bę­dą wal­czyć, by przy­wró­cić god­ność tym ko­bie­tom i spo­kój ich ro­dzi­nom.