Berno, 25 czerwca 1940
- Cała klasa buczała pod nosem - opowiadała Shoshy. - Fraülein Myer
uznała, że to oświetlenie dziwnie działa, i pobiegła wezwać woźnego.
Kiedy przyszedł, wszyscy byli cicho. Patrzył na nią jak na wariatkę.
Gretchen zwijała się ze śmiechu, wyobrażając sobie, jak dozorca
zawstydził sztywną Fraülein Myer.
Radosną atmosferę przerwał dźwięk dzwonka alarmowego na korytarzu. Z radiowęzła dobiegł kobiecy głos.
- Proszę, by wszystkie dziewczęta bezzwłocznie stawiły się w dużej sali,
gdzie pani dyrektor wyda ważne oświadczenie. Żadnego ociągania się,
drogie panie.
Korytarz natychmiast zapełnił się dziewczętami zmierzającymi do schodów
prowadzących na parter. Duża sala była aulą z podwyższoną sceną, na
której odbywały się występy muzyczne, coroczne przedstawienia szkolne i ceremonie ukończenia szkoły. Fakt, że wszyscy zostali tam wezwani,
wywołał wśród dziewcząt poruszenie.
Weszły do sali uroczystym krokiem i zajęły swoje zwyczajowe miejsca -
najmłodsze z przodu, najstarsze z tyłu. Frau Seigert czekała przy
stole na scenie, z każdej strony siedziało po trzech innych nauczycieli.
Po prawej stronie miała sztalugę, na której wisiała mapa Europy. Obok
stała nauczycielka ze wskaźnikiem.
Shona szturchnęła Gretchen i wskazała głową na lewo od sceny. Ubrany w szarą, bojową kurtkę z czerwonymi naszywkami na wyłogach, Jorg stał na
baczność, patrząc prosto przed siebie.
Frau Seigert stuknęła w mikrofon, aby się upewnić, że działa. Piskliwe
wycie sprzężonego głośnika zagłuszyło jej pierwsze słowa. Odsunęła
mikrofon o kilka centymetrów i zaczęła od nowa.
- Moje drogie młode damy. Jak wiecie, Europa jest zaangażowana w wojnę.
Rok temu Niemcy najechały Polskę. W rezultacie Wielka Brytania i Francja
wypowiedziały wojnę Niemcom. Frau Baumgartner wskaże poszczególne
kraje na mapie, abyście zrozumiały geografię... W kwietniu Niemcy
najechały Danię i Norwegię... Norwegię, Frau Battig, nie Szwecję. W zeszłym miesiącu Niemcy zajęły Luksemburg, Holandię i Belgię. Potem była
Francja. Niemcy zajmują teraz północną Francję i całe wybrzeże
Atlantyku. Szwajcaria na mocy prawa międzynarodowego zachowała
neutralność w tym konflikcie. Ale my, jako naród, jesteśmy otoczeni
przez kraje, które albo znalazły się pod okupacją niemiecką, albo są
sojusznikami niemieckiej Osi, mam tu na myśli Włochy.
W sali zapanowało ogólne poruszenie, gdy młoda publiczność przetwarzała
informacje.
- Traktuję was wszystkie jak dorosłe, dlatego mówię wam dokładnie, co
się wydarzyło i co będziemy robić, aby zapewnić wam bezpieczeństwo. Nie
chcę, żeby po szkole krążyły jakieś fałszywe plotki. Z naszego
ministerstwa w Bernie dostałam informację, że wojska niemieckie gromadzą
się na granicy Jury Szwabskiej, która, jak widzicie, znajduje się na
północny zachód od nas...
Na sali panowało coraz większe wzburzenie, rozbrzmiewała mieszanina
westchnień i cichych szlochów.
- Dziewczęta, zachowajcie spokój. Odwagi! Pamiętajcie szkolne motto:
Nil desperandum auspice Deo - nie rozpaczaj i pokładaj ufność w Bogu.
Dzisiaj po południu przećwiczymy procedury ewakuacyjne. Dzwon alarmowy
wezwie was na dziedziniec, a starsze dyżurne przeprowadzą was przez cały
proces. Jeśli macie jakieś pytania, przyjdźcie do mnie lub do
przełożonej.
W tylnym rzędzie w górę wystrzeliła ręka.
- A co z naszymi rodzicami, Frau Seigert?
- Skontaktowano się z waszymi rodzicami i poczynione zostaną
przygotowania, aby zapewnić wam bezpieczny powrót do domu. To znaczy tym
z was, które chcą wrócić do domu. Teraz zajmijcie się swoimi zwykłymi
sprawami i czekajcie na dzwonek. Możecie się rozejść. Aha, Fraülein
Shona Rosenberg proszona jest o natychmiastowe udanie się do mojego
gabinetu.
Shona i Gretchen wymieniły spojrzenia. Shona szeroko otworzyła oczy i wzruszyła ramionami, by pokazać, że nie wie, dlaczego została wezwana
przez dyrektorkę.
***
Czekając na Shonę, Gretchen wyjęła aparat ojca i założyła film.
W końcu współlokatorka wróciła, zalewając się łzami.
- Co się stało, Shoshy?
- Sprzątaczka znalazła w szufladzie paczkę papierosów i zamierzają mnie
wyrzucić!
- Wyrzucić? Myślałam, że sama chcesz odejść.
- Tak, ale ojciec mnie zabije. To będzie trzecia szkoła, z której mnie
wyrzucono. Nie wiem, co robić.
- Ja wiem. Powiem Frau Seigert, że to moje papierosy. I tak zostanę
odesłana do domu.
- Zrobiłabyś to dla mnie?
- Dla Ciebie tak, Shoshy. Ale najpierw muszę zrobić kilka zdjęć.
Obiecałam mamie. Potem pójdę i porozmawiam z Frau Seigert.
- Och Gretty, jesteś moją najlepszą przyjaciółką!
- Nie wiem, co się stanie, ale musimy pozostać w kontakcie. Będziemy do
siebie pisać, a kiedy będzie po wszystkim, możecie przyjechać i odwiedzić mnie w Poczdamie, wymienimy się adresami.
- Siostry - powiedziała Shona, splatając razem palce wskazujące.
- Siostry - powtórzyła Gretchen, naśladując gest.
Dziewczyny przytuliły się do siebie, a do oczu Shony napłynęły łzy.
- Pójdę od razu zrobić te zdjęcia - stwierdziła Gretchen. - Jeśli ktoś
będzie pytał, powiedz mu, że poszłam pobiegać.
Przebrała się w szorty i buty do gimnastyki i przerzuciła przez ramię
pasek leiki. Zeszła schodami na parter i tylnymi drzwiami wyszła do
ogrodu warzywnego. Zdjęła osłonę z obiektywu i wyregułowała ostrość.
Zrobiła zdjęcia tylnej fasady budynku, a następnie padoku za stajnią.
Przespacerowała się wokół stawu, na którym o zmierzchu lądowały kaczki,
i szła dalej w kierunku lasu. Na chwilę zatrzymała się i skierowała
aparat w stronę mostu nad dopływem rzeki Aare, a potem na górę Bantiger
na północy. Następnie na łukowy, kamienny most nad rzeką w wiosce
Bärengraben, położonej najbliżej szkoły.
W oddali usłyszała dźwięk szkolnego dzwonka. Zaczęła biec, przyciskając
aparat do boku. Usłyszała za sobą kroki: ktoś za nią biegł. Nie
oglądając się za siebie, przyspieszyła, ale ktokolwiek ją ścigał, był
coraz bliżej. Kiedy wbiegła na teren szkoły, Gretchen nagle się
zatrzymała i odwróciła, dysząc. W jej stronę biegł Jorg. Złapał ją za
ramię.
- Pójdziesz ze mną.
Jego oczy płonęły gniewem.
- To boli. Dokąd mnie zabierasz?
Jorg nie odpowiedział i ciągnął ją ze sobą do szkoły.
- Nic nie zrobiłam. Wiem, że nie wolno nam opuszczać terenu bez
pozwolenia, ale ja właśnie...
- Bądź cicho. Będziesz się tłumaczyć Frau Seigert.
Gretchen potulnie pozwoliła się zaprowadzić do gabinetu dyrektorki, w myślach układając wymówki, które usprawiedliwiłyby samowolne opuszczenie
terenu szkoły. Jorg zapukał do drzwi biura i nie czekając na odpowiedź,
wszedł, popychając Gretchen przed sobą.
Frau Seigert podniosła wzrok i zdjęła okulary.
- O co chodzi, Jorg?
- Złapałem tę młodą kobietę poza terenem szkoły, Frau Seigert. Robiła
zdjęcia.
- Zdjęcia?
- Tak, zdjęcia mostów i dróg. Zdjęcia, które mogliby wykorzystać Niemcy.
Myślę, że jest niemieckim szpiegiem.
- Chciałam tylko pokazać rodzicom, jak tu jest - zaprotestowała
Gretchen.
- Daj mi aparat - poleciła Frau Seigert.
Gretchen zdjęła pasek z ramienia i podała aparat przełożonej.
- Leica. To nie jest aparat dla dziecka. Skąd go masz?
- Należy do mojego ojca. Pożyczył mi go na wyjazd.
Frau Seigert odsunęła zatrzask, aby otworzyć tylną część aparatu.
Następnie wyjęła kasetę z obudowy. Rozwinęła rolkę filmu, żeby go
prześwietlić, i wrzuciła do kosza na śmieci. Następnie zamknęła aparat i oddała go Gretchen.
- Dziękuję, Jorg. Możesz już iść.
Gdy mężczyzna wychodził z gabinetu, Gretchen rzuciła mu gniewne
spojrzenie.
- Gretchen, usiądź.
Frau Seigert otworzyła leżącą przed nią teczkę.
- Przypadkiem właśnie przeglądałam twoje dokumenty i ten ostatni
incydent pomógł mi zadecydować, jak powinnam postąpić.
- Chciałam tylko pokazać rodzicom zdjęcia szkoły.
- Milcz!... Kilkoro nauczycieli powiedziało mi, że albo spóźniasz się na
zajęcia, albo całkiem je opuszczasz. Masz coś na swoje
usprawiedliwienie?
- Nie, proszę pani - odparła Gretchen, wpatrując się w swoje stopy.
- Wygląda na to, że bardziej interesuje cię to, co się dzieje w kuchni
niż nauka, która została dla ciebie przewidziana. Widywano cię, jak
całymi godzinami rozmawiałaś z szefem kuchni.
- Chciałam nauczyć się jego technik.
- Zgadzam się, szwajcarscy szefowie kuchni są znani na całym świecie.
Ale jesteś tutaj, aby nauczyć się tego, co dla ciebie przygotowałyśmy.
Wstała zza biurka i spojrzała przez okno na boisko do hokeja na trawie.
- Na naszej granicy stoją oddziały niemieckie, Fräulein von Bismarck.
Muszę myśleć o bezpieczeństwie moich podopiecznych. To jest moja główna
troska. Nie mogę w mojej szkole mieć żadnych dywersantów. Rozumiesz?
Gretchen nie wiedziała, kto to jest "dywersant", ale była zbyt
onieśmielona postawą przełożonej, by o to zapytać.
- Jeszcze przed dzisiejszym pogwałceniem regulaminu szkolnego
poinformowałam twojego ojca, że nie jesteś materiałem na uczennicę
Lyceum Bern. Zbyt wiele razy złamałaś nasze zasady. Dzisiaj
telefonicznie zawiadomiłam pana von Bismarcka, że pozwolę ci zostać z nami na ostatnie dwa tygodnie semestru letniego. Jednakże wobec
dzisiejszego zajścia myślę, że najlepiej będzie, jeśli opuścisz nas już
teraz.
Gretchen wiedziała, że nie ma nic do stracenia.
- Frau Seigert, papierosy znalezione w moim pokoju były moje, nie
Shony.
Spuściła oczy, by udać skruchę.
- A jakiej były marki?
- Ja... nie patrzyłam na paczkę.
- Więc kupiłaś papierosy bez patrzenia na paczkę. A gdzie są twoje
zapałki?
- Zużyłam.
- A ile papierosów zostało w paczce?
- Może trzy, nie pamiętam.
Frau Seigert otworzyła górną szufladę w biurku i wyjęła nieotwartą
paczkę papierosów.
- To właśnie znaleziono w szufladzie twojej współlokatorki. Fräulein,
to bardzo szlachetne z twojej strony, że próbujesz kryć przyjaciółkę,
ale zasady to zasady. W związku z tym ponownie zadzwonię do twojego
ojca, aby omówić kwestię twojego natychmiastowego powrotu do Berlina.
Berlin, 27 czerwca 1940
Podróż pociągiem z Berna do Berlina trwa zwykle osiem godzin. Ale to nie
były zwyczajne czasy. Przy granicy z Niemcami pociąg Gretchen został
przetoczony na bocznicę i był tam przetrzymywany przez sześć godzin, aby
umożliwić przejazd składom wojskowym.
Kiedy w końcu dotarła do Berlina, była wyczerpana - przez całą drogę nie
zmrużyła oka. Na peronie roiło się od umundurowanych żołnierzy i ich
ekwipunku. Gretchen stanęła na walizce i spoglądała ponad ich głowami,
wypatrując rodziców.
W końcu zobaczyła przepychającą się przez tłum matkę, władczo machającą
do szofera Fritza, by szedł za nią.
Kiedy Greta von Bismarck ujrzała córkę, stanęła kilka kroków od niej i oparła ręce na biodrach.
- Ładnie się nam odpłacasz! Ten twój wyczyn, Gretchen, kosztował twojego
ojca spore pieniądze.
- Gdzie on jest?
- Leży w łóżku złożony podagrą. Bez wątpienia spowodowaną bezmyślnym
zachowaniem córki.... Fritz, weź walizkę.
Gdy w milczeniu jechali do poczdamskiej posiadłości, Gretchen oglądała
przez okno wszystkie znajome miejsca.
Kiedy dotarli do domu, zapadał już zmrok. Kucharka czekała przy drzwiach
wejściowych. W oknach nie paliły się światła.
- Jesteś głodna? - zapytała kucharka, gdy Gretchen objęła ją na
powitanie.
- Kąpiel i łóżko dla tej młodej kobiety - powiedziała Greta. - Proszę
przygotować jej kąpiel.
Gretchen z westchnieniem ulgi zamknęła drzwi sypialni. Miło było znów
być w swoim pokoju, z pluszakami ułożonymi wzdłuż poduszek i szczotką do
włosów, srebrną niczym lusterko, stojącą na komodzie obok rzędu lakierów
do paznokci. Stanęła przy oknie, patrząc na ciemniejące niebo. Dojrzała
w oddali stary dąb, którego żołędziami karmiły się dzikie świnie
włóczące się po lesie. Dobrze było znów być w domu.
Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi.
- Proszę.
Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł ojciec, podpierając się laską.
- Gretchen.
Podbiegła do niego i zarzuciła mu ramiona na szyję, wtulając twarz w jego pierś. Nigdy nie widziała go równie słabego.
- Och, tato, tak mi przykro.
- Ciiii... Przynieś mi krzesło i pozwól usiąść.
Odsunęła krzesło od biurka i przysunęła bliżej łóżka. Ojciec opadł na
nie, ciężko dysząc. Gretchen przycupnęła na brzegu łóżka. Jak staro
wyglądał, jaki był zmęczony i smutny.
- Tak więc... o co chodzi z papierosami, młoda damo? Chyba nie powiesz mi,
że palisz? Może jeszcze się dowiem, że zrobiłaś sobie tatuaż?
- Nie, nic takiego, tato. Moja współlokatorka Shoshy...
- Shoshy?
- Shoshy, moja przyjaciółka, tak ją nazywam. Naprawdę na imię ma Shona.
Pisałam ci o niej. Ta Żydówka z Zurychu, której ojciec ma przychodnię
lekarską. W szufladzie miała paczkę papierosów i... sprzątaczka ją
znalazła. W liceum wyrzuca się dziewczęta za palenie. W każdym razie
Shoshy miałaby straszne kłopoty, więc powiedziałam dyrektorce, że
papierosy są moje.
- Rozumiem - powiedział Graf von Bismarck. - A więc próbowałaś pomóc
przyjaciółce.
- Tak, przepraszam, że cię zawiodłam.
- Chodź tu i usiądź przy mnie... To, co zrobiłaś, było głupie, ale było
też poświęceniem i nie mogę cię za to winić. Co się stało z tą
przyjaciółką, z Shoshy?
- No cóż, Frau Seigert nie uwierzyła, że to były moje papierosy, więc
Shoshy też została wyrzucona.
- Ach. Czyli twoje fałszywe zeznania na nic się nie zdały. W takim razie
opowiedz o historii z aparatem.
- O tym też ci wspomniała?
- Tak.
- Fotografowałam szkołę i teren, tak jak prosiła mama, i zostałam
przyłapana. Oskarżyli mnie o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Frau
Seigert wyciągnęła rolkę filmu i ją prześwietliła. Ale oddała mi aparat.
Graf von Bismarck skinął głową.
- A teraz jesteś w domu i musimy zdecydować, co dalej.
- Tato, nie wysyłaj mnie do innej takiej szkoły, proszę. Chcę być szefem
kuchni. Chcę się nauczyć gotować. Tak naprawdę nauczyć. Chcę pracować w kuchni znanego szefa kuchni. Wiesz, jak bardzo mi na tym zależy.
Carl von Bismarck westchnął.
- Cóż, jeśli gotowanie to jest właśnie to, co kochasz najbardziej...
porozmawiam z twoją matką.
Rozmowę zakończyło pukanie do drzwi.
- Gretchen! - zawołała kucharka - kąpiel gotowa.
- Wykąp się, moja droga. Wyglądasz na bardzo zmęczoną. Musisz się
wyspać. Porozmawiamy o tym innym razem. Dobranoc, kochanie.
Berlin, 28 czerwca 1940
Następnego ranka, kiedy Carl von Bismarck zgłosił się do pracy, zapytał
Frau Kempf, czy mógłby porozmawiać ze swoim pracodawcą. Ledwie
usadowił się za deską kreślarską, gdy u jego boku pojawił się Speer.
Von Bismarck wstał z krzesła.
- Czy moglibyśmy zamienić słowo na osobności? - zapytał.
- Oczywiście, mój drogi kolego. Chodźmy do mojego biura.
Usadowiwszy się w fotelach biurowych w stylu Bauhaus, które von Bismarck
zawsze uważał za wyjątkowo niewygodne, Speer rozpoczął rozmowę.
- A jak pańska córka radzi sobie w tej szwajcarskiej szkole?
- Właściwie, Herr Speer, Gretchen właśnie wróciła do nas do Poczdamu.
Szkoła odesłała dziewczęta do domu ze względu na gromadzenie się naszych
wojsk na granicy.
- Naprawdę? To chyba dość pochopne działanie, bo mogę pana zapewnić, że
nie będzie inwazji na Szwajcarię.
- Jest pan o tym przekonany?
- Słyszałem to bezpośrednio od kapitana Otto-Wilhelma Kurta von Menges z Oberkommando des Heeres, który opracował operację Tannenbaum.
- Operację Tannenbaum?
- Tak, projekt inwazji na Szwajcarię. Nasi szpiedzy donoszą, że armia
szwajcarska wycofała się w góry. Zbudowali kilometry bunkrów i zaminowali wszystkie kluczowe mosty i tunele. Potrzebujemy tych tuneli.
To nasza droga do Włoch, a gdyby je wysadzili, odbudowa zajęłaby nam
miesiące. Nie warto było ryzykować.
- W takim razie co się teraz stanie ze Szwajcarią?
- Niemcy zawrą umowę o neutralności. Aby uniknąć najazdu, pozwolą nam
wykorzystać przełęcze i tunele do przeładunku materiałów i ludzi między
ojczyzną a Włochami. Zrozumieli, że to będzie znacznie korzystniejsze
finansowo - i my też to pojęliśmy.
- Rozumiem - powiedział von Bismarck. - Wojna to tak naprawdę ekonomia
doprowadzona do szaleńczej ekstremy, nieprawdaż?
- W ostatecznym rozrachunku tak.
Między mężczyznami zapadła cisza, zanim von Bismarck znów się odezwał.
- Moja córka wyraziła chęć zostania szefem kuchni.
- Szefem kuchni? Nie chce zostać architektem?
- Niestety nie. Chce uczyć się u najlepszych. Niewiele o tym wiem. Greta
i ja nie jadamy często na mieście. Kogo by pan polecił?
- Cóż, mam wrażenie, że najlepszych szefów kuchni mają duże hotele. W Norymberdze jest Deutscher Hof, a we Frankfurcie hotel Diplomat...
- Czy w Berlinie nic nie ma?
- Jest Adlon.
- Tak, oczywiście, że też sam o nim nie pomyślałem.
Berlin, 26 listopada 1940
- Proszę wziąć papier listowy, Frau Kempf.
Albert Speer przechadzał się po swoim gabinecie, podczas gdy jego
wieloletnia sekretarka siedziała z notatnikiem i ołówkiem w dłoni.
- Do Reichsleitera Bormanna...
Samo wspomnienie nazwiska mężczyzny sprawiło, że poczuł skręt żołądka.
- Jak pan dobrze wie - dyktował Speer - Führer wydał dekret nakazujący
przyspieszenie wznoszenia budynków, które zaprojektowałem dla Berlina, a ponadto niezwłoczne przystąpienie do rozbudowy Hanoweru, Augsburga,
Bremy i Weimaru.
Przerwał, zastanawiając się, czy jego ton zdradzał niechęć, jaką żywił
do tego mężczyzny. Mężczyzny, który potrafił zaprosić kochankę do domu
rodzinnego, nie zważając na obecność żony. Zastanawiał się, jak ta
biedna kobieta może go znosić.
- Koszt samych budynków wznoszonych w tych miastach na potrzeby partii -
kontynuował - szacuję na dwadzieścia dwa do dwudziestu pięciu miliardów
marek. Biorąc pod uwagę kwotę inwestycji, podczas gdy wszystkie środki
Niemiec powinny - o czym jestem przekonany - być zaangażowane w działania wojenne, zapytałem naszego przywódcę, czy nie byłoby rozsądne,
abym skoncentrował się na budynkach dla Berlina i Norymbergi, których
wzniesieniem jest on najbardziej zainteresowany. Zgodził się. Aby
uszanować jego wolę, postanowiłem zrezygnować ze wszystkich piastowanych
przeze mnie stanowisk partyjnych, aby w pełni skoncentrować się na
zadaniu. Z niecierpliwością oczekuję na pańskie oficjalne potwierdzenie
rozpatrzenia mojej prośby, którą popiera Führer... Podpis jak zwykle,
Heil Hitler, ale proszę zostawić moje partyjne tytuły, Frau Kempf.
Dziękuję.
Speer przeczesał włosy palcami. Bolała go głowa i niepokoiły go
wiadomości, które usłyszał podczas śniadania w sieci radiowej
Reichs-Rundfunk-Gesellschaft. RAF zbombardował Berlin, bez wątpienia w odwecie za planowaną przez Göringa operację Orzeł, kampanię bombową
Luftwaffe przeciwko Wielkiej Brytanii. Na szczęście tym razem szkody
były niewielkie, jednak przyszłe naloty bombowe Brytyjczyków mogłyby
poważnie zakłócić harmonogram budowy.
W miesiącach letnich RAF zrzucał na niemieckie tereny wiejskie maleńkie
urządzenia zapalające - drewniane i płócienne paski pokryte fosforem -
próbując spalić plony, a także na góry Harz oraz lasy Schwarzwaldu i Turyngii. Nie udało się, lecz Speer był przekonany, że następnym razem
spróbują innych technik bombardowania, a także wycelują w miasta.
W Berlinie działy się też inne niepokojące rzeczy. Tego ranka w drodze
do biura widział tłumy ludzi na peronie dworca kolejowego Nikolassee.
Rozpoznał w nich berlińskich Żydów oczekujących na ewakuację.
Poczuł niepokój, obserwując przesuwającą się masę ludzi z walizkami i tobołkami. Próbował wyrzucić obraz z pamięci, ale on powracał. Führer
musi mieć swoje powody, cel uświęca środki, musimy to zaakceptować.
Ucieknę w pracę, powiedział do siebie.
Pukanie do drzwi przerwało mu dalsze rozmyślania.
- Proszę.
Do gabinetu weszła Annemarie Kempf trzymająca w ręku list, który jej
podyktował, przyczepiony do podkładki.
- Jest gotowy, czeka na pana podpis, Herr Speer. Czy mam go oznaczyć
jako "Pilny"?
- Tak sądzę - powiedział z westchnieniem. - Frau Kempf, codziennie
rano jeździ pani pociągiem na stację Nikolassee. Widziała pani transport
Żydów?
Sekretarka położyła przed nim podkładkę i wręczyła mu długopis.
- Staram się nie rozglądać - odpowiedziała.
Speer złożył na liście swój podpis.
- Czy może pani przynieść rysunki, nad którymi pracowałem z Herr von
Bismarckiem, i poprosić go, żeby przyszedł?
- Herr von Bismarcka nie ma teraz w biurze - odparła sekretarka. -
Pojechał z córką na rozmowę o pracę.
Berlin, 26 listopada 1940
Adlon u zbiegu Unter den Linden z Pariser Platz był najmodniejszym
hotelem Berlina. Wybudowany w 1907 roku przez Lorenza Adlona, zajmował
cały kwartał. Hotel nosił nazwisko odnoszącego sukcesy handlarza win i właściciela kawiarni, który zdołał przekonać cesarza Wilhelma II, że
Berlin potrzebuje luksusowego hotelu na miarę Ritza w Paryżu i Londynie.
Dzięki wstawiennictwu cesarza Adlonowi udało się kupić Palais Redem,
który stał w wybranej przez niego lokalizacji. Sam pałac nakazał
zburzyć.
Budowa hotelu kosztowała dwadzieścia milionów złotych marek. W chwili
otwarcia był to najnowocześniejszy hotel w Europie. Jego stonowana
fasada ukrywała elegancką ekstrawagancję wnętrza. Ogromne kwadratowe
kolumny z marmuru dominowały nad obszernym lobby, do którego przylegał
ogród zimowy z fontanną w kształcie japońskiego słonia i dziedzińcem z palmami. W budynku była bieżąca woda, ciepła i zimna.
Hotel Adlon stał się miejscem, w którym Gretchen von Bismarck będzie
pobierała nauki po pospiesznym opuszczeniu liceum w Bernie. Nie wiedząc,
co zrobić z krnąbrną córką, rodzice, z ciężkim sercem, w końcu ulegli
jej prośbom i zgodzili się, by szkoliła się na kucharkę. Podczas rozmów
na osobności von Bismarckowie uzgodnili, że dadzą córce możliwość
przyuczenia się do zawodu w jakiejś wiejskiej gospodzie w Schwarzwaldzie, z dala od wielkich miast i przemysłowego Zagłębia Ruhry,
które coraz częściej stawało się celem brytyjskich nalotów bombowych.
Gretchen jednak upatrzyła sobie kuchnię hotelu Adlon w dniu dwunastych
urodzin, kiedy rodzice zabrali ją tam na herbatę. Chociaż nadal łagodnie
karcili ją z powodu wydalenia z liceum w Bernie, w głębi serca czuła, że
w końcu się opamiętają i nie odmówią jedynemu dziecku spełnienia jego
najskrytszych marzeń. Von Bismarckowie zaakceptowali w końcu fakt, że
ich uparta córka nie da się odwieść od obranej przez siebie drogi. Użyli
wszystkich swoich wpływów, aby zapewnić Gretchen bezpieczeństwo,
wiedząc, że będzie musiała mieszkać w ich berlińskim mieszkaniu przy
Friedrichstrasse, zaledwie trzy przecznice od hotelu, w mieście, które
już zostało zbombardowane.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Poczdam, 1 września 1939
- Fuj! - Gretchen z niesmakiem odwróciła się od blaszanej puszki z mąką.
- O co chodzi, Liebchen? - spytała kucharka, wycierając ręce w fartuch
i krzątając się po kuchni. - Masz strasznie skwaszoną minę.
- W mące są robaki - odparła Gretchen, odsuwając się od pojemnika na
blacie.
- Nie, to niemożliwe - odparła przerażona kucharka. - To niemożliwe.
Kupiłam ją dwa dni temu. Pokaż.
Zajrzała do porcelanowego pojemnika.
- Nic nie widzę.
- Są tam... Czułam zapach ich odchodów.
Gretchen patrzyła, jak kucharka wkłada ręce do puszki i miesza mąkę, a chwilę później pospiesznie je wyciąga.
- Brr, aż się od nich roi! Są na dnie, ale ile!
Podeszła do kosza na śmieci i zawartość puszki zniknęła w chmurze
białego proszku.
- Co powie twój ojciec? Ciągle powtarza, jakie jedzenie jest drogie, do
tego całe to gadanie o wojnie.
Odwróciła się z powrotem do Gretchen, otrzepując ręce z mąki, by zaraz
włożyć je pod kran. Wytarła dłonie w fartuch i sięgnęła na półkę po
czystą puszkę. Stała obok grubej, liczącej 720 stron, książki
zatytułowanej Mein Kampf.
- Dlaczego twój ojciec upiera się, by trzymać w kuchni tę księgę Herr
Hitlera? - spytała kucharka.
Gretchen wzruszyła ramionami.
- Tatuś mówi, że każde gospodarstwo domowe w Niemczech musi mieć swój
egzemplarz.
Nie dodała jednak, że słyszała, jak ojciec mówił do matki, że nie będzie
trzymał Mein Kampf w swojej bibliotece, ponieważ "to mogłoby
zanieczyścić całą niemiecką literaturę".
- Skąd wiedziałaś, że tam były robaki, dziecko?
- Poznałam po zapachu.
Kucharka przez chwilę wpatrywała się w Gretchen, po czym potrząsnęła
głową.
Nie po raz pierwszy zwróciła uwagę na niesamowity węch dziewczyny. Już w wieku dziesięciu lat Gretchen potrafiła natychmiast stwierdzić, że w pieczeni brakuje jakiegoś zioła albo też, że mleko zaraz skwaśnieje.
Także zmysł smaku miała niezwykle wyczulony.
- Muszę iść po świeżą mąkę. A tak bardzo chciałam, żeby wszystko było
idealne na kolację z tym miłym Herr Speerem.
Słysząc nazwisko Speera, Gretchen poczuła, jak krew napływa jej do
policzków: potajemnie podkochiwała się w przystojnym architekcie.
Cieszyła się, że kucharka - odchodząc do spiżarni po kolejny worek mąki
- nie mogła dostrzec jej rumieńców.
Gretchen rozejrzała się po kuchni. Było to jej ulubione miejsce w rodzinnej posiadłości wiejskiej w Poczdamie - ciepłe, przytulne i wypełnione kuszącymi aromatami. Pod jedną ze ścian dominowało ogromne
palenisko, na którym w chłodne dni powoli obracano pieczenie na rożnie.
Szereg miedzianych garnków, chochli, łyżek i innych akcesoriów
kuchennych wisiał na żelaznym kole zawieszonym nad długim, dębowym
stołem.
Po drugiej stronie pokoju stał stary piec opalany drewnem, który
rozpalano do pieczenia chleba. Ścianę ozdabiała mozaika przedstawiająca
grupę myśliwych osaczających dzika. Gretchen słyszała, że wciąż można
spotkać dzikie świnie, ale nigdy żadnej nie widziała mimo samotnych
wieczornych spacerów po terenie posiadłości ojca. Główny ogrodnik mówił,
że o tej porze wychodziły na poszukiwanie żołędzi, które spadały ze
stuletniego dębu.
Pomiędzy paleniskiem a piecem znajdowała się ściana szafek i półek
wypełnionych porcelaną, szkłem, przyborami kuchennymi i sztućcami,
starannie posortowanymi i uporządkowanymi. Na ścianie szczytowej było
ogromne okno, wychodzące na rozległą łąkę, która opadała ku rzece
Haweli, płynącej około kilometra dalej.
- No, mamy to. Przesiałam cały worek, jest świeża i czysta - powiedziała
kucharka, stawiając przed Gretchen świeżo wyszorowany pojemnik. -
Pospieszmy się. Piec ma już odpowiednią temperaturę.
Ugniatając ciasto, Gretchen pomyślała o tym, jak bardzo będzie tęsknić
za tym miejscem. Za kilka dni zamierzali wrócić do mieszkania w Berlinie, gdzie miała rozpocząć nowy semestr w szkole, a jej ojciec,
Carl von Bismarck, wznowić pracę jako główny asystent architekta Alberta
Speera.
Z rozmowy przy stole Gretchen zrozumiała, że Herr Speer otrzymał od
Führera zlecenie na budowę szeregu wspaniałych budynków i promenad,
które przekształcą miasto w "cud świata". Gretchen była dumna, że Speer
wybrał jej ojca, jednego z najwybitniejszych architektów w kraju, na
swojego głównego doradcę.
Gdy chleb znalazł się w piecu, Gretchen usiadła i wyglądała przez okno,
chłonąc zapachy. Jeśli na świecie istniało coś, co pachniało lepiej niż
piekący się chleb, to jeszcze tego nie odkryła. Za oknem rosa na
źdźbłach trawy iskrzyła się w porannym wrześniowym słońcu. Gretchen
pomyślała, że mogłaby później pójść nad wodę i nakarmić kaczki. Kucharka
powiedziała jej, że po drugiej stronie rzeki znajduje się baza wojskowa
i że w ostatnich dniach w okolicy panował wzmożony ruch, a na drogach
można było zobaczyć kolumny czołgów. Gretchen nigdy nie widziała czołgu.
Może dzisiaj zobaczy.
- Gotowe.
Odgłos wyciągania z pieca bochenków wyrwał Gretchen z zadumy.
- Idź po świeże masło i miód ze spiżarni. Jak tylko nieco ostygnie,
możesz zanieść trochę mamie i tacie.
Wchodząc z tacą do okazałego salonu, Gretchen od razu zrozumiała, że coś
jest nie w porządku. Ojciec i matka siedzieli pochyleni nad głośnikiem
radia. W ich ciałach wyczuwała ogromne napięcie.
Postawiła tacę na stole i podbiegła do nich.
- Co się...
- Ciii... - nakazała matka, a jednocześnie ojciec zamachał ręką, by się
uciszyła.
Gretchen podeszła bliżej.
Zgodnie z najnowszymi doniesieniami nasze siły napotkały niewielki opór
i szybko postępują do przodu - mówił spiker radiowy tonem, któremu
daleko było do właściwej spikerom radiowym neutralności. Powtarzamy,
dziś rano siły Wehrmachtu przekroczyły granicę Polski, aby pomóc naszym
niemieckim rodakom w Prusach, na Górnym Śląsku, w Poznaniu i Gdańsku, i uwolnić ich od tyranii, której podlegali od niesławnego traktatu
wersalskiego. Nasze bohaterskie siły posuwają się na wszystkich frontach
i poniosły minimalne straty. Ministerstwo Wojny spodziewa się, że
kampania zakończy się za kilka dni. Ministerstwo Spraw Zagranicznych
wydało oświadczenie, w którym zapewniło świat, że jedynym interesem
Niemiec jest ochrona praw swojego narodu i że jedyne, czego pragniemy,
to trwały pokój. Heil Hitler!
Ojciec wyłączył radio i zwrócił się do Gretchen. Jeszcze nigdy nie
widziała go tak poważnego.
- Idź się spakować, dziecko. Dziś wieczorem wracamy do Berlina.
- Ale tato, Herr Speer przychodzi na kolację.
- Dzwonił do nas, Gretchen. Jest teraz bardzo zajęty - odparł ojciec i zmienionym głosem dodał: - Nie wiem, kiedy znów zaszczyci ten dom.
Berlin, 1 września 1939
Albert Speer, ciemnowłosy, ubrany w szary mundur polowy, przystojny jak
gwiazdor filmowy, ślęczał nad stertą rysunków architektonicznych. Miał
zbudować największy gmach świata - centrum władzy Hitlera. Sama aula
miała pomieścić 180 000 stojących ludzi. Wszystko po to, by sławić
Führera.
Speer wstąpił do Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników w 1931 roku i zyskał sympatię Hitlera, projektując teren zjazdów NSDAP w Norymberdze. Uśmiechnął się sam do siebie, wspominając, jak bardzo
Hitler był zadowolony, jadąc przez teren przy ogłuszającym ryku tłumów,
który można było usłyszeć aż na lotnisku. Aby przejazd wypadł
efektownie, Speer stworzył katedrę światła za pomocą 130 reflektorów
przeciwlotniczych skierowanych w niebo. Hitler, cały metr siedemdziesiąt
pięć wzrostu, stał w niebieskim daimlerze-benzu obok kierowcy, z lewą
ręką opartą na przedniej szybie. Prawe ramię trzymał uniesione w geście
pozdrowienia tłumu.
Przypomniał sobie, jak Göring się wściekł, gdy Speer przywłaszczył sobie
jego reflektory, ale Hitler nie przejął się sprzeciwami naczelnego
dowódcy Luftwaffe.
Speer, obecnie 34-latek, czuł się bezpieczny jako protegowany i powiernik Hitlera, mógł zatem sobie pozwolić na odrobinę
samozadowolenia. Zwrócił się do sekretarki, Annemarie Kempf, która
czekała z ołówkiem nad swoim notatnikiem.
- Zadzwoń do von Bismarcka. Powiedz mu, że żałuję, że nie mogę dziś z nim zjeść kolacji. Spotkamy się jutro w moim biurze.
Poczuł żal, że nie może przyjąć zaproszenia na kolację asystenta.
Kucharka von Bismarcka była jedną z najbardziej utalentowanych w Berlinie, a jego piękna, złotowłosa córka o oczach w kolorze chińskiej
porcelany była uroczą towarzyszką.
Speer zauważył, jak spuszczała te piękne oczy za każdym razem, gdy na
nią patrzył; ale była jeszcze dzieckiem, a on był wierny Margarete od
dnia ich zaręczyn, gdy oboje mieli po dziewiętnaście lat. Ileż czasu
potrzebowała jego matka, by zaakceptować ich małżeństwo! Zanim zostali
zaproszeni do rodzinnego domu w Mannheim, minęło siedem lat.
Jednak coś w niej było - Gretchen von Bismarck, tak się nazywała. Coś go
w tej dziewczynie fascynowało. Sposób, w jaki delektowała się każdym
kęsem, który wąchała, zanim włożyła do ust - rozkoszowała się swoim
jedzeniem.
"Gretchen, o tak - Hitler by ją pokochał", pomyślał; dziecko z plakatu
dla nowych Niemiec, emanujące zdrowiem i witalnością.
Szybko odrzucił obraz dziewczyny, by w pełni skoncentrować się na pracy.
Przywołał w pamięci swoje ostatnie spotkanie z Hitlerem. Było to w domu
Führera na Obersalzbergu, gdzie mieszkał ze swoją ukrywaną przed światem
kochanką Evą Braun. Przeglądali rysunki Kancelarii Rzeszy, kiedy Hitler
zwierzył mu się ze szczegółów inwazji na Polskę noszącej kryptonim Fall
Weiss (Wariant biały).
Ależ w tym momencie był dumny z Niemiec i ze swojego przywódcy. Jedyną
chmurą, która rzucała cień na przyszłość, była nieunikniona wojna z Anglią i świadomość, że może ona oznaczać, iż fundusze na jego projekt
architektoniczny zostaną przeznaczone na wsparcie wojennych wysiłków
Niemiec.
Jakże żałosny wydawał się premier brytyjski, gdy rok wcześniej wracał z wizyty u Hitlera w Monachium i machał kartką, krzycząc: "Pokój dla
naszych czasów!".
Nie będzie pokoju, dopóki Niemcy nie zajmą należnego im miejsca jako
przywódcy Europy i wszystkich białych ras.
Na biurku zabrzęczał telefon, przerywając tok jego myśli. Sekretarka
odebrała.
- Herr Speer, to pana żona.
Wziął słuchawkę i nie czekając, aż Margarete się odezwie, powiedział:
- Słyszałaś wiadomości?
- Masz na myśli nasze wieści?
- Nie, wiadomości o Polsce. Wyzwoliliśmy Polskę. O niczym innym nie
mówią w radiu. Nie jesteś podekscytowana?
- Albert. Ja też mam pewne wieści. Wiesz, że czułam się... no wiesz,
czułam się inaczej niż zwykle. Poszłam dziś do doktora Hofstettera i...
siedzisz?
- Pracuję, kochanie. Wiesz, że w pracy zawsze stoję.
- Cóż, będziesz tatą! Jestem w ciąży. Nareszcie!
Słowa żony powoli docierały do Speera.
- Kochanie, jesteś tam? Jestem pewna, że to chłopiec, a jeśli tak, to
nazwiemy go po tobie.
Speer oddał słuchawkę sekretarce i opadł na krzesło. Ukrył twarz w dłoniach, żeby nie widziała, jak płacze.
Berlin, 15 września 1939
Gretchen nie dane było długo pozostać w rodzinnym apartamencie na
ostatnim piętrze przy berlińskiej ulicy Petersburger Strasse. W trosce o bezpieczeństwo córki rodzice postanowili odesłać ją na pensję do
Szwajcarii, w nadziei, że pozostanie tam do końca wojny. Według
nazistowskich wiadomości telewizyjnych ojczyzna miała zatriumfować przed
kolejnymi żniwami.
Berlin był pierwszym niemieckim miastem, w którym w 1935 roku nadawano
programy telewizyjne. Odbiorniki były drogie, więc w całym mieście
utworzono świetlice, w których obywatele mogli za darmo oglądać
telewizję. Von Bismarckowie poczuli, że inwestycja się opłaca, więc
stali się dumnymi właścicielami pierwszego telewizora w swoim budynku.
Początkowo Gretchen urzekły codzienne programy kulinarne, lecz z czasem
zaczęła czuć się nieswojo z powodu rasistowskich wtrąceń wygłaszanych
przez prowadzącą. Jej nawiązania do żydowskich kulinariów i szydercze
uwagi o judaistycznym zakazie spożywania wieprzowiny sprawiły, że młoda
dziewczyna zaczęła się zastanawiać, skąd bierze się ta niechęć do Żydów.
Ojciec niechętnie rozmawiał na ten temat, a po spojrzeniach, jakie
wymieniał z matką, Gretchen wnioskowała, że nie podobają im się jej
pytania.
Kiedy ponownie poruszyła ten temat, matka natychmiast skierowała rozmowę
na zbliżający się wyjazd Gretchen do Szwajcarii.
- Czy spakowałaś już walizkę? I pamiętaj, kochanie, o zabraniu poduszki.
Wiesz, jak jest z twoimi alergiami o tej porze roku... Zamierzasz wziąć ze
sobą swojego misia?
- Mamo, mam szesnaście lat. Mogę głosować w wyborach lokalnych.
- Pomyślałam tylko, że miś będzie ci przypominał o domu - odparła,
sięgając po chusteczkę. - Chciałabym, żebyś wzięła aparat taty, żeby
zrobić kilka zdjęć na miejscu.
Carl von Bismarck spojrzał na żonę groźnie, ale nic nie powiedział.
Widząc to, kobieta dodała pospiesznie:
- Tylko uważaj. Był bardzo drogi.
Na dworzec jechali w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach.
Ojciec zastanawiał się, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy swoją córkę;
matka przyciskała torebkę do piersi, a przed oczami miała obrazy małej
Gretchen. Sama Gretchen była jednocześnie przerażona i podekscytowana -
smutna, że opuszcza rodzinną posiadłość, jedyny dom, jaki kiedykolwiek
znała, lecz także podekscytowana perspektywą dorosłego życia w innym
kraju.
Rodzice wybrali małą, cieszącą się powszechnym uznaniem szkołę dla
dziewcząt w pobliżu Berna, poleconą przez prawnika rodziny, którego
córka do tej szkoły uczęszczała. Pomyśleli, że Gretchen będzie się czuła
bardziej komfortowo w niemieckojęzycznym kantonie, ponieważ uczniowie
byli wychowywani w podobny sposób jak ona. Słyszeli historie o liceum w Lozannie, skąd dziewczęta wracały do domu w ciąży, no, ale czego dobrego
można się spodziewać po wpływie Francuzów.
Herr von Bismarck zatrzymał samochód przy wejściu na stację. Po obu
stronach drzwi stali dwaj żołnierze w hełmach z karabinami Mauser-Werke
Gewehr 98, których, jak pamiętał, jego ojciec używał podczas pierwszej
wojny światowej. Otworzył drzwi, aby żona i córka mogły wysiąść, a następnie poszedł do bagażnika po walizkę.
- Masz bilet w bezpiecznym miejscu?
- Tak, mamo.
- Na dworcu w Bernie powita cię jedna z nauczycielek. Nazywa się Hanna
Seigert. Będzie miała plakietkę Lyceum Bern. Napisz, jak tylko dotrzesz
na miejsce.
- Tak, mamo.
- Podróż trwa dziewięć godzin - powiedział ojciec, kładąc ręce na
ramionach Gretchen, jakby na znak błogosławieństwa. - Mama spakowała ci
jedzenie, więc nie musisz iść do wagonu restauracyjnego. Masz pojedynczą
kuszetkę. Zaśniesz bez trudu. Miarowy stukot kół pociągu ukołysze cię do
snu.
Przytulił Gretchen, mając nadzieję, że córka będzie bezpieczna w najstarszej demokracji na świecie. Matka wzięła dziewczynę za rękę i wcisnęła jej w dłoń dwa banknoty po sto marek. Nieprzyzwyczajona do
okazywania uczuć, cofnęła się, wpatrując się w córkę, z obiema rękami
przyciśniętymi do ust, by powstrzymać się od płaczu.
Ani dziewczyna, ani jej rodzice nie wiedzieli, że pożegnanie obserwowało
dwóch agentów Gestapo. Stali w czarnych skórzanych płaszczach, opierając
się o ścianę, i wydawali się nadzwyczaj zainteresowani rozgrywającą się
przed nimi sceną. Skinęli do siebie głowami i jeden podążył za Gretchen
na peron, z którego odjeżdżał pociąg do Berna, podczas gdy drugi
obserwował, jak von Bismarckowie wracają do samochodu, i zanotował jego
numer rejestracyjny.
Berlin, 15 września 1939
Z prywatnego biura Alberta Speera przy Lindenallee na zachodnim krańcu
Berlina, niedaleko Adolf Hitler Platz, do skromnego domu w Berlin-Schlachtensee jechało się dwadzieścia minut. O tak późnej
godzinie na drodze nie było prawie żadnego ruchu i, mimo zmęczenia,
architekt cieszył się chwilą samotności, która pozwalała mu zebrać
myśli. Po powrocie do domu będzie mógł odpocząć z Margarete - miłością
swojego życia - a ona będzie mogła mu opowiedzieć, jak jej minął dzień
oraz o wizycie u lekarza.
Obawiał się, że ich nienarodzone dziecko może być podatne na ataki
zawrotów głowy, takie same jak te, na które sam cierpiał jako dziecko i które czasami powodowały u niego omdlenia. Zastanawiał się, czy
przypadłość, którą lekarz rodzinny określił jako "osłabienie nerwów
naczyniowych", jest dziedziczna.
Jednakże ilekroć nachodziły go takie ponure myśli, przypominał sobie
triumf swoich ambicji jako architekta. Był teraz człowiekiem wybranym
przez Hitlera, jednym z najpotężniejszych ludzi w Rzeszy i budowniczym
nowego ładu.
Jadąc przez zaciemnione miasto, wrócił myślami do pierwszego spotkania z Führerem. Data wryła się głęboko w jego serce: 27 lipca 1932 roku. Rok
wcześniej, oczarowany przemówieniami Hitlera, wstąpił do Partii
Narodowosocjalistycznej.
Speer przypomniał sobie tę grudniową noc 1930 roku, kiedy poszedł do
piwiarni w Hasenheide, aby po raz pierwszy usłyszeć przemówienie
Hitlera. Wychodził zahipnotyzowany i zdeterminowany, by odpowiedzieć na
wezwanie Führera do działania i pomóc w budowie nowych Niemiec w myśl
hasła Ein Volk, ein Reich, ein Führer (Jeden naród, jedna Rzesza,
jeden przywódca). Przymknął oko na późniejszą przemoc na ulicach i usprawiedliwił Noc kryształową, określając ją jako aberrację. Nie sposób
stworzyć Trzeciej Rzeszy bez niewielkiego rozlewu krwi.
Był wówczas nic nieznaczącym członkiem partii i jako taki wiózł na
lotnisko Berlin-Staaken posłańca, który miał pilnie dostarczyć Hitlerowi
raport. Führer zdenerwował się, ponieważ jego samochód nie przyjechał.
Maszerował tam i z powrotem w hali lotniskowej, uderzając pejczem w cholewy wysokich butów i pstrykając palcami. Speer zdążył się już
dowiedzieć, że pstrykanie palcami było znakiem, że Führer zaraz wpadnie
w szał.
Jakże dumni byliby jego ojciec i dziadek - obaj wybitni architekci -
gdyby dożyli chwili, kiedy został ulubieńcem przywódcy, który przywróci
dumę Niemcom. - A moje budowle - powiedział do siebie - będą dla świata
świadectwem wielkości Niemiec.
Nie zdążył jeszcze zapomnieć, jaki był głodny jako mały chłopiec
dorastający w Mannheim po Wielkiej Wojnie, w czasach szalejącej inflacji
1923 roku. Był tak bardzo głodny, że pożarł całą torbę zepsutego
jedzenia dla psów. Ale te dni już dawno minęły, a przyszłość była tak
jasna i świetlista jak nagi miecz.
Dwa lata temu Hitler zarekwirował Akademię Sztuk przy Pariser Platz na
biura dla mnie oraz dziesięciu moich współpracowników architektów i mianował mnie Generalnym Inspektorem Budownictwa, wspominał z uśmiechem.
Mój przywódca wybrał ten budynek, ponieważ mógł spacerować po
ministerialnych ogrodach z dala od ludzkich spojrzeń.
Podczas ostatniego spotkania Hitler poprosił Speera o zaprojektowanie
klatki schodowej do nowej kancelarii, "tak wspaniałej jak ta w Operze
Paryskiej". Hitler wyznał również, że jednym z jego ulubionych budynków
jest Opera Wiedeńska, w istocie jeden z najwspanialszych gmachów opery
na świecie.
Tym, co dało mu do myślenia, była opowieść Führera o tym, jaki los
spotkał jej architekta. Kiedy ukończono budowę, w 1848 roku, projekt
Opery Wiedeńskiej Eduarda Van der Nülla stał się przedmiotem tak ostrej
krytyki, że Nüll był przekonany, iż jego budynek to porażka. Dzień przed
otwarciem opery, podczas którego wykonano Don Giovanniego Mozarta,
Nüll strzelił sobie w głowę.
Speer miał też pełną świadomość losu, jaki spotkał znanego komika
kabaretowego, Wernera Finka. Fink pozwolił sobie na zbyt wiele, szydząc
z projektów budowlanych Hitlera. Został zabrany do obozu
koncentracyjnego w Esterwegen, zanim Speer zdążył kupić bilety na jego
występy. Słyszał, że Fink drwił z informatorów Gestapo na widowni,
sugerując im, aby zapisywali każde jego słowo. Zwrócił się do mężczyzny
siedzącego w pierwszym rzędzie, ironizując: "Czy mówię za szybko?
Nadążasz czy to raczej ja mam nadążać za tobą?".
Albert Speer, choć był niezwykle dumny z bycia architektem Hitlera,
doskonale wiedział, że musi uważać na to, co mówi. I strzec się, gdy
dostrzeże pstrykanie palcami.
Berno, 16 września 1939
Gretchen postawiła walizkę na peronie i rozejrzała się za kobietą
trzymającą tabliczkę. Pomachała, gdy zobaczyła Hannę Seigert,
zadziwiająco wysoką kobietę po czterdziestce, ubraną w szerokie spodnie
i jasnoniebieski bliźniak, z perłami na szyi.
Trzymała w ręku kwadratową, białą tekturkę z imieniem Gretchen napisanym
dużymi literami. Obok niej stał mężczyzna o głowę niższy, z krótko
przystrzyżonymi włosami, w spodniach khaki i zapiętej pod szyję białej
koszuli z krótkimi rękawami. Na nogach miał niewypolerowane oficerki.
- Witamy w Bernie, Fräulein. Jorg weźmie twoją walizkę. Ufam, że
miałaś przyjemną podróż.
- Dziękuję, Frau Seigert - odparła Gretchen, podając walizkę
mężczyźnie. Gdy wziął jej bagaż, zauważyła, że ma tatuaż biegnący od
wewnętrznej strony lewego nadgarstka do łokcia: skrzyżowane karabiny nad
słowami napisanymi pismem gotyckim, których nie potrafiła odczytać.
- Do szkoły jedzie się pół godziny, w tym czasie będziemy mogły się
trochę poznać. Jestem pewna, że będziesz miała pytania - powiedziała
kobieta, idąc w kierunku samochodu - czarnego jak smoła landau z białymi
oponami, który wyglądał, jakby właśnie zjechał z planu amerykańskiego
filmu gangsterskiego.
Jorg przytrzymał drzwi, a Hanna Seigert wsunęła się do tyłu i poklepała
siedzenie, wskazując Gretchen miejsce. Jorg otworzył bagażnik i schował
walizkę, po czym usiadł za kierownicą. "Dziwne, że nie nosi czapki",
pomyślała dziewczyna. Szoferzy von Bismarcka zawsze nosili czapki.
- Więc Gretchen, jesteś w Szwajcarii po raz pierwszy?
- Tak, Frau Seigert, jestem bardzo podekscytowana. Moi rodzice zabrali
mnie pewnego lata do Biarritz. To jedyne miejsce, w którym byłam
dotychczas poza granicami Niemiec.
Zauważyła, że gdy wypowiedziała słowo "Niemcy", głowa Jorga odskoczyła
do tyłu. Ich spojrzenia spotkały się we wstecznym lusterku. Patrzył na
nią z taką nienawiścią, że musiała odwrócić wzrok.
- Jorg! - warknęła Frau Seigert. - Przegapiłeś zjazd. Skoncentruj się,
proszę, na prowadzeniu pojazdu.
- Najmocniej przepraszam - wymamrotał kierowca i wrzucił wsteczny bieg.
- Opowiem ci teraz, gdzie będziesz mieszkała. Będziesz dzielić pokój z dziewczyną w twoim wieku, pochodzącą z Zurychu. Pomyśleliśmy, że
poczujesz się lepiej z młodą damą, która mówi w twoim języku. Jej ojciec
jest właścicielem bardzo modnej kliniki medycznej.
Gretchen skinęła głową, by dać do zrozumienia, że ta informacja zrobiła
na niej takie wrażenie, jak na Frau Seigert.
Kiedy zerknęła w lusterko, ponownie spotkała gniewne spojrzenie Jorga.
- Jak ona ma na imię?
- Shona. Fräulein Shona Rosenberg.
"Brzmi żydowsko", pomyślała Gretchen. Nigdy wcześniej nie spotkała Żyda.
- Będziesz oczywiście uczyć się francuskiego - kontynuowała Frau
Seigert - a także tego wszystkiego, co młoda kobieta w dzisiejszych
czasach powinna wiedzieć: dekorowania stołu, układania kompozycji
kwiatowych, sztuki serwowania popołudniowej herbaty. Etykiety ogólnej, a także, naturalnie, jak prowadzić gospodarstwo domowe.
- A co z gotowaniem? - spytała Gretchen.
- Gotowaniem? Jedyne, co musisz umieć robić w kuchni, to wydawać
polecenia kucharzowi. Przygotowujemy nasze młode damy do życia, które
będziesz wiodła, gdy dobrze wyjdziesz za mąż, moja droga.
- Co to za budynek? - spytała Gretchen, podziwiając kamienne wieże,
przypominające kapelusze czarownic.
- To Muzeum Historyczne w Bernie. Zostało zbudowane w 1894 roku, ale
wygląda na dużo starsze, prawda? Architekt André Lambert kochał stare
zamki. Może chciałbyś zobaczyć stare miasto?
Zanim Gretchen zdążyła odpowiedzieć, nauczycielka pochyliła się do
przodu i poleciła Jorgowi, by przejechał na drugą stronę turkusowej
rzeki Aare. Samochód toczył się po wiekowych, brukowanych uliczkach
starego, otoczonego murami miasta.
- Zatrzymaj się, abyśmy mogły dobrze przyjrzeć się Zytglogge - poleciła
Frau Seigert.
Jorg zatrzymał samochód i z posępną miną zaczął gryźć paznokieć.
- To Zytglogge, Gretchen. Wieża zegarowa została zbudowana w XIII wieku
jako wieża strażnicza przy zachodniej bramie miasta. Widzisz dwie tarcze
zegara. Dolny to zegar astrologiczny ze znakami zodiaku.
- Jest przepiękna.
Gretchen żałowała, że nie ma pod ręką aparatu ojca, ale leżał w walizce,
starannie zapakowany i owinięty w sweter.
- Przejedziemy obok Bärengraben, Jorg, a potem wrócimy do szkoły -
powiedziała Frau Seigert. Zwracając się do Gretchen, dodała: -
Bärengraben znaczy niedźwiedzia nora. Niedźwiedź jest symbolem Berna.
Widać go na naszym herbie.
Podczas gdy nauczycielka ględziła o historii miasta, Gretchen podziwiała
mijane krajobrazy, zastanawiając się, dlaczego Jorg tak gwałtownie
zareagował, gdy wspomniała, że pochodzi z Niemiec i jakie znaczenie miał
tatuaż na jego przedramieniu, którego nie ukrywał.
Berno, 2 grudnia 1939
Ubrana w strój do tenisa, Shona Rosenberg siedziała po turecku na łóżku,
czytając czasopismo i uśmiechając się ponuro do siebie.
- Co czytasz, Shoshy? - spytała Gretchen, czesząc włosy przed lustrem.
Dziewczyny nadały sobie nawzajem przydomki. Shona była Shoshy, a ona
została Gretty.
Shona spojrzała na okładkę.
- To szwajcarski magazyn satyryczny o nazwie "Nebelspalter". Bajki
polityczne i takie tam. Wyśmiewają się z nazistów. Bardzo wywrotowe.
- Pokaż.
Gretchen uklękła na łóżku obok Shony, która pokazała jej rysunek
satyryczny. Przedstawiał nazistę i komunistycznego oficera,
przytulających się do siebie, ociekających krwią i ryczących ze śmiechu.
Podpis brzmiał: "Nowi przyjaciele".
- Skąd to masz?
- Jorg mi go pożyczył.
- Jorg? Kierowca?
- Tak. Czasami wymykam się do szopy w ogrodzie i z nim palę.
- Jeśli kiedykolwiek zostaniesz złapana, Frau Seigert cię wyrzuci.
- Nie obchodzi mnie to. Nienawidzę tego miejsca.
- Ten tatuaż, który Jorg ma na ramieniu... wiesz, co znaczy?
- Kiedyś mi o tym opowiedział. Skrzyżowane karabiny oznaczają, że jest
strzelcem wyborowym. Ekspert od strzelania. Jak większość Szwajcarów. To
ich narodowa rozrywka. A napis w Switzerdeutsch oznacza: "Każdy z nas
bierze siedmiu Niemców". Jeśli Niemcy dokonają inwazji, wszyscy ludzie
staną się snajperami w górach.
- Musi nas nienawidzić.
Gretchen przypomniała sobie wyraz oczu Jorga na sam dźwięk słowa
"Niemcy".
- On nienawidzi nazistów. Poza tym wie, że jestem Żydówką i co się
dzieje z Żydami w Niemczech.
- Co masz na myśli?
- Obozy. Żydów wysyła się do obozów koncentracyjnych. Pociągi są pełne.
- To straszne.
- Jorg mi powiedział. Widział pociągi. Myślę, że on sam jest Żydem.
- Skąd wiesz?
- Widziałam to. Nie ma napletka.
Gretchen parsknęła i zakryła dłonią usta, by stłumić chichot.
- Masz na myśli, że zrobiłaś to z nim?
- Nie, weszłam do szopy, kiedy sikał. I dobrze się temu przyjrzałam -
roześmiała się Shona. - Zrobił się czerwony jak burak. Myślę, że się
polał, próbując go schować.
- Sama nigdy nie widziałam nagiego mężczyzny - powiedziała Gretchen.
- Uwierz mi, niewiele straciłaś. Chodź, spóźnimy się na zajęcia.
Berlin, 24 czerwca 1940
Albert Speer, rozparty w swoim ulubionym fotelu, nalał sobie drugi
kieliszek rieslinga. Mimo zmęczenia był w radosnym nastroju. Właśnie
wrócił z trzygodzinnej wycieczki po zdobytym Paryżu, który podziwiał z samochodu samego Führera.
- Jaki jest Paryż? - spytała Margarete, tuląc dziecko, które drzemało
podczas wieczornego karmienia piersią.
- To najpiękniejsze miasto na świecie - odparł Speer. - Führer
powiedział mi, że chce, by Berlin stał się jeszcze piękniejszy. Jego
słowa brzmiały dokładnie: "Paryż już na zawsze pozostanie w jego
cieniu". Tak właśnie się stanie, jeśli tylko zrealizuję moją wizję.
Margarete się nie odzywała.
- Wiesz, od czego chciał zacząć zwiedzanie Paryża? - ciągnął Speer, nie
zauważając milczenia żony. - Od opery! Nie fortyfikacji czy uzbrojenia,
które Francuzi pozostawili, opuszczając miasto, ale opery... Wiesz,
zeszłego lata, podczas mobilizacji, nakazał przesłanie swojemu
adiutantowi wszystkich akt poboru. Jeśli dotyczyły artystów, darł je.
Nie wysyła artystów na śmierć na wojnie. Wiedziałaś, że jego szofer
Breker jest rzeźbiarzem?
Margarete westchnęła, lecz nadal milczała.
- Co się stało, kochanie? Od mojego powrotu nie powiedziałaś ani słowa.
- Dlaczego nie zdejmiesz munduru, Albercie? Jesteś teraz w domu. Stałeś
się taki sam jak oni.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nigdy cię nie widuję. Dziecko nigdy cię nie widzi. Zaharowujesz się.
- Mam zadanie do wykonania dla narodu niemieckiego.
- Czasami myślę, że masz romans. Jak Göring, który uwodzi młode aktorki
malowanymi paznokciami i kieszeniami pełnymi szmaragdów. I jeszcze bawi
się kolejkami - dorosły mężczyzna. Do tego ta morfina, którą w siebie
pcha...
- Wiesz, że został ranny podczas puczu piwiarnianego w 1923 roku. Jest
bohaterem wojennym. Potrzebuje jej, by uśmierzyć ból... Czasami żałuję,
że nie mam czasu na romans - zaśmiał się Speer. - Mój jedyny romans jest
z tobą, kochanie... Czy mówiłem ci o ostatnim pomyśle Göringa?
Margarete pokręciła głową.
- Wiesz, że musimy produkować pociągi, żeby zaopatrywać nasze wojska.
Żeby oszczędzić stal na inne potrzeby wojenne, na uzbrojenie, czołgi i im podobne, wyobraź sobie, że Göring zasugerował mi, abyśmy budowali
pociągi z betonu. Beton!
- Wiesz, że wszyscy ci zazdroszczą, prawda? Jesteś ulubieńcem Führera.
Wyjrzyj przez okno. Cały czas tam stoją.
Speer wstał z krzesła, postawił kieliszek na stole i podszedł do okna.
Odsunął zasłonę i wyjrzał na ulicę. W cieniu bramy stało dwóch mężczyzn.
- Gestapo - powiedział. - Prawdopodobnie Himmler przydzielił ich, by
mnie chronili.
- Ochraniają cię, Albercie, czy szpiegują? Nie ufam żadnemu z nich,
zwłaszcza temu kulawemu palaczowi książek Herr Goebbelsowi. I Bormannowi, który zawsze podlizuje się Hitlerowi. Wydaje się kimś bez
znaczenia, ale jest pozbawiony skrupułów, jak wąż. To kłamliwy
psychopata. Przed niczym się nie cofnie, by zadowolić Führera.
- Margarete! Uważaj, co mówisz. Ściany mają uszy.
- To ty, kochanie, musisz uważać - dla mnie i swojego syna.
- Führer mnie słucha, moja droga. Jestem jego powiernikiem. Traktuje
mnie jak syna. Dlatego zaledwie wczoraj - i mówię ci to w największej
tajemnicy - powiedział mi o swoich planach inwazji na Szwajcarię. Ten
nędzny, mały kraj czekolady i zegarów z kukułką jest całkowicie otoczony
przez Niemcy i naszych sojuszników. Dwadzieścia jeden dywizji dwunastej
armii generała porucznika Lista powinno zdobyć go bez problemu. Będzie
jak z Austrią, kolejny bezkrwawy Anschluss... Swoją drogą, to
znakomity riesling. Powinniśmy zamówić go więcej.