Smak zła (edycja specjalna) - Tony Aspler, Gordon Pape

Kup ebooka

45.00 zł
37.35 zł (35,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Berno, 25 czerwca 1940

- Cała klasa buczała pod nosem - opo­wia­dała Sho­shy. - Fraülein Myer uznała, że to oświe­tle­nie dziw­nie działa, i pobie­gła wezwać woź­nego. Kiedy przy­szedł, wszy­scy byli cicho. Patrzył na nią jak na wariatkę.

Gret­chen zwi­jała się ze śmie­chu, wyobra­ża­jąc sobie, jak dozorca zawsty­dził sztywną Fraülein Myer.

Rado­sną atmos­ferę prze­rwał dźwięk dzwonka alar­mo­wego na kory­ta­rzu. Z radio­wę­zła dobiegł kobiecy głos.

- Pro­szę, by wszyst­kie dziew­częta bez­zwłocz­nie sta­wiły się w dużej sali, gdzie pani dyrek­tor wyda ważne oświad­cze­nie. Żad­nego ocią­ga­nia się, dro­gie panie.

Kory­tarz natych­miast zapeł­nił się dziew­czę­tami zmie­rza­ją­cymi do scho­dów pro­wa­dzą­cych na par­ter. Duża sala była aulą z pod­wyż­szoną sceną, na któ­rej odby­wały się występy muzyczne, coroczne przed­sta­wie­nia szkolne i cere­mo­nie ukoń­cze­nia szkoły. Fakt, że wszy­scy zostali tam wezwani, wywo­łał wśród dziew­cząt poru­sze­nie.

Weszły do sali uro­czy­stym kro­kiem i zajęły swoje zwy­cza­jowe miej­sca - naj­młod­sze z przodu, naj­star­sze z tyłu. Frau Seigert cze­kała przy stole na sce­nie, z każ­dej strony sie­działo po trzech innych nauczy­cieli. Po pra­wej stro­nie miała szta­lugę, na któ­rej wisiała mapa Europy. Obok stała nauczy­cielka ze wskaź­ni­kiem.

Shona szturch­nęła Gret­chen i wska­zała głową na lewo od sceny. Ubrany w szarą, bojową kurtkę z czer­wo­nymi naszyw­kami na wyło­gach, Jorg stał na bacz­ność, patrząc pro­sto przed sie­bie.

Frau Seigert stuk­nęła w mikro­fon, aby się upew­nić, że działa. Piskliwe wycie sprzę­żo­nego gło­śnika zagłu­szyło jej pierw­sze słowa. Odsu­nęła mikro­fon o kilka cen­ty­me­trów i zaczęła od nowa.

- Moje dro­gie młode damy. Jak wie­cie, Europa jest zaan­ga­żo­wana w wojnę. Rok temu Niemcy naje­chały Pol­skę. W rezul­ta­cie Wielka Bry­ta­nia i Fran­cja wypo­wie­działy wojnę Niem­com. Frau Baum­gart­ner wskaże poszcze­gólne kraje na mapie, aby­ście zro­zu­miały geo­gra­fię... W kwiet­niu Niemcy naje­chały Danię i Nor­we­gię... Nor­we­gię, Frau Bat­tig, nie Szwe­cję. W zeszłym mie­siącu Niemcy zajęły Luk­sem­burg, Holan­dię i Bel­gię. Potem była Fran­cja. Niemcy zaj­mują teraz pół­nocną Fran­cję i całe wybrzeże Atlan­tyku. Szwaj­ca­ria na mocy prawa mię­dzy­na­ro­do­wego zacho­wała neu­tral­ność w tym kon­flik­cie. Ale my, jako naród, jeste­śmy oto­czeni przez kraje, które albo zna­la­zły się pod oku­pa­cją nie­miecką, albo są sojusz­ni­kami nie­miec­kiej Osi, mam tu na myśli Wło­chy.

W sali zapa­no­wało ogólne poru­sze­nie, gdy młoda publicz­ność prze­twa­rzała infor­ma­cje.

- Trak­tuję was wszyst­kie jak doro­słe, dla­tego mówię wam dokład­nie, co się wyda­rzyło i co będziemy robić, aby zapew­nić wam bez­pie­czeń­stwo. Nie chcę, żeby po szkole krą­żyły jakieś fał­szywe plotki. Z naszego mini­ster­stwa w Ber­nie dosta­łam infor­ma­cję, że woj­ska nie­miec­kie gro­ma­dzą się na gra­nicy Jury Szwab­skiej, która, jak widzi­cie, znaj­duje się na pół­nocny zachód od nas...

Na sali pano­wało coraz więk­sze wzbu­rze­nie, roz­brzmie­wała mie­sza­nina wes­tchnień i cichych szlo­chów.

- Dziew­częta, zacho­waj­cie spo­kój. Odwagi! Pamię­taj­cie szkolne motto: Nil despe­ran­dum auspice Deo - nie roz­pa­czaj i pokła­daj ufność w Bogu. Dzi­siaj po połu­dniu prze­ćwi­czymy pro­ce­dury ewa­ku­acyjne. Dzwon alar­mowy wezwie was na dzie­dzi­niec, a star­sze dyżurne prze­pro­wa­dzą was przez cały pro­ces. Jeśli macie jakieś pyta­nia, przyjdź­cie do mnie lub do prze­ło­żo­nej.

W tyl­nym rzę­dzie w górę wystrze­liła ręka.

- A co z naszymi rodzi­cami, Frau Seigert?

- Skon­tak­to­wano się z waszymi rodzi­cami i poczy­nione zostaną przy­go­to­wa­nia, aby zapew­nić wam bez­pieczny powrót do domu. To zna­czy tym z was, które chcą wró­cić do domu. Teraz zaj­mij­cie się swo­imi zwy­kłymi spra­wami i cze­kaj­cie na dzwo­nek. Może­cie się rozejść. Aha, Fraülein Shona Rosen­berg pro­szona jest o natych­mia­stowe uda­nie się do mojego gabi­netu.

Shona i Gret­chen wymie­niły spoj­rze­nia. Shona sze­roko otwo­rzyła oczy i wzru­szyła ramio­nami, by poka­zać, że nie wie, dla­czego została wezwana przez dyrek­torkę.

***

Cze­ka­jąc na Shonę, Gret­chen wyjęła apa­rat ojca i zało­żyła film.

W końcu współ­lo­ka­torka wró­ciła, zale­wa­jąc się łzami.

- Co się stało, Sho­shy?

- Sprzą­taczka zna­la­zła w szu­fla­dzie paczkę papie­ro­sów i zamie­rzają mnie wyrzu­cić!

- Wyrzu­cić? Myśla­łam, że sama chcesz odejść.

- Tak, ale ojciec mnie zabije. To będzie trze­cia szkoła, z któ­rej mnie wyrzu­cono. Nie wiem, co robić.

- Ja wiem. Powiem Frau Seigert, że to moje papie­rosy. I tak zostanę ode­słana do domu.

- Zro­bi­ła­byś to dla mnie?

- Dla Cie­bie tak, Sho­shy. Ale naj­pierw muszę zro­bić kilka zdjęć. Obie­ca­łam mamie. Potem pójdę i poroz­ma­wiam z Frau Seigert.

- Och Gretty, jesteś moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką!

- Nie wiem, co się sta­nie, ale musimy pozo­stać w kon­tak­cie. Będziemy do sie­bie pisać, a kiedy będzie po wszyst­kim, może­cie przy­je­chać i odwie­dzić mnie w Pocz­da­mie, wymie­nimy się adre­sami.

- Sio­stry - powie­działa Shona, spla­ta­jąc razem palce wska­zu­jące.

- Sio­stry - powtó­rzyła Gret­chen, naśla­du­jąc gest.

Dziew­czyny przy­tu­liły się do sie­bie, a do oczu Shony napły­nęły łzy.

- Pójdę od razu zro­bić te zdję­cia - stwier­dziła Gret­chen. - Jeśli ktoś będzie pytał, powiedz mu, że poszłam pobie­gać.

Prze­brała się w szorty i buty do gim­na­styki i prze­rzu­ciła przez ramię pasek leiki. Zeszła scho­dami na par­ter i tyl­nymi drzwiami wyszła do ogrodu warzyw­nego. Zdjęła osłonę z obiek­tywu i wyre­gu­ło­wała ostrość. Zro­biła zdję­cia tyl­nej fasady budynku, a następ­nie padoku za staj­nią.

Prze­spa­ce­ro­wała się wokół stawu, na któ­rym o zmierz­chu lądo­wały kaczki, i szła dalej w kie­runku lasu. Na chwilę zatrzy­mała się i skie­ro­wała apa­rat w stronę mostu nad dopły­wem rzeki Aare, a potem na górę Ban­ti­ger na pół­nocy. Następ­nie na łukowy, kamienny most nad rzeką w wio­sce Bärengraben, poło­żo­nej naj­bli­żej szkoły.

W oddali usły­szała dźwięk szkol­nego dzwonka. Zaczęła biec, przy­ci­ska­jąc apa­rat do boku. Usły­szała za sobą kroki: ktoś za nią biegł. Nie oglą­da­jąc się za sie­bie, przy­spie­szyła, ale kto­kol­wiek ją ści­gał, był coraz bli­żej. Kiedy wbie­gła na teren szkoły, Gret­chen nagle się zatrzy­mała i odwró­ciła, dysząc. W jej stronę biegł Jorg. Zła­pał ją za ramię.

- Pój­dziesz ze mną.

Jego oczy pło­nęły gnie­wem.

- To boli. Dokąd mnie zabie­rasz?

Jorg nie odpo­wie­dział i cią­gnął ją ze sobą do szkoły.

- Nic nie zro­bi­łam. Wiem, że nie wolno nam opusz­czać terenu bez pozwo­le­nia, ale ja wła­śnie...

- Bądź cicho. Będziesz się tłu­ma­czyć Frau Seigert.

Gret­chen potul­nie pozwo­liła się zapro­wa­dzić do gabi­netu dyrek­torki, w myślach ukła­da­jąc wymówki, które uspra­wie­dli­wi­łyby samo­wolne opusz­cze­nie terenu szkoły. Jorg zapu­kał do drzwi biura i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wszedł, popy­cha­jąc Gret­chen przed sobą.

Frau Seigert pod­nio­sła wzrok i zdjęła oku­lary.

- O co cho­dzi, Jorg?

- Zła­pa­łem tę młodą kobietę poza tere­nem szkoły, Frau Seigert. Robiła zdję­cia.

- Zdję­cia?

- Tak, zdję­cia mostów i dróg. Zdję­cia, które mogliby wyko­rzy­stać Niemcy. Myślę, że jest nie­miec­kim szpie­giem.

- Chcia­łam tylko poka­zać rodzi­com, jak tu jest - zapro­te­sto­wała Gret­chen.

- Daj mi apa­rat - pole­ciła Frau Seigert.

Gret­chen zdjęła pasek z ramie­nia i podała apa­rat prze­ło­żo­nej.

- Leica. To nie jest apa­rat dla dziecka. Skąd go masz?

- Należy do mojego ojca. Poży­czył mi go na wyjazd.

Frau Seigert odsu­nęła zatrzask, aby otwo­rzyć tylną część apa­ratu. Następ­nie wyjęła kasetę z obu­dowy. Roz­wi­nęła rolkę filmu, żeby go prze­świe­tlić, i wrzu­ciła do kosza na śmieci. Następ­nie zamknęła apa­rat i oddała go Gret­chen.

- Dzię­kuję, Jorg. Możesz już iść.

Gdy męż­czy­zna wycho­dził z gabi­netu, Gret­chen rzu­ciła mu gniewne spoj­rze­nie.

- Gret­chen, usiądź.

Frau Seigert otwo­rzyła leżącą przed nią teczkę.

- Przy­pad­kiem wła­śnie prze­glą­da­łam twoje doku­menty i ten ostatni incy­dent pomógł mi zade­cy­do­wać, jak powin­nam postą­pić.

- Chcia­łam tylko poka­zać rodzi­com zdję­cia szkoły.

- Milcz!... Kil­koro nauczy­cieli powie­działo mi, że albo spóź­niasz się na zaję­cia, albo cał­kiem je opusz­czasz. Masz coś na swoje uspra­wie­dli­wie­nie?

- Nie, pro­szę pani - odparła Gret­chen, wpa­tru­jąc się w swoje stopy.

- Wygląda na to, że bar­dziej inte­re­suje cię to, co się dzieje w kuchni niż nauka, która została dla cie­bie prze­wi­dziana. Widy­wano cię, jak całymi godzi­nami roz­ma­wia­łaś z sze­fem kuchni.

- Chcia­łam nauczyć się jego tech­nik.

- Zga­dzam się, szwaj­car­scy sze­fo­wie kuchni są znani na całym świe­cie. Ale jesteś tutaj, aby nauczyć się tego, co dla cie­bie przy­go­to­wa­ły­śmy.

Wstała zza biurka i spoj­rzała przez okno na boisko do hokeja na tra­wie.

- Na naszej gra­nicy stoją oddziały nie­miec­kie, Fräulein von Bismarck. Muszę myśleć o bez­pie­czeń­stwie moich pod­opiecz­nych. To jest moja główna tro­ska. Nie mogę w mojej szkole mieć żad­nych dywer­san­tów. Rozu­miesz?

Gret­chen nie wie­działa, kto to jest "dywer­sant", ale była zbyt onie­śmie­lona postawą prze­ło­żo­nej, by o to zapy­tać.

- Jesz­cze przed dzi­siej­szym pogwał­ce­niem regu­la­minu szkol­nego poin­for­mo­wa­łam two­jego ojca, że nie jesteś mate­ria­łem na uczen­nicę Lyceum Bern. Zbyt wiele razy zła­ma­łaś nasze zasady. Dzi­siaj tele­fo­nicz­nie zawia­do­mi­łam pana von Bismarcka, że pozwolę ci zostać z nami na ostat­nie dwa tygo­dnie seme­stru let­niego. Jed­nakże wobec dzi­siej­szego zaj­ścia myślę, że naj­le­piej będzie, jeśli opu­ścisz nas już teraz.

Gret­chen wie­działa, że nie ma nic do stra­ce­nia.

- Frau Seigert, papie­rosy zna­le­zione w moim pokoju były moje, nie Shony.

Spu­ściła oczy, by udać skru­chę.

- A jakiej były marki?

- Ja... nie patrzy­łam na paczkę.

- Więc kupi­łaś papie­rosy bez patrze­nia na paczkę. A gdzie są twoje zapałki?

- Zuży­łam.

- A ile papie­ro­sów zostało w paczce?

- Może trzy, nie pamię­tam.

Frau Seigert otwo­rzyła górną szu­fladę w biurku i wyjęła nie­otwartą paczkę papie­ro­sów.

- To wła­śnie zna­le­ziono w szu­fla­dzie two­jej współ­lo­ka­torki. Fräulein, to bar­dzo szla­chetne z two­jej strony, że pró­bu­jesz kryć przy­ja­ciółkę, ale zasady to zasady. W związku z tym ponow­nie zadzwo­nię do two­jego ojca, aby omó­wić kwe­stię two­jego natych­mia­sto­wego powrotu do Ber­lina.

Berlin, 27 czerwca 1940

Podróż pocią­giem z Berna do Ber­lina trwa zwy­kle osiem godzin. Ale to nie były zwy­czajne czasy. Przy gra­nicy z Niem­cami pociąg Gret­chen został prze­to­czony na bocz­nicę i był tam prze­trzy­my­wany przez sześć godzin, aby umoż­li­wić prze­jazd skła­dom woj­sko­wym.

Kiedy w końcu dotarła do Ber­lina, była wyczer­pana - przez całą drogę nie zmru­żyła oka. Na pero­nie roiło się od umun­du­ro­wa­nych żoł­nie­rzy i ich ekwi­punku. Gret­chen sta­nęła na walizce i spo­glą­dała ponad ich gło­wami, wypa­tru­jąc rodzi­ców.

W końcu zoba­czyła prze­py­cha­jącą się przez tłum matkę, wład­czo macha­jącą do szo­fera Fritza, by szedł za nią.

Kiedy Greta von Bismarck ujrzała córkę, sta­nęła kilka kro­ków od niej i oparła ręce na bio­drach.

- Ład­nie się nam odpła­casz! Ten twój wyczyn, Gret­chen, kosz­to­wał two­jego ojca spore pie­nią­dze.

- Gdzie on jest?

- Leży w łóżku zło­żony poda­grą. Bez wąt­pie­nia spo­wo­do­waną bez­myśl­nym zacho­wa­niem córki.... Fritz, weź walizkę.

Gdy w mil­cze­niu jechali do pocz­dam­skiej posia­dło­ści, Gret­chen oglą­dała przez okno wszyst­kie zna­jome miej­sca.

Kiedy dotarli do domu, zapa­dał już zmrok. Kucharka cze­kała przy drzwiach wej­ścio­wych. W oknach nie paliły się świa­tła.

- Jesteś głodna? - zapy­tała kucharka, gdy Gret­chen objęła ją na powi­ta­nie.

- Kąpiel i łóżko dla tej mło­dej kobiety - powie­działa Greta. - Pro­szę przy­go­to­wać jej kąpiel.

Gret­chen z wes­tchnie­niem ulgi zamknęła drzwi sypialni. Miło było znów być w swoim pokoju, z plu­sza­kami uło­żo­nymi wzdłuż podu­szek i szczotką do wło­sów, srebrną niczym lusterko, sto­jącą na komo­dzie obok rzędu lakie­rów do paznokci. Sta­nęła przy oknie, patrząc na ciem­nie­jące niebo. Doj­rzała w oddali stary dąb, któ­rego żołę­dziami kar­miły się dzi­kie świ­nie włó­czące się po lesie. Dobrze było znów być w domu.

Z zamy­śle­nia wyrwało ją puka­nie do drzwi.

- Pro­szę.

Drzwi otwo­rzyły się i do pokoju wszedł ojciec, pod­pie­ra­jąc się laską.

- Gret­chen.

Pod­bie­gła do niego i zarzu­ciła mu ramiona na szyję, wtu­la­jąc twarz w jego pierś. Ni­gdy nie widziała go rów­nie sła­bego.

- Och, tato, tak mi przy­kro.

- Ciiii... Przy­nieś mi krze­sło i pozwól usiąść.

Odsu­nęła krze­sło od biurka i przy­su­nęła bli­żej łóżka. Ojciec opadł na nie, ciężko dysząc. Gret­chen przy­cup­nęła na brzegu łóżka. Jak staro wyglą­dał, jaki był zmę­czony i smutny.

- Tak więc... o co cho­dzi z papie­ro­sami, młoda damo? Chyba nie powiesz mi, że palisz? Może jesz­cze się dowiem, że zro­bi­łaś sobie tatuaż?

- Nie, nic takiego, tato. Moja współ­lo­ka­torka Sho­shy...

- Sho­shy?

- Sho­shy, moja przy­ja­ciółka, tak ją nazy­wam. Naprawdę na imię ma Shona. Pisa­łam ci o niej. Ta Żydówka z Zury­chu, któ­rej ojciec ma przy­chod­nię lekar­ską. W szu­fla­dzie miała paczkę papie­ro­sów i... sprzą­taczka ją zna­la­zła. W liceum wyrzuca się dziew­częta za pale­nie. W każ­dym razie Sho­shy mia­łaby straszne kło­poty, więc powie­dzia­łam dyrek­torce, że papie­rosy są moje.

- Rozu­miem - powie­dział Graf von Bismarck. - A więc pró­bo­wa­łaś pomóc przy­ja­ciółce.

- Tak, prze­pra­szam, że cię zawio­dłam.

- Chodź tu i usiądź przy mnie... To, co zro­bi­łaś, było głu­pie, ale było też poświę­ce­niem i nie mogę cię za to winić. Co się stało z tą przy­ja­ciółką, z Sho­shy?

- No cóż, Frau Seigert nie uwie­rzyła, że to były moje papie­rosy, więc Sho­shy też została wyrzu­cona.

- Ach. Czyli twoje fał­szywe zezna­nia na nic się nie zdały. W takim razie opo­wiedz o histo­rii z apa­ra­tem.

- O tym też ci wspo­mniała?

- Tak.

- Foto­gra­fo­wa­łam szkołę i teren, tak jak pro­siła mama, i zosta­łam przy­ła­pana. Oskar­żyli mnie o szpie­go­stwo na rzecz Nie­miec. Frau Seigert wycią­gnęła rolkę filmu i ją prze­świe­tliła. Ale oddała mi apa­rat.

Graf von Bismarck ski­nął głową.

- A teraz jesteś w domu i musimy zde­cy­do­wać, co dalej.

- Tato, nie wysy­łaj mnie do innej takiej szkoły, pro­szę. Chcę być sze­fem kuchni. Chcę się nauczyć goto­wać. Tak naprawdę nauczyć. Chcę pra­co­wać w kuchni zna­nego szefa kuchni. Wiesz, jak bar­dzo mi na tym zależy.

Carl von Bismarck wes­tchnął.

- Cóż, jeśli goto­wa­nie to jest wła­śnie to, co kochasz naj­bar­dziej... poroz­ma­wiam z twoją matką.

Roz­mowę zakoń­czyło puka­nie do drzwi.

- Gret­chen! - zawo­łała kucharka - kąpiel gotowa.

- Wykąp się, moja droga. Wyglą­dasz na bar­dzo zmę­czoną. Musisz się wyspać. Poroz­ma­wiamy o tym innym razem. Dobra­noc, kocha­nie.

Berlin, 28 czerwca 1940

Następ­nego ranka, kiedy Carl von Bismarck zgło­sił się do pracy, zapy­tał Frau Kempf, czy mógłby poroz­ma­wiać ze swoim pra­co­dawcą. Led­wie usa­do­wił się za deską kre­ślar­ską, gdy u jego boku poja­wił się Speer.

Von Bismarck wstał z krze­sła.

- Czy mogli­by­śmy zamie­nić słowo na osob­no­ści? - zapy­tał.

- Oczy­wi­ście, mój drogi kolego. Chodźmy do mojego biura.

Usa­do­wiw­szy się w fote­lach biu­ro­wych w stylu Bau­haus, które von Bismarck zawsze uwa­żał za wyjąt­kowo nie­wy­godne, Speer roz­po­czął roz­mowę.

- A jak pań­ska córka radzi sobie w tej szwaj­car­skiej szkole?

- Wła­ści­wie, Herr Speer, Gret­chen wła­śnie wró­ciła do nas do Pocz­damu. Szkoła ode­słała dziew­częta do domu ze względu na gro­ma­dze­nie się naszych wojsk na gra­nicy.

- Naprawdę? To chyba dość pochopne dzia­ła­nie, bo mogę pana zapew­nić, że nie będzie inwa­zji na Szwaj­ca­rię.

- Jest pan o tym prze­ko­nany?

- Sły­sza­łem to bez­po­śred­nio od kapi­tana Otto-Wil­helma Kurta von Men­ges z Obe­rkom­mando des Heeres, który opra­co­wał ope­ra­cję Tan­nen­baum.

- Ope­ra­cję Tan­nen­baum?

- Tak, pro­jekt inwa­zji na Szwaj­ca­rię. Nasi szpie­dzy dono­szą, że armia szwaj­car­ska wyco­fała się w góry. Zbu­do­wali kilo­me­try bun­krów i zami­no­wali wszyst­kie klu­czowe mosty i tunele. Potrze­bu­jemy tych tuneli. To nasza droga do Włoch, a gdyby je wysa­dzili, odbu­dowa zaję­łaby nam mie­siące. Nie warto było ryzy­ko­wać.

- W takim razie co się teraz sta­nie ze Szwaj­ca­rią?

- Niemcy zawrą umowę o neu­tral­no­ści. Aby unik­nąć najazdu, pozwolą nam wyko­rzy­stać prze­łę­cze i tunele do prze­ła­dunku mate­ria­łów i ludzi mię­dzy ojczy­zną a Wło­chami. Zro­zu­mieli, że to będzie znacz­nie korzyst­niej­sze finan­sowo - i my też to poję­li­śmy.

- Rozu­miem - powie­dział von Bismarck. - Wojna to tak naprawdę eko­no­mia dopro­wa­dzona do sza­leń­czej eks­tremy, nie­praw­daż?

- W osta­tecz­nym roz­ra­chunku tak.

Mię­dzy męż­czy­znami zapa­dła cisza, zanim von Bismarck znów się ode­zwał.

- Moja córka wyra­ziła chęć zosta­nia sze­fem kuchni.

- Sze­fem kuchni? Nie chce zostać archi­tek­tem?

- Nie­stety nie. Chce uczyć się u naj­lep­szych. Nie­wiele o tym wiem. Greta i ja nie jadamy czę­sto na mie­ście. Kogo by pan pole­cił?

- Cóż, mam wra­że­nie, że naj­lep­szych sze­fów kuchni mają duże hotele. W Norym­ber­dze jest Deut­scher Hof, a we Frank­fur­cie hotel Diplo­mat...

- Czy w Ber­li­nie nic nie ma?

- Jest Adlon.

- Tak, oczy­wi­ście, że też sam o nim nie pomy­śla­łem.

Berlin, 26 listopada 1940

- Pro­szę wziąć papier listowy, Frau Kempf.

Albert Speer prze­cha­dzał się po swoim gabi­ne­cie, pod­czas gdy jego wie­lo­let­nia sekre­tarka sie­działa z notat­ni­kiem i ołów­kiem w dłoni.

- Do Reich­sle­itera Bor­manna...

Samo wspo­mnie­nie nazwi­ska męż­czy­zny spra­wiło, że poczuł skręt żołądka.

- Jak pan dobrze wie - dyk­to­wał Speer - Führer wydał dekret naka­zu­jący przy­spie­sze­nie wzno­sze­nia budyn­ków, które zapro­jek­to­wa­łem dla Ber­lina, a ponadto nie­zwłoczne przy­stą­pie­nie do roz­bu­dowy Hano­weru, Augs­burga, Bremy i Weimaru.

Prze­rwał, zasta­na­wia­jąc się, czy jego ton zdra­dzał nie­chęć, jaką żywił do tego męż­czy­zny. Męż­czy­zny, który potra­fił zapro­sić kochankę do domu rodzin­nego, nie zwa­ża­jąc na obec­ność żony. Zasta­na­wiał się, jak ta biedna kobieta może go zno­sić.

- Koszt samych budyn­ków wzno­szo­nych w tych mia­stach na potrzeby par­tii - kon­ty­nu­ował - sza­cuję na dwa­dzie­ścia dwa do dwu­dzie­stu pię­ciu miliar­dów marek. Bio­rąc pod uwagę kwotę inwe­sty­cji, pod­czas gdy wszyst­kie środki Nie­miec powinny - o czym jestem prze­ko­nany - być zaan­ga­żo­wane w dzia­ła­nia wojenne, zapy­ta­łem naszego przy­wódcę, czy nie byłoby roz­sądne, abym skon­cen­tro­wał się na budyn­kach dla Ber­lina i Norym­bergi, któ­rych wznie­sie­niem jest on naj­bar­dziej zain­te­re­so­wany. Zgo­dził się. Aby usza­no­wać jego wolę, posta­no­wi­łem zre­zy­gno­wać ze wszyst­kich pia­sto­wa­nych przeze mnie sta­no­wisk par­tyj­nych, aby w pełni skon­cen­tro­wać się na zada­niu. Z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­kuję na pań­skie ofi­cjalne potwier­dze­nie roz­pa­trze­nia mojej prośby, którą popiera Führer... Pod­pis jak zwy­kle, Heil Hitler, ale pro­szę zosta­wić moje par­tyjne tytuły, Frau Kempf. Dzię­kuję.

Speer prze­cze­sał włosy pal­cami. Bolała go głowa i nie­po­ko­iły go wia­do­mo­ści, które usły­szał pod­czas śnia­da­nia w sieci radio­wej Reichs-Rund­funk-Gesel­l­schaft. RAF zbom­bar­do­wał Ber­lin, bez wąt­pie­nia w odwe­cie za pla­no­waną przez Göringa ope­ra­cję Orzeł, kam­pa­nię bom­bową Luft­waffe prze­ciwko Wiel­kiej Bry­ta­nii. Na szczę­ście tym razem szkody były nie­wiel­kie, jed­nak przy­szłe naloty bom­bowe Bry­tyj­czy­ków mogłyby poważ­nie zakłó­cić har­mo­no­gram budowy.

W mie­sią­cach let­nich RAF zrzu­cał na nie­miec­kie tereny wiej­skie maleń­kie urzą­dze­nia zapa­la­jące - drew­niane i płó­cienne paski pokryte fos­fo­rem - pró­bu­jąc spa­lić plony, a także na góry Harz oraz lasy Schwarz­waldu i Turyn­gii. Nie udało się, lecz Speer był prze­ko­nany, że następ­nym razem spró­bują innych tech­nik bom­bar­do­wa­nia, a także wyce­lują w mia­sta.

W Ber­li­nie działy się też inne nie­po­ko­jące rze­czy. Tego ranka w dro­dze do biura widział tłumy ludzi na pero­nie dworca kole­jo­wego Niko­las­see. Roz­po­znał w nich ber­liń­skich Żydów ocze­ku­ją­cych na ewa­ku­ację.

Poczuł nie­po­kój, obser­wu­jąc prze­su­wa­jącą się masę ludzi z waliz­kami i toboł­kami. Pró­bo­wał wyrzu­cić obraz z pamięci, ale on powra­cał. Führer musi mieć swoje powody, cel uświęca środki, musimy to zaak­cep­to­wać. Ucieknę w pracę, powie­dział do sie­bie.

Puka­nie do drzwi prze­rwało mu dal­sze roz­my­śla­nia.

- Pro­szę.

Do gabi­netu weszła Anne­ma­rie Kempf trzy­ma­jąca w ręku list, który jej podyk­to­wał, przy­cze­piony do pod­kładki.

- Jest gotowy, czeka na pana pod­pis, Herr Speer. Czy mam go ozna­czyć jako "Pilny"?

- Tak sądzę - powie­dział z wes­tchnie­niem. - Frau Kempf, codzien­nie rano jeź­dzi pani pocią­giem na sta­cję Niko­las­see. Widziała pani trans­port Żydów?

Sekre­tarka poło­żyła przed nim pod­kładkę i wrę­czyła mu dłu­go­pis.

- Sta­ram się nie roz­glą­dać - odpo­wie­działa.

Speer zło­żył na liście swój pod­pis.

- Czy może pani przy­nieść rysunki, nad któ­rymi pra­co­wa­łem z Herr von Bismarc­kiem, i popro­sić go, żeby przy­szedł?

- Herr von Bismarcka nie ma teraz w biu­rze - odparła sekre­tarka. - Poje­chał z córką na roz­mowę o pracę.

Berlin, 26 listopada 1940

Adlon u zbiegu Unter den Lin­den z Pari­ser Platz był naj­mod­niej­szym hote­lem Ber­lina. Wybu­do­wany w 1907 roku przez Lorenza Adlona, zaj­mo­wał cały kwar­tał. Hotel nosił nazwi­sko odno­szą­cego suk­cesy han­dla­rza win i wła­ści­ciela kawiarni, który zdo­łał prze­ko­nać cesa­rza Wil­helma II, że Ber­lin potrze­buje luk­su­so­wego hotelu na miarę Ritza w Paryżu i Lon­dy­nie. Dzięki wsta­wien­nic­twu cesa­rza Adlo­nowi udało się kupić Palais Redem, który stał w wybra­nej przez niego loka­li­za­cji. Sam pałac naka­zał zbu­rzyć.

Budowa hotelu kosz­to­wała dwa­dzie­ścia milio­nów zło­tych marek. W chwili otwar­cia był to naj­no­wo­cze­śniej­szy hotel w Euro­pie. Jego sto­no­wana fasada ukry­wała ele­gancką eks­tra­wa­gan­cję wnę­trza. Ogromne kwa­dra­towe kolumny z mar­muru domi­no­wały nad obszer­nym lobby, do któ­rego przy­le­gał ogród zimowy z fon­tanną w kształ­cie japoń­skiego sło­nia i dzie­dziń­cem z pal­mami. W budynku była bie­żąca woda, cie­pła i zimna.

Hotel Adlon stał się miej­scem, w któ­rym Gret­chen von Bismarck będzie pobie­rała nauki po pospiesz­nym opusz­cze­niu liceum w Ber­nie. Nie wie­dząc, co zro­bić z krnąbrną córką, rodzice, z cięż­kim ser­cem, w końcu ule­gli jej proś­bom i zgo­dzili się, by szko­liła się na kucharkę. Pod­czas roz­mów na osob­no­ści von Bismarc­ko­wie uzgod­nili, że dadzą córce moż­li­wość przy­ucze­nia się do zawodu w jakiejś wiej­skiej gospo­dzie w Schwarz­wal­dzie, z dala od wiel­kich miast i prze­my­sło­wego Zagłę­bia Ruhry, które coraz czę­ściej sta­wało się celem bry­tyj­skich nalo­tów bom­bo­wych.

Gret­chen jed­nak upa­trzyła sobie kuch­nię hotelu Adlon w dniu dwu­na­stych uro­dzin, kiedy rodzice zabrali ją tam na her­batę. Cho­ciaż na­dal łagod­nie kar­cili ją z powodu wyda­le­nia z liceum w Ber­nie, w głębi serca czuła, że w końcu się opa­mię­tają i nie odmó­wią jedy­nemu dziecku speł­nie­nia jego naj­skryt­szych marzeń. Von Bismarc­ko­wie zaak­cep­to­wali w końcu fakt, że ich uparta córka nie da się odwieść od obra­nej przez sie­bie drogi. Użyli wszyst­kich swo­ich wpły­wów, aby zapew­nić Gret­chen bez­pie­czeń­stwo, wie­dząc, że będzie musiała miesz­kać w ich ber­liń­skim miesz­ka­niu przy Frie­drich­strasse, zale­d­wie trzy prze­cznice od hotelu, w mie­ście, które już zostało zbom­bar­do­wane.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Poczdam, 1 września 1939

- Fuj! - Gret­chen z nie­sma­kiem odwró­ciła się od bla­sza­nej puszki z mąką.

- O co cho­dzi, Lieb­chen? - spy­tała kucharka, wycie­ra­jąc ręce w far­tuch i krzą­ta­jąc się po kuchni. - Masz strasz­nie skwa­szoną minę.

- W mące są robaki - odparła Gret­chen, odsu­wa­jąc się od pojem­nika na bla­cie.

- Nie, to nie­moż­liwe - odparła prze­ra­żona kucharka. - To nie­moż­liwe. Kupi­łam ją dwa dni temu. Pokaż.

Zaj­rzała do por­ce­la­no­wego pojem­nika.

- Nic nie widzę.

- Są tam... Czu­łam zapach ich odcho­dów.

Gret­chen patrzyła, jak kucharka wkłada ręce do puszki i mie­sza mąkę, a chwilę póź­niej pospiesz­nie je wyciąga.

- Brr, aż się od nich roi! Są na dnie, ale ile!

Pode­szła do kosza na śmieci i zawar­tość puszki znik­nęła w chmu­rze bia­łego proszku.

- Co powie twój ojciec? Cią­gle powta­rza, jakie jedze­nie jest dro­gie, do tego całe to gada­nie o woj­nie.

Odwró­ciła się z powro­tem do Gret­chen, otrze­pu­jąc ręce z mąki, by zaraz wło­żyć je pod kran. Wytarła dło­nie w far­tuch i się­gnęła na półkę po czy­stą puszkę. Stała obok gru­bej, liczą­cej 720 stron, książki zaty­tu­ło­wa­nej Mein Kampf.

- Dla­czego twój ojciec upiera się, by trzy­mać w kuchni tę księgę Herr Hitlera? - spy­tała kucharka.

Gret­chen wzru­szyła ramio­nami.

- Tatuś mówi, że każde gospo­dar­stwo domowe w Niem­czech musi mieć swój egzem­plarz.

Nie dodała jed­nak, że sły­szała, jak ojciec mówił do matki, że nie będzie trzy­mał Mein Kampf w swo­jej biblio­tece, ponie­waż "to mogłoby zanie­czy­ścić całą nie­miecką lite­ra­turę".

- Skąd wie­dzia­łaś, że tam były robaki, dziecko?

- Pozna­łam po zapa­chu.

Kucharka przez chwilę wpa­try­wała się w Gret­chen, po czym potrzą­snęła głową.

Nie po raz pierw­szy zwró­ciła uwagę na nie­sa­mo­wity węch dziew­czyny. Już w wieku dzie­się­ciu lat Gret­chen potra­fiła natych­miast stwier­dzić, że w pie­czeni bra­kuje jakie­goś zioła albo też, że mleko zaraz skwa­śnieje. Także zmysł smaku miała nie­zwy­kle wyczu­lony.

- Muszę iść po świeżą mąkę. A tak bar­dzo chcia­łam, żeby wszystko było ide­alne na kola­cję z tym miłym Herr Spe­erem.

Sły­sząc nazwi­sko Spe­era, Gret­chen poczuła, jak krew napływa jej do policz­ków: pota­jem­nie pod­ko­chi­wała się w przy­stoj­nym archi­tek­cie. Cie­szyła się, że kucharka - odcho­dząc do spi­żarni po kolejny worek mąki - nie mogła dostrzec jej rumień­ców.

Gret­chen rozej­rzała się po kuchni. Było to jej ulu­bione miej­sce w rodzin­nej posia­dło­ści wiej­skiej w Pocz­da­mie - cie­płe, przy­tulne i wypeł­nione kuszą­cymi aro­ma­tami. Pod jedną ze ścian domi­no­wało ogromne pale­ni­sko, na któ­rym w chłodne dni powoli obra­cano pie­cze­nie na roż­nie. Sze­reg mie­dzia­nych garn­ków, cho­chli, łyżek i innych akce­so­riów kuchen­nych wisiał na żela­znym kole zawie­szo­nym nad dłu­gim, dębo­wym sto­łem.

Po dru­giej stro­nie pokoju stał stary piec opa­lany drew­nem, który roz­pa­lano do pie­cze­nia chleba. Ścianę ozda­biała mozaika przed­sta­wia­jąca grupę myśli­wych osa­cza­ją­cych dzika. Gret­chen sły­szała, że wciąż można spo­tkać dzi­kie świ­nie, ale ni­gdy żad­nej nie widziała mimo samot­nych wie­czor­nych spa­ce­rów po tere­nie posia­dło­ści ojca. Główny ogrod­nik mówił, że o tej porze wycho­dziły na poszu­ki­wa­nie żołę­dzi, które spa­dały ze stu­let­niego dębu.

Pomię­dzy pale­ni­skiem a pie­cem znaj­do­wała się ściana sza­fek i pó­łek wypeł­nio­nych por­ce­laną, szkłem, przy­bo­rami kuchen­nymi i sztuć­cami, sta­ran­nie posor­to­wa­nymi i upo­rząd­ko­wa­nymi. Na ścia­nie szczy­to­wej było ogromne okno, wycho­dzące na roz­le­głą łąkę, która opa­dała ku rzece Haweli, pły­ną­cej około kilo­me­tra dalej.

- No, mamy to. Prze­sia­łam cały worek, jest świeża i czy­sta - powie­działa kucharka, sta­wia­jąc przed Gret­chen świeżo wyszo­ro­wany pojem­nik. - Pospieszmy się. Piec ma już odpo­wied­nią tem­pe­ra­turę.

Ugnia­ta­jąc cia­sto, Gret­chen pomy­ślała o tym, jak bar­dzo będzie tęsk­nić za tym miej­scem. Za kilka dni zamie­rzali wró­cić do miesz­ka­nia w Ber­li­nie, gdzie miała roz­po­cząć nowy semestr w szkole, a jej ojciec, Carl von Bismarck, wzno­wić pracę jako główny asy­stent archi­tekta Alberta Spe­era.

Z roz­mowy przy stole Gret­chen zro­zu­miała, że Herr Speer otrzy­mał od Führera zle­ce­nie na budowę sze­regu wspa­nia­łych budyn­ków i pro­me­nad, które prze­kształcą mia­sto w "cud świata". Gret­chen była dumna, że Speer wybrał jej ojca, jed­nego z naj­wy­bit­niej­szych archi­tek­tów w kraju, na swo­jego głów­nego doradcę.

Gdy chleb zna­lazł się w piecu, Gret­chen usia­dła i wyglą­dała przez okno, chło­nąc zapa­chy. Jeśli na świe­cie ist­niało coś, co pach­niało lepiej niż pie­kący się chleb, to jesz­cze tego nie odkryła. Za oknem rosa na źdźbłach trawy iskrzyła się w poran­nym wrze­śnio­wym słońcu. Gret­chen pomy­ślała, że mogłaby póź­niej pójść nad wodę i nakar­mić kaczki. Kucharka powie­działa jej, że po dru­giej stro­nie rzeki znaj­duje się baza woj­skowa i że w ostat­nich dniach w oko­licy pano­wał wzmo­żony ruch, a na dro­gach można było zoba­czyć kolumny czoł­gów. Gret­chen ni­gdy nie widziała czołgu. Może dzi­siaj zoba­czy.

- Gotowe.

Odgłos wycią­ga­nia z pieca bochen­ków wyrwał Gret­chen z zadumy.

- Idź po świeże masło i miód ze spi­żarni. Jak tylko nieco osty­gnie, możesz zanieść tro­chę mamie i tacie.

Wcho­dząc z tacą do oka­za­łego salonu, Gret­chen od razu zro­zu­miała, że coś jest nie w porządku. Ojciec i matka sie­dzieli pochy­leni nad gło­śni­kiem radia. W ich cia­łach wyczu­wała ogromne napię­cie.

Posta­wiła tacę na stole i pod­bie­gła do nich.

- Co się...

- Ciii... - naka­zała matka, a jed­no­cze­śnie ojciec zama­chał ręką, by się uci­szyła.

Gret­chen pode­szła bli­żej.

Zgod­nie z naj­now­szymi donie­sie­niami nasze siły napo­tkały nie­wielki opór i szybko postę­pują do przodu - mówił spi­ker radiowy tonem, któ­remu daleko było do wła­ści­wej spi­kerom radio­wym neu­tral­no­ści. Powta­rzamy, dziś rano siły Wehr­machtu prze­kro­czyły gra­nicę Pol­ski, aby pomóc naszym nie­miec­kim roda­kom w Pru­sach, na Gór­nym Ślą­sku, w Pozna­niu i Gdań­sku, i uwol­nić ich od tyra­nii, któ­rej pod­le­gali od nie­sław­nego trak­tatu wer­sal­skiego. Nasze boha­ter­skie siły posu­wają się na wszyst­kich fron­tach i ponio­sły mini­malne straty. Mini­ster­stwo Wojny spo­dziewa się, że kam­pa­nia zakoń­czy się za kilka dni. Mini­ster­stwo Spraw Zagra­nicz­nych wydało oświad­cze­nie, w któ­rym zapew­niło świat, że jedy­nym inte­re­sem Nie­miec jest ochrona praw swo­jego narodu i że jedyne, czego pra­gniemy, to trwały pokój. Heil Hitler!

Ojciec wyłą­czył radio i zwró­cił się do Gret­chen. Jesz­cze ni­gdy nie widziała go tak poważ­nego.

- Idź się spa­ko­wać, dziecko. Dziś wie­czo­rem wra­camy do Ber­lina.

- Ale tato, Herr Speer przy­cho­dzi na kola­cję.

- Dzwo­nił do nas, Gret­chen. Jest teraz bar­dzo zajęty - odparł ojciec i zmie­nio­nym gło­sem dodał: - Nie wiem, kiedy znów zaszczyci ten dom.

Berlin, 1 września 1939

Albert Speer, ciem­no­włosy, ubrany w szary mun­dur polowy, przy­stojny jak gwiaz­dor fil­mowy, ślę­czał nad stertą rysun­ków archi­tek­to­nicz­nych. Miał zbu­do­wać naj­więk­szy gmach świata - cen­trum wła­dzy Hitlera. Sama aula miała pomie­ścić 180 000 sto­ją­cych ludzi. Wszystko po to, by sła­wić Führera.

Speer wstą­pił do Naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej Nie­miec­kiej Par­tii Robot­ni­ków w 1931 roku i zyskał sym­pa­tię Hitlera, pro­jek­tu­jąc teren zjaz­dów NSDAP w Norym­ber­dze. Uśmiech­nął się sam do sie­bie, wspo­mi­na­jąc, jak bar­dzo Hitler był zado­wo­lony, jadąc przez teren przy ogłu­sza­ją­cym ryku tłu­mów, który można było usły­szeć aż na lot­ni­sku. Aby prze­jazd wypadł efek­tow­nie, Speer stwo­rzył kate­drę świa­tła za pomocą 130 reflek­to­rów prze­ciw­lot­ni­czych skie­ro­wa­nych w niebo. Hitler, cały metr sie­dem­dzie­siąt pięć wzro­stu, stał w nie­bie­skim daim­le­rze-benzu obok kie­rowcy, z lewą ręką opartą na przed­niej szy­bie. Prawe ramię trzy­mał unie­sione w geście pozdro­wie­nia tłumu.

Przy­po­mniał sobie, jak Göring się wściekł, gdy Speer przy­własz­czył sobie jego reflek­tory, ale Hitler nie prze­jął się sprze­ci­wami naczel­nego dowódcy Luft­waffe.

Speer, obec­nie 34-latek, czuł się bez­pieczny jako pro­te­go­wany i powier­nik Hitlera, mógł zatem sobie pozwo­lić na odro­binę samo­za­do­wo­le­nia. Zwró­cił się do sekre­tarki, Anne­ma­rie Kempf, która cze­kała z ołów­kiem nad swoim notat­ni­kiem.

- Zadzwoń do von Bismarcka. Powiedz mu, że żałuję, że nie mogę dziś z nim zjeść kola­cji. Spo­tkamy się jutro w moim biu­rze.

Poczuł żal, że nie może przy­jąć zapro­sze­nia na kola­cję asy­stenta. Kucharka von Bismarcka była jedną z naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych w Ber­li­nie, a jego piękna, zło­to­włosa córka o oczach w kolo­rze chiń­skiej por­ce­lany była uro­czą towa­rzyszką.

Speer zauwa­żył, jak spusz­czała te piękne oczy za każ­dym razem, gdy na nią patrzył; ale była jesz­cze dziec­kiem, a on był wierny Mar­ga­rete od dnia ich zarę­czyn, gdy oboje mieli po dzie­więt­na­ście lat. Ileż czasu potrze­bo­wała jego matka, by zaak­cep­to­wać ich mał­żeń­stwo! Zanim zostali zapro­szeni do rodzin­nego domu w Man­n­heim, minęło sie­dem lat.

Jed­nak coś w niej było - Gret­chen von Bismarck, tak się nazy­wała. Coś go w tej dziew­czy­nie fascy­no­wało. Spo­sób, w jaki delek­to­wała się każ­dym kęsem, który wąchała, zanim wło­żyła do ust - roz­ko­szo­wała się swoim jedze­niem.

"Gret­chen, o tak - Hitler by ją poko­chał", pomy­ślał; dziecko z pla­katu dla nowych Nie­miec, ema­nu­jące zdro­wiem i wital­no­ścią.

Szybko odrzu­cił obraz dziew­czyny, by w pełni skon­cen­tro­wać się na pracy. Przy­wo­łał w pamięci swoje ostat­nie spo­tka­nie z Hitle­rem. Było to w domu Führera na Obe­rsal­zbergu, gdzie miesz­kał ze swoją ukry­waną przed świa­tem kochanką Evą Braun. Prze­glą­dali rysunki Kan­ce­la­rii Rze­szy, kiedy Hitler zwie­rzył mu się ze szcze­gó­łów inwa­zji na Pol­skę noszą­cej kryp­to­nim Fall Weiss (Wariant biały).

Ależ w tym momen­cie był dumny z Nie­miec i ze swo­jego przy­wódcy. Jedyną chmurą, która rzu­cała cień na przy­szłość, była nie­unik­niona wojna z Anglią i świa­do­mość, że może ona ozna­czać, iż fun­du­sze na jego pro­jekt archi­tek­to­niczny zostaną prze­zna­czone na wspar­cie wojen­nych wysił­ków Nie­miec.

Jakże żało­sny wyda­wał się pre­mier bry­tyj­ski, gdy rok wcze­śniej wra­cał z wizyty u Hitlera w Mona­chium i machał kartką, krzy­cząc: "Pokój dla naszych cza­sów!".

Nie będzie pokoju, dopóki Niemcy nie zajmą należ­nego im miej­sca jako przy­wódcy Europy i wszyst­kich bia­łych ras.

Na biurku zabrzę­czał tele­fon, prze­ry­wa­jąc tok jego myśli. Sekre­tarka ode­brała.

- Herr Speer, to pana żona.

Wziął słu­chawkę i nie cze­ka­jąc, aż Mar­ga­rete się ode­zwie, powie­dział:

- Sły­sza­łaś wia­do­mo­ści?

- Masz na myśli nasze wie­ści?

- Nie, wia­do­mo­ści o Pol­sce. Wyzwo­li­li­śmy Pol­skę. O niczym innym nie mówią w radiu. Nie jesteś pod­eks­cy­to­wana?

- Albert. Ja też mam pewne wie­ści. Wiesz, że czu­łam się... no wiesz, czu­łam się ina­czej niż zwy­kle. Poszłam dziś do dok­tora Hofstet­tera i... sie­dzisz?

- Pra­cuję, kocha­nie. Wiesz, że w pracy zawsze stoję.

- Cóż, będziesz tatą! Jestem w ciąży. Naresz­cie!

Słowa żony powoli docie­rały do Spe­era.

- Kocha­nie, jesteś tam? Jestem pewna, że to chło­piec, a jeśli tak, to nazwiemy go po tobie.

Speer oddał słu­chawkę sekre­tarce i opadł na krze­sło. Ukrył twarz w dło­niach, żeby nie widziała, jak pła­cze.

Berlin, 15 września 1939

Gret­chen nie dane było długo pozo­stać w rodzin­nym apar­ta­men­cie na ostat­nim pię­trze przy ber­liń­skiej ulicy Peters­bur­ger Strasse. W tro­sce o bez­pie­czeń­stwo córki rodzice posta­no­wili ode­słać ją na pen­sję do Szwaj­ca­rii, w nadziei, że pozo­sta­nie tam do końca wojny. Według nazi­stow­skich wia­do­mo­ści tele­wi­zyj­nych ojczy­zna miała zatrium­fo­wać przed kolej­nymi żni­wami.

Ber­lin był pierw­szym nie­miec­kim mia­stem, w któ­rym w 1935 roku nada­wano pro­gramy tele­wi­zyjne. Odbior­niki były dro­gie, więc w całym mie­ście utwo­rzono świe­tlice, w któ­rych oby­wa­tele mogli za darmo oglą­dać tele­wi­zję. Von Bismarc­ko­wie poczuli, że inwe­sty­cja się opłaca, więc stali się dum­nymi wła­ści­cie­lami pierw­szego tele­wi­zora w swoim budynku.

Począt­kowo Gret­chen urze­kły codzienne pro­gramy kuli­narne, lecz z cza­sem zaczęła czuć się nie­swojo z powodu rasi­stow­skich wtrą­ceń wygła­sza­nych przez pro­wa­dzącą. Jej nawią­za­nia do żydow­skich kuli­na­riów i szy­der­cze uwagi o juda­istycz­nym zaka­zie spo­ży­wa­nia wie­przo­winy spra­wiły, że młoda dziew­czyna zaczęła się zasta­na­wiać, skąd bie­rze się ta nie­chęć do Żydów.

Ojciec nie­chęt­nie roz­ma­wiał na ten temat, a po spoj­rze­niach, jakie wymie­niał z matką, Gret­chen wnio­sko­wała, że nie podo­bają im się jej pyta­nia.

Kiedy ponow­nie poru­szyła ten temat, matka natych­miast skie­ro­wała roz­mowę na zbli­ża­jący się wyjazd Gret­chen do Szwaj­ca­rii.

- Czy spa­ko­wa­łaś już walizkę? I pamię­taj, kocha­nie, o zabra­niu poduszki. Wiesz, jak jest z two­imi aler­giami o tej porze roku... Zamie­rzasz wziąć ze sobą swo­jego misia?

- Mamo, mam szes­na­ście lat. Mogę gło­so­wać w wybo­rach lokal­nych.

- Pomy­śla­łam tylko, że miś będzie ci przy­po­mi­nał o domu - odparła, się­ga­jąc po chu­s­teczkę. - Chcia­ła­bym, żebyś wzięła apa­rat taty, żeby zro­bić kilka zdjęć na miej­scu.

Carl von Bismarck spoj­rzał na żonę groź­nie, ale nic nie powie­dział. Widząc to, kobieta dodała pospiesz­nie:

- Tylko uwa­żaj. Był bar­dzo drogi.

Na dwo­rzec jechali w mil­cze­niu, każde pogrą­żone we wła­snych myślach. Ojciec zasta­na­wiał się, czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze zoba­czy swoją córkę; matka przy­ci­skała torebkę do piersi, a przed oczami miała obrazy małej Gret­chen. Sama Gret­chen była jed­no­cze­śnie prze­ra­żona i pod­eks­cy­to­wana - smutna, że opusz­cza rodzinną posia­dłość, jedyny dom, jaki kie­dy­kol­wiek znała, lecz także pod­eks­cy­to­wana per­spek­tywą doro­słego życia w innym kraju.

Rodzice wybrali małą, cie­szącą się powszech­nym uzna­niem szkołę dla dziew­cząt w pobliżu Berna, pole­coną przez praw­nika rodziny, któ­rego córka do tej szkoły uczęsz­czała. Pomy­śleli, że Gret­chen będzie się czuła bar­dziej kom­for­towo w nie­miec­ko­ję­zycz­nym kan­to­nie, ponie­waż ucznio­wie byli wycho­wy­wani w podobny spo­sób jak ona. Sły­szeli histo­rie o liceum w Lozan­nie, skąd dziew­częta wra­cały do domu w ciąży, no, ale czego dobrego można się spo­dzie­wać po wpły­wie Fran­cu­zów.

Herr von Bismarck zatrzy­mał samo­chód przy wej­ściu na sta­cję. Po obu stro­nach drzwi stali dwaj żoł­nie­rze w heł­mach z kara­bi­nami Mau­ser-Werke Gewehr 98, któ­rych, jak pamię­tał, jego ojciec uży­wał pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej. Otwo­rzył drzwi, aby żona i córka mogły wysiąść, a następ­nie poszedł do bagaż­nika po walizkę.

- Masz bilet w bez­piecz­nym miej­scu?

- Tak, mamo.

- Na dworcu w Ber­nie powita cię jedna z nauczy­cie­lek. Nazywa się Hanna Seigert. Będzie miała pla­kietkę Lyceum Bern. Napisz, jak tylko dotrzesz na miej­sce.

- Tak, mamo.

- Podróż trwa dzie­więć godzin - powie­dział ojciec, kła­dąc ręce na ramio­nach Gret­chen, jakby na znak bło­go­sła­wień­stwa. - Mama spa­ko­wała ci jedze­nie, więc nie musisz iść do wagonu restau­ra­cyj­nego. Masz poje­dyn­czą kuszetkę. Zaśniesz bez trudu. Mia­rowy stu­kot kół pociągu uko­ły­sze cię do snu.

Przy­tu­lił Gret­chen, mając nadzieję, że córka będzie bez­pieczna w naj­star­szej demo­kra­cji na świe­cie. Matka wzięła dziew­czynę za rękę i wci­snęła jej w dłoń dwa bank­noty po sto marek. Nie­przy­zwy­cza­jona do oka­zy­wa­nia uczuć, cof­nęła się, wpa­tru­jąc się w córkę, z obiema rękami przy­ci­śnię­tymi do ust, by powstrzy­mać się od pła­czu.

Ani dziew­czyna, ani jej rodzice nie wie­dzieli, że poże­gna­nie obser­wo­wało dwóch agen­tów Gestapo. Stali w czar­nych skó­rza­nych płasz­czach, opie­ra­jąc się o ścianę, i wyda­wali się nad­zwy­czaj zain­te­re­so­wani roz­gry­wa­jącą się przed nimi sceną. Ski­nęli do sie­bie gło­wami i jeden podą­żył za Gret­chen na peron, z któ­rego odjeż­dżał pociąg do Berna, pod­czas gdy drugi obser­wo­wał, jak von Bismarc­ko­wie wra­cają do samo­chodu, i zano­to­wał jego numer reje­stra­cyjny.

Berlin, 15 września 1939

Z pry­wat­nego biura Alberta Spe­era przy Lin­de­nal­lee na zachod­nim krańcu Ber­lina, nie­da­leko Adolf Hitler Platz, do skrom­nego domu w Ber­lin-Schlach­ten­see jechało się dwa­dzie­ścia minut. O tak póź­nej godzi­nie na dro­dze nie było pra­wie żad­nego ruchu i, mimo zmę­cze­nia, archi­tekt cie­szył się chwilą samot­no­ści, która pozwa­lała mu zebrać myśli. Po powro­cie do domu będzie mógł odpo­cząć z Mar­ga­rete - miło­ścią swo­jego życia - a ona będzie mogła mu opo­wie­dzieć, jak jej minął dzień oraz o wizy­cie u leka­rza.

Oba­wiał się, że ich nie­na­ro­dzone dziecko może być podatne na ataki zawro­tów głowy, takie same jak te, na które sam cier­piał jako dziecko i które cza­sami powo­do­wały u niego omdle­nia. Zasta­na­wiał się, czy przy­pa­dłość, którą lekarz rodzinny okre­ślił jako "osła­bie­nie ner­wów naczy­nio­wych", jest dzie­dziczna.

Jed­nakże ile­kroć nacho­dziły go takie ponure myśli, przy­po­mi­nał sobie triumf swo­ich ambi­cji jako archi­tekta. Był teraz czło­wie­kiem wybra­nym przez Hitlera, jed­nym z naj­po­tęż­niej­szych ludzi w Rze­szy i budow­ni­czym nowego ładu.

Jadąc przez zaciem­nione mia­sto, wró­cił myślami do pierw­szego spo­tka­nia z Führerem. Data wryła się głę­boko w jego serce: 27 lipca 1932 roku. Rok wcze­śniej, ocza­ro­wany prze­mó­wie­niami Hitlera, wstą­pił do Par­tii Naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej.

Speer przy­po­mniał sobie tę gru­dniową noc 1930 roku, kiedy poszedł do piwiarni w Hasen­he­ide, aby po raz pierw­szy usły­szeć prze­mó­wie­nie Hitlera. Wycho­dził zahip­no­ty­zo­wany i zde­ter­mi­no­wany, by odpo­wie­dzieć na wezwa­nie Führera do dzia­ła­nia i pomóc w budo­wie nowych Nie­miec w myśl hasła Ein Volk, ein Reich, ein Führer (Jeden naród, jedna Rze­sza, jeden przy­wódca). Przy­mknął oko na póź­niej­szą prze­moc na uli­cach i uspra­wie­dli­wił Noc krysz­ta­łową, okre­śla­jąc ją jako aber­ra­cję. Nie spo­sób stwo­rzyć Trze­ciej Rze­szy bez nie­wiel­kiego roz­lewu krwi.

Był wów­czas nic nie­zna­czą­cym człon­kiem par­tii i jako taki wiózł na lot­ni­sko Ber­lin-Sta­aken posłańca, który miał pil­nie dostar­czyć Hitle­rowi raport. Führer zde­ner­wo­wał się, ponie­waż jego samo­chód nie przy­je­chał. Masze­ro­wał tam i z powro­tem w hali lot­ni­skowej, ude­rza­jąc pej­czem w cho­lewy wyso­kich butów i pstry­ka­jąc pal­cami. Speer zdą­żył się już dowie­dzieć, że pstry­ka­nie pal­cami było zna­kiem, że Führer zaraz wpad­nie w szał.

Jakże dumni byliby jego ojciec i dzia­dek - obaj wybitni archi­tekci - gdyby dożyli chwili, kiedy został ulu­bień­cem przy­wódcy, który przy­wróci dumę Niem­com. - A moje budowle - powie­dział do sie­bie - będą dla świata świa­dec­twem wiel­ko­ści Nie­miec.

Nie zdą­żył jesz­cze zapo­mnieć, jaki był głodny jako mały chło­piec dora­sta­jący w Man­n­heim po Wiel­kiej Woj­nie, w cza­sach sza­le­ją­cej infla­cji 1923 roku. Był tak bar­dzo głodny, że pożarł całą torbę zepsu­tego jedze­nia dla psów. Ale te dni już dawno minęły, a przy­szłość była tak jasna i świe­tli­sta jak nagi miecz.

Dwa lata temu Hitler zare­kwi­ro­wał Aka­de­mię Sztuk przy Pari­ser Platz na biura dla mnie oraz dzie­się­ciu moich współ­pra­cow­ni­ków archi­tek­tów i mia­no­wał mnie Gene­ral­nym Inspek­to­rem Budow­nic­twa, wspo­mi­nał z uśmie­chem. Mój przy­wódca wybrał ten budy­nek, ponie­waż mógł spa­ce­ro­wać po mini­ste­rial­nych ogro­dach z dala od ludz­kich spoj­rzeń.

Pod­czas ostat­niego spo­tka­nia Hitler popro­sił Spe­era o zapro­jek­to­wa­nie klatki scho­do­wej do nowej kan­ce­la­rii, "tak wspa­nia­łej jak ta w Ope­rze Pary­skiej". Hitler wyznał rów­nież, że jed­nym z jego ulu­bio­nych budyn­ków jest Opera Wie­deń­ska, w isto­cie jeden z naj­wspa­nial­szych gma­chów opery na świe­cie.

Tym, co dało mu do myśle­nia, była opo­wieść Führera o tym, jaki los spo­tkał jej archi­tekta. Kiedy ukoń­czono budowę, w 1848 roku, pro­jekt Opery Wie­deń­skiej Edu­arda Van der Nülla stał się przed­mio­tem tak ostrej kry­tyki, że Nüll był prze­ko­nany, iż jego budy­nek to porażka. Dzień przed otwar­ciem opery, pod­czas któ­rego wyko­nano Don Gio­van­niego Mozarta, Nüll strze­lił sobie w głowę.

Speer miał też pełną świa­do­mość losu, jaki spo­tkał zna­nego komika kaba­re­to­wego, Wer­nera Finka. Fink pozwo­lił sobie na zbyt wiele, szy­dząc z pro­jek­tów budow­la­nych Hitlera. Został zabrany do obozu kon­cen­tra­cyj­nego w Ester­we­gen, zanim Speer zdą­żył kupić bilety na jego występy. Sły­szał, że Fink drwił z infor­ma­to­rów Gestapo na widowni, suge­ru­jąc im, aby zapi­sy­wali każde jego słowo. Zwró­cił się do męż­czy­zny sie­dzą­cego w pierw­szym rzę­dzie, iro­ni­zu­jąc: "Czy mówię za szybko? Nadą­żasz czy to raczej ja mam nadą­żać za tobą?".

Albert Speer, choć był nie­zwy­kle dumny z bycia archi­tek­tem Hitlera, dosko­nale wie­dział, że musi uwa­żać na to, co mówi. I strzec się, gdy dostrzeże pstry­ka­nie pal­cami.

Berno, 16 września 1939

Gret­chen posta­wiła walizkę na pero­nie i rozej­rzała się za kobietą trzy­ma­jącą tabliczkę. Poma­chała, gdy zoba­czyła Hannę Seigert, zadzi­wia­jąco wysoką kobietę po czter­dzie­stce, ubraną w sze­ro­kie spodnie i jasno­nie­bie­ski bliź­niak, z per­łami na szyi.

Trzy­mała w ręku kwa­dra­tową, białą tek­turkę z imie­niem Gret­chen napi­sa­nym dużymi lite­rami. Obok niej stał męż­czy­zna o głowę niż­szy, z krótko przy­strzy­żo­nymi wło­sami, w spodniach khaki i zapię­tej pod szyję bia­łej koszuli z krót­kimi ręka­wami. Na nogach miał nie­wy­po­le­ro­wane ofi­cerki.

- Witamy w Ber­nie, Fräulein. Jorg weź­mie twoją walizkę. Ufam, że mia­łaś przy­jemną podróż.

- Dzię­kuję, Frau Seigert - odparła Gret­chen, poda­jąc walizkę męż­czyź­nie. Gdy wziął jej bagaż, zauwa­żyła, że ma tatuaż bie­gnący od wewnętrz­nej strony lewego nad­garstka do łok­cia: skrzy­żo­wane kara­biny nad sło­wami napi­sa­nymi pismem gotyc­kim, któ­rych nie potra­fiła odczy­tać.

- Do szkoły jedzie się pół godziny, w tym cza­sie będziemy mogły się tro­chę poznać. Jestem pewna, że będziesz miała pyta­nia - powie­działa kobieta, idąc w kie­runku samo­chodu - czar­nego jak smoła lan­dau z bia­łymi opo­nami, który wyglą­dał, jakby wła­śnie zje­chał z planu ame­ry­kań­skiego filmu gang­ster­skiego.

Jorg przy­trzy­mał drzwi, a Hanna Seigert wsu­nęła się do tyłu i pokle­pała sie­dze­nie, wska­zu­jąc Gret­chen miej­sce. Jorg otwo­rzył bagaż­nik i scho­wał walizkę, po czym usiadł za kie­row­nicą. "Dziwne, że nie nosi czapki", pomy­ślała dziew­czyna. Szo­fe­rzy von Bismarcka zawsze nosili czapki.

- Więc Gret­chen, jesteś w Szwaj­ca­rii po raz pierw­szy?

- Tak, Frau Seigert, jestem bar­dzo pod­eks­cy­to­wana. Moi rodzice zabrali mnie pew­nego lata do Biar­ritz. To jedyne miej­sce, w któ­rym byłam dotych­czas poza gra­ni­cami Nie­miec.

Zauwa­żyła, że gdy wypo­wie­działa słowo "Niemcy", głowa Jorga odsko­czyła do tyłu. Ich spoj­rze­nia spo­tkały się we wstecz­nym lusterku. Patrzył na nią z taką nie­na­wi­ścią, że musiała odwró­cić wzrok.

- Jorg! - wark­nęła Frau Seigert. - Prze­ga­pi­łeś zjazd. Skon­cen­truj się, pro­szę, na pro­wa­dze­niu pojazdu.

- Naj­moc­niej prze­pra­szam - wymam­ro­tał kie­rowca i wrzu­cił wsteczny bieg.

- Opo­wiem ci teraz, gdzie będziesz miesz­kała. Będziesz dzie­lić pokój z dziew­czyną w twoim wieku, pocho­dzącą z Zury­chu. Pomy­śle­li­śmy, że poczu­jesz się lepiej z młodą damą, która mówi w twoim języku. Jej ojciec jest wła­ści­cie­lem bar­dzo mod­nej kli­niki medycz­nej.

Gret­chen ski­nęła głową, by dać do zro­zu­mie­nia, że ta infor­ma­cja zro­biła na niej takie wra­że­nie, jak na Frau Seigert.

Kiedy zer­k­nęła w lusterko, ponow­nie spo­tkała gniewne spoj­rze­nie Jorga.

- Jak ona ma na imię?

- Shona. Fräulein Shona Rosen­berg.

"Brzmi żydow­sko", pomy­ślała Gret­chen. Ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkała Żyda.

- Będziesz oczy­wi­ście uczyć się fran­cu­skiego - kon­ty­nu­owała Frau Seigert - a także tego wszyst­kiego, co młoda kobieta w dzi­siej­szych cza­sach powinna wie­dzieć: deko­ro­wa­nia stołu, ukła­da­nia kom­po­zy­cji kwia­to­wych, sztuki ser­wo­wa­nia popo­łu­dnio­wej her­baty. Ety­kiety ogól­nej, a także, natu­ral­nie, jak pro­wa­dzić gospo­dar­stwo domowe.

- A co z goto­wa­niem? - spy­tała Gret­chen.

- Goto­wa­niem? Jedyne, co musisz umieć robić w kuchni, to wyda­wać pole­ce­nia kucha­rzowi. Przy­go­to­wu­jemy nasze młode damy do życia, które będziesz wio­dła, gdy dobrze wyj­dziesz za mąż, moja droga.

- Co to za budy­nek? - spy­tała Gret­chen, podzi­wia­jąc kamienne wieże, przy­po­mi­na­jące kape­lu­sze cza­row­nic.

- To Muzeum Histo­ryczne w Ber­nie. Zostało zbu­do­wane w 1894 roku, ale wygląda na dużo star­sze, prawda? Archi­tekt André Lam­bert kochał stare zamki. Może chciał­byś zoba­czyć stare mia­sto?

Zanim Gret­chen zdą­żyła odpo­wie­dzieć, nauczy­cielka pochy­liła się do przodu i pole­ciła Jor­gowi, by prze­je­chał na drugą stronę tur­ku­so­wej rzeki Aare. Samo­chód toczył się po wie­ko­wych, bru­ko­wa­nych ulicz­kach sta­rego, oto­czo­nego murami mia­sta.

- Zatrzy­maj się, aby­śmy mogły dobrze przyj­rzeć się Zyt­glogge - pole­ciła Frau Seigert.

Jorg zatrzy­mał samo­chód i z posępną miną zaczął gryźć pazno­kieć.

- To Zyt­glogge, Gret­chen. Wieża zega­rowa została zbu­do­wana w XIII wieku jako wieża straż­ni­cza przy zachod­niej bra­mie mia­sta. Widzisz dwie tar­cze zegara. Dolny to zegar astro­lo­giczny ze zna­kami zodiaku.

- Jest prze­piękna.

Gret­chen żało­wała, że nie ma pod ręką apa­ratu ojca, ale leżał w walizce, sta­ran­nie zapa­ko­wany i owi­nięty w swe­ter.

- Prze­je­dziemy obok Bärengraben, Jorg, a potem wró­cimy do szkoły - powie­działa Frau Seigert. Zwra­ca­jąc się do Gret­chen, dodała: - Bärengraben zna­czy niedź­wie­dzia nora. Niedź­wiedź jest sym­bo­lem Berna. Widać go na naszym her­bie.

Pod­czas gdy nauczy­cielka glę­dziła o histo­rii mia­sta, Gret­chen podzi­wiała mijane kra­jo­brazy, zasta­na­wia­jąc się, dla­czego Jorg tak gwał­tow­nie zare­ago­wał, gdy wspo­mniała, że pocho­dzi z Nie­miec i jakie zna­cze­nie miał tatuaż na jego przed­ra­mie­niu, któ­rego nie ukry­wał.

Berno, 2 grudnia 1939

Ubrana w strój do tenisa, Shona Rosen­berg sie­działa po turecku na łóżku, czy­ta­jąc cza­so­pi­smo i uśmie­cha­jąc się ponuro do sie­bie.

- Co czy­tasz, Sho­shy? - spy­tała Gret­chen, cze­sząc włosy przed lustrem.

Dziew­czyny nadały sobie nawza­jem przy­domki. Shona była Sho­shy, a ona została Gretty.

Shona spoj­rzała na okładkę.

- To szwaj­car­ski maga­zyn saty­ryczny o nazwie "Nebel­spal­ter". Bajki poli­tyczne i takie tam. Wyśmie­wają się z nazi­stów. Bar­dzo wywro­towe.

- Pokaż.

Gret­chen uklę­kła na łóżku obok Shony, która poka­zała jej rysu­nek saty­ryczny. Przed­sta­wiał nazi­stę i komu­ni­stycz­nego ofi­cera, przy­tu­la­ją­cych się do sie­bie, ocie­ka­ją­cych krwią i ryczą­cych ze śmie­chu. Pod­pis brzmiał: "Nowi przy­ja­ciele".

- Skąd to masz?

- Jorg mi go poży­czył.

- Jorg? Kie­rowca?

- Tak. Cza­sami wymy­kam się do szopy w ogro­dzie i z nim palę.

- Jeśli kie­dy­kol­wiek zosta­niesz zła­pana, Frau Seigert cię wyrzuci.

- Nie obcho­dzi mnie to. Nie­na­wi­dzę tego miej­sca.

- Ten tatuaż, który Jorg ma na ramie­niu... wiesz, co zna­czy?

- Kie­dyś mi o tym opo­wie­dział. Skrzy­żo­wane kara­biny ozna­czają, że jest strzel­cem wybo­ro­wym. Eks­pert od strze­la­nia. Jak więk­szość Szwaj­ca­rów. To ich naro­dowa roz­rywka. A napis w Swit­zer­deutsch ozna­cza: "Każdy z nas bie­rze sied­miu Niem­ców". Jeśli Niemcy doko­nają inwa­zji, wszy­scy ludzie staną się snaj­pe­rami w górach.

- Musi nas nie­na­wi­dzić.

Gret­chen przy­po­mniała sobie wyraz oczu Jorga na sam dźwięk słowa "Niemcy".

- On nie­na­wi­dzi nazi­stów. Poza tym wie, że jestem Żydówką i co się dzieje z Żydami w Niem­czech.

- Co masz na myśli?

- Obozy. Żydów wysyła się do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Pociągi są pełne.

- To straszne.

- Jorg mi powie­dział. Widział pociągi. Myślę, że on sam jest Żydem.

- Skąd wiesz?

- Widzia­łam to. Nie ma napletka.

Gret­chen par­sk­nęła i zakryła dło­nią usta, by stłu­mić chi­chot.

- Masz na myśli, że zro­bi­łaś to z nim?

- Nie, weszłam do szopy, kiedy sikał. I dobrze się temu przyj­rza­łam - roze­śmiała się Shona. - Zro­bił się czer­wony jak burak. Myślę, że się polał, pró­bu­jąc go scho­wać.

- Sama ni­gdy nie widzia­łam nagiego męż­czy­zny - powie­działa Gret­chen.

- Uwierz mi, nie­wiele stra­ci­łaś. Chodź, spóź­nimy się na zaję­cia.

Berlin, 24 czerwca 1940

Albert Speer, roz­party w swoim ulu­bio­nym fotelu, nalał sobie drugi kie­li­szek rie­slinga. Mimo zmę­cze­nia był w rado­snym nastroju. Wła­śnie wró­cił z trzy­go­dzin­nej wycieczki po zdo­by­tym Paryżu, który podzi­wiał z samo­chodu samego Führera.

- Jaki jest Paryż? - spy­tała Mar­ga­rete, tuląc dziecko, które drze­mało pod­czas wie­czor­nego kar­mie­nia pier­sią.

- To naj­pięk­niej­sze mia­sto na świe­cie - odparł Speer. - Führer powie­dział mi, że chce, by Ber­lin stał się jesz­cze pięk­niej­szy. Jego słowa brzmiały dokład­nie: "Paryż już na zawsze pozo­sta­nie w jego cie­niu". Tak wła­śnie się sta­nie, jeśli tylko zre­ali­zuję moją wizję.

Mar­ga­rete się nie odzy­wała.

- Wiesz, od czego chciał zacząć zwie­dza­nie Paryża? - cią­gnął Speer, nie zauwa­ża­jąc mil­cze­nia żony. - Od opery! Nie for­ty­fi­ka­cji czy uzbro­je­nia, które Fran­cuzi pozo­sta­wili, opusz­cza­jąc mia­sto, ale opery... Wiesz, zeszłego lata, pod­czas mobi­li­za­cji, naka­zał prze­sła­nie swo­jemu adiu­tan­towi wszyst­kich akt poboru. Jeśli doty­czyły arty­stów, darł je. Nie wysyła arty­stów na śmierć na woj­nie. Wie­dzia­łaś, że jego szo­fer Bre­ker jest rzeź­bia­rzem?

Mar­ga­rete wes­tchnęła, lecz na­dal mil­czała.

- Co się stało, kocha­nie? Od mojego powrotu nie powie­dzia­łaś ani słowa.

- Dla­czego nie zdej­miesz mun­duru, Alber­cie? Jesteś teraz w domu. Sta­łeś się taki sam jak oni.

- Co chcesz przez to powie­dzieć?

- Ni­gdy cię nie widuję. Dziecko ni­gdy cię nie widzi. Zaha­ro­wu­jesz się.

- Mam zada­nie do wyko­na­nia dla narodu nie­miec­kiego.

- Cza­sami myślę, że masz romans. Jak Göring, który uwo­dzi młode aktorki malo­wa­nymi paznok­ciami i kie­sze­niami peł­nymi szma­rag­dów. I jesz­cze bawi się kolej­kami - doro­sły męż­czy­zna. Do tego ta mor­fina, którą w sie­bie pcha...

- Wiesz, że został ranny pod­czas puczu piwiar­nia­nego w 1923 roku. Jest boha­te­rem wojen­nym. Potrze­buje jej, by uśmie­rzyć ból... Cza­sami żałuję, że nie mam czasu na romans - zaśmiał się Speer. - Mój jedyny romans jest z tobą, kocha­nie... Czy mówi­łem ci o ostat­nim pomy­śle Göringa?

Mar­ga­rete pokrę­ciła głową.

- Wiesz, że musimy pro­du­ko­wać pociągi, żeby zaopa­try­wać nasze woj­ska. Żeby oszczę­dzić stal na inne potrzeby wojenne, na uzbro­je­nie, czołgi i im podobne, wyobraź sobie, że Göring zasu­ge­ro­wał mi, aby­śmy budo­wali pociągi z betonu. Beton!

- Wiesz, że wszy­scy ci zazdrosz­czą, prawda? Jesteś ulu­bień­cem Führera. Wyj­rzyj przez okno. Cały czas tam stoją.

Speer wstał z krze­sła, posta­wił kie­li­szek na stole i pod­szedł do okna. Odsu­nął zasłonę i wyj­rzał na ulicę. W cie­niu bramy stało dwóch męż­czyzn.

- Gestapo - powie­dział. - Praw­do­po­dob­nie Him­m­ler przy­dzie­lił ich, by mnie chro­nili.

- Ochra­niają cię, Alber­cie, czy szpie­gują? Nie ufam żad­nemu z nich, zwłasz­cza temu kula­wemu pala­czowi ksią­żek Herr Goeb­bel­sowi. I Bor­man­nowi, który zawsze pod­li­zuje się Hitle­rowi. Wydaje się kimś bez zna­cze­nia, ale jest pozba­wiony skru­pu­łów, jak wąż. To kłam­liwy psy­cho­pata. Przed niczym się nie cof­nie, by zado­wo­lić Führera.

- Mar­ga­rete! Uwa­żaj, co mówisz. Ściany mają uszy.

- To ty, kocha­nie, musisz uwa­żać - dla mnie i swo­jego syna.

- Führer mnie słu­cha, moja droga. Jestem jego powier­ni­kiem. Trak­tuje mnie jak syna. Dla­tego zale­d­wie wczo­raj - i mówię ci to w naj­więk­szej tajem­nicy - powie­dział mi o swo­ich pla­nach inwa­zji na Szwaj­ca­rię. Ten nędzny, mały kraj cze­ko­lady i zega­rów z kukułką jest cał­ko­wi­cie oto­czony przez Niemcy i naszych sojusz­ni­ków. Dwa­dzie­ścia jeden dywi­zji dwu­na­stej armii gene­rała porucz­nika Lista powinno zdo­być go bez pro­blemu. Będzie jak z Austrią, kolejny bez­kr­wawy Anschluss... Swoją drogą, to zna­ko­mity rie­sling. Powin­ni­śmy zamó­wić go wię­cej.