Smak wolności - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

15.33 zł
12.72 zł (13,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?
TYGODNIK POWSZECHNY
WYDANIE SPECJALNE NR 2 (10)
ISSN 2392-3628
www.TygodnikPowszechny.pl
REDAKCJA Michał Okoński
PROJEKT GRAFICZNY, ŁAMANIE Marek Zalejski
FOTOEDYCJA Grażyna Makara, Edward Augustyn, Marek Zalejski
TP TYPOGRAFIA Marta Bogucka, Andrzej Leśniak, Artur Strzelecki
KOREKTA Grzegorz Bogdał, Sylwia Frołow, Maciej Szklarczyk
OPIEKA WYDAWNICZA Maja Kuczmińska, Marta Filipiuk-Michniewicz, Anna Pietrzykowska
WSPÓŁPRACA Anna Karolewska, Anna Prusiewicz, Renata Surowiec
WYDAWCA Tygodnik Powszechny Sp. z o.o.
PREZES ZARZĄDU Jacek Ślusarczyk
ADRES WYDAWCY I REDAKCJI 31-007 Kraków, ul. Wiślna 12,
tel.: 12-422-25-18, 12-422-23-11, redakcja@tygodnik.com.pl
REKLAMA tel. 602-590-416, reklama@tygodnik.com.pl
PRENUMERATA tel. 12-431-26-83, prenumerata@tygodnik.com.pl
ZAMÓWIENIA zamowienia@tygodnik.com.pl
E-WYDANIE powszech.net/smakwolnosci
POZOSTAŁE WYDANIA SPECJALNE "TP"
powszech.net/wydaniaspecjalne
- Prawa autorskie i majątkowe do wszystkich materiałów zamieszczonych w "Tygodniku Powszechnym" należą do Wydawcy oraz ich Autorów i są zastrzeżone znakiem ? na końcu artykułu. Materiały oznaczone na końcu dodatkowym znakiem ? mogą być wykorzystane przez inne podmioty tylko i wyłącznie po uiszczeniu opłaty, zgodnie z Cennikiem i Regulaminem korzystania z artykułów prasowych, zamieszczonymi pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl/nota-wydawnicza
KONWERSJA eLitera s.c.
?

OJOJOJ!

JOANNA KULIG, AKTORKA:W szkole teatralnej wchodziłam w emocje rozbuchane. Jak płacz, to na full, jak radość, to też na full, a jak smutek, to dół totalny. Te amplitudy mnie wykańczały. Aktorstwo potrzebuje granic.

KATARZYNA KUBISIOWSKA: Jakie to emocje, być pierwszą osobą w historii polskiej kinematografii, która odbiera nagrodę dla najlepszej aktorki europejskiej?

JOANNA KULIG: Prawdę powiedziawszy, aż się wystraszyłam odzewem ludzi w Polsce. EFA to w końcu europejskie Oscary, a "Zimna wojna" dostała ich aż pięć. Więc w pewnym sensie cieszę się, że jestem teraz w Ameryce, z dala od centrum szumu medialnego, bo chyba nie dałabym rady podołać wszystkim oczekiwaniom.

Ale jednak radość jest ogromna, co widać na filmiku, który wrzuciłam na Instagram, zaraz po ogłoszeniu werdyktu. Darłam się ze szczęścia jak szalona, aż w pewnym momencie przestraszyłam się, że może dojść do wcześniejszego porodu.

Ameryka jest ziemią obiecaną dla aktora?

Amerykę miałam już okazję z grubsza poznać, bywając tu w ciągu ostatnich lat. Ale faktycznie "taką" Amerykę widzę po raz pierwszy. Sukces "Zimnej wojny" wrzucił mnie na głęboką wodę. Nie zdawałam sobie sprawy, jak potężne stoją przede mną wyzwania. A chciałam się tu wyciszyć. W ogóle to do Ameryki przyleciałam wkurzona.

FOT. MARECHAL AURORE / ABACA / EAST NEWS

Bo?

Bo "Kler". Zanim wszedł na ekrany, dystrybutor wypuścił trailer, w którym, pomimo ustaleń, pojawiła się scena miłosna między moją bohaterką a Trybusem, granym przez Roberta Więckiewicza. No i zaczęła się nagonka w stylu: "Kulig i seks z księdzem". Jedna wielka obrzydliwość, która odcisnęła się piętnem na moim życiu prywatnym.

"Kler" odniósł ogromny sukces frekwencyjny.

Żeby wszystko było jasne - bardzo doceniam ten film, i bardzo się cieszę, że w nim zagrałam. Generalnie efekt, który wywołał, przerósł najśmielsze oczekiwania. Film sam w sobie może się podobać lub może oburzać, ale dzięki niemu w końcu pojawiła się publiczna dyskusja na temat współczesnego Kościoła w Polsce, jego bolączek, tematów tabu, tego, że w wielu miejscach ksiądz często jest traktowany z automatu jak święty. Zapominamy, że na początku każdy jest po prostu człowiekiem. I jako człowiek ma prawo do chwil słabości. Ale są też rzeczy, do których żaden człowiek nie ma prawa.

Nie wahała się Pani, czy przyjąć rolę po lekturze scenariusza "Kleru"?

Dla mnie jako osoby wierzącej, która od Kościoła w swoim życiu dostała dużo, wzięcie udziału w tym filmie było bardzo trudną decyzją. Ale postanowiłam to zrobić, bo widzę w tym większy sens. Jako członek wspólnoty nie chcę, aby sytuacje, jakie widzimy w filmie, były zamiatane pod dywan. Aby dawały pożywkę przeciwnikom Kościoła. Jeśli któryś z członków Kościoła dopuszcza się nadużyć, to jak każdy z nas powinien ponosić za to cywilne konsekwencje. Dlatego uważam, że dopóki mury kościelne będą ochroną dla tych, którzy przekraczają granice, to będzie narastać oderwanie Kościoła od wiernych. Niestety, we Francji kościoły pustoszeją, a w Holandii przerabiane są na restauracje.

W "Klerze" bardzo ludzki jest ten duet, który tworzy Pani jako Hania z Robertem Więckiewiczem w roli księdza Tadeusza.

Ich wątek to love story. Tadeusz pogubił się i zaczyna rozumieć, że źle wybrał, że kapłaństwo to nie jego powołanie. Podoba mi się, że summa summarum w tej relacji zwycięża miłość.

Dodam: miłość do kobiety.

Tak, bo to ona jest tu prawdziwa. Ale nie wyklucza przecież miłości do Boga.

Jak katolicka część Pani rodziny zareagowała na ten wątek?

Różnie. Głównie ze względu na trailer i żenujące nagłówki w brukowcach. Nie da się ukryć, że był to ciężki moment w moim życiu, gdzie spłycone zostało to, co nigdy spłycone być nie powinno. A ja sama zostałam uprzedmiotowiona. Na szczęście spotkała mnie też masa dobrych opinii, od tych, którzy postanowili film zobaczyć. Dla wielu, tak jak i dla mnie, był to film ważny społecznie. I gdy np. okazało się, że kino w Krynicy nie będzie "Kleru" wyświetlać, ludzie na seanse jeździli do Nowego Sącza. Wytworzył się efekt "zakazanego owocu".

W Stanach udało się Pani wyciszyć po tych wszystkich trudach?

Zdecydowanie wyhamowałam w okresie świątecznym. Zresztą postanowiliśmy z mężem, że to będzie nasz święty czas odpoczynku, że spędzimy wigilię tylko we dwójkę. Ale nagle okazało się, że w tym czasie do Los Angeles przylatuje z Warszawy 12-osobowy Jazz Band Młynarski-Masecki. Więc oczywiście wszyscy wpadli do nas na kolację. Zebrały się u nas bodaj 24 osoby. Ja z Rafałem Zawieruchą przeczytaliśmy na głosy fragment Pisma Świętego, był opłatek, no i 12 potraw. A później wszyscy śpiewaliśmy kolędy! Sąsiedzi musieli być w szoku.

O północy poszliśmy na pasterkę. Może to ta Kalifornia, może to słońce, ale nastawienie księży jest tu niesamowite. Ich otwartość, radość z posługi jest zaraźliwa. Np. w pierwszych ławkach zauważyliśmy grupę mężczyzn, którzy wyglądali, jakby dopiero co wyszli z klubu nocnego. Swoim strojem i wyglądem zdecydowanie nie pasowali do kościoła. A ksiądz ogłosił, że z powodu Bożego Narodzenia postanowił przejść się plażą i zaprosić na mszę wszystkich napotkanych bezdomnych. Efekt był taki, że przyszło ponad dziesięć osób. I dla nikogo nie miał znaczenia ich wygląd czy orientacja seksualna. Od całego kościoła dostali gromkie brawa. Taka to była piękna afirmacja miłości do bliźniego. Podczas komunii wszystkie osoby, które z różnych względów nie mogą do niej przystąpić, były zapraszane, aby zamiast niej otrzymać błogosławieństwo. A pod koniec mszy ksiądz zachęcał wiernych: "Gdyby coś wam się nie podobało w naszej wspólnocie, piszcie do nas maile. To dla nas bardzo ważne, gdyż potrzebujemy dowodów, czy dobrze działamy".

Do którego księdza napisałaby Pani maila?

Do tych wszystkich, którzy zapomnieli, że tyle od nich zależy. Że swoją postawą, częstymi ocenami wiernych, tak naprawdę mogą ich zniechęcić do Kościoła i do samego Boga. Ale wysłałabym też sporo maili pełnych wdzięczności. W Krakowie byłam związana z kościołem dominikanów, którzy mają olbrzymią wiedzę i świadomość psychologiczną. A to właśnie wiedza może skierować wiernego na drogę odpowiedniej pomocy, której zwyczajnie potrzebuje. Sama byłam świadkiem takich sytuacji. Zwłaszcza brakuje tego na wsiach, gdzie sporo jest wiernych z problemami. I oni, poza kontaktem z księdzem w trakcie spowiedzi, nie mają komu o nich powiedzieć. Gdyby wtedy mogli dostać wskazówkę, co zrobić np. w przypadku alkoholizmu czy przemocy obecnej w domu, ich życie mogłoby ulec poprawie. I dlatego ważne jest, aby do kościoła trafiali ludzie z prawdziwym powołaniem, a nie ludzie z problemami, czego przykładem jest Trybus z "Kleru".

To problem kluczowy.

Gdy byłam dzieckiem, Kościół stanowił dla mnie centrum wszechświata: życie kręciło się wokół parafii. Należałam do Dziewczęcej Służby Maryjnej. Zbierałyśmy datki na misje i ubrania dla ubogich. Czytałyśmy prasę katolicką, na mszę przygotowywałyśmy śpiewy, w Boże Ciało, specjalnie ubrane, szłyśmy w procesji. Dlatego bardzo dobrze wspominam swoją parafię, to ona tworzyła pewnego rodzaju rytualność, dawała silne poczucie przynależności. Myślę, że to dzięki temu potrafiłam w dorosłym życiu oprzeć się na wartościach chrześcijańskich i przejść dojrzałą transformację wiary.

A, i za czasów Dziewczęcej Służby Maryjnej poznałam mnóstwo religijnych pieśni.

Ma Pani ulubione?

Wielkopostne, bo są smutne i przeszywające. Lubię też pieśni pogrzebowe, dają inny wymiar. Lubię chorał gregoriański, w ogóle lubię sakralną muzykę. We Francji bywałam w kościele, gdzie grał kwartet smyczkowy. Kiedy oprawa muzyczna jest świetnie przygotowana, to wywołuje silne uczuciowe doznania. Bo za tymi gitarowo-oazowymi śpiewami to nie przepadam. W ogóle, gdy grają byle jak i fałszują, to aż się nie chce modlić. W kościołach brakuje mi dobrej muzyki.

Jeszcze się nie dowiedziałam, czy w tej Ameryce udało się Pani wyciszyć.

Tak. I nie reaguję na brednie, które wypisują polskie brukowce, m.in. ile to ja tu dziennie zarabiam. Tworzą iluzję mojego luksusowego życia i prowokują ludzi do zazdrości. Przecież przyjechałam tu w ciąży, nigdzie nie gram, jestem tu tylko po to, by wziąć udział w kampanii oscarowej "Zimnej wojny".

Krzysztof Globisz, Anna Dymna i Joanna Kulig na kopcu Kościuszki w Krakowie podczas akcji "Każdy ma swoje K2", wrzesień 2018 r.FOT. BEATA ZAWRZEL / REPORTER

"Zimna wojna" jest już na short liście do Oscara i walczy tylko z ośmioma filmami, w tym z "Romą", za którą Alfonso Cuarón w 2018 r. w Wenecji odebrał Złote Lwy.

Trzymam kciuki, by "Zimna wojna" otrzymała nominację za najlepszy film nieanglojęzyczny [nominację otrzymała, Oscarem nagrodzono "Romę" - red.]. Oczywiście wszyscy rozpisują się o moich szansach na nominację w kategorii aktorskiej, ale powiedzmy sobie szczerze - to raczej się nie zdarzy. Boję się tylko rozczarowania tych wszystkich, którzy w wyobraźni już mi tego Oscara przyznali.

Jak wygląda promowanie "Zimnej wojny"?

Wszystko zaczęło się od New York Film Festival, jednego z najważniejszych festiwali po Wenecji, Cannes, Toronto. Odbywały się na nim liczne pokazy w wyselekcjonowanych kinach, a potem spotkania z członkami Akademii. Zapoznaje się z nimi, podaje się im rękę, bo jak się poda rękę, to jest większa szansa, że cię zapamiętają. Je się lunche z członkami Akademii, rozmawia, czasem są to spotkania na stojąco, czasem na siedząco.

W kampanii chodzi o to, by jak największa liczba członków Akademii zobaczyła "Zimną wojnę". Mówię do męża, że czuję się jak panna młoda na wiecznym weselu, która chodzi między stołami, przy jednym się zatrzyma i trochę pogada, potem podejdzie do drugiego i do trzeciego - próbuje zapoznać wszystkich ważnych gości. Ale taki system ma też swoje uzasadnienie: w kluczowym momencie, czyli podczas głosowania, członkowie zapisują tytuły i nazwiska na czystej kartce. Muszą więc w odpowiednim momencie pamiętać, kto wywarł na nich największe wrażenie. A przecież filmów walczących o uznanie są setki.

I to Pani wytrzymuje...

Faktycznie całość przypomina wielki wyścig. No, a po drodze trzeba minąć całą masę wywiadów czy konferencji. Generalnie jest to niezwykłe doświadczenie, przy okazji bardzo wyczerpujące, bo obowiązki promocyjne mam niemal każdego dnia. Amerykanie mówią na to awards season i zalecają, by po Oscarach zrobić sobie miesiąc wakacji.

Ale są tu też chwile zupełnie magiczne. Na przykład prywatny pokaz filmu "Quincy", zorganizowany dla zaledwie 20 osób, na którym miałam przyjemność się znaleźć. No i był też sam Quincy Jones. Powiedziałam mu, jak bardzo jestem wzruszona tą sytuacją; że pochodzę z polskich gór, gdzie kupowałam kasety z Michaelem Jacksonem czy Steviem Wonderem, których był producentem i aranżerem, a teraz siedzimy sobie ramię w ramię i swobodnie rozmawiamy. Quincy za to opowiadał mi o spotkaniu z Janem Pawłem II i Lechem Wałęsą. I nagle dotarło do mnie, że siedzę obok żywej legendy, człowieka, który stworzył podwaliny pod współczesną muzykę! Na pokazie była jeszcze 14-letnia dziewczynka. Quincy pytał ją, co sądzi o tym filmie. To jest 85-letni pan, ale wciąż niesamowicie ciekawy świata; chce być na bieżąco i iść z duchem czasu.

Takie małe pokazy dają szansę, by spokojnie porozmawiać. Bo na dużych festiwalach, jak Cannes, to są wyłącznie pokazy, czerwony dywan, flesze, a potem każdy rozjeżdża się w swoją stronę.

A! I jeszcze taki element promocji dla członków Akademii w Los Angeles: ogromne filmowe plakaty zachęcające, by głosować na najlepsze zdjęcia lub najlepszego aktora.

Ja bym głosowała na ścieżkę dźwiękową, która w szczególny sposób buduje nastrój "Zimnej wojny".

Już po pokazach na festiwalu w Cannes dziennikarze oszaleli na jej punkcie. Wszyscy dopytywali, co to za piosenka to "Ojojoj". Dlatego tak bardzo się cieszę, że w końcu ukazał się soundtrack z "Zimnej wojny", o który w swoim felietonie upominał się nawet Elvis Costello. To niezwykłe, że nasza muzyka ludowa wydobywa z widzów takie emocje. W charakteryzatorni przed Q&A na Festiwalu AIF malowała mnie makijażystka z Anglii, a czesał fryzjer ze Stanów. I kiedy ta dwójka słyszała dochodzące z sali kinowej pieśni Mazowsza, miała łzy w oczach. "Zimną wojnę" wtedy po raz pierwszy wyłącznie wysłuchałam i w pełni doceniłam, jakim majstersztykiem jest ścieżka dźwiękowa - dobrze dobrane i zinterpretowane utwory tworzące dramaturgiczną całość.

Dla mnie majstersztykiem jest scena, kiedy Zula po francusku śpiewa "Dwa serduszka" i uświadamia sobie, że na obczyźnie musi zawierać wyłącznie artystyczne kompromisy.

I może dlatego nie wytrzymała, i pomimo wszystkich konsekwencji postanowiła zostawić Wiktora i wrócić do Polski? A może wróciła dlatego, że nie zniosła emigracji, faktu, że z bycia gwiazdą w Polsce musiała stać się nieznaną wokalistką w nowym otoczeniu, bez przyjaciół, języka i tego, co znała? Myślę, że właśnie dlatego Zula tak bardzo się wszystkim podoba, to prawdziwa femme fatale, kobieta, z którą nigdy nie osiągnie się spokoju. Ale będąc w Stanach już kilka miesięcy, zdarzało mi się myśleć o Zuli i może trochę bardziej ją zrozumieć? Na zewnątrz może wyglądać, że świetnie mi tu idzie, ale w środku czasem bardzo się denerwuję, chcąc wszystkiemu sprostać najlepiej, jak potrafię. Mam w sobie dużo radości, ale też tyle samo strachów i kryzysów.

W życiu artystycznym jest sporo nieprzewidywalności - angażujemy się w coś, myślimy, że będzie świetnie, a później okazuje się, że to wcale świetne nie jest. Im dłużej jestem aktorką, tym wyraźniej widzę, że dobrze jest się skupiać na prostych rzeczach. Sukces ma swoją cenę... Po pobycie w Cannes długo nie mogłam dojść do siebie. Zadzwoniła do mnie Agatka Kulesza, a ja się popłakałam. Ona mówi: "Asia, to jest normalne, sukces jest fajny, ale jednocześnie potwornie stresuje. Popłacz sobie, wiem, co przeżywasz. Wyłącz telefon, wypierz firanki i umyj okna. To zawsze pomaga".

Posłuchała Pani?

Posłuchałam. Ale przeszło mi dopiero, gdy zaczęłam oglądać w telewizji programy o delfinach. Nie umiałam się sama przed sobą przyznać, że cieszę się, ale że jednocześnie mam ogromny psychiczny stres. Prawa sobie nie dawałam, by puścił - bo jakbym mogła to zrobić, skoro wszyscy wkoło nim żyją.

Emocje dla aktora mogą być szkodliwe?

Bardzo. Na pewnym etapie swojego życia byłam emocjonalnie rozchwiana, podobnie jak Zula. W szkole teatralnej cały czas wchodziłam w emocje rozbuchane. Jak płacz, to na full, jak radość, to też na full, a jak smutek, to dół totalny - te amplitudy mnie wykańczały. Aktorstwo potrzebuje granic.

Dobrodziejstwem jest to, że ułożyło mi się życie prywatne. Mój mąż jest zrównoważonym człowiekiem. Śmiejemy się: on mówi, że całe życie myśli o przyszłości, a ja myślę o przeszłości.

Im dłużej jestem aktorką,tym wyraźniej widzę,że dobrze jest się skupiaćna prostych rzeczach.Sukces ma swoją cenę.

Kto Panią nauczył stawiania tych aktorskich granic?

Krzysiek Globisz był moim mentorem. Gdy grałam w swoim pierwszym filmie, pisałam do niego esemesy, gdy z czymś nie mogłam sobie poradzić. A on mi dawał takie wskazówki. W szkole teatralnej miałam zajęcia z Anną Polony. To twarda i jednocześnie elektryzująca osobowość, przepełniona pięknem i zamiłowaniem do poezji. Na zajęciach z Polony patrzyłam na nią z zachwytem i myślałam: "Boże, ta kobieta to jest fenomen". Pamiętam, że zawsze na zajęciach dobierała mi specyficzne role: ponieważ jestem energiczna, kazała mi grać np. flegmatyczkę. Gdy wykonałam szybszy krok, natychmiast mnie karciła. Ale najwięcej nauczyłam się od aktorów w Starym Teatrze. Do dziś mam kontakt z Anią Dymną, Dorotą Segdą, Małgorzatą Hajewską-Krzysztofik. Bardzo ważny jest dla mnie kontakt z kobietami dojrzałymi i doświadczonymi.

Jeszcze jakieś ważne kobiety?

Mama. Gotowała dla dzieci w przedszkolu. Chciała być pielęgniarką, ale nie udało się - ma kłopoty ze wzrokiem. Zawsze jednak chętnie i z oddaniem opiekowała się starszymi osobami, swoimi rodzicami czy dziadkami. Mama jest ciepła i ma dużo serca. Była wychowana w ogromnej otwartości na świat. I chociaż jest osobą religijną, nigdy w swojej wierze nie była radykalna. A z tym przecież różnie bywa, szczególnie w górach... Myślę, że po mamie odziedziczyłam empatię, optymizm, ale też pracowitość plus pozytywne nastawienie do człowieka.

A ważne aktorki?

Komediowe, te z dzieciństwa: Irena Kwiatkowska i Hanka Bielicka - osobowości same w sobie, energetyczne i autentyczne. I jeszcze Lauren Bacall - ona była moją inspiracją w budowaniu postaci Zuli w "Zimnej wojnie". Paweł Pawlikowski prosił, bym oglądała dużo filmów z Bacall. Gdy byłam zbyt ekspresyjna, to przywoływał mnie do porządku: "Aśka! Lauren Bacall!". Od razu zmieniał mi się rodzaj energii do gry, przez to postać zyskała ciekawszy odcień.

A gdy Pani myśli o 2019 roku, to co pierwsze przychodzi Pani do głowy?

Że stanę się matką, jak wszystko dobrze pójdzie. Zaczyna się nowy rozdział mojego życia, przepełnia mnie radością. Chciałabym w 2019 r. pobyć w Krakowie. W tym mieście spędziłam 11 lat, tu skończyłam średnią szkołę muzyczną i szkołę teatralną, tu grałam w Starym Teatrze. W Warszawie jestem od siedmiu lat, ale głównie skupiam się na pracy. Duchowo i artystycznie związana jestem z Krakowem, w ogóle z Małopolską. Tam są moje korzenie, tam się wszystko zaczęło. ?

Rozmawiała KATARZYNA KUBISIOWSKA - "TP" 3/2019

JOANNA KULIG (ur. 1982) jest aktorką. Po nieudanych egzaminach do Instytutu Jazzu w Katowicach dostała się za drugim razem na Wydział Wokalno-Aktorski w krakowskiej PWST. W teatrze debiutowała w "Śnie nocy letniej" w reżyserii Mai Kleczewskiej. W filmie zagrała m.in. w "Sponsoringu" Małgorzaty Szumowskiej, "Klerze" Wojciecha Smarzowskiego, "Siedmiu uczuciach" Marka Koterskiego. Za rolę w "Zimnej wojnie" w reżyserii Pawła Pawlikowskiego otrzymała Europejską Nagrodę Filmową dla najlepszej aktorki.

KATARZYNA KUBISIOWSKA (ur. 1971)jest dziennikarką stale współpracującą z "Tygodnikiem Powszechnym". Autorka biografii "Pilch w sensie ścisłym", wkrótce ukaże się jej książka o Danucie Szaflarskiej. Nominowana do nagrody Grand Press w kategorii wywiad.

?

Miej górę lub rzekę

CECYLIA MALIK, ARTYSTKA I AKTYWISTKA:Uplotłyśmy warkocz o długości rzeki Białki, kiedy mieli ją zabetonować. Wyszło sześć kilometrów. Potem zrobiliśmy z tego warkocza wodospad na wieży ratuszowej w Krakowie.

ADAM ROBIŃSKI: Byłaś podwórkowym dzieckiem?

CECYLIA MALIK: Oczywiście! Nas jest sześć sióstr, cztery w podobnym wieku. Miałyśmy opracowane mnóstwo podwórkowych zabaw, do których dołączały inne dzieciaki.

Opowiedz o tym podwórku.

Kiedy miałam pięć lat, przeprowadziliśmy się na Salwator, na Królowej Jadwigi. Koło naszej kamienicy było duże boisko, na którym zbierały się dzieci z paru domów. Rozkręcaliśmy zabawy trwające nawet do dwóch tygodni. W wielkie cmentarzysko dla zwierząt. Albo w czarownicę i niewolników na plantacji trawy nad Rudawą. Potem przenieśliśmy się do centrum Krakowa, na ulicę Smoleńsk. Nowe podwórko, tam centrum zabaw był kasztanowiec.

Stoi jeszcze?

Stoi. Kiedy miałam dziesięć lat, pokłóciłam się z resztą podwórka i ukryłam w jego koronie. Siedziałam na drzewie sama w bluzce i spódnicy w zieloną kratkę. To był mój ulubiony zestaw, bo nikt mnie w nim pośród liści nie widział. Stali pod drzewem, namawiali się na mnie, a ja wszystko słyszałam. Nagle zeskoczyłam. Szacunek reszty podwórka dla mojej techniki drzewołazki był duży. Szczyciłam się tym, że wchodzę najwyżej. Byłam chuda i lekka. Samych zabaw było więcej, z wojną podwórek na czele. Ale była też staruszka, która mieszkała w chatce na naszym podwórku. Całą bandą pomagaliśmy jej sprzątać, ogarniać dom. Poza tym mój tata, skrzypek, grał w Operze Krakowskiej i miał dużo wolnego czasu, więc zanim poszłyśmy do szkoły, nawet trzy razy w tygodniu woził nas w góry.

FOT. GRAŻYNA MAKARA

Trzy razy w tygodniu?!

Był przewodnikiem beskidzkim, góry to jego największa pasja. Tam poznał naszą mamę. Dziecięce wakacje zaczynały się dla nas jeszcze w czerwcu, trzy miesiące mieszkaliśmy w wynajętym domu. Trzy miesiące zabaw w plenerze.

Dokąd jeździliście?

Do Szczawy w Gorcach i do Poręby w Beskidzie Wyspowym. Dzika Ameryka, zwalone drzewa, pnie, wykroty. Na jabłonce w Zarytem koło Rabki zakładaliśmy cywilizacje. Na innej, w Łapszach Niżnych, mieliśmy okręt. Na pokręconym buku w Porębie tron. Była też siostra mamy, która miała dom pod Krakowem z wielkim sadem czereśniowym. Na tych czereśniach zakładaliśmy bazy, a babcia Róża, która nas odwiedzała, strasznie nam imponowała, bo łaziła po nich, mimo że były niebezpiecznie suche. Jedzenie czereśni prosto z drzewa jest dla mnie, dorosłej Cecylii Malik, największą przyjemnością. Z kolei placki akacjowe kojarzą mi się z mamą i ekscytującym czasem, gdy kończyła się szkoła i zaraz miało zacząć się prawdziwe życie.

Był taki moment dorastania, gdy przestałaś zwracać uwagę na otoczenie, na przyrodę?

Zawsze najważniejsze było dla mnie, aby nie tkwić w potrzasku miasta. Pod tym kątem szukałam mieszkań. Chciałam mieć możliwość szybkiego wyrwania się. Lubię miasto, lubię ludzi, ale potrzebuję też przestrzeni. Na Salwatorze tę przestrzeń otwiera Wisła, Błonia i wzgórze św. Bronisławy. Jak jadę do innego miasta, też najpierw szukam rzeki. W ogóle uważam, że trzeba mieć blisko górę lub rzekę, żeby życie w jakiejś przestrzeni miało sens. Więc przyroda chyba zawsze była dla mnie bardzo ważna, choć może nie zawsze o tym myślałam.

Kiedy sobie o tym przypomniałaś?

Na czwartym roku studiów byłam w ciąży i pod jej koniec musiałam siedzieć w domu. Koleżanka pożyczyła mi "Barona drzewołaza" Itala Calvina. Zachwyciłam się. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak świetnie Calvino zna się na chodzeniu po drzewach. Od dzieciństwa wiedziałam, jak to się robi na buku, a jak na kasztanowcu, jak się wchodzi na wierzbę, a jak na brzozę. Calvino nie dość, że same drzewa opisał w niesamowicie zmysłowy sposób, tak że czuć przyjemność obcowania z nimi, to jeszcze perfekcyjnie znał technikę wspinaczki.

Przyznam szczerze, że zaczynając swój projekt "365 drzew", wcale nie myślałam o ochronie przyrody.

To po co wlazłaś na to pierwsze drzewo, zrobiłaś zdjęcie, a potem powtarzałaś tę czynność codziennie przez rok?

Zbiegło się kilka spraw. Pracowałam w krakowskim Bunkrze Sztuki przy Plantach. Z Anią Bargiel prowadziłyśmy warsztaty dla dzieci poświęcone ulubionym bohaterom literackim. Chciałam opowiedzieć o Cosimie z "Barona drzewołaza", ale brakowało mi ilustracji. Uznałam, że wejdę na drzewo i poproszę swoje dzieci, Antka i Urszulkę, żeby mi zrobiły zdjęcie. Już w koronie pomyślałam, że chcę to robić codziennie, bo to dobry pomysł na fotograficzny pamiętnik. Poza tym pokazując dzieciom na warsztatach panią Cecylię na drzewie, powiedziałam im jeszcze, że ulubionych bohaterów trzeba naśladować...

Co to było za drzewo, to pierwsze?

Lipa pod kopcem Kościuszki. To zresztą był w moim życiu trudny moment. Kryzys w związku, dużo działo się zawodowo, miałam ochotę po prostu...

Uciec, jak Cosimo?

Uciec ze swojej codzienności, zrobić coś ze swoim ciałem. Nie potrafiłam wysiedzieć w pracowni. Potraktowałam te drzewa jak eksperyment, nie miałam pojęcia, co z niego wyjdzie. W tym samym czasie zapisałam się na Facebooka, który okazał się dobrym medium do pokazywania tych zdjęć. Codziennie jedno, z lokalizacją, opisem gatunku i datą. Najpierw kibicowały mi siostry i przyjaciele, potem znajomi znajomych, potem dostawałam sygnały, że ludzie w Anglii sprawdzają na moich zdjęciach, jaka jest w Krakowie pogoda. Poczułam się zobligowana. O godzinie 22 przychodziły esemesy: "Cecylia, gdzie zdjęcie?". Niektóre wychodziły bardzo efektowne, inne na zasadzie zaliczenia.

Widziałem zdjęcie zrobione na bałtyckiej plaży, wierzba nie wyższa od Ciebie, ledwo Cię utrzymuje.

Po pierwsze, trzeba było znaleźć drzewo, na które da się wejść. Po drugie, z fajnym otoczeniem, światło też było ważne. Był też potrzebny ktoś, kto zrobi zdjęcie, kiedy będę już na górze. Zależało mi na kadrach, schodziłam, oglądałam, tłumaczyłam dzieciom, bo to one też często fotografowały, że nogi mamy mają być w środku, a nie z lewej. Ale najważniejsze, że publikując te zdjęcia na Facebooku szybko zaczęłam poznawać aktywistów miejskich i ekologów, którym ten projekt bardzo się spodobał. W lipcu, gdy moja akcja zbliżała się do końca, Adam Wajrak dał mi lajka i napisał: "Zdjęcia są słabe, ale fajnie, że Cecylia rozpoznaje gatunki drzew".

Papiery masz na bycie artystką. Ale dziś jesteś chyba bardziej aktywistką niż malarką?

Wiesz co, za granicą ludzie nie mają tego dylematu: sztuka czy aktywizm. Rozumieją to bez słów. W Polsce dopiero od niedawna widać, że jedno i drugie może iść w parze. W 2016 r. Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie pokazało wystawę "Robiąc użytek". O postsztuce i tym, że coraz częściej strategie artystyczne wykorzystywane są do innych celów. Już drugi rok biorę też udział w "Forum przyszłości kultury" w warszawskim Teatrze Powszechnym, razem z dużą grupą artystów, którzy również na serio zajmują się aktywizmem. Jest nas coraz więcej. Parę lat temu dla kuratorów sztuki to był duży problem. Ale dziś w polskiej sztuce aktywizm stał się modny, a działania takie jak moje coraz bardziej akceptowalne.

Po "365 drzewach" stałaś się panią od drzew. Musiałaś się jakoś dokształcać?

Zaczęło się od protestu w obronie Zakrzówka przed zabudową. Plany zagospodarowania przestrzennego, studium przestrzenne Krakowa, sprawy formalne to były dla mnie zupełnie nowe sprawy. Ale akcje, które współorganizuję, zazwyczaj są mądre i często kończą się sukcesem, bo nie robię ich sama, tylko dołączam do grupy ekspertów. To, co zrobiliśmy w 2011 r. na Zakrzówku, a więc Modraszek Kolektyw, było tak naprawdę kampanią medialną dla Zielonego Zakrzówka, który dbał o sprawy formalne. Mieliśmy też ze sobą Mariusza Waszkiewicza, który doskonale znał prawo dotyczące ochrony przyrody.

Po Zakrzówku przerzuciłaś się na rzeki. Spłynęłaś sześcioma krakowskimi ciekami.

Byłam trochę zmęczona aktywizmem i chciałam wrócić do bycia po prostu artystką. Szukałam tematu na autorski projekt. Kazimierz Walasz, ornitolog i największy znawca krakowskiej przyrody, który był szczęśliwy po tym, co zrobiliśmy na Zakrzówku, zaczął mi opowiadać o krakowskich rzekach, o tym, że są dzikimi korytarzami ekologicznymi. Strategia, którą przyjęłam, była czysto artystyczna. Pomyślałam, że rzeki trzeba sfilmować, bo płyną, są w ruchu. Zaprosiłam do współpracy operatora Piotra Pawlusa i dźwiękowca Piotra Madeja, a męża poprosiłam o zrobienie łódeczki. Najpierw spłynęliśmy w niej z Walaszem, był moim przewodnikiem, wiele się od niego dowiedziałam. Między innymi tego, jaką dewastacją jest regulowanie i betonowanie rzek. Robiłam te filmy przez rok. Postanowiłam pokazać "6 rzek" na Festiwalu ArtBoom, pod mostem. Razem z przyjaciółkami namówiłyśmy krakowian na gromadne pływanie po Wiśle. Był 2012 rok, tak narodziła się Wodna Masa Krytyczna. Dziś jest dużą miejską imprezą, której już wiele osób wcale nie kojarzy ze mną. Ale co roku pływam podczas niej na czymś pięknym, na tratwie lub rybie, które robimy z mężem.

Widziałem jesiotra.

Wokół Wodnej Masy Krytycznej wytworzyła się kapitalna grupa przyjaciół. Najfajniejsza ekipa w moim życiu, moja piaskownica, prawdziwa podwórkowa banda. Gocha Nieciecka, Martyna Niedośpiał, Kuba Wesołowski, Bartolomeo Koczenasz i Piotrek Dziurdzia. Wodną masę trudno zrobić do końca legalnie. Za Wisłę, drogę wodną, bulwary odpowiada wiele urzędów. Korzystamy z prawa, że każdy może pływać na byle czym, byle miał 17 lat i kapok. Trochę udajemy, że spotkaliśmy się przypadkowo. Na bazie tego kolektywu zrobiliśmy kilka skutecznych protestów. Dowiadujemy się, że obwodnica Krakowa ma przeciąć las łęgowy, robimy pikietę i przedstawienie edukacyjne dla radnych. Albo bronimy drzew przy placu Inwalidów. Ale też skutkiem "6 rzek" było to, że wylądowałam u prof. Romana Żurka, najlepszego hydrologa w Polsce. Poszłam do niego z pytaniem, czy do Wisły mogłyby wrócić jesiotry.

Mogłyby?

Popatrzył na mnie jak na świruskę i powiedział do kolegi: "Jakieś NGO-sy do mnie przyszły". Ale zaraz włączył komputer i pokazał coś strasznego. Zdjęcia planu przeciwpowodziowego dla Górnej Wisły. Betonowanie rzek. Koparki w nurtach. Rzeka, która zniknęła, został po niej tylko betonowy rów.

To się zbiegło w czasie z planem regulacji Białki. Białka jest rzeką mojego dzieciństwa. Moi rodzice mają teraz bacówkę w Łapszach na Spiszu, jesteśmy tam w każdy weekend. Przełom Białki jest moim ulubionym miejscem na ziemi. I nagle dowiaduję się, że górale chcą znieść Naturę 2000 i regulować Białkę. Bunkier Sztuki proponował mi wtedy wystawę, więc zrobiliśmy w jej ramach akcję w obronie Białki, a jedną ścianę galerii przekazaliśmy prof. Żurkowi na pokazanie, co Polacy robią ze swoimi rzekami. To była zupełnie nowa sytuacja, instytucja kultury udziela głosu naukowcowi.

Wszystkie dotychczasowe akcjebyły dla dzieci.Dzieci wszystko rozumiejąniemal automatycznie,to dorosłym trzeba tłumaczyć.Czym ja się zajmuję?Robię bajki!

Był chętny?

Naukowcy cierpią, bo mają środki na badania i ogromną wiedzę, ale nie mają jak się nią podzielić ze społeczeństwem. Ja z kolei wymarzyłam sobie, by tam na miejscu zrobić piękną instalację land-artową. Warkocz długości rzeki. Na wakacjach w Rumunii trafiłyśmy z siostrą do cygańskiej wioski, gdzie dziewczynki wplatały sobie we włosy pocięte obrusy. Przedłużały sobie włosy wstążkami. Nauczyły nas tego, moja córka chodziła potem przez cały rok do szkoły w cygańskich warkoczach. Błękitnych, różowych, czerwonych. I plotąc jej te warkocze pomyślałam, że możemy pleść warkocz o długości Białki. Wyszło sześć kilometrów, cała ciężarówka. Potem zrobiliśmy z tego warkocza wodospad na wieży ratuszowej w Krakowie. To był ukłon w stronę Krzysztofa Wodiczki, jednego z moich ulubionych artystów, który użył kiedyś tej wieży do projekcji. Wtedy mówiła głosem wykluczonych, bezdomnych. Ja chciałam, by udzieliła głosu przyrodzie, której nie słyszymy.

Akcja "Matki Polki na wyrębie", podczas której fotografowałaś się z synkiem przy piersi na pniaku po świeżo ściętym drzewie, była wyrazem bezsilności?

Wyrazem niezgody na "lex Szyszko". Stała się klamrą do tego mojego wspinania. Jako kobieta byłam w zupełnie innym miejscu. Wtedy zwinna, wysportowana, teraz dojrzała z dzieckiem na rękach. Przez miesiąc fotografowałam się na krakowskich wyrębach, potem dołączyły koleżanki. Kilkanaście matek ładuje się z wózkami na wykroty.

Miałyście dużo naśladowczyń w całej Polsce.

Zawiozłyśmy to nasze grupowe zdjęcie z apelem do prezydenta Dudy i premier Szydło. Razem z Anią Grajewską, współorganizatorką "Matek Polek na wyrębie", wymyśliłyśmy też, żeby pojechać do papieża i poskarżyć na polski rząd, który z Bogiem na ustach dewastuje przyrodę. Zdjęcie Franciszka z raportem, który przygotowały dla nas organizacje ekologiczne, też obiegło media. Wtedy poprosiłam dziewczyny, byśmy dołączyły do koalicji Ratujmy Rzeki. Powstała dwa lata temu, kiedy polski rząd przegłosował budowę drogi wodnej E40, zaporę na Wiśle w Siarzewie, przekop mierzei. Wszystkie te rzeczy, które w przeciwieństwie do "lex Szyszko" czy Puszczy Białowieskiej są bardzo mało medialne. I mało polityczne.

Bo rzeki regulować chce każda ekipa, która dochodzi do władzy.

A to nikogo nie interesuje, więc aktywizm na tym polu jest bardzo trudny. Ale ekolodzy, przyrodnicy, wszyscy oni spotykają się nad rzekami. Rzeki są tak bogatymi siedliskami, korytarzami ekologicznymi. W koalicji Ratujmy Rzeki jest już około 40 organizacji ekologicznych. A my robimy dla niej to, co umiemy najlepiej, czyli happeningi.

I po tym wszystkim nagle publikujesz książkę dla dzieci - "Drzewołazki". Z poczucia obowiązku wobec własnych?

Wszystkie dotychczasowe akcje były dla dzieci. Dzieci wszystko rozumieją niemal automatycznie, to dorosłym trzeba tłumaczyć. Czym ja się zajmuję? Robię bajki! Pływam łódeczką, plotę warkocze, chodzę po drzewach. Kiedy robiliśmy protest w sprawie Białki, przyszło dużo górali wściekłych na nas, że wtrącamy się w ich sprawy. Ale były też lokalne dzieciaki, z którymi wcześniej spotkaliśmy się w szkole. Machały do nas zza dorosłych i wołały: "Pani Cecylio, jesteśmy z panią!". Uznałam, że muszę podzielić się z nimi tym, co mam najcenniejsze.

Musiałaś wrócić na swoje podwórko?

U mnie w dzieciństwie nie było czegoś takiego jak drzewo. Z okna widziałam albo wielką osikę, albo jesion. Ulicę zdobił rząd topoli. W nowym ogródku rósł grab. Mieć wierzbę a kasztanowca za oknem to są przecież dwa różne światy! Chciałam więc zachęcić dzieci przede wszystkim do rozpoznawania gatunków drzew, jako zachętę do wchodzenia na nie. Topola jest krucha, jodła nie. Musisz to wiedzieć, zanim zaczniesz. A sama historia opisana w "Drzewołazkach" wydarzyła się naprawdę.

Właśnie miałem pytać, czy ten jesion jest prawdziwym drzewem.

W 2016 r. budowaliśmy z kolektywem Niedzielni na jednym z wrocławskich podwórek domek na jesionie. Zaprosiliśmy do pomocy okoliczne dzieciaki. Potem włączyli się rodzice. Domek miał być obudowany kolorowymi deseczkami, dzieci je malowały. Czekały na nas od 9 rano, do domów szły o 23. Opowiedziałam im o "365 drzewach", więc zaczęły się wspinać. Wcześniej na tym podwórku nic się nie działo. Starsze panie chodziły tam z pieskami na kupę. I my codziennie rano trafialiśmy na kupy tam, gdzie mieliśmy pracować. Trzeba je było codziennie zbierać. To był podstawowy konflikt interesów: kupy kontra dzieci. I to same dzieci wymyśliły, że trzeba przeciwko tym kupom zorganizować protest. Zrobiły transparenty, my mieliśmy megafon. Chciały robić ulotki, babciom wręczać woreczki. Bardzo konstruktywnie podeszły do sprawy.

Jesteś zadowolona z tego, jak Twoje własne dzieci patrzą na przyrodę?

Wczoraj powiedziałam Urszulce, która jest w drugiej klasie liceum, że mam wywiad i muszę znaleźć jakieś drzewo, na które będziemy się wspinać. A ona na to: "No przecież tutaj, pod kopcem, na Dworskim, czasem się tam z Antkiem wspinamy".

Nie miałam pojęcia, że moje dzieci się razem wspinają. Kiedy były małe, wszystko robiliśmy razem. Wakacje w górach, na kajakach, w naszej bacówce. Potem przyszedł moment dorastania, a ja dałam im spokój. A teraz widzę, że one same z siebie coraz bardziej interesują się przyrodą. Antek jest hokeistą, Urszulka tańczy i maluje, ale kiedy zapytasz o najpiękniejsze miejsce, usłyszysz, że w Łapszach na hali. W wakacje ciągną znajomych na Zakrzówek.

Twój najmłodszy syn urodził się 16 lat po pierwszym dziecku. To tak, jakbyś wychowywała dwa pokolenia.

Kiedy szukaliśmy z mężem mieszkania, zastanawialiśmy się, gdzie oni będą wychodzić. Mamy koło domu boisko szkolne, które jest po zajęciach otwarte dla wszystkich dzieci. Antek na nie chodził. Przyjaciółka Urszulki, Marysia, ma ogródek. Więc oboje namiastkę wspólnej przestrzeni do zabawy mieli. Ale jak będzie z najmłodszym, Ignacym, tego nie wiem. Ulica jest niebezpieczna, pełno na niej samochodów. Trudno powiedzieć małemu dziecku, żeby samo poszło się bawić.

Jeszcze do niedawna zieleń miejska należała do drogowców. Teraz mamy w Krakowie Zarząd Zieleni Miejskiej. W budżetach pojawiły się spore pieniądze na utrzymanie zieleni. Jako aktywiści zaczęliśmy walczyć o pieniądze na wykupy terenów zielonych.

To jest zupełnie nowy proces. Wcześniej miasta traktowały swoją własność jako coś, co można sprzedać i zarobić. Coś się zaczyna dziać.

To co, pójdziemy się wspiąć na jakieś drzewo?

Chodźmy, pokażę ci fajny dąb w parku Jordana. W sam raz dla dwóch osób. ?

Rozmawiał ADAM ROBIŃSKI - "TP" 5/2019

CECYLIA MALIK (ur. 1975) jest absolwentką krakowskiej ASP, artystką i aktywistką na rzecz ochrony przyrody. Autorka albumu "365 drzew" i książki dla dzieci "Drzewołazki", członkini koalicji Ratujmy Rzeki.

ADAM ROBIŃSKI(ur. 1982) jest dziennikarzem stale współpracującym z "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książki "Hajstry", nominowanej do Travelera "National Geographic Polska". Finalista Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji
?

SPEŁNIONE MARZENIA i zmarnowane szanse, momenty wielkich wzlotów i spektakularne wpadki, mnóstwo pracy (a czasem jej brak) i szalona zabawa, branie odpowiedzialności i próby ucieczki od niej. Nasze życie na wolności.

To, jak ono wygląda, zawdzięczamy sobie samym, ale i temu, że w 1989 r. również nasz kraj stał się wolny. A ponieważ o wolności ojczyzny próbujemy mówić tym samym językiem, co o wolności osobistej, pewnie trudno się dziwić, że 30. rocznica tamtych wydarzeń odbywa się bez fanfar, a dla niemałej części naszych współobywateli wydaje się wręcz okolicznością kłopotliwą.

W wydaniu, które oddajemy w Państwa ręce, nie ma oczywiście pełnego bilansu minionego trzydziestolecia, nie ma też łatwych przepisów na to, czy i co można było zrobić lepiej. Prosta rzecz: nie ma także fantazji o spisku czy zdradzie, bo pamiętamy przecież, że wśród architektów przemian byli ludzie "Tygodnika" - że zasiadali przy Okrągłym Stole i w pierwszym niekomunistycznym rządzie albo że są współtwórcami preambuły do naszej Konstytucji.

Czego w takim razie mogą się Państwo spodziewać? Tego, co w "Tygodniku" najlepsze - dobrze postawionych pytań bez założonych z góry odpowiedzi. Świetnie napisanych tekstów i rzetelnie poprowadzonych rozmów. Spotkań z ludźmi, którzy - na bardzo różnych poziomach - polską wolność kształtowali, albo wizyt w miejscach, które o tej wolności mogą zaświadczyć. Poznają Państwo chłopaka z wielodzietnej rodziny zjeżdżającego na nartach z K2, zakonnicę adoptującą niepełnosprawnego intelektualnie chłopca, wielkiego malarza hodującego kury. Piłkarza i psychoterapeutę, chemika i blogerkę kulinarną, arcybiskupa i kwakierkę, aktorkę i ekologa... Część z tych opowieści miało już swoją premierę. Część - jak np. przejmujący wywiad z Danutą Wałęsą albo ułożony przez Olgę Drendę spis symboli trzydziestolecia - oddajemy do druku po raz pierwszy. Zdarza się i tak, jak w przypadku Andrzeja Stasiuka, który prawie trzy dekady po swoim reporterskim debiucie na łamach "TP" wraca do opisywanego wówczas pegeeru.

Zatytułowaliśmy to wydanie "Smak wolności", nie przesądzając, jak komu smakowała.

Wszystkich jednak zapraszamy do lektury.

MICHAŁ OKOŃSKI, redaktor wydania

?

* oferta dotyczy 4 kolejnych nadchodzących wydań (3, 4/2019 oraz 1, 2/2020).Zamów je na powszech.net/prenumeruj** okładki przedstawiają wydania archiwalne - chcesz je otrzymać?Napisz: zamowienia@tygodnik.com.pl

ZASADY ZAKUPU PRENUMERATY

Prenumeratę krajową można zamówić przez:

- internet na powszech.net/prenumeruj

- dokonanie wpłaty na konto lub opłacenie przekazem pocztowym: Tygodnik Powszechny ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków Bank Pekao SA nr 49 1240 4533 1111 0000 5431 1987

- opłacenie osobiste w Dziale Prenumeraty "TP", ul. Wiślna 12 w Krakowie, od poniedziałku do piątku w godz. 9.00-16.00

Prenumeratę zagraniczną można opłacić przez stronęTygodnikPowszechny.pl/wykup-prenumerate,na której podane są ceny

Szczegółowych informacji udziela Agnieszka Grzywa pod nr. tel. 12 431 26 83, tel. kom. 668 479 075 lub adresem e-mail:prenumerata@tygodnik.com.pl

Prenumeratę elektroniczną można zamówić przez internet na powszech.net/ewydania

Pomocy przy problemach technicznych udziela Anna Dziurdzikowska pod nr. tel. 668 475 263 (w godz. 10.00-14.00) lub adresem e-mail: kontakt@powszechswiat.pl

CENNIK PRENUMERATY KRAJOWEJ

PRENUMERATA

EKONOMICZNA

PRIORYTET

Roczna (52 numery)

349 zł

419 zł

Półroczna (26 numerów)

215 zł

249 zł

Kwartalna (13 numerów)

115 zł

129 zł

Pokolenia*

300 zł

Karta Dużej Rodziny**

300 zł

"TYGODNIK POWSZECHNY WYDANIE SPECJALNE"W PRENUMERACIE WRAZ Z "TYGODNIKIEM"

PRENUMERATA

EKONOMICZNA

PRIORYTET

Roczna + 4 wydania specjalne

399 zł

469 zł

Pokolenia* + 4 wydania specjalne

360 zł

Karta Dużej Rodziny** + 4 wydania specjalne

360 zł

4 wydania specjalne

69 zł

* z oferty POKOLENIA mogą skorzystać osoby poniżej 25. i powyżej 65. roku życia

** z oferty KARTA DUŻEJ RODZINY mogą skorzystać jej posiadacze na warunkach opisanych w regulaminie

Regulamin zakupu prenumeraty - na powszech.net/regulamin