Muzyka na początku
Klasyczna: przestawiając z mozołem kopyta, znękany Atlas wspina się
Gillespie Road wśród mżawki, która odpędza wrześniowe gzy i niesie w swoich drobnych kropelkach cały rok tysiąc dziewięćset trzynasty:
Principia Mathematica, Strawiński, liczniki Geigera i narastający w trzewiach Europy strach perlą się na sztywnej brązowej sierści i nasączają ją duchem stulecia. Światło koloru pale ale i żyłkowane
błoto są przesycone kubizmem i Apollinaire'em.
Przed nim w tumanach wilgotnej mgły czarne płaszcze przeciwdeszczowe i kaszkiety oblazły jak żuki pryzmę ziemi, która przeobrazi się w stadion
piłkarski. Krzątający się przy pracy robotnicy mokną na deszczu razem z okolicznymi mieszkańcami, którzy znoszą w to miejsce domowe odpadki jako
swój wkład w fundamenty obiektu. Potężny szajer, zmęczony wcześniejszym
pokonaniem stromego zbocza Highbury Hill, ciągnie furę wyładowaną
trzykołowymi wózkami dziecięcymi i połamanymi wyżymaczkami. Turkot
drewnianych kół na bruku miesza się z wykrzykiwanymi przekleństwami i chrobotem szufli i dołącza do ponurej partytury poranka.
Ziejąca w ziemi czeluść, z wolna zapełniająca się śmieciami, stanie się
północną trybuną stadionu Arsenalu, gdy drużyna przeniesie się tutaj ze
swojego obecnego domu w składzie amunicji w Woolwich, na drugim brzegu
rzeki, o czym jednak wielkie zwierzę nie ma zielonego pojęcia. W okrojonym przez klapki na oczy prostokątnym wycinku świata powoli
przybliża się skraj wykopu. W świeżo przewróconej ziemi mienią się
srebrzyste strużki: robotnicy, wsparci ciężko na kilofach, spluwają z przygnębieniem w deszczowy opar. Zgarbiony na koźle i przemoczony do
suchej nitki właściciel Atlasa potrząsa lejcami i obrzuca kopytnego
olbrzyma wyburczanymi epitetami, by pchnąć go dalej, na samą krawędź
otworu, która ginie we mgle; przy tej pogodzie obaj są tak samo na wpół
ślepi. Nie ma jeszcze dziesiątej, a posępna sobota już zbliża się do
swojego crescendo.
Wszystkie ścięgna płoną bólem, gdy imponujący zwierz zatrzymuje się na
brzegu przepaści. Prycha, wzdryga się i potrząsa długim łbem, z niechęcią przyjmując ponowne pojawienie się much. Wydając niezrozumiałe,
chrapliwe dźwięki swojej wroniej mowy, węglarz zsuwa się z kozła, staje
wśród robotników i włącza się do prowadzonej przez nich półgłosem
dyskusji. Wzniósłszy strudzone ślepia nieświadomie ku swojemu
ostatecznemu niebu, potężna machina zbudowana z mięcha i kudłów sika
przeciągle w już i tak kleiste grzęzawisko na skraju dołu. Z tyłu
dobiega najpierw głośny klekot, gdy tylna ściana skrzyni wozu zostaje
opuszczona na płask na naprężonych w skos łańcuchach, a następnie
postękiwania ludzi i głuchy łoskot: rozpoczęto wyładunek pierwszego z ciężarów. Zdjęcie go z fury lekko zakłóca równowagę pojazdu, który
szturcha wyczerpane zwierzę uwięzione pomiędzy parą dyszli. Atlas
kwiczy, strzyże uchem i robi krok do przodu. W nicość.
Chwila się rozdyma, rozszczepia na nieskończoną liczbę etapów
pośrednich. Noga konia się prostuje, koryguje ruch, szuka oparcia, ale
tylko żłobi wilgotną bruzdę w zapadającym się błocku. Tylne kopyta -
długie włosy na pęcinach zesztywniały, posklejane błotną breją w ostre
kolce -?machinalnie próbują się cofnąć, ale nie znajdują oparcia. Kiedy
rozpoczyna się nieuchronny ześlizg, zza wozu, który nagle ożył ze
skrzypieniem, dobiegają okrzyki zaskoczenia i niepokoju. Puszczona w ruch nieszczęsna maszyneria chwili działa posłuszna slapstickowej
logice: uginający się pod spiętrzonym ładunkiem wehikuł wyrwany z bezruchu przez próbującego ustać na nogach Atlasa zaczyna się toczyć,
popycha przed sobą bezradne zwierzę i powiększa zgubny pęd. Pierwsze
głowy gapiów zwracają się w tę stronę, podejrzliwe spojrzenia ustępują
grymasom niedowierzania i szeroko rozwartym ustom, sapnięcia
wstrzymywanych oddechów i daremne okrzyki ostrzegawcze wznoszą się ponad
narastający szum deszczu. W ograniczonym klapkami na oczy polu widzenia
całe Highbury wali się na bok. Zdarte podkowy drapią nasączone wilgocią
powietrze i kolos, który dźwiga glob na swoich barkach, osuwa się w błotnistą głębinę, koziołkuje i spada, ściągając na siebie całe
zardzewiałe żelastwo tego świata. Wraz z obłokiem pary z aksamitnych
chrap bucha głośny kwik rozczarowania.
Starsi bracia podbiegają, żeby pogapić się z bliska i powytykać palcami.
Znajdujące się w tłumie młodsze dzieci zostają zabrane do domów przez
roztropne matki, świadome tego, co wydarzy się za chwilę: ani jedna
cząstka ogiera nie ostała się w całości, pozostało mu tylko cierpienie,
które należałoby pilnie skrócić, ale szanse na to, że przy Gillespie
Road znajdzie się jakaś strzelba, są bliskie zeru. W kilka minut jest po
wszystkim. Właściciel truchła niechętnie zgadza się porzucić swojego
sługę tam, gdzie padł, jako nieplanowany dodatek do fundamentów
stadionu, prędko pogrzebany pod ramami łóżek, doniczkami i porozbijanymi
muszlami klozetowymi.
Z upływem lat okrutne wydarzenie zostaje przykryte gruzem czasu. Sunący
gładko samochód arcyksięcia nieoczekiwanie zatrzymuje się przed
kawiarnią w Sarajewie. Chłopcy w mundurach -?szarych albo khaki -
zwisają z drutów kolczastych na ziemi niczyjej. Wojna światowa i hiszpanka przynoszą zagładę milionom. Maklerzy giełdowi przesuwają się
cal po calu coraz bliżej krawędzi parapetów. Al Jolson obwieszcza wszem
wobec, że to i tak jeszcze nic wielkiego. Na Highbury, pod
podziurawionym korkami boiskiem z naniesionymi wapnem liniami, rzeczy
gniją w nieskończonej podziemnej nocy, a potem, rozłożone na czynniki
pierwsze, zostają wchłonięte przez króciutko przyciętą murawę. Fura
dawno rozpadła się na atomy, jej ładunek przekorodował do postaci
żelaznych meteorytów, bezkształtnych i niemożliwych do rozpoznania.
Zawieszona w przetykanym larwami bezdennym mroku pomiędzy próchniejącymi
kołami wozu nieżyjąca legenda nabrała tajemnego piękna, objedzona przez
robactwo, wystylizowana, perłowa. Spoczywa na boku, wyodrębnione kości
tworzą pędzącą mozaikę, nogi wyciągają się w przód, jakby sięgały ku
odległej linii mety majaczącej gdzieś wśród tej gęstej, smoliście
czarnej ciszy.
Nie ma oczu, które mogłyby zobaczyć niezwykłe zjawisko, ono zaś z początku lśni słabiutko jak okruch rudy i zdaje się bardzo bliskie w tym
nieprzezroczystym, litym środowisku, gdzie nie istnieje pojęcie
odległości. Skrzący się punkcik rośnie i staje się coraz wyraźniejszy,
przez co powstaje wrażenie, jakby jego źródło znajdowało się daleko, a zarazem systematycznie zbliżało się poprzez twardą, zbitą glebę, aż
wreszcie nabrzmiewa do postaci podziemnego fajerwerku. Niewidziany przez
nikogo niespieszny cud przeobraża się w ruchomą świetlistą postać,
malutką kobietę nakreśloną liniami kolorowego blasku. Cały czas rośnie,
cały czas przybliża się i przenika niematerialne wieczorne cienie, które
w rzeczywistości są kamieniem, gliną albo poszczerbionym metalem.
Szczupła i krzepka jak chłopak, ma na sobie tunikę, której płomieniste
linie nieustająco przepływają jedna w drugą, na przemian wymazywane i odtwarzane tak samo jak wyrysowana kredką sylwetka jej właścicielki. Z góry przez warstwy ziemi niesie się stłumiony grzmot: to zelektryzowani
kibice gospodarzy ryknęli wyczekująco.
Tymczasem ona już tu jest, z mieniących się ruchliwych konturów wyłania
się najpierw mocny zarys szczęki, potem ostrożnie nakreślony kosmyk
włosów. Delikatna, utkana z marszczonych niteczek fosforu wędruje przez
wielotonowe czarne zwały, aż wreszcie przystaje przy szczątkach
czempiona, niby w zadumie. Mija parę chwil, po czym jej świetlista
konfiguracja składa się i gnie, jakby się schylała, przyklękała na
ledwie, ledwie zaznaczonej sugestii kolana tuż obok odsłoniętych łopatek
i kredowobiałych dywizów kręgosłupa szyjnego martwej szkapy. Na wpół
obecna w tym miejscu pochyla pospieszny szkic głowy i przesuwa
minimalistycznymi palcami po wydłużonej nagiej czaszce. Gryzmoła jej ust
zmienia kształt: dziewczyna ewidentnie coś mówi, szepcze wprost w pozostałe po uchu kruche kostne zagłębienie.
Tytan reaguje na słowa zachęty i zaczyna się składać w całość. Żebra,
rozproszone jak porozrzucane nawiasy, przesuwają się na swoje dawne
miejsca, stawy odtwarzają się i kleją lepiszczem nowych chrząstek, aż w końcu leżący szkielet -?choć dokumentnie pogrzebany i z początku trochę
niezdarny -?staje na nogi. Zupełnie przypadkowo w tej samej chwili
kibice Arsenalu, których dzieli od tego miejsca kilkanaście stóp zbitej
ziemi, wydają chóralny okrzyk triumfu i uznania. Ruchliwe zawijasy
układające się w widmową kobiecą głowę na moment przemieszczają się w skinieniu, jakby w geście wdzięczności za te sejsmiczne drgania aplauzu,
a potem świetlista postać bez pośpiechu rusza w kierunku zachodnim,
zagłębia się w twardą ciemność, z której się wyłoniła. Przerażający i wspaniały byt, który nie jest już Atlasem, człapie krok w krok za swoją
roziskrzoną panią. Zostawia za sobą zgubioną podkowę, jako dobrą wróżbę
na przyszłość, oraz nieprzemijające poczucie, że oto w tym miejscu
puszczono w ruch coś więcej niż tylko martwego konia. Rumak został
wybrany, jego forma oceniona, gonitwa zapowiedziana, stawki zakładów
wyliczone. Bukmacher otworzył księgę.
Obstawiajcie.
* * *
Calypso: przerażone, piszczące, pomalowane fluorescencyjną pomarańczową
farbą gryzonie wpadają przez szparę na listy. Stoi z Litzem przed
drzwiami przy Powis Square, zaśmiewają się do rozpuku i wsypują do
środka zawartość wijącego im się w rękach worka. Wkrótce zostają
nagrodzeni dobiegającymi z drugiej strony gniewnym rykiem, okrzykami
przerażenia i wrzaskiem dzieci. Pete Rachman siedzi wygodnie rozparty w Rollsie po drugiej stronie ulicy, pali cygaro i roztacza aurę
obojętności rodem z obozów śmierci. Ech, te wieczory w Notting Hill...
Michael widzi je, jakby to było wczoraj. Ba, jakby to było dzisiaj.
Litz -?dumny ze swojego wielgachnego kinola, z oczami, w których
nikczemne iskierki błyskają jak brokat -?chichra się tak bardzo, że
ledwie jest w stanie mówić:
-?Albo zapłacicie czynsz, gnojoświnie, albo od tej pory będziecie mieli
regularne dostawy świecących szczurów!
A potem pędzą na wyścigi do samochodu, zadowoleni z tego, jak im poszło
("Te "gnojoświnie" to całkiem udany neologizm, nie uważasz?"), ładują
się na tylną kanapę, Rachman kręci łysą głową, rozczulony parska
śmiechem, nazywa ich parą nielichych komediantów i już suną Colville
Terrace w stronę Ladbroke Grove. Za nimi jakiś wielki kolo wybiega na
środek ulicy i wydziera się przeraźliwie; brzmi jak Jamajczyk, więc
Michael nie odczuwa z nim żadnego powinowactwa, bo przecież pochodzi z Trynidadu, z którym, nawiasem mówiąc, również nie czuje się szczególnie
związany. Jego zawsze nieobecny tata kupiec, pan de Freitas, był
bladoskórym Portugalczykiem i na wyspie nazywali Michaela czerwonoskórym
łajdakiem tylko dlatego, że był nie dość czarny. Miał wtedy pięć lat.
Nie mówcie mu o dyskryminacji.
Spędza dzieciństwo na nędznych przedmieściach Port of Spain. Matka w każdą sobotę zabiera go na stołeczny bazar, gdzie siedzi wciśnięty
pomiędzy bele farbowanych tkanin i popija mleko z zielonych czaszek
kokosów, otoczony przez targujących się Chińczyków, Hindusów albo
Syryjczyków. Ma zaledwie dziewięć lat, więc nie od razu się orientuje,
że mama płaci za to wszystko obeah: udziela porad przy świecach
starszym paniom z problemami skórnymi.
-?Daj mi pięćdziesiąt dolarów i weź jednopensówkę. Przez następnych
dziewięć dni codziennie przecieraj twarz tą jednopensówką zamoczoną w śmietance. Przez resztę czasu trzymaj ją na framudze nad drzwiami, a potem dziewiątego dnia zanieś na rozstaje dróg i tam wyrzuć. Zostaniesz
wyleczona, a choroba przejdzie na tego, kto znajdzie monetę.
Żadna z kobiet nie wróciła ze skargą, a Michael oduczył się podnosić z ziemi zatłuszczone miedziaki.
Dorastanie przebiega gwałtownie: huragan rozmazanych obrazów. Jest w nim
pulchna ręka sprzedawcy kokosów, odcięta kordelasem i leżąca dłonią do
góry w bazarowym pyle; Michael widzi, jak palce jeszcze się poruszają.
Jest Złotozęby, który ma się za kowboja; napada w szale na kluby i masakruje ich właścicieli żelaznym prętem. Jest dziewczyna, którą jego
matka, najczarniejsza kobieta, jaką widział w życiu, wyrzuca za drzwi,
bo ma za ciemną skórę, przez co nie jest dość dobra dla jej bladolicego
syna. Jest gnieżdżąca się po sąsiedzku przesympatyczna hinduska rodzina,
która przygarnia go po tym, jak ojczym eksmituje go z domu. Od tej pory
matka nie chce mieć z nim nic wspólnego, bo w jej hierarchii wartości
kulisi znajdują się jeszcze niżej od czarnych. Kiedy Michael ma
serdecznie dość tego wszystkiego, zaciąga się na statek, który z powodu
awarii silnika wyprawia się do Matki Anglii, żeby tam stanąć w suchym
doku.
Anglia okazuje się krainą przerażających sposobności. Sytuacja jest
taka, że ta ich nowa seksowna królowa, która obejmuje tron w tysiąc
dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku, nagle przypomina sobie o Commonwealth, Brytyjskiej Wspólnocie Narodów, i na każdym kroku
podkreśla jej znaczenie -?głównie dlatego, że imperium po wojnie rozpada
się na kawałki i Brytania na gwałt potrzebuje czegoś, co znów pozwoli
jej poczuć się światowym mocarstwem. Kłopot w tym, że jeśli twierdzisz,
że rzesze mieszkańców odległych krain to obywatele brytyjscy, to nie
bardzo możesz mieć do nich pretensje, kiedy wezmą te słowa za dobrą
monetę i postanowią się tu sprowadzić. Tak w każdym razie uważa Michael.
Bo Anglicy, jak się okazuje, mają na ten temat inne zdanie.
Ma stosowne żeglarskie kwalifikacje, ale na brytyjskich statkach miejsce
kolorowych marynarzy jest w maszynowni, nie na pokładzie. Przez jakiś
czas pływa więc po całym świecie pod banderą norweskiej marynarki
handlowej, ale kiedy ma wolne i schodzi w Londynie na ląd, poznaje
Desirée i zaczyna poważnie myśleć o ustatkowaniu się. Wkrótce zresztą
staje się to koniecznością, gdy po rejsie do Izraela, gdzie przyjmują na
pokład ładunek pomarańczy, angażuje się w przeszmuglowanie do Anglii
ślicznej jugosłowiańskiej uchodźczyni. Brytyjscy celnicy znajdują
dziewczynę ukrywającą się za skrzynkami pełnymi cytrusów, "Daily Mirror"
daje na pierwszą stronę artykuł z nagłówkiem Brzoskwinka wśród
pomarańczy, a Norwegowie kończą współpracę z Michaelem.
Bezrobotny i bezdomny, znajduje w końcu dach nad głową dla siebie,
Desirée i ich malutkiej córeczki w nędznych slumsach Notting Hill. Kiedy
jednak zaczyna się rozglądać za pracą, odkrywa, że nie ma żadnej roboty
dla "czarnuchów", "smoluchów", "asfaltów", "bambusów" oraz
przedstawicieli licznych innych kategorii, do których -?jak się okazuje
-?również się zalicza. Tak oto, zgoła mimowolnie, rozpoczyna powolny
zjazd w świat hazardu, stręczycielstwa i drobnej przestępczości, drogę w dół po jedynej trajektorii dostępnej dla przybysza z Indii Zachodnich.
Kiedy jednak popija w towarzystwie rodaków z Trynidadu i razem śnią sny
na jawie, ktoś wpada na pomysł oskubania miejscowego potentata rynku
nieruchomości. W takich właśnie okolicznościach Michael po raz pierwszy
słyszy nazwisko Petera Rachmana.
Rachman to starszy facet, pod czterdziestkę, łysawy, w okularkach,
polski Żyd, który przeżywa najpierw hitlerowski, a potem sowiecki obóz
pracy, następnie walczy na froncie, a po demobilizacji osiada na stałe w Brytanii. Kiedy w pięćdziesiątym siódmym Macmillan zastępuje Edena na
stanowisku premiera i zmienia przepisy regulujące czynsze, Rachman
zaciąga w banku potężny kredyt i wykupuje osiemdziesiąt walących się w gruzy nieruchomości w Notting Hill, Kensington i okolicy. Jego pierwszym
nabytkiem jest rudera przy St Stephen's Gardens, w której urządzili się
Michael z Desirée. Rachman wydziela w kamienicach odrębne małe
mieszkania, które następnie wynajmuje imigrantom z Indii Zachodnich
przybywającym do Londynu systematycznie od końca lat czterdziestych.
Owszem, bywa brutalny dla swoich lokatorów i pakuje ich do swoich klitek
dziesiątkami, ale jest i druga strona medalu: tylko on jeden w ogóle
pozwala kolorowym gdziekolwiek mieszkać. Co tydzień przez jego biuro w piwnicy domu w Westbourne Grove (to niedaleko, dosłownie za rogiem)
przepływają tysiące funtów z wynajmu. Trudno się nie zgodzić, że pomysł
rozboju w biały dzień wydaje się atrakcyjny.
Michael zgłasza się na ochotnika do przeprowadzenia rekonesansu. Pod
zmyślonym pretekstem wybiera się na spotkanie z landlordem, ale po
powrocie oznajmia swoim niedoszłym wspólnikom, że rabunek nie wchodzi w grę z powodu dwóch złych psów, które Rachman stale trzyma u siebie w biurze. To wprawdzie jest szczerą prawdą, Michael postanawia jednak
przemilczeć fakt, że całkiem realną alternatywą byłby dyskretny nocny
włam w pojedynkę -?realną do momentu, gdy faktycznie podejmuje taką
próbę, bo wtedy odkrywa, że włamywaczem jest równie beznadziejnym jak
hazardzistą i rajfurem. Wciąż jeszcze szuka sejfu, gdy Rachman i jego
piekielne ogary wtykają głowy za próg biura i go zauważają.
Cała sprawa i tak kończy się o wiele lepiej niż wielką krwawą łaźnią,
której każdy rozumny człowiek miałby pełne prawo się spodziewać. Rachman
-?z dwoma szarpiącymi się na smyczach owczarkami niemieckimi -?jest
miły, spokojny, chyba nawet lekko rozbawiony. Złotousty magnat z getta,
który umie dostrzec korzyści w każdej potencjalnie groźnej sytuacji,
chwali włamywacza za inicjatywę i choć wytyka mu pewien niedostatek
umiejętności praktycznych, składa mu ofertę zatrudnienia.
-?Wydaje mi się -?mówi -?że niektórzy z moich lokatorów byliby skłonni
okazać mi więcej szacunku, gdyby postraszył ich jeszcze jeden zbir.
Proponuje również, żeby Michael i Desirée przenieśli się z St Stephen's
Gardens do innego, bardziej zdatnego do zamieszkania lokalu przy Powis
Square. Podają sobie ręce i umowa zostaje zawarta. Dwa śliniące się
psowate patrzą z wyraźnym rozczarowaniem, jak perspektywa nocnej
przekąski bezpowrotnie się oddala.
W końcu psy zostają gdzieś zamknięte i na stole pojawia się whiskey wraz
z dwiema szklankami z grubego szkła. Michael opowiada o matce
pogrążającej się w odmętach obeah, o piciu i ubóstwie na Trynidadzie.
Peter w oszczędnych słowach wspomina o obozach, a następnie zaczyna się
rozwodzić na temat swoich aktualnych kochanek, Christine Jakiejśtam i Mandy Dwojga Nazwisk; sądząc po jego słowach, obie muszą być raczej
puszczalskie. Wreszcie rozmowa zatacza krąg i wraca do spraw bieżących.
-?Przydzielę ci kogoś, kto już ma rozeznanie w tym fachu, może Davida.
To dobry chłopak, łebski, pomysłowy. Spodoba ci się. Będziecie się jarać
jak dwa płonące domy.
Michael się zgadza, chociaż niezbyt mu się podoba to pożarowe
porównanie. Tak czy inaczej, w takich właśnie okolicznościach poznaje
Litza.
Litz jest skomplikowany i fascynujący jak mechanizm miny dywersyjnej:
jeśli chcesz go rozgryźć, musisz się do niego zbliżyć, a wtedy
znajdziesz się w zasięgu rażenia. Żyd z East Endu, który rzuca
kamieniami w faszystów od Mosleya, odkąd skończył osiem lat, przywodzi
na myśl rozlaną błyskawicę, która wyciekła z akumulatora czystego zła.
Kiedy trzy, może cztery lata temu policja zatrzymała go za przekroczenie
prędkości kradzionym samochodem, zamiast swojego prawdziwego nazwiska
podał nazwisko Jeffreya Bernarda -?niesławnego, wiecznie naprutego
dziennikarza, który niedługo potem został zgarnięty przez gliny. Cały
Litz. Dziwaczny jak banknot dziewięciofuntowy. Wszędzie go pełno, od
Ladbroke Grove po Chelsea, wszystkich zna -?gangsterów, jazzmanów i sławnych malarzy, ma gadane i stale balansuje na spornej granicy
pomiędzy jajcarstwem i makabrą. Kolorowe szczury to jego pomysł.
Michael ma dwadzieścia cztery lata. Jest wściekły na cały świat, a nowe
zajęcie nie tylko idealnie wpasowuje się w jego nastrój, ale jest też
nadzwyczaj lukratywne. Czuje jednak w kościach, że ta idylla nie potrwa
długo. Atmosfera Notting Hill staje się coraz bardziej naładowana,
nieokiełznane energie różnych kultur łączą się i reagują w oparach
curry. W skład wybuchowej mieszanki oprócz Tobagijczyków,
Trynidadczyków, Barbadosyjczyków i Jamajczyków wchodzą biali tubylcy
mieszkający tu od pokoleń oraz agitatorzy z Ligi Obrony Białych Colina
Jordana i Brytyjskiej Unii sir Oswalda Mosleya (ta ostatnia przycięła
swoją nazwę, żeby nie było widać, czego jest unią). I do tego stanu
niepewnej równowagi, tej beczki prochu, którą sam w przeważającej mierze
stworzył, Rachman dorzuca następnie takie krewkie postaci jak Michael,
Litz i ich rozbrykani wspólnicy. Michael nie potrzebuje czarnej magii
matki, żeby wiedzieć, że to się źle skończy.
Jest rok pięćdziesiąty ósmy, ostatnie gorące dni sierpnia, kiedy do
Londynu dochodzą słuchy o rozróbach na północy kraju, w Nottingham. O zamieszkach na tle rasowym. Zanim pełgający po loncie, skwierczący
płomyk kłopotów dotrze do Notting Hill, wydaje się, że zgasł. Ktoś
wprawdzie wrzucił płonącą butelkę z benzyną do klubu, w którym bawią się
przybysze z Indii Zachodnich, ale podupadłe Grove słynie z tego, że
podobna rzecz może się wydarzyć w każdy gorętszy weekend. Dopiero
następnego ranka, kiedy gazety zrobią z tego wypadku zamieszki, ruchawka
rozkręca się na dobre. Michael zostaje aresztowany, postawiony przed
sądem i ukarany grzywną za to, że stał na rogu ulicy i rozmawiał z paroma białymi kumplami, a po wyjściu z sądu wzywa całą czarną
społeczność, żeby wystąpiła w swojej obronie z brzytwami, stalowymi
prętami, koktajlami Mołotowa i w ogóle wszystkim, co pod ręką. W tym
momencie niepokoje rasowe nie są już tylko widmem straszącym z nagłówków
gazet, przeciekły z druku na bruk, gdzie walka jest prawdziwa i brutalna.
Michael i jego kompani z innych karaibskich wysepek wrzucają koktajle
Mołotowa przez tylne okna siedziby Ligi Obrony Białych, po czym dopadają
i tłuką członków organizacji, gdy ci wybiegają frontowymi drzwiami.
Dzikie lato w Rotting Hill płynnie przechodzi w jesień, gliniarze nie są
w stanie nad nim zapanować, ale wtedy wydarza się zabawna rzecz. W piątą
noc września ekipa Michaela zajęta jest ratowaniem kumpla imieniem
Clydie z policyjnej suki, którą dopiero co podpalili, gdy wtem zaczyna
lać jak z cebra, nastaje istny potop, jakby Bóg wygarnął z koryta całą
Tamizę i zrzucił ją na Londyn. Krople walą jak ołowiany śrut i dosłownie
w parę minut cała strefa wojny się wyludnia. Bojownicy wszelkiej maści
pędzą opustoszałymi ulicami w poszukiwaniu schronienia przed deszczem, a początkowo odległe dudnienie burzowego werbla narasta do łoskotu kotłów
i talerzy, który rozdziera niebo od krańca po kraniec. Później Michael
podsłucha, jak gliniarze opowiadają o "posterunkowym Deszczu", który
powstrzymał zamieszki, ale on sam zapamiętał to zupełnie inaczej.
Biegnie pustą Kensington Park Road w stronę Powis Square, pod wiatr, z twarzą zlaną deszczem i głową pełną marihuany, tabletek, rumu i podpalonych radiowozów. Widzi to przy niezamieszkanej Arundel Gardens,
wydaje mu się, że to widzi, niemożliwe, żeby to widział. To gorsze niż
obeah, gorsze niż oślizłe miedziaki matki. Jedyną osobą, której
kiedykolwiek o tym wspomni, jest Litz, a ten taksuje go wzrokiem i mówi:
-?To bardzo ciekawe, Michaelu. Naprawdę bardzo ciekawe.
Pośrodku ogrodzonego placyku porośniętego trawą i ociekającego zielenią
wysoki na osiem stóp obiekt wiruje jak bąk, dumnie paraduje, dostojnie
kroczy przed publiką złożoną z zasłoniętych okien i zamkniętych drzwi,
rozpływając się i przekształcając wśród monsunowej ulewy i nawałnicy
gromów.
Jego strój, pozostająca w nieustannym ruchu mieszanka wszelkich
możliwych stylów, przywodzi na myśl targane wiatrem bandaże mumii. Płeć
oscyluje pomiędzy wezbranymi krągłościami i żylastą kanciastością.
Widoczne skrawki ciała przepływają całe spektrum odcieni czekolady, od
mlecznej po deserową, od czarnego po perłowy. Włosy to kurczą się jak
krótkie kłaczki wełny, to znów eksplodują pękiem grubych sznurów albo
kulą tęczowej piany. Od czasu do czasu ponad szum i plusk oberwania
chmury wznosi się towarzysząca roztańczonemu zjawisku nieziemska ścieżka
dźwiękowa, rozstrojone radio, które piszczy i ślizga się po falach
tuzina nieznanych epok. Cudaczny twór defiluje, kręci piruety, wyciąga
wszystkie sześć ramion w górę ku dudniącemu nieboskłonowi. W każdej
dłoni trzyma któryś artefakt z nieustannie zmieniającej się palety:
majcher, okładkę płyty gramofonowej, ulotkę i jakiś przedmiot
dostatecznie długi, żeby mógł uchodzić za ludzką kość udową, być może
używaną do rzucania klątw -?i tym właśnie obiektem dźga brzemienny
firmament, celuje w samo huczące serce nawałnicy, która z czasem
zostanie nazwana najgorszą burzą w historii Londynu. Jakby w odpowiedzi
na ten gest ulewa jeszcze się wzmaga, grzmoty stają się ogłuszające,
rozwidlone pioruny biją częściej, aż w końcu niezwykły byt znika za
kurtyną wody. Na pustej ulicy nie słychać już jego muzyki.
Biegnący do domu Michael od razu próbuje o nim zapomnieć, zatrzeć to
wspomnienie, wyrzucić je z pamięci. Na próżno. Nigdy nie pozna imienia
ani natury stworzenia, które na jego oczach sprowadziło do Notting Hill
gniew niebios, ale zawsze będzie się upierał, że z pewnością nie był to
żaden biały. Żaden posterunkowy Deszcz.
* * *
Rock and roll: Jazda. "One, two, three o'clock, four o'clock rock",
piętnasty maja tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego szóstego roku, szpital
South Western w Stockwell. Mało znanemu artyście malarzowi Austinowi
Osmanowi Spare'owi zostało dosłownie parę minut życia. Umiera z powodu
komplikacji po pęknięciu wyrostka robaczkowego, prześladowany przez
piosenkę, która non stop rozbrzmiewa mu w głowie, chociaż wcale mu się
nie podoba. Wszystko go boli, a on zostawił tyle niepokończonych spraw.
"Five, six, seven o'clock, eight o'clock rock", w porządku, bardzo to
piękne, ale wszystkie wielkie rzeczy składające się na ten świat, takie
jak czas, przestrzeń i całe jestestwo Austina rozpadają się na kawałki,
materia jego życia okazuje się lichą scenografią, o którą się potknął,
wpadł na nią i przebił ją na wylot. Chwilami jest cudownym dzieckiem w Kennington, w roku tysiąc dziewięćset czwartym; kiedy indziej -?młodym
mężem z tysiąc dziewięćset trzynastego, który w kuchni przy Golders
Green robi minetę swojej żonie Eily (zawsze to samo wspomnienie); albo
mamy rok czterdziesty siódmy, a on, niedożywiony starzec, przywołuje
obłok mgły, który ma oczy i zalega w kącie jego piwnicznego mieszkanka
przy Wynne Road; bezradnie przeskakuje stąd tam, z teraz do wtedy, gubi
się w tasowanych dziesięcioleciach, a czas płynie i już jest "Nine, ten,
eleven o'clock, twelve o'clock rock, we're gonna rock. Around. The clock
tonight".
Rurki w przedramieniu, rurki w nosie, a w odrętwiałych opuszkach palców
mrowienie miliona niedokończonych rysunków. Nie jest w stanie utrzymać
ołówka w ręce, nie umie wymyślić żadnego magicznego symbolu, który by go
stąd wyratował, i choć czarny pociąg przybliżył się już na tyle, że
wyraźnie słyszy jego gwizd, nie potrafi podnieść ręki i przyjąć pozy
śmierci, bo boi się, że przy okazji wyrwałby sobie całą tę plastikową
hydraulikę. Przy łóżku stale ktoś siedzi, ale za każdym razem, gdy
Austin zamknie oczy i znów je otworzy, ta osoba przewilkołacza się w kogoś innego. Millie Pain, która obecnie jest bardziej jego lokatorką
niż właścicielką jego mieszkania, przynosi mu winogrona, których on
wcale nie chce. Zanim zdąży mu wyjaśnić, skąd je wzięła, zmienia się w zrozpaczonego Franka Letchforda. Alf Larking czystą chusteczką
delikatnie ociera materię sączącą się Austinowi z ust, po czym
przepoczwarza się w pedantycznego Kennetha Granta, który nie ma
najmniejszej ochoty dotykać wyciągniętej ręki malarza i jest wyraźnie
wstrząśnięty, mimo że przecież w jego opinii Austin od dawna wiedzie
egzystencję jak żywcem wyjętą z tanich horrorów. Kiedy kochany stary
Hannen Swaffer w połowie opowiadanej anegdotki przemienia się w Dennisa
Bardensa, Austin warczy gniewnie i odwraca twarz; nie może mu wybaczyć
tamtej audycji w radiu, w której został przedstawiony jako niebezpieczny
dla otoczenia szaman o morderczych skłonnościach. Ale najgorsze są te
chwile, kiedy wie, że ktoś przy nim siedzi, tylko pozostaje
niewidzialny.
Odrzuca koc i łypie spode łba na sterczące z nogawek piżamy białe patyki
pokryte strupami -?aż w pewnym momencie dociera do niego, że to jego
własne nogi, zapomniane kości na rosół, pozbawione życia i wystające z prążkowanej torby na zakupy. Tę poplamioną piżamę nosi już drugi dzień.
"Put your glad rags on and join me, hon, we'll have some fun when the
clock strikes one", tyle że zegar wybił pierwszą trzy kwadranse temu,
kiedy przyszli mu zmienić kroplówkę, a on, półprzytomny, nie widział ani
skrawka "broad daylight", do którego mógłby dotańczyć, "rock, rock,
rock", nie, to wcale nie jest zabawne.
Przeklęta piosenka wypłynęła przed rokiem i od tego czasu nie sposób się
od niej opędzić. Prosto na szczyt listy przebojów Radia Luksemburg,
nastolatki dostrajają kryształkowe odbiorniki, a potem na ekrany kin
wchodzi Szkolna dżungla i ta melodia jest dosłownie wszędzie. Ken
Grant mówi mu, że producentem płyty jest ten sam facet, który wcześniej
robił te wszystkie skoczne kawałki Louisa Jordana. Zdaniem Granta jest
to zwiastun działania klipotycznych energii atakujących kulturę z innej,
obcej rzeczywistości. Sądząc po tym, jak Austin się czuje, jego kumpel
tym razem może mieć rację. W londyńskim powietrzu unosi się jakaś
nieznajoma nuta. Odległa drobina świadomości maga z Brixton rejestruje,
że ciało właśnie opróżnia pęcherz przez cewnik, a on sam dochodzi do
wniosku, że jest chory, ponieważ miasto jest chore.
Chorobę maskują bandaże Festiwalu Wielkiej Brytanii i wata koronacji.
Miasto w malignie śni o bombach wodorowych albo wybrzuszonej tapecie w domu Christiego przy Rillington Place 10. Dusi się smogiem, który
inwersja termiczna wtłacza w wąskie ulice. Jego artyści serwują ludzkość
jak mięso, jak udręczone salmagundi. Londyn poci się imigrantami i antenami telewizyjnymi, miota przez sen, a w jego wyobraźni Teddy Boys z fryzurami jak lody lukrecjowe tną nożami kinowe fotele i wywlekają ich
zrobione z końskiego włosa wnętrzności w roztańczone przejścia pomiędzy
rzędami. "When the clock strikes two, three and four, if the band slows
down we'll yell for more", tyle że Austin nie ma już nawet siły szeptać,
a co dopiero wołać.
Przy każdym oddechu gra mu w oskrzelach, zapalenie otrzewnej zadaje mu
katusze, a on ze wszystkich sił trzyma się tej jednej myśli: dzieje się
z nim źle, ponieważ źle się dzieje z Londynem, a z Londynem dzieje się
źle, ponieważ... odkasłuje kwaśną pianę, która wypełnia mu usta, i połyka
ją z powrotem... ponieważ coś złego wydarzyło się w tamtym drugim miejscu?
Czy to możliwe? Ląduje tam... kiedy to było... sześć lat temu? Siedem? Już
wtedy odstępstw jest stanowczo za dużo, przeciekanie książki Enocha
Soamesa i Londyńskiej przechadzki do tego świata ma paskudne
konsekwencje, a czerepy za szkłem udają obojętność, podczas gdy w rzeczywistości nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje. W trakcie
ostatniej wizyty, pod koniec pięćdziesiątego trzeciego, kiedy z Aldermaston wyjeżdżają pierwsze bomby atomowe, głowy w słojach jakby z mniejszym optymizmem patrzą w przyszłość, wyraźnie zaniepokojone
perspektywą nowego odstępstwa, o którym się zwiedziały, a do którego ma
dojść w ciągu najbliższych kilku lat. Austin odnosi zresztą wrażenie, że
martwi je coś jeszcze, być może świadomość, że oto zgubiły gdzieś
kolejny z paskudnych wykwitów Wielkiego Kiedy, tak jak pod koniec lat
osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, gdy Papież Ostrzy wyrwał się na
wolność. Nie widzi wyraźnie, kreślone węglem zarysy wydarzenia są
rozmazane, a on nie jest już w stanie skupić na nich wzroku, zwłaszcza
teraz, gdy w podbrzuszu zagnieździł mu się gniewny żbik i ból nasilił
się jak nigdy dotąd. "When the chimes ring five, six and seven, we'll be
right in seventh heaven", ale Austin nie bardzo wie, jak w swoim obecnym
stanie miałby się do tego siódmego nieba dostać.
Za jedenaście druga Austin Spare zrzuca z siebie bolesne brzemię świata.
Czeka, aż wszystkie jego osobiste dwoistości wyeliminują się, anihilują
nawzajem w formule "ani-ani" i zostawią po sobie idealną próżnię
unicestwionej jaźni, która to jaźń nie jest do niczego niezbędna i wcale
nie musi istnieć. Tej samej techniki używa podczas rysowania, żeby bez
reszty zanurzyć się w swoim dziele: kiedy jego jednostkowy instynkt
obumiera, on staje się wszystkimi i wszystkim naraz, nieosadzony w historii rośnie i rozlewa się szeroko wśród godzin i chwil swojego
miasta. "When it's eight, nine, ten, eleven too, I'll be goin' strong
and so will you", ale Austin wcale nie czuje się już mocny, można chyba
bezpiecznie przyjąć, że to jego ostatnie chwile. Intensywnie kolorowa
kropla jego istnienia rozpływa się w roku tysiąc dziewięćset
pięćdziesiątym szóstym wraz z otaczającymi go przeszłościami i przyszłościami.
Dwa tygodnie wcześniej, drugiego maja, Jack Spot i jego żona Rita
wracają do domu z pubu przy Praed Street, który od pewnego czasu mają na
oku, kiedy nabrzmiewające przez niemal całą ostatnią dekadę kłopoty
wypadają na nich z ciemności wszystkie naraz. Jest wśród nich Billy Hill
z pałką, jest Albert Dimes, wciąż wkurzony po zeszłorocznej szarpaninie
w Soho, ale to mały, wredny Frankie Fraser trzymaną w garści brzytwą
tnie lewy policzek Spota, tuż obok sławnego znamienia, i zostawia na nim
podwójny ślad jak krzywe szyny tramwajowe. To koniec kariery Jacka w półświatku, co zresztą przepowiada mu Harry Lud, Święty od Przestępców,
kiedy spotykają się na Arnold Circus u schyłku smętnych lat
czterdziestych. Okrutna opowieść dobiega z góry przesądzonego kresu,
kończy się blizną, a skraj rozdymającej się duszy Austina Osmana Spare'a muska dni jutrzejsze, których nie dane mu będzie poznać.
W listopadzie, sześć miesięcy po śmierci Austina, premierostwo
Anthony'ego Edena wali się w gruzy w pożodze kryzysu sueskiego,
pociągając za sobą na dno światową reputację Wielkiej Brytanii. "When
the clock strikes twelve we'll cool off, then start a-rocking 'round the
clock again". Wcześniej, latem, z szafy grającej w salonie bilardowym
Regal przy Eric Street płynie lament jazzbandu Chrisa Barbera. Mężczyzna
o nieżyczliwej twarzy niedorozwiniętego bazyliszka popisuje się przed
zastraszoną publicznością. W tej chwili siedzi i trzyma na kolanach coś,
czego gasnący wzrok Spare'a nie sięga, to może być coś ważnego,
przerażeni widzowie śmieją się nerwowo, ich niespokojny pomruk tonie w jazgocie klarnetu Monty'ego Sunshine'a. Wszystko się kurczy, traci
proporcje i znaczenie, gdy rozdęta jak wielki balon świadomość artysty
ostatecznie się rozspójnia.
Jest Austinem Spare'em, istotą ludzką, której zakończone życie,
triumfalnie bezkompromisowe i obfitujące w upiorne ozdobniki, należy
tylko i wyłącznie do niego, od początku do końca. Roztapia się w wieczności -?mętny futurystyczny kolaż z rozpoznawalnie skupionym okiem,
podobny do swojego Wędrowca przez eony, rozpływa się w nieregularnych
kwadratach światła. Za dziesięć druga z mozołem wydaje ostatnie
tchnienie, a potem...
* * *
Skiffle: Joe nigdy przedtem nie uczestniczył w seansie spirytystycznym.
Podobnie jak produkowanie płyt, przyjmowanie tabletek odchudzających
albo seks z mężczyznami, seanse są jedną z tych rzeczy, po które trzeba
się specjalnie fatygować do Londynu. Chociaż tak szczerze mówiąc, to nie
jest seans spirytystyczny z prawdziwego zdarzenia, bo nie ma w nim
kryształowej kuli, nikt nie jest ubrany jak swami, nic z tych rzeczy.
Są tu tylko on, Lional i młody Jimmy Miller z Barbecues, wygłupiają się,
straszą nawzajem duchami i tyle -?ale nawet coś takiego ściągnęłoby na
nich gniew mieszkańców Newentu, skąd Joe pochodzi.
Przebył długą drogę. Dorastanie w Newencie -?tyciej szesnastowiecznej
mieścinie na skraju wielkiego Forest of Dean, w pół drogi pomiędzy
Ross-on-Wye i Gloucester -?jest diabelnie uciążliwe. Mieszkają w domu
przy rynku, w nieustannym poczuciu, że pierwsza wojna światowa trwa w najlepsze. Ojciec Joego stracił w niej trzech braci, a koń, na którym
jechał, wyleciał w powietrze na minie, więc teraz za każdym razem, kiedy
ktoś puka do drzwi, wydaje mu się, że jest w Passchendaele pod ostrzałem
artylerii.
W takich miejscach jak Newent horror rozkwita na każdym kroku, wystarczy
wspomnieć pogłoski o wiedźmach z lasu albo tego trupa bez głowy, co go
wyłowili z rzeki przy moście na Severn. Joe ma szczęście, babka pozwala
mu przesiadywać u siebie w szopie, gdzie chłopak tworzy własny świat,
eksperymentuje z elektryką itepe, a w wieku dziewięciu lat buduje
pierwsze radio kryształkowe. W sobotnie popołudnia wystawia swoje
widowiska, sam pisze sobie teksty, czasem może się z tej okazji ubrać w sukienkę. Oczywiście tata, bracia i te wszystkie świnie ze szkoły, takie
jak Johnny Bisco, gadają, że jest zniewieściały, ale jego mama, Biddy,
ubierała go jak dziewczynkę przez cztery lata po urodzeniu, więc nic
dziwnego, że od tego, kurna, zniewieściał.
Potem nie ma dla niego w Newencie przyszłości poza robotą w Curry's przy
naprawianiu odbiorników radiowych, a z czasem także telewizorów, ale coś
takiego to on by mógł robić, nawet stojąc na głowie. Zmajstrował
pierwszy w całym Gloucester odbiornik telewizyjny, całkiem od zera, ze
skrzynki po pomarańczach, zanim BBC w ogóle zaczęło nadawać w tym
regionie. Potrzebuje większych wyzwań, chce udowodnić tym świniom, które
go prześladują, z jakiej gliny jest ulepiony, i pokazać tym wścibskim
gnojkom, gdzie ich miejsce. Przydałoby mu się także jakieś życie
erotyczne, najlepiej prowadzone w takim miejscu, żeby mama się nie
dowiedziała -?czyli praktycznie gdziekolwiek, byle nie w tej zakichanej
dziurze. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim, przed czterema
laty, Joe uznaje, że ma dość. Pakuje się, wsiada do pociągu jadącego na
dworzec Paddington i skacze na główkę w londyńskie odmęty.
Wielkomiejskie życie, pełne świateł i nieznajomych, napawa go lękiem,
ale Joe nigdy nie ma go dosyć. Przez pierwszy miesiąc albo dwa ima się
byle jakich zajęć, aż w końcu zatrudnia go TVC, producent reklam
telewizyjnych dla Independent Broadcasting, IBC, właściciela najlepszych
studiów nagraniowych w Wielkiej Brytanii. Niedługo potem IBC zleca mu
obsługę cyklicznych audycji pod szyldem Radia Luksemburg nadawanych z różnych miejsc w kraju; niech lata po całej Wielkiej Brytanii wzdłuż i wszerz jak mucha plujka i przy okazji wyrabia sobie nazwisko. W zamierzeniu ma tylko pilnować taśm, przygotowywać je do nagrań, sklejać,
zakładać, kopiować i czyścić sprzęt, ale nie chce o tym słyszeć i regularnie molestuje swojego szefa, Allena Stagga, znanego zrzędę i gbura, żeby ten pozwolił mu spróbować sił przy produkcji. Stagg nie lubi
nowinek w inżynierii dźwięku, nie lubi homoseksualistów, a już nade
wszystko nie lubi Joego. Wiedząc, że chłopak nigdy w życiu sam nie
prowadził sesji, podstępna szuja aranżuje nagranie w Conway Hall z udziałem całej regularnej orkiestry; Joe na pewno spartoli robotę i raz
na zawsze wybije mu się z głowy wszelkie pomysły z samodzielnym
nagrywaniem. Tyle że Joe robi coś dokładnie przeciwnego: nagranie wypada
absolutnie genialnie, a podczas odsłuchu muzycy nagradzają go głośnymi
oklaskami. Warto zobaczyć minę starego Stagga w tym momencie.
Od tej pory... Cóż, od tej pory kariera Joego nabiera rozpędu. Tak
świetnie realizuje Bad Penny Blues Humphreya Lytteltona, że ten nie
chce więcej pracować z nikim innym, podobnie jak Denis Preston, topowy
producent jazzowy i największy klient IBC. Joe zgarnia coraz więcej
zleceń, ma coraz więcej do powiedzenia przy nagraniach, łapie odrobinę
więcej władzy... i jak to on, dostaje na tym punkcie pierdolca. Bo i dlaczego nie? To on wie, jak działa cały ten sprzęt, nie takie tępe
ćwoki jak Allen Stagg, więc kiedy trzeba coś zrobić porządnie, ma pełne
prawo stawiać warunki. Zdarzają mu się czasem... nie, nie nazwałby ich
"napadami złości", raczej wypowiedzi, w których wyraża swoją opinię w prostej, chłopskiej angielszczyźnie. Sam najlepiej wie, czego chce, i twardo stawia na swoim.
Więcej zarabia, ładnie się ubiera i goli się trzy razy dziennie, żeby
podbródek mieć gładki jak pupcia niemowlaka. Na odchudzanie bierze
Preludin, pięć szylingów za dwadzieścia tabletek, kupowany w klubie przy
Cable Street. Przeprowadza się na lepszy kawałek Bayswater, przy
Leinster Gardens, i zamieszkuje tam z Lionalem, swoim nowym chłopakiem.
Lional jest kapitalny, lepszego Joego nie mógłby sobie wymarzyć:
świetnie gotuje, ciało ma jak żywcem wyjęte z magazynów
kulturystycznych, a na dodatek jest chyba najzabawniejszym gościem na
świecie. Nawet kiedy Joe się wścieka i rozwala meble,
Lional zawsze potrafi wyskoczyć z czymś takim, że Joe składa się wpół ze
śmiechu i cały wnerw mija jak ręką odjął.
Przed kolegami z pracy nie ukrywa, że mieszka z chłopakiem, ale wie, że
musi być ostrożny. Na przykład John Gielgud, ten aktor: całkiem niedawno
przymknęli go za nagabywanie facetów w publicznym szalecie. Albo ten
spec od komputerów, jak mu tam, Turing, właśnie, rok po tym, jak Joe
sprowadził się do Londynu, Turing połknął truciznę. Z homoseksualizmem
nie należy się obnosić. I właśnie dlatego, z powodu uprzedzeń, rzuca
robotę w IBC. To znaczy także dlatego, że uparł się, by wspólne studia
były zamykane na klucz, kiedy z nich nie korzysta, ale głównie to jednak
chodzi o te uprzedzenia. Przeprowadzili się tymczasem z Lionalem na
Arundel Gardens, tuż przy Portobello Road, więc kiedy Allen Stagg
kolejny raz próbuje go zaczepiać, Joe mówi mu bez ogródek, gdzie może
sobie wsadzić tę swoją zasraną robotę. Przez kilka dni przyszłość jest
niepewna, niewyraźna, ale potem Denis Preston ogłasza, że zamierza
zainwestować w nowe studio nagraniowe i pozwoli Joemu je zaprojektować,
a później nim kierować, więc spełni się jego wielkie marzenie. Wszystko
układa się jak trzeba. Joe ma dwadzieścia osiem lat, jest z siebie
nadzwyczaj zadowolony i czuje się niezwyciężony.
Jest rok pięćdziesiąty siódmy i dosłownie na każdym kroku człowiek
natyka się na skiffle, więc naturalną koleją rzeczy Joe też chce
spróbować swoich sił. Skiffle wywodzi się z muzyki granej przez
nowoorleańskich bidoków, których nie stać na opłacenie czynszu, na
tarkach do prania, grzebieniach, bibułkach i w ogóle wszystkim, co im
wpadnie w ręce. Joe działa podobnie: klei druty na gumę do żucia, wyjętą
z furtki ogrodowej sprężynę wstawia do kabiny pogłosowej... Wkrótce
zostaje menedżerem grupy chłopaków, której nadaje nazwę Barbecues i każe
im nagrać piosenkę Sizzling Hot; jest teraz producentem pełną gębą i pyszni się jak paw. Jimmy, wokalista Barbecues, uważa, że fotka z planszą ouija przyciągnie dziewczyny, co z kolei podsuwa Joemu pomysł
zabawy w seans spirytystyczny. Zamierzają wypróbować zasłyszaną gdzieś
przez Jimmy'ego historię: wkłada się do Biblii klucz, zamyka ją i obwiązuje sznurkiem. Brzmi niepozornie, wystarczy parę drobiazgów z kredensu, nie trzeba żadnych kóz ani pentagramów jak u Dennisa
Wheatleya, ale Joemu taka improwizacja nie przeszkadza. Przypomina
skiffle.
Kręci go ta okultystyczna heca. Biorą Biblię, zbierają inne rekwizyty i kładą na stole, żeby wszystko było gotowe, kiedy już przejdą do rzeczy,
ale najpierw postanawiają się napić dla kurażu. Lional jest w swoim
żywiole: serwuje przekąski i co rusz rzuca żarcikami, którymi rozśmiesza
Joego do łez. Biblię Joe przywiózł jeszcze z Newentu, sznurek jest
całkiem zwyczajny, ale to, skąd wytrzasnął ten ogromny, skomplikowany
klucz, to już jest osobna historia.
Jest miesiąc wcześniej, wrzesień, urządzają przy Arundel Gardens imprezę
promującą Sizzling Hot. Lional odpowiada za catering, a Joe nawija o Barbecues każdemu z zaproszonych fotografów i dziennikarzy, kto tylko
zechce go słuchać. Właśnie zagaduje sympatycznego młodego kolesia z "New
Musical Express" -?całkiem nieźle się chłopak prezentuje z tymi włosami
w czub, choć jak na gust Joego jest trochę zanadto tykowaty -?gdy wtem
krew mu się puszcza z nosa! Nie wiadomo skąd, jak i kiedy! I wszystko
leci na czystą białą koszulę. Trzeba przyznać, że trochę go to wkurza,
chociaż nie wpada w żadną histerię, jak to za każdym razem utrzymuje ten
cholerny Lional. Pyta, czy ktoś ma przy sobie klucz, który mógłby sobie
przyłożyć do pleców; zdaniem jego babki to jedyne skuteczne remedium na
krwotok z nosa. Chłopak z "New Musical Express" patrzy na niego jak na
wariata, ale sięga do kieszeni i wyjmuje z niej stary żelazny klucz.
Mówi, że ma go od lat, ale ostatnio zaczął się zastanawiać nad tym, jak
by się go pozbyć. Z perspektywy czasu te słowa wydają się Joemu dość
dziwne, ale wtedy po prostu zabiera młodemu dziennikarzowi klucz i wrzuca go sobie z tyłu za kołnierz koszuli, która wygląda teraz jak
fartuch rzeźnika. Wzdryga się, bo po plecach przechodzi mu dreszcz
wywołany czymś więcej niż tylko dotykiem lodowatego metalu, ale krwotok
z nosa zostaje natychmiast powstrzymany, jakby ktoś zakręcił kurek. Joe
wychodzi się umyć, wkłada czystą koszulę i wraca na imprezę jakby nigdy
nic. Klucz jednak zatrzymuje.
A teraz wszystko wskazuje na to, że za chwilę go użyje. Lional go
ponagla, żeby już zaczynał, więc Joe otwiera Biblię na Apokalipsie
Świętego Jana i wkłada klucz do środka, tak że jego koniuszek dotyka
osiemnastego wersu w pierwszym rozdziale, bo tak każe Jimmy. Zamykają i mocno związują księgę, kładą ją na stole, a sami rozstawiają się wokół
niego w taki sposób, żeby każdy z nich czubkiem palca dotykał wystającej
z Biblii główki klucza. Lional bardzo stara się nie parsknąć śmiechem,
Jimmy wydaje się zakłopotany, za to Joe jest cały spięty. Recytują
biblijny wers na głos, z pamięci:
-?Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków i mam klucze śmierci
i Otchłani1.
I oczywiście nic się nie dzieje.
A potem się dzieje.
Gdy tylko klucz zaczyna się poruszać, gwałtownie cofają ręce, on jednak
obraca się dalej sam z siebie i zatacza całe ćwierć obrotu; sznurek
napręża się na okładce, ze środka Biblii słychać odgłos dartego, jakby
przeżuwanego papieru. Jimmy Miller krzyczy, wyciąga tak wysoką nutę,
jakiej nigdy nie udaje mu się uzyskać na próbach, miglanc jeden... Twarz
Lionala, który patrzy na Joego, wyraża nieme pytanie: "Coś ty tym razem
przyniósł do domu?". Joe zaś nie potrafi oderwać wzroku od klucza, który
znieruchomiał już pomiędzy zmasakrowanymi stronicami.
Wie, że coś zostało przed nim otwarte -?i, jak to on, jest przekonany,
że będzie to coś dobrego.
1. Obłęd, stary, mówię ci
1
Obłęd, stary, mówię ci
Zaczynał nabierać wprawy. Miał dwadzieścia siedem lat, udawanie
dorosłego przychodziło mu z coraz większą łatwością i wcale nie wypadał
w tej maskaradzie gorzej od innych, którzy -?z czego już zdawał sobie
sprawę -?też tylko grali swoje role. Zmierzch gęstniał, a on zabierał
nową recepcjonistkę "Reveille" do swojego ciasnego mieszkanka przy Old
Castle Street: nowoczesny młody człowiek z własnym lokum, zaczątkiem
kariery zawodowej, a teraz także z perspektywą Seksu Przedmałżeńskiego.
Wreszcie mógł się poczuć jak prawdziwy poddany królowej Elżbiety II.
Rok albo dwa lata wcześniej uchwalono ponoć ustawę o czystości
powietrza, ale październikowa noc w dalszym ciągu rozpinała między
rzadko rozmieszczonymi latarniami ożywczą woń węglowego dymu. Razem z recepcjonistką (była szczupła, ciemnowłosa, wysoka jak na kobietę, miała
na imię Denise i na tym kończyła się jego wiedza na jej temat)
przekopywali się przez pałace z uschniętych liści, rozmawiali i żartowali, a on nie mógł się nadziwić, jakie to wszystko jest zwyczajne
i naturalne, zupełnie jakby ludzie codziennie robili takie rzeczy. Nie
było żadnego jąkania, żadnego nerwowego gadania od rzeczy... Zapowiadał
się jego najlepszy występ w stanowczo dotychczas niedocenianej roli
Dennisa Knuckleyarda.
Romans podniósł natapirowaną głowę zaledwie kilka godzin wcześniej,
kiedy Dennis wpadł do redakcji "Reveille", żeby podrzucić swój naukowy
artykuł na pięćset słów o praktykach łowców głów z Nowej Gwinei, który
poprzedniego dnia wymyślił, a następnie musiał przepisać od nowa po tym,
jak odkrył, że Nowa Gwinea należy do Indonezji i bynajmniej nie leży w Afryce. Kiedy stażystka przy recepcyjnym biurku przedstawiła mu się jako
Denise, do niedawna zatrudniona w "Woman's Own", wdali się w rozmowę o podobieństwie ich imion i flirt ten, choć przeraźliwie nieciekawy,
ostatecznie doprowadził do obecnej niemal bezprecedensowej sielanki.
Denise zgodziła się spotkać z Dennisem w pubie na rogu, kiedy o piątej
skończy pracę, a potem po zaledwie dwóch Babychamach zaproponowała, żeby
podjechać autobusem do niego na kawę. Zdumiony, wręcz zaskoczony jej
zapałem Dennis wydedukował w końcu z jej półsłówek, że -?być może
zwiedziona jego wybrylantynowanym czubem -?wzięła go za Teddy Boya. Nie
podjął próby wyprowadzenia jej z błędu, ponieważ... no... w pewnym sensie
może nawet był Teddy Boyem, przynajmniej od czoła wzwyż. Poza tym był
tak skrajnie wyposzczony, że byłby skłonny kupić wąski krawat i kamizelkę, gdyby tylko wiedział, że od tego żywiej zatrzepoczą damskie
serduszka. Ba, kupiłby nawet nóż sprężynowy.
Oczywiście zdarzało mu się już wcześniej sypiać z kobietami, jednakże
nie było ich wiele, a on sprawiał się nieszczególnie. Zakładał, że jego
niefachowość to po prostu niekompetencja nowicjusza, który na skutek nie
do końca zawinionych przez siebie okoliczności spóźnił się z wyjściem z bloków do maratonu uciech cielesnych. Do roku tysiąc dziewięćset
pięćdziesiątego pierwszego, kiedy wszedł w dwudziesty rok życia,
podnajmował pokój na tyłach księgarenki w Shoreditch u właścicielki tak
okropnej, że nie chciał o niej myśleć, zwłaszcza teraz, kiedy w nieodległej perspektywie rysowała się konieczność wykazania się erekcją.
Jego ówczesna sytuacja wykluczała wszelkie życie erotyczne; na dobrą
sprawę wykluczała wszelkie życie w ogóle. Tak rozpaczliwie pragnął
wyrwać się z tej niedoli, że na początku lutego tysiąc dziewięćset
pięćdziesiątego roku -?wciąż jeszcze jako osiemnastolatek -?sam zgłosił
się do odbycia obowiązkowej służby wojskowej, ponieważ doszedł do
wniosku, że szkolenie w armii nie może być gorsze od ciągłego usychania
w Lowell's Books & Magazines. Nie przyjęto go, a gdy nieliczni
przyjaciele gratulowali mu świetnej symulki niezrównoważenia
psychicznego, która pozwoliła mu się wymigać od poboru, uśmiechał się i mrugał do nich porozumiewawczo, doskonale wiedząc, że na wszystkie
pytania sierżanta w biurze werbunkowym odpowiedział najlepiej, jak
potrafił, a kruchość jego psychiki nie była żadnym fortelem. Siły
Zbrojne Jego Królewskiej Mości oficjalnie uznały, że ma nie po kolei w głowie, co jednocześnie zaskoczyło go i z lekka zmartwiło. Oczywiście
kiedy latem tegoż roku wybuchła wojna w Korei, werdykt komisji poborowej
wydał mu się nie tyle niepokojący, ile wręcz niedorzecznie fartowny.
Przebiedował w Shoreditch jeszcze osiemnaście miesięcy, po którym to
czasie zaczął wreszcie zarabiać na swoich dorywczo pisywanych artykułach
dość pieniędzy, by stać go było na wynajęcie maciupeńkiej kawalerki w Bethnal Green, gdzie mógł cieszyć się damskim towarzystwem, ile dusza
zapragnie.
"Ile dusza zapragnie" okazało się bliskie zeru. Ostatecznie stracił
dziewictwo (albo przynajmniej tymczasowo je zapodział) podczas
uroczystych nocnych obchodów rocznicy koronacji Elżbiety II w pięćdziesiątym trzecim. Współuczestniczką tego aktu była przesadnie
podekscytowana monarchistka imieniem Janice, a łożem godowym -?niestety
-?stał się dla nich głęboki cień zalegający przy wejściu do sklepu z zabawkami, gdzie ich starania śledziło dziewięć par niemrugających oczu
plastikowych niemowlaków i oddział jednocalowych grenadierów.
Najważniejsze, że Dennis był przekonany, iż doszło do penetracji -?tuż
przed tym, jak wypłynął temat braku gumki, bo wtedy Janice kazała mu się
wycofać, żeby mogła dokończyć ręką. Wytrysnął na szybę witryny, w której
głębi stał zestaw Małego Konstruktora, usilnie starając się nie trafić
niemowląt i grenadierów. W taki właśnie sposób po raz pierwszy uprawiał
miłość jak dorosły człowiek -?albo przynajmniej tak właśnie uważał.
Poza tym zaledwie dwa marne lata później udało mu się to zrobić
trzykrotnie jednej nocy, tym razem w sposób niebudzący żadnych
wątpliwości, z Mandy, która była urocza, chętna i zabawna -?i miała, jak
wynikło z pewnych poszlak znalezionych w jej mieszkanku w Stepney
następnego dnia rano, trzydzieści dziewięć lat. Ponieważ był przerażony,
co pomyśleliby o nim kumple (tak jakby miał jakichś kumpli), a także
dobre piętnaście lat młodszy od ślicznej nauczycielki angielskiego,
więcej się do niej nie odezwał. Kiedy przez następne dziesięciolecia
zdarzało mu się ją wspomnieć, krzywił się, zaciskał pięści i boleśnie
wbijał sobie paznokcie we wnętrza dłoni, myśląc o tym, jakim nieczułym
gnojkiem i mięczakiem wówczas się okazał -?i, być może, pozostał. Jego
sytuacja materialna stopniowo się poprawiała, w miarę jak publikował
kolejne recenzje i teksty autorskie w rozmaitych periodykach, i niedługo
potem doszła go wieść o niedużym trzypokojowym mieszkaniu w Aldgate z czynszem takim samym jak za dotychczas zajmowaną kawalerkę. Zostawił
więc za sobą Bethnal Green i wszystkie jego miłosne niepowodzenia.
Dopóki tam mieszkał, utrzymywał jeszcze sporadyczny kontakt ze swoją
dawną gospodynią z Shoreditch, czasem nawet wiedziony poczuciem
obowiązku wpadał do niej w odwiedziny, ale przeprowadzka do Aldgate
wybawiła go z tej opresji. Zamierzał do niej napisać, podać swój nowy
adres, ale a to coś mu wypadło, a to coś mu przeszkodziło i nigdy tego
nie zrobił. Tym sposobem porzucił już dwie starsze od siebie kobiety,
chociaż zważywszy na fakt, że druga z nich była istnym wcieleniem zła i najprawdopodobniej kazała w przeszłości pogrzebać innego człowieka
żywcem, nigdy nie odczuwał najmniejszych wyrzutów sumienia z jej powodu.
Skręcając w Aldgate i zostawiając za sobą Houndsditch, Dennis z Denise z ożywieniem rozprawiali o wrześniowych zamieszkach w Notting Hill:
uzbrojeni biali i kolorowi wzięli się za łby, czy to nie wstrząsające?
Głosem, który zdradzał rodzący się w piersi śmiech, Denise odparła, że
czytała wypowiedź Raba Butlera, który jako przyczyny rozruchów wskazał
rywalizację na rynku pracy, trudności z dostępem do mieszkań oraz "spory
na temat kobiet". Dennis poczuł się dość pewnie, żeby zaryzykować
flirciarskie:
-?Założę się, że ty już nieraz byłaś przyczyną sporów.
Denise się roześmiała: prześliczny dźwięk, jak kaskada nutek zagranych
na aksamitnym ksylofonie.
-?Nie przypuszczam, żebym stała się powodem niepokojów na tle rasowym -
odparła.
-?Noc jeszcze młoda -?zauważył Dennis.
Denise ponownie wybuchnęła śmiechem i wzięła go pod rękę. Tak, to
naprawdę miało się wydarzyć. Radość rozpierała Dennisa, szczęście
wypełniało go po czubki uszu.
Nie chodziło przy tym o samą zapowiedź bzykanka, o to błogie roztopienie
się jaźni w przyległych do niej częściach ciała. Dennis miał świadomość
swojej małoważności, ale nie aż taką, żeby w seksie liczyło się dla
niego wyłącznie to trwające kilka sekund rozładowanie napięcia -?nawet
jeśli chwilowo ta właśnie kwestia była najpilniejsza, to w jego wypadku
ważniejsze było to, jak tego rodzaju interakcja wydymała grotżagiel jego
samooceny. Oto był mile widziany przez inną istotę ludzką i nawet jeżeli
wojsko go nie chciało, czuł się dopełniony jako człowiek -?albo
przynajmniej czułby się tak, gdyby nie kończyło się to Małym
Konstruktorem lub zdradą. I właśnie to pragnienie fizycznego i psychologicznego spełnienia doprowadziło go w przeszłości do pierwszego
dłuższego, bo trwającego trzy tygodnie związku z Susan Garrett.
Stało się to niedługo po przeprowadzce do Aldgate, na Old Castle Street,
zaledwie jedno lub dwa skrzyżowania od miejsca, w którym się w tej
chwili znajdowali, po lewej. Był sam jak pies i miał doła. Jego jedyny
prawdziwy przyjaciel, John McAllister, ponury dziennikarz, który oddał
mu swoją starą maszynę do pisania i podsunął pierwsze możliwości
zarobkowania w dziennikarskim fachu, na początku pięćdziesiątego
szóstego roku porzucił Londyn i udał się na północ, skuszony lepiej
płatną posadą w "Manchester Guardian". Tym sposobem Dennis, znienacka
odcięty od wszystkich, którzy znali go w poprzednim życiu, nawet od
upiornej właścicielki księgarni, u której wynajmował pokój, poczuł się
odkotwiczony od siebie samego, zagrożony bezradnym odpłynięciem w anonimowość i zapomnienie. I w takim właśnie nastroju nadepnął na nogę
zgrabnej blondynki w okularach stojącej przed wejściem do pubu przy
Commercial Road, w której dopiero bełkocząc niewyraźnie przeprosiny,
czerwony jak burak, rozpoznał Susan.
Znali się -?przynajmniej z widzenia -?odkąd miał pięć lat i chodził do
szkoły podstawowej w Shoreditch jedną klasę niżej. Susan była rzeczową,
choć chwilami apodyktyczną dziewczynką z warkoczykami i takim wyrazem
ust, że stale zdawała się kpiąco uśmiechać, nawet kiedy wcale tego nie
robiła. Wychowana -?podobnie jak wszystkie inne dzieciaki -?wśród gruzów
i schronów przeciwlotniczych, wyrosła na pogodną, prostolinijną i niesławną przez swoją rozwiązłość piętnastolatkę, która
współuczestniczyła w pierwszym poniekąd intymnym doświadczeniu Dennisa,
zaspokoiwszy go dłonią w opuszczonym domu przy Swanfield Street. Miało
to miejsce późną nocą dwunastego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego
piątego roku, miesiąc albo dwa po kapitulacji Niemców, ale wciąż jeszcze
w czasie trwania awarii elektryczności w Londynie, zanim ponownie
włączono wykluczające erotyczne schadzki latarnie uliczne. Data ta wryła
się Dennisowi w pamięć nie jako dzień, w którym stał się mężczyzną, po
tym jak Susan swobodnym tonem zażądała od niego czystej chusteczki, żeby
wytrzeć perłowy klej z palców, lecz jako ostatnia noc przed zawałem
serca, który po południu następnego dnia, trzynastego, uśmiercił jego
matkę. Jeszcze tego samego popołudnia stanął zapłakany na progu Lowell's
Books & Magazines, gdzie od dwóch lat dorabiał sobie w soboty, i poprosił słynącą z braku współczucia właścicielkę, by przyjęła go pod
swój dach. Następnie w ciągu zaledwie jednego oniemiałego miesiąca
laburzyści utworzyli rząd, Jankesi zrzucili bombę A na Hiroszimę i Nagasaki i nagle Dennis znalazł się na innej planecie. Zastanawiał się
czasem, czy ta kawalkada traum, która nastąpiła tak szybko po tamtym
pierwszym obciąganku w ruinach, nie wpłynęła na jego późniejszą
nieporadność w sprawach seksu i kobiet -?chociaż wydawało mu się to mało
prawdopodobne.
Po żenującym (dla niego) i bolesnym (dla niej) ponownym spotkaniu na
Commercial Road Dennis i Susan zgodzili się zobaczyć następnego wieczora
przy drinku, natomiast późniejsza długa noc entuzjastycznej i szczęśliwej kopulacji w Aldgate była nieplanowana i spontaniczna. Jej
nagie ciało było cudowne, wspaniałe, piersi subtelnie spłaszczały się i lekko rozmywały na boki na wypiętrzonych żebrach, za to wieńczące je
kandyzowane wisienki były dojrzałe i jędrne. Wilgotne uda otwierały się
jak kurtyna w teatrze zapowiadająca spektakl miodowozłotego wzgórka
łonowego, z którego zorza polarna rozlewała się w górę miednicznego
firmamentu aż do księżycowego pępka. Susan chyba też się podobało, jak
prezentuje się Dennis. Następnego dnia rano zrobili to jeszcze raz,
zanim musiała wyjść do pracy w charakterze pielęgniarki stażystki, a potem przez blisko miesiąc spotykali się dosłownie przy każdej
sposobności. Raz czy drugi zdarzyło im się pomigdalić w ostatnim rzędzie
w kinie albo pomiziać w pubie, przed którym tak boleśnie odnowili dawną
znajomość, ale każde takie spotkanie i tak kończyło się w łóżku -?albo u niego w Aldgate, albo u niej w Shadwell -?gdzie wcielali w czyn sprośne
dialogi. Nawet kiedy łapali chwilę wytchnienia w śliskich od potu
objęciach, ich konwersacje były niewymuszone, zabawne i absorbujące.
Przerzucali się wspomnieniami na temat co bardziej niepokojących
koleżanek i kolegów ze szkoły ("A pamiętasz Kanciarza White'a?") albo
kręcili z niedowierzaniem głowami na wzmiankę o wyjątkowo osobliwych
nauczycielach ("Do pana Parkera wolałyśmy się nie zbliżać. Stale grzebał
sobie w kieszeniach spodni"). Z całą pewnością byłyby to najlepsze trzy
tygodnie w życiu Dennisa, gdyby nie...
Gdyby nie Susan Garrett. Ósmego dnia ich związku, istniejącego głównie
za zamkniętymi drzwiami, Dennis zdał sobie sprawę, że powodem, dla
którego tak chętnie spędzają czas w domu, jest fakt, że wolałby nie być
widziany w jej towarzystwie. Jakaś jego cząstka wyraźnie przejmowała się
opinią innych czternastolatków (z których większość zdążyła
prawdopodobnie założyć rodziny, umrzeć albo się wyprowadzić), gdy
spotkają się przy szopie na rowery w jego bezpowrotnie utraconej
przeszłości; nienawistnymi przezwiskami, które pojawią się jako
kataplazm na niedopuszczalne żądze i tajony podziw; szyderczymi aluzjami
z seksualnym podtekstem, które sam niegdyś chętnie powtarzał;
wyolbrzymionymi plotkami, które sam mógł w przeszłości puszczać w obieg:
"Nazistowski szpieg sprzedał jej trypra". Było dla niego boleśnie
oczywiste, że nie chce być znany jako chłopak Susan Garrett, która to
znajomość była dla niego źródłem zażenowania, ale zarazem nie miał
ochoty zakręcać kurka niewyczerpanych i swobodnie płynących zasobów
seksu po tak długim okresie posuchy. To było nie w porządku wobec Susan,
która wyrosła na przesympatyczną młodą kobietę, i Dennis w duchu się za
to nienawidził, bardziej nawet niż przed laty za jednonocną przygodę z Mandy. Mimo to nie próbował zerwać z Susan.
Aż wreszcie o zmierzchu trzeciego tygodnia ich znajomości to ona
zasugerowała mu ostrożnie, że nie powinni się dłużej spotykać, po czym,
przyciśnięta, przyznała z zakłopotaniem, że dawno temu, kiedy oboje byli
dziećmi, ona i jej przyjaciółki wypowiadały się o nim nader
niepochlebnie, w szczególności wytykając mu, że jest cherlawym
dziwolągiem, którego miejsce jest albo w cyrku, albo w szkole
specjalnej. Wyjaśniła następnie, że chociaż bzykanie się z nim bardzo
jej odpowiada, to jednak nieustannie martwi się, że dziewczyny (z niektórymi utrzymuje kontakt po dziś dzień) się o nich dowiedzą, a w ogóle to czy zastanawiał się kiedyś, dlaczego nie przepada za
pokazywaniem się z nim na mieście, było to z jej strony egoistyczne i okrutne, tak, z pewnością, i źle by się z tym czuła, gdyby kontynuowali
swoją znajomość, nie chodzi o Dennisa, tylko o nią, a w ogóle to taki
przystojniak jak on na pewno sobie kogoś znajdzie, nie będzie musiał
długo szukać... Wszystko to tłumaczyła, wycofując się rakiem z jego
mieszkania. I miała rację, kiedy powiedziała, że nie będzie musiał długo
czekać, o ile dwa długie lata samogwałtu i użalania się nad sobą
ktokolwiek mógłby określić jako "niedługo".
Bez bicia przyznawał, że były to przygnębiające dwa lata, wypełnione
snami o grzybokształtnych chmurach nad Trafalgar Square i przesycone
poczuciem, że po fiasku sueskim on, Dennis, kurczy się tak samo jak
reputacja jego ojczyzny. Oboje z Anglią zostali zasłużenie odłożeni na
półkę, by tam spokojnie pokrywać się radioaktywnym kurzem. Ten
rozciągnięty w czasie upadek dobiegł wreszcie końca -?przynajmniej dla
niego, za Anglię nie ręczył, ale kiedy skręcili z Denise w Old Castle
Street, jego pozycja światowego mocarstwa zdawała się niewzruszona, a najbliższa przyszłość rysowała się nadzwyczaj obiecująco. Szli ramię w ramię, Denise mocno tuliła się do jego boku, jej zdumiewające ciepło
przebijało się przez ślicznie wypełniony różowy płaszczyk, a na dodatek
otaczał ją zapach świeżo umytych włosów, równie urzekający i rzadki jak
woń drogich perfum.
Podekscytowana Denise -?prawdopodobnie cały czas żywiąca wywołane jego
fryzurą złudzenie, że oto upolowała Teddy Boya -?trajkotała o Billu
Haleyu i jego zespole The Comets , kiedy stanęli przed drzwiami i Dennis
puścił jej rękę, żeby poszukać kluczy.
-?Jedna dziewczyna u mnie w pracy powiedziała, że Rock Around the
Clock to w rzeczywistości coś nieprzyzwoitego. Nie mam pojęcia, o co
jej mogło chodzić, ale strasznie się przy tym upierała.
Głos Denise brzmiał niesamowicie, wypowiadane przez nią zdania miały
opadającą intonację i przechodziły w pomruk, który zdaniem Dennisa miał
w sobie coś szkockiego. Otworzył drzwi od frontu, zapalił światło (gołą
żarówkę) w krótkiej sieni i zaprosił Denise do środka.
-?Ja też nie -?przyznał. -?Bill Haley wygląda dziadkowato, trudno sobie
wyobrazić, żeby mógł robić przez okrągłą dobę cokolwiek, a zwłaszcza coś
nieprzyzwoitego.
Drugim kluczem otworzył drzwi swojego lokum na parterze (mieszkanie na
piętrze było chwilowo niezamieszkane) i w końcu znaleźli się w środku,
odgrodzeni od wścibskich spojrzeń. W zatęchłym po męsku powietrzu
unosiło się niewypowiedziane "Co dalej?". Dennis pospiesznie włączył
lampę stojącą na stole, która w jego zamyśle miała przydawać nieco uroku
szpetnej klitce, i właśnie się zastanawiał, czy powinien zaproponować
herbatę jako cywilizowany wstęp do wieczoru, czy może puścić muzykę z gramofonu, gdy Denise złapała go za klapy płaszcza i jej język znalazł
się w jego ustach; smakowała miętusami. Natychmiast pożałował, że sam o nich nie pomyślał.
Pocałunek był zwierzęcy, natarczywy. Dłonie Dennisa na oślep badały
obleczone w płaszczyk kontury tyłka Denise, która podgięła jedną nogę w kolanie jak dziewczyny, które całowały się w komiksach albo filmach
miłosnych. Tkwili tak wczepieni w siebie ustami niemal do momentu
wzajemnego uduszenia się, zanim wreszcie Denise odsunęła się, utkwiła w Dennisie gorące spojrzenie i teatralnymi ruchami zaczęła rozpinać
futrzaste guziki futrzastego płaszczyka. A pod nim -?płowa zamszowa
spódnica do kolan i biały wełniany pulower. Umbrowa bermyca włosów
wieńczyła całość niczym zdobiąca lody Wall's czekoladowa polewa.
Nieprzemakalne wdzianka obojga prędko przeistoczyły się w oklapłe kałuże
na mocno wytartym dywanie i Romeo z Julią z redakcji "Reveille" wrócili
do obściskiwania się i całowania. Spleceni w objęciach rozpoczęli
powolne osuwanie się na głośno protestującą sofę; upadek ten był równie
niespieszny -?i tak samo nieuchronny -?jak leniwe opadnięcie na ziemię
Hindenburga.
Leżeli na boku i całowali się zachłannie. Zamknęli oczy i cały Londyn
skurczył się do różanego teatru dwojga zwartych ust, w którym ich
języczne członki wiły się, siłowały i odgrywały czekającą całe ciała
przyszłość. To była chwila mozaika: jej chłodne dłonie ujmujące jego
zapadnięte policzki; woskowy, niemal przyjemny smak szminki; jego dłoń
pod jej swetrem, czubki palców prześlizgujące się po nagiej skórze i trącające druciany stelaż stanika; parowozowy rytm nosowych oddechów
obojga.
I natarczywe, ogłuszające walenie do drzwi frontowych.
Odskoczyli od siebie jak dwa niewłaściwie obrócone magnesy. Dłoń Dennisa
wymknęła się wstydliwie spod pulowera, jakby nigdy jej tam nie było.
Zdjęci zgrozą, z oczami wielkimi jak spodki, spojrzeli po sobie w poszukiwaniu jakiegoś wytłumaczenia -?które jednak się nie objawiło, a zawzięte łomotanie do drzwi nie ustawało. Oniemiały ze strachu,
przerażony nagłą myślą, że Denise ma zazdrosnego męża goryla, o którym
zapomniała mu powiedzieć, Dennis wstał chwiejnie i poszedł sprawdzić,
kto jest sprawcą przyprawiającego o pękanie bębenków w uszach
zamieszania. Zasuwkę w drzwiach mieszkania zostawił otwartą, żeby nie
utknąć przed wejściem sam na sam z jakimś obłąkanym dzikusem, przeszedł
przez oświetloną samotną żarówką sień i z lękiem otworzył dudniące i trzęsące się w futrynie drzwi.
-?No, nie spieszyło ci się -?powiedział spocony i na oko obłąkany
nieznajomy.
Przecisnął się obok oniemiałego gospodarza do sieni, jakby wchodził do
swojego domu, a Dennis był tylko jego irytującym odźwiernym. Zanim
ktokolwiek zdążyłby go zatrzymać albo chociaż zaprotestować bardziej
zdecydowanie niż niepewnym "Ehm...", energiczny intruz wparował do
tonącego w łagodnej poświacie miłosnego gniazdka, gdzie powitało go
spanikowane kwiknięcie nowej recepcjonistki "Reveille". Pragnąc
podkreślić swoją władzę i autorytet, Dennis heroicznie wtargnął do
własnego pokoju dziennego i z oburzeniem zażądał wyjaśnień. Ledwie
jednak słowa popłynęły z jego ust, a już poniewczasie zdał sobie sprawę,
że gdzieś wcześniej widział to perlące się od potu oblicze, i jak przez
mgłę rozpoznał głos z charakterystycznym dla zachodniej części kraju
wyrazistym "r". Zakłopotany po same czubki czerwieniejących uszu zdał
sobie sprawę, że ma do czynienia z nafaszerowanym tabletkami producentem
muzycznym, którego miał okazję przelotnie poznać ponad rok wcześniej w Notting Hill na imprezie, z której robił materiał dla "New Musical
Express". Jak mu było... Meek? Czy nie tak brzmiało niepasujące do niego
nazwisko2? Joe. Tak, to było to. Joe Meek.
Denise wstała z sofy i stała nieruchomo jak królik przyszpilony
reflektorami samochodu, ze wzrokiem utkwionym w przybyszu. Zlany potem
intruz odwrócił się do Dennisa, żeby udzielić odpowiedzi na jego
skądinąd całkiem rozsądne pytanie. Zmarszczył brwi i posłał trochę
młodszemu i trochę wyższemu mężczyźnie podejrzliwe spojrzenie. Jego
pobladła, zdenerwowana twarz emanowała napięciem jak słoneczko
elektryczne z dwiema spiralami grzejnymi.
-?Dobrze wiesz, o co chodzi, draniu, więc nie udawaj niewiniątka. Byłeś
u nas w domu, kiedy z moim chłopakiem urządzaliśmy imprezkę po wydaniu
Sizzling Hot. Wpadło do nas wtedy dużo różnych młodziaków, a ty dałeś
mi coś, co od tamtej pory regularnie przyprawia mnie o ciary na plecach.
Nie wiem, co to jest, ale wiem, że dostałem to od ciebie, i chcę, żebyś
mi powiedział, komu to zabrałeś. I nie udawaj, że nie pamiętasz tej
imprezy. Ja byłem cały zakrwawiony, a Lional przygotował paszteciki.
Dopiero później, gdy Dennis spokojnie przeanalizował ten oskarżycielski
wybuch (dobrych kilka minut po jego usłyszeniu), dotarło do niego, jak
ktoś nieznający wszystkich istotnych faktów mógł to niewłaściwie
zinterpretować. Najpierw jednak z niedowierzaniem patrzył, jak Denise -
nie wiedzieć czemu -?narzuciła swój różowy jak cukierki Liquorice
Allsorts płaszczyk i pozapinała futrzaste guziczki, na powrót opakowując
swoje śliczne, nietknięte ciałko. Oczy wciąż miała szeroko otwarte ze
zgrozy, ale dolną połowę twarzy skryła pod maską uśmiechu przywodzącego
na myśl zbyt ciasno zawiązaną bandanę.
-?Wiecie co, to ja już sobie pójdę i zostawię was samych. Macie sobie
chyba dużo do powiedzenia.
Nylonowe pończochy poszeptywały między sobą złowieszczo, gdy drobiąc
kroki, ruszyła w stronę cały czas otwartych drzwi do sieni. Dennis
zamrugał z niedowierzaniem.
-?Nie, zaczekaj... -?wybełkotał. -?Nie wychodź. Wszystko ci...
Denise naciągnęła bandanowy uśmiech jeszcze odrobinę mocniej, półgłosem
zapewniła Dennisa, że trafi do wyjścia, po czym przeszła pomiędzy
mężczyznami, nie patrząc na nich, i znalazła się w oszczędnie
oświetlonym korytarzyku. Zaledwie chwilę później rozległ się głuchy,
nieodwołalny trzask zamykających się drzwi frontowych. W ciszy, która po
nim zapadła, Dennis i jego nieproszony gość przez chwilę patrzyli w głąb
pustej sieni, aż w końcu producent muzyczny odwrócił się do gospodarza
ze współczująco urażonym grymasem na twarzy.
-?Zachowała się niegrzecznie -?zauważył. -?A ten jej płaszczyk był
zwyczajnie paskudny. Dobrze, że się jej pozbyłeś.
Dennisowi chciało się płakać. Spojrzał zbolały na obramowującą nicość
futrynę drzwi, na (zapewne jeszcze ciepły) odcisk pośladków Denise na
pustej sofie, wreszcie na Meeka, burzyciela jego krótkotrwałego
szczęścia. Oto zniknęła z jego życia kolejna kobieta, z którą -
zażenowany -?nigdy więcej się nie spotka. To z kolei oznaczało, jak
sobie właśnie w tej chwili uświadomił, że nie będzie więcej przygodowych
tekstów dla "Reveille" opisujących jego osobiste doświadczenia z rytuałami wudu i spotkania ze szczerzącymi zęby kanibalami. Wszelka
nadzieja wypłynęła z niego wraz z ciężkim westchnieniem rozpaczy i rezygnacji. Oto jego życie.
-?Napijesz się czegoś? -?zapytał; nic innego nie przychodziło mu do
głowy. -?Herbaty?
Ponad rozgorączkowanymi oczami brwi Meeka, gęste jak maźnięte pędzlem,
uniosły się w wyrazie uznania.
-?Nie chciałbym robić kłopotu, ale nie odmówię. Z mlekiem i cukrem,
cztery łyżeczki. Chociaż nie, może lepiej trzy. Staram się pilnować
wagi.
Wciąż oszołomiony niedawnym rozczarowaniem Dennis podreptał do swojej
miniaturowej kuchni -?czy raczej pojedynczej szafki kuchennej o podwyższonym ryzyku pożarowym -?i wstawił wodę. Meek tymczasem rozgościł
się na sofie i fantomowy ślad tyłka Denise zniknął na zawsze. Kiedy
chwilę później Dennis wrócił z kuchni, balansując pogiętą aluminiową
tacą, na której telepały się filiżanki, spodeczki, imbryk, cukiernica i dzbanuszek z mlekiem, chemicznie podrasowany inżynier dźwięku przeglądał
stary egzemplarz "Reveille" wyciągnięty spod ustawionego przy sofie
stolika. Dennis umieścił tacę na tymże rozchwierutanym mebelku, a wtedy
oburzony Joe Meek podniósł wzrok znad artykułu, który zwrócił jego
uwagę, i wypielęgnowanym palcem wskazującym dziabnął ze złością lekko
rozmazane kolumny obelżywego druku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki