Słynni playboye PRL - Iwona Kienzler

Kup ebooka

30.00 zł
24.90 zł (23,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Play­boyów PRL można porów­nać do dzi­siej­szych cele­bry­tów - z jedną pod­sta­wową róż­nicą. Dzi­siaj wystar­czy wystą­pić w reality show lub serialu i już można cie­szyć się popu­lar­no­ścią oraz regu­lar­nie gościć na łamach tablo­idów. Za cza­sów PRL osoby znane coś sobą repre­zen­to­wały - nale­żały do świata filmu, teatru, poli­tyki czy muzyki. Na szcze­gólne powo­dze­nie mogli liczyć poli­tycy, gdyż wła­dza od naj­daw­niej­szych cza­sów jest jed­nym z moc­niej­szych afro­dy­zja­ków i przy­ciąga kobiety niczym magnes opiłki żelaza.

Kim wła­ści­wie jest play­boy? Ter­min ten wywo­dzi się z języka angiel­skiego i sta­nowi zbitkę dwóch słów play - "zabawa" oraz boy - "chło­piec", a więc w wol­nym tłu­ma­cze­niu play­boy ozna­cza po pro­stu chłopca lubią­cego zabawę. No wła­śnie - chłopca, a nie męż­czy­znę. Wszak męskość to doro­słość: męż­czy­zna musi wziąć na sie­bie brze­mię odpo­wie­dzial­no­ści, a wiecz­nie szczę­śliwy, bez­tro­ski chło­piec nie ma takiego obo­wiązku. Reguły świata doro­słych prze­cież go nie doty­czą, może się więc bawić, a naj­waż­niej­szym ele­men­tem owej zabawy są żywe laleczki, piękne kobiety, które bez wyrzu­tów sumie­nia porzuca, kiedy tylko mu się znu­dzą. Tak też defi­niują play­boya współ­cze­sne słow­niki. Wielki słow­nik wyra­zów obcych PWN pro­po­nuje nastę­pu­jącą defi­ni­cję: "męż­czy­zna uwo­dzący kobiety, odda­jący się z upodo­ba­niem zaba­wie i dro­gim roz­ryw­kom".

Z kolei socjo­lo­dzy i bada­cze kul­tury uznają czę­sto model play­boya za prze­jaw tra­dy­cyj­nego para­dyg­matu męsko­ści, pod­kre­śla­ją­cego nie tylko asy­me­trię i spe­cja­li­za­cję ról płcio­wych, ale przede wszyst­kim domi­na­cję męż­czyzn w kul­tu­rze, poli­tyce, życiu spo­łecz­nym oraz rodzin­nym. Nawet obec­nie, w dobie aktyw­no­ści ruchów femi­ni­stycz­nych i gejow­skich, mocno osa­dzony w naszej kul­tu­rze wize­ru­nek play­boya stoi na straży kon­ser­wa­tyw­nego typu rela­cji mię­dzy płciami. Play­boy z krwi i kości gar­dzi insty­tu­cją mał­żeń­stwa, żąda przy­zna­nia męż­czyź­nie (i tylko jemu) prawa do wol­nych związ­ków i nie­zo­bo­wią­zu­ją­cego seksu, a co za tym idzie - sta­tusu wiecz­nego kawa­lera. Typo­wym play­boyem jest cho­ciażby stwo­rzony przez Iana Fle­minga James Bond, agent Jej Kró­lew­skiej Mości, który od ponad pół wieku kró­luje na ekra­nach kin, a w jego rolę wcie­lają się zabój­czo przy­stojni akto­rzy.

Jak się oka­zuje, także my mie­li­śmy swo­ich naro­do­wych play­boyów, a naj­słyn­niejsi z nich żyli wła­śnie w dobie PRL. Z gale­rii peere­low­skich uwo­dzi­cieli wybra­łam dzie­wię­ciu naj­bar­dziej, oczy­wi­ście według mnie, inte­re­su­ją­cych panów. Każdy z nich cie­szył się powo­dze­niem u kobiet. Korzy­stali z tego bar­dzo chęt­nie, choć zale­d­wie dwóch z nich mogło poszczy­cić się urodą amanta na miarę wspo­mnia­nego wcze­śniej agenta 007. Jed­nak nie dzięki opi­nii play­boya zyskali roz­głos, było wręcz na odwrót: to sława spra­wiła, iż stali się wytraw­nymi uwo­dzi­cie­lami. Wśród męż­czyzn opi­sa­nych w niniej­szej publi­ka­cji zna­la­zło się pię­ciu poli­ty­ków, w tym dwóch pre­ze­sów Radio­ko­mi­tetu, trzech ludzi kul­tury lecz jeden kie­rowca raj­dowy. Ten ostatni, Andrzej Jaro­sze­wicz, był też synem pro­mi­nent­nego poli­tyka, pre­miera peere­low­skiego, ale nie to, a jego suk­cesy w raj­dach i opi­nia "nie­grzecz­nego chłopca" zapew­niły mu zain­te­re­so­wa­nie kobiet. Co cie­kawe, żaden z nich, z wyjąt­kiem Wło­dzi­mie­rza Sokor­skiego, nie uwa­żał się za play­boya. Ba, nie­któ­rzy twier­dzili wręcz, że to kobiety ich wybie­rały, a oni po pro­stu łaska­wie dawali się uwieść lub, jak Adam Hanusz­kie­wicz, mówili, że wła­ści­wie ni­gdy nie byli kawa­le­rami, a że u ich boku co jakiś czas poja­wiała się inna żona...

Niniej­sza publi­ka­cja opo­wiada o życiu tych, któ­rzy w dobie PRL cie­szyli się mia­nem naj­więk­szych uwo­dzi­cieli. Gdyby ist­niały wów­czas tablo­idy czy też por­tale plot­kar­skie, boha­te­ro­wie tej książki zapewne poja­wia­liby się tam codzien­nie. Także w owych cza­sach opi­nia publiczna inte­re­so­wała się ich życiem. Pod­stawą czer­pa­nia wia­do­mo­ści na ich temat była plotka, która ma to do sie­bie, iż wyla­tuje wró­blem, a wraca wołem. Stąd też nie bra­kuje mitów krą­żą­cych na ich temat, które, o dziwo, są wciąż żywe i powta­rzane bez­kry­tycz­nie. Pisząc o peere­low­skich play­boy­ach, chcia­łam przed­sta­wić ich takimi, jacy byli naprawdę i jak wyglą­dali w oczach kocha­ją­cych ich kobiet. A czę­sto byli zupeł­nie zwy­czaj­nymi ludźmi, marzą­cymi o rodzi­nie i szczę­ściu w zaci­szu domo­wego ogni­ska, nie­ra­dzą­cymi sobie z łatką uwo­dzi­ciela, którą im przy­pięto.

Patrząc na zdję­cia boha­tera niniej­szej opo­wie­ści, trudno oprzeć się wra­że­niu, że nie miał urody amanta fil­mo­wego. Wręcz prze­ciw­nie, pora­żał nija­ko­ścią. Pozory jed­nak mylą. Bole­sław Bie­rut, bo to o nim mowa, wśród towa­rzy­szy par­tyj­nych miał opi­nię uwo­dzi­ciela, a Wło­dzi­mierz Sokor­ski nazy­wał go nawet "Bol­kiem jebaką", co Bie­rut uzna­wał za wielki kom­ple­ment. Cóż, słyn­nego Casa­novę też trudno byłoby zali­czyć do przy­stoj­nia­ków, a jed­nak prze­bie­rał w kobie­tach jak w ulę­gał­kach. Podob­nie było w przy­padku pierw­szego przy­wódcy Pol­ski Ludo­wej, acz­kol­wiek, co trzeba uczci­wie przy­znać, towa­rzysz Bie­rut nie wyko­rzy­sty­wał swo­jej pozy­cji w celach sek­su­al­nych, jak czy­nił to cho­ciażby Beria czy Mus­so­lini, ni­gdy też nie zgwał­cił kobiety. Wręcz prze­ciw­nie, w krę­gach par­tyj­nych sły­nął z wyjąt­kowo dobrych manier i szar­manc­ko­ści wobec przed­sta­wi­cie­lek płci pięk­nej. Inny dzia­łacz komu­ni­styczny, Jan Kwiat­kow­ski, tak wspo­mi­nał swego par­tyj­nego kolegę: "Ele­gancki, powie­dział­bym nawet - szar­mancki, zwłasz­cza wobec kobiet, pamię­tał zawsze, by panią domu przy powi­ta­niu poca­ło­wać w rękę, czę­sto przy­no­sił jakiś kwia­tek w poda­runku, a dla dzieci cukierki lub inne upo­minki [...]. Lubi­łem, gdy cze­ka­jąc na umó­wione spo­tka­nie, roz­ma­wiał z gospo­da­rzami lub ich żonami. Inte­re­so­wał się ich życiem i uspo­sa­biał do sie­bie przy­chyl­nie oto­cze­nie"1. Pozy­tywne świa­dec­two wysta­wiają mu także panie, z któ­rymi dane mu było się spo­tkać, jak cho­ciażby Julia Minc, żona Hila­rego Minca, ówcze­snego wice­pre­zesa Rady Mini­strów, w wywia­dzie udzie­lo­nym Tere­sie Torań­skiej. Uwa­żała ona komu­ni­stycz­nego dygni­ta­rza za "przy­jem­nego, ele­ganc­kiego męż­czy­znę, szar­manc­kiego wobec kobiet"2. Wspo­mi­nała też o pew­nej kło­po­tli­wej sytu­acji, z któ­rej wyba­wił ją wła­śnie Bie­rut. Otóż na jed­nym z ofi­cjal­nych przy­jęć pani Minc poja­wiła się w nie­od­po­wied­niej do oka­zji let­niej sukience. Jej mąż nie krył obu­rze­nia, bez­ce­re­mo­nial­nie, acz­kol­wiek dys­kret­nie besz­ta­jąc mał­żonkę. A tym­cza­sem "Bie­rut to usły­szał, wziął mnie pod rękę, prze­szedł ze mną całą salę, mówiąc: "Macie naj­pięk­niej­szą suk­nię ze wszyst­kich""3. Rów­nież Wanda Papiew­ska, sio­stra Jana Hem­pla - men­tora Bole­sława z cza­sów jego mło­do­ści - zwra­cała uwagę na jego maniery: "Posia­dał zdu­mie­wa­jącą, jak na swój wiek i warunki, w któ­rych go wycho­wy­wano, kul­turę zewnętrzną i takt: ni­gdy nie klął, nie uży­wał ordy­nar­nych wyra­żeń"4. Być może to wła­śnie ta iście przed­wo­jenna szar­manc­kość jed­nała mu serca kobiet.

Co cie­kawe, choć towa­rzysz Bie­rut miał tylko jedną żonę, w róż­nych okre­sach jego życia aż cztery kobiety uwa­żały się za jego mał­żonki. Tak więc, choć for­mal­nie poli­ga­mii nie prak­ty­ko­wał, fak­tycz­nie pierw­szy wło­darz Pol­ski Ludo­wej upra­wiał wie­lo­żeń­stwo niczym pra­wo­wierny muzuł­ma­nin - choć może bar­dziej uza­sad­nione byłoby w tym przy­padku porów­na­nie do euro­pej­skich monar­chów, któ­rzy obok poślu­bio­nej przed Bogiem mał­żonki mieli też ofi­cjalne fawo­ryty.

Bole­sława Bie­ruta ota­cza aura tajem­ni­czo­ści - wiemy o nim zaska­ku­jąco mało. Może to dzi­wić, zwłasz­cza że swego czasu w naszym kraju nie było budynku publicz­nego, w któ­rym nie wisiałby przy­naj­mniej jeden jego por­tret. Co wię­cej, Bie­rut był w zasa­dzie jedy­nym powo­jen­nym przy­wódcą, wokół któ­rego udało się stwo­rzyć coś na kształt kultu jed­nostki, podob­nego do tego, któ­rym ota­czano Sta­lina. Wąt­pli­wo­ści doty­czą mię­dzy innymi jego miej­sca uro­dze­nia, nazwi­ska, pocho­dze­nia Nie­któ­rzy twier­dzą nawet, że Bie­rut wcale nie był Bie­rutem, tylko "matrioszką", czyli jego radziec­kim sobo­wtó­rem, a jed­no­cze­śnie świet­nie prze­szko­lo­nym agen­tem sowiec­kim, na któ­rego wymie­niono pota­jem­nie pol­skiego komu­ni­stę. Taką "matrioszką" był cho­ciażby Hans Kloss, znany z serialu Stawka więk­sza niż życie - jego losy oparte są na życio­ry­sie auten­tycz­nego sowiec­kiego agenta, ofi­cera NKWD. Ponoć prawdę znał gene­rał Karol Świer­czew­ski, który przed śmier­cią zdą­żył tę rewe­la­cyjną wia­do­mość prze­ka­zać Pio­trowi Jaro­sze­wi­czowi. Nawia­sem mówiąc, to wła­śnie owa wie­dza, a nie akcja bandy UPA, miała być przy­czyną śmierci "czło­wieka, który się kulom nie kła­niał". Według zwo­len­ni­ków tej teo­rii wta­jem­ni­cze­nie w tę kwe­stię przy­czy­niło się też do tajem­ni­czej śmierci Jaro­sze­wi­cza w 1992 roku, gdyż były pre­mier pla­no­wał jej ujaw­nie­nie na łamach przy­go­to­wa­nego do druku pamięt­nika.

Kolejna wąt­pli­wość doty­czy miej­sca uro­dze­nia Bie­ruta. Ofi­cjal­nie pierw­szy pre­zy­dent powo­jen­nej Pol­ski uro­dził się w Rurach Jezu­ic­kich, nie­wiel­kiej wio­sce pod Lubli­nem, ale zgod­nie z zapi­sem w księ­dze metry­kal­nej para­fii św. Pawła w Lubli­nie miej­scem uro­dze­nia Bie­ruta była inna pod­lu­bel­ska miej­sco­wość - Rury Bry­gid­kow­skie, nato­miast syn Bie­ruta, Jan Chy­liń­ski5, pisze, że jego ojciec uro­dził się "na przed­mie­ściu Lublina w Rurach Bry­gid­kow­skich, nazy­wa­nych także potocz­nie Rurami Jezu­ic­kimi"6. Obec­nie wsie te sta­no­wią część Lublina. Pewna za to jest data naro­dzin Bie­ruta - 18 kwiet­nia 1892 roku, a także imiona jego rodzi­ców - Woj­ciech i Marianna Salo­mea z domu Wol­ska. Kon­tro­wer­sje wzbu­dza także nazwi­sko Woj­ciecha, który według nie­któ­rych źró­deł nie nazy­wał się Bie­rut, ale Bier­nacki. Nie­kiedy spo­tkać się można rów­nież z infor­ma­cją, iż Woj­ciech był Żydem, a jego praw­dziwe nazwi­sko brzmiało Roten­schwanz, ale uznaje się to za mało praw­do­po­dobne. Uży­wane w póź­niej­szym okre­sie nazwi­sko Bie­rut miało być zlep­kiem praw­dziwego nazwi­ska dzia­ła­cza z jego pseu­do­ni­mem uży­wa­nym w sowiec­kim wywia­dzie - Rut­kow­ski. Więk­szość histo­ry­ków prze­czy jed­nak tej tezie, uzna­jąc, że praw­dziwe nazwi­sko dzia­ła­cza brzmiało rze­czy­wi­ście Bie­rut i pod takim wła­śnie nazwi­skiem póź­niej­szy I sekre­tarz KC PZPR figu­ruje w księ­gach para­fial­nych.

Komu­ni­styczni bio­gra­fo­wie robili, co mogli, by udo­wod­nić, że dzia­łacz komu­ni­styczny ma typowo robot­ni­czy rodo­wód i, co waż­niej­sze, że komu­ni­stą był nie­mal od uro­dze­nia. W bio­gra­fii Bie­ruta z 1952 roku autor­stwa Józefa Kowal­czyka czy­tamy, że uro­dził się "w pamięt­nym roku powszech­nego strajku w Łodzi"7, nato­miast po prze­pro­wadzce rodziny do Lublina "rósł i doj­rze­wał w wil­got­nej sute­re­nie i już od naj­młod­szych lat dozna­wał wszyst­kich gory­czy losu pro­le­ta­riac­kiego dziecka"8, co nie jest do końca zgodne prawdą. Rodzice Bie­ruta w 1891 roku przy­byli na leżącą w Kon­gre­sówce Lubelsz­czy­znę wprost z Gali­cji, a dokład­nie - z Kępy Kali­szań­skiej, miej­sco­wo­ści znaj­du­ją­cej się w daw­nym powie­cie alek­san­dryj­skim, licząc na odmianę losu, który wcze­śniej nie szczę­dził im cio­sów. Marianna Salo­mea uro­dziła ponoć kil­ka­na­ścioro dzieci, któ­rych więk­szość umie­rała tuż po przyj­ściu na świat. Prze­żyło jedy­nie dwóch synów i trzy córki. Gospo­da­ro­wali na kilku hek­ta­rach ziemi, a kiedy po dzie­się­ciu latach cięż­kiej pracy zaczęło im się ukła­dać, zale­d­wie rok po uro­dze­niu Bole­sława musieli wraz z krową, koniem i drob­nym dobyt­kiem prze­nieść się do Lublina, gdyż ich gospo­dar­stwo znisz­czyła kata­stro­falna powódź. Przy­szły pre­zy­dent nie miał więc siel­skiego dzie­ciń­stwa i od wcze­snych lat musiał poma­gać rodzi­com w utrzy­ma­niu domu, a jed­nym z jego głów­nych obo­wiąz­ków było pasie­nie krów. W Lubli­nie Bie­ru­to­wie miesz­kali rze­czy­wi­ście w sute­re­nie, trudno byłoby ją jed­nak uznać za wil­gotną. Józef Dominko, przy­ja­ciel Bole­sława z lat dzie­cię­cych, wspo­mi­nał, że pań­stwo Bie­ru­to­wie wraz z dziećmi zaj­mo­wali duży pokój z kuch­nią w par­te­ro­wym, muro­wa­nym domu, sto­ją­cym w ogro­dzie owo­cowo-warzyw­nym, a "całe oto­cze­nie tchnęło zaci­szem wiej­skim i sta­no­wiło kon­trast z buj­nym życiem robot­ni­czym, prze­le­wa­ją­cym się zale­d­wie o kil­ka­set metrów"9. Kiedy Bie­ru­tom skra­dziono konia, główne źró­dło utrzy­ma­nia rodziny, zna­czącą rolę w domo­wym budże­cie odgry­wać zaczęły dochody z han­dlu warzy­wami i owo­cami, w czym swój udział miał Bolek, który wraz z przy­ja­cie­lem Józe­fem sprze­da­wał śliwki z sadu. Punkt han­dlowy znaj­do­wał się na skar­pie naprze­ciwko kościoła. Wła­ści­wie można przy­jąć, iż chło­piec, jak na przy­szłego komu­ni­stę przy­stało, już wów­czas pod­jął walkę z "przed­sta­wi­cie­lem drob­nego han­dlu i kra­mar­stwa"10, jakim był jego ojciec, choć przy­brała ona dość oso­bliwą formę, ponie­waż sprze­da­wany przez chłop­ców towar "w dużych ilo­ściach zni­kał w kie­sze­niach kole­gów i żołąd­kach samych sprze­daw­ców (o co póź­niej awan­tu­ro­wał się ojciec Bolka)"11. Woj­ciech Bie­rut musiał mieć przy­naj­mniej ele­men­tarne wykształ­ce­nie, skoro za jego sprawą mały Bole­sław bar­dzo wcze­śnie poznał trudną sztukę czy­ta­nia. Ponoć wyka­zy­wał tak wiel­kie zami­ło­wa­nie do nauki, że rodzi­com marzyło się, by skoń­czył semi­na­rium duchowne i został księ­dzem, acz­kol­wiek Chy­liń­ski twier­dzi, że jego dziad­ko­wie mieli co do Bole­sława zupeł­nie inne plany: "Matka pra­gnęła, aby zwią­zał swe życie z kościo­łem i został orga­ni­stą. Ojciec widział go jako ofi­cera w przy­szłej suwe­ren­nej pol­skiej monar­chii"12. Przy­szłość miała poka­zać, że ich uzdol­niony syn wybie­rze zupeł­nie inną drogę.

Chy­liń­ski wspo­mina, że naj­star­szy brat Bole­sława, Andrzej, star­szy od niego o całe dwa­dzie­ścia dwa lata, ode­grał szcze­gólną rolę w jego życiu: "Miał znacz­nie więk­szy wpływ na wycho­wa­nie, kształ­to­wa­nie cha­rak­teru i zain­te­re­so­wań młod­szego brata niż kto­kol­wiek inny w rodzi­nie, a szcze­gól­nie ojciec - zawsze surowy, zapra­co­wany i nie­zwy­kle wyma­ga­jący"13.

Według bio­gra­fów pra­cu­ją­cych nad życio­ry­sem Bie­ruta, Bole­sław od naj­młod­szych lat prze­ja­wiał zain­te­re­so­wa­nia rewo­lu­cyjne, o czym miał świad­czyć fakt, iż w 1905 roku zaini­cjo­wał strajk mło­dzieży szkol­nej, doma­ga­jąc się wpro­wa­dze­nia do szkół języka pol­skiego. Miał on cisnąć kała­ma­rzem w por­tret cara wiszący w kla­sie, dając w ten spo­sób sygnał do roz­po­czę­cia akcji straj­ko­wej. W następ­stwie został usu­nięty ze szkoły. Jest to tylko legenda, któ­rej Bie­rut zaprze­czył w 1955 roku pod­czas sesji nauko­wej poświę­co­nej rewo­lu­cji. Ta wer­sja wyda­rzeń tra­fiła jed­nak na podatny grunt i do dziś można ją zna­leźć w więk­szo­ści bio­gra­fii pre­zy­denta. Wydaje się, że Bie­rut musiał jed­nak uczest­ni­czyć w strajku, skoro usu­nięto go ze szkoły. Jego syn po latach tak pisał na temat tych wyda­rzeń: "Bole­sław brał nie­wąt­pli­wie aktywny udział w orga­ni­za­cji strajku, skoro zna­lazł się wśród zale­d­wie kilku uczniów kar­nie usu­niętych ze szkoły. Trudno jed­nak widzieć w nim aktyw­nego uczest­nika dzia­łań rewo­lu­cyj­nych. Taka ocena może doty­czyć tylko jego star­szego brata, Andrzeja, kil­ka­krot­nie aresz­to­wa­nego i prze­trzy­my­wa­nego na Zamku w Lubli­nie za orga­ni­zo­wa­nie straj­ków i pocho­dów"14.

Młody Bole­sław został zmu­szony do pracy na wła­sne utrzy­ma­nie i chwy­tał się róż­nych zajęć: był pomoc­ni­kiem mura­rza, chłop­cem na posyłki, a osta­tecz­nie zatrud­nił się w dru­karni, co oka­zało się strza­łem w dzie­siątkę. Inte­li­gentny mło­dzie­niec szybko nauczył się zecerki, a wkrótce zapi­sał się na kursy han­dlowe, na któ­rych także radził sobie bar­dzo dobrze. W 1908 roku wstą­pił do związku zawo­do­wego dru­ka­rzy.

Choć ofi­cjalni bio­gra­fo­wie Bie­ruta uwa­żali, że już wów­czas zaczął wyraź­nie cią­żyć ku ruchowi komu­ni­stycz­nemu, nie jest to jed­nak oczy­wi­ste. Od 1910 roku przy­szły dzia­łacz komu­ni­styczny znaj­do­wał się pod wpły­wem wol­no­my­śli­ciela i filo­zofa w mło­do­ści zwią­za­nego z ruchem wol­no­mu­lar­skim, Jana Hem­pla, dzien­ni­ka­rza kie­ru­ją­cego wów­czas "Kurie­rem Lubel­skim". Był on wiel­kim zwo­len­ni­kiem spół­dziel­czo­ści, w któ­rej widział uwol­nie­nie robot­ni­ków od wyzy­sku kapi­ta­li­stów, a także mesja­ni­stą: wyzna­wał pogląd, że wyjąt­kowe cechy narodu pol­skiego spra­wią, że nie­jako samo­czyn­nie odzy­ska on wol­ność. Szcze­gól­nym kul­tem Hem­pel ota­czał dawne wie­rze­nia Sło­wian, nato­miast chrze­ści­jań­stwo uzna­wał za reli­gię nie­wol­ni­ków. Mało tego, za punkt honoru uznał przy­wró­ce­nie naj­star­szych pogań­skich oby­cza­jów i rytu­ałów; z tego powodu co roku w Wigi­lię zbie­rała się u niego grupka mło­dzieży, z któ­rymi odpra­wiał pra­sło­wiań­skie obrzędy. W Zako­pa­nem zało­żył Towa­rzy­stwo Teo­zo­ficzne, któ­rego człon­ko­wie, wzo­rem sło­wiań­skich przod­ków, codzien­nie o świ­cie modlili się do słońca. Ponoć to wła­śnie pod wpły­wem Hem­pla Bie­rut zerwał z Kościo­łem, ale by­naj­mniej nie stał się ate­istą. Wręcz prze­ciw­nie, wzo­rem swego men­tora oscy­lo­wał w stronę misty­cy­zmu. Według jego ówcze­snego przy­ja­ciela Józefa Dominko Bie­rut, podob­nie jak inni mło­dzi ludzie zwią­zani z Hem­plem, w pew­nym sen­sie wie­rzył w Boga, ale poj­mo­wał go jako swo­isty rozum, logikę świata. Wów­czas też, zda­niem Dominki, w gło­wie mło­dego Bole­sława zro­dził się bunt prze­ciwko nie­spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej: "Prze­cież w obli­czu naszego i zresztą nie­chrze­ści­jań­skiego Boga ludzie są równi: po cóż więc krzywda, wyzysk, nie­spra­wie­dli­wość?"15.

Choć ofi­cjal­nie na tere­nie Kró­le­stwa Kon­gre­so­wego obo­wią­zy­wał zakaz zrze­sza­nia się, można było for­mo­wać sto­wa­rzy­sze­nia, któ­rych przy­by­wało na potęgę. Co cie­kawe, były to głów­nie sto­wa­rzy­sze­nia abs­ty­nenc­kie - i takim wła­śnie sto­wa­rzy­sze­niem była "Przy­jaźń" zało­żona przez Jana Hem­pla, do któ­rej wstą­pił zafa­scy­no­wany nim Bie­rut. Za sprawą swego men­tora mło­dzie­niec zain­te­re­so­wał się dzia­łal­no­ścią spół­dziel­czą, a w 1912 roku został człon­kiem PPS Lewicy. Ponoć pano­wie pla­no­wali wspólny wyjazd do Bra­zy­lii, do Parany, gdzie wcze­śniej Hem­pel uczył dzieci tam­tej­szej Polo­nii, by pra­co­wać tam nad odbu­dową wol­nej od zabor­ców Pol­ski. Osta­tecz­nie z tych pla­nów nic nie wyszło, ale Bie­rut rze­czy­wi­ście miał oka­zję budo­wać Pol­skę - choć należy wąt­pić, by efekt koń­cowy zado­wo­lił jego ówcze­snego "ducho­wego ojca".

We wcze­snej mło­do­ści Bie­ruta próżno szu­kać w jego naj­bliż­szym oto­cze­niu jakiejś kobiety. Ponoć przy­szły przy­wódca PRL był wyjąt­kowo nie­śmiały, i to nie tylko w sto­sunku do przed­sta­wi­cie­lek płci prze­ciw­nej, o czym wspo­mina cho­ciażby Wanda Papiew­ska: "był bar­dzo skromny, a nawet nie­śmiały. Znana była jego skłon­ność do rumie­nie­nia się. Mówiono, że jest wsty­dliwy jak dziew­czynka"16. Z tej przy­pa­dło­ści wyle­czyła go zapewne Janina Górzyń­ska, którą poznał nie­długo po tym, jak wstą­pił do par­tii. Być może to wła­śnie Janina prze­ła­mała pierw­sze lody. Była star­sza od Bole­sława o dwa lata i trudno posą­dzać ją o nie­śmia­łość. Pra­co­wała w przed­szkolu zało­żo­nym przez Zofię Sta­ni­szew­ską, która wraz ze swoim mężem admi­ni­stro­wała mająt­kiem Stu­dzianki nie­opo­dal Lublina. Bie­rut zawi­tał tam razem ze swym men­to­rem, by prze­pro­wa­dzić prace mier­ni­cze - Hem­pel bowiem w 1913 roku pod­jął pracę mier­ni­czego u geo­me­try Stel­ma­sie­wi­cza w Lubli­nie i wkrótce potem zatrud­nił Bie­ruta jako swego asy­stenta. Fachu nauczył się jesz­cze pod­czas swego pobytu w Bra­zy­lii. Była to posada bar­dzo dobrze płatna, ale wyma­ga­jąca nie­ustan­nych wyjaz­dów - i wła­śnie pod­czas jed­nego z nich Bie­rut poznał Janinę Górzyń­ską. Ładna, acz­kol­wiek skromna przed­szko­lanka wpa­dła mu w oko i wkrótce parę połą­czyło uczu­cie, a przy­naj­mniej obo­pólna fascy­na­cja. Zbun­to­wany prze­ciwko Kościo­łowi mistyk, jakim wów­czas był Bole­sław, nie miał naj­mniej­szego zamiaru zawie­rać mał­żeń­stwa przed Bogiem, dla­tego para przez wiele lat żyła w nie­for­mal­nym związku.

Według syna Bie­ruta znacz­nie więk­szy wpływ na przy­szłego dzia­ła­cza wywarła pra­co­daw­czyni jego póź­niej­szej żony, Zofia Sta­ni­szew­ska: "Pani Zofia bar­dzo polu­biła Bole­sława i - nie mając wła­snych dzieci - trak­to­wała go jak syna, nie szczę­dząc czasu na jego kształ­ce­nie. Miała roz­le­głe wia­do­mo­ści z dzie­dziny sztuki i lite­ra­tury, malo­wała i była roz­mi­ło­wana w poezji. Wydaje mi się, że bar­dzo impo­no­wała mojemu ojcu swoim spo­so­bem bycia, nie­na­gan­nymi manie­rami, wysoką kul­turą i wie­dzą. Stała się w pew­nym sen­sie dla niego wzo­rem. To ona wła­śnie zaszcze­piła mu wieczny "głód" czy­ta­nia, wykształ­ciła smak i wzbu­dziła zain­te­re­so­wa­nie poezją"17. Ponoć nawet Bie­rut pró­bo­wał swo­ich sił w poezji, ale, na szczę­ście dla lite­ra­tury pol­skiej, sto­sun­kowo szybko porzu­cił te zain­te­re­so­wa­nia, uzna­jąc (skąd­inąd słusz­nie), że nie ma do tego talentu.

W 1918 roku Bie­rut for­mal­nie został komu­ni­stą, cho­ciaż on sam miał nie­wiele do powie­dze­nia w tej spra­wie, a bar­dziej niż poli­tyka inte­re­so­wała go wów­czas praca w spół­dziel­czo­ści. Tak się jed­nak zło­żyło, że par­tia, któ­rej był człon­kiem, czyli PPS Lewica, połą­czyła się z Socjal­de­mo­kra­cją Kró­le­stwa Pol­skiego i Litwy, two­rząc Komu­ni­styczną Par­tię Robot­ni­czą Pol­ski.

Trzy lata póź­niej Bie­rut zde­cy­do­wał się na lega­li­za­cję swego związku z Janiną, a jedyną moż­liwą formą zawar­cia mał­żeń­stwa był ślub kościelny. Przy­szły przy­wódca komu­ni­styczny nie zamie­rzał by­naj­mniej wra­cać z tego powodu na łono Kościoła, ale para tra­fiła na wyjąt­kowo tole­ran­cyj­nego kapłana, który zgo­dził się udzie­lić im sakra­mentu bez koniecz­nej w takich przy­pad­kach spo­wie­dzi. Zresztą był to dość dziwny ślub: pań­stwo mło­dzi nie mieli nawet stro­jów ślub­nych, a cere­mo­nia odbyła się pod­czas poran­nej mszy, po któ­rej zje­dli wspólne śnia­da­nie i wyje­chali na wycieczkę za mia­sto. Wkrótce Janina miała się prze­ko­nać, że życie z Bie­rutem będzie dale­kie od tra­dy­cyj­nego poży­cia mał­żeń­skiego, o czym świad­czył już tak inny od zwy­kłej cere­mo­nii ślub. Nie będzie też usłane różami...

Na początku wszystko ukła­dało się pomyśl­nie. W 1923 roku para docze­kała się córki Kry­styny, a nie­długo potem cała rodzina prze­nio­sła się do Sosnowca, gdzie Bole­sław sta­nął na czele miej­sco­wej spół­dzielni spo­żyw­ców. Wów­czas też po raz pierw­szy zain­te­re­so­wała się nim poli­cja - za nie­pra­wo­myślne, zda­niem ówcze­snych władz, poglądy Bie­rut w 1923 roku tra­fił nawet do aresztu. W paź­dzier­niku wyszedł na wol­ność, by już wkrótce ponow­nie tra­fić za kratki, tym razem na mie­siąc. Wów­czas miał już skry­sta­li­zo­wane poglądy i uwa­żał się za komu­ni­stę. Wobec nasi­lo­nej akcji poli­cyj­nej skie­ro­wa­nej prze­ciwko komu­ni­stom w Zagłę­biu Dąbrow­skim Bie­rut wyje­chał do War­szawy, gdzie pra­co­wał w apa­ra­cie par­tyj­nym KPRP. Ponie­waż czo­ło­wych dzia­ła­czy aresz­to­wano, dość szybko udało się mu wspiąć wysoko w hie­rar­chii par­tyj­nej: od maja do sierp­nia 1925 roku był człon­kiem Tym­cza­so­wego Sekre­ta­riatu KC, a póź­niej - kie­row­ni­kiem Wydziału Spół­dziel­czego Komi­tetu Cen­tral-nego.

W 1925 roku przy­szło na świat dru­gie dziecko pań­stwa Bie­ru­tów, syn Jan, ale jego ojcu nie dane było długo się nim cie­szyć - już w maju tego samego roku Bole­sław został skie­ro­wany do Moskwy, gdzie miał się uczyć na kur­sach par­tyj­nych, na któ­rych obok języka rosyj­skiego wykła­dano ponoć także zasady kon­spi­ra­cji wywia­dow­czej. Nawia­sem mówiąc, syn Bie­ruta obec­nie bar­dzo w to powąt­piewa: uważa, że jego ojciec zupeł­nie nie nada­wał się na agenta, cho­ciażby dla­tego, że ni­gdy nie nauczył się pro­wa­dzić samo­chodu.

W tym miej­scu należy zauwa­żyć, iż dla ówcze­snych komu­ni­stów wyjazd do ZSRR miał nie­malże takie zna­cze­nie, jak, nie przy­mie­rza­jąc, piel­grzymka do Mekki dla muzuł­ma­nów. Jak słusz­nie zauwa­żył Marek Lipiń­ski w swoim opra­co­wa­niu Bole­sław Nie­ja­sny. Opo­wieść o Bole­sławie Bie­ru­cie, For­re­ście Gum­pie pol­skiego komu­ni­zmu: "Zwią­zek Radziecki nie był wów­czas dla komu­ni­sty zwy­kłym, jesz­cze jed­nym kra­jem na mapie świata. Był rajem na ziemi albo przy­naj­mniej czymś naj­bliż­szym raju. Dla komu­ni­sty Zwią­zek Radziecki był czymś wię­cej niż Waty­kan dla kato­lika. Waty­kan to tylko Sto­lica Apo­stol­ska, a nie Kró­le­stwo Boże"18. Krótko mówiąc, wyjazd do bol­sze­wic­kiej Rosji ozna­czał ni mniej, ni wię­cej, tylko wnie­bo­wstą­pie­nie.

Do Pol­ski, która w opi­nii wielu w niczym raju nie przy­po­mi­nała, Bie­rut wró­cił w 1926 roku, krótko po prze­wro­cie majo­wym, który wyniósł do wła­dzy obóz pił­sud­czy­kow­ski. Zajął się dzia­łal­no­ścią wydaw­ni­czą w Komu­ni­stycz­nej Par­tii Pol­ski. Kiedy w stycz­niu następ­nego roku wybrał się do War­szawy, by odwie­dzić miesz­ka­jącą tam żonę i dzieci, wpadł w ręce poli­cji i tra­fił do wię­zie­nia w Będzi­nie, skąd wyszedł dzięki wpła­ce­niu przez par­tię kau­cji w wyso­ko­ści tysiąca zło­tych. Zresztą w oczach wła­dzy był wów­czas dzia­ła­czem o nie­wiel­kim zna­cze­niu, luźno zwią­za­nym z KPP, dla­tego bez spe­cjal­nych trud­no­ści jesz­cze przed roz­prawą uciekł przez Gdańsk do Moskwy. Tam uczest­ni­czył w zjeź­dzie KPP, odby­wa­ją­cym się pod Moskwą, jak rów­nież pod pseu­do­ni­mem Wagner uczył się w Mię­dzy­na­ro­do­wej Szkole Leni­now­skiej.

Wśród słu­cha­czy tej pla­cówki zna­la­zła się młoda pol­ska dzia­łaczka komu­ni­styczna Mał­go­rzata For­nal­ska. Cho­ciaż w więk­szo­ści opra­co­wań For­nal­ska wymie­niana jest w jed­nym rzę­dzie z Wandą Wasi­lew­ską, trzeba zazna­czyć, że choć była zde­kla­ro­waną komu­nistką, bar­dzo się od niej róż­niła. W prze­ci­wień­stwie do Wasi­lew­skiej, która przy­jęła oby­wa­tel­stwo radziec­kie i mówiła o sobie "byw­sza Polka", For­nal­ska ni­gdy nie wyrze­kła się pol­sko­ści, co wię­cej, w swoim mnie­ma­niu słu­żyła wyłącz­nie ojczyź­nie. Sym­pa­tię do komu­ni­zmu miała nie­jako w genach, jej rodzi­cami byli bowiem dzia­ła­cze komu­ni­styczni Antoni i Mar­cjanna For­nal­scy. Już w 1918 roku Mał­go­rzata wstą­piła do Socjal­de­mo­kra­cji Kró­le­stwa Pol­skiego i Litwy, a w okre­sie od lipca do grud­nia tego roku słu­żyła w Cary­cyń­skim Bata­lio­nie Komu­ni­stycz­nym. W 1920 roku komu­ni­ści radzieccy skie­ro­wali ją do pracy par­tyj­nej na tere­nie Pol­ski, gdzie rok póź­niej wstą­piła w sze­regi Komu­ni­stycz­nej Par­tii Pol­ski. W sierp­niu razem ze swoim bra­tem Alek­san­drem dzia­łała w Tym­cza­so­wym Komi­te­cie Rewo­lu­cyj­nym Pol­ski. Choć komu­ni­ści wszem wobec gło­sili, że nie mają ojczy­zny, Mał­go­rzata czuła się Polką - co wię­cej, uwa­żała się za patriotkę i szcze­rze wie­rzyła, że jej rodzinny kraj powi­nien wkro­czyć na drogę pro­wa­dzącą do komu­ni­zmu.

Wła­dze Pol­ski miały naj­wi­docz­niej zupeł­nie inne zda­nie na ten temat, bowiem For­nal­ska kil­ka­krot­nie była wię­ziona wła­śnie za dzia­łal­ność komu­ni­styczną. W wię­zie­niu naba­wiła się gruź­licy, a prze­cią­ga­jąca się kura­cja spo­wo­do­wała, że naukę w moskiew­skiej szkole roz­po­częła z opóź­nie­niem. Braki poma­gał jej nad­ra­biać star­szy o kilka lat rodak, także stu­diu­jący w Mię­dzy­na­ro­do­wej Szkole Leni­now­skiej, ukry­wa­jący się pod pseu­do­ni­mem Wagner - Bole­sław Bie­rut. Star­szy kolega zapewne ujął młodą dzia­łaczkę swo­imi manie­rami i sza­cun­kiem do kobiet, jaki wyniósł z rodzin­nego domu. Ona naj­praw­do­po­dob­niej wzbu­dziła jego zachwyt nie tylko urodą i mło­do­ścią, ale też zaan­ga­żo­wa­niem ide­owym. W końcu naro­dziło się mię­dzy nimi uczu­cie, które z cza­sem prze­kształ­ciło się w romans. Jak wów­czas wyglą­dał nasz boha­ter, możemy prze­ko­nać się, czy­ta­jąc mate­riały śled­cze spo­rzą­dzone przez poli­cję pol­ską, które zacho­wały się w Archi­wum Akt Nowych: był szczu­pły, nie­wy­soki (wg pro­to­ko­łów śled­czych miał od 165 do 169 cm wzro­stu), o gęstych ciem­no­blond wło­sach ukła­da­ją­cych się w fale. Z pro­to­ko­łów wynika, że bra­ko­wało mu trzech zębów, miał złote plomby. Trzeba przy­znać, że nie jest to opis amanta fil­mo­wego, a jed­nak Mał­go­rzata, opo­wia­da­jąc o nim swo­jej matce, przed­sta­wiła go jako nie­zwy­kłego czło­wieka.

Bie­rut ni­gdy nie ukry­wał przed kochanką, że w Pol­sce zosta­wił żonę z dwójką dzieci, ale dla For­nal­skiej nie sta­no­wiło to żad­nego pro­blemu. Poko­chała Bole­sława z dobro­dziej­stwem inwen­ta­rza i godziła się na wszystko, byleby tylko móc z nim być. Swo­jej matce tak tłu­ma­czyła się z życio­wego wyboru: "On mnie kocha i ja go kocham, ale na naszej dro­dze są wiel­kie trud­no­ści. Nie możemy zawrzeć mał­żeń­stwa - on ma rodzinę i obo­wiązki wzglę­dem rodziny. Nie myśl, mateczko, że to ja roz­bi­łam tę rodzinę"19.

Trudno w tej sytu­acji mówić o roz­pa­dzie mał­żeń­stwa pań­stwa Bie­ru­tów, ponie­waż nie miał on naj­mniej­szego zamiaru roz­wo­dzić się z żoną. Co wię­cej, w 1932 roku spro­wa­dził do Moskwy Janinę wraz z dziećmi, co nie było łatwe. Mię­dzy II RP a Związ­kiem Radziec­kim pano­wały napięte sto­sunki. Oczy­wi­ście pol­scy komu­ni­ści jeź­dzili bar­dzo czę­sto do Rosji bol­sze­wic­kiej, ale korzy­stali ze sfał­szo­wa­nych doku­men­tów, zazwy­czaj wysta­wio­nych na oby­wa­teli innych kra­jów, nie­jed­no­krot­nie musieli podró­żo­wać drogą okrężną, wyjeż­dża­jąc z Pol­ski naj­pierw do innego kraju gra­ni­czą­cego z ZSRR, skąd dopiero docie­rali do celu. Histo­rycy podej­rze­wają więc, że wyjazd Janiny został zor­ga­ni­zo­wany przez Komin­tern. Radzieccy dzia­ła­cze nie mieli żad­nego inte­resu w spro­wa­dze­niu do Rosji rodziny pol­skiego komu­ni­sty, Bie­rut musiał więc oso­bi­ście zaan­ga­żo­wać się w tę sprawę. Ale dla­czego mu na tym zale­żało, skoro miał już w Moskwie kochankę?

Po przy­jeź­dzie Janiny z dziećmi sytu­acja bar­dzo się skom­pli­ko­wała, bowiem przez pewien czas Mał­go­rzata zmu­szona była dzie­lić z nimi miesz­ka­nie. Bie­rut nie ukry­wał przed mał­żonką, co łączy go z For­nal­ską, zresztą byłoby to trudne, gdyż Mał­go­rzata była wów­czas w zaawan­so­wa­nej ciąży. Jakimś cudem dwie towa­rzyszki życia przy­szłego pre­zy­denta nie tylko nie sko­czyły sobie do oczu, ale zapa­łały do sie­bie nie­kła­maną sym­pa­tią. Nawia­sem mówiąc, taka "poli­ga­mia" była czę­stym zja­wi­skiem w rodzi­nach ówcze­snych dzia­ła­czy komu­ni­stycz­nych, zwłasz­cza radziec­kich - Bie­rut nie był wyjąt­kiem. Także jego dzieci musiały się godzić na ten oso­bliwy stan rze­czy: "Wio­sną 1932 roku - wspo­mi­nał po latach jego syn Jan Chy­liń­ski - spo­tka­łem się z ojcem ponow­nie - tym razem dłu­żej. Razem z matką i sio­strą przy­je­cha­li­śmy do niego do Moskwy [...]. Póź­niej dopiero zorien­to­wa­łem się, w jak kło­po­tli­wej sytu­acji zna­leźli się moi rodzice. Ojciec był już od pew­nego czasu zwią­zany z inną kobietą - Mał­go­rzatą For­nal­ską - którą poznał na stu­diach. Gdy przy­je­cha­li­śmy, była ona w zaawan­so­wa­nej ciąży. W cza­sie naszego pobytu uro­dziła córkę, Oleńkę. Mia­łem więc drugą sio­strę, a ojciec okropny pro­blem ze zna­le­zie­niem dla nas miesz­ka­nia. Sam zaj­mo­wał razem z Mał­go­rzatą maleńki pokoik w hotelu Lux"20. Co cie­kawe, Chy­liń­ski sta­rał się nawet zro­zu­mieć i uspra­wie­dli­wić postę­po­wa­nie Bie­ruta: "Moi rodzice żyli wła­ści­wie w cią­głym roz­łą­cze­niu - zbyt dłu­gie roz­sta­nia nisz­czą mał­żeń­stwo, a szcze­gól­nie wtedy, gdy męż­czy­zna nie jest skłonny do prze­lot­nych związ­ków (a taki wła­śnie był mój ojciec). Mał­go­rzata For­nal­ska - "Jasia", jak ją nazy­wali przy­ja­ciele, nie miała w sobie nic z "wampa". Posia­dała jed­nak oso­bi­sty urok i cie­pło, które zyski­wały powszechną do niej sym­pa­tię. Moja matka polu­biła ją rów­nież. Obie kobiety utrzy­my­wały przy­ja­zny kon­takt, trwa­jący aż do tra­gicz­nej śmierci "Jasi" na Pawiaku"21. Jed­nym sło­wem - idylla w trój­ką­cie.

Mał­go­rzata wie­działa, że nie będzie mogła poświę­cić się wycho­wa­niu dziecka i posta­no­wiła zrzu­cić to na barki swo­jej matki. Jesz­cze będąc w ciąży, pisała do niej: "Jestem szczę­śliwa, że będę miała dziecko. Ale i on, i ja jeste­śmy człon­kami par­tii i mamy przede wszyst­kim obo­wiązki wzglę­dem par­tii - jej musimy poświe­cić wszyst­kie nasze siły. Nasze sprawy oso­bi­ste są w tej chwili mało ważne. Cie­bie, mateczko, przy­szłam pro­sić o pomoc: czy zgo­dzisz się wycho­wy­wać to moje dziecko?"22.

Córka Mał­go­rzaty i Bole­sława, Alek­san­dra, uro­dziła się 15 czerwca 1932 roku. Jej ojciec żar­to­bli­wie mawiał, że jego młod­sza córka przy­szła na świat "jako pro­cent od kapi­tału. Wła­ści­wie od "Kapi­tału" Karola Marksa"23. Led­wie skoń­czyła trzy mie­siące, Bie­rut wyje­chał z Moskwy, by objąć w Łodzi sta­no­wi­sko sekre­ta­rza okrę­go­wego i pod­jąć próbę odtwo­rze­nia mocno prze­trze­bio­nej aresz­to­wa­niami komórki par­tyj­nej. Misja zakoń­czyła się nie­po­wo­dze­niem, a Bie­rut 18 grud­nia 1933 roku został aresz­to­wany. Tym razem sta­nął przed sądem, który ska­zał go na sie­dem lat wię­zie­nia. Choć dzia­łacz tra­fił do sto­sun­kowo cięż­kiego zakładu kar­nego w Rawi­czu, wyrok oka­zał się ist­nym darem losu, bowiem pobyt za krat­kami pozwo­lił Bie­rutowi unik­nąć czystki sta­li­now­skiej, któ­rej ofiarą padło 7-8 milio­nów osób, w tym nie­mal wszy­scy człon­ko­wie KPP. Na fali tych prze­śla­do­wań życie stra­cił też nie­gdy­siej­szy men­tor Bole­sława Jan Hem­pel. Bie­rut opu­ścił wię­zie­nie na mocy amne­stii z 11 grud­nia 1938 roku, by zamiesz­kać ze swoją "legalną" żoną Janiną. Udało mu się też zna­leźć pracę w Spół­dzielni Spo­żyw­ców, gdzie pra­co­wał aż do wybu­chu wojny. Ponie­waż ze względu na wiek (w 1939 roku Bie­rut miał już 47 lat) nie pod­le­gał mobi­li­za­cji, wyje­chał do Lublina, skąd po zaję­ciu mia­sta przez woj­ska nie­miec­kie uciekł do Kowla, a następ­nie do Kijowa, gdzie miesz­kał aż do 1941 roku. Komu­ni­styczni bio­gra­fo­wie dopi­sali mu kolejny chwa­lebny, acz­kol­wiek nie­praw­dziwy epi­zod w bio­gra­fii: w tym okre­sie póź­niej­szy pre­zy­dent kie­ro­wał rze­komo mię­dzy­na­ro­dową grupą uchodź­ców pod opieką Komin­ternu. To wła­śnie jako ich for­malny opie­kun miał wyjeż­dżać do Moskwy, gdzie spo­ty­kał się z dzia­łaczami radziec­kimi oraz z Wandą Wasi­lew­ską. W rze­czy­wi­sto­ści Bie­rut przy­jeż­dżał do Moskwy nie na spo­tka­nia z dzia­łaczami, ale jedy­nie po to, by odszu­kać kochankę i córkę.

For­nal­ska opu­ściła swoje dziecko, kiedy Oleńka ukoń­czyła rok, by poświę­cić się dzia­łal­no­ści komu­ni­stycz­nej. Alek­san­dra została oddana pod opiekę babci, Mar­cjanny For­nal­skiej i wraz z nią zamiesz­kała w Moskwie, w hotelu Mię­dzy­na­ro­dówki Komu­ni­stycz­nej. Bab­cia opo­wia­dała dziecku, że jej rodzice wyje­chali w dele­ga­cję. Matkę Oleńka zoba­czyła dopiero w swoje ósme uro­dziny i bar­dzo była jej wido­kiem roz­cza­ro­wana. Spo­dzie­wała się zoba­czyć młodą i piękną kobietę, a tym­cza­sem Mał­go­rzata wydała się jej stara i brzydka. Dziew­czynce nie podo­bał się zwłasz­cza jej nos - długi i spi­cza­sty, przy­wo­łu­jący na myśl nos baj­ko­wego kłamcy - Pino­kia. W mię­dzy­cza­sie los obszedł się dość okrut­nie z rodziną For­nal­skich: trzej bra­cia i ciotka Mał­go­rzata, sio­stra Mar­cjanny, zostali aresz­to­wani w ramach wspo­mnia­nej już czystki sta­li­now­skiej. Bra­cia zapła­cili naj­wyż­szą cenę za swoje prze­ko­na­nia, ciotka nato­miast miała wię­cej szczę­ścia, została bowiem zesłana na Kołymę, skąd uwol­niono ją w 1945 roku dzięki inter­wen­cji Bie­ruta. Repre­sje dotknęły też Oleńkę i opie­ku­jącą się nią Mar­cjannę: "Mnie z bab­cią wyrzu­cono z hotelu Lux, prze­pro­wa­dzi­ły­śmy się do przy­bu­dówki nie­opo­dal. Zamiesz­ka­ły­śmy w maleń­kim poko­iku z inną kobietą i jej sio­strze­nicą, któ­rej matkę rów­nież aresz­to­wano. Cof­nięto nam zapo­mogę z Mię­dzy­na­ro­do­wej Orga­ni­za­cji Pomocy Robot­ni­kom. Mia­ły­śmy bar­dzo ciężki okres w życiu"24. O dziwo, nikomu w rodzi­nie nawet nie przy­szłoby do głowy, żeby obar­czać winą za te tra­giczne wyda­rze­nia towa­rzy­sza Sta­lina. Wręcz prze­ciw­nie, obo­wią­zy­wała wer­sja, iż męż­czyźni padli ofiarą tra­gicznej pomyłki.

W 1939 roku do ZSRR przy­je­chał także Bie­rut, który zatrzy­mał się w Czer­wo­nym Chu­to­rze pod Kijo­wem i od razu przy­stą­pił do poszu­ki­wań Mał­go­rzaty i jej dziecka. Kiedy dowie­dział się, że prze­by­wają w Moskwie, posta­no­wił je nie­le­gal­nie odwie­dzić. Ponie­waż nie udało mu się kupić biletu na pociąg, posta­no­wił podró­żo­wać mię­dzy wago­nami. Musiał być bar­dzo zde­ter­mi­no­wany, gdyż jak wspo­mi­nała po latach Alek­san­dra: "Przy­je­chał do Moskwy bez doku­men­tów, bez zezwo­le­nia, bez pie­nię­dzy, bez biletu kole­jo­wego i bez palta. A był to gru­dzień 1939 roku, kiedy w Moskwie pano­wały czter­dzie­sto­kil­ku­stop­niowe mrozy. I nie zna­lazł nas, gdyż zamiesz­ka­ły­śmy gdzieś indziej. Nie zna­lazł też nikogo z naszych krew­nych i bli­skich, któ­rych zabrał rok 1937. Musiał więc wra­cać, a powrót był rów­nie trudny jak droga do nas"25. Z Mał­go­rzatą udało mu się spo­tkać dopiero we wrze­śniu 1940 roku, w cza­sie dru­giego pobytu w sto­licy ZSRR, kiedy jego kochanka przy­je­chała tam na urlop. Oka­zało się, że wcze­śniej miesz­kała w Bia­łym­stoku, gdzie udało się jej zdo­być posadę nauczy­cielki. Zamie­rzała tam wró­cić i zabrać ze sobą Alek­san­drę, jak rów­nież matkę, która wciąż opie­ko­wała się dziew­czynką. W Bia­łym­stoku chciał osiąść także Bie­rut, uprzed­nio ścią­gnąw­szy tam swoją pra­wo­witą mał­żonkę z dziećmi. Na dro­dze do szczę­ścia, jakim dla Bole­sława musiało być życie w trój­ką­cie, sta­nęła jed­nak wła­dza radziecka, nie udzie­la­jąc mu pozwo­le­nia na wyjazd. Jed­nak na urlop w 1941 roku wyje­chał wła­śnie do Bia­łe­go­stoku. Nie wia­domo, czy parę na­dal coś łączyło, gdyż, jeśli wie­rzyć rela­cji Gomułki, "nie prze­by­wali razem ze sobą, zamiesz­kali oddziel­nie i chyba też nie utrzy­my­wali mię­dzy sobą kon­tak­tów"26. Ponoć Bie­rut zwią­zał się wów­czas z pewną Niemką noszącą pol­skie imię Wanda, która wsła­wiła się denun­cjo­wa­niem osób pocho­dze­nia żydow­skiego. Jed­nak jest to tylko hipo­teza i nic o owej kobie­cie nie wia­domo.

Kiedy woj­ska nie­miec­kie zaata­ko­wały ZSRR, Bie­rut prze­by­wał w Miń­sku i pozo­stał tam, gdy mia­sto zna­la­zło się w rękach hitle­row­ców. Spę­dził tam kolejne dwa lata, które w opi­nii histo­ry­ków sta­no­wią naj­bar­dziej tajem­ni­czy okres w jego życiu. Z całą pew­no­ścią wiemy, że pra­co­wał w Wydziale Apro­wi­za­cji Zarządu Mia­sta i nawet awan­so­wał na sta­no­wi­sko zastępcy kie­row­nika, stąd wysu­wane przez nie­któ­rych bada­czy przy­pusz­cze­nia o jego kola­bo­ra­cji, które zresztą podzie­lał także Wła­dy­sław Gomułka. Po latach tak pisał o tym okre­sie życia Bie­ruta: "w oczach miesz­kań­ców rze­czy­wi­ście ucho­dził za osob­nika współ­pra­cu­ją­cego z oku­pan­tem, wysłu­gu­ją­cego się Niem­com. [...] Po wyzwo­le­niu Pol­ski, kiedy w pra­sie radziec­kiej uka­zały się foto­gra­fie Bie­ruta jako prze­wod­ni­czą­cego Kra­jo­wej Rady Naro­do­wej, miesz­kańcy Miń­ska zgła­szali się do władz radziec­kich i skła­dali oświad­cze­nia, że w foto­gra­fii tej roz­po­znają osob­nika, który wcze­śniej współpra­co­wał z Niem­cami"27. Według nie­któ­rych źró­deł Bie­rut rze­czy­wi­ście współ­pra­co­wał z Niem­cami, ale jako sowiecki agent, w co z kolei wątpi jego syn Jan. Jed­nak rela­cje ludzi zna­ją­cych go w tym okre­sie budzą takie podej­rze­nia. Jedną z osób, które zetknęły się wów­czas z Bie­rutem, był kurier AK Koso­wicz, który tak opi­sał gabi­net przy­szłego pre­zy­denta Pol­ski: "Zna­la­złem się w obszer­nym gabi­ne­cie o przy­zwo­itych, jak na znisz­czony Mińsk, meblach: biurko, fotele, sto­lik, ściany zdo­bił jeden tylko obraz - wielki por­tret... Hitlera"28. Jan Chy­liń­ski uważa, że Bole­sław po pro­stu wyko­rzy­sty­wał swoje sta­no­wi­sko do pomocy potrze­bu­ją­cym: wyda­wał nie­le­gal­nie dodat­kowe przy­działy, odszu­ki­wał osoby w potrze­bie, przede wszyst­kim rodziny pole­głych lub wzię­tych do nie­woli żoł­nie­rzy.

W owym cza­sie w jego życiu poja­wiła się kolejna kobieta. Była nią młod­sza od niego o pięt­na­ście lat Ana­sta­zja Kole­sni­kowa, for­mal­nie żona kom­po­zy­tora Iza­aka Lubana, który krótko po wybu­chu wojny uciekł z Miń­ska do Moskwy, porzu­ca­jąc mał­żonkę i dzieci. Bie­rut uwił sobie w jej trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu cał­kiem wygodne gniazdko. W zamian za przy­gar­nię­cie pod swój dach i, jak należy przy­pusz­czać, uży­cze­nie mu swych wdzię­ków, Ana­sta­zja otrzy­mała od niego istotną pomoc, bowiem Bie­rut zała­twił jej dzie­ciom aryj­skie doku­menty. Nie było to łatwe: córce i synowi Kole­sni­ko­wej trzeba było bowiem "zna­leźć" aryj­skiego ojca, naj­le­piej Bia­ło­ru­sina. Rolę tę wziął na sie­bie przy­ja­ciel Ana­sta­zji z lat szkol­nych Miko­łaj Klaus. Bole­sła­wowi zostało tylko wpi­sa­nie go do urzę­do­wych doku­men­tów. Syn przy­szłego pre­zy­denta tak po latach opi­sał cha­rak­ter zna­jo­mo­ści łączą­cej Bie­ruta z Kole­sni­kową: "Ojciec i Ana­sta­zja stali się sobie bar­dzo bli­scy. Nie wyklu­czam, że łączyły ich rów­nież intymne sto­sunki [...]. On miał wów­czas pięć­dzie­siąt lat, ona trzy­dzie­ści pięć. Oboje wie­dzieli, że pobyt ojca w Miń­sku nie może trwać długo i ewen­tu­alne ich wspólne życie nie ma żad­nych trwa­łych per­spek­tyw"29.

Tym­cza­sem jego była kochanka, Mał­go­rzata For­nal­ska, wró­ciła na tereny oku­po­wa­nej Pol­ski na wio­snę 1942 roku, by jako człon­kini KC PPR współ­two­rzyć i współ­re­da­go­wać par­tyjny organ pra­sowy - "Try­bunę Wol­no­ści". Poza tym prze­jęła obo­wiązki po tra­gicz­nie zmar­łym radio­te­le­gra­fi­ście Janie Tur­lej­skim. Jej córka po latach wspo­mi­nała, że For­nal­ska, żegna­jąc się z nią, mówiła: "Pamię­taj, że jeśli zginę, to za Pol­skę"30. Mał­go­rzata, wró­ciw­szy do kraju, wezwała do sie­bie Bie­ruta, zresztą ona ręczyła za niego, a do For­nal­skiej Moskwa miała cał­ko­wite zaufa­nie. Ten chciał natych­miast wyru­szyć w drogę, ale powstrzy­mała go przed tym Ana­sta­zja, bła­ga­jąc, by zacze­kał, aż ona ukryje się z dziećmi. Ist­niało poważne ryzyko, że hitle­rowcy po jego znik­nię­ciu uznają, iż zbiegł do par­ty­zantki, a ponie­waż Kole­sni­kowa i jej dzieci ucho­dziły w Miń­sku za rodzinę Bie­ruta, gro­ziło im roz­strze­la­nie. Na szczę­ście kobie­cie wraz z dziećmi udało się zna­leźć schro­nie­nie w oddziale par­ty­zan­tów dzia­ła­ją­cym w oko­licy Miń­ska, a następ­nie prze­rzu­cono ją do Moskwy, gdzie spę­dziła całą wojnę. Po jej zakoń­cze­niu wró­ciła do Miń­ska, a Bie­rut dys­kret­nie wspo­ma­gał ją finan­sowo. Ostatni list do niej napi­sał tuż przed śmier­cią, pod­czas feral­nego pobytu w Moskwie w 1956 roku: "Nie­stety nie mogę się z Wami zoba­czyć. Był­bym bar­dzo zado­wo­lony, gdy­bym mógł bar­dziej szcze­gó­łowo dowie­dzieć się, jak Wy żyje­cie i gdzie pra­cu­je­cie. Będę ocze­ki­wał Waszego listu, jeśli może­cie go jutro napi­sać. Po list zgłosi się ten sam towa­rzysz, który wrę­czy Wam niniej­szy list. Domy­śla­jąc się, że potrze­bu­je­cie pomocy, prze­sy­łam Wam nie­wielką sumę pie­nię­dzy - wszystko, co w danym momen­cie posia­dam"31. Ana­sta­zja naj­wy­raź­niej uwa­żała się za żonę pol­skiego dzia­ła­cza, skoro w 1974 roku odwa­żyła się napi­sać do ówcze­snego pierw­szego sekre­ta­rza KC PZPR Edwarda Gierka pismo z prośbą o przy­zna­nie eme­ry­tury. W liście przed­sta­wiła się jako "przy­ja­ciel, żona i pomoc­nica jego wiel­kiego rodaka, wybit­nego dzia­ła­cza par­tyj­nego Bole­sława Bie­ruta"32. Gie­rek, choć znał Janinę Górzyń­ską, jedyną żonę Bie­ruta, i by­naj­mniej nie podej­rze­wał zmar­łego o biga­mię, naj­wi­docz­niej uznał, że coś musi być na rze­czy, skoro oso­bi­ście inter­we­nio­wał w Moskwie i Ana­sta­zja otrzy­mała sto­sowne wspar­cie finan­sowe w postaci godzi­wej eme­ry­tury. Co cie­kawe, ist­nieje hipo­teza, że Bie­rut docze­kał się z nią dziecka. Przy­pusz­cze­nie to sfor­mu­ło­wano na pod­sta­wie rela­cji jego anta­go­ni­sty Gomułki, który otwar­cie stwier­dził: "Swoim zwy­cza­jem żył tam [tzn. w Miń­sku - I.K.] z jakąś babą, któ­rej zmaj­stro­wał bachora. Zosta­wił ją, bo zie­mia paliła mu się pod nogami"33.

Słowa For­nal­skiej pod­czas poże­gna­nia z córką oka­zały się pro­ro­cze i dziew­czynce nie dane już było zoba­czyć matki. Dwa lata póź­niej Mał­go­rzata wpa­dła w ręce gestapo i została uwię­ziona na Pawiaku. 26 lipca 1944 roku roz­strze­lano ją w ruinach war­szaw­skiego getta.

Jeżeli wie­rzyć rela­cji księ­dza Jana Ziei, kape­lana Sza­rych Sze­re­gów, Mał­go­rzata w wię­zie­niu nawró­ciła się pod wpły­wem jed­nej ze współ­więź­nia­rek, byłej dzia­łaczki PPS. Kobieta ta miała wię­cej szczę­ścia od For­nal­skiej, gdyż udało jej się prze­żyć. Już po woj­nie opo­wie­działa księ­dzu Ziei o swo­ich wojen­nych losach oraz o spo­tka­niu z kochanką Bie­ruta, a kapłan spi­sał pie­czo­ło­wi­cie jej rela­cję: "W tej celi wię­zien­nej, w któ­rej się zna­la­zła, było już kil­ka­na­ście kobiet. Mię­dzy nimi Mał­go­rzata For­nal­ska. Więk­szość kobiet nie­raz wspól­nie się modliła. Mał­go­rzata trzy­mała się na ubo­czu i nie uczest­ni­czyła w tych modli­twach. Któ­re­goś dnia doszło do roz­mowy mię­dzy tą moją petentką a Mał­go­rzatą For­nal­ską. Z tej roz­mowy Mał­go­rzata ze zdu­mie­niem dowie­działa się, że w Pol­sce dzia­łały stron­nic­twa chłop­skie, doma­ga­jące się podziału wiel­kiej wła­sno­ści ziem­skiej mię­dzy chło­pów pra­cu­ją­cych na roli, i że dzia­łała też i działa Pol­ska Par­tia Socja­li­styczna wśród robot­ni­ków fabrycz­nych.

- To nas w Rosji oszu­ki­wali! - zawo­łała Mał­go­rzata. - Mówili nam, że w Pol­sce to same "pany" i dopiero my wnie­siemy tam socja­lizm"34. Choć For­nal­ska począt­kowo, jak na komu­nistkę z krwi i kości przy­stało, trzy­mała się na ubo­czu, z cza­sem stop­niowo zaczy­nała włą­czać się do modlitw współ­więź­nia­rek, by wresz­cie przed śmier­cią pojed­nać się z Bogiem. Jed­nej z nich powie­rzyła też deli­katną misję, zwra­ca­jąc się do niej ze sło­wami: "Mnie na pewno Niemcy zli­kwi­dują. A pani może się ura­tuje. Mam prośbę do pani. Ja mam dwoje dzieci35. Gdy pani znaj­dzie się na wol­no­ści, pro­szę odszu­kać moje dzieci i powie­dzieć im, że ja, ich matka, przed swą śmier­cią, pro­szę je, by przy­jęły chrzest w Kościele kato­lic­kim, bo ja ich dotąd nie dopro­wa­dzi­łam do chrztu"36.

Zapewne o For­nal­skiej nie uczono by w szkole, a ona sta­łaby się jedną z wielu dzia­ła­czek komu­ni­stycz­nych, które oddały życie za Pol­skę (oczy­wi­ście Ludową), gdyby nie romans z Bie­ru­tem, w który wplą­tała się pod­czas stu­diów w Mię­dzy­na­ro­do­wej Szkole Leni­now­skiej w Moskwie. Jej kocha­nek, kiedy tylko został pre­zy­den­tem, nie omiesz­kał uczcić pamięć Mał­go­rzaty, co wię­cej, uczy­nił z niej nie­jako męczen­niczkę komu­ni­zmu i w 1948 roku nadał jej pośmiert­nie wyso­kie odzna­cze­nie: Krzyż Grun­waldu I klasy.

Bie­rut nie­zbyt długo, o ile w ogóle, roz­pa­czał po stra­cie kochanki. Jesz­cze cza­sie gdy For­nal­ska prze­by­wała w wię­zie­niu, a on miesz­kał w War­sza­wie z żoną, poznał kolejną kobietę swego życia - Wandę Gór­ską, młod­szą od niego o 11 lat. Ich zna­jo­mość zaczęła się dość oso­bli­wie: Bie­rut wezwał Wandę do swego miesz­ka­nia w War­sza­wie, korzy­sta­jąc z pośred­nic­twa swo­jej córki Kry­styny. Ponoć towa­rzysz Tomasz chciał z nią o czymś pil­nie poroz­ma­wiać. Kobieta po latach wspo­mi­nała, iż była bar­dzo prze­jęta spo­tka­niem i tak onie­śmie­lona, że nie miała odwagi się­gnąć po cia­sto i kawę, któ­rymi ją poczę­sto­wano. Gór­ska była z zawodu nauczy­cielką i wywo­dziła się z sza­cow­nej miesz­czań­skiej rodziny, a jej ojciec miał dom w pod­war­szaw­skiej Rado­ści. Nie­któ­rzy histo­rycy uwa­żają ją za agentkę NKWD. Dowo­dem tego miał być fakt, iż Wanda była wcze­śniej zwią­zana z innym komu­ni­stycz­nym dzia­ła­czem, Paw­łem Fin­de­rem, o czym wspo­mina cho­ciażby Wła­dy­sław Gomułka: "Wanda Gór­ska była nie tylko łącz­niczką Fin­dera, lecz także jego bli­ską przy­ja­ciółką. Zamiesz­ki­wał u niej na Żoli­bo­rzu nie­mal od pierw­szych dni po przy­by­ciu do War­szawy. W 1943 roku zamiesz­kali wspól­nie w Weso­łej. Zda­rzało się, że Fin­der zapra­szał mnie do sie­bie na spo­tka­nia, które odby­wały się w obec­no­ści Wandy Gór­skiej, co naru­szało zasady kon­spi­ra­cji"37. Kobieta, wią­żąc się z Fin­de­rem, wiele ryzy­ko­wała, zwłasz­cza miesz­ka­jąc z nim pod jed­nym dachem. Fin­der był nie tylko komu­ni­stą, ale też Żydem, i aby się o tym prze­ko­nać, nie­po­trzebna była żadna kon­trola. Męż­czy­zna miał bowiem wręcz wzor­cowe semic­kie rysy twa­rzy, z czego dosko­nale zda­wał sobie sprawę i ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa ni­gdy nie jeź­dził tram­wa­jem. Nawia­sem mówiąc, Gór­ska nie była jedyną kobietą w życiu dzia­ła­cza - Fin­der, podob­nie jak Bie­rut, był już żonaty. Jego mał­żonką była inna komu­nistka, Ger­truda Paw­lak. Zarówno jego mał­żeń­stwo, jak i poza­mał­żeń­ski zwią­zek z Gór­ską zakoń­czyły się wraz z jego aresz­to­wa­niem. Zło­śliwy los zetknął go z kolejną kobietą Bie­ruta, Mał­go­rzatą For­nal­ską, którą znał od dawna i z którą współ­pra­co­wał, ale tym razem spo­tkali się w tra­gicz­nych oko­licz­no­ściach: 26 lipca 1944 roku został razem z nią roz­strze­lany w ruinach war­szaw­skiego getta.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Za: S. Koper, Wszyst­kie kobiety Bie­ruta, na: Week­end rp.pl [online], dostępne w Inter­ne­cie: http://www.rp.pl/arty­kul/928729.html?p=6 [wróć]

Za: Pol­ski Sta­lin, na: wp.pl [online], dostępne w Inter­ne­cie: http://wia­do­mo­sci.wp.pl/gid,16598507,gpage,9,img,16600384,kat,1342,title,Pol­ski-Sta­lin,gale­ria.html?ticaid=11410d&_ticrsn=3 [wróć]

Za: ibid. [wróć]

Za: P. Lipiń­ski, Bole­sław Nie­ja­sny. Opo­wieść o Bole­sławie Bie­ru­cie, For­re­ście Gum­pie pol­skiego komu­ni­zmu, War­szawa 2001, s. 11. [wróć]

Jan Chy­liń­ski uro­dził się oczy­wi­ście jako Jan Bie­rut. Na wyraźne pole­ce­nie ojca w cza­sie stu­diów przy­brał nazwi­sko jed­nego ze swo­ich wujów. [wróć]

Za: ibid., s. 27. [wróć]

Za: ibid., s. 12. [wróć]

Za: ibid. [wróć]

Za: ibid. [wróć]

Za: ibid. [wróć]

Za: ibid. [wróć]

J. Chy­liń­ski, Jaki był Bole­sław Bie­rut. Wspo­mnie­nia syna, War­szawa 1991, s. 28. [wróć]

Ibid. [wróć]

Ibid, s. 29 [wróć]

Za: P. Lipiń­ski, Bole­sław Nie­ja­sny..., op. cit., s. 15. [wróć]

Za: ibid., s. 11. [wróć]

J. Chy­liń­ski, Jaki był Bole­sław Bie­rut..., op. cit., s. 28. [wróć]

P. Lipiń­ski, Bole­sław Nie­ja­sny..., op. cit., s. 22. [wróć]

Za: Pierw­sze damy komu­ni­zmu, na: Onet.pl [online], dostępne w Inter­ne­cie: http://wia­do­mo­sci.onet.pl/prasa/pierw­sze-damy-komu­ni­zmu/8yn9t [wróć]

J. Chy­liń­ski, Jaki był Bole­sław Bie­rut..., op. cit., s. 48. [wróć]

Ibid. [wróć]

Za: P. Lipiń­ski, Bole­sław Nie­ja­sny..., op. cit., s. 25-26. [wróć]

Za: A. Gumow­ska, Córka Bie­ruta: Pro­cent od "Kapi­tału", na: New­sweek.pl [online], dostępne w Inter­ne­cie: http://pol­ska.new­sweek.pl/corka-bie­ruta-pro­cent-od-kapi­talu-,99566,1,1.html [wróć]

Za: P. Lipiń­ski, Bole­sław Nie­ja­sny..., op. cit., s. 35. [wróć]

J. Chy­liń­ski, Jaki był Bole­sław Bie­rut..., op. cit., s. 65. [wróć]

Za: ibid. [wróć]

Za: P. Lipiń­ski, Bole­sław Nie­ja­sny..., op. cit., s. 42. [wróć]

Za: Pol­ski Sta­lin, op. cit. [wróć]

J. Chy­liń­ski, Jaki był Bole­sław Bie­rut..., op. cit., s. 70. [wróć]

Za: A. Gumow­ska, Córka Bie­ruta..., op. cit. [wróć]

Za: S. Koper, Wszyst­kie kobiety..., op. cit. [wróć]

Za: ibid. [wróć]

Za: Pol­ski Sta­lin, op. cit. [wróć]

Za: S. Koper, Wszyst­kie kobiety..., op. cit. [wróć]

Jest to oczy­wi­ście nie­prawda, praw­do­po­dob­nie infor­ma­torka księ­dza źle zro­zu­miała słowa Mał­go­rzaty, For­nal­ska miała tylko jedno dziecko - córkę Alek­san­drę. [wróć]

Za: ibid. [wróć]

Za: ibid. [wróć]