Służby specjalne. Podwójna przykrywka - Patryk Vega

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kontr­wy­wiad woj­skowy

W jaki spo­sób tra­fi­łeś do kontr­wy­wiadu?

Wszystko, co osią­gną­łem, za­wdzię­czam woj­sku i za­wsze o tym pa­mię­tam. Kiedy mia­łem pięt­na­ście lat, obej­rza­łem w te­le­wi­zji pol­ski film Czer­wone be­rety. Z moim ko­legą z dziel­nicy po­szli­śmy na dach ka­mie­nicy i długo ga­da­li­śmy o tym, co wi­dzie­li­śmy. Po­wie­dzia­łem mu wtedy, że zro­bię wszystko, żeby kie­dyś do­stać się do Be­re­tów. No i przy­szedł rok 1983. Mia­łem już osiem­na­ście lat i do­sta­łem we­zwa­nie do woj­ska. By­łem wtedy po za­wo­dówce, tre­no­wa­łem ka­rate, bie­ga­łem. Po­sze­dłem do WKU, a tam fa­cet, który ro­bił ewi­den­cję, za­py­tał mnie, co bym chciał ro­bić w woj­sku. Od­po­wie­dzia­łem, że chcę pójść do czer­wo­nych be­re­tów. Na co on: "Czy zda­jesz so­bie sprawę, co to w ogóle jest za jed­nostka i z czym wiąże się służba w niej?". Od­par­łem, że wi­dzia­łem film, a on mi na to, że film wszyst­kiego nie od­daje. Ale po­wie­dzia­łem twardo, że się de­cy­duję - nie wie­dząc jesz­cze, co mnie bę­dzie w związku z tym w ży­ciu cze­kało. Wy­słali mnie za­tem na kurs spa­do­chro­nowy do Kro­sna, który trwał mie­siąc.

Jako cy­wila?

Tak. To był taki kurs przy­go­to­waw­czy przed woj­skiem. Od­da­wało się trzy skoki ze spa­do­chronu. In­struk­to­rami byli żoł­nie­rze. Po ukoń­cze­niu szko­le­nia, je­sie­nią 1984 roku, do­sta­łem po­wo­ła­nie do jed­nostki w Lę­borku, ja­kieś sto ki­lo­me­trów od Gdań­ska. Jak tam przy­je­cha­łem i prze­sze­dłem przez bramę, zo­ba­czy­łem żoł­nie­rzy w nie­bie­skich be­re­tach. Mia­łem ochotę za­wró­cić. Po pro­stu nie wie­dzia­łem, co ze sobą zro­bić. By­łem za­ła­many. Bo mi się ma­rzyły cały czas te czer­wone. Ale wsze­dłem i za­częła się uni­tarka.

Co to jest?

To czas do przy­sięgi. Ro­bią z cie­bie żoł­nie­rza, uczą cię cho­dzić, mó­wić, strze­lać, ob­słu­gi­wać broń. Na uni­tarce są tylko mło­dzi żoł­nie­rze. W ogóle oka­zało się, że jed­nostka 3596/R to kom­pa­nia roz­po­znaw­cza.

Nie wie­dzia­łem, co to jest. Wcze­śniej za­po­znano nas ze struk­turą kom­pa­nii, na którą skła­dały się: dwa plu­tony roz­po­znaw­cze, plu­ton płe­two­nur­ków, plu­ton łącz­no­ści, plu­ton za­opa­trze­nia i re­mon­tów oraz plu­ton spe­cjalny. Jak tylko usły­sza­łem "plu­ton spe­cjalny", to od razu się za­in­te­re­so­wa­łem. Po uni­tarce żoł­nie­rze byli przy­dzie­lani do róż­nych plu­to­nów. Do mnie przy­szedł ka­pral An­drzej Skrodzki i za­py­tał:

- Pie­czonka, chcesz być ko­man­do­sem?

Od­po­wie­dzia­łem, że tak. A on na to:

- To pój­dziesz do plu­tonu spe­cjal­nego.

- A co to jest?

- Do­wiesz się w swoim cza­sie.

Oka­zało się, że plu­ton spe­cjalny to była jed­nostka dy­wer­syjno-roz­po­znaw­cza, która dzia­łała na rzecz 7. Bry­gady Obrony Wy­brzeża, czyli de­santu mor­skiego. Pro­wa­dziła roz­po­zna­nie, dy­wer­sję - to, co ro­bią kom­pa­nie spe­cjalne w Woj­sku Pol­skim, tyle że to nie była kom­pa­nia, tylko plu­ton. Róż­ni­li­śmy się od nich mię­dzy in­nymi tym, że no­si­li­śmy nie­bie­skie be­rety, a nie czer­wone. Jako cie­ka­wostkę po­wiem ci jesz­cze, że przy­go­to­wy­wano nas na wy­pa­dek wojny, czyli kon­fliktu z NATO. Mó­wiąc kon­kret­niej: do dzia­łań dy­wer­syjno-roz­po­znaw­czych na te­ry­to­rium ca­łej Skan­dy­na­wii.

A by­li­ście tam w ogóle?

Nie, ale mie­li­śmy "szko­le­nie z ob­cych ar­mii" - czyli oby­cza­jów, ja­kie tam pa­nują, sy­tu­acji po­li­tycz­nej, za­cho­wań lud­no­ści cy­wil­nej i tak da­lej. Pod­sta­wowe, ogólne in­for­ma­cje.

Dla­czego aku­rat Pół­noc?

To miał być nasz te­atr dzia­łań wo­jen­nych, gdyby do­szło do kon­fliktu z NATO. Do Skan­dy­na­wii miały zo­stać prze­rzu­cone jed­nostki dy­wer­syjne, mię­dzy in­nymi na­sza, Pięć­dzie­siąta Szó­sta i Czter­dzie­sta Ósma - jed­nostki spe­cjalne. Cho­dziło o to, żeby spa­ra­li­żo­wać dzia­ła­nie szwedz­kich, nor­we­skich i duń­skich jed­no­stek li­nio­wych w Skan­dy­na­wii.

Na czym ta dy­wer­sja miała po­le­gać?

Na nisz­cze­niu punk­tów new­ral­gicz­nych, ta­kich jak mo­sty, elek­trow­nie, wo­do­ciągi, jed­nostki woj­skowe. Do tego mie­li­śmy pro­wa­dzić też dez­in­for­ma­cję, na przy­kład po­przez prze­sta­wia­nie zna­ków dro­go­wych.

Czyli nie cho­dziło o pro­wa­dze­nie otwar­tej wojny?

Nie, to miała być dy­wer­sja. Mie­li­śmy utwo­rzyć bazę w le­sie i stam­tąd pro­wa­dzić dzia­ła­nia. Rów­nież wy­wia­dow­cze.

A jak za­mie­rzano was tam prze­rzu­cić?

Były różne sce­na­riu­sze - trans­port pod wodą albo zrzut na spa­do­chro­nach. Co cie­kawe, prze­ży­cie ta­kiej grupy spe­cjal­nej, pię­cio­oso­bo­wej, w przy­padku kon­fliktu NATO z Ukła­dem War­szaw­skim sza­co­wano na go­dzinę.

Co to zna­czy?

Że prze­ży­li­by­śmy go­dzinę. Może dwie.

Dla­czego tylko tyle?

Z ana­liz wy­cho­dziło, że jak grupy zo­staną zrzu­cone, to na sto-dwie­ście osób prze­żyje jedna, może dwie, góra trzy. I może uda im się wy­ko­nać ja­kieś za­da­nie. Tak wy­glą­dały pro­gnozy na wy­pa­dek kon­fliktu zbroj­nego.

Jak was przy­go­to­wy­wano?

Uczono nas na przy­kład, jak prze­żyć w le­sie. Czyli że można jeść korę, zbie­rać grzyby, zimą po­lo­wać na zwie­rzynę. Wie­dzie­li­śmy też, jak za­cie­rać ślady.

Opo­wiedz.

Na buty za­kła­dało się ta­kie spe­cjalne ochra­nia­cze zro­bione ze szmat. Do tego brało się igły z drzewa igla­stego albo całą ga­łąź i za­ma­zy­wało się ślady. Można było też pieprz roz­sy­pać.

Żeby psy nie wy­czuły?

Tak. Or­ga­ni­zo­wano ćwi­cze­nia, które po­le­gały na tym, że ści­gały nas psy i mu­sie­li­śmy za­cie­rać ślady. Pa­mię­tam, że w ca­łym opo­rzą­dze­niu prze­pra­wia­li­śmy się wtedy przez rzekę, która miała ze trzy ki­lo­me­try. Ro­bi­li­śmy to w ten spo­sób, że prze­pra­wia­li­śmy się na drugi brzeg, po czym po­ko­ny­wa­li­śmy kil­ka­set me­trów, na­stęp­nie wra­ca­li­śmy na po­przedni brzeg, szli­śmy kil­ka­set me­trów i znowu prze­pra­wia­li­śmy się przez rzekę. I tak kilka razy, żeby zgu­bić psy. A woda była po pas. Nie­stety mia­łem pe­cha, bo na dnie tej rzeki był ja­kiś ko­nar, i wy­pier­dzie­li­łem się z ca­łym opo­rzą­dze­niem. No ale cóż, trzeba iść da­lej. A było bar­dzo zimno.

Nie prze­zię­bi­łeś się?

Nie. Wiesz, ad­re­na­lina i ruch ro­bią swoje. Poza tym przy­go­to­wy­wali nas psy­chicz­nie na ta­kie sy­tu­acje. Ro­bi­li­śmy na przy­kład mar­sze dłu­go­dy­stan­sowe.

Mie­li­śmy wpo­jone, że jak do­pad­nie nas kry­zys, nie wolno nam się za­trzy­mać na­wet na chwilę, że mamy iść da­lej. Bo tylko tak można po­ko­nać kry­zys.

I co? Dzia­łało?

Tak. Pa­mię­tam, że mój pierw­szy marsz miał dy­stans dzie­się­ciu ki­lo­me­trów, a ja nie mo­głem przejść pię­ciu. Wiesz, to całe opo­rzą­dze­nie: broń, ma­ska, mun­dur, wa­żyło ze trzy­dzie­ści kilo. Do tego nie­umie­jęt­nie do­bra­li­śmy tempo mar­szu. Ale po­tem sta­rzy żoł­nie­rze wy­ja­śnili nam, jak na­leży dzia­łać w ta­kich sy­tu­acjach i jak po­ko­nać kry­zys.

Jak?

Przede wszyst­kim po­ka­zali nam, jak spa­ko­wać sprzęt, żeby wszystko się zmie­ściło w za­sob­niku i by nic nas nie piło. Bo nie było wtedy go­re­tek­sów, broni zro­bio­nej z lek­kich ma­te­ria­łów, ciu­chów od­pro­wa­dza­ją­cych pot i tak da­lej. Mu­sie­li­śmy so­bie ra­dzić ze sprzę­tem, który mie­li­śmy. A to był nasz cały do­by­tek, który w ra­zie ko­niecz­no­ści miał nam ura­to­wać ży­cie. Poza tym - tak jak wspo­mnia­łem - tłu­ma­czyli nam, że w ra­zie kry­zysu nie można się za­trzy­mać.

Trzeba iść da­lej za wszelką cenę.

Ja­kie jesz­cze mie­li­ście szko­le­nia?

Mie­li­śmy jedno trzy­do­bowe na po­li­go­nie ra­kie­to­wym. Po­le­gało na tym, że mu­sie­li­śmy przejść na po­li­gon, z Lę­borka do To­ru­nia, nie­zau­wa­żeni, a na­stęp­nie pod­ło­żyć imi­to­wany ła­du­nek wy­bu­chowy pod wy­rzut­nie ra­kie­towe. Ta jed­nostka ra­kie­towa otrzy­mała oczy­wi­ście in­for­ma­cję, że w re­jo­nie dzia­łają jed­nostki dy­wer­syjne.

Jak wy­glą­dały ta­kie ma­te­riały wy­bu­chowe?

To były kostki, które imi­to­wały wy­buch i wy­dzie­lały czer­wony dym. No więc naj­pierw zro­bi­li­śmy roz­po­zna­nie, a po­tem pod­ło­ży­li­śmy ten ła­du­nek i go zde­to­no­wa­li­śmy.

Czyli wam się udało?

Tak. W Lę­borku, w plu­to­nie spe­cjal­nym, uczono nas by­to­wa­nia w ukry­ciu, ro­bie­nia za­sa­dzek czy prze­ni­ka­nia. Szko­li­li­śmy się wspól­nie z 56. Kom­pa­nią Spe­cjalną ze Szcze­cina, 1. Ba­ta­lio­nem Sztur­mo­wym z Dziw­nowa oraz z Kom­pa­nią Spe­cjalną ze Star­gardu Szcze­ciń­skiego. Od­by­wa­li­śmy wspólne szko­le­nia na po­li­go­nie Ja­wo­rze w Draw­sku Po­mor­skim. Zwra­cano uwagę szcze­gól­nie na pracę w gru­pie. By­łem strzel­cem RPKS - ręcz­nego ka­ra­binu ma­szy­no­wego ze skła­daną kolbą. Raz do roku or­ga­ni­zo­wano za­wody pod­od­dzia­łów do dzia­łań spe­cjal­nych. Od­by­wał się wtedy swo­isty spraw­dzian rocz­nego szko­le­nia zwia­dowcy. Można to po­rów­nać do dzi­siej­szej se­lek­cji do jed­no­stek spe­cjal­nych, ta­kich jak GROM czy For­moza. Za­wody trwały sie­dem dni, a kon­ku­ren­cje były na­stę­pu­jące: to­po­gra­fia, ar­mie obce, strze­la­nie, pły­wa­nie, bie­ga­nie, li­kwi­da­cja war­tow­nika. Naj­trud­niej­szą był nocny skok ze spa­do­chro­nem w peł­nym opo­rzą­dze­niu, a po­tem dłu­go­dy­stan­sowy - sześć­dzie­się­cio­ki­lo­me­trowy - marsz na czas. Ska­kała cała grupa i li­czył się czas wszyst­kich osób, które wcho­dziły w jej skład.

Za­sob­nik wa­żył trzy­dzie­ści ki­lo­gra­mów, do tego do­cho­dził spa­do­chron główny i za­pa­sowy oraz broń, ła­dow­nice, ma­ska prze­ciw­ga­zową i PZW, czyli wie­lo­czyn­no­ściowy płaszcz zwia­dowcy. Był to płaszcz gu­mowy wiel­ko­ści jed­no­oso­bo­wego pon­tonu, speł­nia­jący funk­cję osłony przed BMR, czyli bro­nią ma­so­wego ra­że­nia i che­miczną, słu­żący też do prze­praw wod­nych. A w za­sob­niku było wszystko to, co ci oj­czy­zna dała. Czyli dresy, bie­li­zna, pa­łatka ze ste­la­żem, skar­pety, chle­bak, skła­dana sa­perka z po­krow­cem, przy­bory to­a­le­towe, dwa ręcz­niki... A jak za­sob­nik nie wa­żył trzy­dzie­stu ki­lo­gra­mów, to do­wódca ka­zał wkła­dać do niego ce­gły. Sko­czek o śred­niej wa­dze osiem­dzie­się­ciu ki­lo­gra­mów wa­żył z tym sprzę­tem na­wet sto pięć­dzie­siąt kilo.

Na­stęp­nie pod­pi­na­łeś do pasa głów­nego ła­dow­nice z ma­ga­zyn­kami, ma­skę prze­ciw­ga­zową i PZW, broń za­wi­niętą w spe­cjalny bre­zen­towy po­kro­wiec. Po­tem za­kła­da­łeś spa­do­chron główny i za­pa­sowy. Na­stęp­nie prze­cho­dzi­łeś przez trzy li­nie kon­troli i spraw­dzali cię in­struk­to­rzy, od­po­wie­dzialni za to, czy masz od­po­wied­nio zło­żony spa­do­chron główny i za­pa­sowy oraz uło­żoną całą resztę. Mia­łeś też dwa noże: spa­do­chro­nowy, słu­żący do cię­cia li­nek w ra­zie za­gro­że­nia, oraz nóż sztur­mowy, czyli szty­let i ba­gnet w jed­nym. Na wy­pa­dek wojny da­wali jesz­cze wie­lo­czyn­no­ściowy nóż zwia­dowcy, to zna­czy nóż sprę­ży­nowy z - mię­dzy in­nymi - za­pal­niczką.

Po kon­tro­lach cze­ka­łem na wej­ście do sa­mo­lotu. Trwało to róż­nie, w za­leż­no­ści od liczby skocz­ków. Nie­raz mu­sia­łem cze­kać w peł­nym opo­rzą­dze­niu dwie-trzy go­dziny, za­nim wsze­dłem na po­kład. W za­leż­no­ści od typu sa­mo­lotu cze­kało dwu­na­stu skocz­ków - w An-2, lub czter­dzie­stu - w An-26. Były to ty­powe trans­por­towe sa­mo­loty woj­skowe. W żar­go­nie spa­do­chro­nia­rzy mó­wiono na nie "sa­mo­loty szyb­kie".

W Lę­borku zdo­by­łem ty­tuł Skoczka Spa­do­chro­no­wego Wojsk Po­wietrz­no­de­san­to­wych - od­da­łem pięt­na­ście sko­ków ze spa­do­chro­nem, w tym w nocy, do je­ziora Mie­dwie, oraz z szyb­kiego sa­mo­lotu. W su­mie mam za sobą sie­dem­dzie­siąt pięć sko­ków, co upraw­nia mnie do no­sze­nia "gapy", czyli od­znaki skoczka. Na po­li­go­nie stare woj­sko nas mniej ści­gało, a ka­dra ćwi­czyła z nami, żeby się zin­te­gro­wać. Bo ta­kie były wtedy za­sady wojsk spe­cjal­nych.

Poza po­li­go­nem ist­niała fala?

Tak. Czte­rech z nas po uni­tarce tra­fiło do plu­tonu spe­cjal­nego, ale ja mia­łem naj­go­rzej, bo ni­komu nie wła­zi­łem w dupę. Je­bali mnie jak psa, bili, ka­zali pa­rzyć dzie­się­ciu sta­rym her­batę. Naj­go­rzej było, jak po­chlali. Wy­cią­gali nas z sali, ka­zali sta­wać w rzę­dzie i na przy­kład na­pier­da­lali w brzuch. "No i co, ko­man­dos, wy­trzy­masz czy nie wy­trzy­masz?" - py­tali. Albo pod­cho­dzili i w kar­czy­cho na­pier­da­lali z ca­łej siły. Cza­sami po­tra­fili ta­bo­re­tem w plecy ude­rzyć. Albo ka­zali pompki ro­bić i ska­kali po to­bie. Co jesz­cze wy­my­ślali? Da­wali ci na plecy dwa za­sob­niki po trzy­dzie­ści kilo i mu­sia­łeś w nich peł­nić do­dat­kowe warty, wła­śnie za tych sta­rych.

Ge­ne­ral­nie przez rok nie wolno było sia­dać: jak wcho­dziło stare woj­sko, to mu­sia­łeś stać. Za­wsze trzeba było wie­dzieć, ile ma się dni do cy­wila. Jak nie pa­mię­ta­łeś, to mu­sia­łeś pom­po­wać. W cza­sie Dzien­nika Te­le­wi­zyj­nego sie­działo się w po­sta­wie ra­dio­te­le­gra­fi­sty: z ga­zetą mię­dzy no­gami, w bez­ru­chu. Trzeba było pa­trzeć pro­sto przed sie­bie w te­le­wi­zor. Prze­je­bane. Zda­rzało się tak, że w nocy pod­cho­dził je­den stary, pod­no­sił twoje łóżko i ro­bił "de­san­to­wa­nie". Czyli wy­pier­da­lał cię z łóż­kiem do góry no­gami i mógł ci przy tym zła­mać krę­go­słup. I tak parę razy w ciągu nocy.

By­łeś w sta­nie po tym w ogóle za­snąć?

Mu­sia­łem to so­bie ja­koś w gło­wie po­ukła­dać... Sen był chu­jowy, ale co mo­głem zro­bić?

To i tak nie było naj­gor­sze. Cza­sami ka­zali nam stać w pi­dża­mach przed bu­dyn­kiem na mro­zie przez go­dzinę lub dwie...

Albo jak spa­li­śmy, to wy­le­wali na nas ku­beł zim­nej wody. Pompki ka­zali ro­bić w akwa­lungu.

Czym to tłu­ma­czysz? Sa­dy­zmem?

Z pew­no­ścią. Choć nie wszystko było złe. Pompki, przy­siady, za­cie­ra­nie śla­dów, mar­sze - to było do­bre. Ale wy­wa­la­nie łó­żek i na­pier­da­la­nie w kar­czy­cho to już zwy­kły sa­dyzm.

Mia­łeś ja­kieś mo­menty kry­zy­sowe?

Je­den z żoł­nie­rzy sta­rego rocz­nika strasz­nie mnie do­cie­rał. Mia­łem z nim to­tal­nie prze­je­bane. Bił mnie, po­ni­żał, wy­ży­wał się na maksa. W końcu po­my­śla­łem, że mu­szę zro­bić coś tak spek­ta­ku­lar­nego, żeby się prze­stra­szył i ode mnie od­pie­przył. Z dru­giej strony li­czy­łem się z tym, że je­śli coś ta­kiego zro­bię, to będę miał jesz­cze bar­dziej prze­wa­lone.

Raz w war­towni w le­sie peł­ni­łem wartę gar­ni­zo­nową, a ten ko­leś miał mnie zmie­nić ra­zem z sze­ścioma in­nymi war­tow­ni­kami. Jak już pod­cho­dzili, to wzią­łem ka­ła­cha, prze­ła­do­wa­łem, sta­ną­łem na­prze­ciwko niego i mó­wię: "Od­je­bię cię, kurwo, jak mi nie dasz świę­tego spo­koju. Za­je­bię cię na miej­scu, za­pier­dolę". Pa­dli wszy­scy na glebę. A ja mia­łem taką ad­re­na­linę, że na­prawdę nie­wiele bra­ko­wało, bym po­cią­gnął za spust.

W końcu mnie uspo­ko­ili, ale ten stary był ze­srany jak skur­wy­syn. Jak i cała zmiana zresztą. Kiedy przy­sze­dłem na kom­pa­nię, to na­pier­da­lali mnie póź­niej przez całą noc. A po­tem dali mi święty spo­kój. Bo wie­dzieli, że jak bę­dzie na­stępna taka sy­tu­acja, to mogę coś od­wa­lić.

A czemu cię gnę­bili w pierw­szą noc po tej ak­cji? By za­zna­czyć, kto rzą­dzi?

My­ślę, że mu­sieli to po pro­stu od­re­ago­wać.

Co do­kład­nie ro­bili?

Bie­ga­łem w ca­łym opo­rzą­dze­niu, sprzą­ta­łem, pompki ro­bi­łem, przy­siady i tak w kółko.

A jak­byś po­wie­dział, że nie bę­dziesz bie­gał, to co by zro­bili?

Nie wiem, ale my­ślę, że mo­gliby mnie oka­le­czyć. Wy­daje mi się jed­nak, że chcieli od­re­ago­wać. Ewen­tu­al­nie mnie zmięk­czyć. Może są­dzili, że po tym do­cie­ra­niu będę ich bła­gał o li­tość, o prze­ba­cze­nie. A ja się nie pod­da­łem. No i po­tem mia­łem spo­kój. By­łem je­dy­nym, który się nie skar­żył. I wła­śnie to zde­cy­do­wało, że zwró­cił na mnie uwagę kontr­wy­wiad.

Jak to się stało?

Pew­nego dnia we­zwał mnie do sie­bie ofi­cer kontr­wy­wiadu i po­wie­dział:

- Wiem, że masz naj­bar­dziej prze­je­bane ze wszyst­kich mło­dych żoł­nie­rzy.

- Skąd oby­wa­tel po­rucz­nik wie? Ja nie na­rze­kam na woj­sko. Mnie się w woj­sku po­doba.

A ten za­czął mi wy­mie­niać na­zwi­ska tych, co mnie gno­ili: że ten to chuj, a tam­ten jesz­cze więk­szy by­dlak... Po­wie­dzia­łem, że tak wi­docz­nie musi być, i wy­tłu­ma­czy­łem mu, że chcę być naj­lep­szym zwia­dowcą, dy­wer­san­tem, że to moje ma­rze­nie. A on na to:

- Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję.

- Jaką?

- A nie chciał­byś współ­pra­co­wać z kontr­wy­wia­dem woj­sko­wym?

Po­czu­łem się, jakby mi ktoś dał gwiazdkę z nieba. Za­py­ta­łem go po­tem, dla­czego wy­brał aku­rat mnie. Po­wie­dział, że cały czas by­łem pod ob­ser­wa­cją.

Czyli dał mi do zro­zu­mie­nia, że w ca­łej kom­pa­nii znaj­do­wali się lu­dzie, któ­rzy mu­sieli prze­ka­zy­wać in­for­ma­cje na mój te­mat: jak się za­cho­wuję, jak zno­szę stres, wszyst­kie szy­kany. Po­ka­za­łem, że je­stem twardy psy­chicz­nie i ra­dzę so­bie z ciężką uni­tarką.

Na czym po­le­gała praca kontr­wy­wia­dow­cza?

Przede wszyst­kim na zbie­ra­niu in­for­ma­cji. Wtedy na­zy­wało się to WSW (Woj­skowa Służba We­wnętrzna), a po­tem prze­kształ­ciło w WSI (Woj­skowe Służby In­for­ma­cyjne). Na wstę­pie po­wie­dzia­łem temu ofi­ce­rowi, że nie będę się zaj­mo­wał in­for­mo­wa­niem, że szef kom­pa­nii za­pier­do­lił parę bu­tów i pięć par ka­le­so­nów albo że za­wi­nął pa­liwo z czołgu. Bo ta­kie rze­czy też się działy. Tym niech się zaj­mują inni. Mnie in­te­re­so­wała praca ty­powo kontr­wy­wia­dow­cza.

Naj­pierw za­częli mnie uczyć, jak się pi­sze mel­dunki, jak się or­ga­ni­zuje spo­tka­nia, jak unik­nąć ob­ser­wa­cji. Po­tem za­czą­łem do­sta­wać pro­ste za­da­nia. Na przy­kład mia­łem spo­rzą­dzić cha­rak­te­ry­stykę oby­wa­tela X. Wie­dzia­łem tylko, że jest po­dej­rze­nie, że może współ­pra­co­wać z obcą służbą. No to zbie­ra­łem in­for­ma­cje na jego te­mat. Ale to nie było tak, że so­bie po­tem po pro­stu przy­cho­dzi­łem i im o tym opo­wia­da­łem. Wszystko było tajne. Dla­tego na­uczyli mnie wy­zna­czać spo­tka­nia.

Po­le­gało to na tym, że na kon­kret­nym mu­rze była na­ry­so­wana kropka albo kre­ska. Dzięki temu wie­dzia­łem, że spo­tka­nie od­bę­dzie się, po­wiedzmy, w pią­tek o dwu­dzie­stej dru­giej. A wcze­śniej mie­li­śmy wy­zna­czone miej­sce spo­tkań - przy­kła­dowo ja­kąś piw­nicę. Ofi­cera kontr­wy­wiadu nie in­te­re­so­wało, że w tym sa­mym cza­sie, kiedy mia­łem wy­zna­czone spo­tka­nie, mu­sia­łem po­sprzą­tać re­jon na kom­pa­nii.

Czyli nikt nie wie­dział, że je­steś szko­lony na kontr­wy­wia­dowcę?

Nie, o tym nie wie­dział nikt. Mu­sia­łem więc sprzą­tać re­jon, w mię­dzy­cza­sie myk­nąć przez płot, tak żeby mnie nikt nie zła­pał, pójść na spo­tka­nie, spo­rzą­dzić mel­du­nek, wró­cić ze spo­tka­nia i da­lej sprzą­tać re­jon.

A gdzie pi­sa­łeś te mel­dunki?

Przy tym ofi­ce­rze. Bo jak­bym pi­sał na jed­no­stce, ktoś mógłby to za­uwa­żyć. Na po­czą­tek ofi­cer da­wał mi różne pro­ste za­da­nia. Na przy­kład mu­sia­łem spraw­dzić, czy kody alar­mowe zo­stały za­bez­pie­czone, czy w jed­no­stce woj­sko­wej warty są do­brze peł­nione, jaki jest stan broni, czy na szko­le­niach lecą so­bie w kulki czy się przy­kła­dają... i tak da­lej.

Czyli taka we­wnętrzna kon­trola.

Wła­śnie tak.

Co spraw­dza­łeś, ro­biąc cha­rak­te­ry­stykę ja­kie­goś czło­wieka?

Na przy­kład czy jest sys­te­ma­tyczny, czy się obija na za­ję­ciach, czy wy­cho­dzi z ja­kąś ini­cja­tywą, czy jest pro­sta­kiem. Bo jak był in­te­li­gentny, to można było z nim po­roz­ma­wiać, wy­cią­gnąć od niego ja­kieś in­for­ma­cje. Wiesz, cza­sami zna­czące są na­wet ta­kie szcze­góły, że dany fi­gu­rant ma ja­kieś po­ję­cie o hi­sto­rii, po­li­tyce, obron­no­ści.

W mię­dzy­cza­sie uczest­ni­czy­łem nor­mal­nie w róż­nego ro­dzaju szko­le­niach woj­sko­wych. Na przy­kład ogła­szano alarm, wy­rzu­cano nas gdzieś w le­sie i da­wano dwa-trzy dni na do­tar­cie do jed­nostki woj­sko­wej. WSW, Służby Ochrony Ko­lei i mi­li­cja były po­wia­da­miane, że w da­nym re­jo­nie dzia­łają dy­wer­sanci. A my po dro­dze mu­sie­li­śmy wy­ko­ny­wać różne za­da­nia wy­wia­dow­cze, ta­kie jak roz­po­zna­nie lot­ni­ska, roz­po­zna­nie mo­stów, ro­bie­nie zdjęć, zbie­ra­nie in­for­ma­cji o lud­no­ści.

Jak się robi ta­kie roz­po­zna­nie?

Opo­wiem ci na przy­kła­dzie. Mie­li­śmy zro­bić roz­po­zna­nie jed­nostki woj­sko­wej w oko­li­cach Rę­bie­chowa. To zna­czy wejść do tej jed­nostki, roz­po­znać wartę, zo­ba­czyć, jaki mają sprzęt, do­stać się na kom­pa­nię w nocy i spi­sać plan szko­le­nia.

Jak to zro­bi­li­ście?

Po­nie­waż sami by­li­śmy żoł­nie­rzami, wie­dzie­li­śmy, że naj­lep­szy mo­ment na spe­ne­tro­wa­nie ko­szar jest mię­dzy drugą a czwartą w nocy.

Czemu?

Bo wtedy na­stę­puje zmiana dy­żur­nych i z re­guły ci nowi po­tem śpią. Sie­dzą przy sto­liku i ki­mają. To jest naj­lep­szy mo­ment, żeby wejść. Owi­nę­li­śmy buty szma­tami i we­szli­śmy do ko­szar. Po ci­chutku omi­nę­li­śmy rze­czy­wi­ście śpią­cego dy­żur­nego, spi­sa­li­śmy plan szko­le­niowy - i za­da­nie wy­ko­nane. Tak to wy­glą­dało. W końcu zbli­żył się mój czas odej­ścia do cy­wila. Po­sze­dłem do mo­jego ofi­cera pro­wa­dzą­cego, żeby się do­wie­dzieć, co te­raz bę­dzie, bo chcia­łem w woj­sku zo­stać. A on mi na to, że­bym po­szedł do cy­wila.

- Ale jak to? - za­py­ta­łem.

- Nor­mal­nie. Idź do cy­wila, znajdź so­bie pracę. Może się coś wy­da­rzy w twoim ży­ciu.

No i od­sze­dłem do cy­wila. Przed woj­skiem pra­co­wa­łem jako me­cha­nik sa­mo­cho­dowy w gdań­skim Trans­bu­dzie, więc mo­głem tam wró­cić. Ale szybko się stam­tąd zwol­ni­łem, bo za­pu­kał do mnie zna­jomy i po­wie­dział: "Sły­sza­łem, że szu­kasz pracy. Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję. Nie chciał­byś się za­trud­nić w fir­mie pol­sko-za­gra­nicz­nej?". W tam­tym cza­sie taka praca była jak etat w Ra­fi­ne­rii Gdań­skiej.

Firma zaj­mo­wała się pro­duk­cją szczo­tek do wło­sów i lu­ste­rek, w do­datku znaj­do­wała się bli­sko mo­jego domu, więc z chę­cią za­czą­łem tam pra­co­wać. Za­ra­bia­łem do­bre pie­nią­dze, a po go­dzi­nach tre­no­wa­łem. I cze­ka­łem. Po pół roku ofi­cer pro­wa­dzący z Lę­borka na­wią­zał ze mną kon­takt. Spy­tał mnie, czy wstą­pił­bym do woj­ska jako żoł­nierz za­wo­dowy. Po­wie­dzia­łem, że tak. On na to:

- Do­bra, po­je­dziesz do Kra­kowa, do 16. Ba­ta­lionu Po­wietrz­no­de­san­to­wego, czyli czer­wo­nych be­re­tów. Do­wódcą od­działu jest ma­jor Wa­niek. Za­py­tasz go, czy bę­dzie miał dla cie­bie etat.

- Okej, a co da­lej?

- Na ra­zie masz zro­bić tyle.

No to po­je­cha­łem tam, za­mel­do­wa­łem się i do­sta­łem etat. Przy­dzie­lili mnie do 1. Kom­pani Sztur­mo­wej. Po­wiem ci, że jak zo­ba­czy­łem, co się tam dzieje, jaki tam jest bur­del w po­rów­na­niu z tym, co mia­łem w Lę­borku, to się za­ła­ma­łem. Czer­wone be­rety, kurwa. Taka otoczka, że elita, że ta­kie prze­chuje, a jak zo­ba­czy­łem to od środka, to so­bie po­my­śla­łem: "Ale mnie wje­bali".

Co tam się działo?

Opo­wiem ci na kon­kret­nym przy­kła­dzie. Po­je­cha­li­śmy na szko­le­nia na po­li­gon w No­wej Dę­bie. Był tam taki szef służby tech­nicz­nej, sa­mo­cho­do­wej. Gdy po za­ję­ciach wy­jeż­dża­li­śmy z parku sa­mo­cho­do­wego na po­li­go­nie, to ten gość stał przy szla­ba­nie i ka­zał nam trze­pać gu­mowe chod­niki z auta. Bo na­nie­śli­śmy pia­chu. Czu­jesz? Albo jak wy­cho­dzi­li­śmy z tych UAZ-ów, to mó­wił, że­by­śmy otrze­py­wali buty. To było, kurwa, naj­waż­niej­sze dla ko­man­do­sów! To okre­ślało na­szą zdol­ność bo­jową! Było ta­kich sy­tu­acji mnó­stwo i strasz­nie nas to mier­ziło. Ta­kie tre­po­stwo.

Do­wódcą mo­jej kom­pani był po­rucz­nik Ko­wal­ski. Gdy go po­zna­łem, to so­bie po­my­śla­łem: "Ja pier­dolę, co to za go­stek?". Nie pa­suje w ogóle do tej ekipy. Szko­lić się chciał, wpro­wa­dzał różne za­chod­nie in­no­wa­cje. Cho­dził na si­łow­nię, bie­gał, na tor prze­szkód nas brał, na boks. Chciał, że­by­śmy byli ko­man­do­sami z krwi i ko­ści. A ja mu przy­pa­dłem do gu­stu. Mija tro­chę czasu, w końcu wzywa mnie ofi­cer kontr­wy­wiadu tej jed­nostki. Robi to w spo­sób ofi­cjalny, żeby wszy­scy wie­dzieli o tym, że u niego by­łem. Bo ge­ne­ral­nie to jest nor­malna pro­ce­dura. Przy­cho­dzę do niego, a on za­czyna, że mamy wspól­nego zna­jo­mego. To mó­wię:

- Wie pan co, pan mi tu­taj się przed­sta­wia, że jest z kontr­wy­wiadu woj­sko­wego... A ja po­pro­szę pana le­gi­ty­ma­cję.

No wiesz, ktoś mógł się na przy­kład pod­szy­wać. Ale okej, po­ka­zał mi tę le­gi­ty­ma­cję - oni mieli ta­kie spe­cjalne, cha­rak­te­ry­styczne do­ku­menty. I da­lej mówi:

- Je­steś w pierw­szej kom­pa­nii u Ko­wal­skiego. Sły­sza­łem, że nie­źle ci idzie. Słu­chaj, przyj­dzie taki mo­ment, że już nie będę się z tobą kon­tak­to­wał. Ktoś inny bę­dzie się chciał z tobą ko­le­go­wać.

I tyle.

Dał mi do zro­zu­mie­nia jedną rzecz: że po tych wszyst­kich wcze­śniej­szych szko­le­niach by­łem pod ob­ser­wa­cją i nie­przy­pad­kowo mnie do tego od­działu skie­ro­wano.

Po­tem po­je­cha­łem do szkoły pod­ofi­cer­skiej do Le­gnicy. Pełno tam było ochle­ju­sów. A ja ro­bi­łem swoje - szko­li­łem się, tre­no­wa­łem. Tam uczy­łem się mię­dzy in­nymi służby ru­chu ra­dio, czyli "ti­tawy".

Co to jest?

Praca na ra­dio­sta­cjach. To nie jest ła­twa sprawa, bo cho­dzi o to, że trzeba za­pa­mię­ty­wać, ja­kie znaki zo­stały ci wy­słane przez ra­dio. Na przy­kład ti, ti, ta, ti, ti, ta, ti, ti, ti, ta. Mie­li­śmy dwa­na­ście grup ta­kich zna­ków w ciągu mi­nuty.

I mu­sia­łeś się tego ze słu­chu uczyć?

Tak, ze słu­chu. Po­wiem ci, jak to ro­bi­łem. Bra­łem so­bie ja­kąś ga­zetę i całe tek­sty czy­ta­łem w ten spo­sób: ta, ti, ta, ta, ta. Je­den wy­kła­dowca po­wie­dział, że nie pod­pi­sze nam świa­dectw ukoń­cze­nia szkoły, je­żeli nie bę­dziemy od­bie­rali co naj­mniej pięt­na­stu grup.

Czyli?

W jed­nej gru­pie jest pięć zna­ków. A trzeba było znać co naj­mniej pięt­na­ście grup. Ten wy­kła­dowca miał za­sadę, że je­żeli służba ru­chu ra­dio nie bę­dzie opa­no­wana przez adepta, to nie do­sta­nie on świa­dec­twa.

Wojna świa­tów

Co było da­lej?

Po szkole wró­ci­łem znowu do Kra­kowa. Któ­re­goś dnia po­sze­dłem coś zjeść do re­stau­ra­cji. Na­gle pod­szedł do mnie fa­cet i rzu­cił:

- Plu­to­nowy Pie­czonka? Chciał­bym z pa­nem po­roz­ma­wiać, ale nie tu­taj.

Po­je­cha­li­śmy do miesz­ka­nia kon­spi­ra­cyj­nego w Kra­ko­wie. Czło­wiek wy­cią­gnął swoją bla­chę i kon­ty­nu­ował:

- Je­stem z WSW z War­szawy, z kontr­wy­wiadu woj­sko­wego, i mam dla pana pro­po­zy­cję kon­kret­nej pracy.

Miał na imię Ju­rek. Po­my­śla­łem: "No, kurwa, w końcu". A on po­wie­dział:

- Do­wódca pana kom­pa­nii Ko­wal­ski na­wią­zał kon­takt z am­ba­sadą li­bij­ską i chce z po­mocą tej am­ba­sady wy­je­chać do Li­bii, by zo­stać na­jem­ni­kiem. Wiem, że je­steś bli­sko niego i bar­dzo się zży­li­ście. Czy pod­jął­byś się za­da­nia, żeby go roz­pra­co­wać?

- A co z tego wy­nik­nie? Cze­kam na to, żeby zo­stać ka­dro­wym, a nie agen­tem.

- Co z tego wy­nik­nie, zo­ba­czymy. - A po­tem do­dał: - Wią­żemy z tobą plany na przy­szłość. Pa­mię­taj, nie po­peł­nij błędu i so­bie nie myśl, że to jest ja­kiś nasz wy­mysł i je­steś sam przy tym Ko­wal­skim. Bądź czujny i rób wszystko zgod­nie z pro­ce­du­rami.

Żeby ci przy­pad­kiem nie przy­szło do głowy, że cię biorą pod włos z tym Ko­wal­skim, tak?

Tak jest. Że­bym nie po­my­ślał, że to ja­kieś ko­lejne spraw­dza­nie i że to nie­prawda z tą am­ba­sadą. Od razu so­bie po­my­śla­łem: "Może on na­wiąże z tą am­ba­sadą spe­cjalny kon­takt? Może z tego wyj­dzie ja­kaś ope­ra­cja, ja­kaś więk­sza rzecz?".

Co się wy­da­rzyło póź­niej?

W mię­dzy­cza­sie wy­szła sprawa, która jesz­cze bar­dziej zbu­do­wała moją po­zy­cję. Po­sze­dłem na spa­cer po Kra­ko­wie i na Flo­riań­skiej przy­cze­piło się do mnie ja­kichś dwóch zo­mow­ców. Chcieli mnie wy­le­gi­ty­mo­wać. Wku­rzy­łem się, bo nie będą mnie ja­cyś zo­mole usta­wiać, więc po­wie­dzia­łem im, że je­stem żoł­nie­rzem i, chuj, nie dam im do­ku­men­tów. Do­szło mię­dzy nami do ostrej szar­pa­niny. Oni we­zwali pa­trol i od­sta­wili mnie do WSW. Ci my­śleli, że by­łem na­pity, więc zba­dali mnie na trzeź­wość. Wy­szło, że nic nie wy­pi­łem, więc się zdzi­wili. No to im po­wie­dzia­łem, że je­stem za­wo­do­wym żoł­nie­rzem. Zo­mowcy mnie za­cze­pili, więc się bro­ni­łem.

Na drugi dzień był apel. Po apelu zo­stała ka­dra.

Ma­jor Wa­niek mówi:

- Plu­to­nowy Pie­czonka, wy­stąp! To jest przy­kład, jak się po­wi­nien za­cho­wy­wać ko­man­dos, kurwa. Nie dać so­bie w chuja wa­lić. Pra­wi­dłowo po­stą­pił z zo­mow­cami, kurwa. Do­brze, pa­nie Pie­czonka, że pan im, kurwa, do­pier­do­li­łeś.

[śmiech]

Ko­wal­ski z ko­lei cały czas ba­dał, do czego je­stem zdolny. Na przy­kład: czy mógł­bym za­bić czło­wieka.

Jak to ro­bił?

Bar­dzo dużo ze mną roz­ma­wiał. Wy­pusz­czał mnie, rzu­cał różne te­maty i pa­trzył, jak się za­cho­wuję, czy się de­ner­wuję. Ob­ser­wo­wał, co ro­bię w cza­sie służby, co w cza­sie wol­nym, czy tre­nuję.

W końcu po­wie­dział do mnie: "Przyj­dzie taki dzień, że będę miał dla cie­bie pro­po­zy­cję".

Kilka mie­sięcy póź­niej spa­li­śmy z Ko­wal­skim w jed­nym na­mio­cie na po­li­go­nie. W pew­nej chwili po­wie­dział do mnie, że zgi­nął mu pi­sto­let.

- Co ty pier­do­lisz? - za­py­ta­łem. Ale już wie­dzia­łem na sto pro­cent, że je­stem spraw­dzany, więc do­da­łem: - Ty, może się znaj­dzie, po­szu­kajmy.

- Nie, ktoś mi go zwi­nął. Te­raz będę miał prze­je­bane. Za­raz mnie ktoś pod­pier­doli do tego gnojka z kontr­wy­wiadu.

Rano za­dzwo­nił do mnie i po­wie­dział, że pi­sto­let się zna­lazł. Chciał mnie po pro­stu spraw­dzić, czy go nie wsy­pię. Po tej ak­cji po­wie­dział: "Ja­rek, za­pra­szam cię do sie­bie". Ko­wal­ski był z do­brej ro­dziny, świet­nie znał an­giel­ski, jego oj­ciec był pi­lo­tem LOT-u. Ten jego stary miał dom let­ni­skowy w gó­rach, w oko­li­cach No­wego Targu. Ko­wal­ski mnie tam za­pro­sił. Na­ry­so­wał mapę, jak mam dojść. Przez lasy, góry. Trzeba było do­je­chać do No­wego Targu, a po­tem wrzu­cić ple­cak na plecy i za­pier­da­lać nie­zły ka­wał.

Do­tar­łem w końcu, a na miej­scu cze­kali już na mnie on, jego sio­stra i szwa­gier. Sie­dzie­li­śmy, ga­da­li­śmy i można po­wie­dzieć, że się za­przy­jaź­ni­li­śmy. W pew­nym mo­men­cie Ko­wal­ski wziął mnie na spa­cer i za­py­tał:

- Chcesz być na­jem­ni­kiem?

- Chcę.

- To słu­chaj, po­rwiemy sa­mo­lot.

Po­my­śla­łem so­bie: "O kurwa, no to grubo". Po tym spo­tka­niu skon­tak­to­wa­łem się od razu z ofi­ce­rem kontr­wy­wiadu z War­szawy i po­wie­dzia­łem mu, że pa­dła pro­po­zy­cja po­rwa­nia sa­mo­lotu. On mi od­po­wie­dział:

- Do­bra, idź w tym kie­runku i roz­pra­co­wuj Ko­wal­skiego da­lej.

Kiedy to było?

W roku 1987. Po­tem po­now­nie spo­tka­łem się z Ko­wal­skim. Po­wie­dział mi tak:

- Słu­chaj, do na­szej ekipy do­biorę jesz­cze dwóch ofi­ce­rów, ta­kich zde­cy­do­wa­nych, co też nie chcą już w tej ko­mu­nie je­ba­nej żyć.

No i wy­mie­nił ich z na­zwi­ska. Po­tem za­czął rzu­cać tek­stami w stylu "Kurwa, bę­dziemy na­jem­ni­kami" i bar­dzo się tym ja­rał.

Czyli fa­cet był po pro­stu pa­sjo­na­tem Za­chodu, co się pod­nie­cił, że bę­dzie jak Rambo?

Wła­śnie tak.

A to dziwne, bo prze­cież pol­skie służby woj­skowe sprze­da­wały wtedy Kad­da­fiemu sprzęt i he­li­kop­tery.

Pa­tryk, my mó­wimy o la­tach osiem­dzie­sią­tych! To były zu­peł­nie inne re­alia. Skąd ofi­cer z kom­pa­nii sztur­mo­wej miał wie­dzieć, że na­sze służby han­dlują z Li­bią? Nie wie­dział.

Jego plan był taki, że po­rwiemy sa­mo­lot woj­skowy w trak­cie sko­ków spa­do­chro­no­wych. Wy­kom­bi­no­wał so­bie, że kiedy w cza­sie ćwi­czeń wszy­scy wy­sko­czą, na­sza wta­jem­ni­czona czwórka zo­sta­nie i ster­ro­ry­zuje pi­lo­tów. Ważne było to, że Ko­wal­ski znał się na pi­lo­tażu, więc wie­dział, że pi­loci nie zro­bią go w chuja.

Opo­wiedz ze szcze­gó­łami, jak to miało wy­glą­dać.

Ge­ne­ral­nie w woj­sku ska­cze się na spa­do­chro­nach z bro­nią, ale bez amu­ni­cji. Cho­dzi o względy bez­pie­czeń­stwa, bo to są tylko ćwi­cze­nia, a nie wa­runki bo­jowe. W każ­dym ra­zie Ko­wal­ski był in­struk­to­rem spa­do­chro­no­wym, więc miał ro­ze­zna­nie, ja­kie skoki się od­by­wają i jak wy­gląda gra­fik. Mie­li­śmy le­cieć sa­mo­lo­tem An-22 - taką szybką de­san­tową ma­szyną, do któ­rej wcho­dziło sześć­dzie­się­ciu skocz­ków. Chcie­li­śmy to zro­bić w taki spo­sób, żeby wcze­śniej po­cho­wać so­bie amu­ni­cję po kie­sze­niach. Oczy­wi­ście zdo­by­cie jej nie było dla nas żad­nym pro­ble­mem.

Pla­no­wa­li­śmy wejść do sa­mo­lotu jako pierwsi - aby nie być pierw­szymi przy kla­pie de­san­to­wej. Na­stęp­nie cała reszta woj­ska miała wy­sko­czyć, a my mie­li­śmy od­piąć się od liny de­san­to­wej i zo­stać w sa­mo­lo­cie. Czyli pięć­dzie­się­ciu sze­ściu wy­ska­kuje, a czte­rech zo­staje - w tym Ko­wal­ski jako in­struk­tor wy­rzu­ca­jący (taką miał mieć funk­cję w trak­cie lotu). W mię­dzy­cza­sie za­mie­rza­li­śmy za­ła­do­wać do ma­ga­zyn­ków amu­ni­cję. Gdy wszy­scy wy­sko­czą, miało paść ha­sło: "Do pi­lo­tów".

Jak wspo­mi­na­łem wcze­śniej, klu­czowa była rola Ko­wal­skiego, który znał się na pi­lo­tażu i mógł kon­tro­lo­wać, czy pi­loci nas nie oszu­kują. Tym sa­mo­lo­tem mie­li­śmy po­le­cieć do Au­strii - tam miały nas prze­jąć obce służby. Po­tem mie­li­śmy za­de­kla­ro­wać, że zo­sta­niemy na­jem­ni­kami, i spier­do­lić do Afryki do puł­kow­nika De­narta, który miał tam swoją ar­mię na­jem­ni­ków.

Kim był puł­kow­nik De­nart?

Woj­skowy z Fran­cji, który szko­lił na­jem­ni­ków i za kasę ro­bił w Afryce wszyst­kie prze­wroty. Ale słu­chaj, co było da­lej. Oczy­wi­ście o wszyst­kim mel­do­wa­łem mo­jemu ofi­ce­rowi z War­szawy. Raz na­wet na­gra­łem całe spo­tka­nie z Ko­wal­skim i dwoma żoł­nie­rzami, bo dali mi ka­mi­zelkę z mi­kro­fo­nami. A w pew­nym mo­men­cie Ko­wal­ski po­wie­dział, że po­zna mnie z Ame­ry­ka­nami.

Z ja­kimi Ame­ry­ka­nami?

Po ko­lei. Naj­pierw za­py­tał: "Wiesz, skąd mam taką za­je­bi­stą kurtkę?". Bo on no­sił wtedy taką kurtkę M65.

Co to jest?

Kurtka, którą no­sili żoł­nie­rze w Wiet­na­mie. Zie­lona, w plamy, ze stójką. W tam­tych cza­sach nie do zdo­by­cia. A on nor­mal­nie w niej po jed­no­stce pa­ra­do­wał...

- Bo wiesz, po­zna­łem ta­kich Ame­ry­ka­nów... - po­wie­dział.

- Pier­do­lisz, jak to się stało?

- Któ­re­goś dnia wy­cho­dzę z jed­nostki, a tu kręci się ja­kichś dwóch ty­pów. Je­den z nich miał na so­bie tę kurtkę. No to pod­sze­dłem do nich i za­czą­łem ga­dać. Po­tem ich na jed­nostkę wpro­wa­dzi­łem i po­ka­za­łem, jak tu wszystko u nas wy­gląda. Mó­wię ci, za­je­bi­ści go­ście. Mu­sisz ich po­znać.

To była pod­pu­cha CIA?

Oczy­wi­ście, kurwa, prze­cież na pierw­szy rzut oka było wi­dać, że to szpie­dzy. Ale on twier­dził, że to na­jem­nicy.

Był taki głupi czy tak pod­ja­rany, że stra­cił czuj­ność?

Tak pod­ja­rany! Po pro­stu, kurwa, ko­man­dos ro­man­tyk. Był świet­nym do­wódcą, zna­ją­cym dzia­ła­nia spe­cjalne jed­no­stek po­wietrz­no­de­san­to­wych. I wła­śnie przez tę swoją pa­sję dał się po­dejść.

Po­je­cha­łem z nim do ho­telu na spo­tka­nie z tymi Ame­ry­ka­nami. Jak ich zo­ba­czy­łem, od razu po­my­śla­łem: "Jacy na­jem­nicy? Prze­cież to je­bana CIA!". Ale Ko­wal­ski im za­czął twardo tłu­ma­czyć, że chcemy po­rwać sa­mo­lot.

Oni z ko­lei za­de­kla­ro­wali, że jak już uciek­niemy, to nam po­mogą zo­stać na­jem­ni­kami. W pew­nym mo­men­cie za­py­ta­łem:

- To na chuj mamy sa­mo­lot po­ry­wać? Zor­ga­ni­zuj­cie nam wy­jazd i prze­szmu­gluj­cie nas za gra­nicę.

Ale nie, oni się uparli, że mamy po­rwać ten sa­mo­lot do Au­strii i do­piero wtedy nam po­mogą.

Za­raz po spo­tka­niu do­wie­dzia­łem się, kiedy mamy to zro­bić. In­for­ma­cję od razu prze­ka­za­łem do War­szawy. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, dla­czego ci Ame­ry­ka­nie chcą nam po­móc i co za­mie­rzają na tym ugrać. Po­tem się oka­zało, że szy­ko­wali wielką pro­wo­ka­cję. Gdyby ten sa­mo­lot zo­stał po­rwany przez ofi­ce­rów 6. Po­mor­skiej Bry­gady Po­wietrz­no­de­san­to­wej, to taką aferę pro­pa­gan­dową wa­lącą w blok wschodni by roz­krę­cili na tym swoim Za­cho­dzie, że by­śmy się tu nie po­zbie­rali.

Co by im to dało?

Pa­tryk! Sa­mo­lot woj­skowy po­rwany przez pol­skich ko­man­do­sów? To by po­ka­zało, że w woj­sku pol­skim pa­nują de­fe­tyzm, syf i ni­skie mo­rale. W do­datku w eli­tar­nej jed­no­stce. Pa­mię­taj, że to były czasy zim­nej wojny.

Jak ta hi­sto­ria się skoń­czyła?

Gdy dwa dni przed ak­cją wy­cho­dzi­łem z ro­boty, pod­je­chał do mnie sa­mo­chód. Kaj­danki na rączki i za­wożą mnie do sie­dziby WSW w Kra­ko­wie. Od razu sku­ma­łem, że Ko­wal­skiego i resztę ekipy też mu­sieli za­wi­nąć. Po­my­śla­łem so­bie: "W co ja się wpier­do­li­łem?".

Kto was za­trzy­mał?

O ca­łej ak­cji byli po­wia­do­mieni "misz­ta­lowcy". Na­zwa po­cho­dziła od na­zwi­ska do­wódcy - Edwarda Misz­tala. To była spe­cjalna jed­nostka Mi­li­cji Oby­wa­tel­skiej. Te­raz to są bry­gady an­ty­ter­ro­ry­styczne, a wtedy mó­wiono na nich "misz­ta­lowcy". I oni mieli nas za­trzy­mać.

Kim był Misz­tal?

Ma­jor Misz­tal słu­żył wcze­śniej w 6. Po­mor­skiej Dy­wi­zji Po­wietrz­no­de­san­to­wej. A po­tem stwo­rzył mi­li­cyj­nych ko­man­do­sów. On, a nie Dzie­wul­ski, jak nie­któ­rzy my­ślą.

Co się wy­da­rzyło po za­trzy­ma­niu?

Prze­szu­kali mnie i po­sta­wili mi za­rzut: próba de­zer­cji do kra­jów ka­pi­ta­li­stycz­nych. Kara śmierci i chuj. Po­my­śla­łem: "Pięk­nie. I co te­raz?". Pro­to­kół wy­pi­sali i wy­wieźli mnie do pu­dła bez­pieki. Zero gadki, nic, tylko od razu wpier­do­lili mnie do celi. To były ta­kie emo­cje, że przez pierw­szy dzień nie mo­głem się od­lać, mimo że mi się chciało.

Po dwóch dniach wzięli mnie na prze­słu­cha­nie. Przy­szedł taki puł­kow­nik, szef de­le­ga­tury WSW, i rzu­cił:

- Nie­długo wyj­dziesz, twoi zna­jomi z War­szawy już tu są.

I jesz­cze mi zupę przy­niósł.

- Jacy zna­jomi z War­szawy? Nie wiem, o czym pan mówi.

Bo mnie uczono, że jest tylko je­den kon­takt. I nikt wię­cej. Ten gość ewi­dent­nie mnie pró­bo­wał pod­pu­ścić, żeby się cze­goś do­wie­dzieć. Ale nie pu­ści­łem pary. I zo­sta­łem w końcu zwol­niony do domu.

A co z Ko­wal­skim i resztą?

Też zo­stali zwol­nieni. Ale to­czyło się nor­malne po­stę­po­wa­nie, za­wie­szono ich. Chcia­łem się spo­tkać z Ko­wal­skim, ale on uni­kał kon­taktu z kim­kol­wiek. Spo­tka­łem się na­to­miast z moim ofi­ce­rem z War­szawy. Spy­tał mnie:

- To co, da­lej gramy? Da­lej się ba­wimy?

- Oczy­wi­ście, że tak.

On na to:

- A chcesz zo­stać w woj­sku?

Od­po­wie­dzia­łem, że tak. No bo co mia­łem zro­bić?

- To zwol­nisz się z woj­ska - po­wie­dział.

Zgłu­pia­łem, bo nie wie­dzia­łem, o co mu cho­dzi. A on cią­gnął da­lej:

- Pój­dziesz nor­mal­nie do ma­jora Wańka, na­pi­szesz ra­port o zwol­nie­nie i pój­dziesz do cy­wila.

- A co bę­dzie da­lej z Ko­wal­skim i chło­pa­kami?

- Nie in­te­re­suj się. Krzywda się im nie sta­nie. Po­sze­dłem więc do ma­jora Wańka i po­wie­dzia­łem, że chcę się zwol­nić. Ten za­czął pro­sić, że­bym tego nie ro­bił, ale mu od­po­wie­dzia­łem:

- Oby­wa­telu ma­jo­rze, ja już z tym woj­skiem nie chcę mieć nic wspól­nego. Wy­obra­ża­łem so­bie zu­peł­nie inne woj­sko. Tak że się zwal­niam.

Gdy po­sze­dłem do ho­telu się po­roz­li­czać, przy­szedł do mnie szef sztabu bry­gady, wy­cią­gnął fla­chę, ja­kieś wino, i też mnie za­czął na­ma­wiać, że­bym zo­stał. Ja na to: "Nie, pa­nie puł­kow­niku, de­cy­zję już pod­ją­łem". A ten da­lej, że­bym nie od­cho­dził, że się po­zmie­nia, że jesz­cze zo­ba­czę. Ale po­wtó­rzy­łem, że się zwal­niam, i tyle. Choć był to bar­dzo miły gest z ich strony.

Książkę tę po­świę­cam wszyst­kim lu­dziom zna­nym mi i nie­zna­nym, któ­rzy po­mo­gli w ukła­da­niu mo­jej ka­riery za­wo­do­wej, Ro­dzi­nie, a także mo­jej part­nerce Agnieszce i jej sy­nowi Pa­try­kowi

Ja­ro­sław Pie­czonka

Nie­które imiona, na­zwi­ska i funk­cje osób wy­stę­pu­ją­cych w książce oraz nie­które inne na­zwy wła­sne zo­stały zmie­nione

.

Pa­tryk Vega: Za­bi­łeś ko­goś?

Ja­ro­sław Pie­czonka, pseu­do­nim Ma­jami: Nie.

Dla­czego się uśmie­chasz, kiedy cię o to py­tam?

Trzeba być za­wsze do­brym i uśmiech­nię­tym.

Za­li­czy­łeś kil­ka­dzie­siąt ope­ra­cji spe­cjal­nych pod przy­kry­ciem. Ro­bi­łeś osłonę kontr­wy­wia­dow­czą dla naj­bo­gat­szych lu­dzi w Pol­sce. Bra­łeś udział w roz­pra­co­wa­niu służb spe­cjal­nych ściany pół­noc­nej. Do­pro­wa­dzi­łeś do wojny z sze­fami CBŚ, CBA i ABW. Ochra­nia­łeś z na­jem­ni­kami - by­łymi żoł­nie­rzami SAS i Royal Ma­ri­nes - statki przed so­ma­lij­skimi pi­ra­tami. Mam uwie­rzyć, że ni­gdy ni­kogo nie za­bi­łeś?

Broni pal­nej uży­łem kil­ka­na­ście razy. Za­wsze zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi prze­pi­sami. I ni­gdy ni­kogo nie za­bi­łem. Ale nie miał­bym skru­pu­łów, żeby to zro­bić. By­łem do tego przy­go­to­wy­wany. Czy miał­bym ja­kieś wy­rzuty su­mie­nia, gdy­bym to zro­bił? Nie, bo z tym się wiąże służba. Mam bro­nić na­szego pań­stwa przed tymi, któ­rzy mu za­gra­żają. Nie mó­wię oczy­wi­ście o po­li­tyce, tylko o kwe­stii obron­no­ści na­szego kraju. I nie jest sztuką strze­lić do ko­goś - tym bar­dziej że za­bi­jać można w różny spo­sób.

To zna­czy?

Służby po­słu­gują się nie­kon­wen­cjo­nal­nymi me­to­dami. Na szko­le­niu po­ka­zy­wali mi na przy­kład, jak służby bloku wschod­niego uży­wały środ­ków che­micz­nych, które usy­piają czło­wieka, a są nie do wy­kry­cia w or­ga­ni­zmie. Można z ta­kim de­li­kwen­tem zro­bić wszystko, a on się obu­dzi na drugi dzień i bę­dzie mieć prze­świad­cze­nie, że po pro­stu usnął. Wi­dzia­łem też dzia­ła­nie sub­stan­cji, które po­wo­dują ha­lu­cy­na­cje. Do­pro­wa­dzają czło­wieka do ta­kiego stanu, że pró­buje się bro­nić przed wy­ima­gi­no­wa­nym ata­kiem i po­peł­nia sa­mo­bój­stwo.

Ja­kiego typu są to ha­lu­cy­na­cje?

Wi­dzisz ja­kieś węże, smoki i inne ta­kie. Wy­daje ci się, że je­dyną ucieczką przed tym jest sa­mo­bój­stwo. Rów­nież ten śro­dek jest nie do wy­kry­cia w or­ga­ni­zmie.

Gdzie się z tym spo­tka­łeś?

Uczyli mnie o tym. Ta­kimi środ­kami po­słu­gi­wali się Niemcy, Ro­sja­nie i Buł­ga­rzy.

Czy w Pol­sce ze­tkną­łeś się z ko­mórką li­kwi­da­cyjną?

Po­wiem tak: je­śli ta­kie ko­mórki ist­niały, to w ich funk­cjo­no­wa­nie była wta­jem­ni­czona mi­ni­malna liczba lu­dzi. Cho­dzi prze­cież o to, aby ta­kie rze­czy ni­gdy nie wy­szły na świa­tło dzienne. Są to dzia­ła­nia, które służą obron­no­ści oraz bez­pie­czeń­stwu pań­stwa i oby­wa­teli. I nie wi­dzę w tym nic złego. Na­leży to wy­raź­nie od­róż­nić od sy­tu­acji, gdy ktoś ze służb kie­ruje się pry­wat­nym in­te­re­sem i po pro­stu wy­ko­rzy­stuje swoją po­zy­cję i swo­ich lu­dzi do po­zby­cia się ko­goś. Wów­czas jest to już dzia­ła­nie prze­stęp­cze. Trzeba zresztą pod­kre­ślić, że czasy, w któ­rych za­czy­na­łem, kom­plet­nie róż­niły się od dzi­siej­szych. Te­raz służby wal­czą z ter­ro­ry­stami, któ­rzy są fa­na­ty­kami i uży­wają nie­kon­wen­cjo­nal­nych me­tod - dla­tego zmu­szone są do po­dej­mo­wa­nia nie­kon­wen­cjo­nal­nych dzia­łań.